Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #25 (07.01.2008)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 7 stycznia 2008 Numer: 1/2008 (25)


W pierwszym tygodniu 2008 roku Marvel poszedł nie na ilość (tylko 10 nowych komiksów), ale na jakość. Otrzymaliśmy kolejny solidny numer Annihilation: Conquest; udane Exiles - Days of Then and Now, które przypomina o czasach świetności tej grupy; dziesiąty odcinek Messiah CompleX i przede wszystkim dwa hity Warrena Ellisa: Thunderbolts i debiutujący Utlimate Human.



Zwiastun Brand New Day
Foxdie: Z przyczyn technicznych moje Annihilusy uległy annihilacji, a na najgorszego scenarzystę typowałem w nich Quesadę za cały bullshit ze Spiderem stworzony w OMD, a teraz kontynuowany w BND. Patrząc po tych pierwszych kilku stronach, nie da się ukryć, że wracamy do Spidera z lat 80-tych i początku 90-tych, a przynajmniej takie jest moje pierwsze wrażenie. Żadnych klonów (to akurat na plus), Harry żyje i ma się dobrze (na minus) a Peter w życiu prywatnym jest ponownie ofermą mieszkającą z ciotką (na minus). Chociaż jak widać, przeprowadzka jest tuż tuż. Z powodu błazenady Quesady w OMD, bardzo chłodno podchodzę do nowych historii, które są owocem tej "rewolucji". Na dodatek streszczam pierwszą historię (przynajmniej Snak3 wyręczył mnie przy końcu OMD). Może jeszcze będę miał okazję zmienić zdanie, zobaczymy.




Annihilation: Conquest #3avalonpulse0025e.jpg
Hotaru: Kolejny dobry numer tej historii. Mamy dwa trupy, dwie rezurekcje - czego chcieć więcej? Warlock nadal zmaga się z konsekwencjami przedwczesnego przebudzenia, High Evolutionary jest bardziej ludzki, niż kiedykolwiek pamiętam, Quasar słusznie się wścieka, Wraith i Ronan mają swój moment... dzieje się dużo i - na szczęście - z sensem. Rysunki trzymają stały poziom, co w tym wypadku oznacza, że niektóre panele są ładne, a niektóre mniej, ale nigdy genialne ani zupełnie beznadziejne. Dobrze za to oddają klimat opowiadanej historii. Conquest jak na razie nie zawodzi. A tak na boku zastanawiam sie, po co Ultronowi ta czerwona peleryna...
Gil: W miarę, jak Conquest nabiera rozpędu, trup ściele się gęściej. Pożegnajmy więc Gabriela a.k.a. Captain Universe oraz Moondragon, chociaż tu mam nadzieję, że tymczasowo. Adam pokazuje kilka nowych sztuczek, a Evolutionary robi za chłopca do bicia. Czegoś wręcz przeciwnego dokonuje natomiast ekipa Ronana, dochodząc do czegoś, co może być punktem zwrotnym w historii. Mimo wszystko, najwyższy już czas, żeby wszyscy bohaterowie tej historii wreszcie się spotkali i zwarli szeregi. Niestety, muszę stwierdzić, że miejscami rysunki trochę zgrzytają, ale to jedyny słaby punkt całości. Ocena: 7/10
Demogorgon: Fabuła sagi ładnie sie rozwija, narasta też klimat sytuacji bez wyjścia. Zginęła Moondragon, ale była to piękna śmierć. Zgon zaliczył też były Captain Universe, ale w tym wypadku było to wydarzenie bynajmniej nie piękne. Za to High Evolutionary okazuje jakieś ludzkie uczucia. Facet z takim poziomem mocy boi się zostać zasymilowanym i jest wprost pocieszny, panikując na widok Phalanx. A Ultron tymczasem dalej jest nie do zdarcia. Im dłużej trwa Conquest, tym jest lepszy. 7/10
Jaro: Tempo zdarzeń zostało zachowane, podobnie jak ogólny, dość wysoki poziom całej historii. Są trupy - i o ile Moondragon po poprzednim numerze nikt za wielkich szans nie dawał, to śmierć Gabriela była niespodziewana. I tak też została przedstawiona, bez zbędnego patosu i ozdobników. Zejście Moondragon wypadło też dobrze, chociaż trochę się boję, że dziewczyna nagle zmartwychwstanie pod koniec mini-serii i tym samym schrzani całe dobre wrażenie. Co poza tym? Na zamiary Ultrona padło nieco światła, gdy zaczął się zachwycać nad doskonałością Warlocka. Do tego pięknie rozegrana (i napisana) akcja Ronana oraz Peter Quill w łapach Ultrona, czyli raczej będziemy mieć kolejnego selecta niż męczennika. Rysunki za to mi się średnio podobały.
Ocena: 7/10; soundtrack: Isis - All out of Time, All into Space.
S_O: Cytując graną przez Maggie Wheeler Janice z "Przyjaciół": "Oh. My. God!" Conquest z każdą chwilą staje się coraz lepszy. Z życiem żegna się - w piękny sposób - Moondragon, której powrót jest jednak całkiem prawdopodobny, patrząc na sposób, w jaki jej "dusza" (czy cokolwiek to było) opusciła ciało. Zgon zaliczył też Gabe "Ex-Captain Universe" Vargas, a Starlord dostał się w łapy Ultrona. Właśnie, Ultron - skoro skubaniec przeżył wybuchającą mu w twarz GWIAZDĘ, to nie jestem pewien, czy cokolwiek go powstrzyma. Taką nadzieję ma najwyraźniej Ronan, któremu jako jedynemu się poszczęściło i który, wykiwawszy Ravenousa, dostał się do podziemi starożytnego pałacu, w którym znajduje się... coś.

avalonpulse0025g.jpgExiles - Days of Then and Now
TheNewlyAwoken: Fajnie sportretowany Quentin - podoba mi się w takim ujęciu. Szkoda, że cała reszta nie ma jakiegoś niesamowicie wyśrubowanego poziomu. Ale i tak jest lepiej tysiąc razy od tego, co wyprawia Claremont. Chociaż fajnie by było sobie pomarzyć, że Exiles teraz tak by wyglądali...
Gil: Nie spodziewałem się wiele po tym wydawnictwie, więc mogę szczerze powiedzieć, że przerosło moje oczekiwania. Stało się tak, ponieważ dowodzi ono ponad wszelką wątpliwość, że to nie koncepcja Exiles padła, tylko wykonanie ją zniszczyło. Krótka przygoda Quentina Quire ma wszystko to, czego brakowało w Exiles od jakiś (co najmniej) 30 numerów - feeling. Wszystko jest takie, jak powinno być w przygodach Exiles i oddałbym wszystkie swoje exajlowe trejdy, żeby móc czytać dalej przygody Quentina i jego Young Exiles zamiast drętwych New Exiles Claremonta. Pozytywny akcent na zakończenie mojej przygody w świecie Exiles. Ocena (nieco obiżona ze względu na konstrukcję): 6/10
Demogorgon: Ten komiks był potrzebny. Był potrzebny, aby przywrócić mi wiarę w to, że to nie formuła Exiles się wyczerpała, tylko Bedard i Claremont nie potrafili jej wykorzystać. Za to należy się temu komiksowi nagroda. A co do samej fabuły, to bardzo mi się podoba. Już sam pomysł na świat, w którym Hulk przejmuje Annihilation Wave, był boski. Do tego dochodzą skutki działań Exiles w kolejnych ciekawych światach, jak ten, w którym walczyli z Hyperionem, czy ten z Vi-Lockami. Bardzo fajna była też końcówka, w której Quentin zebrał własnych Exiles, oraz plan, jaki mieli w tym prawdziwi Exiles. Podobnie jak w przypadku Gila, to moje pożegnanie z Exiles, cieszę się więc, że było ono takie dobre. Sam komiks zasługuje na 6/10, ale dostaje dwa dodatkowe punkty. Jeden za to, że przywrócił mi wiarę w sens czekania, aż ktoś z odrobiną talentu przejmie ten komiks. I drugi za to, że na tle runów Bedarda i Claremonta oraz X-Men: DbtS, błyszczy jak diament w kupie łajna. Innymi słowy: 8/10
S_O: O, dobrze napisani Exiles.
...
Chłopie, dobrze napisani Exiles! Nie spodziewałem się, że w najbliższym czasie to zobaczę. Właściwie, nie są to Exiles per se, bo oni robią tu za bohaterów epizodycznych, ale i tak przygody młodego QQ są całkiem ciekawe, a w porównaniu do kiszki Claremonta to majstersztyk. Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to że Hulk zaraz po wystrzeleniu w kosmos ma na sobie zbroję z Sakaaru, ale to wina edytora. No i przynajmniej na jednym świecie uniknięto tragedii w Stamford, wnosząc po obecności Speedballa.


Moon Knight vol. 5 #14
Gil: *Poof!* Jak bańka mydlana prysło wszystko, co dobre było w tej serii za czasów Hustona. Prawda, że pomysł jest jego, ale wykonanie już nie, a to, jak "prawie", robi wielką różnicę. Texeira też tu nie pasuje - raz, że wychodzi mu jakoś gorzej i dwa, że nie wpasował się w klimat. Dialogi są niestrawne i jak przez mgłę przebija się z nich główny wątek, czyli: kto dał temu świrowi licencję? Jeśli tak pozostanie, wątpię, czy seria przetrwa trzecią dziesiątkę. Ocena: 5/10
sCaRy: Neeee, Tex psuje po całości... A już kupa nieskładnych bazgrołów mająca przedstawiać Khonshu to porażka... Fabuła też prosta jak konstrukcja cepa - może coś z tego będzie, ale lepiej nastawiać się na czasy w miarę porównywalne z pierwszymi numerami.

Ms. Marvel vol. 2 #23avalonpulse0025h.jpg
Gil: Ms. Marvel is dead. Long live Binary! Interesujący, choć zapewne nietrwały, zwrot w karierze naszej bohaterki. Pomaga także częściowe wyjaśnienie motywów Brood, chociaż nadal brakuje informacji na temat, jak przetrwali i dostali się na Ziemię. Ale i tak, numer znowu kradnie Machine Manwoman sprawiający/a, że "bugs go squish". No i coraz bardziej jestem pewien, że agent Sum to Skrull, bo wygaduje jakieś dziwne rzeczy (a wiadomo chyba, że szykującym inwazję Skrullom nie na rękę byłaby plaga Broodasów). Ocena: 6/10
S_O: OK, czy ktoś - poza Joe "It's Magic" Quesadą - mógłby mi wyjaśnić, czemu Carol zamiast swych etatowych mocy, dostała od Cru moce Binary?
poza tym jednak, numer w miarę dobry. Smashujący Machine Manwoman jak zwykle kradnie numer, ale głównie dlatego, że reszta bandy jest zbyt zajęta dezynsekcją wyspy albo uzbrajaniem bomby nuklearnej. ...Wróć! Bomby nuklearnej? Reed nie wysadziłby chyba Monster Island, prawda? Ma jakiś szacunek dla starszych, racja?
Krzycer:
Akcja, akcja, Machine Manwoman, akcja. Ładnie - ale trochę nuży i nawet Aaron nie ratuje sytuacji (choć jego monolog o zaletach broni palnej wypada uroczo). Przynajmniej w następnym numerze będzie finał, a potem Skrullowie. Czekamy.
sCaRy: Jezusicku, jakież to nudne... Tylko Aaron jest tutaj ciekawą postacią, a reszta może spokojnie służyć jako kołysanka. Zatem jest sobie banda Brood, następuje wielka jatka, a Ms. Marvel zmartwychwstaje sobie z nowymi ubermocami. Neeeext!

Omega The Unknown vol. 2 #4
Gil: Mówiłem, że coś jest na rzeczy z rzeźbą w parku? Mówiłem. A teraz mówię, że milczący bezdomny jest takim samym Omegą, jak... no cóż, Omega. Pewnie Alex będzie następnym. Ogólnie, widzimy coraz więcej elementów większego obrazka i wszystko coraz bardziej wygląda na artystyczny wyraz tripa po kwasie. Scena numeru? Pieczeń z orła, naturalnie. Ocena: 7/10
sCaRy:
Jak zwykle pyszny surrealizm. Cóż więcej dodawać? ;)

Silver Surfer: In Thy Name #3
Gil: Zaczyna się od koszmarnej wprost okładki, a potem jest tak źle, że wysiadłem na chyba piątej stronie, czyli gdzieś podczas uiksowania Surfera. Ta cała historia to nic więcej jak schemat: tylko przemyślenia, jakieś króliki z kapelusza przeszłości i obowiązkowe wejście Galactusa na zakończenie. Naprawdę nie chce mi się sięgać po ostatni numer, bo wiem, co będzie. Ocena: 3/10
sCaRy:
Rozwój akcji nietrudny do przewidzenia. Po raz kolejny wałkowany temat idealnego społeczeństwa, mesjasza i takich tam. Ale w fajnej formie, nie wyłączając ilustracji. Dla ich samych warto czytać tę historię.

avalonpulse0025i.jpgThunderbolts #118
TheNewlyAwoken: Jakieś takie... krótkie to było. Co nie zmienia faktu, że dobre - niecne plany Moonstone i Swordsmana dają o sobie znać (ciekaw jestem bardzo, czy działają razem, czy "wybryk" Swordsmana był niezaplanowany), Venom szaleje, a Samson z Robbiem oglądają rugby przy piwku. Jestem bardzo ciekaw, czy Songbird to wszystko przeżyje.
Gil: Uuu... Paranoja sięga zenitu. Norman odlatuje, Gargan i von Strucker już odlecieli, a reszta pewnie tylko czeka na swoją kolej. Zdecydowanie największe wrażenie robią sceny z Venomem, które nie pozostawiają wątpliwości, że jest potworem przez duże i zębate P (P jak "pożreć", gdyby ktoś miał wątpliwości). Oczywiście, subtelnie przemycono też informację, że za wszystkim stoją tajemniczy więźniowie, którzy zbyt łatwo dali się zamkąć, ale to nie umniejsza faktu, że nasi antybohaterowie są popaprańcami wielkiego kalibru. Do tego jak zwykle świetne rysunki i klimat, od którego ciary biegają po plecach. Z czystym sumieniem daję ocenę: 9/10
Demogorgon: Niezły odlot potrafi zapewnić nie tylko porządny narkotyk, ale też grupka telepatów w celach. Thunderbolts sami są sobie winni, mogli zabezpieczyć się jakoś przed czymś takim, ale nie pomyśleli i teraz kilkoro telepatów funduje im po kolei niezłe odloty. Pierwszy odleciał Swordsman, który zaczął zachowywać się jak na von Struckera przystało. Po nim Venom uznał, że jest głodny i fajnie byłoby zjeść paru strażników. Przyznaję, podoba mi się to, że zaczął zachowywać się jak inteligentny i całkiem dowcipny Alien. A dodając Normana w kibelku z maską na głowie, otrzymujemy perfekcyjnie obłąkańczą mieszankę. Dla mnie numer tygodnia 9/10
Jaro: Uhaaa. Ellis jest w swoim żywiole. Począwszy od Normana przy szufladzie i na kiblu, poprzez spuszczonego z cienkiej garganowej smyczy Venoma i bawiących się w kumpli Samsona z Baldwinem, a skończywszy na skinheadzie z mieczem - punktów słabych tu brak. A do tego dochodzi jeszcze wisząca pomiędzy kadrami tajemnica, o co tak naprawdę chodzi sprawcom całego zamieszania. Całość okraszona mistrzowskimi dialogami, świetnymi rysunkami, bla, bla, bla... No miodzio po prostu.
Ocena: 9/10; soundtrack: Slayer - Wicked.
S_O: Są telepaci - jest imprezka. Norman odlatuje, Venom i Strucker już odlecieli, reszta załogi pewnie czeka w kolejce... a pośród tego Doc Samson z iście stoickim spokojem, nie przejmując się wybuchającymi samolotami, przy piwku ogląda z Baldwinem mecz rugby. Teraz tylko należy czekać na spotkanie Venoma, Swordsmana i Goblina, czyli wszystkich trzech uważających, że rządzą Thunderbolts Mountain.

Ultimate Human #1 avalonpulse0025j.jpg
Foxdie: Co my tu mamy....Banner użalający się nad tym, jak mizerną postacią w świecie Ultimate go stworzono, prosi o pomoc "wszechmózga" Starka. W międzyczasie pojawia się inwalida kaleczniak Ultimate Pete Wisdom. Na koniec ciekawe zagranie z komorą ciśnień i Hulk jest gotowy do smashowania. Scenariusz w tym wypadku to sinusoida, co chwila waha się między lepszymi i gorszymi momentami. W nagłówkach trochę za dużo technicznej paplaniny, która czasami zniewala (samolot rozpędzający się od 0 do 6 machów w zero sekund ;). Rysunki też nie należą do wybitnych, a czasami są poniżej przeciętnej. Poza tym, kiedy ma miejsce ta historia? Póki co, pozostaje czekać na dalszy rozwój sytuacji. Ocena: 6/10
Gil: Ultimatowe uniwersum traktuję bardzo po macoszemu, ale na tę serię zacierałem ręce, odkąd o niej usłyszałem. Oczywiście za sprawą Ellisa, który jak zawsze nie zawodzi. Historia na razie jest w fazie rozruchu, więc tutaj zwrócę tylko uwagę na fakt, że wprowadzono postać Leadera i jest nim nie kto inny, tylko Peter Wisdom. Największą jednak satysfakcję przyniosło mi czytanie logicznego i poprawnego naukowego opisu istoty Hulka. Zero bullshitu, wszystko gra i jest spójne. Tak jak w newuniversal, Ellis udowadnia tutaj, że łeb ma nie od parady. Czysta przyjemność w porównaniu na przykład z pseudonaukowym bełkotem McDuffiego w F4. Ocena: 8/10
Jaro: Dobre od pierwszej do ostatniej strony, może nie aż tak jak T-Bolts, ale i tak bardzo-bardzo. Co zwłaszcza było dobre? Primo, ładnie podkreślony kontrast pomiędzy Starkiem, a Bannerem i to nie tylko w smutach tego drugiego, ale i w zachowaniu Tony'ego. Secundo, dobre i proste wyjaśnienie przejmowania kontroli przez Hulka, a na dokładkę potem zrobienie z niego czegoś poniekąd w rodzaju Darwina od 616 X-Men. Plus mała rzecz ciesząca, czyli sympatyczne wstawki techniczno-zegarynkowe, do tego jeszcze Leader Wisdom i fajne ogólne wrażenie, że to dopiero cisza przed wielką rozpierduchą.
Ocena: 8/10; soundtrack: Nick Cave and the Bad Seeds - Up Jumped the Devil.
tig3000:
Uwielbiam czytać Ellisa, kiedy w całą intrygę wplata naukę. To dodaje ciekawego elementu, dzięki któremu możemy jakby patrzeć na wszystko z realnego punktu widzenia. Tak też jest w Ultimate Human. Z początku raczeni jesteśmy jakby przypisami od narratora (typu "Computronium: Matter that thinks" czy "Nanotechnology: Devices the size of bacterium"), później owe "przypisy" stają się niejako częścią komiksu, która przedstawia nam, jak naprawdę wygląda sytuacja (wypisana prosto z mostu różnica atmosfery Ziemi i Wenus, warunki klimatyczne na Marsie... i ten przypis "Kiedy Bruce Banner przemienił się w Hulka po raz drugi, pozostał w tej formie około osiemnastu minut. Zginęło ponad trzystu ludzi." (tłumaczenie by me :D ). Z całym szacunkiem dla Millara i jego pracy przy The Ultimates 1 i 2, ale dopiero tutaj możemy naprawdę ujrzeć potęgę Hulka. Wcześniej był pokazany jako istota, która wszystko rozwala. Tutaj mamy dodany ten naukowy element, który niejako "bada" Hulka.
I to mi się podoba w Ultimate - świat jest skierowany bardziej na naukowe teorie, nie założenia. Jak np. przystosowywanie się Hulka do różnych warunków itp. Może nie jest napisane JAK, ale na pewno dowiadujemy się, że TAK JEST. No i wszystko to wynik modyfikacji genetycznych, nie promieniowania gamma :)
Jak zawsze, Ellis prezentuje nam bardzo ciekawą historię, z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy. No i muszę przyznać, że bardzo chcę ujrzeć ten pojedynek Iron Mana z Hulkiem. :)
Alain:
"Alain, jak ci się podobał ten komiks?" "W skali od jednego do piętnastu? Trzydzieści."
Warren Ellis, podobnie jak Mark Millar i Mike Carey, zdaje sobie sprawę, że pisząc historie w świecie Ultimate, może dowolnie zmieniać i wykręcać dawne wizje. Nie wiem, czego się spodziewaliście po Ultimate'owej wersji Petera Wisdoma, ale zaręczam wam, na pewno nie tego, co tutaj otrzymacie. Cała historia, od pierwszych słów (Interkom: "Your 11 A.M. appointment is here, Mr. Stark" Tony Stark: "But I was watching birds.") do ostatnich jest świetnie napisaną opowieścią science-fiction. Nie mogę doczekać się następnych części. Kandydat do tytułu miniserii roku, a to dopiero styczeń!


avalonpulse0025k.jpgUncanny X-Men #494
TheNewlyAwoken: Hell yeah! To, co widzieliśmy pod koniec poprzedniej części MC było dokładnie tym, co się wydarzyło. Bishop jest śmierdzącym zdrajcą i teraz będzie pewnie bruździł w X-Men od wewnątrz, bo Cyclops niczego nawet się nie domyśla (swoją drogą to dziwne, że ciekawska Emma nie zajrzała mu do głowy... nauczyła się szanować cudzą prywatność? I don't think so...) No i oczywiście to zaskoczenie, gdy Bishop już chce rozwalić dziecko i zostaje powstrzymany przez... freakin' Marauders! I czy zauważyliście, że dziecko jest zielonooką blondynką? Tak jak pewna postać, która aktualnie przebywa w przyszłości, a jej czynnik mutacyjny pojawia się i znika, tak jak sygnał dziecka w Cerebrze? Rany, ale to jest genialna historia!
Hotaru: Zastanawiam się, czy ten numer naprawdę jest tylko średni, czy też jestem uczulony na Brubakera po jego kiepskich poprzednich x-historiach i teraz z góry go skreślam? Do średnich rysunków Tana już przywykłem i po prostu nie oczekuję od niego niczego lepszego, ale Bru... sam nie wiem. Nawet jego dialogi wydają mi się infantylne. Jedno jest pewne - do klasy Carey'a jest tu bardzo daleko. Ponownie, najsłabsza ćwiartka tego crossa.
Gil: Dobra wiadomość: Cable i mała żyją i mają się dobrze. Zła wiadomość: Forge i Bishop też. Po akcji Marauders spodziewałem się, że wszystko nabierze rozpędu, ale niestety akcja odeszła razem z nimi, a na jej miejsce przyszła naiwność. To wprost niewiarygodne, jak łatwo X-Men dali sobie wcisnąć bishopowy kit. Telepaci, tropiciele, a nikt nie wyczuł, że łże? Nie może być aż tak dobry. Teraz X-Force polecą z nim za Marauders, a on im zrobi psikusa i w krytycznym momencie ustrzeli... no, kogo? Hep oczywiście. Przynajmniej mamy potwierdzenie, że przyszłość, w której są Madrox i Layla (przy okazji, zazdroszczę jej mocnej psychiki - więzienie, tortury, a ona dalej świetnie się bawi) jest przyszłością Bishopa. Pozytywnie zaskakuje też sojusz Cable'a z Charliem. Ogólnie, numer nie tak dobry jak poprzedni, ale nadal w porządku i obiecuje coś. Plus także dla Tana, bo jakoś bardziej się postarał: 8/10
Kakteen: Intryga goni intrygę; "Messiah Complex" zaczyna nabierać coraz większych rumieńców. Kto tutaj jest po właściwej stronie barykady? Kto zdradza przyjaciół? O tym wiedzą tylko ci, bywający w alternatywnych czasoprzestrzeniach, dystansując nawet czytających umysły telepatów. No może poza zdeprecjonowanym ostatnio X-mentorem, którego rola w całej zabawie okazać się może większa niż niejeden przewidywał. Chociaż umiejętnościami niewielu dorównać mu może (włącznie z autorem tej opinii), to czuję, że racja leży pośrodku, a zachowanie Bishopa ma w istocie wielowymiarowe podłoże. Poczytamy, zobaczymy...
Za największą wartość tego numeru uznać należy okładkę, przywołującą na myśl, stare, dobre czasy szczytu popularności semików. Oraz jak zwykle mocne zakończenie, wyostrzające apetyty na więcej.
avalonpulse0025l.jpgJaro: Jazdy bez trzymanki ciąg dalszy, wprawdzie wrażenie lekko zostało zepsute przez żyjącego Forge'a i niewykrytego Bishopa, ale wszystko jeszcze przed nami. Bardzo podobało mi się wejście gambitowych X-Marauders, stylizowane z lekka na typowy superheroratunek. No ale X czy nie X, to są cholerni Marauders ratujący cholernego niewinnego dzieciaka sprzed guna cholernego X-Mana! Gdyby u buka można było stawiać na prawdopodobieństwo zaistnienia scen w komiksach, na takiej można by się nieźle obłowić. Co jeszcze? Cable i Xavier razem, co miesza w crossie jeszcze bardziej, do tego wszystkiego zastanawiające słowa Nathana o ratowaniu przyszłości. Znaczy co, dziewczynka odgrywa tu jego rolę z "End Game", a on robi za Askani? Sporo mogą namieszać jeszcze Layla i Madrox, a ich spotkanie z małym Bishopem w przyszłości może (mogło?) wpłynąć na postawę dużego Bishopa w teraźniejszości.
Ocena: 7,5/10; soundtrack: Ulver - Tomorrow Never Knows.
S_O: To co, zaśpiewamy wszyscy razem? "Majteczki w gwiazdeczki, łohohoho". Wahanie Bisha od razu skreśla jakikolwek Mind-control, a Marauders robiący za wybawicieli niewinnych - wow. I dobrze, że ktoś pamięta, że Bish nie absorbuje energii Gambita.
Dalej mamy niejednoznaczną rozmowę Bisha z X-Men i wysłanie go razem z X-Force za dzieckiem, co może się skończyć w dwojaki sposób - albo Bish się zdemaskuje jako zdrajca i podczas walki zabije Hep, albo już na statku X-Force zdemaskuje go jako zdrajcę i rozpocznie się walka, podczas której zginie Hep. Lub zostanie ciężko ranna, bo to jednak postać popularniejsza niż Caliban (bo on nie był Sexi furry lady).
No i mamy potwierdzenie naszych przypuszczeń - Madrox i Layla są w przeszłości przyszłości Bishopa.
I co kombinują Cable i Profesor?

CrissCross: MC idzie do przodu i jest coraz ciekawiej. Motywy Bishopa są już niemal oczywiste: nie dopuścić do przyszłości. Natomiast nadal ciekawe, co planują Sinister i Gambit. Rysunki też niczego sobie. Trochę jednak zaczyna mi się to kłócić ze starą historią. Jakoś nie pasuje mi to do poprzedniej wizji świata Bishopa, na którą wielki wpływ miała misja Onslaughta. Ten został powstrzymany już dawno, a linia czasu dalej idzie swoim torem? Coś mi tu nie gra jak powinno...



Okładki tygodnia

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

 

Hity tygodnia:

avalonpulse0025a.jpgAnnihilation Conquest #3

Autor: Aleksi Briclot

Hotaru: Kolejna z serii rewelacyjnych okładek Conquest. Wprawdzie kolorystycznie odbiega od zimnych cybernetycznych błękitów poprzednich coverów, ale okazało się, że czerwień może mrozić równie dobrze. Na pierwszym planie, ale jednak w kontrze, z jarzącymi się oczyma i dłońmi Adam, i chociaż nie widać jego twarzy to od razu wiadomo, że nie gości na niej promienny uśmiech. To jeden z tych wypadków, kiedy mniej znaczy więcej. Niektórzy zauważą, że wersja ostateczna tej okładki pozbawiona jest cienia na postaci Warlocka. Zmienia to trochę wymowę całości, ale i tak robi wrażenie. Warto kupić ten komiks choćby dla samej okładki.


avalonpulse0025b.jpgMs. Marvel vol. 2 #23

Autor: Greg Horn

Lex
: Greg Horn to specjalista od seksistowskich okładek z udziałem bohaterek Marvela. Kiedyś prezentował wdzięki Emmy Frost, potem dostał przydział do miesięcznika o She-Hulk, a od jakiegoś czasu przedstawia nam walory Ms. Marvel. Tym razem jednak podszedł do tematu oryginalnie i zamiast prostego zbliżenia na obcisły kostium tytułowej postaci, mamy jej wizerunek odbijający się w oku walczącego z nią potwora. Efekt końcowy bardzo udany, bo Horn dba o detale i dopracował widoczny kawałek twarzy oraz oka bestii (zwróćcie uwagę np. na skapujący pot). Na dodatek Ms. Marvel również wygląda bardzo dobrze w dynamicznej pozie. Można się trochę przyczepić do układu światła i cienia, ale okładka robi bardzo pozytywne wrażenie.

avalonpulse0025d.jpgUncanny X-Men #494

Autor: David Finch

Gamart: Nie jest to może najlepszy rysunek Fincha, ale i tak jest bardzo dobry. Mamy klasyczne przedstawienie postaci, które są bez zarzutu, na tle płonącego budynku. Zresztą i tak wybrałem ją ze względu na świetnie narysowaną Emmę Frost, która z twarzy bardziej przypomina Jean, to jednak jej hmm... walory są naprawdę dobrze pokazane. ;)





Gniot Tygodnia:
avalonpulse0025d.jpgSilver Surfer: In the Name #3

Autor:
Paul Pope

Hotaru: Na tej okładce widnieje ni pies, ni wydra. Postać zalatuje trochę małymi szarymi istotami znanymi z serialu X-Files... ach, te oczy. Nic nie trzyma się kupy - zaburzone proporcje, perspektywa... aż dziwne, że planety w tle są kuliste. Dłuższe wpatrywanie się w te bohomazy grozi zawrotami głowy i wsteczną perystaltyką... sam autor wyrzygał się na tę okładkę, sądząc po wyborze kolorów i teksturze tła. Ohyda.




 



Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2008.01.04



Redaktor prowadzący: Lex
Korektor: S_O
Redaktor techniczny: Black Bolt
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.