Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #394 (18.03.2015)

avalonpulse0.png
Środa, 18 marca 2015Numer 10/2015 (394)


W tym tygodniu premierę miały m.in. kolejne przygody Spider-Gwen i Thor. Tradycyjnie już najwięcej uwagi zyskała kolejna odsłona "Time Runs Out".

11.03.2015

All-New X-Men #37
jdtennesse:
Świetny numer. Brakowało mi takich historii. Niby o “niczym”, bo akcji za dużo nie uświadczymy – wprawdzie jest walka Jeen z Blobem i to nawet poważna, jednak to nie walka jest tu najważniejsza, a relacje między postaciami. A już na pewno nie walka między tą dwójką. Ważniejsza jest walka młodej Jean z samą sobą, przynajmniej taką naukę każe nam i jej wynieść Emma z tej lekcji. Uważam pomysł za niezwykle trafiony, mając na uwadze przeszłość tych dwóch postaci, nawet jeśli jedna z nich nie jest do końca tą samą osobą. Emma już od początku pokazała kto tu rządzi wyłączając telepatię Jean i zmuszając ją do radzenia sobie używając wyłącznie telekinezy. Ciekawy numer ze względu na to nietypowe połączenie, znakomity efekt, a scena (a nawet dwie) z Emmą pstrykającą Jeen w nos jest komiczna. Komiks, przy którym można odpocząć i nacieszyć się dobrą atmosferą historii. Rysunki del Mundo idealnie pasują do nastroju Madripooru, chwilami wydawały mi się nie dopracowane, ale ogólnie świetne wrażenia, zarówno estetyczne, jak i czytelnicze. No i czy pojawia się jakaś zapowiedź Phoenix? W związku z Secret Wars odgrzano wiele świetnych (wtedy) kotletów z mutantami, np. Years of Future Past (okaże się dopiero czy po odgrzaniu będą dobre…), ale Dark Phoenix Saga póki co się nie pojawiła… Domysły czas zacząć.
Gil: Czemu na okładce są Iceman i Beast, skoro nawet nie pojawiają się w środku? Ale mniejsza o to, przynajmniej mieliśmy okazję poobcować z rysunkami DelMundo, który nadał trochę fajnego klimatu Madripoorowi. Fabuła co prawda jest prawie o niczym, ale daje nam chociaż kilka fajnych dialogów między Emmą i Jean. Tylko tyle i aż tyle. Sporo było łażenia i opowiadania, jakie to miejsce jest paskudne, a gdy przyszło do starcia z Blobem, było takie sobie. Tak naprawdę, to tylko dzięki rysunkom będzie 6/10.
Krzycer: Fajne ilustracje to zdecydowany plus tego numeru. Podobnie jak sympatyczne interakcje Emmy i miniJean. Za to starcie z Blobem było mocno nienatchnione. A do tego dostaliśmy kolejny typowy bendisowy manewr pod tytułem "wyciągnę coś z tyłka i powiem, że to się od dawna działo w tle". W tym wypadku - telepatia Emmy Frost jest już niemal na poziomie sprzed post-AvXowego załamania. I fajnie. Czemu więc w zeszłym miesiącu nie mogła nic zrobić w sprawie MafjuMaloja? Mam wrażenie, że było parę innych sytuacji, przy których jej zaawansowana telepatia byłaby bardzo pomocna... Ot, Bendis.
Tori: Będę miły i nie będę się czepiał kolejności wydawania kolejnych numerów tej serii. Zwłaszcza, że w odróżnieniu od średnio-kiepskiego Black Vortex, ten numer był naprawdę dobry. Niby za wiele się nie dzieje, ot Emma trenuje Jean, ale te rozmowy między nimi, więź i rywalizacja, wyższość Emmy, niepewność Jean, krotko mówiąc po raz kolejny Bendis udowadnia, że jak chce, to potrafi dobrze poprowadzić postacie. Do tego rysunki del Mundo, w pierwszej chwili wydawały mi się dziwne, zwykle w tej serii prezentowany jest jednak inny styl, ale w trakcie lektury coraz bardziej pasowały do opowiadanej historii. Dobry numer, 8/10 się należy.

Amazing Spider-Man #16
Gil:
Co, za dobre były ostatnie numery i trzeba było zrobić coś głupiego? Starcie z Iguaną jest może trochę zabawne, ale nie da się powiedzieć, że było w jakikolwiek sposób interesujące. Ot, po prostu, dali mu coś do roboty, żeby skomplikować najprostszą sprawę. Jak zwykle. Jedno, co mi się podobało, to zapowiedź starcia z Ghostem, bo strasznie go polubiłem w Thunderboltsach. Same problemy Parker Industries nie są specjalnie interesujące, a dodatkowa historyjka z Black Cat irytuje mnie tak samo jak cały aktualny trend w jej prowadzeniu. Czyli tym razem tylko 5/10.
Krzycer: Nuda. I Peter jako ciamajda-nieudacznik. Cieszyłbym się z uwagi na Ghosta, gdyby nie to, że Slott już chyba kiedyś ignorował Thunderbolts... Chyba, że to mi się coś miesza. Tak czy inaczej, żadnych pozytywów w tym numerze nie znalazłem.
Tori: Koniec Spider-Verse i powrót do standardowego Pietrka i jego równie standardowych problemów. Ważne spotkanie w firmie na które nie można się spóźnić? Oczywiście Spider-Man musi w międzyczasie użerać się z jakimś trzecioligowym złoczyńcą, a dodatkowo gadać przez telefon i sypać sucharami. Jakieś bardzo złe to nie było, ale wtórne straszliwie. Na szczęście tym razem Parker wyrobił się w czasie i może prezentację firmy zrobić, a tymczasem Tiberius szykuje sabotaż, albo coś jeszcze gorszego i najmuje do tego Ghosta, co może zapowiadać interesujący pojedynek w następnym numerze. Dodatkowo mamy tu historyjkę o Black Cat, która przypomina, czemu nie lubię obecnej wersji Felicji. Serio, to nie jest postać do roli żeńskiego kingpina, a Slott uparcie pokazuje, jaka to ona teraz zua i mhrrroczna. Tym sposobem za całość będzie 5/10.

Amazing Spider-Man Special #1
Gil:
Z jednej strony, fajnie było poczytać Pajęczaka w rękach kogoś innego niż Slott – ot, tak po prostu, dla jakiejś odmiany. Z drugiej, ciężko mi powiedzieć, żeby była to lepsza wersja, chociaż parę fajnych tekstów się trafiło. Nie przypasowało mi jednak przedstawianie Parkera jako przesadnie kochliwego nieudacznika, który wyobraża sobie cudaczne scenki z każdą kobietą, jaką zobaczy. Wątek łączący Pająka z Inhumans jest… no, jest. Nie wiem czy motyw ze skrzydlatymi małpami miał parodiować Czarnoksiężnika z Oz, czy konkurencyjne Parademony? W każdym razie wyszedł tak sobie. Próbowałem wygóglać przeciwnika, bo zachowywali się jakby był z wykopalisk, ale Internet zdaje się go nie rozpoznawać, więc wychodzi, że to retconowa ściema. No, ale czego więcej się spodziewać po historii, która aż krzyczy: „nie jestem annualowym crossoverem”? Rewelacji nie ma, ale może być, więc niech ma 5/10.

Ant-Man #3
Gil:
Dobra passa, rozpoczęta od poprzedniego numeru, trwa. Seria na szczęście znalazł swój motyw przewodni i wije sobie w nim wygodne gniazdko. Rozbawiło mnie starcie z Taskmasterem, które fajnie zagrało na motywie arcywroga i reakcjach czytelników na to połączenie po zapowiedziach. Powiedzmy po prostu, że Taskmaster był równie zaskoczony. Sam pojedynek wyszedł fajnie, a przy okazji otworzył drogę dla prawdziwego arcywroga. Kogo? Pewnie nie skojarzycie z nazwiska, tak samo jak i ja, ale wygląda na to, że gościu naprawdę może rościć sobie prawa do tego tytułu, więc miejmy nadzieje, że coś z tego będzie. Dodatkowy plus za nawiązania do historii da nam całkiem przyzwoite 7/10.
Krzycer: A to było całkiem spoko. Głównie dzięki fajnemu poprowadzeniu Taskmastera. Ale nie będę ukrywał, czekam, aż Spencer zająknie się na temat Young Avengers w kontekście Cassie. Trzy numery i wciąż nic.

Captain Marvel #13
Gil:
Chyba zbliża się ten moment, kiedy z ciężkim sercem będę musiał odpuścić sobie tę serię. Kolejne historie pani Konikowej nudzą mnie coraz bardziej i to do tego stopnia, że zanim dotarłem do połowy numeru, przeszedłem od czytania do ślizgania się po tekście, a ostatecznie tylko przekartkowałem do końca. Nic ciekawego, koszmarnie nudny drugi plan i monotonne rysunki. Podejrzewam, że wkręcenie tytułu w Black Vortex przeleje czarę goryczy, a tymczasem dam 3/10.
Krzycer: Nie było to szczególnie emocjonujące, ani ciekawe... w sumie to samo odnosi się do całej serii... ale kadr z Tic, Carol i kotem wynagradza to wszystko.

Deadpool vol. 3 #43
Krzycer:
Niczego nie urywa, ale jest to w miarę przyjemne czytadło z poważnie potraktowanym Deadpoolem, który mimo to bywa śmieszny. Takiego Deadpoola lubię. Byłoby fajnie, gdyby komiks był lepszy, ale biorąc pod uwagę, że wszyscy wiemy jak bardzo mógłby być gorszy a mimo to z niezrozumiałych względów popularny (patrz: Waypool) - i tak jest dobrze.

Fantastic Four #644
Gil:
Że co? Serio, myślałem, że wprowadzenie dziwnych wersji postaci z Heroes Reborn będzie najgorszym elementem tej historii, ale jeszcze gorsze okazało się wyjaśnienie, skąd zostały wzięte. Otóż istnieje gdzieś tam cały wymiar, w którym żyją sobie postacie z wyobraźni Franklina. Ale nie to jest najgorsze, bo podobne rzeczy już widywaliśmy. Najgorsze jest to, że każdy może się do niego dostać przez jakiś portal, jakby był to rzeczywisty i fizyczny wymiar. Komuś chyba mocno zatarła się granica między science a fiction, bo to zupełnie bez sensu. No, ale dobra – jest w tym przynajmniej taki mały plus, że nadaje sens wprowadzeniu Sleepwalkera. Tylko, że ten plus szybko zacierają minusy w rodzaju nowej wersji Frightfull Four (czy autor nienawidzi She-Thing?), albo sposobu prowadzenia Torcha i Namora (który w All-New Invaders był zdecydowanie inny, chociaż autor ten sam). Po ostatniej zwyżce, sinusoida znów leci w dół i ląduje na 4/10.

Guardians Team-Up #2
Gil:
Czy mówiłem już, jak bardzo ta seria jest bez sensu? No to do całej listy zarzutów dodajmy jeszcze ten, że tytułowy Team-Up nie jest żadnym team-upem. Avengers praktycznie nic tutaj nie robią. A, nie, sorry – Manifold robi za taksówkę. Reszta tylko zachowuje się, jakby przedrzeźniała złośliwie dzieci opóźnione w rozwoju (sorry, jeśli komuś nie podoba się porównanie, ale właśnie tak zachowywał się Cartman, gdy próbował się wkręcić na olimpiadę specjalną). Cała historia okazuje się być właściwie o niczym, bo gdy przychodzi co do czego, to starcie z zielonym wargaczem kończy się na tym, że zwyczajnie sobie odpuszcza. I po co to wszystko? Tak, wiem – był film, kasa płynie. Ale poza tym? Zupełnie bez sensu. I dlatego dam 2/10.
Tori: Ta historyjka ma jednego plusa. To nie Thanos wysłał Nebulę do zgarnięcia Gamory, tylko jakiś... Kto to właściwie jest? Gamora też niezbyt kojarzyła. No, w każdym razie mamy to, czego można się było spodziewać. Zabójczyni spuszcza łomot kosmitom, dostaje oklep, trafia przed oblicze zleceniodawcy, wpadają Avengers z misją ratunkową, źli dostają bęcki, Gamora uratowana, wszyscy są szczęśliwi, koniec. I nawet zabawnych tekstów jest tu mniej niż poprzednio. Encyklopedyczny przykład komiksu napisanego dla kasy i żerowania na filmowej popularności, 2/10.

Howard The Duck #1
kuba g:
Jest, Howard The Duck, czyli najbardziej wyczekiwana premiera tego tygodnia... no dobra, najbardziej wyczekiwana obok Southern Cross z Image co by nie kłamać. Z Howardem jest tak, że jest wdzięcznym bohaterem dla komiksu ale niestety nie wielu potrafiło to wykorzystać od czasu gdy zamknięto główną serię. Okazyjne występy np. przy okazji eventów wypadały raz lepiej raz gorzej ale nigdy nie były historiami pokazującymi cały potencjał bohatera, ba, nie były w stanie nawet wyznaczyć nowej drogi. Dlatego pojawienie się Zdarskyego jest jak iskra rozpalająca nadzieję. Zdarsky kupił mnie dość szybko, trochę monologiem o wszechobecnych idiotach, trochę wstępniakiem i ogólnym nerwowym sarkazmem głównego bohatera (fakt, czasem przesadnie głupkowatym). Nie będę się rozpisywać o fabule komiksu bazującym na tym, że Howard jest detektywem uwiązany w cały ponadnaturalny świat Marvela, gdy najważniejszym dla mnie wabikiem była potrzeba znalezienia w Marvelu tytułu, który w luźniejszy sposób będzie funkcjonował w uniwersum... ale tak jakby obok niego. Bo gdy połowa trykociarni jest męcząca, a drugą połowę co pół roku zmienia się stylistycznie co by wpasować w ofertę konkurentów, fajnie, że wygrzebano starszy produkt i dano mu nową szansę. Zwłaszcza gdy ta seria idealnie wpisuje się w dzisiejszy pomysł na funkcjonowanie w mainstreamie, który żeby utrzymać się na rynku musi udawać... że jest indie. Na ten moment nie powiem, że debiut Howarda okazał się sukcesem, ale dostałem przyjemną rozrywkę rozpisaną na dialogi nie akcję - dokładnie to czego oczekiwałem (choć liczyłem na to, że w pierwszym numerze Zdarsky jeszcze nie będzie próbował nawiązywać do MCU, cóż).
Gil: Wystarczyło drobne cameo w filmie, żeby na jego podstawie rozkręcić nową serię z Kaczorem. Dowód? Już na dzień dobry wciskają tu Collectora, a na do widzenia Szopa. Trudno o bardziej oczywistą oczywistość. Ale kto wie, może wystrzelenie go w kosmos przyniesie jakiś skutek, bo ziemski fragment numeru nie specjalnie mnie zainteresował. Ani nie przypominał klasycznego Howarda, ani nie próbował zrobić skoku na klasykę komedii, za którą uchodzi. Jedyne, co było w miarę fajne, to umieszczenie go obok Shulkie. Poza tym, było to wszystko takie sobie. Ale po doświadczeniach z Ant-Manem, jestem skłonny dać serii mały kredyt i zobaczyć, czy drugi numer cokolwiek rozwinie. Póki co, wystawię niezdecydowane 5/10.
Krzycer: Um. Kwa. Trochę nie wiem, co o tym myśleć. Gerbera nie czytałem, Howarda znam praktycznie tylko z... Marvel Zombies... Więc... jest ok? Znowu - niczego mi ten komiks nie urwał. Zobaczymy, co będzie dalej.

Ms. Marvel #13
Demogorgon:
Takeshi Miyazawa to widać częsty wybór na zastępstwo dla Adriana Alphony (podobna sytuacja miała miejsce w Runaways) ale to dobrze, bo jest utalentowanym rysownikiem i potrafi za swoim kolegą nadążyć. No i w jego wykonaniu Kamala wypada przeuroczo. Co do fabuły to nowo wprowadzony chłopak od samego początku wydaje się zbyt dobry, aby być prawdziwy i podejrzewam, że może się okazać złoczyńcą, albo przynajmniej bucem. Sama Kamala, prócz bycia przeuroczą w tym numerze, ma okazję zabłysnąć, szczególnie w starciu z nową antagonistką, co daje nam szansę na całkiem krótki, ale dosadny i jakże potrzebny komentarz na temat ekstremistów. Podobało mi się też jak jej reakcją na uświadomienie sobie, że się zadurzyła było "To zupełnie jak w mojej ulubionej mandze!".
Gil: Właściwie to wszystko fajnie, bo numer trzyma swój poziom i rysunki Miyazawy wnoszą trochę świeżości do płaszczyzny graficznej. Jest tylko małe „ale”: jak tylko pojawił się ten idealny chłoptaś, zacząłem się zastanawiać, co z nim będzie nie tak. A po rewelacji, że i on jest Inhumanem, natychmiast zacząłem się spodziewać, że ostatecznie okaże się jednym z tych zagrożeń, przed którymi ostrzegała Medusa. No i teraz mam ogromną nadzieję, że się mylę. Bo jeśli się nie mylę, to będzie pierwsza oznaka, że seria zaczyna wytracać swoją świeżość i stawać się przewidywalna, a tego bardzo bym nie chciał. Na szczęście, jeszcze nie ma się czego przyczepić. Nadal czytało się fajnie, a motyw z chłopakiem do tej pory wyszedł fajnie i zabawnie. Zwłaszcza z bratem w roli przyzwoitki. Podtrzymam więc swoje 7/10 i mam nadzieje, że tak zostanie.
Krzycer: Sympatyczny numer. Szczególnie zdziwiły mnie rysunki - Miyazawy zazwyczaj nie znoszę, ale tym razem bardzo ładnie wstrzelił się w styl narzucony serii przez Alphonę. Szapo ba. Sama relacja z kuzynem i siurpryza z końcówki, jak pisze Delirium, były przewidywalne, ale i tak - fajne.

New Avengers #31
Demogorgon:
No oczywiście, tak jak się spodziewałem. Black Priests zostają zmasakrowani przez Black Swans nie pokazawszy niczego dobrego a Strange jak ostatni dureń włazi w oczywistą pułapkę, opartą o oczywistą słabość jego nowych mocy. Dzięki za zrobienie z niego skończonego idioty. A kiedy przychodzi do używania innej magii jedyne na co go stać to kolorowe lasery i wybuchy. Kto to pisał, Michael Bay? Nie można było się wysilić chociaż trochę? Nie wiem, Strange nie mógł sprawić by ich cienie się na nie rzuciły albo by ściany zmieniły się w tysiące wygłodniałych szczurów, albo wyssać powietrze i spróbować je udusić albo cokolwiek tylko nie najgłupszy, najbardziej prymitywny sposób pisania magii jaki istnieje? Jeśli nie potrafisz pisać magii, nie pisz magii, czy ja naprawdę tak wiele wymagam? A co najgorsze to to, że wszystko to jest niepotrzebne, bo Rabum Alal, jak już się pojawia, to wcale walczyć nie chce i cała ta bijatyka była tylko zajmowaniem czasu i miejsca. Równie dobrze Stephen i Black Preists mogli pojawić się pod drzwiami, Black Swans mogłyby zaprosić Strange’a do środka bo Rabum Alal go oczekuje i przechodzimy do trzech ostatnich stron. Cała reszta była tu zbędna i nie zrobiła nic tylko po raz kolejny pokazała Strange’a jako głąba i ofermę, który przegrywa z bandą OC autora. I wiecie co? Przez to wszystko kiedy już dotarłem do ujawnienia kim Rabum Alal jest, byłem zbyt wściekły aby mnie to cokolwiek obeszło. O, to ten koleś. Who cares?
Trzymałem się tej serii stanowczo za długo, od dawna byłą pasmem rozczarowań i niespełnionych obietnic. Hickman obiecuje i obiecuje, ale nigdy nie dotrzymuje słowa, tylko albo każe nam czekać, albo to wszystko okazuje się kolejnym ogromnym rozczarowaniem. I jeśli o mnie chodzi, to mam dość czekania - podziękuję tej serii, Avengers i Secret Wars, będę się trzymał tylko co bardziej interesujących tie-inów, jak A-Force czy Runaways czy Ghost Racers. Wybaczcie, ale moja cierpliwość się wyczerpała. Hickman miał czas mnie do siebie przekonać i ten czas się skończył.
Gil: Nooo to sporo mamy niespodziewanek w tym numerze. Największą z pewnością jest Rabum Alal, którego wreszcie możemy zobaczyć i z pewną ulgą stwierdzić, że przewidywania prawie całego internetu były błędne. Nawet nie macie pojęcia, jak bardzo się z tego cieszę, bo czasy mamy takie, że albo autorowi się nie chce, skoro i tak ktoś zgadnie i pójdzie w eter, albo ktoś sypnie spoilerami i połowa radochy idzie się gzić (dla mnie na szczęście tylko połowa, bo oprócz „co” zawsze zwracam też sporo uwagi na „jak”). Zresztą, zagranie to całkiem nieźle wpisuje się w moją teorię metaprzekazie: „nic nie jest tak, jak się spodziewacie, nowe zastępuje stare”. I fakt, że nowe też jest de facto stare również pasuje. Tymczasem, zostawiając na boku parabole widzimy, że cały rdzeń fabuły ładnie składa się w całość. Dalej nie da się pójść bez spoilerów, więc jeśli chcecie ich uniknąć, jest to ostatni moment, żeby przerwać czytanie. Uwaga, wchodzimy w szczegóły. Teraz! Działania Dooma i Molecule Mana w bardzo prosty sposób wyjaśniają, jak to jest możliwe, że Battleworld może się składać z większej ilości fragmentów, niż pozostało uniwersów. Widocznie zaczęli zbierać je już jakiś czas temu. Wiemy też, czemu Beyonderzy uważają Rabuma za zagrożenie – to on zdołał ukraść moc jednego z nich. Co więcej, zapętlenie czasowe całości wpisuje się nie tylko w bios Dooma, ale i w poglądy Hickmana na ten temat, które pokozał już w serii Red Wing (co również może być wskazówką odnośnie efektów). No i jego spotkanie ze Stefanem przypomina mi o jednej z klasycznych graphic novels. A, no właśnie – Stefan. To on jest tu właściwie główną postacią numeru, chociaż przez rozmiar rewelacji, zostaje nieco z tyłu. Niemniej jednak, dobrze wypada jako dowodzący armią magów i można uwierzyć, że zyskał większą moc, a cała akcja jest interesująca. Nawet jeśli spodziewałem się, że gdy magowie posługujący się słowami wejdą do biblioteki, zostanie to wykorzystane przeciwko nim. Jedno, czego można się przyczepić to, że w interpretacji Walkera wygląda prawie jak J.J. Jameson. Wciąż jednak numer jest na poziomie mocnego 7/10 i coraz bardziej zbliża się do ósemki.
Krzycer: Wiem, że powinienem się kłócić z wami o to, czy Strange się popisał czy się nie popisał, i czy ujawnienie Dooma jako Rubarum Alala to przebłysk geniuszu czy braku inwencji, ale jakoś nie mam ochoty. Zamiast tego powiem wam, że mam déjà vu z końcówki runu Hickmana w "Fantastic Four". Nie do końca rozumiem o co chodzi, nie do końca rozumiem co się dzieje, wcale nie rozumiem czemu to się dzieje i - i tu dochodzimy do kluczowej sprawy i pogrzebanego psa - nagle kompletnie przestało mnie to obchodzić. Może przed Secret Wars jeszcze znowu zacznie, na pewno nie rzucę serii tuż przed końcem, no i mimo wszystko chciałbym wiedzieć, czemu Beyonderzy rozwalają wszystko, ale... cała reszta już mnie nie obchodzi. Postaci kompletnie się w tej historii zagubiły, znowu są tylko figurami na hickmańskiej szachownicy. Figury mnie interesują, sama gra - nie. Znowu.
Tori: Kolejne kawałki układanki trafiają na miejsce, a tożsamość Rabum Alala zostaje ujawniona. Zaskoczenie? Może trochę, ale gdzieś w głowie tliła się lampka, że wbrew pozorom to może być on. Tylko nadal nie wiemy, kto za inkursje odpowiada, ale dzięki temu nadal można snuć teorie. Poza tym w numerze Strange kontra Black Priesty... No właśnie. Doktorek wlazł w pułapkę? Szczerze, jakoś mi to nie przeszkadza, bo zagrywki tego typu (wymagane niejako przez fabułę) są na tyle często stosowane, że zdołałem do nich przywyknąć. Ukazanie magii takie a nie inne? I znów, u mnie pierwsze skojarzenie z wojującym magiem, to koleś strzelający madżik misilami i fajerbalami, czyli właśnie "lasery i wybuchy", plus okazjonalne zdejmowanie osłon przeciwnika i teleportacja siebie i innych. Spaczenie RPGami? Pewnie tak, ale myślę, że to najpowszechniejsze spojrzenie na magiczne pojedynki i właśnie dlatego wygląda to tak, jak wygląda i osobom mniej obeznanym z tematem nie będzie zbytnio przeszkadzać. W każdym razie, ja nie traktuję tego jako minus, można było zrobić lepiej, ale taka forma też się sprawdza. Podsumowując, dla mnie, jest nadal dobrze, klimat i napięcie fajnie się buduje, więc 7/10 będzie.

Nova Annual #1
Gil:
Nie rozumiem. Duggan pisze świetnego Hulka w jego własnej serii, więc jak to się stało, że ta sama postać w rękach tego samego scenarzysty tylko w innej serii jest nie do zniesienia? Czy postanowił sprowadzić ją do poziomu Novy? Na to wygląda, bo nagle Hulk zaczyna się zachowywać jak wielki zielony i brodaty nastolatek. Kurde, nawet Teen Abomination zachowuje się mniej nastolatkowo. Ostatecznie wyszło to jak autoparodia i to wyjątkowo marna. A historia, do której została podczepiona wyszła raczej nudno i jedyny sens, jaki miała, to zakończenie wątku z zepsutym hełmem. Może przynajmniej skończą tę komedię omyłek. Będzie więc typowa ocena annualowa: 3/10.

Silver Surfer #10
Gil:
Spodziewałem się chyba nieco więcej, ale z drugiej strony jestem zadowolony, bo ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowaliśmy byłby kolejny Herold na pięć minut. Owszem, fajnie wyszła scena, gdy mieszkańcy planety mają swój spartakusowy moment, ale gdy Dawn zaoferowała swoje poświęcenie, miałem mocno mieszane uczucia. W pierwszym momencie pomyślałem, że byłoby fajnie i można by na tym zbudować sporo historii, ale potem stwierdziłem, że kolejny ziemski Herold to zbyt wiele. Zwłaszcza po tym kaznodziei, którego wcisnął Fraction i wszyscy próbujemy o nim zapomnieć. Ostatecznie więc rozwiązanie, w którym i wilk jest syty i owce całe okazuje się całkiem dobre. No i nadal otwarta pozostaje kwestia co dalej, skoro sprawy już się skomplikowały. Czyli jest fajnie, jak zwykle. Na tyle fajnie, że znów dam 7/10.

Spider-Gwen #2
TheSolamnus:
Po średnim pierwszym numerze, ten był miłym zaskoczeniem. Historia powoli się rozwija, relacja pomiędzy Gwen i kapitanem jest interesująca i on sam dostaje trochę miejsca. Matt Murdock jako prawa ręka kingpina sprawuje się świetnie i ciekawi mnie jak wątek potoczy się dalej. Rysunki wciąż słabe, momentami kłują w oczy, ale to wciąż przyjemna lektura, więc dam 7/10
Gil: Tutaj niestety mamy przykład tendencji odwrotnej, do wyżej wspomnianych: po fajnym pierwszym numerze, drugi ląduje o poziom niżej. Chociaż i tak dobrze, że tylko o poziom, a nie kilka pięter na betonie. Otóż nie podobało mi się to, że przez cały zeszyt Gwen plącze się jak uderzona obuchem i nie wie, co ze sobą zrobić. Szczerze mówiąc, gdyby nie obecność wyimaginowanego prosiaka, byłoby to zupełnie nie do zniesienia. A tak przynajmniej znaleźli jakiś pretekst, żeby mogła dużo mówić do siebie. Przeciwnik właściwie zniknął w tle i wygląda na to, że posłużył to otwarcia większego wątku, który może być niezły, ale jeszcze taki nie jest. Póki co, trochę za dużo jest zagrań na skrajne przeciwieństwa typu zły Murdock i nie do końca mnie to przekonuje. Ale jak mówiłem, nie jest jeszcze dużo gorzej i nadal jest nadzieja. A tym razem będzie 5/10.
Krzycer: Halucynacje ze świniakiem były zabawne. Reszta... strasznie przerysowana. Tak, widmowy Spider-Ham to najmniej przerysowany element komiksu na tle Twardego Castle'a, Złego Murdocka, Zdzirowatej Mary Jane i reszty obsady. Obawiam się, że to po prostu nie moja stylistyka. To samo mógłbym powiedzieć o rysunkach. Chyba pożegnam tę serię.
Tori: Nadal jest to typowy elseworld. Historia powoli się rozkręca, a my mamy możliwość bliżej poznać główniejsze postacie. I tak Vulture okazuje się zwykłym szarakiem, co to chciał zaszpanować pozbywając się Spider-Woman. Kingpin jest podobny do swej wersji z 616, ale już Matt na jego usługach to zupełnie inna postać. Laską wywija, przeszkolenie ma, z brutalnością się nie czai, więc za kilka odcinków mógłby się pojawić jako Evil Daredevil, albo jeszcze lepiej, jako Bullseye. Wiadomo również, że Castle był ojcem i jak to w elseworldach bywa, teraz można się zastanawiać, jak zginął jego syn/córka, czy raczej kto za ową śmierć odpowiada. Krótko mówiąc, kolejny alternatywny świat jest tu rozwijany, za dużych rewelacji nie ma, a że się miło czyta, to i 6/10 można dać.

Spider-Man 2099 #10
Gil:
Dałem się zaskoczyć. Już zdążyłem przyzwyczaić się do obecności Strange i ją polubić, gdy oberwała jak Coulson w Avengers. I już zdążyłem złapać smuteczek, gdy okazało się, że to była ściema i część chytrego planu Maestro. Zastanawiam się tylko, czy powinienem kojarzyć tę czerwoną podszywaczkę, bo jakoś nie kojarzę. Ale zrobiło się ciekawie. Na koniec i Miguel i Maestro lądują znów w naszych czasach, więc otwierają się różne możliwości. Nawet większe, jeśli przywieźli ze sobą technologię do podróży w czasie. Tak więc, jest fajnie, a na plus możemy tez policzyć parę fajnych tekstów. I tak skończymy na solidnym 6/10.
Krzycer: O. Siurpryza. A właściwie - siurpryza goni siurpryzę. Trudno mi uwierzyć, by PAD ustał to lądowanie, bo Maestro w teraźniejszości to jednak powinna być bomba, a PAD zazwyczaj optuje za bardziej kameralną skalą swoich historii... No, zobaczymy. Na razie jestem bardzo zainteresowany. I też nie wiem kim jest czerwony podszywacz / opętywacz? Nie do końca zrozumiałem, co właściwie dzieje się ze Strange.
Tori: PAD znowu to zrobił, tylko perfidniej i nawet dwukrotnie. Jasne, pierwsza scena sugerowała, że coś się święci i Maestro coś knuje, ale i tak "śmierć" Pani Strange była zaskoczeniem. Podobnie jak późniejsze rewelacje z zakończeniem numeru włącznie. Możliwości mamy tu sporo, więc ciekaw jestem, w którą stronę historia się potoczy, zwłaszcza jeśli podróże w czasie będą jej częścią. I też nie wiem kto to ta czerwona. Jakiś demon, co opętał Panią Strange? Trochę tak to wygląda. Jako że jest ona częścią planu Maestro, to i pewnie w następnych numerach poznamy odpowiedź, a na razie jest ciekawie, a za zwroty akcji dam 8/10.

Spider-Man And The X-Men #4
jdtennesse:
Od początku serii było źle, a teraz… O nie, wcale nie jest lepiej, wręcz przeciwnie – to równia pochyła. Od pierwszych stron nie miałem radości z czytania, ale jak doszło do konfliktu na linii Peter – Henry to skapitulowałem. Plusem jest może fakt, że postanowili sprawdzić się na polu naukowym, a nie na polu walki, jednak jest to mały plus. I to zaledwie jeden z dwóch jakie udało mi się zauważyć w całym komiksie. Drugim są chwile między uczniami, a mianowicie rozmowa Santo z Globem. Poza tym raczej nic nie wzbudziło mojego zainteresowania. Wręcz przeciwnie. Bardzo dziwi fakt, że z dwóch nauczycieli, to Peter wypada lepiej, bo pozwala uczniom samodzielnie pracować, gdy tymczasem Hank robi wszystko sam. Jest to dość przewrotne, bo Peter tylko chwilę był nauczycielem (u Straczyńskiego), a Hank ma na tym polu o wiele więcej doświadczenia. Chociaż z drugiej strony, kiedy ostatnio Hank zrobił coś, co nie wzbudziło naszego zdziwienia (delikatnie rzecz ujmując)? Treść pozostałych stron jest tak pokręcona, że chwilami trudno nadążyć, kto kogo i na czyje polecenie szpieguje. Dostaje się nawet Rachel, która jest katowana w bezprzymiotnikowych X-Men, a tutaj mamy kolejny „popis” marnego pisania postaci, która już dawno przestała być sobą. Natomiast samo zakończenie to już dno totalne. Za mało było mieszać wrogów Petera z wrogami mutantów, trzeba było ich po prostu wrzucić do blendera. Tak, dobrze słyszycie – na ostatniej stronie pojawia się… Deathbird-Brood-Symbiote. I słowa nie oddają horroru tej sceny. Jest tylko jedno pocieszenie – seria prawdopodobnie kończy się z numerem #6, bo TPB tej serii zapowiedziany na Amazonie ma tytuł „SatXM” TPB, bez Vol.1 w tytule. Oby.

Star Wars vol. 2 #3
Krzycer:
To dopiero trzeci numer, a mam wrażenie, że Cassaday już się męczy i zaczyna popełniać dziwne, dziwne rzeczy... Przede wszystkim dziwne są twarze. Na niektórych kadrach wciąż udaje mu się uchwycić podobizny aktorów, i tam jest super. Ale na innych proporcje nagle zaczynają się lekko zmieniać, coś się przesuwa, kształt twarzy się zmienia... i nagle zamiast Carrie Fischer widzę Shadowcat z "Astonishing X-Men". Do tego komiks właściwie nie ma teł, ale po co komu tła. Od strony scenariusza komiks wciąż nie oferuje niczego poza akcją i humorem, i wciąż i jedno, i drugie jest całkiem gwiezdnowojenne - może poza dowcipem z dekapitacją, to akurat trochę ostrzejsze poczucie humoru od lucasowskiego.
Tori: Kosmicznej przygody ciąg dalszy. Vader kozaczy, Han i Leia się kłócą, a Luke szpanuje i farci. No dobra, na koniec ma mały kryzys Dżedajowy, więc jakby pociągnąć ten wątek dalej, to by źle nie było. Wątpiącego Luka zawsze miło poczytać. Vader natomiast postanawia odnaleźć chłopaka i wyszkolić, co jest miłym nawiązaniem do pamiętnej sceny z Imperium Kontratakuje. Niestety na uświadomienie go o pokrewieństwie z owym chłopakiem przyjdzie nam jeszcze poczekać, a nadal jest to jeden z wątków, które najbardziej mnie interesują. Na razie zaś jest fajnie i gwiezdno-wojennie, więc 7/10 można dać.

Superior Iron Man #6
Gil:
Wreszcie zaczęło się dziać coś konkretnego z planem Pepper. Ale zanim do tego dotarliśmy, dostaliśmy też fajną scenę z próbą wrogiego przejęcia firmy, w której Antek ujawnia cały potencjał swojej złośliwej natury. Oczywiście, najlepsze w tym jest to, że Potts go przechytrzyła i teraz przychodzi pora na konfrontację. Nie tylko z nią, ale i z własną kopią zapasową. I jestem szczerze zainteresowany tym, co będzie dalej. Również dlatego, że skomplikowała się trochę pozycja Nastoletniego Paskuda w tym wszystkim. Dam całkiem niezłe 7/10 i czekam na więcej.
Krzycer: To było fajne! To było autentycznie, od początku do końca, fajne. Pepper była super, Stark był arcy-dupkiem, ale dla odmiany - nie był sprytniejszy od wszystkich dookoła i miło było zobaczyć, jak mu się noga powinęła. Fajne, fajne, fajne.
Tori: Główny wątek wreszcie ruszył do przodu, a jak już ruszył, to konkretnie. Evil Tosiek chce przejąć firmę niemal dosłownie po trupach i mamy tu świetnie ukazany charakter postaci, jego bezwzględność i dupkowatość. Niestety plan się nie udaje, bowiem Pepper okazuje się sprytniejsza i tak docieramy do finałowej konfrontacji Evil Tośka ze Starym Tośkiem i bardzo jestem ciekaw, jak to się dalej potoczy. 7/10 i ja chcę następny numer.

Thor #6
Kminek:
Ojej, czyli to nie Jane Foster jest nową/nowym Thorem? Nie spodziewałem się! I jeszcze Roz Salomon na wakacjach... Hmmmm przypadek?  To coraz większe nadmuchiwanie balonika tajemnicy Thorzycy albo spowoduje wybuch w postaci kogoś, kogo się naprawdę nie spodziewamy, albo powolne wylatywanie powietrza ze sflaczałych resztek w przypadku oczywistej odpowiedzi. Ten wątek trochę już męczy, za to rozmowa i plan Malekitha oraz pana Minotaura wypadają znacznie lepiej, tekst Thora o tym, że wystarczy szept, by ludzie upadli też super, Odyn jako dupek może być no i przepiękne rysunki! Zwyczajnie piękne one są! Aha, wątki humorystyczne (rozmowa z Coulsonem oraz "dyskusja" z trollami) i końcówka jak najbardziej na plus!
Gil: Głównym tematem numeru jest śledztwo w sprawie Thorzycy, prowadzone przez detektywa Thora. Prowadzi ono do wielu ciekawych spotkań, które nie tylko pozwalają wyeliminować kolejne podejrzane, ale też przypominają o postaciach, które zeszły w tło i zapowiadają co nieco na przyszłość. No i znów pojawiają się wskazówki w kierunku Roz Solomon. Tymczasem w tle ciekawie rozwija się konflikt między Freją i Odynem, za to Malekith i Minotaur zawierają spółę. Przy okazji dowiadujemy się tez co nieco o początkach tego drugiego. Wszystko ewidentnie zmierza do konfrontacji, która będzie osią historii i ostatecznie przyniesie nam rozwiązanie tajemnicy Thorzycy. A póki co, zwyczajnie fajnie się to czyta, więc również dostanie całkiem niezłe 7/10.
Krzycer: Sympatyczny numer, ale jeśli Thorą jakimś cudem nie jest Roz Solomon, to wyjdzie, że to mylenie tropów jest bardzo, bardzo, bardzo nachalne. Ale przecież Thorą jest Roz, więc nie ma problemu.
"Śledztwo" OG Thora jest bardzo przyjemne. Konszachty Malekitha z Aggerem są całkiem niezłe... problem mam głównie z absurdalną kolekcją głów Aggera. Raz, że to obrzydliwe. Dwa... jakim cudem ten dzieciak tam na wyspie zachował ich przy życiu w tym stanie?
Tori: Zgadywania tożsamości Thorzycy ciąg dalszy. Jane Foster skreślona z listy, trochę szkoda, bo na nią stawiałem i obecnie główną podejrzana jest Roz Solomon. Mimo, że wszystkie tropy wskazują na nią, mam nadzieję, że to jednak nie ona. Byłoby zaskoczenie, a i utrzymywanie tożsamości Thorzycy przez cały ten czas miałoby więcej sensu. Poza tym w numerze retrospekcje z Minotaurem i muszę przyznać, że "zemsta" za zabicie rodziny w wykonaniu tego pana jest naprawdę mocna. Do tego układ z Malekithem zostaje zawarty i ogólnie cały ten wątek fajnie poprowadzono, zwłaszcza końcowe precyzowanie szczegółów. Dobrych scen jest tu zresztą więcej, pogadanka Thora z Heimdallem, czy też masakrowanie biednych trolli. No i Odyn zaliczający zasłużonego plaskacza od Frei. Czyta się dobrze, rysunki ładne, 7/10 się należy.

Wolverines #10
Krzycer:
Ugh. Ten numer nawet nie był śmieszny. A kiedy "Wolverines" nie są śmieszni, to są wyłącznie głupi. Ale hej, co za niezwykły zbieg okoliczności, że Fang miał pod ręką rasę psychopatycznych ultra-morderców, która wyluzowała i zmieniła się w rasę socjopatycznych super-morderców. Dzięki temu mógł tak subtelnie coś zasugerować Sabretoothowi! Ugh. Za tydzień - X-23. Drżę na samą myśl.


Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2015.03.11.
Redaktor prowadzący: Rodzyn
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.