Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #392 (02.03.2015)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 2 marca 2015Numer 8/2015 (392)


W tym numerze Pulse'a m.in. kolejne części "Black Vortex" i "Time Runs Out", epilog "Spider-Verse" oraz debiut nowej serii Spider-Gwen.

25.02.2015

All-New Invaders #15
Gil:
Ostatni numer. Spodziewałem się epickiej bijatyki, która domknie wszystkie wątki, żeby chociaż finał miał styl. I bijatyka była… w retrospekcji, upchnięta pod ścianą tekstu. Sorry, ale w takiej formie nie chciało mi się przez to przebijać. Cóż, cała seria była raczej męcząca, więc to w pewnym sensie godny jej finał. Ale też całe szczęście, że wreszcie się to skończyło. Podsumuję więc całość jednym 3/10.

All-New X-Men #38
Kminek:
Black Vortex trwa i, jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, jednocześnie jest lepiej i gorzej.
Jest lepiej, bo wreszcie skończyła się naparzanka, a akcja nabiera tempa. Nawet te pseudofilozoficzne gadki omnipotentnych postaci wypadają przekonująco. Do tego humor sytuacyjny i słowny ("Illiana fu...n' Rasputin") jest o wiele lepszy niż na początku.
A gorzej? No cóż... Po pierwsze i najważniejsze, Gamora, Beast i Angel są na maksymalnym power-upie, a mimo to dostają niezły wycisk od, chyba dosyć przeciętnej postaci (skoro w trakcie "Infinity" nie mogła sobie poradzić z Black Dwarfem w pojedynkę). Poza tym zaczyna mi być żal Beasta. Znowu bierze udział w, jak mi się przynajmniej wydaje, kolejnym ludobójstwie.
Za to końcówka fajna, chociaż nie mam pojęcia, jak ta ekipa ma pomóc przetrzebionej drużynie superbohaterów w walce ze wzmocnionymi przeciwnikami.
Co do strony graficznej, to jestem zaintrygowany. Te rysunki mają w sobie coś wyjątkowego, a kadry ze statkami kosmicznymi wyglądają fenomenalnie!
Krzycer: Jest lepiej, bo przynajmniej da się to czytać i rysunki są fajne. Jest tak samo, bo wciąż głównie się naparzają i ględzą o wspaniałości Czarnego Wora. I nie wiem, czy się śmiać, że Uberpotężna Przekształcona Gamora tak łatwo pada pod paroma ciosami młotka, czy przyklaskiwać, że jej przeciwnikowi tak zgrabnie poszło.
Ale jeśli dobrze zinterpretowałem rysunki, to Ultrabeast, Ubergamora i Urwisangel właśnie rozwalili pół stolicy Kree, więc jeśli po tej historii Beast jeszcze kiedykolwiek powie złe słowo na temat Cylopsa... Cóż.
kuba g: Nie czytam już All-New X-Men i nie wrócę, powyższy numer sprawdziłem tylko dla Andrea Sorentino, żeby przekonać się jak wypada w Marvelu bawiąc się kosmosem i mutantami w tym następnych crossoverze.
I jestem zadowolony. Widziałem Sorentino w horrorze akcji gdzie dla Fialkova stworzył fantastyczne ilustracje do I, Vampire. Widziałem jak potem przekonał mnie (wraz z Lemire) do nowej wersji Green Arrowa z New52, sprawdzając się w street levelu tak samo dobrze jak w I, Vampire. Teraz widzę go w Marvelu gdzie dostał okazję na raz pokazać jak widzi ich kosmos i ich herosów (w postaci mutantów).
Sorentino eweidentnie używa tych samych środków co w Green Arrow. Razem z kolorystą (Marcelo Maiolo) korzystają z tych samych rozwiązań kontynuujać ten charakterystyczny styl, który pokochałem w Green Arrow (skoki między pełną paletą kolorów po kadry posiadające max 3 kolory bez gradientów).
Fakt, te ilustracje w Green Arrow podobały mi się bardziej. Może to przez bardziej przemyślaną paletę kolorów (każdy numer, każda saga kolorystycznie były przemyślane i konsekwentnie ułożone pod np. kolorystykę antagonistów), może po prostu Sorentino jeszcze nie do końca ma pomysł jak przedstawiać ten nowy dla niego świat. Na pewno ja jako czytelnik starający się śledzić tego rysownika nie mam na co narzekać, ciekaw jestem opinii innych.
Nie napiszę nic o scenariuszu, czytając crossover w jego trakcie nie miałem pojęcia co się dzieje i dlaczego, ale byłem tego świadomy biorąc się za ten numer. Tyle co ewidentnie czuję jak wraz z przejęciem przez Sorentino rysunków sam sposób pisania All-New X-Men wydaje się... poważniejszy (ale tylko wydaje, scena uniknięcia Vortexu, czy jak ich tam, jest standardowym Bendisem i nic tego nie zmieni, nawet gdyby rysował to Otomo to i tak będzie to typowy Bendis).
Nie mogę doczekać się jak Sorentino zilustruje nowe Old Man Logan.
Gil: O, przeskok w czasie. O, jakie ładne rysunki. Chyba właśnie znalazłem coś, dla czego warto jeszcze poczytać ten mierny cross. Nie przypominam sobie, żebym wcześniej miał przyjemność z panem Sorentino, więc tym bardziej jestem pod wrażeniem i zdecydowanie trafia w mój gust. Natomiast fabularnie... sól na hemoroidy. O ile parę drobnych elementów wyszło jeszcze przyzwoicie (np. ocalenie przez Magik), tak zdecydowana większość równa do poziomu Humphriesa, czyli nadaje się do rozbicia o kant pośladu. Beast, Angel i Gamora – jakże reprezentatywne trio – postanawiają przynieść siłą oświecenie całej planecie, ale w tylko dostała łupnia od Ronana, który kradnie im zabawkę. Bo tak. Sens? Po co to komu... Reszta nawet nie wiem, co robi, ale chyba nic ciekawego, skoro nie pamiętam. Tak więc, gdyby nie rysunki, byłby to poziom mułu, ale tylko ze względu na pierwsze pozytywne wrażenie, dam tym razem 4/10.
Tori: Zaczynam dochodzić do wniosku, że mamy tu sinusoidę. Jak odcinek pisze Bendis, to jest to nawet znośne, jak pisze Humphries, to już gorzej. W ogóle mam wrażenie, że obaj panowie zupełnie inaczej podchodzą do tej historii, ten pierwszy stara się wrzucić nieco filozofii i moralnych wyborów, a ten drugi sprowadza wszystko do jednej wielkiej bijatyki. No więc teraz mamy odcinek Bendisa, więc jest trochę lepiej niż ostatnio. Nieco dumania o mocy, tradycyjna (chociaż krótka) bitka o Vortexa, Ronan i Kree dołączają do zabawy, a sami X-Men zyskują nowych sprzymierzeńców. Tylko nie do końca pasuje mi zvortexowana Gamora, która tak łatwo dała się pokonać Ronanowi, ale już następstwo tego wydarzenia, czyli radosna masakra urządzona przez zvortexowanych jak najbardziej na plus i konkretnych konsekwencji po niej oczekuję. Jeszcze dwa słowa o rysunkach, które jak to się mówi, mają w sobie "to coś", więc mimo że zmiana oprawy graficznej konkretna w stosunku do poprzednich odcinków, to jednak jest to zmiana na plus i nawet da radę wyciągnąć ocenę na 5/10.
jdtennesse: Zabawy ciąg dalszy. Tylko czy to jest w sumie dobra zabawa? Biją się, uciekają, gonią, kradną, chowają… Aha, no i naturalnie gadają, niekoniecznie ciekawie. Naprawdę tylko tyle można wycisnąć z historii, gdzie daje się ludziom możliwość sięgnięcia po prawie boską moc? Uważam, że tej historii brakuje głębi, a już na pewno w tym odcinku. Gamorra za łatwo dała się pokonać Ronanowi, ma w końcu jakiś power-up i osiągnęła szczyt swoich możliwości. I widać, że historia jest rozciągana do granic możliwości, odzyskają BV od Ronana, a potem dalej będą się między sobą kłócić i może znowu ktoś skorzysta z okazji… Naturalnie, jako że to historia w kosmosie to zgarnijmy po drodze młodego Scotta (przy okazji kończąc jego solówkę i odzyskując go dla serii). Rysunki niestety mi się nie podobają. Warianty okładek autorstwa Sorrentino są ciekawe, ale już cały numer niekoniecznie. Chwilami tylko są ciekawe panele, ale sporo jest zwyczajnie brzydkich. Podsumowując – kolejny numer, któremu można nadać tytuł „po co…?”.

Amazing Spider-Man vol. 3 #15
Krzycer:
O, jeszcze w epilogu się pobili. Jakoś liczyłem, że Slott więcej wyciśnie z konfrontowania Spocka z Parkerem. Poza tym, jak to w epilogach bywa: trochę wyjaśnili (kwestię Master Weavera), trochę pozamiatali (wszyscy wracają do siebie), trochę pogrozili na przyszłość (Inkursje! Secret Wars! Kaine żyje! Kto by się spodziewał! Zwłaszcza tego ostatniego!).
A przy okazji... dostarczyli amunicji Demogorgonowi, wyrzucając Anyę z 616 z hasłem "macie tam tyle nowych pajęczyc, że nie jestem tam potrzebna". To było dziwne.
Gil: Na koniec całego spajderwersa dostajemy podsumowanie tak trochę ni z gruchy, ni z pietruchy. Wreszcie mamy konfrontację Amazinga z Superiorem, a jakby jej nie było... Serio, kiedy o niej myślałem, jedna rzecz wydawała mi się pewna: Piotrem kusi jakoś okazać swoją moralną wyższość nad Ottonem. A tu dupa blada. Ledwie otarli się o temat, a ich starcie było głównie prężeniem mentalnego bicka, z którego nie wynikło nic absolutnie. Tylko odrobinę lepiej wypadło zepchnięcie Anyi na boczny tor. Trochę dzięki autoironii, a trochę dzięki temu, że w ogóle to przetrwała. Więcej szczęścia miała Mayday, która doczekała się prawie happy endu. Reszta? Właściwie nic tu nie znaczy... Nawet Miguel został potraktowany spławikiem. Tyle tylko, że jest nadzieja dla fanów Kaina, bo jak wiadomo, wielkie pająki się odradzają same z siebie. Co więc było fajne? Nieźle zapętlili wątek Weavera, dając mu jakąś odrobinę sensu po wielkim zawodzie, o którym wspominałem ostatnio. Jest też nawiązanie do inkursji i zniszczenia Captain Britain Corps, co pomaga nam to trochę ustawić w chronologii. Tak więc, trochę plusików, trochę minusików i skończymy lekko nad kreską, czyli na 5/10.
Tori: Sprzątanie po Spider-Verse zakończone, wszyscy wrócili do swoich światów i żyli długo i szczęśliwie... No, przynajmniej dopóki ich inkursja nie dopadnie. Nawiązania do Secret Wars i zniszczony jeden ze światów na plus, chociaż nadal nie wiem jak Spider-Verse umieścić w czasie, bo Pajączków było na tyle dużo, że raczej powinno się to dziać sporo przed Time Runs Out. Plus należy się także Otto i jego reakcji z niszczeniem sieci, dobrze że walczy o swoje i jego megalomania wzięła górę. Trochę szkoda, że ostateczne rozwiązanie sprowadzało się do zwykłej utraty pamięci, ale przyznam, że sam nie mam lepszego pomysłu, jak to można było sensownie odkręcić, żeby po powrocie do swojego czasu Superior nadal był Superiorem. Całkiem nieźle wyszło też ustalanie, kto ma zostać nowym Weaverem, chociaż finał okazał się dość oczywisty. No i to ujawnienie tożsamości samego Weavera... Zakładam, że tu jakaś pętla czasu wyszła, albo po prostu lepiej nie próbować tego nadmiernie wyjaśniać, bo skoro i Amazing i Superior są w tym samym miejscu i czasie, to i czemu nie dwóch "Weaverów". Kwestię Inheritors i ich przetrwania w radioaktywnym świecie wyjaśniono, Spider-Ben też miał małą rolę, ogólnie wszystkie co ważniejsze wątki zostały mniej lub bardziej zgrabnie domknięte, więc za całość będzie 7/10.

Amazing X-Men vol. 2 #17
Krzycer:
Ja wiem, że przecież nic, tylko się tu biją, ale co ja poradzę, że podoba mi się, jak się biją? A raczej: podoba mi się co się dzieje między wymianami ciosów. Postaci są zabawne, przemieszanie X-Men z bandą przypadkowych złoczyńców daje fajne wyniki, a na koniec dostajemy nowego Juggernauta. AXM to wciąż seria bez pomysłu na siebie, ale obecna historia jest najlepszą spośród tego, co pojawiło się na jej łamach.
Gil: And the Juggernaut goes to... dues ex machina! Nie no, serio. Naładowali tu kandydatów mniej lub bardziej poważnych, uwikłali ich w bitkę, a potem nagle wyciągnęli z rękawa zupełnie inną postać. A żeby było zabawniej, namieszali im wszystkim w motywacjach, bo się okazało, że większość wcale nie chce zostać nowym Juggym, tylko klejnocik opchnąć, albo zniszczyć. No i dobra, ma to swój sens. Tak samo, jak na pewno kryje się jakiś cel za ostatecznym wyborem. Bo na pewno połączenie Living Monolitha z Juggernautem (Living Juggelith?) będzie sporym wyzwaniem dla bohaterów i nadal może wyjść z tego coś dobrego. Mimo takiego, a nie innego rozwiązania technicznego, historia nadal jest niezła i ma parę mocniejszych momentów (choćby spotkanie dwóch ex-Juggernautów). No, ale ma też takie momenty jak ten, kiedy Nightcrawler ucieka przed spadającymi głazami, zamiast się teleportować. Mimo wszystko, wciąż podobało mi się wystarczająco, żeby dać 6/10.
jdtennesse: Zalety – szybko i całkiem dobrze się czyta. Historia z Juggsem i Living Monolithem/Pharaoh nie jest może arcydziełem literatury światowej, ale przynajmniej wiemy co się dzieje. Nawet chwilami „dlaczego” się dzieje ma sens. Trochę się biją, ale nawet przyjemnie się na to patrzy, chociaż rysunki są bardzo nierówne. Każda postać ma swoją chwilę, nawet jeśli tylko zwyczajnie dostanie po pysku (ekhem, Rachel, ekhem). Szkoda, że Storm wypada tak głupio – raz że atakuje ciągle tylko piorunami, jakby nie manipulowała całą pogodową gamą, dwa że stoi twarzą w twarz z Abdolem, a po chwili biegnie za nim i już nie jest w stanie go dogonić i powstrzymać przed pochwyceniem kamienia. Ogólnie to X-Men trochę słabo sobie radzą, bo niby walczą, ale jakoś bez polotu. Dobrze, że pojawia się kilka ciekawych motywacji co do samego kamienia – sprzedaż, a przede wszystkim zniszczenie, i to w planach samego Marko. Fajnie, gdyby zakończenie było udane, bo póki co nie najgorzej się to czytało.

Daredevil #13
Gil:
Dosyć fajnie wyszedł ten motyw, że Matt cały czas martwi się o to, żeby jakiś łotrzyk nie dopadł jego nowej dziewczyny, a gdy wreszcie coś takiego się dzieje okazuje się, że ona ma własnych wrogów. Przynajmniej coś nowego i zważywszy na jej przeszłość, całkiem uzasadnionego. Za to nie do końca jestem przekonany co do tła, czyli ponownego wprowadzenia Shrouda i… no właśnie, czy to w ogóle jest Owl? Jakby jakiś młodszy, albo coś? No nic, zobaczymy jeszcze, co z tego wyniknie. Tymczasem było w większości całkiem fajnie, więc dam 6/10.

Darth Vader #2
Gil:
Zaskakująco dobre rysunki jak na Larrocę, chociaż i tak bywało lepiej. Akcja też w porządku, chociaż w porównaniu z numerem pierwszym, jakby o poziom niżej. Jest pojedyncza misja, która w nieoczywisty sposób łączy się z wprowadzonym wcześniej wątkiem. Tyle tylko, że Vader znalazł coś, co ma z nim związek. Ale jakoś mnie to nie wciągnęło tym razem. Cóż, na pewno zobaczę, jak to się dalej rozwinie, ale tym razem dam tylko 5/10.
Tori: Drugi numer jakby spokojniejszy i z mniejszymi rewelacjami. Pojedyncza misja Vadera, która pozornie nie ma nic wspólnego z zapoczątkowanym poprzednio wątkiem. Standardowe starcie z piratami, czyli szturmowcy dostają baty, a Vader ratuje sytuację i robi masakrę, czyi nic nowego. Wcześniej jednak mamy bardzo ciekawą rozowę Vadera z Wielkim Generałem Tagge, który przedstawia Lordowi własna wizję Imperium, odbiegającą od tego, co zamyślał Tarkin. Sam generał zapowiada się na ciekawą postać, mam więc nadzieję, że w komiksach zostanie na dłużej, a i być może dane mu będzie przewodzić jakiemuś większemu atakowi na bazę Rebeliantów. Zwłaszcza, że przed zniszczeniem Gwiazdy Śmierci był jednym z nielicznych, którzy traktowali Rebelię jak poważnie zagrożenie (no i w starym kanonie zginął na jej pokładzie, więc skoro teraz sobie żyje, to po coś go chyba wskrzesili, prawda?). Na razie jednak oceną będzie 7/10 i czekam na rozkręcenie się historii.
Krzycer: Nie tak fajnie, jak w pierwszym numerze, ale wciąż jest nieźle. Fabularnie, głównym problemem jest brak treści - no bo akcji mamy tu sporo, ale poza ustaleniem relacji Vadera i Tagge'a ten odcinek nic nie wnosi do historii - i jakiegoś jasnego związku z poprzednim numerem. Ale sama akcja jest fajna, Larroca wciąż dobry / bardzo dobry - i wciąż najgorzej wychodzą mu twarze. Zamaskowany Vader jest cacy, kosmici, szturmowcy, droidy, statki i myśliwce są świetne... Niestety, imperialni oficerowie wciąż cierpią, i pewnie dopóki to Larroca ich rysuje, nie poprawi im się. Choć oficer-adiutant ukazany z profilu jest spoko, kłopoty zaczynają się przy profilu 3/4 i en face.
Z samą akcją mam właściwie tylko jeden problem - operatorzy zautomatyzowanej korwety, która wraca spóźniona, nie mają żadnego systemu który by ich ostrzegł, że ktoś się dostał na pokład?
Czego by o komiksie nie mówić, kupił mnie kwestią: "Tarkin had vision. You have graphs."

Deadpool vol. 3 #42
Krzycer:
Zaraz, moment... Czy ta niezobowiązująca historyjka ma bezpośrednio prowadzić do "śmierci Deadpoola", czy to tylko chwyt promocyjny na okładce? Niezobowiązująca historyjka pozostaje niezobowiązująca, ale zawiera parę dobrych gagów i nawet trochę niezłej akcji. Więc w sumie jest spoko? Mniej więcej? Przy odpowiednio niskich oczekiwaniach?
A teraz krótki quiz: czy Omega Red nie był martwy? Czy Omega Red nie miał jakiejś chmury śmierci, morderczych zarodników czy zarodków, który uśmiercały wszystkich dookoła i tylko Wolverine mógł się do niego zbliżyć dzięki regeneracji? Bo oczywiście Deadpool też może, problemy zaczynają się, gdy patrzę na tych wszystkich żołnierzy kręcących się wokół Omegi. I w ogóle nie czepiałbym się tego, gdyby nie to, że te mordercze zarodki chyba były nawet w jakiejś zakamuflowanej postaci przemycone do kreskówki (TAS), i dlatego tak mi zapadły w pamięć...

Fantastic Four #643
Gil:
O dziwo, wyszło im tu parę fajnych scenek. Po pierwsze, ta z dwoma Bentleyami, która aż chwyta za serce. Po drugie, Reed pokazuje, dlaczego zasługuje na miano Pana Fantastica. I po trzecie, rodzinne zjednoczenie. Czyli, że wreszcie trafił się dobry numer? No, nie do końca… Dużo miejsca zajmuje przypominanie wszystkim, kim jest Sleepwalker, ale jeszcze nie wiemy, do czego to zmierza i czy w ogóle gdzieś. No i największy zonk: inwazja lat 90tych w postaci – ehm – postaci z Heroes Reborn. Jakim cudem? No, o ile nie są to jakieś roboty tego całego Quiet Mana, albo jakieś cuda z czasem, to już zaczynam kręcić grubego bata na ten pomysł, bo ich obecność jest zwyczajnie niemożliwa. Ale tym razem będę łaskawy i dam 5/10.

Inhuman #12
Gil:
Powrót Króla? Niby tak, ale jakiś taki bezjajeczny… Wygląda raczej, jakby Black Bolt miał focha i brakowało tylko, żeby na koniec pomachał środkowym palcem. Poza tym trwa wielka bitwa i… jest okropnie napisana. Kupa mięsa armatniego w niebieskich mundurkach zostaje przemielona na karmę dla Lockjawa, a wielki zły tylko krzyczy ze swojego samolotu i na koniec ucieka. Nowi Inhumans dostają po parę scenek, raz lepszych, raz gorszych i ogólnie wszystko zmierza do najbardziej przewidywalnego finału: Iso zostaje z nimi. Na szczęście wygląda to przynajmniej tak, jakby do czegoś to zmierzało, więc jest nadzieja, że będzie lepiej w przyszłości. Tym razem był to chyba najsłabszy numer serii i podsumuję go na 4/10.
Krzycer: Starcie z Enniluxami pozwala całkiem nieźle zaprezentować się NuHumanom, którzy trochę już przeszli i taki przeciwnik ich nie rusza. Spoko. Reader i Iso za to kompletnie się w tym zgubili i w akcji nie biorą udziału. Gwoździem numeru jest powrót Black Bolta i ok, całkiem nieźle to wyszło... ale konfrontacja z Medusą była nieprzekonująca. Choć wyjście Black Bolta było bardzo fajne - niestety chwilę później scenę zarżnął wyjątkowo nieudany rysunek płaczącej Medusy. Miało być cicho i przejmująco, wyszła przerysowana reakcja na modłę mangi. Dwie kropki i płynące po twarzy kreski. To naprawdę nie wygląda dobrze. Mógłbym się jeszcze przychrzanić do dziwacznie wygiętych piszczeli, bo w ogóle rysunki w tym komiksie bywają dziwaczne, ale akurat na tym kadrze najważniejsze były łzy, i to wręcz niewiarygodne, że nikt nie pomyślał, by je poprawić.

New Avengers vol. 3 #30
Xavier83:
Jest dobrze. Jest bardzo dobrze. Kolejne wątki ładnie się wyjaśniają i wracamy do początków runu Hickmana. I w sumie ciężko powiedzieć kogo należy bać się bardziej: Rabum Alala czy Beyonderów. 8/10
Krzycer: Z jednej strony, podoba mi się, jak to Pym stracił zmysły obserwując starcie Beyonderów z Abstraktami. Z drugiej strony... ten sam Pym kiedyś gadał twarzą w twarz z Eternity, i nic mu się od tego we łbie nie pomieszało. Ot, konsekwencja.
Tymczasem: powinienem być pod wrażeniem, powinienem być przytłoczony skalą wydarzeń, ale szczerze mówiąc te wszystkie Abstrakty, Eternity i Azbesty zawsze bardziej mnie śmieszyły niż oszałamiały. Nie wiem, może to dlatego, że nie czytałem komiksów z nimi w latach 70, upalony tak jak ich autorzy. Także ten komiks zostawił mnie głównie z pytaniem: jeśli żywe wcielenie uniwersum/multiwersum zostało zabite, czemu 616 wciąż istnieje? Nie łapię tego związku.
Przy okazji: chyba pierwszy raz czytałem komiks z Living Tribunalem.
Demogorgon: Żałosne. Najpierw dostajemy zniszczenie Captain Britain Corps jako kolejne wydarzenie o którym jest nam powiedziane, zamiast pokazane. Co boli tym bardziej kiedy zauważy się jak rozciągnięty jest ten numer. Nie wkurza mnie, że Beyonders okazali sięna tyle potężni, by zabić wszystkie Abstrakty, Celestials i pokonać Living Tribunala. Wkurza mnie, że zrobili to na splash-panelach, strzelając w nich kolorowymi laserami. Istoty o nieograniczonej mocy zostają pokonane w wielkim festiwalu fajerwerków. Tylko Pym ze swoim głupim gadaniem jak to ludzki umysł nie jest w stanie pojąć co się dzieje próbuje to usprawiedliwiać, a to absolutnie głupie, żałosne usprawiedliwienie. Zwyczajnie przyznaj, że jesteś zbyt leniwy aby wymyślić jak to powinno wyglądać. To absolutnie żałosne, poniżej krytyki. Ten numer to kwintesencja problemów z runem Hickmana. Z jednej strony on ma tyle dobrych pomysłów, że nie potrafi ich należycie wcisnąć nawet nie do jednej ale do dwóch serii i eventu. W konsekwencji, jak zniszczenie CBC, wiele jest robionych po łebkach i na odwal się. Z drugiej Hickman rozciąga i pisze wszystko w tak potwornie nieciekawy sposób, że co jest w centrum uwagi wygląda na robione tym bardziej na odwal się. To takie potworne marnotrawstwo, że to aż boli.
Gil: Albo dostrzegłem dodatkową warstwę tej historii, albo nie powinienem jeść tego czegoś zielonego, co znalazłem w lodówce... No bo tak: Pojawiły się zarzuty, że design Beyonderów jest generyczny, a tymczasem mnie się wydaje, że zrobienie z nich typowych szarych ufoków ma bardzo prosty cel. Otóż, mają być właśnie takim typowym ufokiem, którego wszędzie pełno, bo w ten sposób powstaje nawiązanie do ich wszechobecności w multiversum. Znasz ten obraz, bo masz go znać. Masz mieć poczucie, że to jest finał historii, która trwa od bardzo dawna i podświadomie kojarzysz te postacie. W dodatku, szary ufok jest wytworem cywilizacyjnym, więc można dorzucić tutaj jeszcze jedną metaforę: szare ufoki spuszczające łomot abstraktom oddają to jak nowe idee wypierają stare. Tudzież po prostu jest to symboliczny tryumf nowej idei nad starym porządkiem, czyli tak naprawdę, wydarzenia prowadzące do Secter Wars tak naprawdę opowiadają głównie o tym, że prowadzą do Secret Wars. To rzekłszy stwierdzam, że chociaż zawartość tego numeru nie powaliła mnie na kolana, to jej meta-zawartość nijak na tym nie ucierpiała. No bo dobra, rozumiem, że ktoś może się wkurzać jak jakieś szare ludki tłuką wszystkich, jeśli rzeczywiście wczuwa się tak bardzo we wszystkie superpałerowe zależności w Marvelu. Ale powiem Wam, że mi to wisi bo a) w ogóle to cieszę się, że chyba pierwszy raz widzę, jak np. Living Tribunal robi cokolwiek poza gadanie i b) nie ma większego znaczenia poza budowaniem wrażenia, że sprawa jest poważna. Powiedzmy sobie szczerze: gdy wyskakuje jakiś nowy łotrzyk i nokautuje przypadkowego herosa tylko po to, żebyśmy pomyśleli, że może stworzyć jakiekolwiek zagrożenie dla głównego bohatera, to nikt nie nazywa tego kiepskim pisaniem. Wszyscy wiemy, że taki jest etos historii superbohaterskich od Gilgamesza po Dragonballa: jeśli czytelnik ma się przejąć, trzeba podnieść poprzeczkę. A tutaj ta poprzeczka z każdą odsłoną leci wyżej, czyli wszystko jest na miejscu. Druga rzecz: niektóre elementy są skrócone. Prawda, ale nie zmienia to faktu, że są cholernie dobre. Ja tam na przykład wolę sobie dopowiedzieć parę elementów odnośnie upadku Captain Britain Corps, niż zdawać się na interpretację autora. Hickman jest dobry, ale nie doskonały – niektóre rodzaje historii mu nie wychodzą, a im więcej jest w nich rozpierduchy, tym większa jest szansa porażki (chociaż np. finał F4 był świetny). Tymczasem tutaj, zamiast piłować swoją stopę, daje nam parę highlightów i wynik tego starcia. Resztę mamy sobie wyobrazić! Dlatego to zostało tak stworzone, że małe szare ludki z epoki przetworzonej informacji nie tylko tłuką abstrakty w komiksie, ale też bardziej metaforycznie zabijają naszą zdolność abstrakcyjnego myślenia. W podanych informacjach nie brakuje niczego, bez czego nie moglibyśmy sobie wyobrazić idealnego dla nas scenariusza. Ja na przykład rozegrałem sobie tę bitwę w głowie na kilka różnych sposobów i jestem pewien, że żadnego z nich nie znalazłbym na stronie komiksu, więc marudziłbym na to. A tak – mam, czego chciałem, żaden skryba się nie wtrąca, a efekt mamy ten sam. W sumie to wcale się specjalnie nie zdziwiłem, kiedy skumałem ten metaprzekaz, bo podobne akrobacje wyrabiał już sam Hickman, jak i jego dobry ziomal Morrison. Tak więc, Pym wcale nie postradał zmysłów, bo zobaczył Eternity, tylko dlatego, że wyszedł poza ramy multiversum. Może mniej dosłownie niż kiedyś Animal Man, ale z podobnym przekazem: to wszystko, co się dzieje ma swoje źródło w poczynaniach autorów, edytorów i innych Beyonderów. No, czyli teraz pozostaje jeszcze poczekać na Rabarbara... Rabina Anala...? Jakkolwiek mu tam było – na tę nadrzędną dla całej myśli metaforę. Póko co, metaprzekaz rządzi, a sam przekaz na poziomie podstawowym również daje radę, chociaż miał trochę mniejszy impakt i słabsze rysunki. Zostaję przy mocnym 7/10 i czekam, aż poziomy się zrównają, żeby mnie wytrząsało z kapci.
Tori: W tym numerze dowiadujemy się jak bardzo Universum Marvela ma przerąbane. Pym snuje opowieść o swojej podróży i wynika z niej, że jest gorzej niż myśleliśmy, dużo gorzej. Coby za dużo nie zdradzać, napisze tylko, że im dalej, tym lepiej, a finałowe starcia świetnie współgrają z ostatnim kadrem i słowami załamanego Pyma: "To koniec, przyjaciele". Coraz bardziej czuć zbliżającą się apokalipsę i coraz bardziej chce się odliczać do premiery Secret Wars. Dobra robota i 8/10 się należy.

S.H.I.E.L.D. #3
Gil:
Kolejna odsłona serii, której prawdziwy tytuł powinien brzmieć “Marvel Team-Up with TV rip-off in background”. Tym razem randomowy łącznik bohaterów wskazał Spider-Mana i niejakiego Pawła Rasputina (No, co? Nie wiecie, kto to? Witajcie w klubie.) i umieścił ich w domu Strange’a. Bo ktoś tam, coś tam… Nawet za bardzo nie zwróciłem uwagi, kto i co, bo nie było to specjalnie zajmujące. No, a jak to w team-upach z Pająkiem bywa, sporo tu banteru, a treści niewiele. Tylko na końcu symboliczny hint, że miało to jakieś znaczenie dla Coulsona. A całość miała jeszcze jedną poważną wadę: wyglądała dokładnie jak team-up wyjęty z lat 90tych, ze wszystkimi ich wadami. Jeśli kojarzycie serię Secret Defenders, to właśnie ten poziom zła mam na myśli. Czyli tym razem 4/10.
Krzycer: ....eeeh. Chyba dam sobie spokój z tą serią i co najwyżej będę zerkał, gdy będą tu występować interesujące mnie postaci. Niestety, ten numer był... mierny. Bardzo, bardzo przeciętny. Nie był zły? Ale gdybym miał wymienić jakąkolwiek zaletę, cokolwiek co przykuło moją uwagę... to poza absorbującym mnie pytaniem "kim do diabła jest Paweł Rasputin" nie było tu niczego.

Secret Avengers #13
Gil:
Wielka ofensywa z licznikiem eksplozji, który Kot ukradł z Hot Shotsów i się do tego przyznaje wprost (chociaż to nie do końca prawda, bo tam mieli trupomierz). A poza tym? Nooo… dzieje się… coś. Tylko znów nie wiem, co właściwie. Część poprzednia rzuciła nieco światła na całokształt, ale tak szczerze mówiąc, to już zapomniałem, o co im chodziło i po co tyle wybuchów. Ta seria ma po prostu takie ADHD, że chyba mi też się udziela. No, ale swoje słabsze 6/10 może zatrzymać.
Krzycer: Trochę śmiesznych scen. W sumie fajne rysunki, miejscami przynajmniej. Ale ogólnie to jednak cisza przed finałem.

Spider-Gwen #1
Krzycer:
Z jednej strony: podoba mi się, że to nie jest świat, w którym tylko podmienili Petera na Gwen. Zmian jest dużo więcej - Grimm nie jest Thingiem, Murdock robi dla Kingpina, itepe itede. Ale to prowadzi od razu do drugiej strony: pierwszym poważnym przeciwnikiem jest Vulture, na razie całkiem identyczny jak ten znany nam już Vulture. A w tym świecie to rozczarowuje.
Poza tym trochę mało się w tym numerze wydarzyło, ale zgaduję, że to dlatego, że został pomyślany jako wprowadzenie dla czytelników, którzy przegapili Edż of Spajder-Wers, a może i całe Spajder-Wers. I dlatego składa się głównie ze statycznej ekspozycji.
Gil: No dobra, do końca liczyłem na to, że jednak zmienią ten tytuł na coś bardziej sensownego, ale niech im już będzie... Zatem przed nami pierwszy solowy zeszyt Spider-Gwen. A w nim, dość sprytne nawiązanie do klasycznego The Amazing Spider-Man, bo i w tamtej serii pierwszym złoczyńcą był Vulture (co prawda w #2, ale w pierwszym było spotkanie z F4, więc się nie liczy). Tutaj w sumie zasadniczy pomysł za bardzo nie odstaje od oryginału, tyle tylko, że ciągle się zastanawiam, czemu Sępiasty dymi na zielono. A reszta? No, typowy elseworld... Głównie te same postacie, ale w innych rolach, żebyśmy mogli docenić pomysłowość lub ironię sytuacji. Jeszcze chyba za wcześnie trochę na jakieś większe deklaracje, więc powiem tylko, że jest okej i Gwen ma fajny ciuszek i w ogóle... A na ciąg dalszy zaczekamy i zobaczymy, co rzeczywiście seria ma do zaoferowania. Póki co, trochę ostrożne 6/10.
Tori: I wystartowała. Seria, która zyskała popularność, nim jeszcze ją zapowiedzieli i jak na razie jest dobrze, ale bez rewelacji. Kolejny marvelowy elseworld, tym razem z numerkiem 65 i jak to bywa przy światach równoległych, mamy tu prezentację kilku postaci znanych z oryginalnego 616, ale ukazanych w nieco innych rolach. I tak Murdock pracuje dla Kingpina, Franek jest kapitanem policji, zaś Vulture... No właśnie, lekki zgrzyt tu mam, bo jak na razie jedyna różnicą u tutejszego Vultura jest dymienie na zielono, co biorąc pod uwagę bycie pierwszym poważnym przeciwnikiem Spider-Gwen jednak trochę rozczarowuje. Zobaczymy co będzie dalej, może jeszcze jakieś rewelacje wyjdą w kolejnym numerze. Obecny zaś jest bardziej wprowadzeniem dla czytelników i wyjaśnieniem co, gdzie i jak, więc trzeba jeszcze poczekać aż historia się rozkręci, więc na razie 6/10.

Spider-Man 2099 #9
Gil:
Miguel wrócił do domu, ale okazuje się, że pod jego nieobecność dzieciaki urządziły jedną z tych imprez, po których nie ma co zbierać i teraz wszystkim trzęsie Maestro. Ich spotkanie jest o tyle fajne, że obu stworzył Peter David, więc zwyczajnie wszystko jest na swoim miejscu, nawet jeśli to nie jest do końca ten sam Maestro. Fajnie wychodzi i starcie między nimi i pogaduchy. No i na koniec jest niespodzianka. Już przez chwilę myślałem, że to Lady spiker zbłądziła w te strony, ale panna Strange również jest miłym zaskoczeniem, więc jestem na tak. No i znów będzie to mocne 6/10.
Tori: Nie dość, że Lady Spider przepadła w otchłani światów równoległych, to jeszcze na koniec dałem się strollować, no ale i tak był to całkiem przyjemny numer. Miguel wraca do domu, tyle że chyba za długo w 616 i Spider-Verse zabawił, bowiem w sąsiedztwie pozmieniało się dość sporo. Maestro rządzi wszystkim, a jego spotkanie i pogadanko-bijatyka ze Spiderem wypadają bardzo fajnie. Dostajemy też nieco wyjaśnień, czemu świat wygląda jak wygląda i kto może być odpowiedzialny za taki stan rzeczy. Na koniec numeru postać-niespodzianka, i wprawdzie sam jej nie kojarzę (nie czytałem starego Spider-Mana 2099), ale ciekaw jestem jak cała sytuacja się rozwinie i co Peter David zaplanował w tym postapokaliptycznym świecie, a ocena to 7/10.
Krzycer: Więc, ten, to jest... trzecia wersja 2099 jaką widzieliśmy w ostatnich miesiącach? Czwarta? Piąta? Bendis w All-New X-Men Annual pokazał dwie, Miguel wziął się z trzeciej, ta jest czwarta, Superior chował się chyba w jeszcze innej zbierając siły przed Spider-Verse... Za dużo, zdecydowanie za dużo.
Numer był niezły. Na razie trochę rozczarował mnie Maestro, ale może jeszcze zrobi coś ciekawego. Niestety, świat też trochę nudzi - w Future Imperfect mieliśmy wielki bazar, jakieś społeczeństwo, ruch oporu, Wally'ego / Waldo, ogólnie: działo się. Tutaj mamy - na pierwszy rzut oka - nijakie postapokaliptyczne pustkowie.
Ale przynajmniej będę miał okazję poznać doktor Strange 2099, dotąd mi nieznaną.

Spider-Man And The X-Men #3
Gil:
Wymiękłem... Mojo nawet kiedyś dawno lubiłem, ale tamtejszej wersji X-Babies nigdy. A od jakiegoś czasu nie trawię ani jednego, ani drugiego, bo pomysł się przejadł, zestarzał i śmierdzi. W tym przypadku wystarczyły trzy strony, żebym rzucił to w diabły, a diabły odrzuciły mi z powrotem, bo to dno nawet jak na ich standardy. Zastanowię się kiedyś, czy tknąć jeszcze, jeśli zmienią scenarzystę, ale na razie był to bardzo szybki lot ku twardej glebie. Jeśli miałbym ocenić, podzieliłbym numer zeszytu przez ilość stron, po których wymiękłem, więc byłoby 1/10.
jdtennesse: Schematy. Kicz. Kopiowanie. Nuda. Brak pomysłów. Wymuszony (i nieudany) humor. Ta seria od początku była do niczego, ale zgodnie z przysłowiem – nadzieja umiera ostatnia. Niestety, jest już po pogrzebie. I jeśli młodzi mutanci, uczniowie szkoły JG mają występować w tak słabym komiksie, to lepiej niech się wcale nie pojawiają na kartach komiksów, bo takie występy tylko im zaszkodzą. Pewniak do Zvalona murowany.
Krzycer: ...eeeeeeh. Chyba czas pożegnać się z tym tytułem. Od pierwszego numeru wiedziałem, że będzie źle, ale tu po prostu nie ma treści, jest lawina sucharów (w których, ok, raz na piętnaście prób znajdzie się coś w miarę zabawnego), durnych dialogów i zachowań postaci... Głupie to. Z pozoru może się wydawać, że to kontynuacja Aaronowego "Wolverine and the X-Men", ale przy wszystkich bzdurach, pierdołach i absurdach które tam się pojawiały, była tam też jakaś treść. Tutaj, po trzech numerach, treści nie stwierdzono.

Superior Iron Man #5
Kminek:
Dalej świetnie się to czyta. Seria idzie w trochę inną stronę, niż się spodziewałem, ale nie postrzegam tego jako minus.
Numer bardzo kameralny, jedna, wielka rozmowa. Dowiadujemy się co nieco o Teen Abomination, jego dramacie i w sumie niezłym originie. Do tego nowa, bardzo ciekawa, tajemnica, trochę humoru (nieco wymuszonego, ale zawsze) i tylko nie pasuje mi ta retrospekcja ze zbroją. Wydaje mi się, że osiem lat temu Tony chyba używał już nowszego kostiumu (nawet jeśli było to osiem marvelowskich lat)
Gil: O dziwo, tym razem Antonio zachowuje się trochę mniej bucowato... znaczy – superiorowato. Pokazuje nawet bardziej ludzkie oblicze tyle, że zaraz potem znów je chowa za fasadą buca. Czyżby to wyobracanie nie miało aż tak złego wpływu? A może okazuje się, że odwróciło się też to, za co wcześniej go nie lubiliśmy? To by miało sens… Tymczasem okazuje się, że Nastoletni Paskud jest synem Happy Hogana. Przez chwilę bałem się, że Antka, więc kamień z serca. Ale, ale! Sprawdziłem sobie Czarną Lamę (tak, wiem, że ma być „czarnego” – podtrzymuję tylko żart z komiksu) i widzę, że ostatni raz pojawiła się w latach siedemdziesiątych. Jeśli wtedy młody miał 5 lat, a teraz ma 13, to znów dowiadujemy się czegoś ciekawego o marvelowej sliding timeline. No nic, dalej jest ciekawie i czyta się całkiem fajnie, aczkolwiek muszę zauważyć, że przydałby się jakiś prawdziwy przeciwnik, bo robi się to dość hermetyczne. Mimo wszystko, dam 7/10.
Tori: Spokojny numer, praktycznie cały przegadany. Historia Teen Abmominationa zostaje wyjaśniona i w sumie poza kwestią ojcostwa nie ma w niej nic zaskakującego, ale i tak jest fajna. Tony jakiś taki mniej bucowaty niż zwykle, postanawia na serio pomóc Młodemu, ale przy okazji ma do rozwiązania tajemnicę sprzed ośmiu lat, co może się ciekawie rozwinąć. Tylko trochę szkoda, że nie uświadczyliśmy ani słowa o Daredevilu, mam nadzieje, że jego wątek jeszcze zostanie poruszony, a na razie 7/10 się należy.
Krzycer: ...po paru dniach od lektury nie przychodzi mi do głowy nic, co można napisać o tym komiksie. Był w porządku. Nic się w nim nie wybijało ani na plus, ani na minus. Do przeczytania i zapomnienia - więc w sumie może jednak nie ma po co tracić na niego czasu?

Thor Annual #1
Gil:
Oj, annuale… Pierwsza historyjka jest nawet całkiem fajna. Aaron nadal bawi się przyszłością ze starym Thorem i jego wnuczkami, które zdążyłem bardzo polubić. Co prawda tym razem zachowują się trochę jak siostrzeńcy Kaczora Donalda, ale efekt jest całkiem fajny. I oto Thor stworzył pierwszych ludzi, a na imię im było Steve i Jane. Jeszcze tylko brakuje Lokiego w roli węża, żebym padł ze śmiechu. Ale za to, Loki ma fajną rolę w trzeciej historyjce. Tym razem z młodym Thorem, który staje do pijackich zawodów z Mephisto. Wcześniej nie miałem przyjemności z panem Punkiem, ale tą historyjką zachęcił mnie do siebie. No i jest jeszcze ta druga historyjka, czyli powód, dlaczego zacząłem od „oj”. Po prostu nie dałem jej rady. Głównie przez te rysunki, które dźgały mnie w oczy. Po prostu czasami człowiek wymięka… No, ale jeśli weźmiemy sobie średnią z historyjek, to wyjdzie lepsze 5/10.
Demogorgon: Przeczytałem historię autorstwa Punka, uśmiałem się, ma u mnie plusa za wykorzystanie w ten sposób Mephisto. Było spoko, chętnie bym coś jeszcze od niego poczytał.
Krzycer: To było dobre! Wszystkie trzy historie były dobre! Jestem zdumiony. King Thor i jego Eden - bardzo fajne. Thor kumplująca się z Warriors Three - bardzo fajne. Młody Thor pijący z Mefistem (i masą innych) - tutaj rysunki odwaliły lwią część roboty, ale dzięki rysunkom - to też było bardzo fajne. Trzy dobre historie od trzech różnych zespołów w jednym zeszycie? Wciąż nie mogę w to uwierzyć, biorąc pod uwagę jak rzadko Marvel wydaje antologie, które byłyby choćby "całkiem porządne".

Uncanny Avengers vol. 2 #2
Kminek:
Chrystusie, zabieg z rozbiciem drużyny naprawdę średnio się sprawdza i chyba Remender sam sobie rzuca kłody pod nogi. Przez większość numeru widzimy jak High Evolutionary tyra Sabretootha, za to reszta otrzymuje kilka mało wnoszących do fabuły stron, poza Visionem, którego nie ma wcale! Albo Remender coś szykuje (na co liczę), albo nie ma pomysłu (co zdaje się być bardziej prawdopodobne). W ogóle cały numer można streścić w jednym zdaniu "High Evolutionary is damn crazy!".
Denerwujące jest to wspominanie przez High Evolutionary'ego "maskarady mutantów" w kontekście Wandy i Pietra. Chyba powoli przestaję się spodziewać jakiegoś sensownego wyjaśnienia ich prawdziwego pochodzenia.
Jednego nie mogę zarzucić Remenderowi, a mianowicie braku konsekwencji przy pisaniu Brother Voodoo. Ostatnio czytałem jego krótką, solową serię autorstwa właśnie Remendera i muszę powiedzieć, że Jericho Drumm dalej jest tak samo niestabilny emocjonalnie, jak był  
Ostatnia uwaga... Pamiętacie jaki efekt dawała fuzja w Dragonballu Z? Jeśli nie, wystarczy przyjrzeć się ostatniej stronie numeru - ta osoba, przynajmniej mi, przypomina idealne skrzyżowanie bliźniaków... ciekawe tylko, jakie ma moce? Superszybkie zaklęcia?
Krzycer: Eee... Um. Aha. Czytałem to wczoraj. Dzisiaj niewiele już pamiętam. Nudne to było, nic się nie działo... High Evolutionary zachowuje się, jakby nigdy w życiu nie widział mutanta - serio, nie rozumiem jego fascynacji Sabretoothem. Musiał przecież z pięć razy walczyć z Wolverine'em, nie? Każdy z pięć razy walczył z Wolverine'em. A nawet jeśli nie, to taki supernaukowiec i ultragenetyk powinien znać możliwości mutantów.
Gil: Jak w polskim filmie… Nuda i dłużyzny. High Evolutionary przemawia i bawi się Sabrepussem przez większość numeru. Domyślam się, że miało nam to pokazać, jaki z niego okrutnik, ale wyszedł raczej na zwykłego sadystę, a przez to cały numer nabiera wydźwięku: „ywoluszyn is bad, m’kej?” Reszta drużyny albo się nie pojawia, albo jest, ale nie odgrywa żadnej roli. Nieco lepiej wypada na tle tego wszystkiego Brother Voodoo (nie wiem, czy nadal możemy mówić o nim per „doktor”, skoro Stephen odzyskał stanowisko?) w rozmowie z duchami. Za to końcówka, w której Wanda i Pietrek spotykają swoją dragonballową wersję fuzyjną przyprawiła mnie o głośny facepalm. Po to było to wszystko? Żeby zrobić z nich jakieś eksperymenty? No i w ogóle, jak można „maskować się jako mutant”? Co to, kutwa, znaczy? Udaję, że mam gen X i wszyscy się nabierają? Ryli?!? Aha, i jeszcze jest tam gość, na którego mówią Low Evolutionary… kreatywność Remendera zaprawdę nie ma końca jeśli chodzi o bezsensowny recykling. To nadal będzie 3/10.
Tori: No tak, najpierw rozbijamy drużynę, a potem nie potrafimy dobrze poprowadzić kilku wątków równocześnie. Zdecydowanie za dużo Sabre, a za mało reszty ekipy, przemówienie High Evolutionary spokojnie można było skrócić i o wiele lepiej rozplanować ten numer. Do tego dochodzi ostatnia strona i... No, skoro już bawimy się w porównania do Dragon Balla, to ta postać się chyba Quickwitch powinna nazywać (bo Scarlet Silver takie trochę nielogiczne). Muszę jednak przyznać, że mimo pójścia po najmniejszej linii oporu, ciekaw jestem jej bitki z rodzeństwem. Niestety całość za dobrze nie wygląda, więc ocena to tylko 3/10.

Wolverines #8
Krzycer:
Taki numer strasznie by mnie wkurzył jeszcze tydzień czy dwa tygodnie temu, ale po drodze coś się zmieniło. Zrozumiałem w końcu, że autorzy nie traktują tej serii poważnie, a ja popełniam straszny błąd, próbując ją tak traktować - podczas gdy to jest coś ze szkoły Nextwave. Fawkes i Soule biorą najdziwniejsze, najdurniejsze elementy mutanciego zakątka 616 i czynią je jeszcze dziwniejszymi i durniejszymi. Fang - pamiętacie Fanga? Wszyscy pamiętają Fanga! Dave Cockrum stworzył go w latach 70, zabito go w 1982, Wolverine przez chwilę nosił jego kostium - tak, ten Fang! No więc Fang żyje, bo pochodzi z gatunku niemal nieśmiertelnych istot. Mystique spędza pół tego numeru próbując znaleźć w Google sposób by go zabić, ale jej się nie udaje, więc muszą być naprawdę nieśmiertelni! Co więcej, Fang co roku umawiał się na randki z Wolverine'em, podczas których pili, bili się, pili więcej i bili innych. Wszystko to było bardzo romantyczne. Teraz Fang wrócił, by pozabijać bohaterów komiksu, przekonany, że jedno z nich zabiło Wolverine'a, bo... powody. Tu można by zadać parę pytań - jak dowiedział się o śmierci Logana? Czemu właściwie myśli, że taka np X-23 mogła być jedną z osób, które zabiły Logana? Ale tego typu pytania są podyktowane logiką, tymczasem logika nie ma zastosowania do komiksu, który kończy się sceną w której Fang zabiera ze sobą Dakena by razem z nim zapolować na lodowe olbrzymy.
Innymi słowy: jazda bez trzymanki i czyste szaleństwo. Ale na swój dziwaczny sposób - to było całkiem przyjemne szaleństwo. Może nie jest to taka frajda, jak wyżej wymieniony "Nextwave", czy choćby "Astonishing Spider-Man and Wolverine", ale... ale jest to tak bezkompromisowo głupie i niebojące się własnej głupoty, że im dłużej to czytam, tym bardziej jestem zahipnotyzowany. Niewiarygodne.
Oczywiście, istnieje jeszcze druga możliwość - taka, że autorzy robią to na poważnie. Ale po tym, co już się w tej serii wydarzyło (Fin Fang Foom z Thorem zamiast języka!), ta ewentualność jest jeszcze bardziej niewiarygodna.


Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2015.02.25.
Redaktor prowadzący: Rodzyn
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.