Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #391 (24.02.2015)

avalonpulse0.png
Wtorek, 24 lutego 2015Numer 7/2015 (391)


W tej odsłonie Pulse'a najwięcej kontrowersji wywołał pierwszy numer przygód Silk i finał kolejnej historii Bendisa w Uncanny X-Men vol. 3

18.02.2015

All-New Captain America #4
Gil:
Uciekać! Kryć się! To Armadillo!!! Waaait... Serio? Armadillo prawie pozamiatał FailCapem? Heh... w sumie się nie dziwię... Raczej zastanawia mnie to, jak zawlekli takiego kloca aż do Indii? Ale wszyscy wiemy, że po tym komiksie nie ma co oczekiwać sensu. Dlatego też, bez jakiegokolwiek przesunięcia czasowego i problemu, przeskakujemy pół świata, by znów nadziać się na Zemo. Ten niestety nadal nie otrząsnął się po lobotomii, jaką zafundował mu Hopeless i robi rzeczy straszliwie głupie. Ot, na przykład próbuje wysterylizować pół świata. Ale nie to pół, które rozmnaża się w zastraszającym tempie, tylko to, które opycha się hamburgerami. I o ile można dopisać do tego jakąś pokręconą logikę, tak w tym przypadku całość zmierza wyłącznie do tego, by Wujek Sam mógł zakrzyknąć: „Nie odbierzecie nam naszych otyłych amerykańskich dzieciaków!” Oczywiście po wbitych młotkiem w całość retrospekcjach o tym, jak to zawsze marzył, by mieć stado dzieci. Hm... zastanowiłem się – czy możemy wrócić do Armadillo? Bo on, chociaż głupi, był przynajmniej śmieszny, a cała reszta była nadętą pseudopatriotyczną wydmuszką debilizmu. I tylko Immonen marnuje się tutaj... Stały poziom 2/10.

Avengers World #17
Xavier83:
Bardzo dużo dobrego humoru. Solidne wyjaśnienie pierwszego z kilku interesujących wątków z 8 miesięcznej luki. Rysunki cieszą oczy. "What, were You expecting the Raccoon ?" - wywołało banana na mojej twarzy. Bardzo fajnie scenarzysta pokazał, że Shi'Ar to jednak jest kosmiczna rasa, a nie ludzkie istoty. Chodzi mi oczywiście o powtarzanie słowa Seed w kontekście dziecka Izzy i Sama. Czytało się ten komiks z naprawdę sporą radosną przyjemnością. 9/10
Gil: To było dobre. Na początku trochę się obawiałem, bo inny skryba, ale jednak dał radę i nawet ładnie wszystko poskładał do kupy. Chociaż tutaj zasługi trzeba by podzielić, bo wiedzieliśmy już co się stanie z Avengers, więc pozostawała tylko kwestia tego, jak to pokażą. Na szczęście, wyszło bardzo przyjemnie, bo ani zbyt ckliwie, ani zbyt oschle. Historia jednocześnie opowiada o superbohaterach i daje radę pokazać miłość między nimi, a to spore osiągnięcie. Plus, autor ogarnia parę szczegółów z pokręconej historii Guthriech i nieźle sobie z tym radzi. No, a poza tym, główną postacią jest Izzy, którą nadal uwielbiam, więc mógł być albo zachwyt, albo święte oburzenie. Jest... może nie zachwyt, ale na pewno zadowolenie. Takie na 7/10.
Tori: Łatanie ośmiomiesięcznej dziury rozpoczynamy od kosmicznego love story. Dziewczyna opuszcza chłopaka, bo obowiązki wzywają ją gdzieś daleko, ale ów chłopak poddać się nie zamierza i rusza za nią, w tym wypadku, na drugi koniec galaktyki. Motyw znany i wielokrotnie powtarzany? Jasne, ale nawet powtarzając utarte schematy można napisać zgrabną historyjkę i ten komiks jest tego przykładem. Dobre połączenie wątków przed-Secret-Warsowych, udane ukazanie uczucia miedzy głównymi bohaterami, a do tego Shi'Ar przedstawieni, jako faktyczni kosmici z nieco innym podejściem i spojrzeniem na świat, niż to znane ludziom. 8/10 się należy i oby dalsze wyjaśnienia były równie fajne.
Krzycer: W sumie fajne. Bardzo skrótowe i szalenie po łebkach, ale z drugiej strony - miło przeczytać współczesny komiks, w którym autor upakował tyle wydarzeń. No i fajny był cały ten aspekt "with a little help from my friends", wrzucenie tu Magik i Starjammers. W sumie tylko jedna rzecz autentycznie i obiektywnie nie wyszła - jak już Canonnballs demonstruje Shi'Ar jaki z niego kozak, jak już Smasherka mu pomaga, by pokazać, że jak są razem nic ich nie powstrzyma... to starcie z kosmicznym paskudztwem okazuje się bardzo nijakie. Może rysownik nie podołał, może scenarzysta nie miał pomysłu, ale zabrakło tu czegoś z wykopem.
A, i czemu Smasherka nazywa się tu Izzy Kane? Przecież gdy debiutowała, nazywała się Izzy Dare. Co się stało?

Captain America & Mighty Avengers #5
Gil:
Taaak... czyli za wszystkim stał Cortex... za którym stała Beyond Corporation... ciekawe, czy ta sama, co w NEXTwave? Jeśli jakimś cudem okaże się, że tak, a Ewingowi uda się związać ten wątek z obecnością w grupie Moniki i w dodatku z Beyonderami w New Avengers, to chyba osobiście wybiorę się tam, żeby go wyściskać. Ale coś mi mówi, że spodziewam się zbyt wiele. Tymczasem, jest parę fajnych wątków i detali, jak choćby wzmianka o X-Factor w kontekście korporacyjnej supergrupy. Nieźle wychodzi upgrade Mace’a, chociaż jeszcze nie wiem, czemu właśnie na niego padło. No, chyba że specjalnie ze względu na White Tiger, wtedy będzie miało to więcej sensu. Dość dziwnie za to wyszła scena z Blue Marvelem i Moniką. Rozumiem, że testuje nowe możliwości, ale było to mucho creepy. Aha, no i powraca Doctor Positron, a wraz z nim pytanie: jak zmieścić tak wielkie afro w tak małym hełmie? Czyli trochę plusów jest, ale jeszcze niepewnych, za to minusy nie są duże. Może więc być 6/10.
Krzycer: W sumie... to było... hm. Wszystko w podwodnym laboratorium było fajne, team-up Power Mana z White Tiger wciąż jest fajny, ale jak już przyszło do walki z fioletowym paskudem (fioletowymi paskudami), jakoś straciłem zainteresowanie. Dodać do tego, że nie mam pojęcia, co sądzić o ujawnieniu, że za Złą Korporacją stoi Kosmiczne Zło, i zwyczajnie nie wiem co myśleć o tym numerze.
Kminek:Na szczęście tytuł kłamie i w tym numerze Kapitana jest jak na lekarstwo. A poza tym trzy wątki przeplatające się dosyć sprawnie i dynamicznie. Można się trochę spierać, czy odwiedziny u Blue Marvela alias non-doctor-Fate-design musiały odbyć się z takim hukiem, jakby w numerze było za mało akcji... Na szczęście wszystkie mankamenty rekompensuje niewymuszony humor ("Sentinel of...").
Nieco dziwna końcówka, ale na tyle ciekawa, że czekam na więcej.

Deathlok vol. 5 #5
Gil:
Piąty numer i wydarzyło się wreszcie coś, co może mieć istotny wpływ na fabułę nie tylko tej serii, zwłaszcza w obliczu zapowiadanego przyłączenia Deathloka do Avengers. Wygląda na to, że nasz bohater w końcu odzyska kontrolę nad sobą w wyniku postrzału. I teraz najważniejsze pytanie za tym wszystkim brzmi: czy to przypadek, czy czyjeś celowe działanie? No, nie da się zaprzeczyć, że do interesujący wątek i na jakiś czas udało się serii odsunąć moje wątpliwości na temat jej celowości. Coś wyraźnie się tu kryje i chętnie się dowiem co. Plus, bardzo fajnie została poprowadzona końcówka numeru i zaskoczenie dla samej kontrolerki. Ale o ile fabuła nadrabia, tak rysunki tym razem straciły na jakości. Ciągłość między panelami kuleje i pojawiają się jakieś dziwne pozy. Dlatego też na razie wyśrodkuję sobie różnice między jedną, a drugą płaszczyzną i zostanę przy ocenie 6/10.

Legendary Star-Lord #9
Kminek:
Liczyłem, że ta historia będzie miała jakieś podwójne dno, może jakiś moralizatorski ładunek, ale niestety... Z rozczarowaniem stwierdzam, że Guardians z jednej przygody w stylu "Coś mnie opętało" trafili do drugiej, niebezpiecznie podobnej. No, ale cóż... Kolejny odcinek "Black Vortex" z serii "Oddajcie! Nie, nie oddamy!". Scenariusz w sumie skupia się na tym, co poprzednio, tylko dowiadujemy się, że Gamora ma płaszcz bez dna i jej broń również otrzymała power - up. Poza tym, Peter zmienia zdanie (choć nadal kłóci się z Kitty, dzięki Bogu!), jest parę fajnych zagrywek (gościnny występ Thanosa) podczas walki, Rocket klnie jak szewc, pewien X-Man otrzymuje nowy design i... tyle w sumie z ciekawych rzeczy. Z mniej ciekawych to Thane, który nagle zmienił zdanie, bezpłciowy Mister Knife i fakt, że "I submit to the Black Vortex" przestaje nieść w sobie jakikolwiek ładunek dramatyzmu. Tym razem jednak (na szczęście) dostajemy znacznie lepsze rysunki, które rekompensują (nadal bolącą) żenadę pierwszej części.
Gil: No, to już wiemy, jak głęboko w okrężnicy tkwi ten cały cross. Tak głęboko, że jego twórcy nie widzą nawzajem, co robią i nie mogą się porozumieć. Czemu tak uważam? A dlatego, że ta część historii całkowicie zaprzecza temu, co pokazała część poprzednia i cały ten fragment wciska nam od nowa, w zupełnie innej postaci. I na przykład, jak w GotG to Quill chciał skorzystać z Vortexu, tak tutaj chce go zniszczyć. A jak Kitty pierwsza chciała to coś ukraść, tak teraz wyżywa się za to na nim. Jak tam zrobili wielki tumult i nagle wszystkich doładowało, tak tutaj dzieje się to wolniej i pojedynczo, a całość jest rozwleczona do granic możliwości. No i wciąż plączą się pod nogami ci źli, którzy dużo siedzą i się odgrażają. Tak po prawdzie to już wiem, że nic dobrego z tego nie będzie, za to nie do końca wiem, po co to jeszcze czytam. Chyba tylko po to, żeby przekonać się, jak daleko w kategoriach głupoty może się posunąć. Jak na razie w tej kategorii idzie mu świetnie, a za wspomniany całkowity brak spójności dostanie zasłużone 1/10.
Tori: Hej, zgadnijcie co mamy w trzecim odcinku Black Vortexa. Nadal się biją, tylko że teraz już między sobą. Niewielka pociecha, że ostatnia strona poprzedniego numeru okazała się jedynie iluzjo-prezentacją i tak naprawdę do "Fanklubu Black Vortex" dołączyła tylko jedna osoba. I właściwie nie ma tu za bardzo o czym więcej pisać. Thane się wyłamuje i grozi buntem, J-Son obiecuje moc, a bohatery się biją i prezentują kombinacje mocy i umiejętności tak starych (Jean, Kitty), jak i nowych (Gamora). A, no i jeszcze Peter chyba zmienił zdanie, bo ostatecznie stanął po stronie ukochanej, a i tak dostał zasłużony opieprz za wcześniejsze podejście do tematu. Końcówka numeru daje niewielką nadzieję, że w następnym odcinku coś się zmieni i może poza mniej lub bardziej bezsensownymi bijatykami coś jeszcze ta historia nam zaoferuje, ale na razie więcej jak 4/10 dać nie mogę, a i tak podciągnąłem nieco za rysunki.
Krzycer: Spektakularny shit. Superszajs. Byłoby wystarczająco źle, gdyby była to po prostu kontynuacja tej niezwykle miernej, pozbawionej wyobraźni i zwyczajnie kiepskiej historii, ale gdy dodamy do tego, że ten numer nijak nie pasuje do zakończenia poprzedniej części crossovera, to przeskakujemy (pardon, kopiemy głębiej) z poziomu "co za dno" na poziom dawno niewidzianej bristolskiej skali uformowania stolca. I w tej skali to będzie, bo ja wiem, 3/7? "Stolec wydłużony, z pęknięciami na powierzchni". Brzmi odpowiednio.

Loki: Agent Of Asgard #11
Gil:
Echo poprzedniego numeru odbija się w tym zeszycie tak, jak krzyk Kid Lokiego w głowie naszego antybohatera i oburzenie w całej Asgardii. To zaś prowadzi wprost do sytuacji, która jest jednocześnie nowa i dość dobrze znana. Tak jak kiedyś Thor, tak teraz Loki został wygnany do Midgardu, tym samym tracąc prawa do przypisku w tytule. Ale czy tak właściwie czyni to jakąś większą zmianę? Może nie sam fakt, ale na pewno to, że w ślad za nim trafia tu też stary dobry – znaczy się: zły Loki. I już na dzień dobry sprawia, że Verity ma kryzys zaufania. Czyli jednak efekt jest dość solidny... o ile prowadzenie całej tej sytuacji będzie konsekwentne. Tymczasem nieźle się zapowiada i nadal dobrze wygląda, więc 7/10 dostanie.
Tori: Biedny Loki, nikt go nie lubi, wykopali go z Asgardu, a do tego stary znajomy postanowił jeszcze bardziej skomplikować mu życie. Prawie współczuję chłopakowi, stara się być dobry i nic z tego nie wychodzi. Nadal jednak kibicuję mu w tych staraniach i czekam na następny numer, w którym wiele zdarzyć się może. Aktualnie zaś mamy dalsze pogrążanie się głównego bohatera i udowadnianie, że Loki zawsze pozostanie Lokim. Dobre czytadło z kilkoma zabawnymi wstawkami, które nieco rozładowują dołującą atmosferę, a oceną niech będzie 7/10.
Krzycer: Dzieje się! Dzieje się... dziwnie. Zastanawiam się, czy aby ten bardzo szybki upadek Lokiego to coś wymuszonego Secret Warsami. Nie zdziwiłbym się. Ale ale, nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, bo dostajemy dzięki temu więcej interakcji Lokiego z King Lokim, a King Loki wielce fajny jest. A i spotkanie z Odynem było znakomite. Jeśli cokolwiek brzmi tu fałszywie, to oburzenie Asgardczyków poza Thorem, Volstaggiem i może Freją - pierwsza dwójka faktycznie KidLokiego kochała, Freja, powiedzmy, niech będzie że też, ale cała reszta? Cała reszta przecież przez cały run Gillena była wobec niego wrogo nastawiona.

Magneto vol. 3 #15
Gil:
Aha, więc ten niespodziewany tłist z końca poprzedniego numeru był częścią kolejnego przechytrego planu... Oczywiście... Niby wszystko fajnie, ale zaczyna się to robić przesadnie skomplikowane jak na jednego człowieka. Plany w planach i w planach plany, a do tego pełno osób zawsze chętnych do pomocy, chociaż będących również zawsze podwójnymi agentami. I znów te diabły w szczegółach... Pamiętacie, jak to Sinister nie mógł sklonować Sabretootha? No więc Mags dał radę, ale i tak wynik mu się nie spodobał. Pamiętacie, jak X-Men usunęli dane o wszystkich mutantach ze wszystkich rządowych systemów? Albo jak X-Men usunęli dane o wszystkich mutantach ze wszystkich rządowych systemów? I jeszcze jak X-Men usunęli dane o wszystkich mutantach ze wszystkich rządowych systemów? Nie pomogło, więc teraz Magneto usuwa dane o wszystkich mutantach ze wszystkich rządowych systemów. A pamiętacie, jak pomógł Chuckowi zbudować Cerebro? A nie, to akurat pomysł z filmu... za to podobno Xavier zbudował to, będąc w Indiach, więc i tak nie bardzo pasi. A tak w ogóle, to Mags nawet się nie zdziwił, gdy zobaczył swoją koleżankę na Helicarrierze, chociaż nic nie sugeruje, żeby wiedział wcześniej o jej obecności. Oj, tym razem jednak więcej tych minusów, niż plusów, więc będzie 4/10.
Tori: No proszę, więc poddający się Magneto, to tylko kolejna część jego kolejnego planu. Nawet się jakoś bardzo nie zdziwiłem. Do tego mamy podwójnych agentów, cerebro w wersji rządowej, które Magsu psuje, rządową listę mutantów, którą Magsu też psuje i generalnie takie to trochę powtarzane, bo tego typu akcje widzieliśmy już nie raz. Co się tyczy klonowania Sabretootha, kolejny raz widać że podejście do tematu zależy tylko i wyłącznie od tego, jak dany scenarzysta się na nie zapatruje. Ogólnie komiks średniak, więc jak na średniaka przystało, 5/10.
Krzycer: Jasne, to już było. Ale i tak - fajne to było! Pomimo tego, że od paru lat schemat "złoczyńca daje się złapać bo to część jego planu" jakoś tak się strasznie po filmach rozplenił, w tym konkretnym przypadku i tak mi się to podobało. I jeszcze koktajl z Creeda dobrze wyszedł.

Miles Morales: The Ultimate Spider-Man #10
Krzycer:
To było, bo ja wiem... Hm. Hydra. Nie lubię Ultimate Hydry. A do tego momentu numer to właściwie bendisowy standard, jest jakaś akcja która nie ma znaczenia, są dialogi których uczestnicy nawzajem się nie słuchają... Mam niejasne wrażenie, że Bendis pisze tego typu numery z zamkniętymi oczami, na automatycznym pilocie. Rysunki Marqueza jak zwykle świetne.

Moon Knight vol. 7 #12
Gil:
Bendis Bendisem, Humphries Humphriesem, ale jak dla mnie to Wood tym razem wykonał popisowy skok na główkę do pustego basenu. I zrobił niezłe kuku jednej z lepszych serii zeszłego roku. Udało mu się zbudować historię, która miała wiele mocnych punktów, tylko po to, żeby w finale spuścić ją w klozecie. Wyglądało to tak, jakby pani doktorka miała solidną motywację prywatno-polityczną, podpartą traumatycznymi przeżyciami z dzieciństwa, żeby chcieć zemsty na dyktatorze i tym samym zwrócić na siebie uwagę Khonshu. Tymczasem okazuje się, że to zwyczajnie zła kobieta była, bo zależało jej tylko na kasie. A staroegipski bóg zemsty dał się zrobić w ciula, bo najwyraźniej nie wiedział, jakie te baby są złe i pazerne. Innymi słowy, pan scenarzysta znów dał upust swojemu szowinizmowi. Nie zdziwię się też, jeśli zostanie to odczytane jako rasistowski przytyk względem problemów Afryki, a zbudowany z 12 kart domek będzie miał spory problem by się z tego powodu nie zawalić. A tak właściwie, to jakie znaczenie miała cała ta historia? W tym momencie praktycznie żadne... Khonshu miał focha na Spectora, ale wrócili do siebie po tym, jak jeden się nadział, a drugi dowiódł swojej wierności, więc nie widzę w tym jakiejś wielkiej odmiany. Jeden plus jest taki, że wyszło to całkiem fajnie od strony wizualnej i tylko dlatego dostanie ode mnie 3/10.
Krzycer: Co to było? Co się stało? Nie pamiętam, kiedy ostatnio ktoś tak spektakularnie wyrąbał się na finiszu. Nie wiem, czy można było jakoś efektywniej i szybciej zabić tę historię, niż czyniąc panią doktor żądną kasy "tą złą". Wood zawioodł. (sorry i'm not sorry). Ale rysunki były niczego sobie do samego końca.

Ms. Marvel vol. 3 #12
Gil:
O, Kamala i Loki w jednym komiksie? To nie może się źle skończyć, prawda? No, w sumie prawda... aczkolwiek miałem nadzieje na coś więcej niż krótkie zderzenie bez większych konsekwencji. Ale zważywszy, że była to jednorazówka uszyta pod walentynki, a w dodatku moment oddechu po zakończonej właśnie większej serii, to i tak poziom jej jest zaskakująco dobry. Nie raz rozśmieszyły mnie odzywki mieszkańców Jersey pod adresem Lokiego i humor sytuacyjny, za to końcówka zaskoczyła trochę wymową daleką od komicznej. Poza tym, bardzo się cieszę, że Kamala nie dostaje pier... znaczy się, małpiego rozumu z okazji walentynek i tego, że ktoś zwrócił na nią uwagę, co jest kolejnym solidnym przykładem bardziej przyziemnego portretowania nastolatków w tej serii. Aha, mamy tez gościnnego rysownika, ale jego wpływ na klimat jest dość subtelny. Czyli zostajemy przy 7/10.
Krzycer: Sympatyczne, ale wrzucenie Lokiego do New Jersey tak bardzo pretekstowe... To na swój sposób urocze, że autorka nie udawała, że jest tu coś więcej. Nawet fajnie to wyszło. Choć w wykonaniu Bondoca Loki wypada jeszcze bardziej jak "oślizgły zły" niż ostatnio u Jimeneza w "Angeli".

Nova vol. 5 #27
Gil:
Ojej... smutny Carnage jest smutny... chlip-chlip. Nie no, serio – o ile jeszcze pierwszą część historii dało się przełknąć, tak ta jest już zupełnie bez sensu. Carnage wpada do szkoły i nie kończy się to rzezią niewiniątek – już samo to sprawia, że całość rozbija się o kant królewskiego poślada. Dodajmy do tego, że daje sie nabrać na najgłupszą dywersję w dziejach, a potem złapać w pułapkę, z której bez problemu mógłby się uwolnić i jeszcze wmieszajmy w to nie wiadomo z jakiej dupy wzięty koncert Antraxu. No i na zakończenie Carnage ma smuteczka, więc sam doradza, jak go podrzucić do więzienia. Aha, czy wspomniałem już, że w tej głupiej dywersji mamuśka i siostra Sama mogły bardzo łatwo skończyć jako mięso armatnie? No to dodam jeszcze bardzo niepokojący trend zmieniania jej wyglądu z latynoski przy kości w drugą Mary Jane i ciągłego odmładzania. I w ten sposób, po chwilowo zwiększonym zainteresowaniu z mojej strony, seria znów ląduje w mchu z oceną 3/10.

Rocket Raccoon vol. 2 #8
Gil:
Całkiem fajny finał całkiem fajnej historyjki. Z jednej strony, nie wydarzyło się tu nic wyjątkowego, ale z drugiej, wcale tego nie oczekiwałem. Wiadomo było, że będzie włam do pieczary kosmiczno-śniegowego, futrzanego Smauga, potem jakaś akcja, no i oczywiście happy end, w którym Groot odrośnie. Tak było? Było. Wszyscy zadowoleni? Ja jestem, więc uważam, że 6/10 się należy.

Silk #1
TheSolamnus:
Nawet rysunków dobrych nie ma, na pewno nie będę kontynuował. Od kiedy ona ma pazury? I skąd te nagłe problemy z mocą? Nie pamiętam żeby był taki motyw w Spider-Verse. 2/10
Gil: Mimo wiercenia w bebechu, miałem nadzieje, że może jednak coś z tego wycisną. Ale kiedy zobaczyłem to fatalne, różowe logo, już wiedziałem, że to była jedna z tych nadziei, które przynoszą tylko głupie dzieci. I rzeczywiście, komiks jest... może nie jakoś strasznie głupi, ale z pewnością głupawy. Widać, że zupełnie nie mają pomysłu na Silk innego niż „Spider-Man with boobs”. Tak, tak – jeśli myśleliście, że to patent na Spider-Woman, myliliście się straszliwie. Jessica Drew przynajmniej ma własną historię, a Cindy Moon? Ugryziona przez tego samego pająka, ma (no dobra - prawie) te same moce, pracuje dla Jamesona, a jej rodzice zaginęli w jakiś dziwnych okolicznościach, które wskazują na udział Hydry. To Peter Parker, tylko że z cyckami. I nawet ma swój unikalny, nieheroiczny talent – nie naukowy, ale dość blisko, bo fotograficzną pamięć (swoją drogą, wrzucają to już drugi raz w tym tygodniu – czy to jest jakieś „a thing now”?). Poza tym, już w pierwszy numer wrzucają całą tonę supporting castu i od takiej dawki naprawdę robi się niedobrze. Jeden, jedyny maluśki plusik jest taki, że postanowili przeciwstawić ją Black Cat (chociaż samo jej zeźlenie jest i tak wystarczająco bez sensu), więc z tego może coś wyjść. Niestety, to nie dzisiaj i pewnie jeszcze długo nie. A jeszcze przecież nie dodałem minusa za rysunki, które rozciągają się pomiędzy „czy to ma być człowiek?”, a „ujdzie, jeśli wydłubię jedno oko”. Czyli jak na pierwszą odsłonę, zdecydowanie kiepsko i nie zdziwię się, jeśli druga nie sięgnie połowy wyniku sprzedaży. Ode mnie dostanie słabe 3/10.
Tori: Cindy Moon, "Silk", jeden z nielicznych pomysłów Slotta, do których nie tylko nie mam zastrzeżeń, ale nawet mi się podoba, startuje z własną serią. I mimo głosów krytycznych, mnie się ten start podoba. Mamy tu dziewczynę, która po latach zamknięcia w bunkrze wydostaje się na świat i szuka w nim swego miejsca. Stara się być super bohaterką, ale jak to z początkami bywa, niezbyt jej wychodzi (Spider-Man jako nauczyciel? Jestem na tak). Stara się pogodzić rolę bohaterki z życiem prywatnym i pracą, no tu już jest nieco lepiej (stary dobry JJJ, oby częściej). I przede wszystkim stara się znaleźć rodzinę, z którą utraciła kontakt na dziesięć lat. Retrospekcje pokazują nam jak wyglądały jej relacje z rodzicami i młodszym bratem i w sumie niewiele się różnią od problemów typowych nastolatek, ale pozwalają przywiązać się do postaci i kibicować jej w tych poszukiwaniach. Oby tylko się finalnie nie okazało, że rodzinka Cindy to kolejni tajni agenci, Reptilianie, czy inne pomioty Hydry, bo znów będziemy mieli niesamowity zbieg okoliczności, tak powszechny we wszelakich powieściach. Na razie jednak jest dobry początek, więc będzie 7/10.
Krzycer: Kurczę, jestem pozytywnie zaskoczony. Rysunki są sympatyczne, Silk pisana przez Thompsona przez sympatyczna, ba! Spider-Man pisany przez Thompsona jest super, chciałbym móc znowu czytać takiego Spider-Mana! (Ok, w tym momencie chwaliłem już za występy Pająka Ewinga, Gage'a i Thompsona - chyba powoli zapisuję się do klubu "każdy kto nie jest Slottem pisałby lepszego Parkera od Slotta".) Byłoby miło, gdyby przy tym sama Silk była trochę bardziej unikalną, interesującą postacią, bo w tym momencie jest, jakby to ująć... She-Spider-Manem... ale przynajmniej jest sympatyczna. Tyle tylko, że - dla mnie - kompletnie niewiarygodna. Tak jak jest pisana - czy tu, czy przez Slotta - za diabła nie widzę kogoś, kto spędził dziesięć lat w kompletnej izolacji.
A, no i siurpryza - złapaliście w Amazingu, że Cindy jest (pół-)Azjatką? Bo choć nazwisko mogło to sugerować, to z rysunków w tamtej serii za cholerę mi to nie wynikało.

Silver Surfer vol. 6 #9
Gil:
Poprzedni zeszyt wziął na siebie większość ciężaru tej historii, więc w tym skupiamy się przede wszystkim na nadejściu Galactusa. Nie zrozumcie mnie źle – wcale nie jest gorzej, tylko wrażenie jest nieco mniejsze, bo już wiemy, że to się stanie i teraz głównie czekamy, bo wiadomo, że główna konfrontacja i tak przyjdzie później. Ale i tak dzieje się co nieco, zwłaszcza w drugiej połowie. Sam pomysł jazdy na księżycu jest fajny, ale chyba zgodzimy się wszyscy, że Galactusa mógł co najwyżej zaskoczyć. Za to jego decyzja, żeby wreszcie zdepałerować Surfera była dość zaskakująca dla nas. I co teraz? Nie obrażę się, jeśli role się odwrócą i teraz to Dawn zaoferuje swoje usługi Galactusowi, zaś Norrin zostanie jej pasażerem. Tak, wiem – narzekałem na podmienianie bohaterów, ale cały czas podkreślałem, że chodziło mi o to bezsensowne podmienianie. Tutaj akurat miałoby to i sens i cel... więc pewnie się nie wydarzy. Ale hej, dostaliśmy kolejny świetny zeszyt i mamy na co czekać, więc należy się znów 7/10.

Storm vol. 3 #8
Gil:
Ah, więc to był ten wielki plan Paka... wpleść jakiegoś nołnejma między pojedyncze historyjki, żeby potem wyciągnąć go nagle z kapelusza i próbować wmówić wszystkim, że jest poważnym zagrożeniem i stał za całą wielką intrygą. Której tak naprawdę wcale nie było, a sama Storm wyśmiała go, jak usłyszała, o co chodziło. Pogratulować... No i jeszcze wcisnęli na koniec jakąś apokaliptyczną sytuację. A ponieważ nikomu nie udaje się ogarnąć innego zastosowania mocy Storm niż stworzenie trąby powietrznej, więc właśnie to robi, żeby uratować – a jakże by inaczej – most Golden Gate. Tak więc, moje przewidywania się sprawdziły: pomysłu na postać i serię jak nie było, tak nie ma. Opowiadają tę samą historię po raz setny i nadal nie ma ona znaczenia, a ja już nie mam ochoty czytać jej po raz sto pierwszy, więc pora wykreślić z listy kolejną serię. Na dowidzenia: 3/10.
Krzycer: Em. E. Naprawdę? Ale serio? Wielki plan Paka jest taki, że zbiegiem okoliczności wszystko w co uwikłała się Storm od początku tej serii szkodziło temu cybernetycznemu frajerowi? Co za zbieg okoliczności. Co za nudny, wydumany zbieg okoliczności. Ale hej, może morski diabełek z ostatniej strony okaże się ciekawszy.

Uncanny X-Men vol. 3 #31
Xavier83:
To był najdziwniejszy komiks jaki przeczytałem o mutantach odkąd czytam komiksy   . Pal licho okładkę. Pal licho zapowiedzi. Mam bardzo dziwne wrażenie, że od ładnych kilku miesięcy Marvel narzucił scenarzyście jak ma wyglądać opowieść o Mutantach nim nadejdzie Secret Wars, ponieważ nigdy jeszcze takiej rozbieżności między zapowiedziami a zawartością nie czytałem u X-Men. Samo rozwiązanie logiczne, zarówno kwestii potężnego mutanta jak i powrotu martwych liderów. Jak to Xavier powiedział będą konsekwencje takiej zabawy w Boga. Bez wątpienia. 5/10.
Undercik: Co to się stanęło? Przeczytałem ten komiks jakieś 5 godzin temu, a nadal zachodzę w głowę co Marvel i Bendis odwalają. Historia ciągnęła się jak flaki z olejem i się wykoleiła. To zamknięcie było kompletnie z dupy. Do tego należy dodać okładkę i zapowiedź które wyraźnie sugerowały co innego i mam wrażenie, że ktoś tu nabruździł. No bo baner Original Sin zniknął w połowie historii. Zapowiedzi wskazywały na zakończenie dwa numery wcześniej, a ten numer jest kompletnie od czapy. Nagle się cofamy w czasie, zmieniamy jedną rzecz i RETCON RETCON RETCON. Jakie to ma do cholery miejsce w continuity? I czyżby cofnęli ślub z Mystique? No bo tekst Emmy na to wskazuje. Fajnie. Nie ma potężnego mutanta, a Xavier nie ożenił się z Mystique a poza tym wszystko bez zmian... Ale co w takim razie z BotA i przyszłym bractwem które było zarządzane przez ich synalka? I dlaczego tylko to się zmieniło? A może coś jeszcze? Ile to było mówione, że drobne zmiany Tempus w Annualach kosztowały ją życie własnej rodziny, a to nie wszystko, bo przez efekt motyla pozmieniała się historia w kilku miejscach (chodzi mi o 2099 rok).
Kurde, Bendis narobił takiego syfu, rozwlekł tą historię do niepotrzebnego maksimum, a jeszcze mu chyba Marvel nabruździł. Pytanie, czy będzie to mieć jakiś związek z Secret Wars bo... podróże w czasie = alternatywne rzeczywistości. Lubiłem run Bendisa, ale ten numer przekreśla go praktycznie w całości. Nie wiem co by się musiało stać, aby odkręcić moją negatywną opinię. Doczytam do końca, bo już nie wiele zostało, ale czuje, że to nie będzie przyjemne. A spokojnie jak ktoś się uprze, to powypisuje jeszcze więcej niespójności... -1/10
Gil: Kolejny okładkowy kłamczuszek nam się trafił i tym razem był o tyle złośliwy, że aż poważnie się zdziwiłem, jak oni zamierzają przeskoczyć od jednego do drugiego wątku. Okazało się, że jednak mógł to być jakiegoś rodzaju przekaz podprogowy, bo jednak najważniejszą kwestią tego numeru okazało się „jak”. A dokładnie to: jak rozwiązano problem Mattew Malloya, który był tak potężnie potężny, że aż zbyt potężny. Cóż, wydaje mi się, że może to być jedno z tych rozwiązań, od których może internet nie pęknie na pół, ale z pewnością niejeden flamewar się zacznie. Zwykle mam w tych kwestiach dość zdecydowane zdanie, ale tym razem nie jestem pewien, czy chciałbym Bendisa poklepać po plecach, czy zepchnąć ze schodów. Zatem spoiler: koleś pozabijał większość X-Menów, nie kontrolując się, więc Eva zgarnęła Chucka z przeszłości, po czym cofnęli się jeszcze trochę i sprawili, że jego rodzice nigdy się nie poznali. Bang! No i teraz problem, bo nie wiem czy nazwać to rozwiązanie genialnym w swojej prostocie, czy pieklić się, że znowu mieszają w czasie po tym, jak ten sam Bendis biadolił, że takie akcje rozwalają multiversum. W sumie, jedno i drugie jest prawdziwe, ale nie mogę się zdecydować, w którą stronę się skłonić. Z jednej strony Eva znów urosła w moich oczach, z drugiej nie wiem, po co było to rozwlekać do oporu, żeby zakończyć pstryknięciem palców. Z jednej otwiera to masę możliwości, ale z drugiej każe zapytać, dlaczego nie rozwiązali tak większych problemów, skoro mogą? Dwie rzeczy są jednak pewne: to wielka niewiadoma i całość była zdecydowanie za długa. Poza tym, jest parę przesłanek wskazujących, że Bendis zmienił zdanie gdzieś w środku historii, albo zainterweniowała niewidzialna ręka wydawnictwa, więc też nie do końca wiadomo, kto i dlaczego powinien być odpowiedzialny. Za to fajnie wyszło ultimatum Evy i wygląda na to, że wszystkie dzieciaki trafią do jednej szkoły, a to akurat mi się podoba. Nadal nie wiem, jaką ocenę wystawić, żeby zasugerować coś innym czytelnikom, więc zdecyduję się na 5/10, które w tym przypadku oznacza: przeczytaj i sam zdecyduj, jak do tego podejść.
Tori: OKeeej, przeanalizujmy fakty: Wolverine cofa się w czasie, zabija Hanka Pyma i po powrocie do swojej rzeczywistości zastaje ją kompletnie przemodelowaną. Eva cofa się w czasie i z pomocą Xaviera wymazują z istnienia Matthew Malloya i kompletnie nic się nie zmienia. Serio? Jasne, Pym to ważna persona, a taki Malloy to prawie statysta. Tylko że ten statysta był przedstawiany jako najpotężniejszy mutant, level over 9000, zagrożenie o kosmicznej skali itd. itp. Nie wiem, może to mój błąd, że staram się doszukiwać logiki i konsekwencji w komiksach i wychodzę z założenia, że coś tak potężnego, jak moc Malloya nie może tak po prostu zniknąć i dlatego ostateczne rozwiązanie problemu zwyczajnie mi nie leży. Dodatkowy minus za wątek ślubu z Mystique, bo skoro teraz zasugerowano, że coś takiego nie miało miejsca, to po co w ogóle było to wprowadzać? No chyba że Bendis jednak ma jakiś większy plan, przepowiednia Xaviera się spełni i zabawy z czasem ugryzą X-Menów w zadek. Albo po prostu świat w którym Malloy rozwalił wszystko i wszystkich jest jedną z alternatyw w zbliżającym się Secret Wars. Parę plusów na upartego też by się tu znalazło (pogadanki Evy z Charlesem i Scottem), jednak całościowo wyszło to naprawdę dziwnie, żeby nie powiedzieć głupio, więc tylko 3/10.
Krzycer:  Trollowanie na maksa. W sumie... Ok. W sumie kupuję z uśmiechem, że małżeństwo z Mystique było tylko po to, by podkreślić, że wymazanie MafjuMaloja miało też inne, wywołane przez motyle konsekwencje. Tyle tylko, że to oczywiście prowadzi do pytania - jak daleko te konsekwencje sięgają? Co jeszcze z tego runu zostało wymazane? I jaki jest sens by robić coś takiego na trzy miesiące przed Secret Wars, jeśli - jak wszyscy się spodziewamy w mniejszym lub większym stopniu - Secret Wars samo będzie mniejszym lub większym resetem bądź resecikiem?
Dziwny, bardzo dziwny numer, ale Eva Bell jeszcze bardziej zyskała w moich oczach. A i konsekwencja - przepisanie uczniów - jest zdumiewająca. Zwłaszcza w kontekście tego, co Cyclops robił w Time Runs Out u Hickmana...
Także - tak. Ciekawy numer, choć niekoniecznie udany. Na pewno historia szczególnie udana nie była, bo - to już któryś kolejny raz u Bendisa ostatnio - nic lub prawie nic działo się przez wiele numerów, po to, by w ostatnim wszystko bardzo szybko uciąć i zostawić czytelnika z pytaniami. Kiepsko to wszystko było rozłożone w czasie. A, no i o ile Bachalo jako-tako dawał radę gdy MafjuMaloj szalał, tak za diabła nie pasuje do takiego gadanego numeru, jak ten tutaj.

Wolverines #7
Krzycer:
...ok, to było całkiem ciekawe zagranie Mystique. Znaczy - pomysł by przejęła kontrolę jest fajny, jest spoko. Pomysł, by szantażem wymusiła posłuszeństwo byłby spoko, gdyby był to przemyślany szantaż. Niestety, zamiast tego dostajemy bzdurę. "Róbcie, co mówię, bo prześpię się z waszymi ukochanymi". Och nie. I o ile ewentualnie byłbym w stanie kupić to, że X-23 by się dała... nazwijmy to: zastraszyć, i o ile z przymrużeniem oka mogę kupić, że wyruchany... pardon, wyobracany przez Axis Sabretooth może pozwolić Mystique na te jej gierki... tak za cholerę nie kupuję, czemu Deathstrike jej w tym momencie nie wypatroszyła.
Ale biorąc pod uwagę, jakie durnoty już w tej serii musiałem łyknąć, co mnie obchodzi jedna więcej? Rozegranie Shoguna wyszło lepiej, no i przez sympatię jaką darzę Mystique jestem w miarę zainteresowany tym, jaki plan ułożyła dla niej Destiny, więc... zobaczymy. Ale szykuję się, że po drodze będę musiał jeszcze sporo durnot wycierpieć.


Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2015.02.18.
Redaktor prowadzący: Rodzyn
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.