Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #389-390 (17.02.2015)

avalonpulse0.png
Wtorek, 17 lutego 2015Numer 5-6/2015 (389-390)


W podwójnym numerze Pulse'a najwięcej uwagi zwrócił crossover "The Black Vortex".

04.02.2015


Angela: Asgard's Assassin #3 
Gil: Nadal moje odczucia wobec tej serii są mieszane. Zacznę więc od negatywnych, żeby zakończyć pozytywnym akcentem. Po pierwsze, drażni mnie Sera, mistrzyni ekspozycji, która już trzeci numer z rzędu wykorzystuje każdy pretekst, żeby wbić opowieść o czymś zupełnie nie związanym z tematem, ale jednak istotnym w jakiś sposób dla większego obrazka. Tym razem dowiadujemy się dla odmiany, że dżędery szaleją i w świecie aniołów, bo Miss Exposition była kiedyś chłopcem. Ale spoko, to nie najdziwniejsza rzecz, jeśli o nią chodzi... Za to nadal nie wiemy, do czego właściwie zmierza Angela i po co biegają w kółko z tym dzieciakiem. Za to nową zbroję ma całkiem fajną i przynajmniej trochę funkcjonalną. Tak, to znaczy, że przeszliśmy już do plusów, których jest jednak więcej. Kilka mniejszych może zostawię sobie na boku, natomiast wspomnę przede wszystkim o rzeczy najważniejszej: widać wyraźnie, że Gillen zamierza wpleść tu sporo wątków ze swojego runu w JiM. Już pojawiło się sporo postaci, których używał wtedy (Tyr, Hela, Disir), a do tego parę nawiązań w treści, więc tylko czekać na więcej. Powinniśmy się więc cieszyć i nie przejmować zupełnie minusami, bo na początku wspomnianego Journey Into Mystery wrażenia miałem podobne, a później wszystko się ślicznie rozkręciło. Czyli jeszcze trochę poczekam i poćwiczę cierpliwość, a tymczasem dam 6/10. 
Krzycer: Sera lubi gadać. Biorąc pod uwagę małomówność Angeli ktoś taki jak Sera jest tu potrzebny (alternatywą byłaby rozbudowana narracja samej Angeli, co jakoś mi nie pasuje do tej postaci... z drugiej strony, nie mam o niej pojęcia), więc w sumie mi to nie przeszkadza. Choć trudno mi uwierzyć, że wszyscy jej tak cierpliwie słuchają, zwłaszcza gdy historia nie ma oczywistego związku z bieżącymi wydarzeniami... 
Ogólnie: przyjemny numer. Jimenez rysuje dziwnego Lokiego. Niepokojąco dziwnego Lokiego. 

Ant-Man #2 
Kminek: Seria coraz bardziej mi się podoba. Humor nie jest wymuszony, prawdy, mądrości i "misja" przedstawione są w sposób przystępny, nieco specyficzny i bez zbędnego, dramatycznego pierniczenia (przemowa Cassie, dlaczego Scott powinien sobie znaleźć pracę), do tego irracjonalni, ale dosyć zabawni przeciwnicy ("That's your proud history?") z niezłym cliffhangerem na koniec. Jest fajnie!  :)
Gil: Numer pierwszy dość mocno zjechałem, więc do drugiego podszedłem jak pies do jeża. O dziwo, kupił mnie już po kilku panelach, gdy przyszpilony do ściany mikrus wydukał: „To nie ja. Byłem wtedy martwy. Wygóglaj sobie.” Zdecydowanie bardziej było to w stylu Spencera, który pisał Superior Foes, więc zmieniło moje nastawienie prawie że z miejsca. Potem szybko utwierdziłem się w tym, co napisałem poprzednio w rubryce „przypuszczenia”, a mianowicie, że w pierwszy numer wepchnięto całą możliwą ekspozycję, żeby mieć ją z głowy. Bez tego ciężaru jest już znacznie lepiej i seria zaczyna walczyć o własny kierunek. Lang nadal jest lózerem, ale przynajmniej z pomysłem. Co prawda mógłby równie dobrze być kimś z obsady Foes, ale możliwe, że po prostu potrzebuje czasu, żeby się odróżnić. Tymczasem prawie wszystko jest fajnie i zaczyna się klarować jakaś wizja tytułu. Akcja spoko, humor daje radę (chociaż trochę się powtórzył), pomysł całkiem oryginalny (aczkolwiek przypomina trochę Poola z czasów Gail Simone). Jest tylko jeden szkopuł, który dźgnął mnie w oko: kiedy robot się uwalnia i zaczyna atakować, ginie przynajmniej jeden strażnik, a w tym czasie nasz bohater negocjuje swoją cenę. Zaskakujące, jak umyka to uwadze wszystkich podczas, gdy tak bardzo przeżywa kwestię „zajumać parę groszy, czy nie zajumać?” No ale powiedzmy, że był to nieplanowany wkład rysownika, albo zwykłe przeoczenie. Jeszcze będę trochę ostrożny, ale myślę, że teraz będzie już lepiej, więc dam na zachętę 6/10.
Krzycer: ...przynajmniej coś się w tym numerze działo. I było to w miarę śmieszne, przynajmniej miejscami. Ale jakoś mnie ten tytuł na razie nie przekonuje. 

Avengers vol. 5 #41 
Krzycer: No, tu już mamy bezpośredni prolog do Secret Wars, skakanie po uniwersach i ruchy innych zainteresowanych. A przy tym - bezpośrednia kontynuacja wątku z vendettą Black Panthera. Innymi słowy: dzieje się dużo i ciekawie. Kto wie, może do czasu Secret Wars nauczę się, jak właściwie nazywa się ten cały Burarum Anal. Rhubarb Lala. Rabarbar Ala? 
Demogorgon: Uwaga, ta recenzja nie stroni od spoilerów. 
Przez cały numer dowiedzieliśmy się co następuje 
1) Ultimate Reed pracuje dla Nicka Fury przy zwalczaniu zagrożeń wszelkiego rodzaju. Co brzmi jak głupi pomysł tak apropo - tak, powierzmy obronę świata facetowi, który go o mało nie unicestwił. 
2) To on bronił Ultimate Universe przed Icrusions. 
3) Kosmiczne imperia wreszcie odkryły co się dzieje i chcą zniszczyć Ziemię. 
4) Cabal ocalało bo uciekli do Ultimate Universe dzięki podwójne Icrusion (czy to było kiedyś ustalone jako możliwe, czy to deus ex machina?) i wpadli na Ultimate Reeda. 
I do tego było potrzeba dwudziestu trzech stron? Serio? Czyli na takie zbędne gadanie jest miejsce, ale na pokazanie jak 616 Reed próbuje ocalić świat narażając życie syna już nie ma? To się dzieje gdy dekompresja wymyka się spod kontroli. To numer wyraźnie zaplanowany z myślą o ostatniej stronie i rozciągnięty do granic możliwości byle tylko czymś to zapełnić. Słabizna.
Kminek: "Kabała się nie dała i przetrwała!". A jednak. Do rozwiązania tego typu mam pewne wątpliwości. Nie pamiętam dokładnie, czy Hickman już wcześniej wprowadził "dar Rabum Alala", ale jeśli nie, to akurat takie rozwiązanie fabularne zalatuje niezłą ściemą. Niemniej jednak nadal świetnie czyta się ten komiks i poza tym, jakoś nie mam mu nic do zarzucenia. Aha, jeszcze Nick Fury 1610 identyko jak Samuel L. Jackson... Tu już tego nie komentuję :D 
Gil: No i co? Teraz mam zacząć zwracać uwagę na Ultimate? Nic z tego – najwyżej doczytam sobie na Wikipedii o wzlotach i upadkach tamtejszego Reeda Richardsa, bo aż tyle cierpliwości nie mam. Ale nie gniewam się, bo i tak był to kawał dobrej lektury i sporo się wydarzyło. Po pierwsze, potwierdzają się plotki, że ostatnie zderzenie będzie ze światem Ultimate. No i spoko. To, że mnie on nie interesuje, nie oznacza, że nie przeczytam tego z przyjemnością. Nawet nie miałbym nic przeciwko, gdyby parę postaci stamtąd przeniknęło tutaj. Po drugie, dowiadujemy się, co się wydarzyło po zamachu na życie Namora. I to również wygląda fajnie, a przy tym jak zwykle, dobrze się komponuje z całością. Rozbawiła mnie nawet trochę ostatnia scena, na której za sprawą scenerii, cała Kabała wygląda jak drużyna postaci z jakiegoś fantasy. Zupełnie jakby chcieli przez to powiedzieć, że historia wkracza na nowy poziom i zmienia charakter. Chociaż w sumie mam nadzieje, że to tylko skojarzenie, bo odpowiada mi obecna konwencja, bliższa thrillerowi SF. Co jeszcze dodać? Zawsze ciężko mi tu pisać o szczegółach, bo nie chcę zdradzać za dużo... W każdym razie, mój odbiór nie zmienił się ani trochę, za to oczekiwania znów wzrosły, więc odliczam nie tylko do końca czasu, ale i do następnego muneru. A teraz dam konsekwentne 7/10. 
Tori: Czasu coraz mniej, akcja się zagęszcza, a pionki powoli trafiają na swoje miejsca. Kabała przetrwała, co raczej nie powinno dziwić, nie jestem tylko pewny, czy rozwiązanie z podwójną inkursją nie jest pójściem na łatwiznę. Z drugiej strony, jeśli inkursji coraz więcej i coraz liczniejsze, to i mamy tłumaczenie, czemu liczba światów tak szybko się zmniejsza. No i mamy 1610 i powolne przymiarki do wielkiego finału. Wprawdzie historię tamtejszego Reeda znam bardzo ogólnikowo, ale informacji o nim jest wystarczająco, aby zorientować się w temacie. Richards również kombinuje, jak tu ocalić swój świat przed zniszczeniem, więc przyszłościowa konfrontacja z Illuminati 616 może być bardzo interesująca. Dodatkowy plus za okładkę wzorowaną na pierwszym numerze Ultimates. Jest dobrze, jest klimat, chce się więcej, czyli 7/10. 
(od)wieczny:Wiadomym było że Namor i spółka nie zgina tak łatwo. Niewiadomą było tylko kiedy i jak powrócą do historii. I niestety, sposób w jaki pokazany jest ich powrót w tym numerze nie przypada mi do gustu. Ot tak pojawia się jednocześnie druga inkursja i uciekają przez nią na inną Ziemię. Wyglada to trochę słabo i odnosi się wrażenie że autor nie mógł nic lepszego wymyslić. Sa przesłanki że te podwójne inkursje są elementem istotnym dla fabuły bo to już drugi numer w historii Hickmana w której mówi się o niewyjaśnionym przyśpieszonym zanikaniu wszechświatów z multiversum. A sama podwójna inkursja może być tego przyczyną, bo w końcu przy wcześniejszych inkursjach wystarczyło zniszczyć jedną z kolidujących ze sobą Ziemi aby ocalić obydwa wszechświaty, natomiast przy nowej formie inkursji zniszczenie jednej Ziemi może nie wystarczyć aby ocalić te wszechświaty które akurat biorą udział w inkursji. Apropo tej informacji o niewyjaśnionym znikaniu światów, pojawia się pewien zgrzyt. Przy pierwszym omówieniu można było spekulować pewne niedopowiedzenie, natomiast gdy ta sama informacja pojawia się po raz drugi robi się problem. Z setek tysięcy alternatywnych wszechświatów nagle zrobiło się dwadzieścia parę. Po raz drugi pomija się czy mowa tu o światach z alternatywnymi ziemiami czy wszystkich. Sam Reed w tym numerze wspomina że już zniszczył 67 światów co powoduje że liczba wszechświatów w multiversum powinna być większa. Bo inaczej co to oznacza? Że te wszystkie problemy moralne czy zniszczyć inne światy były na marne? To że ocalimy obydwa wszechświaty niszcząc jedną z Ziem było tylko jedną wielką ściemą? Bo jak universa bez Ziem też przestają istnieć to po co to wszystko? Po co ten trud i rozterki bohaterów?... Lubię jak czasem nie podaję się wprost pewnych informacji aby czytelnik wysilił mózgownice i sam doszedł do pewnych wniosków, jednakże na tym etapie pojawia się zbyt dużo niedopowiedzeń. Nie oznacza to jednak że nie czyta się tego ciągle z wielkim zaciekawieniem. Poza tym cały numer należy to Ultimate Reeda który okazuję się większym bad-assem niż cała ta kabała i dzięki temu numerowi mam ochot spojrzeć w życiorys tego pana...

Guardians Of The Galaxy & X-Men: Black Vortex - Alpha 
Kminek: Najfajniej wypadają dwie rzeczy: rozmówki pomiędzy X-Men i Guardians, ewentualnie Guardians i Guardians [bo te X-Men z X-Men okrojone do minimum i słabiutkie... (choć akurat żart Icemana o swoim podejściu jest niezły)] oraz wprowadzenie Guardians do historii (nie mówiąc już o tym, jak Rocket ujeżdża Lockheeda). Niech każdy mówi, co chce, mnie tam odpowiada taki humor (jeśli chodzi o tę grupę akurat). 
Reszta, już trochę gorzej. A nawet znacznie. Szata graficzna leży i kwiczy w jakichś 80%, prolog taki trochę bez historii, tajemnica Black Vortexu tak trochę po macoszemu potraktowana, a i cała intryga może być opisana w kilku zdaniach: "O nie, oni mają Vortex", "O nie, oni popatrzyli w Vortex", "O, my mamy Vortex", "O nie, nie patrz w Vortex!", "O, przyszli oni, chcą nam zabrać Vortex!". Jednak dla nowej wersji Gamory (bardzo podobnej do jednego z kostiumów Viccana) postanowiłem czytać to dalej! 
Gil: Mamy dopiero luty, a już pojawia się bardzo poważny kandydat do tegorocznego Zvalonego. Nie wiem, co oni przyćpali, jak się za to brali, ale zdecydowanie powinni to odstawić. Zaczyna się... może nie tragicznie, ale jest do tego tylko krok, bo na razie poziom głupoty przytłacza. Historia wypełza wprost z ostatnich pomysłów Humphriesa w Star-Lordzie, więc winnego możemy wskazać od razu, chociaż pod pręgierz powinien powędrować też ktokolwiek wpadł na pomysł, żeby pozwolić mu robić crossa. W każdym razie, całość opiera się na pomyśle, że Kitty nagle uderzyła się w głowę (taka przynajmniej jest moja interpretacja, bo innego wytłumaczenia nie ma) i nagle postanowiła coś ukraść. Ponieważ wygląda na to, że autor nie rozumie pojęcia charakteru, nie ma co się dziwić, że jest to całkowicie niezgodne z jej charakterem. Ale co tam! Nagle postanowiła, że chce coś ukraść i wybór padł na artefakt z legendy, o którym (jak być może pamiętacie ze wstępu) dopiero co się dowiedziała. Yeah, whatever. Włamują się więc razem z Piotrusiem do Hogwartu, żeby zarąbać zwierciadło Erised... wait! What? Nie no, w sumie się zgadza, tylko ponazywali rzeczy trochę inaczej... Tutaj lustereczko nazywa się Black Vortex, ale robi właściwie to samo, chociaż z bardziej morderczym skutkiem. Zeszyt poprzetykany jest retrospekcjami o tym, jak ten artefakt powstał i właściwie można je podsumować krótkim: it’s magic, so shut up. A w tle lata jakaś She-Freeza… Zresztą, kogo to obchodzi? Wszyscy wiemy, że to tylko pretekst, do zderzenia Guardians z X-Men. I właściwie to tutaj zaczyna się ta najgorsza część, bo wprowadzenie obu grup w temat jest zwyczajnie debilne. X-Men zwyczajnie zapominają o tym, że się podzielili, więc gdy się orientują, że Kitty zwiała, Magik (Tajojku! Ona żyje!) zgarnia do pomocy Beasta i Storm, bo akurat taką zachciankę miał autor. Cały ten fragment zawiera tyle emocji, że bardziej ekscytująca była lektura składu szamponu przy porannym posiedzeniu. Wszystkie reakcje postaci są na poziomie „aha, okej” i w ogóle zachowują się, jakby grali w M jak Miłość. Z drugiej strony, Guardians zachowują się, jakby zwiali z tureckiej podróby Big Bang Theory. Grają w jakieś Dungeons & Flarkens i (surprise!!!) również zachowują się zupełnie niezgodnie z charakterami (no dobra, nie żeby mieli jakieś wyraźne w tej wersji, ale zawsze). Tak, chyba już pora się do tego przyzwyczaić – wszyscy w tej historii mają tę samą osobowość i jest to osobowość bipolarnego pantofelka. Spotykają się więc dwie takie grupy przedszkolne, ale o dziwo obywa się bez obowiązkowej bijatyki... na razie. Za to pozostaje pytanie, jak oni się znaleźli w tak wielkim Wszechświecie? Tymczasem czają się w pobliżu nasłane przez tego złego (a któż inny mógłby to być, jak nie J-Son O’Vabitch?) złe dzieciaki z innej piaskownicy, o ksywach tak strasznych jak Brother Blood czy Father Diablo i wyglądzie równie natarczywie przywołującym koszmary z lat 90tych. I teraz jak nic będą się bić. I niestety wygląda na to, że długo to potrwa, bo jak spojrzałem na rozpiskę elementów składowych, to aż się złapałem za głowę. Wygląda, że będzie to dłuższe i bardziej męczące niż niesławne BotA. I to nie tylko fabularnie, niestety. Połowa rysunków tutaj jeszcze ujdzie w tłoku, wciśnięta gdzieś po między „może być” a „zawsze to lepiej niż ta druga połowa”. Wspomniana druga połowa jest niestety koszmarna pod każdym względem. Ale hej, przynajmniej dobrali się poziomami i nie będzie wymówki, że scenarzysta źle wpływa na rysownika lub odwrotnie. Wszyscy są równie marni. I jest to poziom marności równy 2/10 w mojej skali. I na marginesie wspomnę, że nawet SIXIS miała lepsze otwarcie. 
Tori: Się zaczęło i jest... Dziwnie? Mamy tu bowiem magiczne zwierciadło, co daje power upa każdemu, kto się w nim przejrzy, oraz obowiązkową bandę tych dobrych i tych złych, którzy się o owo zwierciadło będą prać. Jeśli to jest cały pomysł na tą (kilkunastozeszytową) historię, to niestety kiepsko. Na szczęście są tu też retrospekcje wyjaśniające skąd się tytułowy Black Vortex wziął, więc jest nadzieja, że może jeszcze się ten wątek rozwinie i coś ciekawego wprowadzi. Dodatkowo przewija się całkiem sporo postaci, a co za tym idzie trochę interakcji między nimi. O ile u Strażników całkiem fajnie to wychodzi (RPG-night? Pomysł równie genialny co absurdalny), to po dorzuceniu do tego X-Men całość trochę kuleje. Podsumowując, początek kolejnej kosmicznej afery wypada w najlepszym wypadku średnio, takie 4/10 i mam nadzieję, że jeszcze się to rozkręci. 
(od)wieczny: Numer jak i cały cross zaczyna się całkiem dobrze jak dla mnie. Mieszkańcy dawnej planety otrzymują w darze artefakt który pozwala im wydobyć ukryty w nich potencjał. Co ostatecznie kończy się ludobójstwem całej planety z której tylko jeden osobnik przeżywa. Typowa zasada - przeżyje najsilniejszy. Jednak jeśli weźmiemy pod uwagę że ten dar pochodził od Celestiala, Celestiala który wyglądem przypomina Apocalypse'a, cały wątek nabiera pewnego rozpędu i skłania do rozmyśleń. Jakiś wcześniejszy projekt Celstiali? Projekt który ma przyśpieszyć naturalny proces ewolucji? Pierwowzór Death Seed? Jest to wątek który mnie strasznie intryguje i z ciekawością zobaczę co się z tym dalej potoczy. Jednakże wątek teraźniejszy już tak bardzo nie zachęca. Otóż tytułowy artefakt dostaje się w ręce strażników. Kradną go "jakiemuś" złemu co jednak nie zmienia faktu że to jest kradzież. Potem strażnicy wpadają do instytutu a za nimi ci źli ich ścigając. No i zaczyna się mordobicie. Sam pomysł włączenia w to X-Men wypada nijako. A już nie wspomnę jacy to X-Meni. Oryginalna czwórka z All-New X-Men. Rozpiska na końcu mówi nam jakie numery będą brały udział w evencie zwanym Black Vortex. Ciąg dalszy dotrze też do zaprzyjaźnionej serii All-New X-Men oznaczonej numerem 38 mimo iż dopiero co wyszedł numer 35. Zeszyt w którym ta sama czwórka przebywa jeszcze z alternatywnym świecie z którego jeszcze nie powróciła. Wywnioskować można że akcja dzieję się dopiero po numerze 37. A więc mega spoiler - w przeciągu dwóch numerów oryginalna czwórka wróci! A zgadnij kto w akuratnym momencie przyprowadza ich do instytutu... Illyana, która z aktualnym numerze serii Uncanny... mega spoiler - widnieje jako martwa. Marvel ostatnio ma problemy z usytuowaniem wydawanych serii względem siebie co przyznam szczerze zaczyna powoli mnie męczyć. Podsumowując, nie trudno przypuszczać że cała ta historia z Black Vortex będzie jednym wielkim upgradowaniem postaci i laniem się po mordach. Jednakże w głębi duszy mam przekonanie że coś z tego wyjdzie dlatego daję jej duży kredyt zaufania i czekam na następny numer. 
Krzycer: Co za szmira. Durne dialogi, durne sytuacje (Gwardziści grający w erpegi, Gamora, X-23 i ...Flash? ...porównujący długość swoich... pardon, ostrość swoich noży). Oś historii - pogoń za MacGuffinem - byłaby ok i mógłbym na nią machnąć ręką, gdyby nie to, że Gwardziści dopiero co wystąpili w historii w której oglądaliśmy ich wykręcone przez symbionta wersje, a całkiem niedawno Aaron w Wolverine and the X-Men wykorzystał Siege Perilous jako identyczny artefakt wywierający identyczny wpływ na ludzi. Więc nawet ten MacGuffin dopiero co przewinął się w innym komiksie. 
Nie cierpię Humphriesa. 

Hawkeye vol. 4 #21 
Krzycer: Fajne rysunki. Aję wciąż bardzo lubię. Ale ojej, nie wiem, czy to kwestia tych bardzo długich przerw między ostatnimi numerami, czy czego właściwie, ale tak bardzo nie obeszła mnie zawartość tego komiksu... Bitwa o blok, śmierć, nic, wszystko spłynęło jak woda po kaczce. Może to dlatego, że kojarzę tylko fragmenty Rio Bravo i nie złapałem jakiegoś nawiązania. 
Przy okazji: wiem, że "Avengers są zajęci", ale czemu nikt po zwykłą policję nie zadzwoni?
Gil: Aha, okej. Jak nie ruszało tak nie rusza dalej. Zastanawiam się tylko, co im tyle czasu zajęło? Rysowanie pasków na dresach chyba nie… Może udawanie, że Hawkeye jest głuchy, chociaż odpowiada na kwestie ludzi, którzy nie są zwróceni do niego twarzą? Yeah, whatever… Pewnie za pół roku będzie ostatni numer i wreszcie zakończą serię. A potem wydadzą nową, którą już reklamują, a która pewnie szybko padnie, bo będzie inna. Świetna polityka. A tutaj dam jak zwykle (chyba, bo w sumie nie pamiętam czy i kiedy ostatnio czytałem) 5/10. 

Hulk vol. 3 #11 
Gil: Kolejną przeciwniczką na drodze zielonego walca jest Lyra. Cóż, równie dobrze mogłaby to być wiewiórka, bo ich starcie nie należy ani do najbardziej widowiskowych, ani wymagających. Na szczęście, jest w tym wszystkim również drugie dno, czyli kwestia przyszłości. Ale nie tylko, bo wydaje mi się, że splata się to ładnie również z motywem buntowniczej sztucznej inteligencji. Nie do końca jeszcze wiem jak, ale mam nadzieje, że będzie to coś bardziej kreatywnego, niż wykombinowanie znikąd, że Artificial Hulk zmieni się w Maestro. Tymczasem jest to fajna zagadka, a oprócz tego jest tu parę dobrych dialogów, no i brodaty Hulk. Nadal z chęcią będę czytał dalej, co już samo w sobie jest dla tego tytułu osiągnięciem. A do tego dodam jeszcze słabsze, ale zawsze 7/10. 
Krzycer: ...ok, twistu ze złym AI się nie spodziewałem. Chyba wolałem gdy to Doc Green był "tym złym" ("tym być może złym"), ale biorąc pod uwagę, jak bardzo ta seria nie interesowała mnie na starcie, i jak zdążyłem zmienić o niej zdanie, Duggan zapracował chyba na mały kredyt zaufania.

Marvel's Ant-Man Prelude #1 
Gil: Tak tylko chciałem zerknąć, a okazało się, że ze wszystkich preludiów, to jest chyba jak na razie najlepsze. Dowiadujemy się czegoś o Pymie z filmowego uniwersum (co w filmie pewnie zostanie streszczone w retrospekcji lub ekspozycji) i całkiem nieźle wpisuje się to w większy obrazek. Sama akcja może nie jest powalająca ani nowatorska, ale jest… właściwie typowa dla Ant-Mana. I jako taka pasuje do preludium, które ma przedstawić postać. Plus, rysunki są całkiem dobre. Czyli może być solidne 6/10. 

Ms. Marvel vol. 3 #11 
Krzycer: Wiem, że się powtarzam, ale: lubię Kamalę Khan i rodzinno-cywilną część jej komiksu. Część superbohaterską... toleruję. Kiedy więc mamy numer taki jak ten, w całości poświęcony superbohaterowaniu (w końcu to finalne starcie z papuzim Inventorem), nie znajduję w nim nic dla siebie. Może w następnym numerze.
Gil: Domknięcie historii z Inventorem może nie ma tyle charakteru, co poprzednie numery, ale nadal jest dobre i wpisuje się w całokształt. Fakt, że więcej miejsca zajmuje tu Miss Marvel, a trochę mniej Kamala fajnie wpisuje się w morał historii – to, że jej drugie życie zaczyna dominować. Teraz trzeba będzie tylko pokazać, co zamierza z tym zrobić. Akcja jest fajna i dowcipna (chociaż nie bardzo rozumiem, czemu rysownik uparł się na wciskanie wszędzie śmiesznych szczurów), a rozwiązanie jednocześnie podkreśla wyjątkowość bohaterki (czytując: „trykociarze rzadko przejmują się zaginionymi dzieciakami”) oraz zostawia pewne niedopowiedzenie, co do losu przeciwnika oraz możliwości powstania kolejnych jemu podobnych. Czyli, krótko mówiąc, nadal jest fajnie i świetnie się to czyta. Będzie więc jeszcze jedno solidne 7/10. 

Operation S.I.N. #2 
Gil: Eee... no dobra, może dzieje się coś więcej, ale nadal brak temu charakteru. No, biegają sobie po Mateczce Rasiji i szerzą chaos, tylko jakoś nie bardzo wiadomo, po co. Za to jest jedna niespodzianka, z której może coś ciekawego wyniknąć. Patrząc na miśka na okładce spodziewałem się, że wplotą w to panią Bear, która zwykła pojawiać się w historiach z tych czasów, a tu się okazuje, że to jednak Ursa Major. Oczywiście młodszy. No i ciekawi mnie, czy spróbują jakoś połączyć wątki i czy ta niespodziewanka ma jakiś większy cel. Ale na rozwiązanie trzeba będzie chyba trochę zaczekać, bo na razie z rozwojem fabuły jest średnio. Ale też trzeba pamiętać, że pisze to pani Kasia, a u niej taki stan rzeczy to raczej norma, więc warto uzbroić się w cierpliwość i zobaczyć, co z tego wyniknie. A zwykle jednak wynika coś ciekawego. Ale póki co, zostanę przy wstrzemięźliwym 5/10. 

Return Of The Living Deadpool #1 
Gil: Spojrzałem. Bo akurat miałem chwilę i taki kaprys. Ale kontynuował nie będę, bo to właściwie powtórka z pierwszej serii pod tym szyldem tylko, że trochę bardziej pokręcona. A skrzyżowanie Deadpoola z Walking Dead nie zainteresowało mnie za pierwszym razem, więc tym bardziej teraz nie ma co liczyć na cud. Ale też mogę przyznać, że nic bardzo głupiego nie zauważyłem, więc przez 4/10 oddam tylko swój brak zainteresowania tematem.  

Star Wars vol. 2 #2 
Krzycer: Um. Czy to tylko ja, czy Cassaday zaliczył parę wpadek w tym numerze? Kilka kadrów z twarzą Luke'a było bardzo dziwnych, podobnie jak szturmowcy i maszyny na okładce. No i kadr ze skręcaniem karku szturmowcowi wyszedł niezamierzenie komicznie. 
Przy okazji - i przepraszam, że zamieniam się w osobę która narzeka, że "już to widzieliśmy", sam siebie za to nie lubię czasami - po Epizodzie III twórcy EU nabawili się jakiejś manii, by przy każdej poważniejszej bitce rozwalać Vaderowi hełm, tak by pokazać pooraną bliznami twarz. Było w "The Force Unleashed", było w komiksach "Purge", było chyba w książkach ("Rise of the Dark Lord"), było nawet w fanfilmach (ostatnio w Vader vs Batman). Więc głośno westchnąłem gdy dostaliśmy to i tutaj. 
Co powiedziawszy, Vader rozwalający Mocą AT-ATa? Me likey. Zwłaszcza, że byłbym skłonny postawić małe pieniądze, że to świadome nawiązanie do komiksu "Dark Empire", gdzie była niemal identyczna scena z Lukiem w roli głównej. 
Ogólnie - jak przy poprzednim numerze. Przyjemna, niezobowiązująca rozrywka bez większych ambicji.
Gil: Mimo średniego zainteresowania tematem, postanowiłem sobie, że przeczytam przynajmniej pierwszy arc i przekonam się, czy moje przewidywania co do kierunku się sprawdzą. Poza tym, warto choćby dla rysunków zostać tu jeszcze trochę. I chociaż, zgodnie z przewidywaniami, za wiele się tu nie wydarzyło, to całkiem fajna była akcja dla samej akcji. Zwłaszcza Vader. Udało się pokazać do jako prawdziwego badassa i o to właśnie chodziło, więc kciuki w górę. Całość wygląda nadal świetnie i jest napisana przyzwoicie, więc może dostać ode mnie mocne 6/10. 
Tori: Nadal jest dobrze, fajnie się czyta, a i rysunki prezentują odpowiedni poziom. Szkoda tylko, że mamy tu nieco za dużo sytuacji "na ostatnia chwilę". Najpierw ratunek, potem odpalenie działek w maszynie kroczącej, ale z drugiej strony, tego typu akcje w Star Wars to prawie codzienność. Postacie nadal prowadzone są tak jak powinny, Han kłóci się z Leią, 3PO stara się być przydatny, Vader jest kozakiem niszczącym AT-ATy, a szturmowcy mają kiepską celność, jeśli idzie o głównego bohatera. Z fabuły zaś wynika, że otrzymamy nową wersję historii, w której Vader dowiaduje się, że ma syna. Zobaczymy jak to się dalej potoczy, a na razie 7/10.

The Punisher vol. 6 #15 
Rodzyn: Poprzedni numer trochę mnie rozczarował, głównie dlatego, że Gerads nie narysował całości i musiał być wspomagany przez innych artystów. Tym razem cały numer jest już jego dziełem i czyta się go lepiej od poprzednika. Tego co pokazuje Edmondson można się było spodziewać już dawno, chodzi mi tu o wątek Howling Commandos, ale i tak dobrze się czyta jego rozwinięcie. Ciekawi mnie, w jakim kierunku pokieruje on postać Sam, która w przeciwieństwie do Rachel z runu Rucki nie ma u boku Franka, który mógłby pokierować jej walką z bezprawiem.

Unbeatable Squirrel Girl #2 
Gil: Tak jak przy pierwszym zetknięciu oberwało się Ant-Manowi, tak dla odmiany, przy drugim po ogonie dostanie Wiewióra. Tamta historia była zabawniejsza, bo była zwięzła. Jeden numer – jeden temat. Szybkie rozwiązanie, bez wymuszonych żartów. Tym razem niestety było więcej stron niż treści, więc resztę dopchali watą. Tylko, że proporcje są mocno zachwiane, bo treści wystarcza na może trzy strony, a wata to cała reszta. Oto interesujący fragment: Wiewióra dowiaduje się, że nadchodzi Galactus i szykuje się do bitwy. Niestety wszystko poza tym to już mszaki, suchary, skorupki po orzeszkach i rysunki, które coraz bardziej mnie irytują. Straaaaasznie mnie irytują. A gdy już dochodzą do tej części z pancerzem Iron Mana, mam ochotę wysiąść oknem. Może po prostu powinienem czytać co drugi numer? To się okaże następnym razem, a dzisiaj dam 3/10. 

Wolverines #5 
Krzycer: Co to było? Znaczy, fajne rysunki, nie do końca pod mój gust, ale ciekawe, ale... Co to było? Znaczy, zagranie Neuro blisko końca ciekawe (ale wejście X-Men sprawia, że praktycznie na 100% nic z tego nie będzie), ale co to było? 
No bo co to było? 
Sinister przedstawiony nie tyle, jak pozbawiony jakichkolwiek skrupułów naukowiec, co jak jakiś zły mag? Nadający sklonowanym służącym rymujące się imiona? Trzymający szafę pełną Benów Reillich? Tworzący Fin Fan Fooma z Thorem zamiast języka? Co to było? Co to ***** było? Czuję się głupszy po przeczytaniu tego komiksu. Dużo, dużo głupszy. 
Poza tym nie mogę nie zauważyć dialogu gdzie na dwóch następujących po sobie kadrach Sabretooth zdaje się o 180 stopni zmieniać swoje nastawienie do tematu - zupełnie jakby wcięło jakiś dymek po drodze. Ale naprawdę, w obliczu szaleństwa zawartego wszędzie indziej w tym komiksie to był ledwie drobiazg. 
... 
Co to było?
Gil: No, tym razem to już definitywnie koniec. Ciekaw byłem, o co chodzi Sinisterowi, ale gdy zobaczyłem, że podszywa się pod niego Willy Wonka z armią klonowanych Oompa-Loompa, po prostu wymiękłem. No i oczywiście, żadnych konkretów nie było, więc nawet nie ma o czym mówić. Ot, rozwlekają i ściemniają. Ale muszę przyznać, że tym razem rysunki były dość ciekawe i nawet skojarzyły mi się ze starymi numerami Marvel Comics Presents, w których hasał sobie Wolverine. To jednak może co najwyżej zaważyć na tym, że ocena nie spadnie poniżej 3/10.


Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2015.02.04.

11.02.2015


All-New Ghost Rider #11 
Gil: Sam autor wziął się za rysunki i nagle całość stała się cudownie przejrzysta. No dobra, może z cudownością trochę przesadziłem, ale jest o niebo lepiej jeśli chodzi o grafikę, bo wreszcie cokolwiek widać i nie trzeba się domyślać. Co prawda latynoska pseudomanga z Californii nadal nie jest z mojej bajki, ale też przyznam, że nigdy wcześniej tak nie doceniałem jej przyzwoitego wykonania jak tutaj. Natomiast jeśli chodzi o fabułę, to rozwija się ona konsekwentnie, chociaż jedne elementy są lepsze, a inne... mniej lepsze. Złych na szczęście nie ma, chociaż akurat pomysł, że Eli był wujkiem Robbiego trochę mnie rozczarował i wydaje się pójściem na łatwiznę. Chociaż też parę rzeczy wyjaśnia i to go ratuje. No i mamy dość ciekawy cliffhanger, którego ciąg dalszy ciężko przewidzieć. Tak więc w ten sposób seria kupiła mnie jeszcze na jakiś czas i dziś dostanie solidne 6/10. 

All-New X-Men #36 
jdtennesse: Najkrótszym podsumowaniem byłoby chyba to – wszystko dobrze się skończyło i nik tnie zginął. Jakieś reperkusje tych podróży lub działań? Chyba tylko jedno – Beast stwierdza, że należy zmienić świat i to już. Czyli za jakiś czas, a z odejściem BMB to chyba wcale… Ogólnie dzieje się bardzo dużo, za dużo moim zdaniem jak na jeden numer, można by trochę bardziej to rozciągnąć, ale myślę o poprzednich numerach, gdzie z kolei działo się niewiele. Schematy – najpierw wszyscy padli u stóp Dooma, a potem go pokonali – są zachowane. Znaleźli małą która „odprowadziła” ich do domu. I tyle. Aha, były jeszcze migawki innych światów, ale nie zrobiły na mnie szczególnego wrażenia, jest już tyle różnych wersji wszystkiego i wszystkich, że kompletnie mnie to nie interesuje. Oraz trochę na siłę wepchniętych dialogów, szczególnie w początkowej scenie, gdzie prawie każdy wygłosił (zbędną) kwestię. Ciekawe, czy następna zapowiedziana (czyli po Black Vortex) historia w końcu przyniesie jakieś znaczące zmiany, tym razem (szok) znowu Jean będzie w centrum zainteresowania. Rysunki są takie sobie, nie przeszkadzają w odbiorze, ale do sztuki im daleko. 
Krzycer: Wreszcie się skończyło. I to nawet fajnie. I najwyraźniej Beast doznał olśnienia które go popchnie do zrobienia czegoś... nierozsądnego, zgaduję. Co jakoś tak wstecznie uzasadnia tę wycieczkę do Ultimate, choć wciąż będę się upierał, że mogła być o dobre dwa numery krótsza. 
Tymczasem: mutantka co otwiera bramy do innych wymiarów pozwoliła nam zajrzeć do House of M i... Old Man Logan? O, i patrzcie, te durne Jeźdźce Apokalipsy z trzech kadrów pierwszej historii ostatniej serii Avengers Bendisa też się załapały. Czyżby Bendis chciał się w jakiś sposób podczepić pod Secret Wars Hickmana? Jakoś teraz wszystko mi się z tym kojarzy... 
Gil: Wreszcie koniec tej tułaczki! Starcie z Doomem skończyło się dużym bum, które jednak nie zrobiło najmniejszego wrażenia i nic z niego nie wynikło. Pobili się i tyle. A potem znaleźli tę dziewuszkę, co losowo skakała sobie po różnych rzeczywistościach i jakimś cudem zawsze wracała do świata Ultimate, ale nigdy do domu... Because plot convenience ;) Swoją drogą, ciekawe, jak ma się to do inkursji i malejącej liczby rzeczywistości? Ależ oczywiście, że nijak. Plus, Bendis najwyraźniej uznał, że tylko jego własne alternatywy zasługują na wzmiankę, bo jest i świat House of M, i wersja jeźdźców Apocalypse’a też znajoma z któregoś numeru Avengers. No i krótko mówiąc, wszyscy się przytulili i wrócili na swoje miejsca. The end. Czy potrzeba było na tę historyjkę aż tylu numerów? Zdecydowanie nie, zwłaszcza że ostatecznie okazuje się być o niczym. Jak zwykle było parę lepszych dialogów, ale to wciąż za mało w obliczu męczącej i niepotrzebnej całości, czyli tutaj będzie 3/10. 
Tori: Wreszcie koniec, wszyscy wrócili do domów i żyli długo i szczęśliwie, no prawie. Sam finał wypadł całkiem nieźle, starcie Jean z Doomem (plus dla Bendisa, że to nie Miles znowu uratował wszystkich), bad-ass Hank rozwalający fortecę, skakanie po światach równoległych w poszukiwaniu drogi do domu... Tylko czy nie można tego było jakoś lepiej rozplanować? Poprzednie numery rozciągnięte do granic przyzwoitości, a tutaj upchnięte dużo, aż za dużo, przez co mam wrażenie zakończenia trochę na szybko, byle zamknąć wątki i jazda z następną historią. Zastanawiam się też, co dalej z nową mutantką, bo niby mówi o trenowaniu, ale Beast już coś swojego zamyśla. Szkoda by było, gdyby jej rola ograniczyła się tylko do jednego występu i pomieszania X-Menów z Ultimatami. Ocena końcowa, lekko naciągane 6/10, a całej historii to Odznaka Złego Planowania się należy. 

Amazing Spider-Man vol. 3 #14 
Krzycer: To było... zaskakująco fajne. I mniej-więcej wszystkie ważniejsze Pająki miały przynajmniej po jednej fajnej scenie (poza Spider-Woman, ale od początku nie wiedziałem, co ona robi w tym evencie... No i Anya też załapuje się jedynie na wejście Syna Marnotrawnego Którego Imienia Nie Pamiętam, a sama nic nie robi. Z drugiej strony trudno ją traktować jako jednego z ważniejszych Pająków w tej historii). I Otto zaszalał po swojemu. I ogólnie - niezłe to było. Całkiem niezłe. Dużo lepsze od poprzednich numerów wchodzących w skład tej historii. 
Tylko trochę tego promieniowania nie mogę Slottowi darować, bo jednak Peter powinien był od samego początku kombinować w tym kierunku, biorąc pod uwagę że było kluczem do pokonania Morluna za pierwszym razem. 
Ale i tak - nawet się uśmiechnąłem przy ostatniej scenie z Pająkiem i Silk, a to więcej niż mogę powiedzieć o tym co dotychczas działo się w tym wątku. 
Gil: Jak na wielki finał, to rewelacji nie ma... Chociaż parę fajnych momentów się trafiło. Tylko, że gdy przychodzi co do czego, to brakuje w tym wszystkim poczucia jakiejś większej stawki. Owszem, poprzednie części dały radę nakreślić ją dość dobrze, ale finał nie przystał do oczekiwań, bo sprowadził się tylko do bijatyki i gadania. Bez efektów. Teoretycznie zaczynamy w punkcie, gdzie życie uprowadzonych jest zagrożone, bo mają być złożeni w ofierze. I raz, że w ogóle tego zagrożenia nie widać, bo sprowadza się do gadania o tym, jak to ważny jest ten rytuał. Dwa, że nawet ich nie zamierzają zabić, bo tylko upuszczają trochę krwi Silk. I trzy: zionie nam w twarz wielka dziura fabularna. Bo skoro Inheritors żywią się energią życiową totemów, to po jaką cholerę odprawiają rytuał, który ma zapobiec powstawaniu nowych totemów? Powolne samobójstwo przez zagłodzenie się? I jak mówiłem, nie ma w tym emocji: najpierw mówią, co zrobią, potem gadają, jaki będzie tego efekt, a tak naprawdę, nic się nie dzieje. Potem zaczyna się bijatyka, która jest właściwie tylko bijatyką i niczym więcej. Superior zabija Weavera i nic się nie dzieje. Ktoś miał nadzieje, że dowiemy się, kim był i jaką grę prowadził? Well, screw you! Wujek Ben szybko się zwija z pola walki. Mieliście nadzieje, że odegra jakąś większą rolę? Well, screw you! A, nie będę się bawił w wyliczanki – jeśli mieliście nadzieje na cokolwiek, screw you all the way! Nie no, dobra – zadowoleni mogą być fani Mayday i Świniaka, bo to oni mieli w tym wszystkim najlepsze momenty. Ona, gdy wzięła się w garść i odnalazła na nowo swoją heroiczność, a on... kiedy mógł sobie pobiegać goły. Cóż, może i było to głupie, ale chociaż zabawne. A co w tym czasie robiła cała reszta? No, biła się. Ale przynajmniej trzeba przyznać, że całkiem przyzwoicie połączyli w tej bitce wydarzenia z tie-inów, nawet jeśli ostatecznie nie miały większego znaczenia. Ale koniec końców pokonali Inheritowrów (w większości off-panel). I co z nimi zrobili? Oczywiście puścili wolno, bo herosi nie zabijają. Tylko, że wrzucili ich do tego radioaktywnego świata, w którym wedle tego, co wiemy do tej pory, i tak powinni wyzionąć ducha. No, chyba, że wszyscy się schowają w jednym bunkrze. Zapomnieli tylko o jednym drobiazgu: nie mogąc się żywić energią totemów i tak w końcu wyzdychają, więc tak naprawdę, nie ma heroicznego wyjścia z tej sytuacji. Zonk! No i pozostaje jeszcze kwestia konsekwencji dla samych pająków, której w tym zeszycie brak. Ale skoro zostawili sobie jeszcze jeden numer na epilog, może coś tam się wydarzy. Co więc zrobić z tym fantem? Nie da się zaprzeczyć, że był trochę głupawy na koniec i zawiódł nadzieje. Cóż, przynajmniej rysunki utrzymały poziom, więc jest jakiś plus. No i miał swoje momenty. Chyba dam mu 4/10. 
Tori: Wielka bitwa zakończona, całkiem fajne to było i nawet połączenie z tie-inami sprawnie poszło. Tylko zakończenie niezbyt mi pasuje. No zgoda, bohaterowie nie zabijają, ale czy wysyłanie rodzinki do promieniotwórczego świata to faktycznie jedyne rozwiązanie? Zwłaszcza, że teoretycznie i tak powinni w nim zginąć. Chyba że mają zamknąć się w jakimś bunkrze i siedzieć w nim całą wieczność. No ale niech już będzie, zwłaszcza że przy okazji dostaliśmy fajny motyw z May, zemstą i heroicznością. Dobrych scen było tu więcej, szalejący Otto, wejście Karna, Spider-Ham... No i Pietrek z Silk na ostatniej stronie, gdzie o ile scenka sympatyczna, to jednak mam nadzieję, że Slott nie planuje parować tej dwójki. Brakło za to jakiejś ciekawej akcji z Spider-Benem, ot zabrał dzieciaka i tyle go było widać. W sumie został jeszcze epilog, gdzie pewnie pajączki powrócą do swoich światów, więc może jeszcze coś z nim będzie, a za obecną bijatykę dam 7/10. 

Bucky Barnes: The Winter Soldier #5 
Gil: Kolejny raz jestem zawiedziony. Tym razem dlatego, że spodziewałem się jakiegoś mocno zakręconego wyjaśnienia, dotyczącego obecności Crossbonesa tutaj, a okazało się znów, że to znów jakiś alternatywniak, który przybył z krainy ciepłych kapci za idealnym Starym Buckym (StarBuckym? :P ). Najwyraźniej tak sobie za nim hasa i jak Inheritorzy zjada innych Buckych albo coś... w każdym razie straciło to dla mnie sens. Za to znów wkurzały mnie przeskoki między bardzo dobrą, a strasznie marną grafiką. Nie wiem, czy oni próbowali coś osiągnąć, czy udowodnić, ale wyszło coś ciężkostrawnego. Poważnie zastanawiam się, czy Kot nie wykończy kolejnej serii równie szybko jak Iron Patriota. Na razie jeszcze dam mu 4/10, ale nie wykluczone, że to początek odliczania do końca. 

Captain Marvel vol. 7 #12 
Gil: I wracamy do zwyczajowego poziomu serii, czyli znów wszystko utopione jest w zgryźliwych odcieniach żółci, postacie drugoplanowe zlewają się z tłem i praktycznie nic się nie dzieje. A wkurza mnie to tym bardziej, że Karloka zasługuje na coś lepszego, podczas gdy nawet plącząc się pod nogami w GotG wypada lepiej niż tutaj. Coś zdecydowanie idzie w złym kierunku i chyba najwyższy czas pomyśleć o wymianie autorki. A tu akurat pani Wilson nadawałaby się idealnie. Tymczasem, za wielki nic dam słabe 3/10. 

Darth Vader #1 
Krzycer: Kto by się spodziewał... Pozytywne zaskoczenie tygodnia? Po pierwsze: bo nie spodziewałem się, że gwiezdnowojenne serie będą się tak ściśle przeplatać, jak to ten numer sugeruje. Po drugie: Larroca dawno tak dobrze nie rysował. Bardzo dawno. Prawdopodobnie mocno pomaga mu fakt, że w tym numerze niemal nie musiał rysować twarzy (bo też twarze są najsłabszym elementem tego numeru - zwłaszcza niektóre kadry z pomarszczonym ziemniakiem skrywającym się pod kapturem Imperatora) - Vader wychodzi mu super, podobnie jak Jabba i galeria różnych kosmitów. 
Pod względem treści... aż tak wiele jej tu nie ma. Jest konflikt między Imperatorem i Vaderem, i zarodek jakichś intryg które będą przeciwko sobie knuć (po cichu dodam: było w starym EU, ale spoko, tego akurat chętnie poczytam więcej), jest wizyta Vadera u Jabby która przebiega dość przewidywalnie (i chyba obyłaby się bez tylu nawiązań do "Powrotu Jedi") i... niewiele więcej. Ale czekam na ciąg dalszy. 
Garść luźnych uwag: 
- Takie zdziwienie: na jednym z kadrów, gdy Palpatine i Vader się przechadzają, jestem prawie pewien, że tło pokazuje Świątynię Jedi z prequeli. I teraz nie wiem, czy Larroca wzorował się na filmach, żeby zachować klimat, i to po prostu zbieg okoliczności, czy Imperator faktycznie wprowadził się do Świątyni... 
- Jest mowa o galaktycznych przestępcach i ich relacji z Imperium. W ramach przeszczepiania rzeczy ze starego kanonu do nowego liczę przynajmniej na wzmiankę o Czarnym Słońcu. 
- Pierwsza sekwencja, naśladująca wejście Luke'a do pałacu Jabby jest w porządku, ale druga - z zapadnią - to już o krok za daleko. 
- A propos niepotrzebnych kroków za daleko: gdy Vader staje przed Jabbą, w tle za nim są chyba wszyscy łowcy nagród których Vader zatrudni w "Imperium kontratakuje". Oczywiście, kiedy Vader wyżyna dworzan Jabbym, żadnego z nich nie ma w pobliżu. 
- Boba Fett będzie polował na Luke'a? Ojej, czyżby to miało prowadzić do krótkometrażowej kreskówki ze "Star Wars Holiday Special", w której Boba zadebiutował? :D 
- I na sam koniec, ponieważ już pochwaliłem Larrocę, nie byłbym sobą gdybym nie wytknął mu jednego koszmarnego babola. Przyjrzyjcie się Sokołowi Millenium - jest ustawiony rufą do czytelnika, więc jak się tylko szybko przeleci wzrokiem po obrazku można tego nie zauważyć, ale jego przednia połowa jest kompletnie zrąbana. Wygląda jak Pac-Man. 
Gil: Aaa... I see what you did there, senior Gillen. Zmierzamy od historii przedstawionej w głównej serii do najsłynniejszej sceny z Imperium, razem z Vaderem poszukując prawdy o jego dzieciach. Pomysł prosty, ale też genialny w swej prostocie. Nie czytywałem milionów komiksów i książek osadzonych w odległej galaktyce, więc nie mam pojęcia, czy ktoś już sięgnął po ten temat, więc nie powiem czy jest nowatorski. Ale na pewno jest fajny. I skutecznie wykorzystuje też wątki z prequelowej trylogii, uzupełniając questa Vadera. I tak, o ile fabularnie ta odsłona o wiele bardziej przypadła mi do gustu od serii Aarona, tak zdecydowanie mniej podobały mi się rysunki. Chociaż jak na Larrocę, były całkiem przyzwoite. Jakby wymienić rysowników, byłoby super, ale i tak dam 7/10. 
Tori: Zapowiedziano, że nowe Expanded Universe będzie bardziej spójne i już od pierwszych komiksów zamierzają tego przestrzegać, bowiem już na początku mamy kontynuowanie wątku z głównej serii i nawiązania do niej. Vader na tropie tajemniczego rebelianta, który zniszczył Gwiazdę Śmierci i jest silny Mocą. Bardzo jestem ciekaw jak ten wątek się potoczy i przede wszystkim, jak zostanie zakończony, czyli od kogo i w jakich okolicznościach Anakin dowie się, że jego syn jednak żyje. Przy okazji liczę na nawiązania do śmierci Padme, czyli coś, czego brakowało w starym Uniwersum (siłą rzeczy zresztą, bowiem tamte historie powstały na długo przed trzecim epizodem). Poza tym w numerze wizyta Vadera u Jabby i trochę za dużo nawiązań do Powrotu Jedi, jeśli mam być szczery. Klapę do Rankora spokojnie można było sobie darować, zwłaszcza że nawet nikt tam nie wpadł na obiad. Dodatkowo tradycyjne już spiskowanie między Palpim a Vaderem, czyli coś znanego ze starego uniwersum, ale na szczęście na tyle wszechstronnego, że raczej się nie znudzi. Jest dobrze, a że zapowiada się na jeszcze lepiej, to i optymistyczne 8/10 będzie. 

Guardians 3000 #5 
Gil: Nadal jest nieźle, zwłaszcza w tym wątku, który zmierza wprost do Galactusa. Druga część chwilowo nie zachwyca, a nowy dodatek do ekipy wręcz irytuje. Mimo wszystko, nad jestem skłonny ocenić tę serię wyżej niż współczesnych Guardians, bo coś się tu dzieje i posiada jakiś interesujący temat nadrzędny. A nawet rysunki w większej części mi pasują, chociaż jak powtarzałem nie raz, nie jestem fanem takiego stylu. No to czekam na spotkanie ze Starym Głodomorem, a tymczasem dam 6/10. 

Guardians Of The Galaxy vol. 3 #24 
jdtennesse: To się porobiło. Peter już zapowiada swoje rozstanie z Kitty. A Hank, jako że za mało jeszcze narozrabiał, postanowił zafundować sobie kolejnego upgrade’a i już „wszystko rozumie”. Ciekawe czy na chwilę, czy na dłużej. Gamora, też już po upgradzie, rozwala paru wojowników (też zresztą po upradzie). Pozostali się kłócą, czy zniszczyć BV czy nie, a potem się urywają na księżyc Spartaxu, gdzie kontynuują kłótnie. Wpada Nova, a Gamora postanawia pokazać wszystkim w BV czym mogą się stać. Ostatnie dwie strony to taki whatif w pigułece, inna (rozwinięta) wersja wszystkich tam obecnych. I z kronikarskiego obowiązku nadmienię, że Jean nie wygląda jak Phoenix, Kitty zmieniła się w jakiś duchopodobny twór, Rocket w końcu urósł, Angel to kolejna wersja Arch-czegośtam, ale najlepsza jest Lady Gaga, eee, a właściwie Magik. Kto zechce, ten sobie zobaczy. Ogólnie, to co się tutaj naprawdę wydarzyło? Beast v5 czy ileśtam i to chyba tyle na razie. 
Gil: Nawet trochę się pośmiałem, gdy zobaczyłem, jak Bendis olał sikiem koszącym tych łotrzyków Humphriesa i zamiótł ich pod dywan off-panel, po czym zajął się tym, co jeszcze wychodzi mu najlepiej, czyli dużą ilością dialogów. Z jednej strony, są one o tyle sensowne, że pokazują różne podejście postaci do artefaktu, z drugiej jednak, niektóre podejścia zaskakująco się zmieniają. Na przykład Kitty, która najpierw niespodziewanie wyskoczyła z pomysłem, żeby tego macguffina ukraść, a teraz pierwsza krzyczy, że trzeba go zniszczyć. Cóż, widocznie kobieta zmienną jest... Potem niespodziewanie dostajemy zmianę Beasta w... cokolwiek z tego wyszło? W każdym razie, jeszcze wyraźniej widać, że zarąbali z Hogwartu zwierciadło Erised, bo cudownym sposobem McCoy dostaje właśnie to, czego pragnął i zaczyna wiedzieć wszystko. Tylko jakimś cudem nie wie jeszcze, że zaraz tego pożałuje. Jeszcze trochę nawijają, a potem nagle zaczyna się promocja i wszyscy dostają power-upa, czy tego chcą, czy nie. Czyli już wiadomo, że zaraz zaczną się bić... A gdzieś w tle przemykają się Thanos junior i J-Son, mamrocząc o tym, że coś muszą zrobić. Tak naprawdę, nie była to zła lektura... do momentu, aż okazało się, że całe to gadanie jest na nic. No i rysunki były całkiem fajne... w większości. Czyli parę małych plusików da się znaleźć, a zeszyt w ogóle i tak wypada lepiej niż wstęp do całego tego bałaganu. Właściwie to wrażenia miałem podobne jak po Pajęczaku, więc i tu dam 4/10. 
Tori: Bijatyki o Black Vortex część druga. Jest troszkę lepiej, pewnie dlatego, że ulepszona Gamora zrobiła porządek z przeciwnikami w dwie strony, następnie wycofanie do bezpiecznej kryjówki i można sobie pogadać. No właśnie, "przegadany", tak można określić ten numer, a temat całej dyskusji streścić do klasycznego "Wielka moc to wielka odpowiedzialność". Peter i większość bohaterów chce się wzmocnić Vortexem, Kitty twierdzi że to zły pomysł, a jakby tego było mało, Hank nie czekając na wynik debaty sam się ulepszył. Teraz oczywiście wszystko rozumie i wie już jak naprawić wszechświat... Eh, ten facet się chyba nigdy nie nauczy. Tymczasem J-Son przeżywa lekki kryzys, a Thane jest kuszony mocą, jaką może mu dać Vortex, więc jest nadzieja na zwrot akcji, w postaci rozłamu w obozie "tych złych". Generalnie całość nieco się rozkręciła, zwłaszcza koniec numeru lekko zaskakujący, więc może jednak coś ciekawego z tej historii jeszcze będzie, a na razie 5/10. 

Nightcrawler vol. 4 #11 
jdtennesse: Przedostatni numer. Na początku sentymentalizm CC nawet mi się podobał, ale ile można. Kostiumy psów gończych są marną wariacją na temat starego kostiumu Rachel kiedy była niewolnikiem. Do tego przywodzą na myśl pewnego typu filmy… A potem Kurt musi jeszcze nas upewnić, że to nawiązanie do Rachel i przeszłości, bo sami byśmy na to nie wpadli. Tymczasem dzieciaki same się uwalniają, ale do czasu, potem potrzebują pomocy, która nadchodzi w idealnym momencie. I Kurt w pelerynie. Na koniec zbędna i długa dyskusja, pomożemy innym dzieciom, nie bo wy jesteście najważniejsi, pomożemy, po to są X-Men, nie nie pomożecie, bo jesteście dziećmi… A tu tymczasem znowu pojawia się wróg. Zaskoczenie podniosło mi ciśnienie, o jakieś jedno uderzenie. Jedno co mi się tu podoba, to fajne rysunki. Ten styl bardzo tu pasuje.
Krzycer: Jak by tu powiedzieć coś miłego o tym komiksie: rysunki były niezłe. Styl nie do końca w moim guście, ale przynajmniej były czytelne, i prześlizgując się wzrokiem po stronicach i olewając dymki i narrację wciąż mniej-więcej załapałem o co w całym komiksie biegało. Więc - plus. 
Bo serio, kto jeszcze ma siłę czytać prozę Claremonta? 
Gil: O rany, że też dziadek Claremont nie zadławił się jeszcze własnym ogonem... Chociaż, to przedostatni numer, więc prawie na jedno wychodzi. Ale póki co, zakopujemy się tylko głębiej w wykopaliska dokonań własnych autora i wyciągamy z niej kolejne skamieliny, jak Warwolves. I pasują one tutaj jak… nie no, w sumie to pasują całkiem nieźle do tego muzeum postaci zapomnianych. Co prawda, próbują to trochę urozmaicić dwoma dzieciakami, które nawet mają fajne momenty, ale podejrzewam, że również szybko wylądują w jednej z gablotek tego samego muzeum, bo nigdzie indziej ich nie widać. Fabuła jest… no, jakaś nawet jest. Nudna, bo nudna, ale nawet trzyma się kupy. Za to co mnie strasznie irytowało, to te dziwne liczniki i mnożące się głowy. Nie wiem, po co to było i co miało reprezentować (uwolnionych niewolników chyba, ale głowy nie dam), za to strasznie zaciemniało i tak już dość chaotyczne rysunki. Czyli za całość będzie 3/10. 

Spider-Woman vol. 5 #4 
Gil: O niczym i bez sensu. Nadal. Pierwsza połowa numeru udaje epilog do Spider-Verse tylko, że ma zerową zawartość treściową. Krótko mówiąc, po obaleniu Inheritorów, nową władczynią tego świata zostaje tutejsza Jessica Drew, ponieważ... yyy... no bo... eee... Bo nasza Jessica ją wepchnęła? Absolutnie nie ma sensu w tym wyborze, ani w sposobie, w jaki do niego dochodzą. Wsadzili na stołek przypadkową osobę, bo jest alternatywnym odpowiednikiem głównej bohaterki. A że wcześniej była moralnie chwiejną nałożnicą jednego z dyktatorów? Who cares! Na pewno jest najlepiej wykwalifikowaną do objęcia tej funkcji osobą. Zupełnie jak w polskim rządzie. Druga połowa numeru opowiada o tym, jak Jessica rezygnuje z członkostwa w Avengers, bo akurat taki ma kaprys. Towarzyszy temu bitka z mackowato-alienowatym stworem, który wykluł się z księżyca (zerżnięte z Doctora Who) oraz oderwane od rzeczywistości cameo Karolki. Już nawet nie wspomnę o tym, że biegają w prochowcach, założonych na kostiumy po ulicy i nikt nie zauważa, albo zwyczajnie się nie przejmuje. Ale co tam – skoro Thing i Żółwie Ninja mogą się tak zamaskować, to czemu nie babeczka w masce... No, czyli jak mówiłem: o niczym i bez sensu. I istnieje tylko nikła szansa, że nowy kierunek cokolwiek zmieni. Dzisiaj 3/10. 

Thor vol. 4 #5 
bastek66: Ten komiks powinien mieć ostrzeżenie od amerykańskiego Departamentu zdrowia że czytanie ogłupia. Po sensownych słowach Creela dostajemy tonę kretynizmów, feministycznych bzdur i Odyna tak durnego że Thor (ten prawdziwy, nie Roz) to głos rozsądku. Czemu Marvel tak bardzo chce się przypodobać temu rakowi z tumblra, feminazistkom i SJW? 
Zacytuje mądrego Anona: "Żeńskie superhero (gatunek komiksowy) jest do dupy. Nie dlatego że są kobietami, dlatego że męskie superhero potrafi walczyć z nazistami, mafiozami, robotami, ninja, kosmicznymi bóstwami, zombiakami i piratami. Kobiety natomiast muszą walczyć z PATRIARCHATEM. I to jest nudne".
Krzycer: Jeśli już ktoś w Marvelu miałby walczyć z Patriarchatem, to ten zarządzany przez "Wszech-ojca" kierującego się wyłącznie własnym widzimisię jest wyjątkowo dobrym celem. 
Co powiedziawszy, podobnie jak to było w wypadku "Squirrel-Girl #1", nie widzę tu nigdzie tych strasznych soszaldżastysłoriorów i feminazistek, ale może po prostu patrzę na świat przez różowo-tęczowe okulary. 
A skoro tego tu nie ma, to co właściwie jest? Jest wyjątkowo nieugodowy Odyn - nic nowego. I po cichu sprzeciwiająca mu się Freja - nic nowego, może poza ewentualnym podtekstem, że sama nie może się pogodzić z utratą władzy, zobaczymy czy coś z tego wyjdzie. I OG Thor w roli nieudolnego detektywa - ok, to coś nowego... i zabawnego. Uwielbiam to, że na długiej liście podejrzanych pań znajduje się również Loki. 
I wreszcie mamy nową Thor, która... pozostaje najmniej interesującym elementem komiksu. Niestety, ponieważ wciąż bawimy się w zgadywankę pt. "kim ona jest", Aaron nie pokazuje nam... kim ona jest. W sensie - co ją motywuje, czemu walczy i tak dalej. Po pięciu numerach mogę powiedzieć tyle, że jest w miarę nowa w tym biznesie i podoba jej się moc jaką daje Miumiu. Trochę mało. Trochę bardzo mało.
Tori: No proszę, Już-Nie-Thor faktycznie zrobił sobie listę kandydatek do roli Thorzycy. I przy okazji wyszło, jak słabo znam postać i jej świat, bo parę nazwisk widzę po raz pierwszy. Z drugiej strony wrzucenie Lokiego do owej listy... W sumie kiedyś był kobietą, więc trochę pasuje. Tymczasem Odyn ma obsesję na punkcie młotka i kombinuje jak tu poznać tożsamość jego nowej właścicielki, bo przecież kobieta nie może być Thorem. W ogóle feminizmo-szowinizmu trochę się w tym numerze przewinęło, jednak w wersji bardziej komicznej, niż umoralniająco poważnej, przez co całość czyta się lekko i przyjemnie. Zabawny numer, zapewne przejściowy między jedną wielką bijatyką, a drugą, bowiem ostatnia strona zwiastuje chrzest bojowy dla Thorzycy. Jest fajnie, więc będzie 7/10.

Wolverines #6 
Krzycer: ...Fantomella podpierniczająca ważącego pewnie ze trzysta kilo Wolverine'a w środku walki to pewnie najgłupsze, co jak dotąd się w tej serii wydarzyło - a konkurencja jest zacięta - w końcu wystarczy spojrzeć na He-Manstique z ostatniej strony... I znowu - ktoś ewidentnie nie wie, że Mystique sama zabiła kiedyś Sinistera. 
Z pozytywów - fajnie wyszedł manewr z X-23 i Sabretoothem przebijającymi sobie bębenki, gdy Neuro zaczyna wypowiadać magiczne słowa. No i Nightcrawler był zaskakująco fajnie poprowadzony... choć, umówmy się, miał może trzy sceny w całym numerze. 

X-Force vol. 4 #15 
Krzycer: No i skończyło się rumakowanie. I ostatecznie była to dekonstrukcja grimdarkowych zespołów a'la X-Force Liefelda (...i większość innych inkarnacji też), "strength for the sake of strength". I choć wiedziałem, że będę żałował gdy ta seria się skończy, to jeszcze dwa numery temu nie przypuszczałem, że najbardziej będę żałował - nie wierzę, że to piszę - że nie poczytam więcej o Hope Summers w wydaniu Spurriera. 
Nie był to przebój na miarę "X-Men Legacy vol. 2", ale to "X-Force" wciąż było najciekawszym z ukazujących się obecnie mutancich tytułów. 
Ze szkaradnymi rysunkami, bo, jak to mówią, "nie możemy mieć ładnych rzeczy". 
Gil: Drugi w tym tygodniu finał rozbudowanej historii. Nawet większej, bo opierała się na niej cała seria. Pierwszy zawiódł, więc jak w tym zestawieniu wypadnie ten? No, zdecydowanie lepiej. Nie jest to może finał na miarę Legacy, bo też i nie miał tak długiego rozbiegu, więc nie oczekujmy zbyt wiele. Fajnie wychodzi samo starcie Hope z Fantomexem, fajnie też została rozwiązana kwestia Cable’a i niezliczonych jego klonów, co doprowadziło do sensownego zamknięcia. Nieco mniej efektownego niż miałem nadzieje, ale przynajmniej sensownego i prostującego parę dziwnych rzeczy. Pozostaje pytanie, czy będzie coś dalej, bo chociaż zamknięcie historii fajnie się splata, to nie można powiedzieć, że wszystkie wątki serii zostały domknięte. Tak więc zakończę na fajnym, ale nie do końca zaspokojonym 7/10. 
jdtennesse: Ostatni numer tej serii. Szkoda. Była chyba najsensowniejszym tytułem z mutantami w roli głównej. Jako że jest to ostatni numer, to napiszę również, że plusem było stworzenie drużyny, której członkowie nie rozmieniali się na drobne w innych seriach (z wyjątkiem Betsy). Najsłabsze w tym numerze były niestety rysunki. Do tej pory każdy numer rysowany przez Rock He-Kim(a) mi się podobał i chyba byłem jedyną taką osoba na forum. Niestety, nie wiem, czy to wynik pośpiechu czy innych czynników, ale tym razem rysunki są bardzo słabe. A historia ma swój finał, chociaż nie jestem przekonany że to taki prawdziwy koniec. Jest kilka ciekawych elementów w zakończeniu, mianowicie powrót Hope (wiem, że nie każdego to ucieszy), ozdrowienie Cable’a, odzyskuje drugie oko i drugą rękę – tego chyba jeszcze nikt nie zrobił wcześniej. Mam trochę wrażenie, że to zakończenie nie jest wymarzonym zakończeniem Spurriera, ale takie są niestety wymogi rynki. Seria mogła jeszcze pożyć, chociażby do #20. Wydaje mi się, że trochę za łatwo poszło, wprawdzie jest łyżka goryczy, Hope nie chce lub nie może pracować z ojcem, ale i tak zakończenie jest pozytywne. Szkoda mi niektórych bohaterów, a szczególnie Marrow, która nigdy nie była w tak dobrych rękach, jak u Spurriera. Podsumowując, bardzo dobry numer, i całkiem dobra seria. Tak na marginesie, ciekawe czy powróci niedługo jako All-New X-Force(?). 

X-Men vol. 3 #24 
Krzycer: Z jednej strony podoba mi się ta historia, i to skupianie się po kolei na kolejnych postaciach z zespołu. No i niby wciąż nie wiadomo o co chodzi, ale dostaliśmy kolejny trop - i to też jest fajne, że nie ma wszystkich odpowiedzi jak na tacy. 
Z drugiej strony, rysunki są mocno takie sobie - zwłaszcza drugi plan, a poza tym jestem już pewien, że ktokolwiek dał GWillow Wilson notatki / wycinki z handbooka skopał sprawę. M jest tutaj stuprocentową siłaczką, bez telepatii, telekinezy i umiejętności lotu. Co nawet nie rzucałoby się tak bardzo w oczy - dzięki temu trio M-Rachel-Psylocke uzupełnia się swoimi mocami, zamiast dublować - gdyby nie to, że ledwo co w poprzedniej historii Guggenheim dał którejś z nich tekst o tym, jak to "są zespołem trzech telepatek". 
Ktoś skrewił.
Gil: Okay, robi się nieco ciekawiej od momentu, kiedy znajdują truposza Kree i okazuje się, że jest w tym wszystkim jakieś drugie dno. Przed tym punktem jednak rewelacji nie było, bo bohaterki dosłownie i w przenośni błądziły po omacku w ciemności. Wyszło tak sobie, mogło by być ciekawiej, ale i tak jest lepiej w porównaniu z tym, co było wcześniej. I nadal jest szansa na coś fajnego w przyszłości. Tymczasem daje radę i wiem, co autorka chciała osiągnąć, chociaż wrażenie wyszło średnie. Ale dam jej kredyt zaufania uznając, że dopiero się rozkręca i próbuje wyczuć postacie. Za to jedna rzecz, którą powinni wymienić to grafika, bo jest kiepska. Dam więc jeszcze nie zdecydowane 5/10.
jdtennesse: Na początku myślałem, że będzie to trochę przypominało rozwiązywanie zagadki kryminalnej, ale szybko się rozczarowałem. Wydarzyło się tu tak mało, że prawie nie ma o czym pisać. M, Rachel i Betsy szukają Storm i walczą z jakimiś podziemnymi mutantami potworami. Betsy zostaje ranna, M zamiast od początku bić i rozwalać, czeka z tym i pozwala, żeby dziewczyny próbowały telepatycznie pokonać stwory (bo sama przecież nie posiada takich zdolności…). Ciekawa jest próba kreatywnego użycia mocy przez Betsy – próba uśmierzenia bólu, choć jak się oczywiście okazuje, zgubna w skutkach. A mutanty są oczywiście efektem nieudanych eksperymentów przeprowadzonych prawdopodobnie przez Kree. W tle miga Beast i Jubilee, która wpada na jakiś pomysł oraz Storm która nieskutecznie próbuje się wydostać spod ziemi. Nie wiem, na ile numerów jest przewidziana ta historia, ale raczej będzie to przeciąganie nieuniknionego. Nie jest to może bardzo zła historia, ale jeśli to ma być zaletą komiksu, to słabo, szczególnie że bezprzymiotnikowy tytuł miał być tak wyjątkowy. Niestety, poza wyjątkowością składu – czyli same dziewczyny, plus chwilami pomoc Beasta – tytuł nie ma wiele do zaoferowania. A rysunki są bardzo słabe.


Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2015.02.11.
Redaktor prowadzący: Dominik "Undercik" Nowicki  
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.