Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #386-387 (26.01.2015)

avalonpulse0.png
Wtorek, 26 stycznia 2015Numer 2-3/2015 (386-387)


W minionych dwóch tygodniach najwięcej emocji wzbudziły: Avengers vol. 5 #40, Star Wars vol. 2 #1, Wolverines #2, All-New X-Factor #20, Amazign Spider-Man vol. 3 #13 i Superior Iron Man 4.

14.01.2015


All-New Captain America #3 
Gil: Da fak łaz dat?!? Na koniec poprzedniego numeru Remender zamordował jedną z postaci, a teraz podsumowuje to wariantem “OMG, they killed Kenny!” i zostawia, dosłownie wiszącą jak wypatroszona świnia. Po czym radośnie przechodzi do wątków, które wydobył magicznym sposobem z okrężnicy, bo nigdzie wcześniej nawet ich nie zasygnalizował. Wrzuca parę obrazków bez sensu, w których z tego samego źródła wyciąga Sin i metodą hokus-pokus sprawia, że staje się głównym manipulatorem tych całkowicie pozbawionych sensu wydarzeń. I po co? Po to tylko, żeby Falcap zatańczył, jak mu zagra. Czyli skoczył w przepaść. Co oczywiście robi i jeszcze bardziej oczywiście, wychodzi z tego cało, żeby potem ją załatwić jednym strzałem. ^&@%*#! Ale to jeszcze nie wszystkie cuda tego numeru! W jednej scenie Falcon rozrywa łańcuch grubości nogi i rozwala przy tym czołg gołymi rękami, chociaż NIGDY nie miał nadludzkiej siły. Problem skoku z przepaści rozwiązali jak? A tak, że sokół przyniósł mu brakującą uprząż ze skrzydłami. Nie wiem, ile takie coś waży, ani jak silne są sokoły, ale wiem, że z kilkunastu metrów spada się parę sekund, więc nichu nie zdążyłby tego założyć i uruchomić w locie. Ale najlepsze zostawiłem na koniec: Sam Wilson nigdy nie był gangsta. To wszystko wymyśliły Czerepy i inni szatani, żeby go oczernić właśnie teraz! Nosz %^&#@, ja *#^$@&*#! Co za monstrualna góra bullshitu! Sorry za bluzgi, ale innych słów nie znajduję. Zaczniemy więc tego Pulsa od 0/10. 
Sążny: Jednego jest mi w sumie tutaj żal. Stuarta Immonena. Jest jednym z najlepszych rysowników, jeśli chodzi o czyste superhero, a tutaj musi mierzyć się z takim scenariuszem. Chodzi mi o skrypt pełen głupot, nielogiczności, i zakręcania spraw tylko po to, żeby po chwili je odkręcić. Znaczną część numeru wypełnia nam monolog złoczyńcy pt. "Przypadek? Nie sądzę", w którym Sin staje się marvelowskim odpowiednikiem Antoniego Macierewicza. A mamy jeszcze wyrwanie się z łańcuchów pozbawionego nadludzkiej siły Sama, skok w przepaść, rozwiązanie problemu za pomocą rzutu tarczą i nachalne wciskanie nam, że "Nomad ma poderżnięte gardło, jest martwy na stop procent". Tja. Strach się bać tego, jak Remender dalej zabełta sprawy. 

All-New Ghost Rider #10 
Gil: Ta grafika jest koszmarna! I nie mam tu na myśli tego, że nie jest w moim stylu i zwyczajnie mi się nie podoba. Ona jest technicznie niepoprawna i niespójna, a przez to całkowicie nieprzejrzysta. Jeśli mam zostać przy tej serii, to musi się zmienić, bo w pewnym momencie zwyczajnie przestało mi się chcieć rozszyfrowywać, co jest na obrazku i skupiłem się na tekście. No, tu niestety też bez rewelacji. Wciąż wałkują jeden temat, a tak szczerze mówiąc, odkąd rzucili parę odpowiedzi, przestał być interesujący. A odkąd głównym motywem stało się ciągłe siłowanie o kontrolę nad ciałem, zaczęło mnie to trochę wkurzać. Jedyny haczyk, jaki jeszcze trzyma moją uwagę to zarzucony w tym numerze wątek jakiejś tajemnicy związanej z rodziną Robbiego. Ale jestem bliski rozstania z serią, bo zwyczajnie nie daje mi przyjemności z czytania. Dzisiaj dam jej 3/10. 
Demogorgon: Ha, Robbie jak na nowicjusza spisał się lepiej niż Peter, gdy przyszło co do czego. Jakkolwiek finał był niestety nieco pośpiesznie zrobiony, tak ładnie zbudował grunt pod kolejny rozdział w życiu Robbiego. Tylko rysunki miejscami naprawdę wyglądały słabo. Tradd wróć. 

Amazing X-Men vol. 2 #15 
Gil: Trochę nawet czekałem na tę historię, bo odkąd Juggernaut wyparował w tajemniczych okolicznościach (ostatnia historia z jego udziałem w Thunderbolts była dość niejasna jeśli chodzi o jego dalsze losy), miałem nadzieje na jakiś ruch w temacie. Okładka wygląda zachęcająco, ale wnętrze już mniej. Nienajlepiej dobrali rysownika, bo wszyscy w jego wykonaniu wyglądają jak Tadki niejadki. Zwłaszcza Colossus wydaje się jakiś zmarniały i wychudzony w porównaniu z każdą inną wersją. Na szczęście traściowo jest trochę lepiej, chociaż na razie jeszcze bez rewelacji. Podobało mi się uporządkowanie wątków Cyttoraka i logiczna próba trzymania Piotra z daleka od niego (chociaż tytuł sugeruje, że jednak się to nie uda) oraz jego reakcje. Nie podobało mi się przypominanie o jego... nie wiem jak to nazwać... z Domino oraz dość przypadkowe dobieranie postaci na zasadzie: akurat teraz się przyda, więc wyciagnijcie z dna szuflady. Ale nadal jest w historii jakiś potencjał, więc jeszcze poczytam, żeby zobaczyć, dokąd to zmierza. Dam jednak słabsze 6/10, bo grafika. 
Krzycer: Z jednej strony wciąż się obawiam, że ten tytuł nigdy nie wyjdzie poza takie jednorazowe przygody bez konsekwencji i bez żadnych dłuższych wątków, i początek tej historii jakoś nie sprawia, że zmieniam zdanie. 
Z drugiej strony Yost zauważa istnienie młodych mutantów w Instytucie, wyciąga fajny, dość logiczny konflikt między Storm i Colossusem, i nawet uwzględnia continuity wrzucając Piotrowi do łóżka Domino. Więc nawet jeśli to będzie kolejna jednorazowa przygoda bez konsekwencji i dłuższych wątków, to przynajmniej tym razem zapowiada się fajnie. 

Avengers vol. 5 #34.2 
Gil: To było... właściwie niepotrzebne. Z jednej strony fajnie, że mało rozwinięte postacie dostają trochę czasu dla siebie, ale z drugiej strony - po lekturze wolałbym raczej, żeby jednak go nie dostały. Historyjka, którą wymyślił sobie Humphries jest właściwie równie infantylna i o niczym, jak poprzednie historyjki, którymi nas raczył. Mamy pretekstowego - chociaż niby bardzo potężnego – przeciwnika z czapki i bohaterów niby jeszcze potężniejszych, a zachowujących się jak dzieci. W dodatku wszystko to jest okraszone wymuszonym humorem sytuacyjnym i lansiarstwem. Czyli ostatecznie, zamiast dowiedzieć się czegoś więcej w temacie: kim są Starbrand i Nightmask, dowiadujemy się kim zdecydowanie być nie powinni. A najśmieszniejsze jest to, że wypuścili ten numer kropka-dwa gdy minęło już 6 numerów serii, co każe zadać pytanie: na co poświęcili aż tyle czasu? Na pewno nie na dopracowanie fabuły i raczej nie na rysunki, które są mocno przeciętne, więc na co? Chyba właściwą oceną będzie tu 4/10. 

Avengers vol. 5 #40 
Kminek: Zimne, wyrachowane zagranie, balansowanie na granicy dobra i zła oraz jedna z najlepiej rozegranych zemst w historii Marvel Comics - najlepszy numer obu serii. Jestem pod ogromnym wrażeniem [chociaż smutno, bo lubię tę postać]
wolvie111: Genialny numer, ale jestem trochę zły... za ulubionego ostatnio Namora. Przyznać jednak trzeba, że zemsta wyszła piękna. Ciężko rzeczywiście powiedzieć kto tu jest teraz bohaterem, a kto złoczyńcą, ale jedno się przynajmniej nie zmienia... Rogers nadal dla mnie jest idiotycznym bucem. Rysunki bardzo dobre, przy okazji pochwalę całą historię Hickmana, bo długo nic nie pisałem...każdy numer wchłaniam z rozkoszą i ten także. Poza tym fajnie widzieć odpowiednie wykorzystanie Sue, która ewidentnie jest jedną z najpotężniejszych postaci Marvela, a za mało jest jej w kluczowych wydarzeniach. Daje 8+/10 
Xavier83: W skrócie: Hickman: mistrzu nauczaj innych scenarzystów ! Bardziej po literacku: trzech Króli wybrało się w bardzo niebezpieczną misję, wróciło tylko dwóch ! Jest akcja, jest zdrado - zemsta, jest dobry rozwój fabuły. 9/10 
Gil: Kolejna niespodzianka. W momencie, kiedy wydaje się, że dalsza eskalacja konfliktu jest nieunikniona, całość przenosi się na inną płaszczyznę. Bohaterowie przystają, żeby odłożyć swoje niesnaski i zająć się większym problemem. Illuminati zaskakują (zwłaszcza Namor) skłonnością do poddania się osądowi, co samo w sobie już byłoby ciekawe. Ale to nie wszystko, bo najpierw postanawiają się zjednoczyć, żeby rozwiązać problem The Cabal i tutaj znów swoją rolą zaskakuje Namor. Samo rozwiązanie okazuje się dość proste, ale po nim czeka nas jeszcze jedna i to ogromna niespodziewanka. Black Asshole wybiera akurat ten moment by dokonać swojej zemsty. Już sama ta scena ich pojedynku jest świetna i wywołała pożądaną reakcję, ale potem przychodzi jeszcze jeden niespodziewany kopniak – niespodziewana zupełnie rola Black Bolta. No i mocna końcówka, po której wydaje się, że to definitywne rozwiązanie. Ale po kilku poprzednich odsłonach wiemy już, żeby niczego nie przesądzać i nie spodziewać się, więc zostajemy przede wszystkim ze świeżbiącym oczekiwaniem na ciąg dalszy. Najlepiej natychmiast. No i jeszcze wszystko to fajnie wygląda, więc zasługuje na solidne 7/10. 
Sążny: Napięcie budowane między Black Pantherem a Namorem przez cały run Hickmana w końcu znalazło swoje ujście. Nim jednak do tego doszło, każda z tych dwóch postaci dostała mocne sceny, czy to w retrospekcjach, czy to podejmując się kolejnego zadania na granicy dobra zła. I to drugie jest właśnie kwintesencją tego, co dzieje się tutaj w szerszym kontekście. Bariery zostały przekroczone, moralność złamana, a możliwości powrotu już chyba nie ma. Wszystko to jest świetnie oddane w rozmowach między postaciami, a dodatkowo potwierdzają to ich czyny. "He's not coming" z ust T'Challi zostanie zapamiętane na długo. 
Krzycer: No, to się porobiło. Jednych rzeczy można się było spodziewać (wiadomo było, że BP prędzej czy później podskoczy Namorowi), innych można się było domyślać (skoro Namor wrócił do Illuminati, to po to, żeby jakoś zaradzić Kabalistom), jeszcze inne zaskakują kompletnie (co Black Bolt może mieć przeciwko Namorowi? Maximus coś namieszał po drodze?). Ostateczny rezultat zaskakuje, intryguje... Hickman wskoczył na wysokie obroty. Fajnie. Oby "Secret Wars" było na podobnym poziomie. 
LeGoL: Z uporem maniaka, pozbywając się niezłej sumki i dzięki pomocy kilku osób nadrobiłem run Hickmana i... HOLY FRAKIN SNAP! (czy jakoś tak) Jak widać pod moim avatarem, to zarejestrowałem się na forum już kawałek czasu temu. Pamiętam, że moja przygoda z Marvelem, to były pojedyncze zeszyty z TM-Semica, lub te przywiezione przez rodzinę bliższą, lub dalszą z "zagramanicy". Pamiętam, że trafiłem na Avalon jakoś tuż przed albo już w trakcie trwania Civil War. Albo House of M. Mniejsza o to. Sedno jest takie, że wtedy poznałem coś takiego jak dłuższe historie i runy artystów. Czas mijał, czasu zaczęło brakować, hobby gdzieś odeszło na bok. Próbowałem "wrócić" przy wszystkich większych eventach i tylko jedno mogę powiedzieć. Odkąd tu trafiłem i pierwszy raz zatopiłem się w świat Marvela to nie pamiętam, żeby jakikolwiek run tak mnie wciągnął, tak emocjonował i kilkukrotnie zostawiał z rozdziawioną szczeną. Serio. Te 70coś numerów dwóch serii tworzy taką historię, że nawet nie pamiętam jak wygląda to wszystko od strony graficznej. Nie ma to dla mnie znaczenia. I tak oto trafiam na Avengers v.5 numer 40. Wielki spoiler numeru jest tylko na wpół oczywisty jak dla mnie. Wiadomo było, że Panther nie odpuści, ale po kilku relacjach obu panów, wnioskowałbym, że nastąpi to o wiele później. Przynajmniej tuż przed SW. Do tego wejście Bolta, to kolejne WTF, oczywiście pozytywne. Jak już ktoś zaznaczył świat 616 upada, chyli sie ku końcowi, nie tylko przez inkursje, ale i przez idącą na łeb na szyję moralność coraz większej ilości bohaterów. W końcu mam wrażenie, że po kolejnym evencie, już tak całkiem serio, nic nie będzie takie samo. Na sam koniec dodam tylko w jednym, już króciutkim zdaniu: Rogers to buc. Ave Hickman. 9+/10
Demogorgon: Nie, nie kupuję tego. Jakoś to wszystko bez wyrazu. Thanos zachowuje się jak tępak któremu Maximus musi tłumaczyć wszystko, Przy wszystkich tych swoich flashbackach Black Panther wychodzi nieprzekonujący. A sposób pokonania Cabal jakiś taki miałki - wiemy dobrze, że to przeżyli, nawet na chwilę nie sądzę by ktokolwiek uwierzył, że jest inaczej. A do tego ociekający hipokryzją Steve Rogers i jego jednotorowa wizja - facet na tym etapie nie ma nic prócz swojej obsesji na punkcie Illuminati. A okładki do ostatnich dwóch numerów już zapowiadają, że to mu nie mini. Serio, on i Stark to Naruto i Sasuke Marvel Universe. Wiecie, STEEEVEEE! TOOONYYY!, ten stuff. Nie wiem, może to jakiś rodzaj dekonstrukcji jego przemowy z Civil War? Trzymaj się swojego nieważne co, a zostaniesz fanatykiem? 

Captain Marvel vol. 7 #11 
Gil: Mieli na widelcu słodką historyjkę świąteczną... Ale zmarnowali okazję, żeby zrobić z tego kolejny pojedynek o nic, tylko z przypadkowym świątecznym akcentem. Tracę wiarę w panią Konik… No dobra, fajnie było zobaczyć June w tej wersji, ale zupełnie nie była tu potrzebna, przez co znów cofnęła się z pozycji poważnego gracza do pośmiewiska. No cóż, zawiodłem się i tyle. Będzie więc słabe 4/10. 

Cyclops vol. 3 #9 
Gil: Pas. 

Daredevil vol. 4 #12 
Gil: Zadziwiająco dużo kłopotów sprawił koleś na motorze facetowi, który pół życia tłukł się z ninja i skakał po kablach między dachami. A potem jeszcze wykręcili tłista, żeby wycisnąć z tej historii cokolwiek więcej. No dobra, może pasowało to do całości, ale powtórzę się: nie wiem, dlaczego musiał to być taki wielki problem. Chyba tylko po to, żeby odkrycie intrygi zbliżyło Matta i… jak jej tam? Czyli taka większa gra wstępna. No, wyjście z progu było niezłe, ale lądowanie już z podparciem, więc dam 5/10. 
Sążny: Waid dalej wykorzystuje swoją niemal encyklopedyczną wiedzę na temat komiksów, świetnie bawiąc się różnymi motywami z przeszłości Matta, ale na prawdziwe brawa zasługuje Chris Samnee. Sceny akcji są po prostu kozackie, a pomysłowość i sprawność w przełożeniu tego na storytelling potwierdzają klasę rysownika tej serii. 

Deadpool vol. 3 #40 
Gil: Kredki i rebusy dla dzieci? To ponad moje siły… 

Deathlok vol. 5 #4 
Gil: Wciąż daje radę, głównie dlatego, że ramy historii zarysowują się coraz wyraźniej. Śledztwo SHIELD nabiera kształtu, dowiadujemy się więcej o celach i roli Domino, a nawet pojawia się jakaś większa ciągłość w continuity. Całość jest nadal trochę rozwodniona przypadkową akcją, którą jednak nauczyłem się ostentacyjnie zlewać. No i jeszcze kolejny epizod z trudnego życia rodzinnego naszego bohatera. Trochę to posiekane i momentami ciężko połączyć ze sobą wątki. Byłoby to bardziej przejrzyste, gdyby sceny były trochę mniej posiekane. Ale nie jest źle, tak na 5/10. 

Guardians 3000 #4 
Gil: Hm... nie wiem dlaczego wydawało mi się, że tamten Vance Astro jest jakąś podróżującą w czasie wersją naszego współczesnego Vance’a? Trochę zaskoczyła mnie więc retrospekcja z jego początków w tym świecie. Ale dobra – kupuję. Sytuacja ze Starkami rozwinęła się ciekawie, dostajemy zapowiedź czegoś, co może być przyszłą wersją Galactusa, no i kolejne postacie dołączają do ekipy. W tym przyszłościowa Nova oraz zupełnie nowa, tajemnicza kobitka. Niewiele co prawda rusza się w głównym wątku, ale podejrzewam, że zmierzają do tego okrężną drogą. Chyba obniżył mi się poziom tolerancji na ten rodzaj rysunków, bo trochę mi przeszkadzały, ale nie na tyle, żeby obniżać ocenę. Będzie więc słabsze 6/10. 

Nightcrawler vol. 4 #10 
Gil: Cienko. W historii nie ma właściwie żadnego haczyka, żadnego thrilla, który podniósłby poprzeczkę i kazał wstrzymać oddech na chwilę. Ot, biją się. Z góry wiadomo, jak to się skończy, więc tym bardziej zagrywka z rzekomym zagrożeniem życia głównego bohatera jest mało przejmująca. Zwłaszcza, że ledwie wrócił z zaświatów. W sumie to chyba dobrze, że seria się kończy, bo nie ma właściwie nic do zaoferowania. Próbowałem pomyśleć o jakimś plusie, ale nic mi nie przychodzi do głowy. Dam więc słabe 4/10. 

S.H.I.E.L.D. vol. 3 #2 
Gil: Całkiem fajny numer, ale nie ma co się oszukiwać – głównie jest to zasługa Kamali, bo to ona odwala tu całą robotę, podczas gdy miśki z SHIELD głównie przeszkadzają. Mimo wszystko, fajnie wypadły ich wzajemne relacje, w których znalazło się miejsce i na trochę sympatii, i zrozumienia dla młodej bohaterki, i trochę fanboyowskiego zapału. Aczkolwiek, tak jak w poprzednim numerze, nie obyło się też bez elementów cokolwiek dziwnych. W tym przypadku była to podstawa fabularna czyli pytanie: jakim cudem dzieciak z liceum mógł handlować bronią superzłoczyńców? Czy ten świat jest aż tak dziwny, że byle kto może sobie podnieść po ulicznej bitwie Planetowysadzator, a potem opchnąć go na allegro? A może to ma być właśnie uzasadnienie dla istnienia serii? Ktoś przecież musi inwigilować aukcje, tłity i posty... From this point I would like to greet the NSA agent reading this post  Rysunki może nie były do końca z mojej bajki, ale jak na Ramosa, całkiem znośne. Tym razem też może być 6/10. 
Sążny: Po lekturze dwóch zeszytów można założyć, że - przynajmniej na początku - każdy kolejny numer będzie w jakimś sposób przybliżał nam kolejną postać. Tym razem padło na Jemmę Simmons, która w komiksowym uniwersum jest córką szychy z Roxxonu. I o ile nie wywołuje swoją osobą jakiejś szczególnej antypatii, tak trudno jej (a właściwie Waidowi) zainteresować czytelnika. O wiele lepiej wyszło to wcześniej przy okazji Coulsona. Nie pomaga też fakt, że gościnnie występująca w tym numerze Ms. Marvel, która jest całkiem zgrabnie pisana, skutecznie odciąga uwagę od teoretycznie głownych postaci, które sprawiają wrażenie, jakby plątały się jej między nogami. Dynamiczna kreska Ramosa z kolei sprawdziła się przy scenach akcji. Źle nie jest, ale pierwszy numer podobał mi się bardziej. 

Silver Surfer vol. 6 #8 
Gil: Kiedy już zdawałoby się, że będzie to kolejna pocztówka z podrórzy Surfera i Dawn Greenwood, okazuje się, że seria właśnie postanowiła wkroczyć w nowy rozdział. Dość szybko wyczułem związek między planetą pełną ostatnich ocalałych z różnych światów, a rolą Surfera w jej zasiedleniu, więc pozostało tylko czekać, kiedy ten fakt wyjdzie na jaw i ugryzie go w zad. Stało się to nadzwyczaj szybko i przyniosło dokładnie taki efekt, jakiego oczekiwałem. Sielanka się skończyła, pora na zderzenie z rzeczywistością. I jest to kawał solidnego skryptu, ponieważ każdy jego element jest na właściwym miejscu. Może ździebko psuje frajdę przeświadczenie, że z góry wiadomo, jak się to skończy, ale też sporo potencjału pozostaje w możliwych sposobach dotarcia do tego punktu, więc na pewno z chęcią będę kontynuował. Poza tym, liczę na uroczą pogadankę między Dawn a Galactusem. A tymczasem przyznaję mocne 7/10. 
Sążny: Skończyło się rumakowanie, co przekłada się na pierwszy poważny kryzys w relacji Norrina i Dawn. Przeszłość w końcu dopadła Surfera, a my dostaliśmy motyw, który skleja wydarzenia z poprzednich numerów. Nie oznacza to jednak radykalnej zmiany w tonie serii, gdyż panna Greenwood jest tradycyjnie już rozbrajająca, a rysunki Allreda aż skrzą się od pomysłów. Pozostaje nam tylko oczekiwać konfrontacji, a właściwie rozmowy Dawn z Galactusem, która tylko potwierdzi świetną dyspozycję Slotta w tej serii. 

Spider-Verse #2 
Gil: Jeszcze jeden dodatek do eventu, który jest tak samo potrzebny jak ślimakowi kredyt mieszkaniowy. Ale chociaż zupełnie niepotrzebny, to okazał się całkiem zabawny. Na początek, jednostronna historia z Pająkiem z gier Capcomu – takie puszczenie oka do czytelnika. Potem pani Kasia opowiada nam o Anansim. Nie pamiętam, żebym wcześniej uświadczył go w Marvelu, ale podobało mi się, bo miało sporo z klimatu Hellcat w jej wykonaniu. Zwariowane, zakręcone i zabawne, a motyw z owcami przypomniał mi o Peterze Parkerze – The Amazing Sheep-Boyu, którego niestety zabrakło tutaj. Potem na scenę wkracza Spider-Punk i solidnie daje czadu w zaskakująco klimatycznej i schizoicznej scence. Nawet nie wiedziałem, że on jest czarny, więc tym bardziej było to odkrywcze. A do tego wszystkiego dostajemy jeszcze jedną pocztówkę, w której spotyka się dwóch Pajęczaków tak podobnych, że mogliby być tą samą postacią. Spodziewałem się, że czymś nas zaskoczą na koniec, ale może jeszcze rozwiną temat. Za to ich pogadanka była fajna. I w ten sposób okazuje się, że nawet wygenerowany na siłę tie-in może czasem być zabawny. Ale to chyba wyjątek potwierdzający regułę... Mimo wszystko, dam mu solidne 6/10. 

Star Wars vol. 2 #1
Xavier83: Czysta przyjemność fabularna ! ilustracje na bardzo wysokim poziomie, choć nie fenomenalne jak na tego artystę. Ostatnia strona cud, miód i orzeszek w jednym ! 9,5/ 10
Gil: Dobra, zaryzykuję i powiem to wprost: nie jaram się Star Wars. Oglądałem, było nawet fajne, ale inne rzeczy bardziej przypadły mi do gustu, więc traktuję je po prostu jak klasyk, który warto znać i czasem z sentymentu powtórzyć. Dlaczego zaczynam od tego? Bo jestem prawie pewien, że zaraz polecą niezliczone zachwyty nad tym komiksem ze wszystkich zakątków świata i chcę zaznaczyć, że moja ocena będzie chłodna i techniczna. Gdy sięgałem po ten zeszyt, bardziej chciałem zobaczyć, jak spiszą się Aaron i Cassaday, niż wejść w świat odległej galaktyki. No i pod tym względem jest fajnie. Rysunki wyglądają o niebo lepiej, niż gdy ostatni raz się widzieliśmy. Widocznie wtedy dostosowały się do poziomu scenariusza, a teraz starały się sięgnąć poprzeczki oczekiwań i to im wyszło. Nawet postacie przypominają grajacych je aktorów, chociaż nie ma w tym podobieństwie przegięcia. Do tego dochodzi fajna kolorystyka i dynamika całości. A fabuła? Wbija się gdzieś między części oryginalnej trylogii i zakotwicz w raczej przypadkowej akcji, która ma tylko jedno zadanie: doprowadzić do starcia Luke vs. Vader. Robi to, więc spełnia swoje zadanie. I to tyle w tej kwestii, bo pochwalić ją można co najwyżej za skuteczne emulowanie materiału źródłowego. Mówią podobnie, zachowują się w miarę podobnie i to wszystko. Ciężko mówić o czymś wybitnym, bo seria z miejsca ma jeden zasadniczy problem: nic rewolucyjnego zrobić nie może, ponieważ tkwi w sztywnych ramach już opowiedzianej historii. I z tego właśnei powodu nei wiem, czy poczytam dalej. Może dla grafiki? Może trochę z sentymentu? Ale rozpisywać się o niej raczej nie będę. Mogę jednak dać nieco wyśróbowane 7/10. 
Sążny: Jest nadspodziewanie klawo. Każda postać jest sobą i każda ma zapadający w pamięć moment. Aaron ma dobre wyczucie w serwowaniu smaczków i potencjalnych nerdgazmów, co sprawia, że nie odbieramy komiksu jako ubogiego kuzyna materiału źródłowego, gdzie marginalne postaci tylko przelotnie spotykają się z głównymi graczami. Nie - mamy tutaj wszystkie najważniejsze postaci, a stawka jest wysoka. Na szczęście, uniknięto przy tym przesady i akcji rodem z fanfiku jakiegoś frustrata. Pomimo jednej czy dwóch dziwacznych twarzy, Cassaday rysuje o niebo lepiej niż w "Uncanny Avengers" i pozostaje mieć tylko nadzieję, że nie dopadną go zbyt szybko opóźnienia. Oraz, że kolejne gwiezdnowojenne serie od Marvela będą prezentowały co najmniej podobny poziom.
Tori: Expanded Universe skasowane, zaczynamy od zera i muszę przyznać, że pierwszy numer pozytywnie mnie zaskoczył. Może to dlatego, że nie spodziewałem się wiele z kombinacji Aaron + Cassaday? Jednak panowie dali radę. Rysunki są w porządku, a postacie przypominają swoje wersje filmowe, tak wyglądem jak i zachowaniem. Wnętrza, statki i ogólnie całe otoczenie z wieloma detalami również wygląda Gwiezdno-Wojennie. Dzięki temu klimat Starej Trylogii, może nie w jakimś dużym stopniu, ale daje się odczuć. Dodatkowy plus za kilka typowo fanowskich wstawek, przy których można się uśmiechnąć. Niestety, jest też minus, chociaż to bardziej kwestia indywidualna. Przeczytałem mnóstwo tak książek, jak i komiksów z nieaktualnego już Expanded Universe, przez co parę razy przy lekturze miałem albo uczucie wtórności (Luke i niewolnicy), albo świadomość, że "to przecież nie było tak" (finałowa scena). Teoretycznie wszystko jest w porządku, bo tamte wydarzenia nie miały miejsca, zdaję też sobie sprawę, że trudno wymyślić coś nowego z Wielką Trójcą w okresie "po czwartym epizodzie". Niestety, efekty wieloletniego fanostwa, więc trzeba się będzie przyzwyczaić, że teraz jest "wszystko nowe". Ocena 7/10 i mam nadzieję, że w okolicach premiery filmowej doczekamy się wydania także u nas.
Krzycer: Powtórzę się: fajne, ale już to widziałem. Wiele, wiele razy - ostatni raz kiedy, rok temu? Ostatnia seria Dark Horse'a miała praktycznie identyczne założenia i punkt wyjścia (Han, Luke i Leia tuż po "Nowej nadziei"). Choć oceniając po jednym numerze - Aaronowi i Cassaday'owi wychodzi to lepiej niż Woodowi i [ktokolwiek rysował darkhorse'owe "Star Wars"]. 
Cassaday się przyłożył i rysunki są co najmniej dobre, ale nie przekonuje mnie ten patent z wielokrotnym powielaniem klingi miecza świetlnego, żeby zaznaczyć machnięcie. Poza tym jakoś strasznie mnie drażnią rozbłyski świateł / rozbijanie wiązek laserowych jako zbiór prostokątów - to akurat coś, co Cassaday robi zawsze, robił to choćby w Astonishing X-Men, i zawsze strasznie dziwnie mi to wyglądało. 

Thanos Vs Hulk #2 
Gil: To jest o niczym, nie będę tracił czasu. 

Wolverines #2 
Gil: Nie kazali nam długo czekać na kolejną odsłonę tego koszmarku, ale ma to też swoją dobrą stronę, bo żeby się wyrobić, musięli sięgnąć po innego rysownika (rysowniczkę?). Graficznie seria zyskuje więc nieco, ale nie przekłada się to na odbiór, bo z kolei synchonizacja sytuacji wysiada – lokalizacje wyglądają zupełnie inaczej, a postacie zastajemy w innym miejscu niż nie zostawiliśmy. Nie pomaga też fabuła, która skupia się na przypominaniu, że ta grupa absolutnie nie ma racji bytu i konkretnego celu. Co więcej, sama gryzie się w zad, gdy musi wyjaśnić, że Daken stracił healing factor w starciu z tym czymś w miniserii (coś, czego nikt z nas nie zauważył, sądząc po komentarzach) tylko po to, żeby teraz musięli wspomagać do sztucznym regeneratorem. Nie ma to, jak samemu stworzyć sobie problem, nie? Są też inne fajne kwiatki, typu: w wyrwanym ramieniu Dakena jest lokalizator, o którym nikt nie wiedział. Akurat z tym ramieniu. I nikt nawet nie podnosi kwestii tych lokalizatorów – jest to jest, po co drążyć...? A o co właściwie chodzi tym misiom z Weapon X i Sinisterowi, tego nadal nie wiadomo. Jeśli w ogóle o coś chodzi. Czyli poziom spójności właściwie ten sam i tylko dzięki poprawie w grafice wyciągnie na 3/10. 
Krzycer: Po pierwsze, to dopiero drugi numer, a już początek nie bardzo pasuje do końca poprzedniego zeszytu (między numerami Daken wstał i zaczął krzyczeć - z jakiegoś powodu ta wizja bardzo mnie śmieszy). 
Po drugie, co do diabła Fawkes wciska Mystique do ust a propos Sinistera? Mam nadzieję, że Raven wciska pozostałym kit, bo inaczej za diabła nie rozumiem tych tekstów o "zabezpieczeniach wykrzywiających czasoprzestrzeń" i "wrogowie Sinistera giną od chorób którymi zaraził ich na wiele lat przed tym jak pomieszali mu szyki". Znaczy, to brzmi fajnie, ale to nie ma nic wspólnego z Sinisterem. Co więcej, strasznie dziwnie brzmią te zapewnienia o potędze Sinistera padające z ust kogoś, kto parę lat temu podszedł go jak dziecko i zabił (Messiah Complex ftw). 
Z drugiej strony, muszę przyznać, że podobały mi to, jak Mystique rozwiązała problem Wrecking Crew, rzucając w nich pieniędzmi. Laboratorium Sinistera też wyglądało fajnie, choć nie zamierzam udawać, że rozumiem coś z tego żargonu jaki autor wtłoczył w dymki (tym bardziej nie wiem, czy ów żargon miał ręce i nogi, czy to było jakieś technobabble... biobabble?). I nawet X-23 czuwająca przy łóżku Dakena mi nie przeszkadzała - na tym etapie wciąż tak bardzo się cieszę, że Soule i spółka nie odarli jej po raz trzeci z emocji, że nie do końca zastanawiam się nad tym, czy te jej emocje mają sens. 
Za to pojedyncza męska łza cieknąca z oka Dakena... hmm... Nie. Nope. Niet. 
Ogólnie - nie jest to lektura wysokich lotów, ale... wciąż wiążę z tym tytułem pewne nadzieje. A nawet jeśli okaże się debilnie głupi, dopóki X-23 będzie nienajgorzej prowadzona, dopóty będę usatysfakcjonowany. Cała reszta mi wisi. 

X-Force vol. 4 #14 
Gil: No to chyba wreszcie dowiedzieliśmy się, kto jest głównym bohaterem tej historii. Nie, nie – nie mówię o Marrow, chociaż jest narratorką tego numeru. Wygląda na to, że Legionem tej serii będzie Hope, która właśnie zrobiła coś bardzo efektownego i postawiła wszystko na głowie. I chyba właśnie do tego zmierzała ta seria. Ustawiała bohaterów i przeciwników w takich pozycjach, żeby doprowadzić do obecnej sytuacji, kiedy to zostało niemalże oficjalnie odtrąbione, że pora na clue programu. Ale najfajniejsze jest to, że poza głównym wątkiem również sporo się dzieje. Marrow dostaje sporo czasu, Niezapominajek też jest tu jakby bardziej oficjalnie, Cable fajnie manipuluje Fantomexem i rezta też ma swoją szansę zabłyśnięcia. Czyli właściwie jedynym minusem są rysunki, które mocno zaciemniają przekaz. Ale i tak jestem nakręcony na ciąg dalszy i dam całkiem dobre 7/10.
Demogorgon: O, a to to ja kupuję. To jest dokładnie to, czego było tu potrzeba - naprawdę w świetny sposób Spurrier zebrał i pozwolił zazębić się wszystkim wątkom. Wewnętrzna wędrówka Marrow, los Hope, desperacja Cable'a... Wiecie, możecie zatrzymać sobie Avengers Hickmana, dla mnie podejście do tych samych tematów Spurriera działa o wiele lepiej. 



Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2015.01.14.

21.01.2015


All-New X-Factor #20
Krzycer: Wydałem z siebie głośne "aaa... to O TO chodziło..." kiedy na scenie pojawił się Miguel. PAD wyłożył kawę na ławę, wszystko wiemy, Harrison Snow stoi przed czytelnikami obnażony i, kurczę, w dalszym ciągu jest intrygujący i nie wpada w prosty podział dobry/zły. Super. Tym większa szkoda, że to ostatni numer. Zaraz po zakończeniu lektury pomyślałem sobie, że PAD powinien był wcześniej wyłożyć te karty, bo jednak dwudziesty numer to dość późno - ale też Spider-Man 2099 dopiero co wystartował, więc w sumie nie bardzo miał jak. 
A to był ostatni numer. Przynajmniej "na jakiś czas", bo PAD najwyraźniej ma nadzieję na kontynuację. Furtek na pewno żadnych sobie nie pozamykał. A choć fabuła została ledwo nadgryziona, to należy go pochwalić za domknięcie większości wątków rozgrywanych pomiędzy bohaterami. 
Także ten. Fajny numer. Trzymam kciuki, że Marvel da PADowi kolejną szansę przy tej wersji X-Factor. I tylko w ramach postscriptum - widoczni w wizji Snowa bohaterowie w hybrydowych kostiumach swojo-servalowych wyglądają koszmarnie. 
Gil: Waaaait! To był ostatni numer? Tak bez wyjaśnień, pożegnań, czy czegokolwiek? Urwany dosłownie w pół sceny? No to, kurde, nie fajnie. Właściwie jedno, co się tu wydarzyło, to na siłę popchnięty wątek Warlocka i Danger, który i tak nie doczekał się finału. Zaiskrzyło, zaświeciło i... no właśnie – i co? Aha, było też pospieszne usunięcie Quicksilvera, który został sprzedany Remenderowi. Swoją drogą, nie pierwszy to raz, kiedy zabierają go z X-Factor, bo ma być w Avengers. Konkretnie to chyba trzeci i jest to bardzo nieładny sposób pokazania, gdzie leżą priorytety (chociaż też żadna niespodzianka). Natomiast zostało nam na końcu światełko w tunelu, gdyż wprowadzając Miguela i wyjaśniając (a to chyba jedyne realne wyjaśnienie tutaj), że Snow również przybył z roku 2099, David daje nam nadzieje na jakąś kontynuację w Spider-Manie 2099. To wygląda trochę, jakby złośliwie pomachał decydentom przed nosem Miguelem, żeby powiedzieć: możecie mi zamknąć jedną serię, ale mam jeszcze drugą i dokończę te wątki, choćby nie wiem co. No to miejmy nadzieje, że tak zrobi i zobaczymy tam wkrótce X-Factor, których wątek domknie się razem z wątkiem Snowa. Tymczasem jednak ciężko uznać ten numer za dobry, bo za dużo zostawia dyndających wątków. Może dostać najwyżej 5/10. No i w sumie, seria jako całość też. 
Rodzyn: Mimo iż jest to ostatni numer, widać, że PAD nie żegna się z drużyną. Są spore szanse na pojawienie się tej odsłony X-Factor w Spider-Man 2099 i pociągnięcie paru wątków. Może nawet dostaniemy vol.2 po zakończeniu "Secret Wars"? Szkoda jedynie, że Quicksilver został przekazany Remenderowi... 
Wracając do numeru: skupiając się głównie na relacjach między postaciami, PAD ponowie pokazał, co było siłą tego komiksu. Wreszcie poznajemy prawdziwą twarz Snowa, szkoda, że dopiero w ostatnim numerze, bo już wcześniej można byłoby doprowadzić do crossoveru ze Spider-Man 2099. Serii brakowało wyraźnego villaina, a przez to bardziej interesującej fabuły. Pozostaje mieć nadzieję, że jeszcze kiedyś zobaczymy Polaris i jej drużynę. 
Sążny: Peter David jasno wskazał w tym zeszycie, że jeszcze się trochę pobawi zabawkami, które porozstawiał w tej serii i nawet jej zakończenie mu w tym nie przeszkodzi. Podkreśla to nawet podział rysunków pomiędzy Di Giandomenico a Slineya, który współpracował z PAD-em w "Spider-Man 2099". I to właśnie tam należy spodziewać się kontynuacji wątku Snowa, a ujawnienie jego pochodzenia w tym numerze zachęca do uważniejszego przejrzenia poprzednich numerów przygód Polaris i spółki. Sama seria była naprawdę solidna, choć trzeba przyznać, że tie-in do Axis oraz historia z poprzednich dwóch zeszytów były wyraźnym obniżeniem lotów. Mając jeszcze parę stron do dyspozycji, scenarzysta prostuje wątek Danger i Warlocka oraz żegna się z Quicksilverem, którego podebrał mu Remender. Ale poza tym nie odczuwa się zbytnio tego, że mamy do czynienia z ostatnim numerem. I mam nadzieję, że uda się Davidowi pociągnąć zapoczątkowane przez siebie wątki. Gdziekolwiek by to nie było. 

All-New X-Men #35 
Krzycer: O, ekipa jest znowu razem. I wyszło z tego parę zabawnych dialogów. A potem pobili się z Doomem i Doombotami. Czyli wydarzyło się więcej niż we wszystkich poprzednich numerach tej historii razem wziętych. Mówiłem już, że Bendis beznadziejnie rozplanowuje swoje historie? 
Gil: Ta historyja jest już strasznie męcząca. Może gdyby zakończyli ją w tym numerze, jeszcze jakoś bym to przełknął, ale zamiast tego, w najciekawszym momencie, Bendis postanowił nam zafundować przydługą retrospekcję na temat: jak oni się odnaleźli. Dobra, miało to sens, ale pewnie nawet bym nie zauważył, gdyby tego fragmentu zabrakło, bo już zdążyłem zapomnieć, co było w poprzednim numerze. Albo, co bardziej zgodne z prawdą – nie pamiętam w ogóle, co robili od przybycia, bo tak bardzo było to nijakie. Jak zwykle, było parę fajnych momentów w dialogach, ale też jak zwykle – nie jest to usprawiedliwienie dla rozciągania całej historii do granic absurdu. Znudzone 4/10 dam. 
Tori: Zaraz, zaraz, znaczy się... Na początku dostaliśmy zakończenie numeru, a potem wyjaśnienie jak do niego doszło? No zgoda, takie zabiegi się stosuje w narracji, ale mimo wszystko wypadałoby dodać ze dwie strony więcej, bo tak to całość jest nieco rozczarowująca, przynajmniej w moim odczuciu. Zwłaszcza, że jak się czyta przygody Ultimate Pajączka, to ciągu dalszego można się domyślać (Doom padnie od Venom Blasta). Tak więc niestety, ale rozplanowanie historii trochę leży, a sama opowieść zaczyna się dłużyć. Za to na plus są dobre interakcje między postaciami i ich odpowiednikami z różnych czasów, światów itd. Ostatecznie wychodzi średniak, czyli 5/10. 

Amazing Spider-Man vol. 3 #13 
Xavier83: No dobra. Historia posunęła się mocno do przodu i finał naprawdę zapowiada się dobrze. Dwa istotne zgony wyszły przekonująco, choć jest szansa, że jednak nie są finalne. 
Czytam tylko główną opowieść i jak na razie nie zawodzi. Jedyne co mnie trochę denerwuje to fakt, iż istotne wydarzenia są też rozgrywane w tie-inach [zniszczenie fabryki klonowania, śmierć Reilly'ego]. Powinno to mieć miejsce w głównej historii według mnie. Trochę fajnego poczucia humoru u Spider-rodzinki jest. 6,5/10.
Gil: Zabawne, że dokładnie tego, co zrobili tutaj z Benem, spodziewałem się na początku po pajęczaku zwanym Last Stand, który okazał się Ezekielem. Czyli, że jednak nadal bardzo możliwy jest scenariusz, w którym na końcu zginie jeszcze jeden wujek Ben, ale tym razem Piotrek będzie mniej emo, za to Otton się wzruszy i właśnie dlatego postanowi oddać mu ciało. Tymczasem jednak poświęcają tej postaci zdecydowanie za dużo miejsca i robią to trochę za późno, co w efekcie rozwadnia akcję tuż przed finałem. Ale nadal jest parę fajnych momentów, które wiążą całego crossa. Tak samo, jak jest parę głupich. No dobra, tym razem nawet więcej głupich, bo najważniejsze postacie właściwie same podają się na tacy przeciwnikom, żeby trzeba było je ratować. Rozbawił mnie ten kadr, na którym Inheritors odkrywają ich przybycie i mają takie miny, jakby sami nie mogli uwierzyć w naiwność tej sytuacji (wyglądają przy tym jak koty, którym do pokoju wpadł kanarek). Nawet jeśli prowadzi to do paru fajnych momentów i wprost do finału, to nadal jest strasznie naiwne. Podobnie jak nagłe odkrycie, że Arana jest jedyną osobą, która potrafi odczytać zwoje, żeby tylko przydała się do czegokolwiek. No cóż, za to przynajmniej Kaine miał swój moment i trochę zarządził. Ale za to mogę dorzucić coś za dobre rysunki i nadal miałem jakąś przyjemność z czytania, więc skończę na słabszym 6/10. 
Demogorgon: Tu...było zadziwiająco dużo dobrych rzeczy. Podobał mi się Spider-Uncle Ben, bo jego historia była fajna dla kontrastu losów Petera a i reakcje Otta były przezabawne. W ogóle w tym numerze Otto był świetny, jego przemowa do wujka Bena była szczególnie interesująca. Na drugi plus należy zaliczyć z kolei Kaine'a. Zrobił jedną rzecz zanim przyszła jego kolej w meatgrinderze, ale to była rzecz absolutnie cudowna i taka, którą naprawdę chciałem zobaczyć. Super Sayan Steampunk Vampire Santa dostał to, na co sobie zasłużył, @#$% go. I jasne, Kaine zginął i to nie była nawet dobra śmierć, ale jednak w tym jak słabo pokazany był jego ostatni wyczyn kryje się coś ironicznie satysfakcjonującego - Inheritorzy zabijali tak pająki cały event, to jak najbardziej pasuje aby jeden z nich zszedł w ten sam sposób. 
Na jeszcze jeden mały plus interakcje między Spider-Manami z Indii i Anglii były pzyjemne, jakkolwiek jest tu pewnie żart o brytyjskim kolonializmie do opowiedzenia. 
Za to prawdziwym problemem tego komiksu jest to, że to niby komiks o Spider-Manie a Peter jest akurat najbardziej bezużytecznym jego elementem. Nie tylko nic nie robi, nie tylko jest bezużyteczny, nie tylko nawet Mayday na niego wrzeszczy, żeby przestał ganiać za własnym ogonem ale w swojej głupocie powiedział Ottowi coś czego mówić mu nie powinien. Czemu ta historia jest o nim? 
Sążny: Ilość odniesień do tie-inów jakby zmalała, na czym zyskała spójność zeszytu, który jest przygrywką do wielkiego finału. Wiele z pajęczych postaci ma zapadające w pamięć momenty (Kaine!) i tyczy się to nawet tak marginalnych postaci jak Spider-Man India. Oczywiście, jak to u Slotta, jest jeden wyjątek w postaci samego Petera Parkera. Tradycyjnie już u tego scenarzysty wychodzi z niego kawał buca. Co nie zmienia faktu, że sam zeszyt został napisany całkiem sprawnie, a solidna robota Camuncoliego tylko pomoga w odbiorze. 
Kminek: Fanem Pajęczaka nigdy nie byłem i raczej nie będę, a ten komiks wziąłem do ręki ze względu na Spider-Verse (rzecz oczywista). 
Niby fajny zabieg, że to Peter przekonuje wujaszka Bena, by walczył, choć w pewnym momencie zaczynają męczyć te wariacje na temat siły i odpowiedzialności. A cała akcja z rodzinką Morluna i pajęczą przepowiednią też mi jakoś tak nie leży. Poczytam, żeby zobaczyć, jak się skończy, ale bez szału. 
Ciekawi mnie tylko, czy te pajęcze postacie, które są w SV pojawią się potem w Secret Wars. 
Tori: Ważne, przed czytaniem zapoznać się z Scarlet Spiders 3, bo już na wstępie mamy zaspoilerowany finał akcji w klonarni Jennixa (wprawdzie wszystko było do przewidzenia, ale jednak spoilery to spoilery). I to jest jeden z dwóch głównych zarzutów, jakie mam do tego numeru, istotne elementy fabuły rozgrywają się w tie-inach, a główna seria poświęca im za mało miejsca. Drugi zarzut, to pójście na skróty, ot Rodzinka ma Sciona, potrzebuje Othera i Bride do kompletu i co się okazuje? A to, że zarówno Silk, jak i Kaine radośnie wpadają do Morlun-Landu, a reszta ekipy musi się zebrać do akcji ratunkowej. O tyle dobrze, że jakieś powody oboje mieli, ale i tak za łatwo to poszło. O Aranie się nie wypowiem, bo za mało kojarzę postać i jej motyw z totemami, aby stwierdzić na ile dziwne/głupie było uczynienie z niej jedynej postaci mogącej czytać zwoje. Tyle o minusach, teraz plusy. Pozytywne zaskoczenie, jakim okazał się Emo Ben, a dodatkowo to nie Pietrek, a Otto wyciąga go z dołka. Wprawdzie oznacza to również, że w finałowym starciu Spider-Ben zapewne się poświęci, ale i tak sam motyw wyszedł fajnie. Podobnie jak parę innych scenek, pogadanka pajączków o kopiach, czy Kaine i jego "rage mode", a do tego rysunki dają radę. Ocena niech będzie (lekko naciągane) 6/10 i czekam na (oby już nie pocięty) finał. 

Black Widow vol. 3 #14 
Rodzyn: Ciężko pisać coś nowego o tej serii, bo z numeru na numer utrzymuje ona ten sam dobry poziom, powoli zbliżając Black Widow do odkrycia tajemnicy organizacji Chaos. Tym samym seria staje się coraz bardziej interesująca i w przeciwieństwie do Punishera ma spójne rysunki, przez co jeszcze przyjemniej się ją czyta. 

Bucky Barnes: The Winter Soldier #4 
Gil: Pierwsza połowa tego numeru, a może nawet 3/4, to wizualna droga przez mękę. Rozumiem, że chcieli zaakcentować odmienność sytuacji, ale wybrali okropną metodę. Te twarze są... No nie wiem. Już chyba nawet Papcio Chmiel narysowałby coś bardziej realistycznego. Tło się broni, chociaż kolorystyka i tuszowanie rzucają mu kłody pod nogi, ale całość jest dla mnie niestrawna. No i właściwie ta część niewiele wnosi. Staruszek Bucky z hipisowskiej przyszłości postanawia sobie poskakać po światach i podłubać przy tych, gdzie nie miał szczęścia dożyć emerytury. Pomysł jak każdy inny, ale chodzi o realizację: można było upchnąć to na jednej stronie, zamiast rozciągać na piętnaście, gdzie chodzi po farmie i siedzi na fotelu, bo to było strasznie nudne. Na szczęście, honor numeru ratuje końcówka, w której wracamy do rzeczywistości i za ołówek znów łapie się Rudy. A żeby być jeszcze bardziej konkretnym, to do ostatniej strony byłem prawie pewien, że nie będę czytał dalej, ale jednym ruchem całkowicie odwrócili moje odczucie. Jest wrażenie i jest haczyk, ale to jedna sprawa, natomiast druga to fakt, że wykonanie tej sceny jest wprost idealne. Czasami tak niewiele potrzeba, żeby ocena podskoczyła o parę punktów i sięgnęła 6/10. 

Captain America & Mighty Avengers #4 
Gil: Przynajmniej ktoś w końcu wykorzystał ten durny pomysł inwersji w jakiś bardziej sensowny sposób. Cage nadal odgrywa swoją rolę, żeby dostać sie na tyły wroga i to akurat jest całkiem fajne. Zwłaszcza, że śmieją się nawet z tego durnego filmiku, który miał wszystko zatuszować. Z drugiej strony mamy Fa(i)lCapa, który siedzi i przeżywa. To już wygląda gorzej, ale przynajmniej jest to jakakolwiek reakcja, czyli coś, na co autor całego bałaganu nawet się nie zdobył. Mogli jednak postarać się o coś bardziej ludzkiego niż „I will not fail, because I am ‘Murica!” A obok tego wszystkiego zawiązuje nam się jakiś ciekawszy i solidniejszy wątek, do którego wprowadza Kaluu i który rozwija się wokół zabójstwa Mace’a. Trochę sie obawiam, że znów wyjdzie bitka z potworkami, jak było przy wampirach, ale póki co, można poczytać. Dam więc 6/10. 

Elektra vol. 3 #10 
Gil: Bardzo fajny był początek z wizytą w głowie Bullseye’a. Potem miałem wrażenie, że coś wycięli, żeby akcję przyspieszyć, bo gdy pojawia się ponownie, jest już całkowicie sprawny. O ile nie wstawią tu jakiejś retrospekcji, zostanie spora dziura. Na szczęście – jeśli mnie pamięć nie myli – już jedną taką dziurę porządnie załatali, więc na razie nie będę się tego czepiał. Część środkowa dla odmiany była bardzo... creepy. Przez chwilę bałem się, że nowym szefem Gildii zostanie Hit-Monkey. Rzeczywistość okazała się bardziej łaskawa, ale jednocześnie zaoferowała rozwiązanie o tym samym poziomie ciarkowatości, to w przypadku Pana Pożeracza. Dziewczę i jej małpy w maskach zdeformowanych lalek zdecydowanie są creepy. Ale czy nie za to lubimy tę serię? Za ten rodzaj dziwności, połączony z jej plastycznością. No właśnie. I dlatego dam jej nadal 7/10. 
Rodzyn: Przedostatni numer serii to kolejny popis umiejętność Del Mundo, sceny w umyśle Bullseye są po prostu świetne. Ale nie tylko one. Blackman wprowadza na scenę przywódczynię Gildii Zabójców i jej małpy w maskach, kolejny przedziwny, ale interesujący pomysł w tej serii. Cały numer daje nadzieję na zaskakujący i zadowalający finał i oby tak było.

Fantastic Four #642 
Gil: Nadal nie kupuję. Co prawda udaje im się ustawić tego nowego miśka za ostatnimi wydarzeniami w jakiś logiczny sposób, to im dalej w historię próbują go wepchnąć, tym mniej sensu w tym jest. I nawet Reed wprost mówi, jak głupi jest pomysł, że jego jedyną motywacją jest zazdrość. Chyba autor próbuje w tym dialogu odeprzeć ten oczywisty argument, ale nie bardzo mu to wychodzi. Kolejne grzechy tytułu to konsekwentnie szowinistyczne podejście do Susan (znów świruje, gdy tylko ktoś wspomni o dzieciakach), absolutny brak umiejętności przekazania znaczenia sytuacji (ojejku, inwazja z kosmosu, której nikt nie zauważył), no i niepotrzebna w tym momencie zmiana numeracji. Był jeden fajny moment: akcja Bentleya. Tak naprawdę, jedna rzecz, która jeszcze mnie tu trzyma, to zapowiedź, że będzie to prawdopodobnie ostatnia historia z Fantastycznymi na jakiś czas. Cóż, z góry wiemy, że większa krzywda im się nie stanie, bo przewijają się w zapowiedziach i dziejącej się w bliskiej przyszłości historii Hickmana, ale jestem w miarę zainteresowany tym, jaki pretekst wynajdą. Samą historią natomiast jestem coraz mniej zainteresowany, więc dam 4/10. 

Guardians Of The Galaxy vol. 3 #23 
Gil: No proszę! Gdy już myślałem, że ta historia jest zupełnie o niczym, okazuje się, że Bendis jednak miał jakiś pomysł. I tu zaczynają się problemy... Raz, że cały ten pomysł został wepchnięty w ostatni zeszyt historii, po tym, jak cała reszta została wypełniona randomowym festiwalem połączeń z Venomem. Dwa, że ten pomysł nijak ma się do przedstawianej wcześniej wizji Planety Symbiontów (w historii pod tym samym tytułem z czasów Clone Sagi), a nawet całkowicie ją wywraca do góry nogami, chociaż jednocześnie próbuje to wytłumaczyć. I w ten sposób Symbionty zyskują nową nazwę (która swoją drogą brzmi jak jedno z przekleństw Rocketa) i z zębatych glutów przeistaczają się cudownie w płaszczko-motylki z mentalnością jednorożca. Nawet Venom – stary dobry zjadacz mózgów – nagle stał się hipisem i zaczął gadać o szacunku. I to wszystko jest po prostu dziwaczne. Trochę jakby próbować wmówić ludziom, że tasiemiec ma dobre intencje, bo chce pomagać w odchudzaniu. Oh, wait... niektórzy przecież w to wierzą... No dobra, w każdym razie, po przejściu przez wspólną sekwencję taneczną rodem z Bollywood (spokojnie, to tylko metafora), wszystko prowadzi do apgrejdu Venoma, po czym historia nagle się urywa. Nie wyjaśnili właściwie, czy Flash dostał innego symbionta, czy tego samego, tylko po terapii. Nie było właściwie żadnego podsumowania czy decyzji. W jednej scenie robią podmiankę, a w następnej są już na statku i zajmują się czymś zupełnie innym. Tak więc, chociaż pomysł jakiś jest, to chyba wolałbym, żeby go nie było, bo wykonanie jest strasznie marne i z czapki wzięte. A swoje wrażenie podsumuję na 3/10. 
Sążny: Wyszło po bendisowsku. Dużo ganiania, dużo obietnic i trochę zwrotów akcji, by zakończyć wszystko na chybcika. Okazało się symbionty (pardon, Klyntary) to trochę takie wybredne panny na wydaniu, które nie zadowolą niczym gorszym niż ideał. A jak na taki nie trafią, to zamieniają się w straszne jędze, które niszczą czyjeś życie. W świetle tej analogii tym trudniej jest zrozumieć, dlaczego symbiont tak sobie upodobał Flasha. Cóż, miłość jest ślepia. A wracając do samego Thompsona, zyskał on nowy look, który jest niczego sobie, ale trochę za bardzo inspirowany latami 90. i pasujący jak pięść do nosa do ostatnich poczynań jego nosiciela. 
Kminek: Przed wydarzeniami w GotG o symbiocie wiedziałem tyle, że jest z kosmosu, pragnie Spider-Mana, miał burzliwy romans z Eddiem Brockiem, a potem ostatecznie wybrał Flasha Thompsona. Po wydarzeniach w GotG jestem mądrzejszy o to, że, zależnie od nosiciela, lubi zmieniać formę, jest niesamowicie niestabilny emocjonalnie i ma mega potężnych braci, którzy są (w zdecydowanej większości) prawi i sprawiedliwi. Jeden z nich zajął miejsce "oryginalnego" symbiota, zmieniając biednego Flasha Thompsona w połączenie Venoma i Hulkbustera z logo Strażników na ramieniu. 
Bendis fajnie sobie radzi z interakcjami między bohaterami (szczególnie jeśli chodzi o teksty Rocketa), ale oś fabularna jakoś tak się rozmywa... Guardians trafili do punktu medycznego, gdzie ich wyleczono ze wszystkiego, a potem wrócili, by dowiedzieć się... No właśnie, cliffhanger na koniec jakoś taki też "niemiażdżacy", zwłaszcza, że na horyzoncie mamy "Black Vortex". 
Rysunki bez zarzutu, ale jakieś takie mieszane uczucia mam co do tego całego "Planet Venom". 

Legendary Star-Lord #8 
Gil: Bida z nędzą... Na początku bałem się, że będzie całkowita powtórka z numeru poprzedniego, ale na szczęście (?) poszli w trochę innym kierunku. Czy lepszym? Not ryli. Najpierw kłótnia dla pretekstu, później trochę scenek rodzajowych, żeby jakoś to wyklepać i znaleźć pretekst do wplecenia macguffina, po czym na koniec zupełnie od czapy Kitty wypala „ukradnijmy Black Vortex”. Po pierwsze: Kitty?!? Po drugie: przecież nawet nie wie, co to jest! Ledwie usłyszała, że jest o tym jakaś legenda. Równie dobrze mogła mu zaproponować kradzież Graala... Ale pretekst musi być, więc yeah, whatever. Aha, w tle plącze się jeszcze Thane. Pamiętacie gościa? Bo ja już prawie zapomniałem, a podobno był taki ważny... Oj, coraz trudniej się to czyta i coraz większą mam ochotę zakończyć tę „przygodę”. Tym razem 3/10. 
Tori: Love Story ciąg dalszy, a że jest to ukazane w sposób, który lubię, to i przyjemnie się czytało. Właściwie relacje między Peterem a Kitty to główny powód mego zainteresowania tą serią, bo niestety, ale jedyne do czego ona dąży, to kolejne konfrontacje Quilla z tatuśkiem i kolejny crossover z X-Menami. No i Thane dołączył do zabawy i trochę za łatwo dał się przekonać, jeśli mam być szczery, a na pewno w mało oryginalny sposób. Zdobyć wielką moc, żeby móc ochronić mój lud przed tym złym? Przecież wiadomo, że jak coś pójdzie nie tak, to ów lud zginie w pierwszej kolejności. Swoją drogą, ciekaw jestem czy i Thanos się w crossoverze nie przewinie, a na razie 6/10 i czekam na następna kosmiczna awanturę. 

Loki: Agent Of Asgard #10 
Gil: Drugi raz w tym tygodniu Ewing zabiera się za sprzątanie burdelu po SIXIS i znów udaje mu się coś z tego wyciągnąć. W przypadku Lokiego nawet nieźle zamieszał i splótł to wszystko z większą całością, doprowadzając do całkiem istotnego wydarzenia. Wielki plus za przytulenie wątków Gillena, chociaż może wolałem, gdy była w tej sytuacji nuta niedopowiedzenia. Mniejszy plus za starcie z Thorem, które również fajnie się zaczyna, ale kończy właściwie jak zwykle. Tyle, że tutaj jest jakaś szansa na konsekwencje. No i oczywiście nic nie bawi tak, jak humor fekalny... uhm, wait... No dobra, dowcip może i był cienki, ale reakcja na niego zabawna. Czyli nadal dobrze jest i czyta się fajnie, a przy tym wygląda również nieźle. Będzie więc znów 7/10.
LeGoL: Większość numeru przegadana, do tego stopnia, że na jednej ze stron nawet nie było sensu nic rysować. W sumie to nie przeszkadza, interakcje Thora z Kid-Lokim zawsze mi się podobały, więc ich rozwinięcia mnie wciągają. Cliffhanger pozytywny, nie wymuszony, ale pozostawia uczucie, że "chcę więcej". W zasadzie nie mam się do czego przyczepić.
Kminek: Nie zdradzę wiele, jeśli powiem, że ten, kto przeczytał dziesiąty numer przygód o agencie Asgardu będzie zdenerwowany. Sam numer nie jest zły, fajnie wypada rozmowa braci, nieźle wypada rozliczenie się z AXIS, gniew Thora też ekstra, ale... W tym numerze mamy wielki spoiler dotyczący tego, co będzie się działo w kolejnym numerze (bądź kolejnych numerach) o solowych przygodach Thora! To jest największy minus, bo reszta jest ok, a nawet bardzo ok!

Magneto vol. 3 #14 
Krzycer: Całkiem fajne. Szczególnie udana była retrospekcja ze zniszczenia Genoshy i tego co stało się później (ale czy w Uncanny X-Men "z epoki" nie było mowy o znalezieniu ciała Magsa w ruinach Genoshy? Pamiętam, że przed Xorneto był jeszcze jeden - szczęśliwie niewyjaśniony - podszywacz, właśnie ten któremu miało się zemrzeć w Genoshy... ale ciiicho, sza!). Co prawda znowu pojawia się MGH, znowu działające w absolutnie przewidywalny sposób, podbijając moce Magneto na dawne poziomy, czyli zupełnie nie jak MGH (...za to zupełnie jak Sublime Kick... a w ogóle, jeśli Bunn ciągle potrzebuje dopałerowanego Magneto to mógłby mu po prostu zwrócić moce), ale mniejsza o to, bo zakończenie i tak posyła historię w zupełnie nieoczekiwanym kierunku. I dobrze. Lubię wątpiących bohaterów - o ile tylko z tych wątpliwości wynikną jakieś postanowienia i konsekwencje.
Gil: No, to wracamy do głównego tematu i zwyczajowego poziomu. Co oznacza, że na pierwszy rzut oka wszystko wygląda fajnie, ale w szczegółach siedzą diabliki. Co jest fajne? Retrospekcja ze zniszczenia Genoshy, która uzupełnia sporo elementów tej historii, nieźle wpasowuje się w continuity i dobrze oddaje determinację Magsa. No i to, jak ostatecznie wpłynęło to na jego decyzję tu i teraz. Co nie jest takie fajne? Akcja SHIELD jest właściwie od czapy i wydaje mi się, że znacznie przekracza ich jurysdykcję. W retrospekcji, Madziu wydaje się zdecydowanie za młody. No i trochę zbyt łatwo odpuszcza, ale to można zrzucić na karb osłabienia. Aha, no i trochę się rozmyła ciągłość z watkami sprzed SIXIS. Czyli, że co? Czyli, że jak zwykle – można poczytać i na pierwszy rzut oka mieć nawet z tego trochę przyjemności, ale jeśli chcecie ten tan podtrzymać, lepiej za dużo się nie zastanawiać. Będzie więc górna granica 5/10.
Sążny: Patrząc z trochę większego dystansu na ten numer to zbyt wiele się nie wydarzyło. Ot, po całej zawierusze z Axis, Magneto poszwędał się trochę po Genoshy, pokazał S.H.I.E.L.D., że potrafi zakozaczyć, a po pewnym czasie poddał się. Ale zbudowanie przez Bunna na bazie flashbacków paraleli sytuacji w której się obecnie znalazł do masakry Genoshy z czasów X-Men Morrisona wyszło bardzo zgrabnie. Miło powitać serię z powrotem na właściwych, niezaburzonych żadnym eventem torach.  

Moon Knight vol. 7 #11 
Gil: No dobra, trochę jestem skonfundowany... Niby jest jakaś ciągłość, ale akurat w tym przypadku, wprowadzenia znienacka dodatkowej frakcji do gry nie bardzo ma sens. Tym bardziej, że jak znam Wooda, była to tylko dygresja i tło dla motywu z Khonshu, więc nie zobaczymy ich więcej (zwłaszcza, że niedługo oddaje serię). Poza tym, muszę się przyczepić do lokalizacji. Wiem, że autor ma fisia na punkcie wielkich samolotów, ale bez przesady. Tak wielkiego samoloty, żeby zrobić w nim więzienie ze stołówką, spacerniakiem i kilometrami korytarzy po prostu nie ma. Poza tym, jestem prawie pewien, że wewnątrz dałoby się wyczuć zmiany położenia i ciśnienia, więc Spector by się nie nadział w ten sposób. No i jeszcze to, że zrobił wyłom plastikowym nożem... Może i wizualnie było to wszystko fajne, ale fabularnie już niestety nie. Dlatego tym razem będzie tylko 4/10. 

Rocket Raccoon vol. 2 #7 
Gil: Historyjka dosyć prosta, ale jednak bardzo fajna właśnie dzięki temu. Czasami bywa tak, że fabuła jest aż za bardzo zakręcona i właściwie nie wiadomo, o co chodzi, byle był jakiś pretekst do rozpierduchy. Tutaj jest prosto: życie kolegi jest zagrożone, więc Szop podejmuje się wyprawy, by go ocalić. A, że w tym klimacie wygląda to trochę jak Hobbit na planecie Hoth, to nawet czyni całość bardziej interesującą wizualnie. Powiedzmy sobie szczerze: każdy kto w życiu przeczytał cokolwiek wie już, jak to się skończy, ale nie uważam tego za przeszkodę, bo nadal pozostaje milion możliwości osiągnięcia tego celu, a z wyobraźnią Younga na pewno będą wykorzystane na maksa. A że w sumie potrzeba mi było takiej właśnie prostej historyjki dla czystej rozrywki, to nawet dam 7/10. 
Tori: Historia z tego numeru przywodzi mi na myśl questa z typowych RPGów. Groot został poważnie ranny i tylko od Rocketa zależy, czy z tego wyjdzie. Szop wyrusza więc na misję w towarzystwie śnieżnej ninja-elfki, aby wyleczyć swego przyjaciela. Prosto i przewidywalnie, bo wiadomo, że misja zakończy się sukcesem, ale co z tego, jak jest to dobrze opowiedziane i fajnie się czyta. Dodatkowo zimowe otoczenie, tak krajobrazy jak i zwierzątka, ładnie się prezentują, a że można z tego jeszcze parę ciekawych pomysłów wyciągnąć, to i czekam na ciąg dalszy. Ocena: 7/10. 

Scarlet Spiders #3 (Of 3) 
Gil: Koniec wreszcie. Najpierw przeczytałem Amazing, więc wiedziałem już, jak się to skończy i paradoksalnie wtedy odniosłem trochę lepsze wrażenie niż po poznaniu szczegółów. Otóż Ben poświęcił się... o tyleż heroicznie, co głupio. Albo może i bardziej głupio, bo jak tak spojrzeć na sytuację, to zupełnie nie ma ona sensu. Kto wysadza budynek, zaczynając od dachu? Czemu wysadza się sam, skoro równie dobrze mógł to zrobić z dystansu? Po co właściwie to robi, skoro sam mówi, że nadajnik, który chcieli zniszczyć jest już usmażony? Jakim cudem z eksplozji została nienaruszona maska, skoro nawet truposz wyparował? A skoro już jesteśmy przy tych pytaniach, to gdzie wyparował ywil Human Torch w środku numeru? Generalnie za dużo tych pytań, a za mało sensu, więc zadowoliłbym się wzmianką w Amazingu i darował sobie to. Dam 3/10.
Tori: Okładka sugeruje, że jeden z trzech pajączków zginie, a pierwsze strony jasno dają do zrozumienia który. Zaskoczenia w sumie nie ma, bo od początku sposób bycia Bena tworzył z niego kandydata na poświecenie się, by ocalić wszystkich. Szkoda tylko, że sama śmierć wyszła tak sobie i zdecydowanie lepiej można to było rozegrać. Za to na plus Kaine i jego reakcja, oraz ostatnia strona, po której wreszcie poczułem, że faktycznie mieliśmy tu heroicznego trupa. Trochę irytowały też teksty Bena o niezabijaniu, bo niby jak on chciał problem Inheritors rozwiązać? Jednak ogólne interakcje między postaciami na plus, parę zabawnych tekstów się trafiło, a i Jennix nie był taki zły, jak reszta rodzinki. Niestety, za kiepskawe uśmiercenie postaci będzie tylko 4/10. 

Spider-Verse Team-Up #3 (Of 3) 
Gil: Część pierwsza, o dziwo, nawet ma sens, bo uzupełnia wątek rozpoczęty w Amazing. Grupa desperatów próbuje przeciągnąć na swoją stronę tego Inheritora, który ma daddy issues. Nawet da się to przetrawić, chociaż nie bez konstatacji, że poszło im nadzwyczaj łatwo i szybko oraz, że strasznie są naiwni, oferując mu swoją energię życiową. Ale jakoś poszło i tak naprawdę dopiero w finale dowiemy się, czy miało to sens. Historyjka druga dla odmiany jest całkiem bez sensu. Spider-Girl nadal histeryzuje (zaczynam podejrzewać, że to jej główna rola w tym evencie), po czym razem z wujkiem Benem walczą z pająkami. Tia... radioaktywne pająki wyłażące tysiącami ze ściany... i niby, co im mogą zrobić? Ugryźć i zmienić w Spiderojejtojużsięstało! Czyli pierwsza część w miarę potrzeba, druga absolutnie nie. Wypadkowo 4/10. 
Demogorgon: Koniec końców historia o Mayday okazała się rozczarowaniem. Trzeba było ją team-upnać z Supaidamanem. Za to miło, że zasugerowali, że to może wcale nie byc May którą znamy ze Spider-Gril. Za to historia o ekipie Anyi była całkiem rozrywkowa. Szczególnie rozłożył mnie Spider-Punk, który powoli wyrasta na odkrycie roku, a przynajmniej stycznia. Ale i tak, jeśli możecie (bo ja np nie mogę, a próbowałem), to kupcie ten komiks. Mayday zasługuje na kolejną serię. Zwłaszcza jeśli zleje ona po Spider-Verse. 

Spider-Woman vol. 5 #3 
Gil: Ten numer próbuje nadrobić przedział czasowy między poprzednim zeszytem, a aktualnym numerem Amazinga, czyli właściwie bubę, którą scenarzysta zrobił sobie sam, cackając się z bezsensownymi dodatkami i rozwadniając fabułę i tak już cienką jak soki z biedronki. Czyli najpierw cackają się jeszcze trochę, potem przepisują żywcem dwie większe sceny z poprzedniego ASM i przez kolejne seksistowskie dodatki (bo przecież bohaterka musi rozedrzeć sukienkę, żeby mogła świecić dupą) przechodzą do tego, co w miarę aktualne, czyli odsieczy. I zaraz znów robi się głupio, bo Silk rozwala kolejny teleporter. Chociaż, jak się tak zastanowić, to głupie było raczej umieszczanie ich na nadgarstku, bo wręcz powinny być rozwalane w każdej walce. Yeah, whatever. No i dorzucili jeszcze Gwen, która dotąd nic właściwie nie robiła a teraz... może być takim samym bucem, jak Jessica na początku. Yay. No i oczywiście są jeszcze te rysunki... Tak naprawdę, to chwilowo wyższą ocenę zawdzięcza to tylko faktowi, że najważniejszą część ściągnęli z innego (lepszego) komiksu. A tą oceną będzie 4/10. 
Sążny: Jeju. To wciąż jest złe. Ani nie wnosi to zbyt wiele do Spider-Verse, ani nie śmieszy. Ba, wiele odzywek bohaterek jest po prostu żenujących. W bonusie Jessica ma okazję rozedrzeć kieckę, Silk popełnić po raz kolejny ten sam błąd, a Spider-Gwen nie pokazać zupełnie nic oryginalnego. A wszystko okraszone rysunkami Landa. Chyba jeszcze przez jeden zeszyt będzie kręciło się to przy Spider-Verse, więc chyba dopiero od #5, gdzie pojawi się nowy strój, a za ołówek chwyci Rodriguez może będzie lepiej. Choć bez zmiany scenarzysty może być ciężko... 

Superior Iron Man #4 
Gil: No, trzeba przyznać, że w tym numerze Antonio zarządził nawet bardziej niż w poprzednich, ale też trzeba zauważyć, że niektóre motywy zaczynają trochę przypominać Superior Spider-Mana. Mówię tutaj głównie o powszechnym monitoringu wszystkich i wszystkiego, który wygląda prawie identycznie, aczkolwiek tutaj jest nieco lepiej przemyślany. No i zabawniejszy, gdy grozi wysyłaniem rachunków za uszkodzenie. Fajnie wyszedł występ w telewizji i konfrontacja z SHIELD, ale zdecydowanie najlepiej, kolejne starcie z Daredevilem. Jak to się wyda, to nie będzie przebacz (tzn. będzie, wiadomo, ale przynajmniej przez chwilę zrobi się poważnie). No i właściwie dotyczy to zarówno tego, co Matt odkrył, jak i tego, co Tosiek mu zrobił. W przypadku tego pierwszego zastanawiałem się, czy nie lepiej byłoby to pokazać, zamiast informować, ale potem uznałem, że tak jednak wyszło lepiej. Tylko, że przyszedł ten czas, kiedy pojawia się jedno ALE. Jeśli jesteśmy już po SIXIS, to wszyscy powinni wiedzieć już, co jest z Antkiem nie tak, więc czemu nikt nic nie robi? Na razie jeszcze nie będę się czepiał, bo historia wydaje się dość zwarta czasowo, ale to pytanie będzie coraz większe z każdym kolejnym zeszytem i w końcu zacznie wpływać na odbiór. Ale póki co, jest na tyle dobrze, żebym mógł dać 7/10.
Demogorgon: W którym Tony Stark okazuje skrupuły, przywołuje swój Stand, bierze lekcje od Otta, Jokera, Zatanny i Capcomu. Mam jeden problem z tym komiksem, bo ogólnie trzyma poziom humoru - czy Daredevil naprawdę by po raz drugi poszedł do Starka i nikomu nie powiedział? Nie wiem czy to plot-inducted stupidity czy zwykła naiwna wiara, że tym razem Tony zmięknie, ale mogę dać Taylorowi kredyt zaufania, że to drugie. 
LeGoL: "Nie wytrzymam! Pernamentna inwigilacja! Nie wytrzymam!" Się Antek rozhulał i dobrze. Lubię takiego Starka. Symbiotyczna zbroja też wygląda coraz lepiej i praktyczniej, mimo że, w #1 to mi najbardziej przeszkadzało. Szkoda tylko, że wątek z Pepper stoi w miejscu, ale za to historia DD ładnie poszła w przód. 
Sążny: Chyba mój największy problem z tą serią kręci się wokół rysunków. Są poprawne, przejrzyste i sprawiają, że komiks czyta się płynnie, jednak nie są one w stanie oddać nowego image'u Tony'ego, przez co wygląda on paradoksalnie zgrzebniej niż zazwyczaj. Może to kwestia kolorów, nie wiem... W każdym razie mamy tutaj zamknięcie pierwszej historii, gdzie równie ważną postacią był Daredevil, który widocznie może do starkowej twierdzy wchodzić bez najmniejszych problemów tylko po to, by po raz kolejny zostać pozbawionym przytomności. Ale to, co robi przy tej okazji Tony to naprawdę potężne, śmierdzące jajo, które pewnie scenarzysta zamierza wykorzystać za kilka-kilkanaście numerów. I choćby dlatego warto dalej śledzić tę serię, mając przy okazji nadzieję, że się jeszcze trochę rozkręci.
Kminek: Obecnie to chyba mój ulubiony komiks o solowych przygodach superbohaterów, ale ten numer jest już gorszy niż poprzednicy. Sam sposób wyjaśnienia, jak Tony zaraził wszystkich Extremis jest fajny, ale żeby Matt Murdock nie powiedział o tym nikomu, tylko, no cóż, na pałę polazł do Tony'ego i wyznał, że "wie" nie spodziewając się konsekwencji? Lame! 
Na plus - Tony Stark dalej jest zimnokrwisty, a choć pokazuje nieco cieplejsze oblicze, to autor dba, by wybalansować je odpowiednią dozą postinwersyjnej mendowatości  :D 
Tori: Axis było jakie było, jednak nowa wersja Iron Mana to zdecydowany plus tamtego wydarzenia. Stark ukazany jako kawał skurczybyka, który robi co chce i wie, że nawet jak ktoś będzie próbował go powstrzymać, to i tak mu się nie uda. Dla lepszej kontroli ustawia tez monitoring w całym mieście, dzięki czemu mamy zabawną scenkę z Daredevilem i niszczeniem kamer. Matt natomiast czegoś się domyślił i trzeba przyznać, że w połączeniu z następstwami i "rozmową" z Tośkiem jest to ciekawy zwrot akcji, który mam nadzieje będzie miał jeszcze ciekawsze następstwa w przyszłości. Czyta się fajnie, chce się więcej, Bad-Ass-Stark rządzi i wychodzi 7/10.

Wolverines #3 
Krzycer: Moje oczy. Ta kreska. To nie na moje oczy. 
Ale hej, nie ma to jak poświęcić cały numer nowej postaci - bo dziesiątka bohaterów pierwszoplanowych to za mało. W ramach wynagrodzenia na ostatniej stronie dostajemy X-23 z shotgunem. Yeehaa! Mam nadzieję, że Soule jakoś podczepi Paradise pod Weapon Plus, bo wtedy moooże przełknę "przypadkowe" stworzenie żeńskiego Fantomexa (chociaż Fantomex nie został stworzony do bycia złodziejem, sam to wybrał) - obecnie wypada to tylko jak niewiarygodnie leniwe scenariuszopisanie. 
A żeby nie kończyć tak negatywnie, dodam, że podobało mi się polowanie na koszulkę Punishera i istnienie całego rynku kolekcjonerskiego, bo przez całą lekturę wspominałem podobny wątek z "Agent X" Gail Simone i było mi bardzo miło.
Gil: Właściwie przez cały czas obcowania z tym zeszytem, towarzyszyło mi jedno pytanie: co ja paczę? Nie mówię tu o rysunkach, które chociaż nie do końca są z mojej bajki, to odebrałem całkiem pozytywnie. Bardziej zastanawiało mnie, kim są ci ludzie i co oni tu robią? Fontanelle sobie wygóglałem, a posiadłszy już tę wiedzę, podsumowałem ją wzruszeniem ramion. Nie wiem, czemu miałbym się nią zainteresować? Nie wiem natomiast, kim jest jej zapijaczony facet, ani nie potrafię rozpoznać, kto pojawił się na końcu, chociaż nosi uniform z X na pasku. Nie wiedziałem też, jaki jest związek z Wolverines, dopóki nie pojawił się ten paskud, z którym wcześniej się bili. Czyli i tak meh. Paradoksalnie rozbawił mnie za to motyw z Punisherem i jego koszulką, bo wyszedł jakby Soule chciał powiedzieć: „hej, a ja kiedyś pisałem Thunderbolts!” Tyle, że nie ma się czym chwalić. Wiecie co? Chyba sprawdzę jeszcze jeden numer i jeśli nie zdoła mnie niczym zainteresować, to odpuszczę sobie tę serię. Dzisiaj 4/10.



Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2015.01.21.
Redaktor prowadzący: Dominik "Undercik" Nowicki  
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.