Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #385 (13.01.2015)

avalonpulse0.png
Wtorek, 13 stycznia 2015Numer 1/2015 (385)


Przed Wami pierwszy numer Avalon Pulse w tym roku. W środku kilka premier: Ant-Man, S.H.I.E.L.D., Operation S.I.N., Squirrel Girl czy Wolverines.

31.12.2014

all-new_miracleman_annual_1@m.jpg
All-New Miracleman Annual #1 
Gil: Zwykle nie oceniam Miraclemana, ponieważ to przedruki sprzed lat, ale skoro mamy tu nowy materiał, to najwyższa pora na wyjątek od reguły. Mamy tu dwie niepublikowane wcześniej historie znanych autorów, którzy przyłożyli rękę do serii. Pierwsza, autorstwa Granta Morrisona, to epizod z udziałem Billego Batesa, w którym usuwa on pewną mało znaczącą przeszkodę. Niewiele się tu dzieje poza tym, że pokazuje, jaki był zły. Ale wyszło to dość efektownie za sprawą grafiki, a zwłaszcza jednego zabiegu – tego, że Quesada upodobnił głównego bohatera do samego autora. Fajna sztuczka i niezły efekt. Plus oprawa wizualna dodaje co nieco. Historyjka druga opowiedziana została przez Petera Milligana i Mike’a Allreda. Sięga dalej w przeszłość i skutecznie naśladuje klasyczne historyjki z udziałem całej familii Miraclemana. Do tego stopnia skutecznie, że właściwie nie ma o czym mówić, bo jest równie o niczym, jak oryginały. I również wizualnie imituje je trochę nazbyt skutecznie. No, bo co ja poradzę, że stare komiksy są dla mnie ciężkostrawne? Ale ogólnie dobrze, że publikują takie rzeczy, bo zawsze to coś nowego i udowadnia, że się starają. A gdzieś w tle podsycają też nadzieje na coś zupełnie nowego. Dlatego dam 6/10, chociaż niewiele tu było. 



S.H.I.E.L.D. vol. 3 #1 
s.h.i.e.l.d._vol._3_1@m.jpg
Krzysiek: Komiks jak komiks - wielkie zagrożenie, huzia na Józia, w całym zeszycie jest jeden pomysł wykraczający poza "rzucić w problem powerhousem" który ma nam niby pokazać, jaki Coulson jest pomysłowy, tyle tylko, że... no właśnie. Jeden pomysł w całym zeszycie. Poza tym dewiza jak to Coulson "ma pomysły wykraczające poza szufladki 'FF', 'Avengers' itd" zdaje się sugerować, że pomysł na tę serię to "Marvel's Agents of SHIELD Team-Up", co mnie nieszczególnie jara. 
Dodajmy jeszcze, że serialowi agenci (May, Fitz, Simmons) przewijają się przez cały zeszyt, nie robiąc niczego konkretnego - choć na to można przymknąć oko, w końcu to pierwszy numer, a do tego skupiający się na Coulsonie. 
Mimo wszystko komiks ten ma jedną wielką zaletę - jest niewypowiedzianym wprost przyznaniem się przez Marvela, że "Battle Scars" było poronionym pomysłem. Zaserwowane tu retrospekcje z życia Coulsona nijak nie pasują do jego originu z tamtej serii, i bardzo dobrze, bo był beznadziejny. Teraz zastanawiam się tylko, czy i Nick Fury Junior doczeka się jakiegoś liftingu przy następnej nadarzającej się okazji.
Gil: Druga z nowości tego tygodnia również jest niby nowa, ale nie do końca, bo adaptuje na strony komiksu postacie z serialu. W większości… chociaż jeśli dobrze kojarzę, co tam w samym serialu się dzieje (bo nie śledzę na bieżąco), to będą musieli sporo akrobacji wykonać, jeśli chcą mieć całą ekipę. Tymczasem zaczynamy od przybliżenia postaci Coulsona z tego świata, z którym niewiele mieliśmy styczności poza Secret Avengers i od razu pojawiają się pytania, jak jedno ma się do drugiego? I właściwie te same pytania echem powtarzają się przez cały zeszyt, bo wydarzenia tutaj nie do końca pasują do continuity. Ot choćby taki a nie inny skład Avengers, czy dobór przeciwników raczej na wyrost. Ogólnie wyszło nieźle, bo udało im się stworzyć wrażenie, że istnienie tej ekipy w tym świecie ma sens i do czegoś się ona przydaje. Co prawda nie widzę jeszcze większego obrazka, ale może uda im się go zbudować. A skoro mowa o obrazkach, to grafika również dała radę… w większości, bo czasami ciężko było odróżnić od siebie agentów. Tak więc i tutaj dam 6/10, na zachętę.


Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2014.12.31.

07.01.2015

all-new_x-factor_19@m.jpg
All-New X-Factor #19 
Gil: Przy poprzednim numerze skutecznie odwróciło moją uwagę pewne zagranie, do którego nie chcę wracać. Teraz jednak mogę się zająć tematem zasadniczym tej historii, a prowadzi on do wniosku następującego: walka z potworą była pretekstem i wstępem do czegoś większego z udziałem szefa Servala. Do tego stopnia była pretekstem, że autorowi nawet nie chciało się przypilnować szczegółów, więc miasto pozostaje nienazwane, a Ammit wciąż jest „boginią”, chociaż sensu jest w tym tyle samo, co gdyby zmienili dziewczynę od pasa w dół w konia i nazywali „boginią Centaur”. Jedno, co wyszło fajnie, to końcówka, w której Danger radzi sobie z potworą, ponieważ nie ma duszy. Aczkolwiek w tym miejscu wchodzimy na trochę grząski grunt definiowania duszy i samo nasuwa się pytanie: co odróżnia ją od Warlocka? No, ale sam motyw niezły. I to głównie dzięki niemu, ten pretekst wyciągnie ocenę 5/10. 
Krzycer: Pamiętacie, jak przy poprzednim numerze zastanawiałem się, po co były te szopki z nawiązaniami do Jerozolimy i Palestyny, skoro w zapowiedziach była mowa o Trans-sabalu, i że liczyłem, że to będzie do czegoś prowadzić? No więc nie prowadziło. 
Zamieszanie było również z wskrzeszoną boginią Ammit (na marginesie - z mitologii egipskiej, co dodatkowo sprawia, że geograficznie nic już nie kumam), która została szybo i chwacko pokonana, i wszystko spoko, tylko... czemu? Po co? Zazwyczaj gdy PAD zostawia coś w takim niedopowiedzeniu to po to, by rozwiązać sprawę później, tyle tylko, że ANXF nie ma żadnego później, został mu jeden numer. I może to jest właśnie wytłumaczenie tej sytuacji - może ta historia miała być bardziej rozbudowana, a PAD musiał ją przyciąć, przez co zgubiła trochę ręce i nogi? No bo został już tylko jeden numer - w sam raz by na chybcika i pospiesznie zamknąć wątek Harrisona Snowa... i niewiele ponadto. 
(Zakładam, że jedną z rzeczy która się zgubi przed pospieszne domykanie serii jest kwestia niemania duszy przez Danger i - najwyraźniej - mania duszy przez Warlocka...) 
Kurczę. Po tym numerze boję się, że PAD nie ustoi lądowania w następnym i będzie jeszcze bardziej chaotycznie. 


amazing_spider-man_vol._3_12@m.jpg
Amazing Spider-Man vol. 3 #12 
Gil: Początek aktu trzeciego przynosi nam wyraźne zwolnienie tempa, po zwrocie kończącym akt drugi. To znaczy, że przychodzi ten moment, kiedy trzeba się przegrupować, obgadać parę spraw i przygotować grunt pod finał. I tak też, pajęcza ekipa postanawia się wycofać do nowej lokalizacji, którą znalazła Silk. Tam zaś czeka podręcznikowy odwracacz uwagi, w osobie wujka Bena. Przyznam, że nie spodziewałem się go akurat teraz, chociaż jak wcześniej pisałem, byłem pewien, że na jakimś etapie historii na pewno wypłynie. Swoją drogą, to też ciekawe, że przy tylu alternatywnych wersjach Spider-Mana, jakoś nie widać póki co innych odpowiedników The Bride, The Other i The Scion. Wracając jednak do analizy z podręcznikiem dla scenarzystów w ręce, znajdujemy też typowy gimmick do podkładania fundamentów pod finał, czyli przepowiednie, które Jessica dostaje od Weavera. No i okej, przynajmniej na coś się przydała i udało im się stworzyć wrażenie, że za historią kryje się jakiś większy zamysł. Czyli rewelacji może nie ma, ale całość jest w porządku i nawet fajnie się czyta, z wrażeniem, że prowadzi to do czegoś konkretnego. I nieźle wygląda. Czyli może być 6/10. 
Sążny: Stawka jest wysoka, dramatyzm spory, wątków mnogo, ale gdzieś tutaj ulatuje radość z czytania tego komiksu jako samodzielnej lektury. Bez znajomości tie-inów otrzymujemy bowiem kolejną edycję bezpodstawnej bieganiny w schemacie: pojawia się ktoś z jednowymiarowej rodzinki Morlona - ginie trochę postaci - mamy plan (czytaj: skaczemy do innego wymiaru) - kontaktujemy się z innymi Spider-seriami - wskakuje kolejna grupa Pająków-zapętl od początku. Cliifhanger na ostatniej stronie ucieszył chyba tylko Richa z Bleeding Cool, który mógł wrzucić go jako newsa z dużą ilością kliknięć. Napięty korpoterminarz sprawił, że Coipela zastąpił Camuncoli, który na szczęście trzyma poziom. 
Krzycer: Eee... Hm... Kurczę, wiem, że przeczytałem ten numer, ale... A, już pamiętam! Bili się, potem było I dig giant robots, you dig giant robots, chicks dig giant robots, a w końcu uciekli do radioaktywnego świata gdzie znaleźli Spider-Bena. 
Hm. No. Hm. Eee... Nope. Pamiętam co się wydarzyło, nie pamiętam, by obudziło to we mnie jakiekolwiek emocje. Zastanawiam się tylko, czy Parker odniósł po drodze jakieś urazy które mogłyby mu zaburzyć pamięć - w końcu radioaktywność była kluczem do pokonania Morluna za pierwszym razem. Czemu nikt o tym nie wspomniał dotąd w tym crossoverze? 

angela_asgards_assassin_2@m.jpg
Angela: Asgard's Assassin #2 
Gil: No, tym razem wygląda to nieco lepiej. Retrospekcje uzupełniają w większości te elementy, na których brak zwróciłem uwagę poprzednio, dzięki czemu fabuła zyskuje ramy. Ekspozycja wprowadza parę dodatkowych elementów, na których autor może zbudować większy obrazek, a znając Gillena, pewnie właśnie w tę stronę pójdzie. Co prawda, niektóre fragmenty ekspozycji są wbite w komiks na siłę („Chcesz odzyskać piłkę, dzieciaku? To opowiem ci parę wieków z historii aniołów, podkreślając co chwilę, jakie są pazerne.”), ale chyba już wolę mieć je w jednym zeszycie, niż rozwlekać na całą historię. Zwłaszcza, że odnoszą się do sytuacji, która wyraźnie jest kickstarterem dla jakiejś większej fabuły, więc później byłoby to raczej niepotrzebne rozgrzebywanie. Całość wygląda fajnie i nawet przypomina trochę pod tym względem JiM. Możemy więc potraktować ten numer jako bufor na ekspozycję i chociaż był trochę męczący pod tym względem, przejść nad nim do porządku dziennego. A to oznacza słabe 6/10. 
Sążny: Po pierwszym numerze, który wrzucił nas w środek historii, teraz dzięki retrospekcjom zostaje rzucone trochę światła na ten galimatias. I wypadło to całkiem ciekawie, bo w końcu Gillen pewne oblatanie po marvelowskim Asgardzie ma. Dostajemy też próby nadanie pewnego charakteru Angeli, ale na razie nie wykraczają one poza schemat "surowy wojownik uczy się okazywać uczucia". Części rysowane przez Jimeneza i Hans ładnie ze sobą współgrają i dostajemy dzięki temu dwie mniejsze porcje dobrych rysunków zamiast jednej średniej. Mam nadzieję, że w kolejnych numerach seria będzie się dalej rozkręcać. 

ant-man_1@m.jpg
Ant-Man #1 
Gil: Szczerze? Ależ to było nudne! Zeszyt miał powiększoną objętość i trochę musiałem się zmusić, żeby dotrwać do końca. Czemu aż tak? Właściwie to mam wrażenie (graniczące z pewnością), że jedynym powodem dla powstania tej serii jest: bo film. Pomysłu jednak brak, więc kombinują, jak by to zrobić, żeby było trochę jak w filmie, a przy tym mniej-więcej zgodnie z continuity. Nie wychodzi. Scott Lang próbuje udawać, że ma osobowość – coś, czego nigdy nie posiadał, więc w efekcie zachowuje się, jakby udawał filmowego Petera Quilla, a jedyne, co udaje mu się pokazać to tyle, że jest lózerem. Akurat to się zgadza, skoro nawet Jessica Jones nie wytrzymała z nim, będąc na dnie... Zgadza się również to, że Lang ma chyba najbardziej wkurzającą ex-żonę na świecie. Natomiast nie zgadza się Cassie, która po powrocie zza grobu najwyraźniej odmłodniała i zapomniała, że kiedykolwiek była Stature. Przez co dodatkowo wszystkie dyskusje na jej temat wyglądają, jak żywcem przepisane z pierwszych numerów Young Avengers. Z braku lepszego pomysłu, komiks próbuje szukać dowcipu wszędzie i wymuszać go przy każdej okazji, co bardzo rzuca się w oczy. Jeszcze bardziej wymuszony jest skrót życiorysu przy rozmowie kwalifikacyjnej oraz pretekstowa akcja, żeby zadziało się cokolwiek i czytelnik nie próbował z nudów pociąć się papierem. Rysunki może nie są złe, ale też można łatwo wskazać miejsca, w których odpuszczają. Czyli co? Jak na pierwszy numer, to zdecydowanie nie zachęca. Podejrzewam, że plan wydawniczy polega na przemęczeniu paru pierwszych numerów z nadzieją, że film się sprzeda i wyniki podskoczą, a jeśli nie, to wycisną ile się da i skasują serię. Jedyna nadzieja jest więc w tym, że Spencer ma jakiś pomysł, który uskuteczni po odwaleniu obowiązkowego pierwszego arcu, pełniącego rolę informacyjną. I tylko dlatego jeszcze trochę tę serię poobserwuję, bo za pierwszy numer mogę dać najwyżej mocno naciągnięte 4/10. 
Sążny: Mając wciąż bardzo świeże wspomnienia po wywołującym spazmy śmiechu "The Superior Foes of Spider-Man", jak również wiedząc, jaki jest cel powstania komiksu, miałem z jednej strony spore nadzieje, a z drugiej dużą dozę rezerwy. Dlatego ucieszyło mnie nie tylko pojawienie się Beetle, ale również szczypta humoru z poprzedniej serii z jej udziałem. Jednak na szczęście Spencer nie powtarza się w swoich pomysłach, bo dostajemy niezbędne również leitmotivy Langa związane ze zbieraniem się do kupy oraz sporą dawkę rodzinnego życia Scotta, próbującego być jak najlepszym ojcem dla Cassie. Dzięki temu komiks ma szansę stać się czymś unikalnym. W końcu niewielu superbohaterów ma dzieci, a jeszcze mniej musi wychować nastolatków. 
Rodzyn: Komiks ten był premierą, wobec której miałem najwięcej pytań i obaw. Spencerowi udało się jednak przedstawić postać w taki sposób, że elementy potrzebne czytelnikowi, który po raz pierwszy sięga po komiks z Ant-Manem, a konkretnie Scottem Langiem, nie są zbyt nachalne i dobrze wpasowują się w całość. Ucieszyła mnie obecność Beetle z SFoS-M, ale i pojawienie się młodych bohaterów, Davida Alleyne i Victora Manchy. Rysunki są bez zarzutu i mam nadzieję, że artysta ten zostanie z serią na dłużej. Jedynym moim zastrzeżeniem jest sposób ukazania Cassie, ale też nie czytałem historii, w której powróciła, więc nie wiem, jak to konkretnie wyglądało i jakie są jej przeżycia z tym związane. Mam nadzieję, że Spencer się rozkręci i rozbuduje to, co przedstawił w pierwszym numerze. 
Krzycer: O, Beetle! Cześć, Beetle! I Prodigy! Cześć, Prodigy! I Victor Mancha! Cześć, Victor! Strasznie się ucieszyłem, że się tu pojawili. Niestety, numer się skończył, nikogo z tej trójki pewnie już w tej serii nie zobaczymy, a po pierwszym zeszycie każde wciąż wydaje mi się dużo ciekawsze niż Scott Lang. 
Trochę wina może leżeć w konstrukcji komiksu - Spencer wpycha tu origin i spory kawał historii Langa, no bo a nuż znajdą się nowi czytelnicy, bo film? I ten nawał continuity jest prawdopodobnie powodem, dla którego tak tańczy dookoła Stature - komiks sugeruje, że przydarzyło jej się coś złego, ale nie ma słowa na temat jej superbohaterskiej kariery i śmierci. Niestety, komiks i tak jest przeładowany continuity, a kiedy się kończy... właściwie nie wiem co o nim sądzić. No, był to komiks o bezdomnym nieudaczniku który próbuje być dobrym ojcem. W sumie fajnie. Ale zapowiedzi i, no... tytuł... sugerują, że to wciąż ma być komiks superbohaterski... Hm. No, cóż. Zobaczymy. "Superior Foes of Spider-Man" też nie zaczęło się z wykopem od pierwszego numeru, prawda? Że co? Że owszem, zaczęło? Ups... 

Bucky Barnes: The Winter Soldier #3 
Gil: Wreszcie zapowiada się jakaś większa historyjka z udziałem dość znanego złoczyńcy i jakimś drugim dnem. To dobrze, bo chociaż same psychodeliczne sceny i surrealistyczne tripy są mocną stroną serii, to nie zajechałaby daleko tylko na nich. Oczywiście, te rzeczy nadal tu są, więc jeśli je lubicie, to się nie zawiedziecie. Wszystko nadal wygląda świetnie i ma swój unikalny klimat, ale też wpisuje się w niego coś z oryginalnego Star Treka, co jeszcze bardziej sprawia, że czułem jakbym czytał coś, co uciekło z lat sześćdziesiątych. Fajne uczucie. A sama historia dość zachęcająco się zaczyna i ma sporo możliwości, by czymś zaskoczyć, więc dam jej kredyt w postaci 7/10.

bucky_barnes_the_winter_soldier_3@m.jpgdeath_of_wolverine_the_weapon_x_program_5@m.jpghawkeye_vs_deadpool_4@m.jpg 

Death Of Wolverine: The Weapon X Program #5 
Gil: Nie ma bata! Jak przez poprzednie cztery zeszyty nic nie ruszyło, tak teraz nie stanie się cud. Tym bardziej, że cokolwiek mogłoby się okazać interesujące w rozwiązaniu tego czegoś, zostało już zaspoilerowane w dwóch innych seriach, więc zupełnie nie było powodu, żeby tracić czas na czytanie tego. Czyli nie dość, że marność, to jeszcze zbędność. Konsekwentnie 2/10. 
Krzycer: Aj waj. No to nuda. I jakby psychopatyczne skłonności Neuro poszły kompletnie w zapomnienie... Co tylko podkreśla, że tej serii nie można traktować jako zamkniętej całości, tylko jako prolog do "Wolverines" - co wiąże się z kolejnymi problemami, ale o tym przy okazji "Wolverines". Jeśli cokolwiek zostało osiągnięte w tej mini, to transformacja Sharpa w Oguna, tylko kurczę, to można było zrobić szybciej. Zwłaszcza, że wciąż nie wiemy kim Sharp był wcześniej. Praktycznie poza tym, że Endo była mężczyzną, niczego się o tych bohaterach nie dowiedzieliśmy... Serio pięć zeszytów na to zeszło? 

Hawkeye vs Deadpool #4 
Gil:
Po ostatnich wydarzeniach, domknięcie historii było już właściwie formalnością, bo stało się oczywiste, co muszą zrobić w tym numerze. No i właśnie to zrobili. Ale zrobili to w równie dobrym stylu, co resztę i po zakończeniu nadal miałem ochotę poczytać więcej Kate i Clinta w tym wydaniu. A to już coś, skoro nie ma w komiksie żadnych szczególnych fajerwerków. Ot, po prostu całkiem solidne domknięcie tematu. No i Pool w kostiumie Hawkeye’a wypadł fajnie, chociaż trwało to krótko. Możemy zakończyć w średnich granicach 6/10. 

hulk_vol._3_10@m.jpg
Hulk vol. 3 #10 
Gil: Czasami przychodzi taki dziwny moment, kiedy trzeba przyznać, że coś, na czym powiesiło się stado psów, w efekcie doprowadziło do czegoś fajnego. Gdy ta seria się zaczynała, strasznie wkurzałem się na zagranie z postrzeleniem Bannera i zrobieniem z niego idioty. Co do tej historii, zdania nie zmieniłem, ale za to słusznie przewidziałem, że szybko zostanie zastąpiona czymś innym i właśnie to coś teraz mi się podoba. Aktualne oblicze Hulka jest fajne. Może dlatego, że przypomina mi wersję z lat 90tych, którą najbardziej lubiłem, a może dlatego, że sprząta całą czeredę postaci, których szczerze nie cierpiałem, ale najważniejsze, że jest fajnie. Ma co prawda dziwne momenty, ale generalnie udaje jej się uchwycić to, co chyba jest najważniejsze w historiach o Hulku, czyli trzęsące ziemią pojedynki między napakowanymi brutalami, okraszone jakimś ciekawym pretekstem. I tak na przykład, to starcie Zielonego z Czerwonym było świetne. Wyglądało prawie dokładnie tak, jak je sobie wyobrażałem, a jedyną wadą było to, że było za krótkie. Ale to dopiero runda pierwsza, więc wygląda na to, że najlepsze przed nami. I w sumie dobrze, bo chętnie to zobaczę. Tymczasem zastanawiałem się nad oceną i chyba będę dość szczodry, by dać niezłe 7/10. 
Sążny: Duggan wciąż bardzo dobrze sobie radzi sobie ze sprzątaniem w hulkowym światku, jednocześnie bardzo wprawnie wplatając do historii mniej związane z promieniowaniem gamma postacie, jak chociażby Daredevila z tym zeszycie. Obecność Murdocka daje dodatkowo wrażenie kontynuacji elementów wprowadzonych przez Waida, zamiast tradycyjnego olewania pracy poprzednika. Pojedynek czerwonego i zielonego Hulka to to, co tygryski lubią najbardziej. I nawet rysunki Bagleya nie zmącą mi przyjemności z lektury. 

Iron Fist: The Living Weapon #8 
Gil: To chyba moje ostatnie spotkanie z tą serią, bo postanowiłem odsiać to, co zupełnie mnie nie interesuje i nawet nie daje pretekstu, żeby się wyżyć. A ta seria właśnie taka jest. Obejrzałem, przeczytałem, nic nie poczułem i nic ciekawego nie znalazłem. Sorry, Danny, ale tym razem kiepsko trafiłeś. Ale z braku cech wyraźnie kiepskich, dam na do widzenia 4/10. 

iron_fist_living_weapon_8@m.jpglegendary_star-lord_7@m.jpgoperation_s.i.n._1@m.jpg

Legendary Star-Lord #7 
Gil: Tak po prawdzie, to widzę w tym tylko jeden sens: przygotowanie gruntu pod kolejny crossover między X-Men i Guardians. Poza tym, że Kitty uratowała Piotrusia, właściwie żadnej fabuły w tym nie było, bo tarapaty były mało wymowne, a macguffin tylko przewijał się w tle. Równie dobrze mogła go wyciągać z czegokolwiek innego i nie miałoby to żadnego znaczenia. Sama akcja też trochę na wyrost i obliczona na wymuszenie odrobiny humoru. No, ale ostatecznie fajnie, że znów się spotkali i jest to jakiś mały plusik. Chyba jeszcze poczytam, żeby zobaczyć ten pretekst dla crossa, ale rewelacji nie ma. Najwyżej podciągnięte 4/10. 

Men Of Wrath #4 (Of 5) 
Sążny: Czytając ten numer ma się wrażenia podobne do wcinania schaboszczaka. Znasz to dobrze, ale nie przeskadza Ci kolejny raz. Niby to wszystko widziało się wiele razy, niby można przewidzieć rozwój fabuły, niby Aaron w swoim sportretowaniu pokręconych losów rodziny Rath z Alabamy Ameryki nie odkrywa... Ale wciąż czyta się to bardzo dobrze i mam nadzieję na totalną jazdę bez trzymanki w finale. Męska rzecz. 

Operation S.I.N. #1 
Gil: Nawet trochę czekałem na tę serię, bo zdołały mnie zainteresować dłubania w zimnowojennej historii Marvela i wprowadzenie Woodrowa. Kombinacja jego z Howardem Starkiem i agentką Carter (bo film) zapowiadało się dość ciekawie, ale przy pierwszym kontakcie wyszło trochę nudnawo. A to dlatego, że przez większą część numeru lecą w kliszę. Bo jak lata pięćdziesiąte, to obowiązkowo muszą być Ruskie i szpiegi, i misja jak z Bonda. Ale na szczęście zrobiło się ciekawiej, gdy na scenę wkroczył Facet ze Ściany, a za nim kosmici, którzy na pierwszy rzut oka pasowaliby do komiksów z epoki, albo wczesnych lat Doctora Who. Czyli jest jeszcze nadzieja. I trochę się jej potrzymam, bo temat nadal wygląda ciekawie. A tymczasem dam zwyżkujące 5/10. 

Spider-Man 2099 vol. 2 #7 
Gil: Nadal jest to ten ciekawszy z tie-inów, chociaż akurat w tym numerze mamy sporo rozciągnięć, które muszą dopasować tempo do tego w głównej serii. Stąd też dostajemy gościnny występ Punishera 2099, który zupełnie nic nie wnosi, poza ukradnięciem kawałka miejsca, trochę przekomarzanek ze Stonem i nieco teorii dotyczącej przeciwników. David wręcz daje nam do zrozumienia, że jest to celowe i wymuszone rozciągnięcie, ale przynajmniej stara się zrekompensować odrobinę fajną chemią między Miguelem a Lady Spider. I tak, ona nadal jest tu najfajniejszym elementem. Dodajmy jeszcze całkiem przyzwoite rysunki i możemy się załapać na przyzwoite 6/10. 
Krzycer: ...ok, przez Spider-Verse już nie kumam - 2099 jest przyszłością świata 616, czy osobną alternatywną rzeczywistością? Bo już wszystko mi się w tym evencie pomieszało... 
Tymczasem, team-up Miguela z Lady Spider pozostaje fajny. Liczę, że Lady Spider utknie w tej rzeczywistości (w sensie, 616) i pozostanie częścią obsady serii. 

spider-man_2099_vol._2_7@m.jpgstorm_vol._3_7@m.jpg

Storm vol. 3 #7 
Gil: O dziwo, zaczyna to wyglądać trochę jakby wydarzenia z poprzednich numerów zaczynały się w coś łączyć i to może być ten element, który jeszcze trochę mnie tu zatrzyma. Na razie nie mogę powiedzieć, żeby było to coś specjalnie ekscytującego lub interesującego – ot, jakiś cwaniak, pociągający za wszystkie sznurki – ale zwyczajnie chcę się przekonać, czy ta seria znajdzie jakąś swoją rację bytu. Póki co, były to tylko randomowe pocztówki ze Storm, ale jest jakaś nikła szansa, że w coś się ułożą. Co prawda, nie mam zbyt wysokiego mniemania o autorze i nie liczę na nic fajnego, ale chcę zobaczyć, co z tego wyjdzie. Bo tak. A za to, że trochę mnie zachęcili, podniosę ocenę do 5/10. 
Krzycer: Aj waj. Za wszystkim stoi... jakiś facet, którego dotąd nie poznaliśmy i który nie ma wyraźnego powodu, by naskakiwać Storm. Fantastycznie. Może powinienem zadawać sobie pytania "czemu" i "o co w tej intrydze chodzi", ale rzeczona intryga musiałaby mnie wcześniej zaintrygować... Chwilowo pozostaję raczej znudzony. Czyli tak jak przez poprzednie sześć numerów.

unbeatable_squirrel_girl_1@m.jpg
Unbeatable Squirrel Girl #1 
bastek66: Jezu Chryste, Marvel już tumblra i SJW dopuszcza do robienia komiksów. Głupie gagi, nieśmieszne powiedzonka, paskudne rysunki z trademarkowym bulwiastym nosem rodem z tego rakowiska. Na dodatek Doreen wygląda jak sztangistka czy inny babochłop.
Gil: Trochę zabawnie ironiczny okazuje się ten tydzień, jeśli chodzi o wrażenia ze strony nowych serii. O ile na dwie opisane powyżej mocno liczyłem i raczej się zawiodłem, tak w tym przypadku było niemalże odwrotnie. Przy czym „niemalże” to słowo klucz. Bo widzicie, odkąd pojawiły się zapowiedzi tej serii, spodziewałem się zupełnej katastrofy, więc gdy okazało się, że jednak da się to przeczytać, jestem skłonny nazwać to sukcesem. Najpierw musiałem pomajstrować przy oczach, żeby jakoś wytrzymać tę grafikę, bo – powiedzmy sobie szczerze – jest paskudna. Nie lubię tego typu rysunków, tak po prostu i to właśnie one na pierwszy rzut oka mocno mnie zniechęcały. Ale się przemogłem - czy raczej przymusiłem, żeby być fair wobec postaci, którą nawet lubię. Fabuła może orzechów nie urywa, ale jeśli użyć jako porównania komiksu z tej samej kategorii, czyli na przykład aktualnego Deadpoola, to w tej chwili jednak wolę Wiewiórę. Jest może trochę infantylna, sporo jest żartów dla samych żartów, ale też właściwie niczego więcej się tu nie spodziewałem, więc właściwie trafia w cel. A to, że humor jest na poziomie internetu? Cóż, lepsze to niż „wyszukany” dowcip, w którym nie wiadomo, gdzie się śmiać... A czy rzeczywiście Wiewióra okaże się niepokonana? Szczerze? Wątpię... To raczej efemeryda i tak naprawdę, wszystko zależy od tego, co będzie miał do powiedzenia Kaczor. Swoją drogą, z ciekawością poobserwuję ten pojedynek między starymi a nowymi czasy. Tymczasem chyba wystarczającą uprzejmością wobec serii będzie wystawienie jej 5/10. 
Sążny: Nawet jeśli może być to tylko cyniczna próba podążania za trendami i tak należy docenić Marvela za próbowanie z seriami takimi jak ta. Jest uroczo, absurdalnie i zabawnie, choć zdecydowanie nie jest to lektura dla każdego. Mam tylko nadzieję, że formuła nie wyczerpie się za szybko, a autorom starczy pomysłów.
Rodzyn: Nie lubię ust rysowanych przez Ericę Henderson i jest to mój główny zarzut wobec tego komiksu. Jest on tym, czym miał być, czyli zabawną historią o tytułowej bohaterce i tak też jest. Chyba, że komuś nie pasuje taki humor, to wtedy wypada trochę inaczej (no dobra, mnie też zaczynają trochę irytować te podpisy pod każdą stroną, ale to przez to, że North wciska je do każdego swojego komiksu). Na ten moment nie przekonało, ale również nie wiem, na ile taka koncepcja na serię będzie się sprawdzała.
Krzycer: Nie moje rysunki, nie moje poczucie humoru - co nie oznacza, że jedno i drugie jest obiektywnie złe. Przewiduję, że seria zyska popularność - przynajmniej internetową - i że jakieś wspólne grono ludzi którym pasują i rysunki, i humor, jednak się znajdzie. 
Poza tym jest jakaś wartość w istnieniu komiksu o tak stuprocentowo pozytywnej, naiwnie dobrej postaci, że na zdrowy rozsądek powinna być parodią, a jednak nie jest - na pewno przez samą osobę bohaterki wyróżnia się na tle standardowych cierpiących marvelowych bohaterów z problemami. 
Podsumowując - komiks zupełnie nie dla mnie, ale fajnie, że się ukazał. Im bardziej zróżnicowana będzie oferta Marvela, tym lepiej dla wydawnictwa. 
I podobnie jak poprzednicy, kompletnie nie rozumiem tej uwagi o SJW. 

wolverines_1@m.jpg
Wolverines #1 
Gil: Dobrze wiedzieć, że jednak w niektórych przypadkach instynkt geeka nie zawodzi. Spodziewałem się kupy i okazało się, że zacniejszego placka nie mógłbym znaleźć na pastwisku w piękny letni dzień. Mamy tu krzyżówkę postaci z dwóch miniserii, którymi uraczyli nas po zejściu Logana, czyli z jednej strony jego fanklub, a z drugiej bandę no-name’ów. A wszystko to okraszone rysunkami, których wybitnie nie trawię. Może nawet powinienem zmienić metaforę, bo w tej kolorowej formie bardziej pasowałoby porównanie do pawia po sylwestrowej sałatce? Yeah, whatever... W każdym razie okazuje się, że miałem rację i odlew Wolverine’a rzeczywiście dalej sobie siedzi tam, gdzie został (chociaż nie do końca, bo albo magicznie się przemieścił, albo okolica została zaczarowana), żeby każdy chętny mógł przynajmniej spróbować go sobie wziąć. No i tak się ganiają... A potem wpada znikąd Sinister, wyrywa rękę Dakenowi i ucieka. Hehe, akurat temu pomysłowi mógłbym przyklasnąć (pun intended). Co nie zmienia faktu, że został pokazany fatalnie i pusty śmiech to wszystko, czym mogę to skwitować. W tej chwili nie mam ochoty czytać ciągu dalszego, ale istnieje pewne prawdopodobieństwo, że zrobię to, jeśli nie znajdę sobie lepszego chłopca do bicia. A trzeba przyznać, że celem jest wyjątkowo wdzięcznym. O, patrzcie: 2/10. 
Krzycer: No, wreszcie! Do tego prowadziło "Logan Legacy" i "Weapon X Program", wreszcie Soule może ruszyć z historią której fundamenty kładł przez ostatni miesiąc czy dwa. No i co? No i ojejku jej, niemalże wykopyrtnął się na starcie. Pamiętacie jak przed chwilą pisałem, że WXP jest prologiem do "Wolverines"? No więc "Wolverines" #1 jest pisane z myślą o czytelnikach którzy nie czytali WXP. Więc Soule próbuje w jednym zeszycie wprowadzić 10 postaci pierwszoplanowych i zarysować interakcje między nimi, które będzie rozgrywał dalej. To... nie do końca wychodzi. Zwłaszcza, że poza tym jest to komiks akcji, więc bohaterowie muszą się pobić z ...Wrecking Crew. Bo tak. Chociaż Sinister zawsze posyłał na takie zadania kolejny komplet sklonowanych Marauders (choć technicznie rzecz biorąc najnowsza partia jest w rękach Magneto, więc... czyżby ktoś zadbał o continuity? a) Nie wierzę, b) To klony, zawsze można dorobić więcej...), tym razel wylosował Wrecking Crew. I to pomimo tego, że Marauders byliby ciekawsi, bo przynajmniej coś ich łączy z Sabretoothem. 
Hej, a propos, Sabretooth tu jest! I jest to dobry, post-AXISowy Sabretooth. Chociaż w "Logan Legacy" był zdecydowanie zły, pre-AXISowy. I w "Logan Legacy" był uwięziony przez Sharpa. A pod koniec AXIS jest uwięziony przez Avengers. To tyle, jeśli chodzi o fantazje, że ktoś tu dba o continuity (no i, oczywiście, X-23 jest teraz w świecie Ultimate...) 
No dobra, skupmy się na pozytywach. Sinister tu jest - może Soule napisze fajnego Sinistera, jak Gillen lub Carey? No i Dakenowi się obrywa, a to zawsze miło. W internecie czytałem usańskich recenzentów czepiających się kumpelskiej relacji Dakena i X-23, ale to się jako-tako zgadza z ich praktycznie jedyną większą interakcją w "Collision" ["Utopia" praktycznie się nie liczy, walczyli w ramach sceny zbiorowej i tyle]. 
A, tylko z Dakenem też wiąże się coś, czego nie kumam - tak, Daken stracił healing factor w swoim ongoingu (kiedy pisał go Rob Williams), ale potem chyba go odzyskał? Przynajmniej tak mi to wynikało z "Uncanny X-Force" - właśnie dlatego Logan musiał go utopić w kałuży, zamiast normalnie zadźgać pazurami. No i wskrzeszony przez Bliźniaki Apokalipsy Daken chyba miał HF, nie? Mam wrażenie, że bił się i normalnie regenerował rany w "Uncanny Avengers"... więc czemu teraz znowu go nie ma? 

x-men_vol._3_23@m.jpg
X-Men vol. 3 #23 
Gil: No dobra, znów pora na minutę szczerości: miała być rewelacja i rewolucja, przynajmniej w kwestii tego marnego tytułu. Wszyscy się tego spodziewaliśmy, prawda? Zwłaszcza, że internet narobił sporo hype’a wokół tematu. No, więc nie ma ani rewolucji, ani rewelacji. Wygląda wręcz na to, że pani Wilson postanowiła dostosować się do poziomu serii i nie podnosić poprzeczki dla ewentualnych następców. Albo przynajmniej, że nie zamierza robić tego już w pierwszym numerze. Sama metoda wprowadzenia zagrożenia przypomina mi trochę te, stosowane przez Wooda: nie wiadomo co to, na pozór coś nowego i unikalnego, nawet bezosobowego, żeby zdawało się, że nie można z tym walczyć. Różnica polega na tym, że tutaj metoda ta jest użyta skuteczniej i nie dostajemy natychmiast kliszowatego wyjaśnienia. I nawet jeśli nie urywa dupy, to jednak zostawia czytelnika w miejscu na tyle ciekawym, że chce się wiedzieć, co to właściwie było i jak się sprawy potoczą. Można więc powiedzieć, że pomysł się sprawdził, ale jednak poniżej oczekiwań. Inna sprawa to rysunki. One zdecydowanie nie pomagają, a w drugiej połowie zeszytu już mocno przeszkadzają. No, brzydkie są i tyle. Dość brzydkie, by odjąć za nie punkt i skończyć na słabszym 5/10.
Krzycer: GWillow Wilson nadeszła! I... rewolucji nie ma. Zgadzam się z Delirium, że ten numer jest bardzo w klimacie rzeczy, które pisał Wood. Mimo to - nie wiem, może wyczytałem w tym komiksie coś, czego tu nie ma, tylko dlatego, że bardzo chciałem, ale... wydaje mi się, że Wilson pisze lepsze dialogi i interakcje postaci nie zgrzytały mi tak bardzo, jak u Wooda. 
(Może poza Gambitem próbującym wyrywać laski na festiwalu muzycznym, ale... Heh, chyba najbardziej nie pasowało mi to, że mu to nie wychodziło. ;) ) 
Ale żeby nie było zbyt wesoło, zupełnie jak u Wooda mamy wpadkę z mocami postaci - M podsadza Psylocke żeby ta mogła skoczyć po Storm, pomimo tego, że M może latać. 
No i przeżyłbym bez magicznej wizji z Wolverine'em. I przypominania klaustrofobii Storm - w sumie od dawna nie było jej w komiksach, ale to chyba dlatego, że wszyscy wciąż mają dość tego wątku, bo w końcu ile można...



Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2015.01.07.
Redaktor prowadzący: Dominik "Undercik" Nowicki  
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.