Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #24 (31.12.2007)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 31 grudnia 2007 Numer: 24/2007 (24)


Marvel zakończył 2007 rok bardzo mocnym akcentem. W ostatnich dniach grudnia dostaliśmy Amazing Spider-Man #545, który wywrócił do góry nogami świat Petera (i wywołał sporo negatywnych reakcji fanów), następny odcinek Messiah CompleX (który wywołał zdecydowanie bardziej pozytywne emocje) i kolejne części przygód Thora, Daredevila i Kapitana Ameryki (a raczej jego znajomych). Oby w przyszłym roku działo się równie wiele!



Amazing Spider-Man #545
avalonpulse0024f.jpg
Gamart: Dawno nie czytałem tak bezuczuciowej paplaniny jak w tej historii. Nie wiem, po co to było tak reklamowane, skoro to straszna kicha. Okropne zakończenie runu Straczynskiego. Wracamy do lat '60, Peter znowu mieszka z ciotką i zaprzepaścił szansę na bycie ojcem. Nie mam żadnych oczekiwań z tą serią, chociaż może być zabawnie patrzeć, jakie teraz będą błędy w historii. 2/10
Gil: Dużo się ostatnio mówi o OMD i to głównie źle, wieszając wszystkie psy na autorach. A ja Wam powiem dwie rzeczy. Po pierwsze, mogło być gorzej. Decyzja była odgórna i JMS nie miał tu wiele do gadania, ale zrobił co mógł, żeby dało się to czytać i miało w miarę sensu. Zrobił to na tyle dobrze, że nie mogę się przyczepić formy, a na treść wpływ miał ograniczony, więc raczej powinniśmy mu współczuć z tego powodu. Po drugie, lata doświadczenia i instynkt mówią mi, że to rozwiązanie tymczasowe, więc nie będę popadał w święte oburzenie. Zostały położone fundamenty pod odkręcenie wszystkiego prostymi środkami i w krótkim czasie. Powiadam Wam: będą się bawić wątkami, dopóki będą wzbudzać emocje, a potem wrócą do sytuacji, którą znamy i kochamy. W najgorszym razie, gdzieś za rok będziemy świadkami drugiego ślubu Piotrusia i MJ. Jeśli czegoś miałbym się przyczepić to rysunków, bo chociaż są lepsze niż w poprzednich częściach, błędy pozostały te same. No i powtarzanie tego samego kadru przez trzy strony nie jest dobrym pomysłem. Moja ocena będzie stonowana: 5/10
Demogorgon: Wiecie, jaka jest różnica miedzy komiksem, a książką/opowiadaniem? Taka, że uznany pisarz może wziąć nawet najbardziej debilny pomysł i ukuć z niego coś dobrego, swoim warsztatem nadając mu świetną formę. I książka taka się obroni, choćby była o ludożernej lampie (pozdrawiam w tym miejscu Stephena Kinga w wersji z Family Guya). A w komiksie głupi pomysł nie obroni się, choćby był wykonany po mistrzowsku. I One More Day to przykład właśnie takiej sytuacji. Głupi pomysł Joe Quesady, genialne wykonanie J. Michaela Straczynskiego, i klapa, bo głupoty nie obroni tu nawet największy talent. A do tego kiepskie rysunki jeszcze bardziej psują przyjemność czytania. Zostawione są furtki na przyszłość, tajemnice jak to, co MJ zaoferowała Mephisto, i wskrzeszonego Harry'ego Osborna. Za to teraz możemy bawić sie w pokazywanie błędów w continuity, jakie wywołał Mephisto. Zacznijmy od tego, że chyba wykasował całe MC2, którego podstawą była córeczka Parkerów, chyba, że nie przerwanie Amazing Spider-Girl ma dowodzić, że to tylko rozwiązanie tymczasowe. No i czemu wymazanie małżeństwa wskrzesiło Harry'ego Osborna? No i jak to się odbije na biednym jego ojcu i Thunderbolts?
Foxdie: Jestem w szoku. JMS nawet w tak gównianej sytuacji, w jakiej postawił go Quesada, pokazał klasę i w niezłym stylu zakończył OMD. Naprawdę poczułem to załamanie, jakie przechodzili małżonkowie, ten ból związany z podjęciem decyzji przekreślającej cały ich związek. Heroiczna postawa MJ, która pewnie wyszeptała Mephisto, że jako bonus za naprawienie życia Petera ona chce pamiętać całą ich miłość, a Mep będzie pastwił się jej cierpieniem. Tylko czemu to wygląda tak, jakby wszystko cofnęło się w czasie? A napis w dolnym prawym rogu ostatniej strony "TO JMS! FROM MARVEL GANG!" w wolnym tłumaczeniu brzmiałby: "WSPÓŁCZUJEMY I ŁĄCZYMY SIĘ W BÓLU ZA TO, JAK ZAŁATWIŁ CIĘ JQ". Chociaż nie chcę, to jednak pochwalę Quesadę za rysunki, które są dopracowane i dobrze oddają klimat dramatu. Za wykonanie tego numeru należy się niezła 7, ale pomysł Quesady zasługuje na -1.
Jaro: Od strony formy numer jest dobry, momentami nawet bardzo. Quesada postarał się przy stronie graficznej, fajny jest kontrast pomiędzy "starym" a "nowym" życiem, mocno przygnębiająca jest ostatnia rozmowa Petera i MJ. Niestety, przyzwoite rysunki i dialogi grają tu drugorzędną rolę. Bardzo lubię (z paroma wyjątkami) większą część runu Straczynskiego i zupełne przekreślenie teraz tego wszystkiego jest okropnie ciężkostrawne i wydaje mi się sporą przesadą. Druga sprawa to totalne "pójście na całość" i, za sprawą Harry'ego "nigdy nie umarłem" Osborna, otwarcie drogi wszystkim scenarzystom-nekromantom. I przede wszystkim - czy naprawdę do zresetowania przygód Spider-Mana była potrzebna aż taka rewolucja? Czy naprawdę nie można było tego wszystkiego lepiej rozwiązać, bez udziału "łaskawcy" Mephista? Pozostaje mieć nadzieję, że nadchodzące historie będą na tyle dobre, że zrekompensują to, co stało się w One More Day. Czego sobie i Wam życzę.
Ocena: 4.5/10; soundtrack: Massive Attack - Unfinished Sympathy.
Kakteen: Na sam początek oddajmy królowi to, co królewskie. Była zapowiedź rewolucji? Była. Napięcie było? Było. Jest Brand New Day? Jest. Brawa należą się za odwagę. Kwestią innej natury jest już samo wykonanie. Wydaje mi się, że problem leży u samego zarodka. To, że Peter musiał zostać ponownie obdarowany sekretną tożsamością, było pewne. Ale czy jest sens przewracania wszystkiego do góry nogami przy pomocy paktu z siłami nieczystymi? Przekreślania grubą krechą kilkuset numerów Pająka, tworząc coś w konwencji Ultimate (za którą, mówiąc szczerze, nie przepadam)? Mój głos nie będzie zapewne jedynym, który zabrzmi podobnym tonem: oszukali. Banda decydentów z Marvela. Pocieszmy się, że tylko kwestią czasu jest, kiedy wszystko wróci do jako takiej normy. W końcu to Marvel... W ramach rekompensaty liczę na dobry, nowy dzień.
S_O: No, cóż... Gdy cała heca z Mephisto wyciekła do Internetu, nikt nie dawał wiary (albo raczej nikt nie chciał dać wiary). A teraz słowo stało się ciałem, diabołek namotał i uciekł. Tylko co teraz? Peter mieszka z ciocią (dodać kota i będzie kandydat do białego domu, Quesada jego mać), zachrzania wszędzie rowerkiem.. ile ma lat? Czy odmłodzono wszystkich jego znajomych o dekadę? Nie wiem, co o tym myśleć.
hitano:
Nareszcie koniec OMD. Tylko co z tego, jak zrobili przez to wielkie bagno z całego komiksu. Ech, szkoda słów, przyznam jednak, że dialogi JMS w ostatnim numerze wyszły. Za to Quesada mimo tego, że zepsuł wszystko, co dobre z ostatnich miesięcy u Pajęczaka, to odwalił rysunki, że aż jestem zaskoczony. MJ wyszła mu genialnie, tak w szpitalu jak i po przewrocie. Jak dla mnie numer warty zobaczenia, ale z jednego powodu, aby przyznać, że Quesada potrafi ładnie rysować, ale też iż zniszczenie tego wszystkiego, co fanów Pajęczaka radowało od kilkunastu lat, to dla niego pestka.
CrissCross:
No i w ten właśnie sposób zostało wymazane z pamięci kilkanaście lat. I na co to wszystko było? Za wcześnie jeszcze wprawdzie oceniać, co będzie dalej, ale... jakoś szkoda tego wszystkiego. Straczynski wstrząsnął światem Pająka w ciągu tych ostatnich lat, ale niektóre z jego pomysłów były przesadzone, nietrafione, albo po prostu złe. Ten w moim odczuciu bije rekordy (chociaż Sins Past niewiele tu ustępuje). Tożsamość Petera znowu jest tajna, małżeństwa nie ma, wrócił Harry... z tym odwracaniem wszystkiego do góry nogami to chyba jednak przesadzono. Od samego początku trzeba było dać JMS coś w rodzaju Ultimate Ultimate Spider-Man i wtedy by sobie mógł grzebać ile wlezie. A tak właśnie kilkanaście lat pracy poszło się je**ć. No cóż, tak też można... A sam numer mimo wszystko przyzwoicie narysowany i napisany.

Black Panther vol. 4 #33
Gil: Panie Hudlin... "pałka się przegła". Dotychczas traktowałem te pańskie wypociny z przymrużeniem oka, a zarzuty o rasizm jako szukanie drugiego dna tam, gdzie go nie ma, ale widocznie myliłem się. Fakt, że w tej historii wszyscy czarni są dobrzy, a biali a) są źli, b) są Skrullami, c) są złymi Skrullami, to pryszcz, który można jakoś wytłumaczyć. Ale posługiwanie się osobą Martina Luthera Kinga i wkładanie w jego usta swoich bzdur to już zakrawa na świętokradztwo. Zło, powiadam Wam! Zło! Ocena (podyktowana współczuciem dla Andrei DiVito): 2/10
TheNewlyAwoken: Społeczność Skrullów, którzy po kryzysie tożsamości postanowili wzorować się na radykalnej organizacji afroamerykanów z lat pięćdziesiątych. Nie, tego już po prostu za dużo.
Hotaru: Brak mi słów! Jak editorial Marvela może przepuszczać coś takiego? Czy oni nie wiedzą, że rasizm to "dyskryminacja ze względu na rasę", a nie "ze względu na czarną rasę"? Komiks ten przekroczył wszelkie granice dobrego smaku... a potem zadeptał granice niesmaku. Po lekturze czuję się nieczysty. Brr...
S_O: Jeśli słyszycie dziwne odgłosy, to Martin Luther King przewraca się w grobie. Jeśli nie słyszycie, najpewniej zagłusza je przewracający się w trumnie Malcolm X. Hudlin zapewne dostawał orgazmu na samą myśl o możliwości wykorzystania największych przywódców ruchu afroamerykańskiego, ale czemu mamy być tym męczeni?
Czy istnieje jakiś dobry czarny scenarzysta, któremu można powierzyć pisanie tej serii, bo oddanie jej komukolwiek innemu uznane zostałoby za "rasizm"?


avalonpulse0024g.jpgCaptain America vol. 5 #33
Gil: Może nie było takiego helluva cliffhangera jakiego się spodziewałem, ale to i tak najlepszy numer serii od pamiętnego #25. Wszystko jest ładnie i logicznie, oprócz atakującego i uciekającego ramienia, ale i to można usprawiedliwić, więc puszczę w niepamięć te kilka minut śmiechu. Najważniejsze, że pojedynek Bucky vs. Antoś stanął na odpowiednim poziomie i rozwinął się we właściwym kierunku. A poza tym, możemy pogratulować sobie skuteczności w przewidywaniach. Ocena: 8/10
redevil: Dla mnie to najsłabszy numer w runie Bru. Atak wściekłego ramienia, kolejny bohater oklepuje Iron Mana i ogólne snucie się bohaterów niczym mnie nie zachwyciło. Od akurat tej serii wymagam dużo więcej.
Jaro: Zaskoczenia nie było, ale numer i tak jest świetny. Konfrontacja Bucky'ego i Starka została naprawdę dobrze zrealizowana, a sama ich walka praktycznie nie miała żadnych zbędnych elementów. Świetnie pokazana była szaleńcza desperacja Barnesa, wyjątkowo dobrze wyszedł brubakerowski Tony Stark, o dziwo przekonująco wypadło nawet pogodzenie się obu panów, mimo wszystko jednak nieco za szybko im to poszło. Podoba mi się, że z numeru na numer jest coraz więcej Black Widow, która tutaj - w przeciwieństwie do Mighty Avengers - jest naprawdę interesującą postacią. I dodatkowy plus za świetne rozwiązanie z latającą ręką, które w pierwszej chwili skojarzyło mi się z pomysłowością gadżetów Jamesa Bonda. Całość tradycyjnie bez zarzutu przełożona na obraz przez Eptinga i D'Armatę.
Ocena: 8/10; soundtrack: Black Label Society - Stronger Than Death.
S_O: No patrz, Stark użył tego samego argumentu, co nasi redaktorzy. Fajnie. Latająca ręka przywiodła mi na myśl LEXX (ech, stare, dobre czasy...), ale poza tym, było swietnie - świetnie prowadzone postaci, świetna walka Bucka z Tonym, świetne wszystko poza latającą ręką.
No, świetny numer po prostu.
Krzycer:
Ładne, ładne starcie Tony'ego z Buckym. Ale zanim do niego doszło - fajny motyw z agentami obserwującymi Bucky'ego i tekstami w rodzaju "nie wierzyłem, że on istnieje". Potem parskałem ze śmiechu jak młody źrebak przy akcji "rączki" - chyba nie tylko mnie przypomniała się w tym momencie rodzina Addamsów... Ostatnie strony - logiczne, że Bucky chciałby przeczytać list od Capa, logiczne, że nie rozwalił Tony'ego... ale tak błyskawicznego przyjęcia propozycji nie rozumiem. Toż powinniśmy tu dostać cały numer, na początku którego Bucky odmawia, potem waha się przez 15 stron, żeby na końcu dokonać przypadkowego heroicznego wyczynu, poczuć się dobrze, przypomnieć sobie Capa i zdecydować, że "Steve by tego chciał".
To może w sumie i lepiej, że Bru to pominął :)
MrG: M
iodzio. Decyzja Bucky'ego jak najbardziej na miejscu. Bo Bucky to nie Clint. Clint chciał być Stevem Rogersem, a Bucky Gościem Ubranym We Flagę. Jestem ciekaw co z tego wyniknie, najbardziej chyba reakcji New Avengers na all-new Capa.

Captain Marvel vol. 5 #2
avalonpulse0024h.jpgavalonpulse0024h.jpg
Gil: Jest więc coś na rzeczy z tym obrazem... To dobrze, bo taka zagadka intryguje i zatrzymuje czytelnika. Podobnie jak ta z kultem Mar-Vella i ta z atakami osobników, których nie powinno tu być. A jeśli do tego dorzucimy gościnny występ Carol i podkradającą numer agentkę Sante, otrzymamy naprawdę interesującą serię, która okaże się pewnie jeszcze bardziej interesująca, jak karty zostaną odkryte. Plusem jest też nawiązanie do Annihilation: Conquest. Tylko rysunki jakoś średnio... Wydawało mi się, że Weeks potrafi lepiej. Ocena: 7/10

Hotaru: Wow, najlepszy komiks, jaki w tym tygodniu czytałem. Nie spodziewałem się, że nagle zrobi się aż tak interesująco. Ale to dobrze, miła niespodzianka od czasu do czasu przywraca mi wiarę w redaktorów Marvela (a czasami zupełnie ją tracę, np. po lekturze takiego BP). Bardzo cieszy mnie, że agentka Sante zostaje na dłużej - wyczuwam w niej potencjał. Bardzo dobrze, że pojawiła się Carol. I nie mogę się doczekać, o co chodzi z tym obrazem, i jakim cudem niektórzy powracają z martwych, a inni otrzymują wiadomości, których nikt nie wysłał. Panowie, następny numer proszę!
Jaro: Wygląda na to, że ta mini dopiero zaczyna się rozkręcać. Tajemnice mnożą się na każdym kroku, nieuchronnie zmierzając do jednego z dwóch wyjaśnień - albo Mar-Vell podświadomie wyciąga z przeszłości wszystkich tych, co tu pojawiać się nie powinni (Cobalt Man, Kree), albo całość to skrullowska mistyfikacja, a Marv nie bez powodu wpatruje się w obraz przedstawiający Aleksandra Wielkiego, który bądź co bądź był przede wszystkim zdobywcą. Zresztą, obydwie te opcje wzajemnie się nie wykluczają, a obraz może wyzwalać instrukcje u wcześniej odpowiednio zaprogramowanego i w jakiś sposób wysłanego w przyszłość Mar-Vella albo "Skrull-Vella", który dla większej wiarygodności myśli, że jest prawdziwy. Jedno jest pewne - jeśli nie można oprzeć się gdybaniu, świadczy to o komiksie jak najlepiej. Do tego postacie są bardzo dobrze nakreślone, na plus wychodzi im też przedstawianie ich w "cywilnych" ubraniach, gdy nie są "na służbie". Coraz większą sympatię zyskuje u mnie Heather Sante, jednak w tym numerze przez spadek formy Weeksa zarówno ona, jak i reszta pań wygląda dużo gorzej, niż w pierwszym numerze.
Ocena: 7,5/10; soundtrack: Pure Reason Revolution - Apprentice of the Universe.
S_O: Raany... Mar naprawdę ma obsesję na punkcie tego obrazu. A poza tym, spodobała mi się szczera i naprawdę ciekawa rozmowa obojga Marvelów. Walka z Cobalt Manem również niezła, tak samo jak nawiązanie do Annihilation Conquest, afera wokół Kościoła Hali, agentka Sante... No, wszystko. Mi się podoba.

Daredevil vol. 2 #103
Gil: Przez większość numeru miałem wrażenie, jakbym czytał coś zdecydowanie nie superbohaterskiego, ale w końcówce zostałem skutecznie wyprowadzony z błędu. Akcja zdaje się zwalniać i zbaczać na boczne tory, aby nagle przyspieszyć i uderzyć z większą siłą. To zaś prowadzi do ogromnej chęci zobaczenia jak najszybciej następnego numeru, aby przekonać się, jakie granice zostaną przekroczone. Jest dobrze. Ocena: 7/10
redevil: Jest pięknie. Daredevil od dawna przestał być zwykłym trykociarzem, ale w tym numerze jest to bardzo widoczne - nie wtrącanie się do walki, nokaut za pomocą taksówki i groźba z użyciem palnika (o ile zostanie spełniona, to DD stanie się moim ulubionym bohaterem). Do tego Foggy ma także swoje momenty, a to cieszy.

Fantastic Four -
!La Isla De La Muerte!
Gil: Hehe... zabawne, dobrze poprowadzone postacie i całkiem zaskakująca rewelacja w końcówce, co czyni go jednym z najlepszych występów F4 w tym roku. Gdyby jeszcze te rysunki były mniej kreskówkowe... Ocena: 6/10
Hotaru: Całkiem przyjemna historyjka. O wiele lepsza od tego, co spodziewałem się dostać. Urzekła mnie kreskówkowa kreska Juana Doe - przypomniały mi się kreskówki ze stajni DC. Wprawdzie po szumnych zapowiedziach spodziewałem się jednak więcej Puerto Rico, ale nie jest źle... numer ma swój klimat i nie będę dochodził, czemu go zawdzięcza. Fajny numer.
redevil: Numer tygodnia! A nawet miesiąca. Piękne, rozrywkowe i bardzo kreskówkowe czytadło. Mimo braku jakiejś głębi potrafi rozbawić. Kłótnie Bena i Johnny'ego są pełne świeżości, Reed jest naukowym geekiem i Sue ma trochę dystansu do siebie.
S_O: Ktoś jeszcze potrafi dobrze pisać Czwórkę? Co za niespodzianka! Naprawdę fajne, oldskulowe czytadło, z miłą, kreskówkową graficzką. I do tego bliższe spojrzenie na postaci Sue i Bena oraz trochę na temat zagrożonych gatunków. Warte przeczytania.

avalonpulse0024i.jpgGiant-Size Avengers Special
Gil: Wyjątek potwierdzający regułę. Tutaj, kilka mniejszych i zabawnych historyjek połączono w jedno w sprytny sposób tak, że całość wypada bardzo dobrze. Najlepszy jest łącznik, a zasługa w tym głównie Jima Cheunga i skąpych strojów bohaterek. Poza tym, wyjątkowo przypadła mi do gustu historyjka z Imperatorem None i ta z Jarvisem. Może zawartość merytoryczna tego wydawnictwa jest znikoma, ale czytało się naprawdę dobrze i sęków nie było. Nie powiem jednak "więcej takich", bo wolę normalny, solidny komiks. Ocena... niech będzie: 7/10
Hotaru: Jakieś nijakie to było. Sięgnąłem po to tylko ze względu na te klika stronic narysowanych przez Jimmy'ego Cheunga i na tym się nie zawiodłem. Fabularnie jednak niczego to nie wnosi i nudziłem się strasznie - zmuszałem się do czytania, a nie przelatywania wzrokiem po panelach. Ot, jak ktoś cierpi na niedobór Mścicieli - może się pokusić. Średniawka.
S_O: Ms. Marvel... Wasp... Black Widow... w bikini... rysowane przez Jima Cheunga... czy potrzeba lepszej rekomendacji? A jeśli potrzeba, to wspomnę o genialnych historyjkach ze świetnymi dialogami (zwłaszcza ta o Jarvisie). Może część o Spider-Manie zwiedzającym przeszłość jest słabowita, ale średni poziomtego wydania i tak jest wysoki.

House of M: Avengers #3
Gil: Jeśli ktoś czytał oryginalną serię HoM, to nie znajdzie tutaj nic, co mogłoby go zaskoczyć. Misty przeszła na stronę Cage'a i jego niby_nie_a_jednak Avengers, tak samo, jak zrobi to wkrótce Black Cat. Gage stara sie jak może, ale nie łatwo zainteresować zimnym kotletem z wczorajszej pieczeni. Znowu się nie udało. Ocena: 4/10
Jaro: Po poprzednich dwóch średnich, ten numer wypada dość dobrze. Wątek Punishera został poprowadzony logicznie - facet kieruje się tu przede wszystkim dobrem rodziny. Nieźle wykreowany jest też prowadzący śledztwo Thunderbird, strawnie pokazane jest też nieuchronne przeskakiwanie po momentach z historii grupy Cage'a. Do tego niezłe rysunki i mamy wprawdzie nie zachwycający, ale za to całkiem przyzwoity komiks.
Ocena: 5,5/10; soundtrack: Metallica - And Justice for All.
S_O: Przerabiania bohaterów na HoMogenizowanych ciąg dalszy, choć tym razem zorganizowano to na pojedynczych panelach. Do tego Punisher pokazuje, jaki by był, gdyby jego rodzina nie zginęła, a Cage mści się za Tigrę. Mocne stany średnie, jeśli mnie pytacie.
Krzycer:
Puni przyszedł, Puni poszedł. HoMowania bohaterów ciąg dalszy. Teraz dostajemy HoMo(bez skojarzeń)Kingpina, HoMoElektrę i HoMoBullseye'a.
Ale przynajmniej ładnie rozwiązano walkę grupy Thunderbirda z ekipą Cage'a (który ciągle wygląda oldschoolowo, a nie HoMowo... ciągle czekam...) a i starcie Cage'a z Taskmasterem prezentowało się porządnie. Fajna miniseria... nie miałbym nic przeciwko takiemu powrotowi do rzeczywistości HoM raz do roku. Czemu rocznica AoA nie mogła wypaść na tym poziomie?


Hulk vs. Fin Fang Foom
Gil: Trochę zabawny, ale przede wszystkim bardzo klasyczny, tak samo w konstrukcji fabuły, jaki i grafice. Nieźle się czyta, chociaż rewelacji tu nie ma. Dodatkowo, możemy się zapoznać z pierwszą historią o wielkim, głupim smoku we fioletowych gaciach. Ocena: 6/10
S_O: Oto jest to, co nazywam Oldskulem!! Przez duże O! Oldskulowa walka, oldskulowa kreska... Jedynym, co nie było oldskulowe, to fioletowe gatki, które z Hulka przeszły na Fooma. Ale i tak się nimi nie pochwali, skoro wybrał się w podróż międzyplanetarną.

Iron Man vol. 4 #24
Gil: ...czyli Przygody Detektywa Starka, wypadają bardzo dobrze. Seria coraz bardziej zbliża się klimatem i odbiorem do Kapitana wg Brubakera, co jest zdecydowanym plusem. Wszystko jest logicznie objaśnione w kwestii Extremisa i planów Tema, a dochodzące do tego prześladowanie przez duchy i niechęć ze strony kumpli z Inicjatywy tylko pomagają. Antoś załatwił sobie naprawdę dobrą ekipę i dobrą serię. Ocena: 7/10
S_O: Detektyw Stark posuwa się do przodu i odkrywa straszny plan Mandarynki. A ten nasyła na niego zExtremisowanego nastolatka z zespołem Downa... a Tony pokonuje go tajnym chwytem "małpy sięgającej po jabłko". Po historii z WWH poziom tej serii podnosi się w szalonym tempie.

Marvel Zombies 2 #3
Gil: Tym razem jest trochę śmieszniej i wreszcie dowiadujemy się, o co tym zombiakom chodzi dokładnie, a potem odkrywamy starego znajomego w nowym ciele. Zawiązał się ciekawy sojusz i może z tego wyjść coś fajnego, byle tylko nie wylazło z tego świata i nie rozpełzło się. Ocena: 6/10

New Warriors vol. 4 #7
avalonpulse0024j.jpg
Gil: Pogaduchy nad grobem, pogaduchy w warsztacie, pogaduchy i teorie spiskowe. Innymi słowy, najnudniejszy numer serii, przypominający trochę odcinek Klanu. Jedyny pozytywny fragment to wiersz, czyli Invictus Williama Ernesta Henleya. Do tego jeszcze rysunki są wyjątkowo kiepskie. Nie wiem, skąd pan Malin czerpał wzorce, bo prawdziwe kobiety nie noszą wielkich balonów, zawieszonych na sznurku u szyi. Ocena: 4/10
TheNewlyAwoken: Nuuuuuudy! Paplanina ciągnie się bez końca i po połowie numeru ma się go już serdecznie dość. Gdyby chociaż Sofia wybrała w końcu jakie chce mieć moce i zrobiła mały pokaz, to może by było ciekawiej. A na dodatek postacie są tak bardzo out of character, jak tylko się da.
Hotaru: To, że w jakimś komiksie nie ma akcji, nie jest koniecznie wadą. Zdarzają się dialogi bardziej emocjonujące, niż największa siekanina. Niestety, nie w tym przypadku. Fajnie, że Inicjatywa jest obecna w New Warriors, ale przydałoby się jeszcze trochę... czegoś absorbującego. A tak z równym zaangażowaniem czytam kartkę z kalendarza. Szkoda.
Demogorgon: Przegadana historia. Barnell ma widać jakiś tik nerwowy po zabawie z Exiles, skoro wszędzie widzi drugie dno i teorie spiskowe, Vin na przemian udowadnia, że zasługiwał na swój dawny pseudonim i podrywa Stacy X, a Jono lata z gołą klatą (ku uciesze wszystkich jego fangirls). Za to wiemy, czemu Chamber wybrał sobie akurat takie nielubiane moce, jakie sobie wybrał i to uzasadnienie ma dla mnie sens. Do tego dowiadujemy sie, że inicjatywa wymyśliła jakieś dziecięce oddziały dla dzieciaków chcących być superbohaterami, które to na kilometr pachną mi Hitler Jugend (a już szczególnie przy pomiarach stopnia gejowatości ich strojów), a do tego mamy fajne nawiązania do Avengers: the Initiative. Zacząłem nawet myśleć, czy rządowe dzieciaki nie powinny wyzwać New Warriors na pojedynek, aby zmyć z siebie porażkę z Zodiac.
Jaro: Zastanawiałem się w forumowej spoilerowni, czy do tej pory NW nie byli "ciągnięci" przez tajemnicę Night Thrashera. Jak się okazało w tym numerze, byli. Może to wina przegadania przy grobie i słabego występu ex-X-Men, ale cały dotychczasowy urok tej serii gdzieś uleciał. Brzydkie rysunki jeszcze pogłębiają uczucie niezadowolenia.
Ocena: 4/10; soundtrack: Limp Bizkit - The Truth
S_O: Meh. Nowy Thrash płacze nad grobem brata i sprzecza się ze swoją ex, Sofia wybiera swój ekwipunek, a Grevioux psuje postaci. I co ma znaczyć ten cały P-Jack? To, że ludzie narzekali na "yo białą nigga z Virginii" nie znaczyło, że należy ją zmienić na pyskatego robota.
Aha - Ultra Girl prezentuje Starkjugend szerokiej publiczności. Ktoś nauczył się od Straczynskiego pisania Tony'ego jako Iron Dooma.


avalonpulse0024k.jpgThor vol. 3 #5
Gil: Miodzio! Świetny i wspaniały numer! Padłem już na pierwszych stronach, kiedy przyszedł listonosz, a potem było tylko lepiej. Destroyera poznałem już po cieniu, ale w życiu nie spodziewałem się, że za nim będzie stał Balder. No i wreszcie największa rewelacja: Loki jest kobietą! Sam nie wiem dlaczego, ale jakoś strasznie się tym podjarałem :P I wreszcie zanosi się na jakieś prawdziwe kłopoty, które wyrwą serię ze schematu. Ktoś czai się w cieniu, a Doom zaciera ręce. To zaś cieszy mnie dlatego, że nadaje sens poczynaniom Straczynskiego w Fantastic Four. Zdecydowanie największa radocha tygodnia i ocena: 9/10
Gamart: Cudo. Numer poprowadzony perfekcyjnie. Mamy humor [skrzynka pocztowa Asgardu czy cycaty Loki], świetnie narysowaną i poprowadzoną walkę, zaskoczenia [Balder, postać współpracująca z Lokim] i pomysł, który po prostu jest bardzo dobry. Cały plan ze zrobieniem Thora w konia i uwolnieniem wszystkich, których Asgardczyk tak się obawiał, jest sensownie poprowadzony i bardzo mi się podoba. Ciekawe tylko, kim jest ten Straczynski co to pisze, bo to nie może być ten sam, co w Amazing. Jestem zachwycony po prostu. No i cycasty Loki to widok, który ciężko zapomnieć :) 10/10
TheNewlyAwoken: Nie wiem, czym się wszyscy tak jarają. Numer taki se. Cała ta sytuacja z Destroyerem naciągana, on sam wyskoczył jak Filip jakiś z konopii, a Thor chyba zgłupiał, jeśli uwierzył Lokiemu (Lokiej, Lokówce, czy jak ją teraz się odmienia). Bez rewelacji generalnie.
Demogorgon: Liga Kobiet z Sexmisji może już skandować "Loki była kobietą". Widać doskonale, że jak Straczynskiego się zostawi samego sobie, to mu wychodzi. Zaskoczyło mnie nagłe pojawienie się Dooma, ostatnio wszędzie się przewija. Ale podejrzewam, że wyjdzie z tego coś świetnego, Straczynski wie co robi przy tej postaci, jak udowodnił w Fantastic Four. Zabawa przy czytaniu przygód boga gromów jest coraz większa z numeru na numer. A scena ze skrzynką pocztową była niesamowita.
Jaro: Już po scenie ze skrzynką pocztową wiedziałem, że będzie dobrze. I było. W porę zakończone zostało pojedyncze wyławianie mieszkańców Asgardu, świetnie rozegrana konfrontacja Thora z Lokówką (copyright by TheNewlyAwoken), świeeetny podstęp bratosiostry gromowładnego i wreszcie świeeeeeetny pomysł na Dooma w tej serii. Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to nie pokazanie nam, jak mieszkańcy Asgardu bawili się na imprezie przy ciachu.
Ocena: 8/10; soundtrack: Isis - Wrists of Kings
S_O: Whoa... Teraz to już nawet Curie-Skłodowska może być kobietą...
Tym numerem, jak i wszystkimi poprzednimi, Straczynski pokazuje, jak dobrze umie pisać, jak nie jest na smyczy ubranego w skóry Quesady (wybaczcie, ale tak mi się kojarzy pisanie OMD). Już pierwszy gag ze skrzynką pocztową rzucił mną na kolana, a dalej... no cóż, nie jest lepiej, ale dużo gorzej też nie. No i co Loki kombinuje z Doomem?
tig3000: Jakoś nie rusza mnie fakt, że Loki to teraz kobieta. Nie rusza mnie, że Doom znowu coś knuje (ale mam szczerą nadzieję, że jednak poruszy mnie, kiedy dowiem się, co knuje)... Do tego występ Destroyera... Kimokolwiek by on tam w przeszłości dla Thora nie był... Rysunki jakoś takie... Nie wiem... Kiedy zobaczyłem je w numerze 1 to były fajne, ale teraz już do nich przywyknąłem i jakoś mnie nie ruszają specjalnie... W następnym numerze, jeśli dobrze rozumuję ze strony Marvela, będzie zakończenie pierwszej historii... Ja tam nie wiem, w jakim kierunku i po co to wszystko zmierza, ale czytać dalej będę ;)

Ultimate Power #9
Gil: Polecę Szekspirem i powiem: "Wiele hałasu o nic". Pobili się, posprzątali i nic właściwie z tego nie wynikło. No, chyba że za bezpośredni skutek uznamy loebowych Ultimates, to wtedy można dodać, że nic dobrego z tego nie wynikło. Trudno na razie mówić o konsekwencjach dla Supremeverse, ale nie spodziewałbym się jakichkolwiek (jeśli seria w ogóle wróci). Co tu dużo mówić, numer jest loebowy i tyle. Ocena: 4/10
tig3000:
Po przeczytaniu tego konkretnego odcinka do swoich życiowych postanowień dodaję kolejne: "Nigdy więcej nie sięgać po nowe komiksy Loeba." Tutaj Fury przekazany Squadronowi na oczach wszystkich wplątanych w akcję, jako "rekompensata" za całe zamieszanie, a w Ultimate Spiderze Peter pyta Carol Danvers "Gdzie jest Fury"... Jeezzz... tutaj właśnie Spider mówi, że to Fury jest niejako sprawcą wszystkiego, a w USM takie coś? Jeph Loeb happens... Powie mi też ktoś, skąd się Skrull tu wziął? Bo, cholera... Przeczytałem wszystkie numery, i chyba nie wiem... pominąłem, albo zapomniałem... Nie chce mi się przeglądać wcześniejszych...
No i ta pisanina Loeba... Ma jeden schemat - walnąć do komiksu jak najwięcej postaci, tak żeby były, później o nich zapomnieć/odesłać z powrotem/odprawić z kwitkiem. Tak było w Batman/Superman wydanym w Polsce przez Dobry Komiks, tak jest w The Ultimates (był Venom, wskoczył przez okno, oberwał błyskawicą i tyle. Tak samo Black Panther - wymierzył dwa ciosy i poleciał w cholerę). No i na zakończenie mamy jeszcze raz powiedziane wprost, że Pietro i Wanda są ze sobą, zrobienie z Capa cioty i takie tam... Robi Loeb podwaliny pod Ultimatum, ale ja już dziś na to leję i po to nie sięgnę :] Po The Hulk, cholera, też nie sięgnę!


X-Men #206 avalonpulse0024l.jpg
Hotaru: Carey nie zawodzi. Po ostatnich średnich rozdziałach Messiah CompleX znów mamy dobry kawałek komiksu - szczególnie fragmenty z przyszłości. Niestety, nie dzięki temu cross-over, ale raczej pomimo niemu. Odnoszę wrażenie, że zespół planujący to całe wydarzenie niedostatecznie zastanowił się nad stopniowaniem napięcia i tempem akcji. Przez to brak jest pewnej spójności na trochę głębszym poziomie, niż sama linia fabularna. Cóż, następny rozdział to Uncanny, który pewniakiem będzie gorszy od tego numeru, dlatego cieszę się, że na pewno chociaż co czwarty rozdział tej historii jest porządny. Brawo, panie Carey.
Gil: Jeśli kiedykolwiek narzekałem na pracę Careya przy X-Men, to tylko dlatego, że wiedziałem, że potrafi lepiej. I właśnie udowodnił, że potrafi, bo jak dla mnie to najlepszy (jak dotąd) numer Complexu. Nic nie dzieje się na hurra, a jednak dzieje się dużo i ostro. To, co przechodzą Madrox i Layla w przyszłości - ciary na plecach. Reakcje po bitwie z PuReaversami - idealne. Cable i jego akcja z ciężarówką - hilarious. Młodzi, naprawiający Cerebrę - logiczne i dobrze przeprowadzone. No i wreszcie finał numeru: Bishop, którego nigdy nie lubiłem, załatwił (oby raz a dobrze) Forge'a, którego nigdy nie lubiłem, i okazał się zdrajcą. Na to chyba czekałem od 1995 roku ;) Ponadto, subtelna, ale zdecydowanie na lepsze zmiana w stylu Chrisa Bachalo, dzięki czemu lepiej wpasował sie w całość (żeby jeszcze Ramos tak umiał...). Jest super, mój entuzjazm wrócił, a CompleX zasłużył sobie na ocenę: 9/10
Kakteen: Numer wciągający. Chociaż jak dla mnie, trup ściele się trochę za gęsto. Czy naprawdę nie ma już innej możliwości zaskakiwania, niż pozbawianie życia egzystujących tak długo w świecie Marvela bohaterów? Na pewno są, ale ofiara szokuje zawsze najbardziej. Niemniej jednak suspens w tym zeszycie spełnia swoje zadanie, co zapewni świetną sprzedaż kolejnej części. Całość zaczyna coraz bardziej przypominać "Ludzkie dzieci" w reżyserii Cuarona. Może na tym wzorowali się scenarzyści? Oby zakończyło się mocniejszym akcentem niż w filmie z ubiegłego (jeszcze) roku. Mocna piątka. Czekam na więcej.
TheNewlyAwoken: Jestem naprawdę dumny z tego, co się aktualnie dzieje w świecie X-Men. Okazuje się, że nie tylko Whedon potrafi świetnie pisać mutantów - cały Kompleks dorównuje póki co jego runowi w Astonishing. A ten zeszyt nie jest wyjątkiem. Nie mamy tu co prawda zbyt wiele akcji (jakaś taka tendencja w tym tygodniu), ale intryga wspaniale się rozwija, historia trzyma w napięciu i buduje potrzebę na jeszcze. Kupuję TPB jak tylko wyjdzie. Zdecydowanie!
Gamart: Świetne rozwinięcie historii, szczególnie, że dowiaduję się w końcu, skąd ma swoją dziarę Bishop i w jakich warunkach taki zabieg był przeprowadzony. Ogólnie cała sytuacja w obozie to kawał dobrego thrillera i szczególnie szkoda mi Layli. Dalsze działania X-Men są sensowne, ale najciekawsze są sceny z Cablem. Od słodkiej sceny na drodze, przez porwanie Optimusa Prime i przyjazd do Forge'a, aż po końcówkę, która straszliwie podgrzewa atmosferę. Wiecej! O, i S_O jeszcze mi przypomniał o Kukułkach. Takie delikatne bawienie się z czytelnikiem motywem "bo trio to może lesbijakami są, a jak , to jeszcze może jakiś incest i w ogole" jest świetne i odrazu przypomina mi Millara z kazirodczym związkiem Pietro i Wandy z Ultimates.
Jaro: Najlepszy jak do tej pory numer crossovera. Pierwszy wgląd na obóz od środka przypadł Careyowi i Bachalo i panowie wywiązali się z zadania aż za dobrze - miejsce autentycznie przeraża. Dalej - świetnie zostały pokazane nastroje pośród X-Men po śmierci Calibana, a pośród tego Cyke po raz kolejny zachowuje się jak rasowy przywódca, wykorzystujący wszystko, czym tylko dysponuje. Dalej - drobiazg, a cieszy - zupełnie nieszablonowy środek transportu Cable'a i małej. Wreszcie bardzo mocna końcówka i zdrada Bishopa, która rodzi pytanie - czy Lucas jest na czyimś garnuszku, czy może sam jest kolejną stroną w konflikcie? W tej chwili, nawet zretconowanie jego postaci pewnie by mi się spodobało. Wszystko dzieje się bardzo szybko, akcja jest dynamiczna, a wrażenie to wzmacniają niesamowite rysunki Bachalo, zwłaszcza sekwencje z obozu i ostatnia scena z Bishopem stojącym nad ciałem Forge'a i - oby jeszcze żywym - Cablem.
Ocena: 10/10; soundtrack: Ulver - Blinded by Blood.
S_O: Rany, przyszłość naprawdę rysuje się w czarnych barwach. To, co przeżywają Madrox i Layla, przypomina mi twórczość Borowskiego, czy Herlinga-Grudzińskiego. Całkiem możliwe, że trafili do przyszłości Bishopa, tylko, no, wiecie... jej przeszłości.
A skoro o Bishopie mowa... rany boskie, czemu? Co on próbuje osiągnąć? Dla kogo pracuje? Za każdym razem, gdy numer pisze Carey, zostawia nas z milionami pytań w głowie!
Aha - co jest lepszego od dwóch lesbijek, z czego jedna jest smokiem? Trojaczki-być-może-lesbijki, które są telepatkami! Oooch Riiiiight!
straznik:
Jak zauważyła niejedna osoba, spoilery zdradziły ostatnie strony. Muszę się od nich uwolnić. Cóż, bardzo ciekawi mnie, co takiego odkryją jeszcze Madrox z Laylą, bo póki co przypomina mi to polowanie na mutantów na podobnej zasadzie, na jakiej hitlerowcy prześladowali Żydów. Wojna 6-minutowa musiała być naprawdę szybka, też ciekawi mnie, co więcej o niej powiedzą. Prócz tego i ostatniej strony praktycznie nic się nie działo. Szkoda, ale spowolnienie akcji jest ważne w każdej opowieści, by następna część przyniosła znaczną zmianę. Dzialania Bishopa... cóż... z osądem poczekam do następnego odcinka.
Gerkus:
Świetne. Zacznę od tego, że choć okładkę widziałem już w zapowiedziach, to ujrzenie jej w pełnych rozmiarach i tak wywołało u mnie dreszcze. Na początek mocne sceny z przyszłości, zaraz przeskok na pobojowisko i genialny, cyniczny tekst "Feel like mourning the dead, Summers?". Czyli zaczęło się od trzęsienia ziemi, a później napięcie już tylko rosło. Starania ponownej lokalizacji Nathana, jego dalsza podróż, a to wszystko przeplatane może nie zaskakującymi, ale robiącymi wrażenie odsłonami z przyszłości. I na sam koniec, kiedy myślałem, że zapowiadane tematy zdrajcy (Cable) i śmierci (Caliban) zostały już wcześniej zrobione na odwal, otrzymuję zwłoki jednej z moich ulubionych (choć nie docenianych przez scenarzystów) postaci i zdrajcę co się zowie. Takiego, co w najmniej spodziewanej chwili ładuje magazynek w plecy jedynej osobie, która zdaje się wiedzieć, co zrobić, żeby zapobiec katastrofie. Krótko mówiąc - dla takich numerów czytam właśnie komiksy.

X-Men: Emperor Vulcan #4
Gil: Niezła rozróba i... to właściwie tyle. Biją się, strzelają, wysadzają. Wygląda to średnio, bo i rysownik średni, ale fabularnie nie jest źle. Zabrakło tylko jakiejś nowej rewelacji, bo zwrot w końcówce był w puli przewidywanych od początku. Doczytać do końca na pewno nie zaszkodzi, a tymczasem ocena: 6/10
TheNewlyAwoken: Są wybuchy, jest naparzanie, generalnie typowa space-opera. Tylko można by psychikę Vulcana bardziej podrążyć, bo na razie wychodzi z niego tylko rozwydrzony bachor. No i szkoda, że jednak roszczenia M'Krann co do kryształu okazały się nieuzasadnione. Byłoby ciekawiej, gdyby byli jakimś kolejnym "grzeszkiem" Shi'ar.
Hotaru: Nie jest tragicznie - przygotowałem się na kaszanę, a dostałem coś jednak lepszego. Nadal nie jest to wszystko dobre, ale chyba nikt się nie oszukuje, że będzie to jakieś mistrzostwo świata. Zapomnę o tej całej miniserii w momencie jej zakończenia i tak chyba będzie ze wszystkimi czytelnikami. Zieeef.
S_O: Takie tam... Powalczyć trochę, znaleźć sposób na wroga, pokonać go. Ot, sztampa. Jedynie koniec (i dwa czy trzy niezłe teksty) są warte obejrzenia.
CrissCross:
Po poprzednim numerze miałem nadzieję na skok jakości (może niewielki, ale jednak) a tu znowu padło. Zwyczajnie nie potrafiłem się wczuć w akcję, a najbardziej irytujące były wypowiedzi Gabriela w stylu "That's what he gets for touching me". Normalnie tekst na poziomie Paris Hilton, Dody albo innej plastikowej tandeciary. Rysunki też przeciętne najwyżej.

X-Men: First Class vol. 2 #7
TheNewlyAwoken: O ile darzę tę serię pewną sympatią, to tym razem nie jestem w stanie napisać nic pozytywnego. Nagle, ni z tego, ni z owego, wszyscy odzyskują moce, Angel leczy dotykiem, a Scarlet Witch jest potężniejsza, niż kiedy była w Avengers. Jak to ma być in continuity, to ja pozostanę out of continuity.
S_O: Słabsze niż zazwyczaj i sprowadzało się tylko do rozwalania setki Sentineli. ale zawsze miło popatrzeć na full-wypas pierwszych X-Men (i nawet znalazło się miejsce na uzdrawiającego Angela rodem z Austena). Ale za to nowe, powiązane z tematem Sentineli Mini Marvels o Niesamowicie Wielkiej Ilości Rzeczy Osobistych Wolverine'a rozkłada na łopatki.

Zombie: Simon Garth #2
Gil: Kyle Hotz nadal dobrze sobie radzi jako scenarzysta i daje man najlepszą opowieść o zombiech w tym tygodniu. Nadal nie jest może rewelacyjna, ale przeskakuje Marvel Zombies choćby klimatem, a przy tym ma dużo z klasycznego horroru. Fajnie się czyta, a charakterystyczne rysunki pomagają. Ocena: 6/10





Okładki tygodnia

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

 

Hity tygodnia:
avalonpulse0024a.jpgUltimate Power #9

Autor: Greg Land

Foxdie:
Co tu dużo pisać, wybrałem tę okładkę bo (aż zacytuję Gamarta) "jestem samcem i tyle". Trzy (Scarlet Witch nie liczę, bo coś niewyraźnie wyszła) piękne heroiny podczas lotu. Na dodatek kobiety spod ręki samego Landa, a jak twierdziło wielu uczestników Art Areny, Greg przerysowuje swoje postacie z filmów dla dorosłych, więc siłą rzeczy muszą być ładne i seksowne. Na okładce znalazło się też coś dla pań i w tle widać kilku męskich osobników (Spidera nie liczcie, bo niepełnoletni i na dodatek w piżamie). Jak więc widać okładka przyjemna dla oka obu płci, na zakończenie roku jak znalazł.

avalonpulse0024d.jpgMarvel Illustrated: Picture of Dorian Grey #1

Autor: Gerald Parel

Gil: Trudno o lepsze uzupełnienie dla adaptacji klasyki, niż klasycznie wyglądająca okładka. Ta jednocześnie sprawia wrażenie klasycznego obrazu i nie pozostawia wątpliwości, że jest to komiks. Postacie są realistyczne, a największe znaczenie dla odbioru ma technika - połączenie komiksowego tuszu i malarskich pociągnięć pędzla, wzbogacone ornamentyką. Właściwie, im dłużej patrzę na tę okładkę, tym bardziej fotorealistyczna mi się wydaje, ale tym razem policzę to między zalety.



avalonpulse0024b.jpgX-Men #206

Autor: David Finch

Spence: Z okazji zbliżającego się końca roku (to po pierwsze) i bardzo dobrego okładkowo tygodnia (po drugie): stwierdziłem, że skomentuję dwie okładki, ale pochodzące z jednego numeru, żeby nie było.
Pierwsza: klaustrofobiczna, zamknięta, co rzadko spotyka się w Marvelu. Mroczna. Z fenomenalnie rozegranym światłocieniem. Bardzo realistyczna - nie spodziewałem się takiego rysunku po Finchu, a gdy pierwszy raz rzuciłem na nią okiem myślałem, że Darrick Robertson wrócił do tworzenia okładek dla M. I do tego te jarzące się na czerwono oczy [tak wygladała pierwsza, lepsza wg mnie wersja okładki - S.] Oby więcej takich okładek. Piękna robota.

avalonpulse0024c.jpgX-Men #206

Autor: Simone Bianchi

Spence: Druga: właściwie odwrotność pierwszej - dynamiczna, pokazująca akcję, świetnie narysowana. Tym, co najbardziej dziwi, jest podpis - tak, to Simone "tworzę okładki z maksymalnie dwiema osobami" Bianchi. Tu tymczasem mamy tych postaci aż trzy. Moim zdaniem ten progres jest bardzo wart odnotowania, bo dobrze wróży drugiej serii "Astonishing X-Men", którą ten pan ma współtworzyć z Warrenem Ellisem. A przynajmniej taką mam nadzieję.

 

 



Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2007.12.28



Redaktor prowadzący: Lex
Korektor: S_O
Redaktor techniczny: Black Bolt
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.