Avalon » Publicystyka » Artykuł

Naleśnikomania #6: I Zapadła Ciemność Wszystkich Nocy. Znowu.

No. Szaleństwo Hopelessa zostało zakończone, jego kariera zmierza ku zagładzie, a jego ofiary pewnie za jakiś czas ktoś naprawi. Mogę odpuścić gniewowi, wrzucić na luz, spojrzeć optymistycznie na przyszłość. Może odprężyć się przy jakimś komiksie? O, Spider-Girl pojawia się w Amazing Spider-Man? Zawsze miałem do niej sentyment. Zobaczmy co tam słychać u nie.... o.....em..... a-ha.
Jedziemy od początku.

Ostatnio ględziłem przez siedem stron a i tak nie wyczerpałem tematu, więc zapewne jeszcze do niego kiedyś wrócę. Tym razem postaram się być bardziej zwięzły. 

To, że jestem obrażony na Spider-Mana, nie powinno być dla nikogo zaskoczeniem. Tyle razy krytykowałem go w tej kolumnie i tyle razy przywoływałem Maximum Carnage, że na tym etapie więcej plułem się chyba tylko na Pana Dobrze Nazwanego. To niemalże zrządzenie losu, że to w komiksie o nim znaleźć można coś, co jest wręcz ucieleśnieniem choroby, która trawi całego Marvela. Ale może zanim przejdziemy do tego, pogadajmy o Spider-Girl.

Niewielu z was, drodzy czytelnicy, pewnie kojarzy May "Mayday" Parker. Nigdy nie była w Avengers, nie pojawia się w wielkich eventach, nie istnieje nawet w jednym świecie z resztą "prawdziwych" bohaterów. A jednak, mimo tego to właśnie ona była pierwszą kobietą, której udało się dojść do trzycyfrowego numeru swojej serii. She-Hulk nie może się pochwalić takim osiągnięciem. Carol Darvens nie może. Black Widow nie może. Rogue nie może. Jasne, Marvel gdzieś tam przepchnął jakieś ich jubileuszowe numery – przez zsumowanie numeracji kilku zamkniętych serii. Spider-Girl zdołała dotrzeć tak daleko bez takich sztuczek, przejść cały ten dystans od początku do końca. A jej seria wcale nie miała wybitnych wyników sprzedaży, niemalże co chwilę groziło jej anulowanie. Ale, dzięki lojalnym fanom ciągle unikała dna. A kiedy w końcu zdobyła tę nagrodę, dostała drugą serię. I tym razem wytrwała "tylko" trzydzieści numerów. Pisze "tylko" w cudzysłowie, ponieważ było to w czasach, kiedy komiks, który dociągnął do dwunastu, uchodzi za sukces. I jasne, może jej ostatnia seria została anulowana po czterech zeszytach, ale wychodziła w okresie, który zapamiętać najlepiej można właśnie jako taką plagę "stealth mini". Podobny los spotkał na przykład S.W.O.R.D. Kierona Gillena, a nie widzę by ktoś uważał to za argument przeciw tamtej serii. Cokolwiek by nie mówić o jej komiksie, Spider-Girl ma oddanych fanów. Niektórzy ludzie stawiają ją nawet bardzo wysoko na liście bohaterów spłodzonych przez markę Spider-Mana, którzy odnieśli sukces. Pod względem popularności porównuje się ją do Bena Reilly, Miguela O’Hary czy w ostatnich latach Kaine’a Parkera i Milesa Moralesa1.

amazing_spider-man_vol._3_8@m.jpgamazing_spider-man_vol._3_9@m.jpgscarlet_spider_vol._2_1@m.jpgspider-man_2099_vol._2_1@m.jpgmiles_morales_the_ultimate_spider-man_1@m.jpg
Okładki: Amazing Spider-Man vol. 3 #8, 9, Scalret Spider vol. 2 #1, Spider-Man 2099 vol. 2 #1, Miles Morales: The Ultimate Spider-Man #1

Tym bardziej więc boli sposób, w jaki Marvel potraktował ją w Amazing Spider-Man vol. 3 #8. Sposób niezwykle wręcz cyniczny. Nie, nie zabili jej. Jeszcze nie. Ale wpierw wrzucili ją na okładkę, jakby to był poświęcony jej numer. Podczas gdy dostała zaledwie marne sześć stron. Okładka też kłamie bezczelnie, obiecując nam "Spider-Girl’s Last Stand". Chyba trafiłem do świata JoJo’s Bizarre Adventure, bo jeśli jest tu jakiś Stand, to ja go zdecydowanie nie widzę. Dziewczyna spędza historię na plecach albo uciekając. Dan Slott redukuje Mayday do roli bezbronnej ofiary, momenty heroizmu zostawiając jej rodzicom, którzy zostają zamordowani właściwie tylko po to, aby tragedia ta mogła wzbudzać w czytelniku współczucie do niej. Ta "tragedia" jest niemalże pozbawiona życia i ducha, wydaje się pisana z listą punktów do odhaczenia. Gdy dochodzimy do finału i Mayday obiecuje zabić Daemosa, scena ta wychodzi niemalże jak pisana pod dyktando, przy kompletnym braku zrozumienia, czego tak naprawdę chce współczesny odbiorca. Historie o tym jak to  bohaterowie tracą wszystko i przysięgają zabić sprawcę tej tragedii dawno już przestały być czymś nowatorskim w komiksach. Powiedziałbym nawet, że dotknął je ten sam los, co zabijania bohaterów – to jest robione tak często, że stało się nudne. To niemalże standard na tym etapie – jeśli nie ma się pomysłu na postać, rzuca się w nią jakąś poważną traumą i liczy, że może się to komuś spodoba. 

Jeden z twórców Mayday, Ron Frenz, wyraził dezaprobatę co do tego posunięcia. Jak na ironie, nie jest nim bynajmniej zaskoczony – od zawsze edytorzy próbowali naciskać na scenarzystę przygód May, Toma DeFalco, aby uśmiercił jej rodzinę i uczynił ją postacią bardziej tragiczną, podobną samemu Spider-Manowi2 .  Frenz jest też zdania, że takie zagranie kompletnie kłóci się z główną ideą bohaterki. Jak wyjaśnia, podczas gdy Peter nauczył się, że ludzie będą ginąć, jeśli nie będzie działać, May nauczyła się, że jeśli będzie działać, ludzie będą żyć. Jak uważa, uczyniło ją to postacią bardziej aktywną, która szukała problemów i rozwiązywała je, zanim nastąpi ich eskalacja w coś naprawdę poważnego, a tematyczne centrum jej historii skierowało na rodzinę oraz pozytywne strony superbohaterstwa. To w konsekwencji ukształtowało cały świat MC2 i Frenz uważa, że zabierając to zabiera się duszę tego universum3

Frenz pozwolił sobie też na krytykę w stosunku do całego ogólnego podejścia Marvela – zauważył on, że między mordowaniem postaci w Spider-Verse, śmiercią Watchera w Original Sin a śmiercią Wolverine’a w Death of Wolverine, fani zaczęli być znudzeni ciągłymi mordami na prawo i lewo4 . Słowa te sprawiły, że zacząłem martwić się o jego zdrowie. Nie mentalne, bo zgadzam się z nim w zupełności, ale fizyczne. Podobne słowa wypowiadał przecież zmarły już Mike Wieringo, rysownik znany z pracy nad Fantastic Four oraz współtwórca postaci Barta Allena, lepiej znanego jako Impulse albo Kid Flash. Kiedy DC zabiło Barta w Countdown, Wieringo również stwierdził, że jego zdaniem opowiadanie historii w komiksach wielkiej dwójki ustąpiło miejsca pisaniu pod eventy. Eventy w których zawsze ginie masa postaci i nic już nie jest takie samo, a które mają coraz mniejszy wpływ na odbiorców, bo jest ich zwyczajnie za wiele. Jak stwierdził Wieringo, to stało się tym, czym holograficzne okładki w latach 90-tych – tania sztuczką mającą podnieść sprzedaż5 . I naprawdę, trudno się z tym nie zgodzić. 
Jasne, ktoś może powiedzieć, Marvel to firma i muszą zarabiać pieniądze. Jasne, rozumiem. Ale czy ich metody na pewno są właściwe? Który to już event w tym roku? Czwarty? Jasne, nie można zaprzeczyć, że się sprzedają, ale czy naprawdę Marvel potrzebuje ich aż tyle? W tej chwili wiele komiksów jest w sytuacji w której albo przygotowują grunt pod event, albo maja tie-in do eventu albo dochodzą do siebie po evencie. A jednocześnie wcale nie widać, aby pomagało to wynikom sprzedaży tak bardzo – dalej jesteśmy w sytuacji w której komiksowi bardzo trudno dotrwać do dwunastego numeru i to zarówno tym złym jak i dobrym. Czy może prawdą jest twierdzenie, że eventy nie pomagają wynikom sprzedaży na dłuższą metę? Czy ich przesyt nie oznacza, że Dom Pomysłów stał się od nich uzależniony jak od sterydów6? Niekiedy wręcz podpięcie się pod jakiś event szkodzi serii – mój redakcyjny kolega Undercik pisał o tym w najnowszym wydaniu swojej kolumny, jak podczepienie się pod "AXIS" zaszkodzi pewnie Captain America & the Mighty Avengers, a może nawet całej idei Sama Wilsona jako następcy Steve’a Rogersa.

death_of_wolverine_1@m.jpgavengers_arena_1@m.jpgavengers_undercover_1@m.jpgcaptain_america__mighty_avengers_1@m.jpgoriginal_sin_1@m.jpg
Okładki: Death of Wolverine #1, Avengers Arena #1, Avengers Undercover #1, Captain America and Mighty Avengers #1, Original Sin #1

Między nagminnym zabijaniem bohaterów a przesytem eventów, należy sobie zadać pytanie – czy Marvel wie co robi? Coraz częściej mam wrażenie, że nie. Kolejne posunięcia przekonują mnie, że próbują kopiować cokolwiek akurat odniosło sukces, niespecjalnie rozumiejąc skąd ten sukces się wziął. I jasne, ktoś może powiedzieć, że to nie nowy trend. Kiedyś Marvel próbował podczepiać się pod filmy kung-fu i blacksploitation, dzisiaj pod "Igrzyska Śmierci", "Breaking Bad" i "Grę o Tron". Ale myślę, że w tym porównaniu można doskonale ujrzeć prawdziwą istotę problemu z obecnym Marvelem. Wtedy oni tworzyli. Co dało nam naśladownictwo filmów z Brucem Lee? Shang-Chi i Iron Fista. Podążanie za śladami Blaxploitation dało nam Luke’a Cage’a. Próby podpięcia się pod popularność Igrzysk Śmierci i Breaking Bad jedynie zrównały z ziemią kilka mniejszych franczyzn jak Runaways, Avengers Academy czy Sentinel, których bohaterowi albo są martwi (Juston) albo tak popsuci, że wątpię, by dało ich się naprawić (Nico). A w zamian dostaliśmy tylko trzy postacie które wszyscy zdążyli już znienawidzić. Wtedy Marvel budował coś nowego, dzisiaj jedynie niszczy.

I jasne, ktoś może powiedzieć, że przecież to też daje dobre historie ale... kiedy był ostatni raz, gdy coś takiego miało miejsce? "Daredevil: Born Again"? To chyba ostatni raz jaki potrafię sobie przypomnieć gdy rozwalenie w pył życia bohatera było dobrym komiksem. Od tego czasu już niezbyt. Jasne, dobre historie, w których mają miejsce dramatyczne wydarzenia, dalej istnieją i jest ich bardzo wiele. Tragedie mogą i powinni dotykać bohaterów, inaczej ich życie zamieni się w przygody Kaczora Donalda. Ale tylko wtedy, kiedy ma to uzasadnienie i jest dobre dla fabuły. Niestety, patrząc na komentarze Wieringo i Frenza zastanawiam się, czy nie stało się tak, że stały się one elementem samym w sobie. Rozpacz, tragedia, dramat, śmierć, ból – te elementy mogą i wiele razy pomagały stworzyć porządną, mroczną historię. Ale nie znaczy to, że same w sobie czynią opowieść dobrą. Tymczasem od lat dostajemy jeden za drugim komiks, który właśnie tak twierdzi. Ultimatum. Kick-Ass 2, w którym złoczyńca pokazuje jaki jest zły gwałcąc koleżankę bohatera, z parszywym uśmieszkiem informując ją, że  "czas zobaczyć jak smakuje zły fiut". Avengers Arena. Krwawa łaźnia w "Spider-Verse". Wydaje się jakby autorzy niemalże czuli się w obowiązku kogoś zabić, jakby bez tego historia nie mogła być dłużej dramatyczna. Jakby za wszelką cenę chcieli próbować nam pokazać, że ta historia jest ważna.
Ważna. Myślę, że źródło tego problemu leży właśnie w tym, jak ludzie zdają się mieć obsesje aby ich komiksy wydawały się ważne. Każdy autor chce pozostawić swój ślad na bohaterach, mieć poczucie, że zmienił albo wręcz przedefiniował ich kompletnie. Fani wydają się szukać historii, które pokazują jakie są "ważne", jakby potrzebowali jakiegoś wyniesienia dla wybranych przez siebie komiksów. A to otwiera drogę dla scenarzystów żerujących na kontrowersji. Ludzie zlatują się i kupują takie badziewie jak "Spider-Verse" albo Arena bo wydaje się ważne, bo mają wrażenie, że zmieni wszystko na zawsze. Bo przecież ludzie w nich giną, więc to musi być ważne, prawda? I to się niestety sprzedaje, jak bardzo bym tego nie chciał. I co z tego mamy? Historie bez żadnej prawdziwej wartości, ledwo trzymające się sploty zdarzeń w których zagubione zostają zarówno moce jak i charaktery bohaterów. A co gorsza, to podejście się rozprzestrzenia na kolejnych autorów. Przecież serie o Avengers Jonathana Hickmana to niemalże ciągle budowanie pod to wielkie wydarzenie, gdzie w sumie nie ma wiele osobowości ani charakteru postaci, tylko ciągle zapowiedź czegoś wielkiego. I jasne, są tu dobre momenty, jak cały dylemat z tą planetą, o którym pisałem ostatnio. Ale jednak lektura przypomina mi metaforę z Tetfoula, mało znanego komiksu Europejskiego, którego dwa zeszyty ukazały się w Polsce. Możemy tam zobaczyć wyścig po szczęście, w którym każdy, kto dobiegnie do mety wygrywa. Tylko wpierw musi sprostać jeszcze jednemu wyzwaniu – kolejnej rundce tą samą trasą. I tak w nieskończoność. Tym są komiksy Hickamana – obiecywaniem, że już, za numer, nadejdzie ten wielki moment, przez który opadną wam szczęki. A on nigdy nie nadchodzi. Ja na tym etapie już wiem, że "Secret Wars" będzie wielkim rozczarowaniem – Hickman pobudził ludziom apetyty tak bardzo, że nawet o wiele lepszy scenarzysta nie zdoła ich zadowolić. Jasne, czasem trafi się coś wartościowego bo Hickman to nie Hopeless jednak i niekiedy ma dobre pomysły. A czasami rzucą nam jakaś głupią scenę wyglądającą fajnie i cynicznie skonstruowaną aby być "cool" i podtrzymać apetyty. Wiecie, patrząc na takie komiksy zastanawiam się jak przyszłe pokolenia nazwą obecną erę komiksu. Bo podejrzewam, że do Złotej, Srebrnej, Brązowej i Mrocznej Ery nie dołączy Żelazna, jak ludzie wierzą. Jesteśmy erą Kurczaka McNuggets – może to i dobrze wygląda, może i ma znaną markę, może i nawet smakuje nieźle, ale wartości odżywczych w tym żadnych.

Ale wracając do zabijania – nie chodzi o to, aby go nie było, podkreślam to po raz kolejny. Ale chcę aby śmierć bohaterów była przemyślana i miała konsekwencje. Bo jednak w historiach po to się zabija bohaterów – aby pokazać jak ich zgon wpływa na bliskie im osoby. Śmierć jest w większej mierze o tych, których zmarli pozostawiają za sobą, niż o nich samych. Jakkolwiek są wyjątki, na przykład świetna historia "Death of Captain Marvel", w której tytułowy bohater musi pogodzić się z faktem, że umiera, nawet one są zaledwie w równym stopniu o tym jak inni ludzie radzą sobie z tą sytuacją, jak i o samym umierającym.

ultimatum_1@m.jpgnew_avengers_vol._3_1@m.jpgnew_avengers_vol._3_21@m.jpgavengers_vol._5_1@m.jpgsuperior_foes_of_spider-man_17@m.jpg
Okładki: Ultimatum #1, New Avengers vol. 3 #1, 21, Avengers vol. 5 #1, Superior Foes of Spider-Man #17

Jest też kwestia zmartwychwstania, druga strona medalu. Nie ukrywajmy, w komiksach istnieją obrotowe drzwi w zaświatach. Mówiłem już o tym ostatnio – wszyscy wracają do życia. Albo, jak wielkie, przynoszące góry pieniędzy marki, w blasku chwały, albo po cichu, przez czyjeś niedbalstwo, w przypadku trzecioligowych złoczyńców. To sprawia, że śmierć sama w sobie staje się bezwartościowa odziera ją ze wszelkiej dramatycznej siły, jaką powinna mieć w pierwszej kolejności. Jest to świetnie sparodiowane w finale Superior Foes of Spider-Man Boomerang zabija innego złoczyńcę, Mirage, argumentując, że facet ginął i wracał bez wyjaśnienia tyle razy, że kolejny zgon jest bez znaczenia. Rzecz jasna frustrujący jest też problem z tym, że na cmentarzu wszyscy są równi, ale niektórzy wydają się być o równiejsi od innych. Jak wspominałem wielokrotnie, obrotowe drzwi zdają się istnieć tylko dla wielkich gwiazd, podczas gdy mniej znani bohaterowie muszą na swoją kolej czekać, jeśli mają szczęście, dziesięć albo dwadzieścia lat, a ich powrót ma miejsce długo po tym, gdy kogokolwiek przestali obchodzić. A jednocześnie szanse, że ktoś będzie ich opłakiwał, są niewielkie. Bo to jest zarezerwowane tylko dla tych samych wielkich gwiazd. Dochodzimy do paradoksalnej sytuacji w której ci, których śmierć Marvel chce, by miała znaczenie, mają zapewniony powrót w ciągu paru lat. A ci, których śmierć naprawdę ma znaczenie, są traktowani, jakby go nie miała. Ten groteskowy obraz to efekt zaplątania się Marvela i jego własnej polityki, to kozi róg, w który firma sama się zapędziła. 

Może jest jednak jakaś szansa na poprawę? W chwili, gdy piszę te słowa Marvel zapowiedział powrót do życia Cassie Lang, córki Ant-Mana i członkini Young Avengers, znanej szerzej jako Stature. Cassie wraca do życia po śmierci w Avengers: Children’s Crusade, po okresie zaledwie niespełna dwóch lat – porównywalnym z tym, ile lat był martwy Captain America. Cyniczna strona mojej natury każe mi podejrzewać, że to tylko z powodu nadchodzącego filmu o jej ojcu. Ale ta druga, idealistyczna, ma cichą nadzieję, że ten powrót będzie zwiastunem nowej, lepszej ery dla takich postaci jak Cassie, Sider-Girl czy Runaways. Ery, gdzie nie będą traktowani jak mięso armatnie by pokazać, jaki zły i groźny jest złoczyńca. Ery, gdzie nie są używani jako dowód, że śmierć dalej ma znaczenie, podczas gdy A-Listerzy wracają do życia nim zdążą zagrzać miejsca w zaświatach. Gdzie tragedie spotykają ich w ramach naturalnego rozwoju wydarzeń, a nie dla taniej kontrowersji.

Jest jednak jedno ale. Pod koniec 2013 wyraziłem nadzieję, że Runaways dostaną dobry komiks, a Marvel zniszczył ich w Avengers Undercover. Wiec może lepiej nie mieć żadnych nadziei? Przynajmniej uniknę kolejnego gorzkiego rozczarowania.

Demogorgon


1"To say that Spider-Girl is among the most popular and successful alternate Spider-people is an understatement; only Miguel O'Hara (Spider-Man 2099) and arguably Ben Reilly (Scarlet Spider) come anywhere close. „ - Alex WIlden, “The Dark Belly of Crossover Events Revealed in “Amazing Spider-Man #8”", http://www.examiner.com/review/the-dark-underbelly-of-crossover-events-revealed-amazing-spider-man-8, wyświetlone 32.11.2014
2""The idea that her first appearance since we wrapped the title is Pete and Mary Jane getting wiped out in the first three pages, it feels typical, completely expected because we always assumed that if anyone decided to relaunch Spider-Girl without us, the first thing they would do is kill Pete and/or Mary Jane” says Spider-Girl co-creator Ron Frenz.
“There was more than one editor in our run of 'Spider-Girl' who thought it would be great to kill Pete because then it gives her the whole tragic origin just like his. The very first annual, Tom DeFalco and Pat Olliffe did that cover with Mary Jane and Pete laying dead, and Spider-Girl's kneeling there mourning them, and they did it deliberately to 1) give the editor's what they wanted in the shocking cover, and 2) stick it to them because it didn't happen in the story. It was a story with Misery and she's showing May her worst fears." – Ron Frenz dla Steven Regina, "Death Cannot Catch Spider-Girl In It’s Web", http://theswervemagazine.com/Spider-Girl___Ron_Frenz.html, wyświetlone dnia 23.11.2014
3"Our problem with it is, if you take away the family, then you have taken away the core of what Spider-Girl stories are about. The same way Spider-Man stories are about 'With great power, there must also come great responsibility,' Spider-Girl stories are about family and the positive aspects of being a superhero. That it does affect your life in a negative way, that it's hard, but that it's worth doing."
"Pete learned through the death of Uncle Ben that if he doesn't act, people die; Mayday learned in her first couple of issues that when she does act, people live. That subtle, but significant difference put her in a much more positive and proactive headspace, which was pretty much the whole vibe of the MC2 Universe. MC2 was unabashedly a universe wherein heroes existed and helped make the world a better place, so that a second generation of people who get powers are inspired to do the same thing." - Ron Frenz dla Steven Regina, "Death Cannot Catch Spider-Girl In It’s Web", http://theswervemagazine.com/Spider-Girl___Ron_Frenz.html, wyświetlone dnia 23.11.2014
4"It's like the death of Wolverine. Nobody's upset about that, they're all just 'See you in a year, Wolverine' or 'See you in a year-and-a-half when the next movie comes out.' This kind of wholesale slaughter is working against itself, and it doesn't even have shock value anymore."
"Several of the reviews I've read have talked about about how the lead-up to Spider-Verse, we aren't even to the main story, and people are sick and tired of the slaughter scenes. They're sick and tired of the little back-ups where you're reintroduced or introduced to an alternate Spider-Man, and he gets slaughtered. We get it, they're eee-vil."
"I was reading up on this Incursion storyline happening in 'Original Sin' and 'Avengers,' and they're doing the same thing. They're showing alternate realities, some of them made up just for the storyline, and then slaughtering them as a lead-up to the Illuminati wanting to blow up a world to save the multiverse. So they are doing two concurrent storylines where the lead-up scenes are gratuitous slaughter of alternate versions of characters. Maybe it all dovetails into the new 'Secret Wars,' but at the moment it' s coming across as very repetitive, and it's certainly making death meaningless in the Marvel universe, if it ever had meaning." - Ron Frenz dla Steven Regina, "Death Cannot Catch Spider-Girl In It’s Web", http://theswervemagazine.com/Spider-Girl___Ron_Frenz.html, wyświetlone dnia 23.11.2014
5"I’ve read many reviews of the ‘event’, though… and I think the reaction overall has been that the story was 1) very badly done… and 2) in the end, a real yawner and not something that’s had the ’stunning event impact’ that DC was hoping for. I think this is symptomatic of the idea that fans are simply getting a bit weary of all this kind of thing. I think that the event-comic-that-heralds-the-death-of-lots-of-characters has become the new gold-foil/Lenticular/Acetate/holographic cover of the 2000’s. They’re stunts… gimmicks meant to sell comics. The writing seems to have taken a back seat to earth-shattering events that are having less and less impact as they are overdone". – Mike Wieringo, "And Now The Death Of Bart Allen", http://www.titanstower.com/mike-wieringo-on-the-death-of-bart-allen/, wyświetlone dnia 23.11.2014
6"The sheer frequency of crossovers spells out the obvious; their artificial boost of sales doesn't last, and their effect is dwindling even in the short term. Like a steroid, eventually its' effects on the body do more harm than good.” – Alex WIlden, “The Dark Belly of Crossover Events Revealed in “Amazing Spider-Man #8”"http://www.examiner.com/review/the-dark-underbelly-of-crossover-events-revealed-amazing-spider-man-8, wyświetlone 23.11.2014

Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.