Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #382 (15.12.2014)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 15 grudnia 2014Numer 50/2014 (382)


Dzisiejsze wydanie jest bogate w opinie. Wszystko dzięki "AXIS", "Spider-Verse", Spider-Man and the X-Men i oczywiście pewnej kontrowersji z łam Avengers & X-Men: Axis #7.

Wiadomości

bastek66: Niech i szlag za ten retcon.
Demogorgon: Buuu, straciliśmy komiksy o dziadku Magneto próbującym zeswatać Billy'ego z Anolem. Buuu!
Krzycer: Hm. Szkoda. Po tym, jak Marvel i Fox zrobili dwóch Quicksilverów w filmach myślałem, że nie przeszkadza im to stanie w rozkroku. 
Z drugiej strony, taki retcon eliminuje pokrewieństwo, ale Mags pozostaje facetem, który po swojemu, co jakiś czas, próbował im nieudanie ojcować, więc równie dobrze przyszli scenarzyści mogą do tego wracać. Albo znowu to odkręcą. 
A poza tym - czy samo ojcostwo Magneto również nie było retconem? W sensie, że ten wątek pojawił się długo po debiucie Magsa, Wandy i Pietra? Marvel nie od dziś retconami stoi...
Darth: Pfff, buachachachachacha. Nie no kurde czy ktokolwiek to przemyślał? Wojna z Foxem trwa w najlepsze jak widzę i mało ich obchodzą ewentualne konsekwencje. Szczerze ludzie, czy kogokolwiek to rusza w pozytywnym znaczeniu tego słowa? 
o to typujemy kto jest szczęśliwym ojcem naszej parki? Red Skull, Dr. Doom, High Evolutionary a może Wolverine? A może było wielu tatusiów i oni wcale nie są bliźniętami? Dlaczego by nie zrobić tak ze Magda urodziła wtedy trojaczki, tylko ze Evolutionary postanowił je zatrzymać dla siebie? Albo Magda nikogo nie urodziła i to wszystko było kłamstwo? Quickisler był pisklęciem kolibra a Wanda sowy, i to High Evolutionary tak zmienił ich w ludzi w ramach eksperymentu? Jak szaleć to szaleć. 
Kuba G: Ja nie rozumiem o co wielkie halo, X-Men to zawsze była opera mydlana i nagle robią coś co jest tak typowe dla tego  :lol: To taka zmiana, że nic złego się nie stało, ot, traktuję to jakby nagle znaleźli następnego zaginionego brata z nazwiskiem Summers. 
Poza tym, X-Men, pfffffrrrr, jeżeli jakieś postaci przestąją być X-Men to dla mnie tylko zaleta, trochę wolności od tego kreatywnego bagienka, nawet jak dzieje się to przez mało kreatywny zabieg.
malpiszon: Ale tak na dobrą sprawę - co to zmienia? Przecież nawet jeśli nie są biologicznymi dziećmi Magneto to związek emocjonalny, psychiczny itd. pomiędzy nimi chyba zostaje, nie? 
Inna sprawa, że do mutantów mam taki stosunek jak Kuba, a poza tym nie mam pojęcia co dzieje się obecnie u Marvela, więc może dlatego nie rozumiem problemu. 
Tak poza tym - w kwestiach licencji to chyba nic nie zmienia?
Sążny: Przynajmniej Quicksilver i Scartlet są za mocno związani z "House of M", żeby zrobić z nich Inhumans :P 
Po coś Remenderowi kolejny zwrot w operze mydlanej jednej z X-rodzin był potrzebny (w końcu rodzeństwo Maximoff ma występować w zrestartowanym "Uncanny Avengers") - zobaczymy, co zrobi z tym dalej.



10.12.2014

amazing_spider-man_vol._3_11@m.jpg
Amazing Spider-Man vol. 3 #11 
Demogorgon: Może...Może zacznijmy od pozytywów. Po pierwsze, rozbawiło mnie jak wytknęli wprost głupotę komiksu Hopelessa ze Spider-Woman i próbowali ją naprawić. Wygląda to jak Slott wyciągający rękę i zdzielający to beztalencie w głowę z okrzykiem „You had one job!”. Po drugie, podobały mi się niektóre żarty, jak wstawka ze świata kreskówkowego Spider-Mana, dialog Kaine’a z Benem, Miguel będący bucem, czy Spider-Man UK usadzający Spocka. I to w sumie tyle dobrych stron. Teraz te złe. Raz, że Peter wychodzi na skończonego bufona z tą swoją hipokryzją. „Nie możemy zabijać, musimy być lepsi od naszych wrogów. Mój brat i dwoje innych którzy narażają życie abyśmy mogli zabić naszych wrogów? O czym ty mówisz?”. Przepraszam, ale co za absolutny bezsens. Dwa, że Parker pokazuje jakim jest świetnym przywódcą. Wysyłając nastolatki na niebezpieczne misje. Tak, to naprawdę genialny plan. Trzy, że zachowuje się niepokojąco w stosunku do Gwen. Cztery, że Slott świetnie zrobił z pająków kretynów, skoro Morlun może od tak do nich podejść od tyłu, nawet się nie kryjąc i wyrwać Mayday Bena z rąk. Pięć, mały Ben jest Scionem. Co za zaskakujący i nieprzewidywalny splot wydarzeń. Jak powiedział Jago z Aladyna „chyba dostanę ataku serca i umrę z BRAKU zaskoczenia”. No i ostatni, największy problem. Soulos. Po co trzymali go tyle w cieniu, skoro okazuje się być zupełnie nową postacią? Kurka wodna na rowerze, już powoli miałem nadzieję, że to jest JJJ, jak wielu zakładało. No i najważniejsze. Facet od tak przechodzi po Captain Univese. No przepraszam bardzo, ale to jest bzdura rodem z Bleach, aż wracają okropne wspomnienia o Aizenie. Spider-Jezus nawet nie tyle zostaje pokonany, co zmasakrowany, a to przecież koleś, który powinien brać się na gołe klaty z ludźmi pokroju Silver Surera. Przepraszam bardzo, ale jak w takiej sytuacji ktokolwiek ma pokonać kogoś, kto odstawił taki numer? O ile nie pojawi się nagle Spider-Odyn, to widzę tu tylko dwa wyjścia – albo wszyscy giną albo czeka nas ekstremalnie rozczarowujące i głupie rozwiązanie na poziomie Spider-Mana pokonującego Firelorda. Ten komiks jak i całe Spider-Verse to katastrofa, gdzie interesujące postacie są spychane na drugi plan i zabijane, a fabułę ciągnie banda beznadziejnych kretynów. 
Gil: Tak jak myślałem, konfrontację między Piotrusiem a Ottonem zostawili na później, czyli teraz. I wyszła ona całkiem nieźle. Nawet jest sens w tym, że Piotrek nie ujawnia od razu, że jest z późniejszego punktu w czasie, bo domyślam się, że ma to na celu podtrzymanie ego tego drugiego i wyciśnięcie z niego jak najwięcej. Trochę dziwne jest jednak to, że Otton się nie zorientował, gdy rozmawiali o wynalazkach, których używał, wyraźnie używając czasu przeszłego. Ja bym się kapnął. No i Coipel trochę przesadził z różnicami między nimi, skoro mają być dokładnie tą samą postacią, tylko w odstępie miesiąca czy dwóch. Dalej również jest fajnie, bo historia nadal wiąże ściśle tie-iny i całkiem nieźle trzyma continuity. Pojedynek z tatuśkiem również wypada dość efektownie, jednocześnie podnosząc wszystkie poprzeczki i usuwając element układanki, gwarantujący względne bezpieczeństwo. A na koniec dowiadujemy się, kim jest dziedzic a.k.a scion. Wielkiej rewelacji nie ma, bo szanse były pół na pół, ale dobrze mieć to odhaczone. Jedyne, co mi w tym numerze nie pasowało, to wstawki z kreskówek, które wybijają z klimatu. W sumie, to największy minus całego eventu, że koło siebie stoją postacie niby realistyczne, kreskówkowe i jeszcze gadające zwierzaki. To już wychodzi poza granice mojego zawieszenia niewiary, ale mimo wszystko historia daje radę się wybronić. I za ten zeszyt mogę dać nawet słabsze 7/10.  
Sążny: Scena kłótni Otta z Peterem pokazuje główne zarzuty wobec tego jak Slott pisze tego drugiego tak, że naprawdę ciężko jest go lubić. Swoją kontynuację znajduje również zagrywka z reklamowaniem wątków rozwijanych w pobocznych tytułach, ale to nie pierwszyzna z Marvelu. Oczywiście, trochę traci na tym spójność tego konkretnego zeszytu, ale poza tym sprawdza się, bo autentycznie czuć napięcie i wagę sytuacji. Na rysunki Coipela zawsze jest miło popatrzeć, ale jest to mocno uzależnione od konkretnej strony, bo czuć, że nad numerem pracowała cała zgraja inkerów.  

amazing_spider-man_vol._3_annual_1@m.jpg

Amazing Spider-Man vol. 3 Annual #1 
Gil: Najsłabszy z annuali tego tygodnia. Historia jest właściwie o niczym: ot, Pajęczak lata po całym mieście, żeby oddać właścicielom telefon, jakby nie miał nic ważniejszego do roboty. Jedyny fajniejszy akcent w tym wszystkim, to krótkie spotkanie z Hawkeyem. Dodatki jak zwykle ani niczego nie wnoszą, ani nie są zabawne. Nawet jeśli naciągnę ocenę, to wyjdzie z tego najwyżej 4/10. 

amazing_x-men_vol._2_14@m.jpg
Amazing X-Men vol. 2 #14 
Krzycer: Heh. Czy czepiać się, że Iron Fist jest w zielonym kostiumie, jeśli jest to zgodne z główną miniserią eventu? :D (A poza tym nie lubię jego białego ciuchu, więc jego brak zawsze jest dla mnie zaletą). 
Ale mniejsza o detale. Niby to tie-in jakich wiele, niby pretekstowy prztyczek "dobry/zły" z Axis jest tu równie pretekstowy jak wszędzie indziej, ale... Ale przynajmniej tutaj coś z tego wynika, starcie Kurta i Raven coś o nich mówi - pomimo tego, że są Przekręceni. No a poza tym Przekręcony Nightcrawler jest fajniejszy od większości Przekręconych bohaterów. Przynajmniej na początku, gdy znęca się nad księdzem, bo to późniejsze atakowanie przypadkowych ludzi to już nuda. 
Ale ze wszystkich niepotrzebnych, nic nie wnoszących do eventu i do własnych serii tie-inów ten był jednym z najfajniejszych. Może dlatego, że lubię i Nightcrawlera, i Mystique. A poza tym od początku runu Mike'a Carey'a minęło już chyba z osiem lat i chętnie znowu bym zobaczył Mystique po stronie "tych dobrych", i nawet trochę liczę, że Raven będzie jedną z postaci, które po Axis pozostaną Przekręcone.  
Gil: Długie macki SIXIS dotarły i tutaj, przynosząc nam historyjkę właściwie o niczym. Konfrontacja Nightcrawlera z Mystique była niedawno w jego własnej serii i jeśli chcieli pokazać to samo po wyobracaniu, to również tam byłoby właściwsze miejsce do tego. Tymczasem tematem zajął się ktoś inny i wyszło zupełnie nie w tempo. Kurt udaje hardkora, ale nie jest w tej roli wiarygodny, bo tylko dużo kłapie jadaczką. Mystique dla odmiany udaje aniołka, ale przy jej ambiwalentnym charakterze również nie jest to wyraźna zmiana. Miewała już podobne przebłyski, więc równie dobrze to mógłby być jeden z nich. Szczegóły już właściwie zdążyłem zapomnieć, więc podsumuję tylko krótkim 4/10.  

avengers__x-men_axis_7@m.jpg
Avengers & X-Men: AXIS #7 (Of 9) 
Krzycer: Wiecie co? Jestem znudzony AXIS. Jestem bardzo znudzony AXIS. I to na początku trzeciego aktu - w momencie, gdy stawki powinny być najwyższe, a napięcie - sięgać zenitu. Tymczasem... Tymczasem jestem kompletnie znudzony i niezainteresowany. 
Przyczynę widzę w głównym gimmicku eventu, czyli całym tym Przekręceniu. Pomysł, który mógł być ciekawy, został kompletnie skopany - przez brak konsekwencji co do tego, kogo dotyczy (Longshot?), przez brak konsekwencji w prezentacji skutków Przekręcenia (niektórym gibnęła się moralność, inni zmienili się w karykatury samych siebie, inni po prostu korzystają z brutalniejszych metod itd itp etc), przez brak jakiejkolwiek refleksji na temat istoty Przekręcenia (odrobinę było w tie-inie Lokiego i troszkę przy okazji Dooma w Avengers World)... Byłbym autentycznie zainteresowany czytaniem o Sabretoothie, który zmienia swoje postępowanie z jakiegoś powodu, byleby ten powód był, ale takie pstrykanie palcami i mówienie "ten jest dobry", "ten jest zły" jest... żałosne. Nie znajduję innego określenia. 
I to jest powód dla którego ten numer leży. Ten numer ma dwie kluczowe sceny. Jedną jest konfrontacja Wandy z Magneto i Pietrkiem, i ok, ta scena jakoś się broni - bo retconowo-telenowelowy szok jest w miarę interesujący, no i Wanda ma długą tradycję wariowania i siania zniszczenia, więc nawet po Przekręceniu wciąż przypomina samą siebie, nawet jeśli jest to Wanda z Disassembled. 
Druga kluczowa scena to Evangenecalypse bijący się z Deadpoolem. I kurczę, to powinno działać - bo relacja Deadpoola z Evanem świetnie dotąd Remenderowi wychodziła, bo jest to punkt zwrotny w historii ciągnącej się od Uncanny X-Force #1, bo jest to doprowadzenie do finału kwestii Evana i pytania "nature vs nurture". 
... 
...tyle tylko, że ta scena wcale tym nie jest. Bo to w żaden sposób nie jest Evan. Po Przekręceniu to jest po prostu Apocalypse-bis, w którym nie zostało nic z Evana, co sprawia, że wpisanie tej konfrontacji w wątek "nature vs nurture" jest kompletnym pudłem, to nie jest "nature vs nurture", to jest "nature vs nurture vs MAGIC!" i magia sprawia, że ta konfrontacja jest bezsensowna. Bo nie można zadać dramatycznego pytania "czy coś z Evana zostało w Apocalypsie i czy Deadpool zdoła przemówić do tej części?" na tle szeregów nazi-X-Men i my-little-pony-friendship-is-magic-Carnage'ów. 
Nie mogę uwierzyć, że Remender tego nie czuje i nie zdaje sobie sprawy z tego, jak bardzo skopał własną historię. 
Uwagi poboczne: 
- ...czy dekapitacja to nie jest coś, z czego Deadpool może się zwyczajnie otrząsnąć jeśli tylko ktoś przytrzyma głowę przy karku? Wydawało mi się, że już kiedyś to widziałem. 
- Jest w tym numerze jeden moment gdy poczułem czystą fanowską radość, jest to scenka gdy Nightcrawler i Loki krzyżują miecze. Chciałbym obejrzeć tę walkę. Niestety, w tym zeszycie zawiera się ona w dwóch kadrach. 
- No i, kurczę, po raz czwarty: co w tym momencie robi stu pięćdziesięciu X-Men, których nie było na Genoshy, a zatem - nie powinni być odwróceni? Grrr... 
- Chwila, moment, kiedy Falcap uciekł po tym, jak nazi-X-Men spuścili mu łomot? 
avengers__x-men_axis_7@a_2.jpg
Gil: To ja już chyba wolałem jak nic tu się nie działo, bo gdy tylko imć autor próbuje wymyślić coś ekscytującego, ja zaczynam odczuwać bóle w końcowym odcinku przewodu pokarmowego, gdzie jelito traci swą szlachetną nazwę. Spróbuję przebrnąć przez to, albo przynajmniej dotknąć najważniejszych punktów, jakoś w miarę chronologicznie, ale nie gwarantuję, że nie zwariuję po drodze i nie zacznę pisać o biedronkach  
Rzecz pierwsza – pseudo-Avengers vs. Apocalypse & X-Men: I tutaj podpunkt a) czyli pytanie „dlaczego?”. Dziadek Steve zebrał tę swoją bandę po tym jak Fa(i)lCap cudownie usunął ze skryptu przeszkodę w postaci 99% Avengers, spryskawszy ich sprayem na mrówki czy coś. Podstawowe pytanie brzmi zatem: dlaczego nie zajmują się tym problemem, tylko zostawiają go samemu sobie i lecą do najbliższej innej bójki? To nie jest tak, że nie mają wyboru, albo jest to wybór jak między łataniem pacjentowi tętniczy szyjnej lub udowej. Może nie jestem tak genialnym strategiem jak Steve-Tsu, ale wydaje mi się, że bardziej naglącym problemem byłoby zatrzymanie tego gościa, który już uwięził twoich ludzi, odbicie ich i wykorzystanie do neutralizacji problemu numer 2. Tym bardziej, że wszystko, co udaje im się zrobić, to kiepska dywersja. I wygląda na to, że zostali pozostawieni bez opieki. Bardziej przemyślanym ruchem byłoby też wykorzystanie dostępnych środków do pozyskania nowych. Hobgoblin ma olbrzymie wpływy w światku przestępczym i jednym kiwnięciem palca nad telefonem mógłby skombinować małą armię, Loki ma jakieś wpływy w Asgardzie, a przynajmniej wystarczające do zorganizowania większego oddziału, Doom ma własne cholerne państwo... A co z wielkimi nieobecnymi? Nie pamiętam, czy F4 wylądowali w puszce, ale poza nimi mają z milion postaci, które mogliby zawezwać: Inhumans, Guardians, X-Factor, ci X-Men, którzy jeszcze nie zwariowali (chociaż tutaj wszyscy zachowują się jak mrówcza farma...). Poza tym, nie mogę nie zapytać o tych biednych Avengers zamiecionych pod dywan. Nawet taki Mandrill zdołał nawiać z pymowego więzienia, a oni co? „Falcon nas zamknął, co teraz?” „Nic. Posiedzimy sobie tutaj. Na pewno miał dobry powód.” A tak zupełnie przy okazji, to czy ktokolwiek widział SHIELD? 
Podpunkt b) brzmi dla odmiany „jak?” lub ewentualnie „jakim?” Tak jak w zdaniu: Jakim trzeba być debilem, żeby przypuszczać frontalny atak na znacznie liczniejszy oddział?” Lub: „Jakim trzeba być debilem, żeby nie pozabijać przeciwników, kiedy podają się na talerzu?” Steve ma w grupie dwoje zmiennokształtnych, babeczkę, która słowem rozkochuje w sobie przeciwników, profesjonalnych zabójców i nawet kandydatów do miana powerhouse. A jego genialną strategią jest dziesięcioosobowy frontalny atak na cytadelę przeciwnika... Oj, chyba demencja go dopadła ze starości, bo to nie ma najmniejszych szans powodzenia, ani sensu. Ale spoko, przeciwnik również zachowuje się, jakby czegoś mu brakowało. X-Men dużo gadają o tym, jacy to są teraz źli i nienawidzą ludziów, a tymczasem biją się jak dzieci w piaskownicy. Jest tu scena, w której Nightcrawler dopada Spider-Mana od tyłu i dusi ogonem, żeby po chwili przystawić mu miecz do gardła. Kwak! Gdyby naprawdę był taki zły i hardkorowy, to by go na pierwszym panelu tym mieczem przebił i koniec. Jak mamy uwierzyć tej historii, skoro jest tak rozmemłana, że nie potrafi sprzedać nawet najprostszego konceptu bohatera, który staje się zły? Pofolgowali sobie za to w scenie, gdzie Poxy masakruje Poola. Taaa... Złoczyńca, który ma na czole (a raczej pasie) wypisane jak bardzo jest zły, rozrywa na strzępy gościa, który zaraz się zregeneruje... Mój givashitometr ani drgnął. 
Podpunkt c) zsumujemy pod pytaniem “co?” Jak w: Co mają w głowach ci przekręceni Avengers? Bo na pewno nie mózgi. O tym, że zostawili uwięzionych Avengers bez opieki już wspomiałem. Ale jak wiemy, reszta jest zbyt głupia, żeby wykorzystać okazję, więc sami są sobie winni. Druga sprawa, że zostawiają całe miasto na pastwę konkurencji, po czym zbierają się po przeciwnej stronie kraju, żeby podyskutować o tym, co z tym fantem zrobić. I dochodzą do wniosku, że muszą ich zniszczyć. Boo-hoo! Czemu więc nie wykorzystali doskonałej okazji i nie przyłączyli się do grupki Steve’a? Nie tylko wzmocniliby swoje szanse, ale też odsunęliby od siebie podejrzenia lub przynajmniej wzbudzili wątpliwości, co do intencji. Herosi by sobie mogli pomyśleć: „Hej, może się pospieszyliśmy i mieli jakiś powód, żeby wszystkich uwięzić?” Tak, to też brzmi głupio, ale popatrzcie na zagrywki Ottona – zwodził ich do samego końca i benefit wątpliwości działał doskonale. Dodajmy do tego pytania: jak i kiedy ściągnęli Kluhę z orbity? Oraz: czemu Medusa jest tutaj, skoro postanowiła wypowiedzieć im wojnę? (Plus: czemu nie ma tego fajnego designu?) 
A teraz rzecz druga: Scarlet Witch. Po pierwsze, jak to się ma do wydarzeń w Avengers World? Oczywiście nijak, ale to nie pierwszyzna, że chronologia w tym evencie ssie. Po drugie, sprawa oczywista, od której pewnie Internet zapłonie: pomysł, że niby Magneto nie jest ojcem bliźniaków. Ja tam nawet nie mam ochoty się pieklić, bo z miejsca widzę kilkanaście sposobów na obejście tego i jestem pewien, że ktoś je wykorzysta, jak tylko zadyma ucichnie. Zostanę więc przy chłodnej analizie faktów. Tak więc, rzecz pierwsza: zaklęcie wygląda na wybrakowane i nieprecyzyjne. W przeciwnym razie, prawie na pewno ugryzło by ją w zad, skoro miało dopaść wszystkich tej samej krwi. No i patrząc na różnice między tym, co miało zrobić, a co rzeczywiście zrobiło, też można dojść do tego wniosku. Miało pogruchotać gnaty i zagotować krew, a tymczasem tylko pomiziało Quicksilvera różowymi wstążkami. Rzecz druga, biologicznie oczywista: gdyby zadziałało to na poziomie genetycznym, nie ma się co dziwić, że Magsa nie dopadło, bo dzieci nie są identyczne genetycznie z rodzicami. Co innego bliźniaki jednojajowe. Zresztą, to samo można powiedzieć o krwi, jeśli rodzice mają różne grupy. No i w ogóle, jak tu rozmawiać o magii i genetyce, kiedy nie ma między nimi wspólnej płaszczyzny? Ale kto by się spodziewał konsekwencji i sensu u Remendera? Czyli wiele hałasu o nic. Można sprawę kompletnie zlać i czekać na wycofanie tej „rewelacji”. 
Co jeszcze? Może to, że rysunki z każdą stroną stają się bardziej kreskówkowe, co prawdopodobnie świadczy o tym, iż Kubert kiepsko zaplanował sobie czas. Zwłaszcza Apocalypse na końcu wygląda, jakby uciekł z kreskówki. Co więc z tym fantem zrobić? Chyba najwyższa pora wyciągnąć ocenę 2/10. 
Sążny: Dwa kluczowe elementy z tego numeru pokazują, jak bardzo sztucznie został ten event wykreowany. Miał być kolejny etap wątków rozwijanych w "Uncanny Avengers" przez Remendera, wyszła bardzo niespójna, rzadka substancja. Cierpi na tym scena ApoEvana i Deadpoola, czyli postaci, które scenarzysta ten od lat świetnie prowadził. Zamiast mocnego obrazu, który dorzuciłby cegiełkę do debaty "nature-nurture" wyszło tępe okładnie Deadpoola, który na szczęście nie rzuca aż tak strasznych sucharków jak już w tej miniserii bywało. A na wątek Scarlet Witch i Quicksilvera, czyli kolejny twist w mutanciej telenoweli jestem zły nie z powodu tego, że to się wydarzyło, tylko że od dwóch dni znajomi zasypują mnie pytaniami i muszę każdemu prostować informacje z artykułu na Hataku ;) A skoro rodzeństwo Maximoff ma się pojawić w "Uncanny Avengers", to pewnie Remender ma jakieś konkretniejsze zamiary wobec nich. Czyli znowu - ten event nie jest tym, czym miał być. O plątaninie nielogiczności, absurdów, niekonsekwencji i zgrzytów już nie ma co pisać, tak samo jak o szacie graficznej, która przynajmniej nie wywołała takich zonków jak przy pierwszych zeszytach (albo po prostu się przyzwyczaiłem).  

avengers_vol._5_39@m.jpg
Avengers vol. 5 #39 
Krzycer: ...w trakcie lektury strasznie mi się ten komiks podobał, a teraz już nie wiem, czemu. Bo też w sumie jest tu tylko narracja i walka, a ani jedno, ani drugie szczególnie spektakularne nie jest. Ale starcie Karolki z Hulkiem było całkiem śmieszne, a końcowe wejścia Sunspota i jego grupy (Sunspot & the Sunspots?) robi wrażenie. 
Demogorgon: Ta scena jak Carol próbuje pobić Hulka była przezabawna. Rany, ta mina Bannera, genialne. A po za tym, nie było tu wiele ciekawych rzeczy. Ot biją się, Reed rzuca kilka mądrości o strategii. I wyraźnie faworyzuje Valerię z dwójki swoich dzieci. Nuda. 
Gil: Czyżby to był początek tej wielkiej konfrontacji między frakcjami Avengers? No to zaczyna się od wysokiego C i mocnego uderzenia. O dziwo, bardzo wciągnęła mnie narracja Richardsa, zahaczająca o teorię gier i fajnie pasująca do tego, co widzimy. Pierwsze starcie jest zdecydowanie efektowne. Zwłaszcza konfrontacja między Karolką i Hulkiem oraz dronowa masakra w wykonaniu Braddocka. Fajnie rozegrane jest też wprowadzenie trzeciej frakcji, bo w pierwszej chwili nie wiadomo, któż to, a po chwili okazuje się to oczywiste, ale za to nie mamy pewności, jaką rolę odegrają. Jedyne zastrzeżenie w tym wszystkim mam pod adresem rysunków, bo chociaż w większości są dobre, to na kilku panelach ciało Karolki wygina się w taki sposób, że Liefeld by się nie powstydził. Ale mimo tego, i tak dam solidne 7/10. 
Sążny: Dobry akcyjniak. Niemal wszyscy gracze schodzą się w jednym miejscu. Bardzo ładnie wyszło pokazanie dwóch skrajności, które dochodzą do prowadzącej do niczego konfrontacji, którą kończy trzecia strona. Czy ekipa Sunspota wszystkich pogodzi? I jak to zrobi? Deodato, mimo wszystkich swoich manier, zawsze na propsie. Naprawdę ładnie Hickman zabiera się do składania tych wszystkich klocków z ostatnich dwóch lat.   

avengers_world_16@m.jpg
Avengers World #16 
Krzycer: ...z jednej strony, jestem trochę rozczarowany - liczyłem, że Doom i Valeria mają jakiś sprytny plan uwzględniający konkretne umiejętności tych konkretnych c-listerów, a tymczasem to było po prostu "zgarnąć jakieś resztki Avengers z dna beczki i rzucić ich na problem". 
Z drugiej strony, rozpamiętywanie grzechów Dooma i życia Cassie wyszło ładnie. No i zajawka Ant-Mana z ostatnich stron też była fajna. 
Gil: Ekipa Dvengers w starciu z wyobracają Scarlet Witch daje sobie radę zaskakująco dobrze... tyle, że praktycznie nie walczą z nią, ale z hordą robotów nie wiadomo skąd wziętych i tylko Val ma udział w bezpośredniej konfrontacji. Niestety, słabość tej grupy widać bardzo wyraźnie. Nie wiadomo, co zrobić ze Stingrayem? Trzeba kogoś wrzucić do wody, bo tylko wtedy może się do czegokolwiek przydać. Nie mamy zastosowania dla reszty? Utopmy ich w robotach, żeby mieli co rozwalać. Myślałem, że ta strategia Val będzie zmierzała do poszukiwania sposobu na pokonanie Wandy w SIXIS, ale tymczasem rozminęło się to zupełnie z tym tematem, by pokazać dobrotliwość wujka Dooma. Nie wiem jak Wy, ale dla mnie jest sporo ironii w tym, że rozpamiętując swoje grzechy, skupia się tylko na jednym z nich. A potem pstryk palcami i Cassie Lang puka do drzwi. O ile przeciwko tej rezurekcji nic nie mam, tak ujawnia ona wielką słabość samego pomysłu: skoro ma aż taką moc, czemu nie wskrzesi więcej postaci? Na przykład swoją matkę. Wanda zrobiła to przecież w House of M. I w ten sposób doszliśmy do pierwszego numeru tej serii, w którym więcej argumentów przemawia przeciw, niż za. Bo mimo nadal dobrych rysunków, nie mogę dać więcej niż 4/10.  
Sążny: Niby Axis, niby Avengers, niby Doom i Valeria, a tu Spencer robi swoje, przywracając Cassie do życia i otwierając wątek do startującej wkrótce serii ze Scottem Langiem. Przekręt, którego Boomerang by się nie powstydził ;) Wyszło zgrabnie i wiarygodnie. Chechetto jak zawsze solidnie.  

Axis Carnage #3 
Gil: Seria daje radę do końca, chociaż finał jest nieco poniżej poziomu poprzednich dwóch numerów. Co oznacza tyle, że nadal czyta się fajnie, ale trudno powiedzieć, żeby w rozwiązaniu był jakiś większy polot. Okay, jest fajne i nawet nawiązuje do tematu z początku kariery symbiontów, natomiast akurat w przypadku przeciwnika, który karmi się czymkolwiek, mało nowatorski jest pomysł, żeby go przekarmić i wysadzić. Powiedzmy, że motyw zestarzał się nieco od smoka wawelskiego... Tak samo, jak przeciwnik rosnący po doładowaniu. Za to całkiem fajnym pomysłem było rozciągnięcie symbionta po całym mieście w roli radaru. No i słodka naiwność Carnage'a w nowej roli nadal jest rozbrajająca, a rysunki wciąż najlepsze w całym evencie. Tak więc zaznaczę, że będzie trochę słabsze niż wcześniej, ale i tak dam 7/10. 
Sążny: Pomimo przymknięcia wątków na chybcika zeszyt ten, jak i cała miniseria, zostawia pozytywne wrażenia i pokazuje (wraz z miniserią o Hobgoblinie) zmarnowany potencjał axisowych inwersji. Pełne ufności nastawienie Carnage'a w połączeniu z jego historią i powierzchownością stworzyło prawdziwy scenariuszowy samograj, który twórcy naprawdę dobrze wykorzystali.  

axis_carnage_3@m.jpgdeadpool_art_of_war_3@m.jpg

Deadpool's Art Of War #3 
Gil: Ale się pomieszało... Jeśli dobrze pamiętam, to miało się dziać jakiś czas wstecz, a tymczasem dostajemy mozaikę bohaterów w ich współczesnych wizualnie wersjach, a Asgardczyków wyglądających jak z lat sześćdziesiątych lub w najlepszym wypadku osiemdziesiątych. Pogubiłem się w tym i po prostu wyłączyłem z czytania. Za to fajnie udało się Davidowi wpleść dowcip z filmowych Avengers. Ale dać mogę 4/10, bo może się komuś podobać.  

death_of_wolverine_the_logan_legacy_6@m.jpg
Death Of Wolverine: The Logan Legacy #6 (Of 7) 
Krzycer: Po raz kolejny w wypadku tej miniserii dostajemy zeszyt z równie wieloma równie poważnymi zaletami i wadami. Przede wszystkim - podoba mi się idea stojąca za miniserią i mam spore nadzieje związane z "The Wolverines". Soule bierze grupę postaci które albo od dawna były gdzieś w tle, albo wręcz przeciwnie - na pierwszym planie, ale nikt nie miał na nie pomysłu (Mystique właśnie, pojawiająca się ostatnio wszędzie, ale kompletnie bez ładu i składu). Liczę, że Soule ma na nich pomysł, i że zobaczymy to w "The Wolverines". 
Tymczasem jednak dostajemy w gruncie rzeczy garść one-shotów pisanych przez przypadkowych ludzi - takich jak ten. Tynion-4 bierze na tapetę Mystique i - z plusów - wykorzystuje Destiny i jej machinacje zza grobu, by popchnąć Raven do działania. Może nie jest to bardzo nowatorskie, ale, hej, z trójcy "Mystique robi coś ze względu na Rogue", "Mystique robi coś ze względu na Nightcrawlera" i "Mystique robi coś ze względu na Destiny" ta trzecia opcja wydaje mi się najciekawsza. Motywacja jest więc w porządku, podobnie jak sposób w jaki przedstawiona zostaje Raven. 
Z minusów... ojej, gdzie by tu zacząć. Pamiętacie, jak się dziwiliśmy, że Bendis ostatnio wymyślił, że Mystique bardzo chce przejąć kontrolę nad Madripoorem? No to z tego zeszytu dowiemy się, że Mystique chciała to zrobić już w latach 70. Ale to nie koniec! Nie udało jej się, bo Wolverine! Tak jest, debil z pazurami powstrzymał diabelnie podstępną i sprytną intrygantkę i manipulantkę nie raz, nie dwa, ale CZTERY RAZY! 
...w latach 70. Z jakiego kurczę blade powodu Wolverine w latach 70 miałby się przejmować tym, co robi Mystique? Czyżby intryga się zagęszczała, czy to autor kompletnie nie miał pomysłu na to, jak wplątać Logana w tę historię? Tak czy inaczej - węszę bzdurę. 
A jakby tego wszystkiego było kurczę mało, to Mystique rządzi Madripoorem, choć dopiero co w głównej mini "Death of Wolverine" widzieliśmy, że Viper odzyskała kontrolę nad miastem. Kurza twarz. Czym w tym momencie zajmują się jeszcze redaktorzy w tym wydawnictwie? Z legend i ustnych przekazów najstarszych górali wiem, że kiedyś dbali o continuity a nawet - wedle starodawnych manuskryptów - troszczyli się o to, by postaci występujące w różnych komiksach wszędzie "mówiły" tym samym głosem - by zgadzały się tzw "speech patterns", manieryzmy i powiedzonka. Wiem z doświadczenia, że ten czcigodny zakon redaktorów od lat leje na to sikiem koszącym, continuity między tytułami właściwie nie istnieje, a w ciągu ostatnich lat mieliśmy nawet takie kwiatki jak puszczenie do druku komiksu z szarą plamą i tekstem "tu wstaw mapę" lub krzyżykami pokazującymi koloryście, gdzie ma wstawić kolor. 
Więc czym właściwie zajmują się dziś redaktorzy, skoro nie robią wszystkiego tego, co robili kiedyś?  
Po napisaniu tego rantu zacząłem czytać Spider-Man & the X-Men #1. W okolicach piątej strony Pająk spotyka w Instytucie Jean Grey Toada w roli woźnego. Poddaję się.  
...a w X-Men #22 palant Tolibao dorysował rozbłyski fajerwerków wokół rąk Jubilee. Tyle szczęścia w jednym tygodniu. 
Gil: Chyba pierwszy komiks z tej serii, który przeczytałem, bo wyczułem, że może mieć jakiś większy sens już na początku. I rzeczywiście miał. Mystique obejmuje jakąś większą rolę w tym wszystkim i chociaż nie jest ona jeszcze do końca jasna, to słowa Destiny mocno ją podpierają. Jeśli dobrze przewiduję, to uformuje się z tych postaci grupa, którą będziemy oglądać w serii Wolverines. No, powiedzmy, że ma ona jakiś potencjał, o ile zostanie ogarnięta nieco lepiej niż do tej pory i Soule wykrzesze z siebie coś więcej niż w serii o Weapon X. Czyli cokolwiek interesującego. Tymczasem jest parę fajnych momentów i wygląda to dość fajnie, więc może być 6/10.  

Guardians Of The Galaxy vol. 3 Annual #1 
Gil: Drugi z tegotygodniowych annuali i jednocześnie drugi (lub w kolejności alfabetycznej pierwszy) autorstwa Bendisa. Jest to typowa historyjka typu stand alone, czyli taka, która zamyka się całkowicie w jednym zeszycie i do jej przeczytania nie potrzeba właściwie znać serii. I jako taka, sprawdza się całkiem nieźle, chociaż przy całkowitym braku podstaw teoretycznych można by się trochę pogubić. Przygoda jest trochę randomowa i nie specjalnie ambitna, ale bywa zabawna. Właściwie od razu zorientowałem się, że załoga to LMDs, tylko nie byłem pewien czy Fury jest autentyczny, ale z innego czasu, czy również fałszywy. A gdy już skończyli, po prostu się rozeszli, bez zbędnego gadania i żadnych konsekwencji. A i tak najfajniejszym momentem były przytulaski na końcu Jeśli chodzi o rysunki, to jak na Cho są dość powściągliwe i nawet mi przypasowały - poza Szopem, który nie wygląda jak szop. Mogę dać średnie 6/10.  

guardians_of_the_galaxy_vol._3_annual_1@m.jpgrocket_raccoon_vol._2_6@m.jpg

Rocket Raccoon vol. 2 #6
Gil:
 Kolejna niezobowiązująca historyjka na jednego gryza, w dodatku z gościnnym występem Cosmo, więc nic tylko usiąść i dobrze się bawić. A przynajmniej byłoby tak, gdyby od pewnego momentu mojej uwagi natarczywie nie odwracała jedna rzeczy, a mianowicie myśl: czemu te roboty uprawiają ziemię? Potem doszło jeszcze: Po co produkują żywność? Trochę mi to zakłóciło pozytywny odbiór, ale w sumie po ostatniej scenie odpowiedziałem sobie na oba pytania. No, bo w końcu mogą to robić na handel, nie? Właśnie dzięki temu zostali uratowani. Fajnie, kiedy na koniec wszystko nabiera sensu. Za to potem pojawiła się jeszcze jedna uporczywa myśl: ciekaw czy Reggie Hudlin już zahejtował Younga za niepoważne traktowanie tematu niewolnictwa? A ja tam dam 6/10.   
Sążny: Nawet jeśli Young nie rysuje, wciąż pozostają jego pomysły i błystkotliwe one-linery, które wkłada w usta Rocketa. Dalej mamy niczym nieskrępowaną rozrywkę dla osób od lat 5 do 105. Dodatkowy plus należy się za obecność Cosmo :D

nightcrawler_vol._4_9@m.jpg
Nightcrawler vol. 4 #9 
Krzycer: Nightcrawler vs opętani X-Men. Nightcrawler wygrywa, bo to jego komiks. I znowu, musimy przyjąć, że to sytuacja z rodzaju "opętani nie walczyli na 100% swoich możliwości, bo Shadow King nie potrafił ich dobrze wykorzystać, a w ogóle to cały czas mu się opierali", bo w przeciwnym wypadku cały zeszyt to jeden wielki bulszit. 
Ale jak już przyjmiemy to założenie, to jest w tym starciu kilka fajnych pomysłów. I z jakiegoś powodu strasznie mnie śmieszy Kurt seryjnie policzkujący Storm. 
Za to retrospekcje mnie uwierają. Przyznam, że nie znam dobrze oryginalnego runu Claremonta, ale Beast i Iceman w zespole? Punkówa Storm mająca dostęp do swoich mocy, w momencie gdy Rogue dopiero co dołączyła do zespołu? Mam wrażenie, że w tej scenie mamy do czynienia z jakimś piętrowym anachronizmem.  
Gil: Oj, dziadek Claremont chyba ma kłopoty z pamięcią, bo w retrospekcji pokazuje nam skład X-Men, który nigdy nie istniał. W teraźniejszości dla odmiany jest chaotyczna bitka, w której postępuje degradacja Shadow Kinga z poważnego zagrożenia do roli złoczyńcy z marginesu. Niby przejął kontrolę nad X-Men, ale wygląda to raczej śmiesznie, jak coś z lat sześćdziesiątych. I właściwie cała historia tak właśnie wygląda. Coraz mniej mnie interesuje ta seria, więc chyba zacznę odliczanie od 4/10 w dół.  

spider-man_and_the_x-men_1@m.jpg
Spider-Man and the X-Men #1
Demogorgon: X-Men nie chcą Spider-Mana w szkole bo to by było złe dla ich reputacji. Po tym ilu superzłoczyńców przyjęli, naprawdę? Ba, oni się zachowują wręcz jak niemożliwe do zniesienia bachory. I to zarówno dzieciaki (co potrafię zrozumieć i nie mam z tym problemu) jak i dorośli (co tylko robi z X-Men buców). O i jak miło, że ktoś pamiętał o tym, że Peter się kiedyś zaprzyjaźnił z Toadem. Szkoda, że nikt nie pamiętał o tym, że Toad został wylany ze szkoły. Apropo, czy Unus nie powinien być martwy? Miło zobaczyć znów Helliona, jakkolwiek nie jestem pewien na ile scenarzysta go czuje, ale hej, chłopak ma sporo powodów aby zbudować w sobie gniew i frustrację, więc gotów jestem dać temu kredyt zaufania. Spider-Man jako nauczyciel wypada tak sobie aż do chwili debaty w Danger Roomie – szkoda, że ta nie potrwała dłużej, dzięki Santo. Ale Peter mówi kilka koniecznych do powiedzenia słów, co jest dobre. Jego próby wykładów w muzeum też. Peter w roli mentora koniec końców sprawdza się całkiem nieźle. A potem przyłażą dinozaury i zaraz pojawia się pytanie – czy wysysanie energii nie jest czasem mocą Saurona? Jak on zdołał tego nauczyć swojego nowego kumpla? 
Największym problemem jest co innego – sam setup. Osadzenie Petera w roli nauczyciela etyki na prośbę Logana. Raz, że to kolosalna hipokryzja ze strony Petera, bo tak, będę was uczył etyki, chociaż dostałem tę robotę po znajomości ze słynnym mordercą. Będę was uczył etyki cały czas was okłamując i nastawiając przeciw sobie dzięki sile własnej głupoty. A tak w ogóle czemu potencjalny szpieg to taki problem, kiedy ma się pod ręką masę telepatów? 
I czy ktoś może powiedzieć scenarzyście, że REKINY TO NIE SĄ GADY?! O co kurczaki z rożna chodzi?! Co to ma być?! 
Krzycer: Zacznijmy może od pozytywów - będzie szybciej. Podoba mi się komediowe przedstawienie Stegrona i Saurona, ze Stegronem w roli nieświadomego swojej podrzędności przydupasa. Podobają mi się drobne detale, takie jak czapka założona na zbiornik z mózgiem No-Girl w trakcie wycieczki. 
Nie podoba mi się... cała reszta. Zacznijmy od tonu - Kalan, podobnie jak Latour przed nim, próbuje się wstrzelić w dziwaczno-randomowy klimat w jakim Aaron pisał Wolverine and the X-Men, tylko trzeba być być Aaronem, żeby to pisać. I żeby nie było, nawet Aaronowi wychodziło to mniej więcej pół na pół - połowa była fajna, połowa była żenująca. U Kalana mamy żenadę pełną gębą. 
I znowu, żeby nie było - wyjściowy pomysł na tę serię, by Spider-Man nauczył wyposażone w moce nastolatki, że z mocą wiąże się odpowiedzialność, jest w porządku. To całkiem fajny pomysł. Tylko czemu wykonanie jest tak... chciałem użyć brzydkiego słowa, zamiennie powiedzmy: skopane? Kalan pisze Spider-Mana tak, jakby ten nigdy wcześniej nie był nauczycielem. Kalan pisze X-Men jako bandę rasistów, ignorantów i po prostu buców. Kalan pisze młodych X-Men jak, bo ja wiem, młodzieżówkę Acolytes. Zabawne, że nawet napisał Hellionowi kwestię o tym, że stracił ręce walcząc za mutantów. Zabawne, bo Hellion tę główną lekcję leżącą u podstaw tytułu ma już za sobą. 
I dalej - Spider-Man Kalana wytyka młodym jak to "uczą się tylko walczyć". Innymi słowy Kalan przekreśla całą Schizmę i fundamenty szkoły Wolverine'a. 
Na koniec dodam tylko trzy luźne uwagi: 
- "klasa specjalna dla problematycznych mutantów"? Awesome, wprost z runu Morrisona. Nawet spora część składu jest ta sama. 
- "nie jesteśmy specjalni, jesteśmy potencjalnymi superzłoczyńcami" - ja p%&$*^ę, to jest niemal dosłownie zerżnięte z "Avengers Academy". 
- "uczeń-agent w Szkole". Dżizas. Aaron zdążył to już dwa razy zrobić w swoim runie, raz z agentami SHIELD pod przykrywką, raz z Globem Hermanem służącym Hellfire Kinderdarden. 
Choć jeśli tym razem zdrajcą znowu będzie Glob to uśmiechnę się pod nosem i uznam to za zaletę. 
Podsumowując: wiązałem pewne nadzieje z tym tytułem, ale seria startuje z poziomu kompostu. Zobaczymy co dalej... 
spider-man_and_the_x-men_1@a_1.jpg
Gil: Zaskakująco... niezłe. Żeby było dobre, chyba trzeba jeszcze zaczekać, ale potencjał jest. Fabuła może nie poraża i nie chwyta od razu, ale za to jest chemia między postaciami, która w dużym stopniu to wynagradza. I właśnie tutaj może tkwić ten potencjał, o którym mówię. Pajęczak w roli nauczyciela dobrze się sprawdza, a z takim zestawem uczniów może to być interesujące przez dłuższy czas. No i uczniowie w końcu odgrywają jakąś większą rolę, a nawet istnieje szansa na jakiś ich rozwój (np. Ernst). Mam tylko nadzieje, że wymyślą jakiś lepszy patent na zagrożenie, niż team-upy x-łotrów z pajęczymi złoczyńcami. Póki co, jestem zainteresowany i pozytywnie zaskoczony. I wyrażę to solidnym 6/10.  
Sążny: Bardzo długo zastanawiałem się, czy nie wrzucić tego komiksu na listę tytułów, które kupuję w zeszytach. Ostatecznie się nie zdecydowałem i okazało się, że miałem nosa. Obiecujący pomysł rozbił się o nieznajomość postaci i nieudolne zabiegi scenariuszowe. Spider-Man wypada nienaturalnie, a wszyscy X-Men bez wyjątku wyrastają na zgraję buców. A Shark-Girl uchodząca w tłoku jako część reptiliańskiej rewolucji sprawiła, że odpadłem. Nie wróżę długiego żywota tej serii.  
Rodzyn: "Spider-Man & the X-Men" jako następca obu odsłon "Wolverine & the X-Men" nie prezentuje się od nich o wiele lepiej. Dużo się w tym numerze dzieję, ale oprócz kilku zabawnych momentów (Storm i Peter na pierwszej stronie, sceny z marynarką, czapki w muzeum), pojawia się wiele irytujących elementów. Sam pomysł wprowadzenia Ścianołaza do Instytutu jest świetny, ale nie widzę żadnego logicznego uzasadnienia takiej niechęci mutantów do niego, zwłaszcza że nie są to X-Men Cyclopsa. W dodatku lekcja w Danger Room nie pasuje do idei nieangażowania uczniów w walkę. Nie podoba mi się również pomysł "tajnej misji" Petera, lepsze interakcje z uczniami miałby bez tego. Jedyne co naprawdę dobrze prezentuje się w tym zeszycie, to rysunki, które pasują do humorystycznego charakteru serii.  

spider-verse_team-up_2@m.jpg
Spider-Verse Team-Up #2 
Demogorgon: Historia o Spider-Gwen była strasznie nieciekawa. Ot ciekawy Spider-Goblin...ups, nie żyje. Whatever. Za to team-up Milesa, kreskówkowego Petera i Petera z kreskówki z lat 60-tych – o to było świetne. Naprawdę, po raz pierwszy naprawdę zabawna historia w tej całej supermrocznej głupocie. 
Gil: Pierwsza część była dla mnie męczarnią i chyba do tego stwierdzenia się ograniczę w tym temacie. Druga była znacznie ciekawsza i skutecznie buduje potencjał Spider-Gwen (byle tylko przestali ją tak nazywać). A sam pomysł z Peterem Goblinem też wyszedł ciekawie (chociaż brak wyjaśnienia, czemu stał się Goblinem po tym, jak zabił Osborna). Jeśli się zignoruje pierwszą historię, to druga zasługuje na szóstkę, więc powiedzmy, że wypadkową będzie 4/10.  
Sążny: Historia ze Spider-Gwen jest kompletnie niezapamiętywalna, ale ta z kreskówkowymi pająkami to czad, począwszy od zabawy stylami rysunkowymi, na komediowych patentach skończywszy. I tu mam pytanie do oglądających "Ultimate Spider-Man": czy Peter jest tam cały czas taki irytujący?  
Undercik: Czekałem właśnie na takie coś od ogłoszenia Spider-Verse. Odwiedzenie uniwersum kultowej kreskówki z lat '60, która obecnie króluje w memach. Nie jest to nie wiadomo jak dobra historia, ale czytało się to naprawdę przyjemnie. Wypadło to niezwykle naturalnie i przezabawnie. Spider-Verse pozytywnie zaskakuje. Szkoda tylko, że historyjka z Gwen nie jest jakoś szczególnie mocna.

The Punisher vol. 6 #13 
Rodzyn: Po bardzo dobrym poprzednim numerze, Edmondson przerywa na moment swoją historię i przedstawia nam jedną z przygód grupy Howling Commandos, towarzyszących serii od jej początku. Rysunki Moritata nie należą do najlepszych i odbiegają od stylu jaki prezentował Gerads w poprzednich zeszytach. Nie będę się rozpisywał - czekam na dalszy numer z właściwymi przygodami Franka.  

the_punisher_vol._6_13@m.jpg

thor_vol._4_3@m.jpg
Thor vol. 4 #3
Gil: Hej, wiecie co odkryłem? Odkryłem, że jak czytałem ten komiks, to zupełnie nie obchodziły mnie plany Malekita, Roxxonów czy lodowych olbrzymów, tylko cały czas czekałem na ten moment, kiedy oddzielona od młota Thorzyca zacznie się zmieniać. Moment nadszedł... ale Aaron jest złośliwy i pokazał tylko rękę. No i co? Ręka jak ręka... Buuuuu!!! Ale może następnym razem, a póki co, tkwię przy swoim poglądzie na temat jej prawdziwej tożsamości. No i spotkanie z prawdziwym Thorem może być ciekawe. Tak, będę się upierał, że to on jest prawdziwym Thorem i żadne tyrady ze strony Marvela nie przekonają mnie, że jest inaczej, bo to tak samo mądre jak pomysł, żeby pani Gienia po podniesieniu klucza hydraulika kazała mówić na siebie Zdzisław. I tu dochodzimy do momentu, w którym stwierdzam, że ze wszystkich pomysłów scenarzysty na Thora, ten jest najsłabszy. Ale jeszcze wyciągnie 6/10.  
Sążny: Nowa seria ma wyraźnie lżejszy ton od "Thor: God of Thunder", jednak wciąż Aaron daje radę. Nadal bardzo sprawinie zrealizowanym zabiegiem rodem z poprzedniej epoki rzemiosła komiksowego są dymki z myślami pani Thor, które dają kolejne wskazówki co do jej tożsamości (no bo chyba nikt nie myślał, że już w tym zeszycie wróci do prawdziwej postaci ;) ). Kolejne wątki są konsekwentnie rozwijane, a rysunki Dautermana sprawiają, że już nie mogę się doczekać walki, którą zapowiada ostatnia strona z Odinsonem. 
Rodzyn: Rysunki Dautermana sprawiają, że klimat serii jest zdecydowanie lżejszy od prezentowanego wcześniej w God of Thunder, co trochę przeszkadza mi w momencie, gdy kontynuowane są wątki z tamtej serii. Dauterman zdecydowanie wynagradza nam to jednak dynamicznymi scenami walki i mam nadzieję, że szybko nie zostanie zastąpiony, tak jak było to w przypadku "Cyclopsa". A tak poza tym, tytuł ten wciąż dobrze się czyta, widać ze Aaron ma plan na tę serię. Czekam na starcie Thorów i to, co z niego wyniknie.  

uncanny_x-men_vol._3_annual_1@m.jpg
Uncanny X-Men vol. 3 Annual #1 
Krzycer: ...oookay. Eva przeszła dużo więcej, niż się spodziewałem. Między innymi dlatego, że poza jedną wzmianką w "Uncanny" nie było nawet sugestii na ten temat. A, no i w trakcie samego zniknięcia i powrotu Evie tylko urosły trochę włosy, więc bardzo się zdziwiłem, kiedy Cyclops wiele numerów później powiedział, że Eva postarzała się o ładnych parę lat. No ale to może kwestia Bachalo, który pewnie nawet gdyby mu przystawić pistolet do głowy nie byłby w stanie oddać takich "drobnych" zmian... 
Nie będę pisał co konkretnie Eva przeszła, zwłaszcza że zobaczyliśmy dotąd tylko połowę, ale... nie do końca mi się to podoba. Węszę tanią dramę, o której szybko wszyscy zapomną i wszyscy będą udawać, że to się nie wydarzyło. 
Parę słów o wykonaniu. Ciekawa oprawa graficzna, ale nie jestem pewien tych zer wpisanych w sylwetki postaci unieruchomionych przez Evę. To nigdy wcześniej tak nie wyglądało. No i za diabła nie rozumiem, czemu moc Evy nie zadziałała na Rawhide Kida. Można to pewnie tłumaczyć "podświadomym wykluczeniem go poza działanie mocy, bo Eva podświadomie wiedziała, że Kid jej pomoże", ale to bzdura uzasadniająca przypadkową potrzebę, żeby tak było, by scenariusz mógł przejść do następnego punktu. 
I jeszcze jedno: Bendis ma stały styl pisania dialogów. Wszyscy to wiemy. Jednym z elementów tego stylu jest to, że wszyscy bohaterowie się wszystkiemu nieustannie dziwią i nigdy nie potrafią się nawzajem zrozumieć. Bendis ma potrzebę by podkreślać to na każdym kroku. W rezultacie wychodzą mu czasem dziwne rzeczy - postaci które zdecydowanie powinny się znać twierdzą, że nigdy nie widziały się na oczy, itp itd. W tym zeszycie Rawhide Kid w roku 1875 jest nieświadomy istnienia Australii... 
Gil: Annual numer trzy na tej liście, ale na mojej liście oczekiwań zdecydowanie numer jeden. Jakoś tak wyszło, że ze wszystkich nowych postaci, które Bendis wprowadził, to właśnie Eva najbardziej przypadła mi do gustu i byłem ciekaw, cóż takiego przydarzyło jej się gdy wyparowała na chwilę. Czekałem więc z zainteresowaniem na to, co ten annual zaprezentuje i przyznam, że jestem względnie zadowolony. Nie do końca, bo motyw wahadełka w czasie to nic specjalnie nowego, tym bardziej, że zalicza właściwie wszystkie punkty obowiązkowe (Marsjanie, dziki zachód i dinozaury). Ale zatrzymanie na dłużej w towarzystwie X-Men 2099 i skomplikowanie wszystkiego rodziną to już wątki znacznie lepsze. Zwłaszcza gdy zaczynasz rozumieć, dlaczego była taka nieszczęśliwa po powrocie. No, ale do tego momentu jeszcze dojdziemy, więc zostawmy sobie coś na później. Tymczasem słowo o rysunkach: nie są bez skazy, ale generalnie mi pasowały. I dam za całość 7/10.  
Rodzyn: Po ten Annual sięgnąłem głownie dla rysunków Sorrentino, którego uwielbiam za jego pracę przy "Green Arrow". Nie mogę mu nic zarzucić, bo rysunki są świetne i mam nadzieję, że pojawi się wkrótce na stałe w jakimś ongoingu Marvela. Jeżeli chodzi o Bendisa, to czyta się ten numer naprawdę dobrze. Zaskoczeniem jest dla mnie czas trwania podróży Evy, bo wydawało mi się, że nie wyglądała na o wiele starszą w momencie swego powrotu. No ale zrzucę to na swoje średnie zainteresowanie główną serią, po którą sięgam od czasu do czasu, głównie gdy nie rysuje jej Bachalo, bo lubię zrekrutowanych przez Cyclopsa mutantów i Illyanę, która również w tym numerze się pojawia. 

x-force_vol._4_13@m.jpg
X-Force vol. 4 #13 
Krzycer: Nie do końca wiem, jak rozumieć ten numer. Czy Spurrier mówi nam, że nie lubi pisać grimdarkowych antybohaterów, czy podkreśla, że jego X-Force jest dekonstrukcją tychże? Grimdarku w każdym razie jest tu dużo, a Spurrier okłada czytelników łopatą po głowach by dobitnie podkreślić, że to nie jest zdrowe. 
Oraz dodaje kolejne twisty i warstwy do fabuły. Forgetmenot żyje (...obstawiam, że ktoś kiedyś go wyretconuje, Forgetmenot jest zbyt dziwny, zbyt "meta" by pozostać częścią kanonu...). Meme żyła, co jest ładną nadbudową do poprzedniego twistu gdy odkryliśmy, że Meme to Hope. No i Meme miała jakieś Bardzo Poruszające Nagranie. To ostatnie to... wyjątkowo tani chwyt jak na Spurriera. Poinformować czytelników o istnieniu BPN, a potem powiedzieć im, że nie dowiedzą się, co to jest (a jedyna osoba z drużyny, która wie, właśnie zapadła w śpiączkę) - jakie to banalne. 
Co nie zmienia tego, że jestem bardzo ciekaw, co to będzie. 
Gil: Chyba wspominałem o tym już poprzednio, ale teraz nie ma już najmniejszych wątpliwości, że to jest już ten etap historii, w którym poprzednie wydarzenia zaczynają się splatać w większą całość. I wygląda to coraz lepiej. Fragmenty historii, które wydawały się epizodami, wracają i wplatają się między główne wątki, okazując się filarami całości. Cały Spurrier! Poza tym dostajemy sporo rewelacji, jak na jeden numer. Zbliżamy się do ujawnienia głównej stawki całej rozgrywki i ogólnie robi się coraz ciekawiej. Co tu więcej napisać? Czytajcie i nakręcajcie się, bo jest na co. Tymczasem znów 7/10.  

x-men_vol._3_22@m.jpg
X-Men vol. 3 #22 
Krzycer: Łał. Serio? Łał. Najpierw Guggi rozwlekał tę historię niemiłosiernie, by w ostatnim numerze ciąć maksymalnie i co chwila skakać ze sceny do sceny, tak, że czasami prawie nie wiadomo, co się dzieje... To naprawdę było pisane na kolanie, bo jakby Guggi to choć raz przeczytał to chyba by zauważył, że w pierwszych paru numerach się prawie nic nie dzieje, a tu dzieje się aż za dużo. 
I co można powiedzieć o tej historii? Wydarzyła się. Może ktoś kiedyś wspomni o dziecku Vulcana i Deathbird. Moooże ktoś kiedyś wspomni o tym wydarzeniu jako jakimś etapie radzenia sobie z traumą po śmierci Greyów u Rachel. Ale poza tym? To kolejna historia do zapomnienia w tytule, który nie ma do zaoferowania nic, co by uzasadniało jego istnienie. "X-Men" i "Amazing X-Men" pierwsze kieruję do odstrzału, bo choć lektura "Spider-Men and the X-Men" bardziej mnie w tym tygodniu wkurzyła, za tamtą serią przynajmniej stoi jakiś pomysł. XM i AXM po prostu... po prostu trwają. Gdyby chociaż Marvel przyznał, że to serie-antologie na które nie ma większego pomysłu... 
Gil: Koniec kosmicznej wojaży i rozpierduchy z boodoskrullami. Niestety, poza wielką bijatyką, autor nie miał nic do zaoferowania, a większości nadgryzionych wątków nie raczył dokończyć. Mimo dość interesującego początku, finał okazał się więc wielkim rozczarowaniem. Nie wiem, czemu ośmieliłem się spodziewać czegokolwiek innego po Guggenheimie? No, cóż… po nim i Woodzie może być już tylko lepiej, a nazwisko pani Wilson jest ku temu solidną obietnicą. Więc oby do następnego numeru, a tymczasem z wielką łaską dam 4/10, bo przynajmniej wizualne dało radę. 



Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2014.12.10.
Redaktor prowadzący: Dominik "Undercik" Nowicki  
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.