Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #377-378 (17.11.2014)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 17 listopada 2014Numer 45-46/2014 (377-378)


Przed wami opinie o komiksach, które ukazały się w poprzednich dwóch tygodniach. Na co warto zwrócić uwagę?

05.11.2014

all-new_x-factor_16@m.jpg
All-New X-Factor #16 
Gil:Ciąg dalszy tie-ina, tylko że najwyraźniej komuś się o tym zapomniało. Gdyby ktoś nie czytał poprzedniego numeru, pewnie nawet by nie zauważył, bo dowiadujemy się tylko, że Sentinele atakują siedzibę Servala, bo X-Factor rąbnęli prezydentowi piłkę. Taa… No, ale przynajmniej jest parę fajnych momentów. Rozmowa Polaris z Quicksilverem była potrzebna. To i nawiązanie do romansu Gambita z żoną Snowa, to jedyne konsekwentnie wywiedzione z poprzednich wydarzeń wątki, więc wypadają najlepiej. Świetnie wyszła również skoordynowana akcja Danger i Warlocka. Dla odmiany Doug i Georgia tylko się plączą pod nogami i nie do końca wiem, co robią. No i jeszcze mamy zaskakującą ostatnią stronę. O ile powrót Longshota jest intrygujący, tak fakt, że towarzyszy mu Sunfire wyświetla mi nad głową znak zapytania z innego powodu. Bo jeśli to się dzieje przed trzecim numerem SIXIS, to czy nie powinien być teraz w Genoshy? Lepiej, żeby to wyjaśnili, bo taki zonk nie jest w stylu Petera Davida. Trochę plusów jest, ale dam najwyżej 5/10 z plusem, bo jednak ogólne wrażenie jest średnie.
Krzycer: Wciąż więcej akcji niż fabuły w tym tie-inie, ale przynajmniej ruszył wątek relacji Quicksilvera i Polaris, a to zawsze miło. Do tego PAD napisał bardzo fajną scenę ze Snowem nie mogącym się przyznać do słabości. 
No i akcja wciąż jest fajna, choć podkreśla tradycyjny problem powerhouse'a w drużynie przyćmiewającego swoją mocą całą resztę. 
Nie łapię za to końcówki. Ani wyboru mutantów - ok, Longshot był w poprzedniej inkarnacji X-Factor, więc to w miarę zrozumiałe, że wraca w ANXM. Ale Sunfire? Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to to, że w następnym numerze PAD będzie się odwoływał do "mrocznej strony" bohaterów, i wyciągnie epizod z Gambitem jako Jeźdźcem (Sunfire też był wtedy Jeźdźcem, a potem obaj byli w Marauders w czasie Messiah Complex). 
Tyle tylko, że to prowadzi do kolejnych pytań. No bo Longshot i Sunfire są teraz "odwróceni" w ramach Axis? Zakładam po nastawieniu Longshota. I nowym kostiumie. Ale czemu niby zostali odwróceni bohaterowie, których nie było na Genoshy? 

amazing_spider-man_vol._3_9@m.jpg
Amazing Spider-Man vol. 3 #9 
Gil: Po dość długim wstępie, Spider-Verse dotarło w końcu do naszego Piotrusia. I fajnie. Jest tu kilka naprawdę niezłych elementów i dość solidne związanie wątków. Jest też kilka "ale". Na przykład: fajnie, że pojawiają się inne postacie pająkotematyczne, ale brakuje wyjaśnienia, jak wpasowuje się w to choćby Spider-Woman, której nigdy nie łączono z wątkiem totemów. Fajnie, że udział alternatywnych wersji jest zróżnicowany, ale Spider-Ham pasuje do tego wszystkiego jak clown do karawanu. Fajnie, że wprowadzają wreszcie Milesa, ale nie wiemy, skąd wytrzasnęli te alternatywne wersje postaci trzecioplanowych, które na niego nasyłają. I fajnie, że znaleźli sobie bezpieczny światek, gdzie wszyscy siedzą, ale gdzie w tym wszystkim jest Otton, który ich zebrał? Fajnie, że pojawia się Kaine, ale czy to znaczy, że New Warriors zostali wybici? Hm… właściwie to na każde "fajnie" jest jakieś "ale". Wiem, że to dopiero początek, ale jednak coś by się przydało zaserwować na otwarcie, a nie tylko same pytania. Albo nawet brak ich zadawania wprost. No i jeszcze mamy tę drugą część… Tę, w której siedzą, dużo gadają i oblizują się nad Pajęczakami, których zamierzają zjeść. I która właściwie nic nie wnosi, poza tym, że jest creepy. No bo zasada "show – don’t tell", a tutaj "bla, bla, bla…" i ściany tekstu. Ale o jednym elemencie nic złego nie da się powiedzieć: rysunki są dobre. No, a cały numer? Jeszcze musi popracować na coś więcej niż słabe 6/10. 
Kuba G: Zabawne. Jak to jest, że przez lata edytorzy i niektórzy scenarzyści wyrażali swoją absolutną niechęć do używania numerycznych oznaczeń alternatywnych uniwersów w Marvelu włącznie z nazywaniem głownej 616, a tu Slott nonszalancko ma to w poważaniu. Jak nie lubię Slotta to za to daje mu mały plus i... ogólnie muszę przyznać, że czytało mi się ten numer całkiem przyjemnie (chyba pierwszy raz od czasu gdy zaczął regularnie pisać pająka). Oczywiście zwalam to na dwie niezwiązane ze Slottem rzeczy. Pierwsza to obecność Morluna, którego obecność u Straczyńskiego uwielbiam i którego powrót cieszym mnie niesamowicie. Druga to obecność Coipela, mimo, że rysuje zawsze jedną twarz na każdej postaci jest jedym z lepszych rysowników jakich Marvel może wykorzystać do "epickich" historii. Tu jego obecność jest nadzwyczaj cenna. To nie jest genialny zeszyt, momentami zbyt łopatologiczny, wykładający rzeczy w ten sposób, że wszystkie prologi wydają się jeszcze bardziej zbędne ale nie umiem niedocenić faktu, że czytam Spider-mana od Slotta i czyta mi się to całkiem dobrze, tak, że mam ochotę na więcej. PS: BRODATY SPIDER-MAN/CAPTAIN UNIVERSE, TYLE WYGRAĆ! 
Krzycer: Niewiarykurczęgodne. Nie lubię tego, jak Slott pisze postać Pająka, przeszkadza mi to od bardzo dawna - mniej więcej odkąd został jedynym scenarzystą serii. Ale ten numer to niewiarygodne osiągnięcie - pośród kilkunastu Pająków ze wszelkich rzeczywistości, Slottowi udało się poprowadzić Parkera-616 jako najbardziej jęczącą ofermę spośród wszystkich Pająków zewsząd. Chapeau bas. 
Na dodatek im więcej widzę Morluna i Morlunków, tym bardziej ich nie lubię. 
A, no i... Morlun. Za jakie grzechy Morlun? Jasne, Morlun był super u JMSa, ale to jest jednorazowa sztuczka. Jak raz pokażesz, że morderca-Terminator nie do powstrzymania jednak jest do powstrzymania, jaki jest sens w sprowadzaniu go z powrotem? I ponownym przedstawianiu go jako "zagrożenie nie do powstrzymania"? Zwłaszcza, że to nawet nie jest drugi raz, ale co najmniej trzeci? 

avengers__x-men_axis_4@m.jpg
Avengers & X-Men: Axis #4 
Gil: Wiecie co, czasami zdarza mi się być niezdecydowanym, albo nawet zmieniać zdanie, ale tym razem naprawdę mam niezłą zagwozdkę... Sam już nie wiem, czy wolę się wściekać, czy nudzić? O ile komiksy zwyczajnie kiepskie, albo będące wcieleniem zła w najczystszej postaci dostarczają mi trochę sadystycznej przyjemności, gdy wykonuję na nich sekcję, tak istnieją też przypadki, które skomentować można jedynie przeciągłym ziewnięciem. Zgadliście – to jeden z nich. Może (ale jest to szerokie może) byłby ciekawszy, gdyby najbardziej interesujące jego elementy nie zostały uprzedzone i podane lepiej w innych miejscach, albo gdyby napisał je ktoś inny. Generalnie cały numer jest o tym, jak to wszystkich wyobracała tytułowa siksa (wink, wink). Niby fajnie, bo zdążyłem już powiedzieć parę ciepłych słów o niektórych związanych z tym pomysłach. Ale sprawdza się też inne stwierdzenie, a mianowicie to, że tie-iny są lepsze od głównej serii. Najlepiej widać to po Carnage’u, który w swojej solówce zaskoczył mnie pozytywnie, a tutaj jest po prostu klonem Spider-Mana w najgorszym tego słowa znaczeniu. Widać wyraźnie, że choć pomysł na niego jest, to w głowie kogoś innego i autor tego tutaj najwyraźniej nie raczył się skonsultować. Zresztą, to samo można powiedzieć o Hulku, bo zdecydowanie nie jest to Doc Green (a biorąc pod uwagę równie dziwną wersje Thora, już zupełnie nie wiem, w co Remender próbuje pogrywać). W dodatku jeszcze ten pomysł z Kluchą... Jest równie EXTREME! wersją Hulka jak ROn był wersją Onslaughta, tyle że zamiast macek ma irokeza. Aha, a ten pomysł jakoby był Hulkiem Hulka? Było!!! Tak samo jak to, że Antek znów zagląda do kieliszka. Ciężko na razie osądzać, jak zostaną potraktowane te pomysły w solówkach bohaterów, ale pierwsze wrażenie nie jest fajne, bo wygląda to po prostu jakby magiczne zaklęcie zmieniło wszystkich w buców do kwadratu. Bo tylko tyle można wywnioskować z zachowania Kapitana Falcona albo X-Men – nie ma w tym żądnego, jak to się ładnie mówi, backgroundu. Aczkolwiek Apocalypse po stronie X-Men robi jakieś wrażenie, nawet jeśli jest to pseudo-teenage-Poxy. Avengers dla odmiany są zwykłymi bucami. No i okazuje się, że Czerwony nawiał. Jest więc szansa, że dostanie swój rewanż i nie skończy się na jednym strzale, ale z drugiej strony – skoro jego też obróciło, to może skończy na łące, przytulając króliczki. Ciężko przewidzieć, bo brakuje jakiegoś schematu w całym tym procesie. No cóż, chyba cała nadzieja w tie-inach. A tutaj trochę się wynudziłem, więc nadal zostanę przy 3/10. 
Xavier83: Jest zaskakująco dobrze. Bałem się tej zmiany w postawach, ale wychodzi to porządnie. Mrugnięcie w stronę czytelników House of M, przynajmniej ja to tak odbieram, gdy Spider-Man wygląda na jedynego, który orientuje się, iż coś jest nie tak skoro Carnage łapie złoczyńców - wypadło fajnie. Apocalypse to kozak i zjednoczenie X-Men pod jego skrzydłami zapowiada się intrygująco. Jarvis - to mega kozak. Naprawdę zaskakująco dobra lektura jak na otwarcie drugiego aktu. 7/10
Kuba G: Niby w tym komiksie nie wydarzyło sie nic co mógłbym odebrać jako wadę, niby wszystko dzieje się swoim własnym tempem pozwalającym równo rozłożyć akcenty... ale dalej wszystko przedstawione jest absolutnie nieciekawie. Nie wiem co się dzieje z Remenderem, ale nie przypominam sobie żeby kiedykolwiek pisał tak drętwo bohaterów, których prowadzi. Każdy ma kij w dupie i gada jak pół robot, włącznie ze Starkiem, który niby wszedł w swój tryb imprezy. Nieee, może założeniem jest to, że prezentując ich w ten sposób jeszcze bardziej zwrócimy uwagę na Hulka stojącego okoniem do bohaterów? Nie, bo scena gdy budzi się Hulk's Hulk jest sceną, która swoją głupotą przypomina poziom pierwszego numeru Axis. Coś tu stanowczo nie wyszło. Niby wszystko trzyma się kupy, a jednak czytam czytam i mam to asbolutnie w dupie.
Krzycer: Z jednej strony, są tu ciekawe rzeczy. Z drugiej strony... gdzie są wszyscy telepaci? Tacy X-Men na przykład mają całe stadko telepatów. Nikt nie czuje, że z "bohaterami" jest coś nie w porządku? I już nawet furda telepaci, ale przecież poza pokornie słuchającymi nazi-przemowy Storm uczniami tam powinno być jeszcze kilkudziesięciu dorosłych, pełnoprawnych X-Men, którzy nie byli na Genoshy - czemu nikogo nie dziwi wypowiedzenie wojny ludzkości? Inwersja ewidentnie nie miała globalnego zasięgu, skoro Spider-Man i Daredevil widzą, że coś jest nie halo, więc co z resztą bohaterów? 
Inne kuriozum - choć to nie wada tego konkretnego zeszytu, tylko całego przekazania tarczy - czemu Sam Wilson jest przywódcą Avengers? Jasne, został nowym Capem, ale co z tego? Bucky-Cap nie był dowódcą Avengers i były ku temu dobre powody, czemu Falcap dostał tę fuchę? Nie kumam. 
Jeszcze inne kuriozum - Kluh. Ok, samej nazwy czepiać się nie będę, bo to tylko po polsku jest śmieszne (ale strasznie mnie bawi, że Adler i Piątkowski przerobili ten dowcip kilkanaście lat temu), ale... co to właściwie znaczy "Hulk's Hulk"? No, przede wszystkim takie ujęcie sugeruje, że to nie jest efekt Inwersji tylko coś, co w Hulku autentycznie siedzi. Ale zaraz, czemu Zielony Hulk jest idiotą w tym numerze, skoro powinien być superinteligentnym Doc Greenem? Czy Doc Green zgłupiał przez Inwersję a potem wykluł się z niego Kluh? Nie ogarniam świata. 
Żeby nie było, że tylko się czepiam, heroiczny Carnage i zaniepokojony tym Spider-Man wyszli fajnie, jestem również zaintrygowany ucieczką Red Skulla i samą wątpliwością, czy to Skull, czy może Xavier. Więc pozytywy są, ale sposób, w jaki Remender rozwija swoją historię jakoś bierze mnie pod włos, drażni i irytuje. 

death_of_wolverine_life_after_logan_1@m.jpg
Death Of Wolverine Life After Logan #1 
Gil: Jakby mało było w innych tytułach historyjek o tym, jak to różne postacie przeżywają zejście Wolverine’a, teraz dostajemy dodatkowo całą antologię na ten temat. I czego się z niej dowiadujemy? A tego, że różne postacie odreagowują zejście Wolverine’a, tłukąc się z kim popadnie. I tyle. Nic więcej nie ma w tym zaszycie. No, dobra – nic poza paroma wspominkami. Ale to i tak niczego nie zmienia, bo treści jest praktycznie zero. Już czuję, że ciąg dalszy sobie daruję. A tu dam 2/10. 
Krzycer: Nie od dziś wiadomo, że Marvel traktuje takie antologie, one-shoty, zapchajdziury i wyciskacze kasy jako poligon dla nowych twórców - rysowników i scenarzystów. I tak też trzeba do takich publikacji podchodzić. Tylko... co tu w takim razie robi Fialkov? Wciąż musi udowadniać, co potrafi (bo dotąd dłubał głównie w świecie Ultimate, który jest drugim takim poligonem), czy też jest "gwiazdą" która ma pociągnąć ten komiks? Bo nie widzę go ani w jednej, ani w drugiej roli... 
Ale po kolei: 
* "You" 
Nie znam autora. Rysownika też, ale na pierwszy rzut oka jest krzyżówką Calafiore'a z Ramosem i domieszką Brooksa... Jest ok? Trochę zbyt kreskówkowy? Albo - za mało kreskówkowy, bo przy takim uproszczeniu postaci przydałaby się większa stylizacja, odejście od realizmu? Nie wiem, ale coś mi nie leży. 
O historii nie ma co wiele pisać, bo też nie ma tu historii - jest długi monolog. Zawiera parę fajnych zdań, i jedno które strasznie zgrzyta (Cyclops bierze na siebie "Schizmę", choć parę kadrów obok jest fajne "You became a hypocrite just to spite me"). Mimo to całość jest... ok. 
* "In His Honor" 
Fialkova znamy. Rysownika nie. Zacznijmy od rysownika - jest bardzo spoko. Dynamiczna kreska, postaci mają fajną mimikę, tła mają tyle szczegółów, ile potrzeba, by wiadomo było, gdzie toczy się akcja. Muszę powiedzieć, że rysunki mi się podobały, i to bardzo. 
Scenariusz - ot, kolejna drobnostka. Kurt i Colossus, najlepsi przyjaciele Logana, grób Mariko... a do tego absolutnie niepotrzebna nikomu do szczęścia jatka, tylko dlatego, że to coś, co zrobiłby Logan. Jest w tym urok - dużo uroku. 
Niestety tutaj również pojawił się zgrzyt w postaci holograficznego przebrania Nightcrawlera. Kurt zrezygnował z niego lata temu - a miesiąc temu był to nawet fragment fabuły u Claremonta, kiedy wskrzeszony Kurt wraca do korzystania z hologramu tylko po to, by Wolverine mógł go od tego odwieść. Więc to nie tylko zgrzyta z continuity sprzed lat, ale i z czymś, co dopiero co wydarzyło się w ongoingu Nightcrawlera. Minus. Mimo to historyjka była prosta, krótka i bardzo przyjemna. 
* "A Little Piece of You" 
Nie znam scenarzysty, nie znam rysownika. Rysunki są... ciekawe. Artysta ma fajny styl - trzy razy napisałem i skasowałem słowo "kreskówkowy", tak naprawdę to bardziej coś w rodzaju kreski z niektórych humorystycznych pasków komiksowych. Tyle tylko, że ten styl kompletnie nie pasuje do sceny walki z krwią i dziabaniem ludzi. Ale kiedy historia się uspokaja i chodzi tylko o pokazanie Helliona i Armor, jest spoko. 
A skoro o historii mowa - znowu nie ma jej wiele. Armor cierpi, Hellion daje jej się wygadać. Najbardziej przeszkadza mi tu Hellion - założenie (wyłożone pod koniec w dialogach) było takie, by pokazać cieplejszą, bardziej empatyczną stronę Juliana, ale rezultat jest taki, że postać jest napisana kompletnie jak nie on. Armor jest w porządku, a dialogi w paru miejscach są zabawne - dostajemy ładne nawiązanie do "Astonishing X-Men" Whedona i uwagę o tym, jak to Wolverine upodobał sobie nastoletnie dziewczyny... 
A, skoro czepiłem się przy Fialkovie, czepie się i tutaj, że Armor w "Wolverine and the X-Men" ostatnio w ogóle nie mogła korzystać ze swojej mocy. Choć tu jest wzmianka o "kłopotach ze zbroją", więc może trzeba to potraktować jako informację o tym, że Armor się polepszyło. 
Z całego zestawienia wygrywa Fialkov ze swoim rysownikiem, "A Little Piece of You" jest na drugim miejscu. Ale i monolog Cyclopsa był znośny, więc jak na poziom marvelowych antologii to było zaskakująco dobre. 

death_of_wolverine_the_weapon_x_program_1@m.jpg
Death Of Wolverine The Weapon X Program #1 
Gil: Była kiedyś taka seria pod tytułem Weapon X. I była diabelnie dobra. Do tego stopnia, że wciąż pamiętam wiele jej szczegółów. Ten komiks przeczytałem wczoraj i już go nie pamiętam. Zerknąłem więc jeszcze raz i widzę zbieraninę red shirtów, epizodycznego złoczyńcę z Deadpoola i coś, co wygląda jak klon Logana. Mam wrażenie, że jedyne co stało za powstaniem tej serii, to chęć natrzepania kasiory na wydarzeniu, które zwróciło uwagę. Bo było zaplanowane na jej zwrócenie. A teraz pierwsze numery tych seryjek wygenerują jakiś zysk i wszyscy będą się cieszyć, ale wyniki sprzedaży szybko wyrżną na ryj i na tym się skończy. Ale potem się Logana wskrzesi i miniseria Wolverine Reborn swoje zarobi. I pewnie też parę innych serii dołożą… Ale właściwie, dlaczego o tym piszę? Bo nie mam pojęcia, co napisać o tym komiksie. Jest nudny i niczym nie zachęca. Jedyne, co mogę mu na plus policzyć to fakt, że też niczym specjalnie głupim nie poraża. W sam raz na 3/10. 
Krzycer: Z jednej miałem przejmujące poczucie, że właśnie oglądam narodziny nowego Gamma Corps - grupy, która przepadnie w Limbo po jednej historii. Z drugiej strony, wszystko co Soule teraz robi to fundamenty pod "The Wolverines", więc kto wie, co z tego okaże się ważne. 
Bajdełej, czy dobrze kojarzę, że główny bohater Sharp to ten koleś, który przesłuchuje Creeda, X-23, Dakena i resztą w "Logan's Legacy"? 
Aaa, i zanim ktoś zobaczy ostatnią stronę i zacznie krzyczeć "rany boskie, już go wskrzesili", Sharp nie jest wskrzeszonym Loganem, tylko ma część jego wspomnień. Po włosach go poznacie. ;) (..."jakim cudem ma część jego wspomnień" to zupełnie inna sprawa; chyba, że Cornelius zgrał pamięć Logana na dyskietki kiedy sam wszczepiał mu fałszywe wspomnienia lata temu...) 

Deadpool's Art Of War #2 
Gil: Jakoś tak wyszło, że najlepszym elementem numeru pierwszego był wstęp i zawiązanie akcji, które zajmowały ponad połowę zeszytu. A teraz, gdy już tego nie ma, jest jakoś nudno. Bitwa, chwila przerwy i druga bitwa. Dużo komentarzy i wyładów... trochę ciężko przez to przebrnąć. A przynajmniej mnie trudno było się skupić i wyłapać w tym jakiś humor. Może rysunki też trochę przeszkadzały, bo są dosyć siermiężne. A może po prostu straciłem zainteresowanie? Tak, to możliwe... Najwyżej 4/10 dam. 
Krzycer: Uh. Wiem, że w poprzednim numerze było ostrzeżenie, że ta miniseria zlewa na continuity, ale i tak... Uh. 
Jest tak sobie. To czteroczęściowa miniseria, a już drugi numer sprawia wrażenie zapchajdziury. Wciąż zdarzają się śmieszne momenty, ale i tak... liczyłem na więcej. 

Hulk vol. 3 #8 
Gil: Pora odhaczyć kolejną z hurtowo stworzonych gamma postaci. Ta konfrontacja jest przynajmniej o tyle ciekawa, że między Hulkiem i Srulkie są całe lata historii, która dodaje kontekstu i została całkiem przyzwoicie wykorzystana. Sama walka jest okej, ale właściwie nie ma większego znaczenia. Fajna jest również rozmowa między Betty i Rickiem oraz wynikający z niej Gambit. Ale co jest w calym numerze najciekawsze, to rozwiązanie zagadki: kto próbował zabić Bannera. A może, komu się to udało? I jaką rolę odegrali w tym jego współpracownicy? No… jestem zainteresowany. Aha i jeszcze całkiem niezły był wstęp z Samsonem. Rysunki mogłyby być lepsze, ale dają radę. A całość nadal podobała mi się na solidne 6/10. 
Krzycer: Nie byłem przekonany do tej serii - i zerkałem do niej co któryś numer. Chyba po raz pierwszy przeczytałem dwa z rzędu. I w końcu coś chwyciło. Ogólnie podoba mi się idea posprzątania nadprogramowych Hulków. Do tego te małe scenki - rozmowa z Hulklingiem z poprzedniego numeru, wizyta u doktora Samsona z tego numeru... Ołówek... :) Nie mam pojęcia dokąd ta seria zmierza, ale po raz pierwszy jestem autentycznie zaintrygowany. 

Legendary Star-Lord #5 
Gil: Zaczyna się robić bardzo humphriesowo, w stylu Avengers AI. Co to znaczy? A tyle, że złoczyńca, niejaki Mister Knife, prowadzony jest niemal identycznie jak Dimitrios, czyli straszy, tumani, przestrasza, ale właściwie nic nie robi. Ot, pojawia się czasami, żeby pokazać, że jest, a jego przypadkowe minionki odwalają całą robotę. Dobra, może mają interesujący design, ale nadal są tylko bezimienną masą, służącą do pozyskania macguffina tej historii. A co robi główny bohater w tym wszystkim? Siedzi w knajpie i gada właściwie o niczym. Prawdę mówiąc, cały jego udział w tym numerze można sobie przekartkować i przeczytać końcówkę, w której okazuje się, po co to wszystko było. Albo i nie. Może w następnym numerze? Hej, zupełnie jak w AI! Tam też autor na początku sprawiał wrażenie, że ma jakiś pomysł, a potem była już tylko woda, wata, mech i ser. Chyba pora zacząć się bać. A pierwszym objawem tego będzie 3/10. 

deadpool_art_of_war_2@m.jpghulk_vol._3_8@m.jpglegendary_star-lord_5@m.jpgrocket_raccoon_vol._2_5@m.jpgspider-verse_team-up_1@m.jpg

Rocket Raccoon vol. 2 #5 
Gil: I am Groot. I am Groot. I am Groot. I am Groot. I am Groot. I am Groot. I am Groot. I am Groot. I am Groot. I am Groot. I am Groot. I am Groot. I am Groot. I am Groot. I am Groot. I am Groot. I am Groot. I am Groot? I am Groot. I am Groot. I am Deadpool? I am Groot. I am Groot. I am Groot! I am Groot. I am Groot. I am Groot. I am Groot. I am Groot. I am Groot. I am Groot. I am Groooot! I am Groot. I am 7/10. 
Krzycer: Groot narratorem numeru! Myślicie, że ten dowcip wam się szybko znuży? 
...macie rację. Ale rysunki Younga to wynagradzają. 
Gorzej, ten numer udowadnia, jak bardzo scenariusz nie ma znaczenia w tej serii. Niby było to jasne od samego początku, ale i tak - co innego podejrzewać, co innego mieć namacalny dowód. 
Ale rysunki wciąż są super. 

Spider-Verse Team Up #1 
Gil: Kolejna antologia... Czyli już wiemy, czego się spodziewać… Część pierwsza pokazuje nam, że Gage chyba nie do końca zrozumiał, o co w tym wszystkim chodzi. Bo niby skąd ten nagły atak różnych wersji Vultre’ów na Pajęczaków? Rodzinka Morlunów nawet nie bierze w tym udziału, więc sensu jest słownie zero. Druga historyjka przypomina bardziej jedną z umieszczonych w Edge. Z tym, że jest mniej – nomen omen – edgy. Ot, Pająkołak się znalazł i tyle. Jeszcze jedna wersja do kolekcji. I w dodatku wygląda jak z horroru klasy D. Taaak… zdecydowanie było nam to potrzebne do szczęścia. Jak kurrrrrze rower. Dam jeszcze jedną szansę, ale jeśli będzie równie kiepsko, to skreślam. Dzisiaj 2/10. 
Krzycer: Gage nie należy do moich ulubionych autorów, nigdy nie należał, ale od paru lat regularnie uzupełnia Slotta pisząc różne Pajęcze tie-iny, one-shoty i wstawki w antologiach - i regularnie stwierdzam, że wolę jego podejście do Pająka od Slottowego. 
Druga historyjka autorstwa Sterna jest... No, jest. Nic wielkiego. 

x-men_vol._3_21@m.jpg
X-Men vol. 3 #21 
Gil: Tygrysek sobie pobrykał i dostał bęcki. Jak to się stało? Właściwie nie wiem, bo zostało to tak przeprowadzone, że ciężko się rozeznać, czy załatwiła go Jubilee, czy Deathbird. Mocno to zamotane. Niby walczył z tymi na stacji, ale sekwencja z Deathbird była jak z jakiejś wirtualnej rzeczywistości… czy coś? Chyba jakoś ją w końcu obudzili… czy coś? Nie mam pojęcia. Pogubiłem się. A potem jeszcze się pojawiają te Broodskrulle. Czyli chyba teraz będzie bitka. Ale gdzie w tym sens? Chyba też się zgubił. A nie… to przecież Guggenheim pisze. Nie wiem, czemu w ogóle spodziewałem się sensu? Ech, naiwne nadzieje… Wizualnie nadal jest przyzwoicie, ale treściowo jeden wielki chaos. Znów 3/10.
Krzycer: Aaaaa, więc o to tu chodzi... Po tym numerze wreszcie zrozumiałem, po co Guggenheim wyciąga mord na rodzinie Grey'ów - czekają nas jakieś paralele między Rachel a Deathbird. A może to było to, cały ładunek emocjonalny był w tej scenie? Zobaczymy. 
Poza tym, niestety, nie ma w tym numerze zbyt wiele. Historia jest rozciągnięta podobnie jak właśnie zakończone "World War Wendigo" z "Amazing X-Men" - chociaż to nie do końca prawda, tu przynajmniej była jakaś zagadka, był wątek szpiona-zdrajcy... Niestety, kompletnie nie wykorzystany. Ot, Manifold Tyger (podtrzymuję, że to rewelacyjna nazwa postaci; kompletnie bez sensu, ale jakie ma brzmienie!) skrycie usunął z gry Storm, żeby dodać trochę fałszywej dramy (fałszywej, bo jeśli ktoś da się nabrać, że Ororo coś naprawdę grozi, to mam most który chciałbym sprzedać...) i tyle. Strasznie to było skopane, można było go dużo lepiej rozegrać. 
...zaraz, moment. Czyli dzieje się tu dużo więcej niż w "WWW", a mam wrażenie, że historia została równie rozciągnięta, co tam? To chyba oznacza, że jest to jeszcze gorzej napisane...

Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2014.11.05

12.11.2014

all-new_captain_america_1@m.jpg
All-New Captain America #1 
Krzycer: ...jak Falcap lata, kiedy jedną stronę ciała ma obciążoną tarczą? Skoro już o tym mowa, jak bierze zamach, by nią rzucić w trakcie lotu? 
Numer był w porządku. Nie pamiętam żadnych spektakularnych głupot, a z tego co wiem (czyt. z przypadkowego zaglądania do co dziesiątego numeru) w Kapitanie Remendera to już dużo. 
A, stary Steve Rogers łowi ryb ze starą (zdradziecką i fałszywą?) Sharon Carter. To... Hm. Śmieszne? 
Gil: Na początek mały plus za pokazanie, że są w społeczeństwie jakiekolwiek relacje na wymianę człowieka pod flagą. Ale to właściwie tyle, jeśli o plusy chodzi. No, dobra, może jeszcze dorzucenie kaptura do design Batroca, ale to pójdzie na konto rysownika. Poza tym niestety rewelacji nie ma. Historyjka, która ma nam przedstawić Sama w roli Capa jest strasznie generyczna i zdaje się nie prowadzić do niczego. Ot, po prostu bitka, w której stawką jest jakiś żywy macguffin. Nie wiemy, o co chodzi, po co to wszystko i dlaczego jest ważne. Praktycznie nic nie wiemy. Tyle, że Hydra (czy mi się zdawało, czy był tam Bob?) i Batroc. Aha, i Nomad. Zdaje się, że to właśnie tutaj chronologicznie debiutuje w tej roli… tydzień po występie jako statysta w SIXIS. Ale w sumie i tak niczego to nie zmienia, bo nadal jest zapchajdziurą. No właśnie – niby dzieje się to przed SIXIS i zanim bohaterowie zostali wyobracani, a mimo wszystko, Wilson sprawia wrażenie, jakby już coś z nim było nie tak. Co prawda nie znam postaci jakoś szczególnie mocno, ale mam wrażenie, że ten skręt w stronę przemocy uświęcającej środki jest zbyt nagły. Tak jakby na siłę próbowali pokazać, że jest w tej roli bardziej extreme niż Bucky. Nie kupuję. Tak samo, jak nie kupuję nowego design, który nie tylko cechuje się doklejeniem na siłę flagi, ale – jak już zauważył Krzycer – całkowicie rujnuje fizykę postaci. Jedyne, co mogę pochwalić to rysunki. Tak więc, za nic wielkiego, ocena również niewielka – 3/10. 
Kminek: Choć wydawać by się mogło, że hejtuję Sama w roli nowego Kapitana Ameryki, wcale tak nie jest... Wręcz przeciwnie, pierwszy numer nawet mnie wciągnął. Wciągnął z prostego powodu... Jest skonstruowany według utartego, dobrze znanego schematu pierwszych numerów z bohaterami, co do których nie jesteśmy przekonani -> świetna kreska, króciutkie, pompatyczne wprowadzenie, mnóstwo akcji, dopakowanie dobrze znanymi herosami, tajemnica, a na koniec cliffhanger może nie wbijający w fotel, ale zawsze... 
Widać jednak, że ten komiks jest przeznaczony przede wszystkim dla odbiorców na rynku USA, bo jest do cna amerykański. Nie mówię tu tylko o kostiumie, ale o całej symbolice. Chłopiec z Harlemu, poczciwy, dobry, staje się symbolem Stanów Zjednoczonych Tolerancji, Walki z Rasizmem i Amerykańskiego Snu... Taki Barack Obama ze skrzydłami i tarczą... Oby tylko twórcy nie przesadzili, bo przedłużająca się pompatyczność zmienia się w zwykłą śmieszność. 
A, no i Bartoc. Bo film.
Demogorgon: Ja tylko powiedzieć coś ostatniej stronie coś. 
Od finału Undercover minęło ile, półtora miesiąca do dwóch? I proszę kto się pojawił z zupełnie inną grupą, w sposób, który zapewne wyrzuci wszystko, co Hopeless zrobił z postacią przez okno? Jeśli to się utrzyma, jeśli nie będzie żadnych wzmianek o Nazi Hellicarierze, Sado-maso Sataniście, głupiej cyborgówie, chłoptasiu z piekła, Mary Sue albo tym głupim państewku, to Remender ma u mnie plusa. Każdy kto olewa Hopelessa ma moją sympatię. 
Heh, fajnie być "klasyczną" postacią, jak Zemo, nawet jak cię zrujnują, ktoś to naprawi w mgnieniu oka. A tymczasem postacie które lubię mogą się nigdy już nie pojawić, bo nikt nie zechce ich tknąć z powodu ilości pomyj, jakie Hopeless na nie wylał. 
A apropo naprawiania - najwidoczniej wreszcie usunęli z historii Sama bycie alfonsem. Kolejny plus. I jeszcze jeden za niektóre gadki Batroca, tekst o prezydencie był niezły. 


avengers__x-men_axis_5@m.jpg
Avengers & X-Men: Axis #5 
Gil: Wygląda na to, że będę musiał się powtórzyć i znów napisać, że w tym tygodniu tie-iny wypadły znacznie lepiej niż główna seria. Zważywszy na ich ilość i zróżnicowanie, trzeba zauważyć, że ma to duże znaczenie. Ale o prawdopodobnej przyczynie za chwilę – najpierw zobaczmy, co mamy tutaj. A mówiąc w wielkim skrócie, mamy festiwal bucostwa i niekonsekwencji. Pierwsze, co się rzuca w oczy, to fakt, że imć autor zapomniał najwyraźniej, kto brał udział w bitce w Genoshy. No, ja wiem, że Nova akurat nic tam nie robił, tylko się plątał pod nogami, ale technicznie spełnił wszystkie wymagania i powinien być również wyobracany. Tymczasem to on i Spidey odgrywają tu rolę ostatnich sprawiedliwych. A może ostatnich przytomnych? Bo jakimś cudem, to właśnie oni zdołają czmychnąć w momencie, gdy Captain Falcon odwala swój wielki bucowski show. Ciężko mi odgadnąć, jakie jest spojrzenie Remendera na Avengers, bo nie byłem w jego głowie, ale po tym co widzę odnoszę wrażenie, że postrzega ich jako zbieraninę niekompetentnych debili. To, że teoretycznie wszyscy przybywają na to jego zebranie ze wszystkich zakątków świata, jeszcze mogę zrozumieć – jak assemble, to assemble. Inna sprawa, że są tam również ci tajni Avengers i Illuminati, którzy nie tylko powinni być tajni, ale też wyjątkowo ostrożni w przyjmowaniu zaproszeń od grupy, z którą są w konflikcie. Hell... z doświadczenia i historii wiemy, że 90% podobnych spędów kończy się bijatyką, zwykle wszczynaną przez tego, który je zwołał. Tymczasem oni stoją jak to bydło i dają się drugi raz złapać na tę samą sztuczkę z miniaturyzacją. Dobra, może nie były to dokładnie te same postacie, ale jednak ta sama sztuczka. Więc albo cząstki Pyma są jakimś kryptonitem na wszystkich Avengers, albo autor jest równie kreatywny jak pień. No i oczywiście wszyscy najwięksi bohaterowie świata zostają w sekundę pokonani i zamknięci w jakiejś mrówczej farmie. Bo %^®#@ tak! Kurde, nawet zminiaturyzowani złoczyńcy w przygodach Shulkie zdołali nawiać, ale nie Earth’s Mightiest w tym komiksie, gdzie traktowani są jak wielka szara masa, o przenikliwości galaretki. Na szczęście pod ręką jest Magneto i stary Steve, żeby ktokolwiek mógł zareagować. Swoją drogą, czemu Steve i jego Nomad nie zostali zaproszeni? Aaa… właśnie! Nomad! Poznaliśmy go w poprzednim numerze, jako rozmazaną gębę z recapu, a w tym dowiadujemy się, że jest przybranym synkiem Steve’a z wymiaru Z. Kolejny bezmyślny recykling pseudonimów i wpychanie postaci, które żadnej roli nie grają. W każdym razie, nasza fantastyczna-inaczej czwórka postanawia zająć się problemem… Kluchy. Okay, powiedzmy, że w tym momencie stwarza większe zagrożenie, ale żeby ot tak zignorować to, że właśnie część Avengers zwróciła się przeciwko reszcie? No tak, ale wtedy nie mogliby zostawić tego równie popapranym X-Men. Okej, nadal wygląda to fajnie, kiedy przewodzi im Apocalypse, ale już widać, że nie ma na to pomysłu innego, niż kolejny recycling – tym razem scenariusza z AoA. I nawet Statek pojawia się niewiadomo skąd, chociaż zdecydowanie nie powinien. Ale scena, w której Poxy bitchslapuje FalCapa była fajna. W przeciwieństwie do całej reszty wymuszonego humoru, zwłaszcza w dialogach, przez który nadal czyta się to jak fanfik dziesięciolatka. Podsumujmy więc: spójność wydarzeń prawie nie istnieje (wyjątkiem jest wątek Novy i Kluchy, który ma kontynuację gdzie indziej), dialogi bolą, w zeźleniu bohaterów nie widać konkretnej myśli, ani celu. W dodatku niektóre wątki wprowadzane są tylko jako pretekst (ucieczka Czerepa), a inne pomijane (gdzie jest Iron Man i czemu go nie zaprosili?). Brakuje tylko, żeby cały wątek wyobracania rozwiązali pstryknięciem palców w następnym numerze, bo pora zacząć ostatni rozdział. Ale przynajmniej rysunki trochę bardziej trzymają się kupy. Chyba znów muszę zadać sobie pytanie: czy wolałem, kiedy było nudno? Mam ochotę dać mniej, ale niech będzie jeszcze 3/10. 
Xavier83: Scenariusz poziom z poprzedniego numeru. Rysunki.....słabizna. Inwersja pełną parą, a Spider-Man wszystko ładnie zbiera do kupy. Może trochę powinni przyspieszyć fabularnie, ale dalej jestem pozytywnie nastawiony do dalszych numerów tej opowieści. 7/10
avengers__x-men_axis_5@a_1.jpg
Kuba G: Śmieszną rzeczą z Axis jest to, że co chwila wyłapuję pewne drobne podobieństwa, które osyłają moją pamięć do House Of M i za każdym razem łapię się na tym... że wydarzenia House Of M mnie naprawdę obchodziły, coś czego o Axis wciąż trudno powiedzieć. Niby wiedziałem, że wszystko zostanie odkręcone (jak zawsze gdy bawimy się w takie alternatywne światy) ale byłem ciekawy "gdzie" zniknął Xavier, byłem ciekaw co właściwie poszło "nie tak", że świat wygląda tak jak wygląda, podobały mi się w większości wszystkie "alternatywne" wizje bohaterów. Te same motywy w Axis absolutnie mnie nie ruszają, nie czuję emocji w pisanych postaciach dalej, ech (choć znośnie pisany Spider-man to prawie jak sukces, który fajnie wybija się na tle już-nie-bohaterów o głebi porównywalnej Fu Manchu z filmów z Christopherem Lee*). Pozwoliłem sobie teraz na taki porównawczy tekst dlatego, że jesteśmy w sumie już w drugiej połowie eventu i na ten moment wiem, że Axis nie zapisze się w mojej pamięci jako nieliczny przypadek gdy event z ostatnich -nastu lat okazał się wartościową lekturą. Teraz pytanie tylko czy przynajmniej dochodząc do końca Remender dokona tego co niby tak zachwalał Samael i minimalnie dobrze zamknie wątki. I ciekawe czy przy ostatnim numerze też poczuję potrzebę do porownań z House Of M. 
*Tak, to jest sarkazm. 
Kminek: No nie jest źle, ale gorzej niż ostatnio... Strona graficzna, szczególnie w zestawieniu z poprzednim numerem, traci znacznie i chyba treść zawarta w tej części nie wydaje się tak poważna, jak, według mnie, wydawać się powinna. Może dopóki pierwsze skrzypce gra poczciwy, zawsze dobry, Pajęczak jako tako zdaje to egzamin, ale kiedy All-New American Falcon ... oj, przepraszam, Captain America [żal, że mu nic nie wychodzi], Scarlet-już-Bitch i Apocalypse* wygłaszają swoje pogróżki już tak fajnie nie jest. 
Niemniej jednak, choć naprawdę nie lubię doklejonej na siłę Medusy, cały czas jestem bardzo pozytywnie nastawiony do Aktu II. 
*Są fajerwerki i szał, że go przywrócili do świata "X", ale jego wątek nie pasuje mi jakoś... X-Men tak z marszu jednoczą się pod sztandarem En Sabah Nura z umysłem nastolatka [nawet poddanego inwersji]? 
Krzycer: Nie wiem, co to o mnie mówi, ale nawet kiedy obie strony mają przeprane mózgi, podoba mi się, kiedy X-Men kopią tyłki Avengers. No i Spider-Man jakiś trochę inteligentniejszy niż zwykle... a może ja już go tak nie cierpię u Slotta, że mi to rzutuje na każdy inny komiks. No i Magneto wciąż jest w grze, co mnie cieszy, bo Magneto fajny jest. 
Natomiast styl rysunków Dodsonów strasznie mi nie pasuje zarówno do wkładu Yu w ten event, jak i pierwszych numerów Kuberta. 

Axis Hobgoblin #2 
Gil: Wciąż nie jestem kupiony. Seria za bardzo skupia się na humorze, który nie trafia do mnie. Okej, Hobgoblin jako celebryta i uosobienie komercji może być zabawny, ale na jeden raz. Robienie z tego serii jest równie męczące, jak robienie ryjaliti szołów z celebrytami. Philgoblin również szybko wyczerpał swój potencjał, przyjmując rolę szczeniaczka obszczekującego większego psa. Wątek Lilly właściwie nie istnieje – tyle tylko, że przebrali ją w inne ciuchy. Trochę dziwi mnie obecność niektórych postaci, ale możemy przyjąć, że kierują się tym, kto więcej zapłaci, więc niech będzie. Generalnie, ot takie sobie czytadło, z niezbyt ciekawymi rysunkami, czyli 4/10. 
Krzycer: Jest i śmieszniej, niż w poprzednim numerze, i dużo więcej się dzieje (czy konkretnie: w tym numerze coś się autentycznie dzieje). Ogólnie - dobrze jest, sympatyczny (choć nadal nikomu niepotrzebny) tie-in. 

axis_hobgoblin_2@m.jpgbucky_barnes_the_winter_soldier_2@m.jpg

Bucky Barnes The Winter Soldier #2 
Gil: To było… bardzo psychodeliczne. Prawdę mówiąc, to czytałem późnym wieczorem i trochę się pogubiłem, a drugi raz mi się nie chciało, więc oprę się na tym, co zapamiętałem. Pamiętam, że Loki zafundował naszemu bohaterowi niezłego i efektownego tripa w asgardzkich realiach. Rysunki zapamiętałem najlepiej, bo zrobiły spore wrażenie i wydaje mi się, że tym razem były rozplanowane nieco lepiej (w sensie: brak małych, nieczytelnych okienek). Jak i dlaczego do tego doszło? Tego już nie zapamiętałem, przez co trochę mam wrażenie, że fabuła miała tu wartość drugorzędną. Z drugiej strony, pamiętałbym, gdyby coś mi tu przeszkadzało, więc przynajmniej mam pewność, że nie było źle. Za same rysunki mógłbym wyciągnąć ocenę nad kreskę, więc chyba 6/10 będzie sprawiedliwe. 

captain_america__mighty_avengers_1@m.jpg
Captain America And The Mighty Avengers #1 
Gil: Oj, ktoś tu się chyba z kimś nie dogadał... to, albo te ich czary działały w jakiś bardzo wybiórczy sposób. Ale podejrzewam, że jednak opcja pierwsza. Jak by nie patrzeć, większość zeszytu jest praktycznie powtórką z ANCA, czyli pokazaniem, jaki to osą jest nowy FalCap i uwikłanie go w losową bitkę. Tyle, że tutaj wydaje się to trochę poniewczasie, skoro tamto dzieje się przed SIXIS. No i jak wspomniałem powyżej, dużej różnicy w jego zachowaniu nie widać. Widać za to u Cage’a, który jest Überbucem i u Pajęczaka, który najwyraźniej ma teraz osobowość Prosiaczka z Kubusia Puchatka. Ale, ale! Przecież te czary nie powinny go zmienić. No, chyba, że tak go widzi Ewing… Ale tego już nie można powiedzieć o ulubionym (?) złoczyńcy autora – Plundererze, który nagle zmienił się w Robin Hooda. I wyraźnie zwalili to na wyobracanie. Czyli zonk. I to prowadzi mnie do wniosku, jak następuje: Ewing ssie w tie-inach. A przynajmniej sprawdza się to w odniesieniu do tej serii. Bo tak samo, jak debiut jej poprzedniej iteracji przy Infinity był kiepski, tak samo wolałbym, żeby tego nie było. No i niestety, na powitanie dostanie 3/10, za karygodne niedopatrzenie. 
Krzycer: W sumie niewiele się tu dzieje pod względem fabuł, ale odwrócony Falcap jest fajnie przedstawiony - no i mamy w tym numerze kilka genialnych epizodów. Przeprosiny Spider-Mana, występ Plunderera... Niestety, w przeprosinach Spider-Mana jest jeden zgrzyt - Cage też jest odwróconym bohaterem, ale zupełnie tego nie czuć. 
Demogorgon: To był głupi pomysł by podpiąć tą serię pod SIXIS, Sam wychodzi na skończonego drania, a to nie jest dobry pomysł na start. Ludzie sięgną po to dla Captaina Falcona a dostaną Captaina Evil. 
Po za tym fajny odwrócony/nawrócony Plunderer, który mnie rozbawił do łez, podobnie scena z przeprosinami Spider-Mana za Otto. I zgadzam się z Krzycerem, że w ogóle nie czuć tu "odwrócenia" Luke'a. To pewnie wynika z tego, że on ma rację - Peter zawalił sprawę, dopuścił do sytuacji w której Otto latał w jego ciele i groził rodzinie Luke'a, a potem nie miał przez długi czas odwagi przyjść i się wytłumaczyć. Odwrócony, czy nie, Cage ma pełne prawo być wkurzony. Inna sprawa, że Parker mógłby zauważyć, że może całej sytuacji by nie było, gdyby Luke się zainteresował czemu jego przyjaciel Spidey nagle zaczął się zachowywać jak kawał drania. 
O, Kaluu jest na stałe w Majtach? Fajnie, lubię faceta. 

captain_marvel_vol._7_9@m.jpg
Captain Marvel vol. 7 #9 
Gil: Na pierwszy rzut oka, spory plus za okładkowe nawiązanie do albumu „Alladin Sane” Bowiego. Dalej również chętnie wystawiłbym parę plusów za stylizację postaci: król przypomina Elvisa, księciunio wygląda jak młody Donny Osmond, królowa jak… właściwie to jak stara Lady GaGa, ale yeah, whatever – nawiązania stylistyczne punktują. Szkoda, że o samej historii nie można tego powiedzieć. Niestety nie jest zbyt ciekawa i szybko męczy, bo jest to historyjka dość typowa, tyle że udziwniona rockowymi wstawkami. I o ile Lila Cheney jest ciekawym urozmaiceniem, tak cała reszta pozostaje mdła. Tym razem przynajmniej nie mogę powiedzieć, że nie było tu pomysłu, bo owszem, był. Tyle tylko, że nie do końca mnie kupił, bo sporo elementów historii było wymuszonych przez nadrzędne założenie. Co prawda, obecność rockowców z lat sześćdziesiątych w kosmosie nie jest o wiele dziwniejsza niż to, co widujemy w Silver Surferze, ale jakoś tam bardziej jestem skłonny tolerować tego typu absurdy. Czyli jest ździebeczko lepiej i tym razem sięgnie 5/10. 
Krzycer: Aj waj. Znaczy, to był całkiem śmieszny numer... No, może nie śmieszny, żeby wybuchać śmiechem, ale taki, żeby go czytać z uśmiechem. Ale po dwóch numerach o kosmicznym kocie dostajemy numer z rymowankami? To mi pachnie kompletnym brakiem ogólnego pomysłu na serię. Obie historie byłyby fajnymi chwilami odpoczynku pomiędzy większymi/poważniejszymi historiami, obie naraz... Za dużo. 


Death Of Wolverine The Logan Legacy #4 
Gil: Do tej pory kojarzyłem Juana Doe tylko z efektownych, minimalistycznych okładek. Teraz po raz pierwszy mogłem się przyjrzeć jego pracy wewnątrz komiksu i muszę zauważyć, że poradził sobie świetnie (w przeciwieństwie do na przykład takiego Chrisa Anki). Grafika jest efektowna i to właściwie ona ciągnie cały numer, bo historii w tym wiele nie ma. Ot, każdego można by wstawić w miejsce Deathstrike i na jedno by wyszło. Czyli, krótko mówiąc, warto tam zajrzeć, żeby zobaczyć trochę unikalnych rysunków, ale wczytywać się za bardzo nie ma w co. I same rysunki wyciągną na 6/10. 
Krzycer: Jest w tym jakiś pomysł na to, jak wpisać Deathstrike w ogólnie rozumianą "spuściznę Logana" - powiedziałbym nawet, że był to potrzebny numer, bo Deathstrike od dawna nie miała wspólnej historii z Loganem. Nie mówiąc nawet o bzdurach Wooda, lata temu w Messiah Complex była raczej przeciwniczką X-23... Nawet nie pamiętam, kiedy ostatnio miała jakąś konkretną wspólną historię z Loganem (nie liczę "Death of Wolverine #2"). 
Więc powiedzmy, że jakiś sens w tym komiksie był, nawet jeśli treści nie było zbyt wiele (a ta co była, była w narracji). 
Ale i tak nie zapominajmy, że to komiks w którym pojawia się "nano-tusz do tatuażu". :) 

Guardians 3000 #2 
Gil: Jest nieźle. Trochę mniej chaotycznie niż w pierwszym numerze i trochę więcej nawiązań do wątków zaczętych we wcześniejszej wersji GotG duetu DNA. A szansa na ich kontynuację i domknięcie napawa optymizmem. Tymczasem mamy przynajmniej zarysowany główny problem i wiemy mniej więcej, na czym stoimy. Świat również zarysowuje się wyraźniej i pojawiają się ciekawe paralele. Podejrzewam, że jeszcze jednego lub dwóch zeszytów potrzeba, żebyśmy nabrali pewności i parę kwestii się rozjaśniło, ale przynajmniej jest wyraźna tendencja ku temu. Rysunkowo też nienajgorzej, chociaż parę szczegółów bym wymienił. Czyli jeszcze trochę ostrożnie, ale mogę dać dość mocne 6/10. 
Krzycer: Przyszłościowy slang trzydziestego wieku z numeru na numer coraz bardziej mnie wkurza. I to w sumie wszystko, co mam do powiedzenia o tym numerze. Niby odrobinkę posunęliśmy fabułę do przodu, ale to właściwie tyle. "Uwierzyli jej i uciekli, ale nieskutecznie" - trochę mało jak na cały zeszyt. 

death_of_wolverine_the_logan_legacy_4@m.jpgguardians_3000_2@m.jpghawkeye_vs_deadpool_2@m.jpgmiles_morales_the_ultimate_spider-man_7@m.jpg

Hawkeye Vs Deadpool #2 
Gil: Nadal całkiem nieźle i będę trwał przy swoim twierdzeniu, że jest lepiej niż w obu solówkach. Parę zabawnych momentów wystarcza. To nawet lepiej niż wpychanie wszędzie czegokolwiek zabawnego i rozwadnianie fabuły. A ta wciąż trzyma się kupy i nawet funduje nam niezły skręt pod koniec. Interakcje między postaciami są fajne i nawet mamy ciekawy dodatek w postaci Typhoid Mary, który nawiązuje do jej wspólnej historii z Deadpoolem. Nie wszystko jeszcze jest jasne, a rola Black Cat nadal wydaje mi się trochę przesadzona, ale można to przełknąć. Jest dość ciekawie, by chciało mi się czytać dalej, a to już coś, więc i tutaj dam słabsze 6/10. 
Krzycer: Dalej jest to autentycznie śmieszne. Dalej Black Cat jako zimna kingpinka rozkazująca zabijać ludzi wydaje mi się strasznie nie na miejscu. 

Miles Morales: The Ultimate Spider-Man #7 
Krzycer: Rany boskie. Cały numer: Osborn warczy, Miles go bije, Osborn pada - Osborn wstaje, Osborn warczy, Miles go bije, Osborn pada. I tak w kółko. Cały numer. Rany boskie. 

nightcrawler_vol._4_8@m.jpg
Nightcrawler vol. 4 #8 
Gil: Zgadka: jeśli Claremont bierze się za pisanie, to jaki złoczyńca nie może być daleko? Oczywiście Shadow King. Statystycznie, za każdym razem jak przejmował jakąś serię, jego ulubiony złoczyńca pojawiał się prawie natychmiast po wspólnej grze w baseball. Niestety, prawie za każdym razem ulegał stopniowej degradacji. Pamiętacie epicką bitwę o wyspę Muir? A pamiętacie epizod w New Excalibur? No właśnie… Tak więc tutaj zapowiada się, że odegra raczej rolę chłopca do bicia w tle przeciągania Bloody Bess na jasną stronę mocy. Przy tym wszystkim, Claremont zapomniał najwyraźniej, co sam wcześniej pisał, czyli że wcześniej Storm i Psylocke były w stanie pokonać go praktycznie samodzielnie. Teraz bez problemu przejmuje nad nimi kontrolę. Tak samo jak nad Rachel, która również powinna mu nakopać w dwie minuty. Cóż, najwyraźniej seria nie zakłada obecności poważniejszych zagrożeń, a jedynie czegoś co przypomina piratów i może być pokonane szabelką. Dla odmiany , na plus zaliczę obecność kolejnej nowej postaci – Ziggy. Najwyraźniej to taki Forge w ciele nastolatki, ale z jakiegoś powodu, niemal natychmiast wzbudziła moją sympatię. Czasami się zdarza. Zobaczymy jeszcze, co z tego wyjdzie, ale wiele się nie spodziewam i na początek dam 4/10. 
Krzycer: WTF? Krwawa Bess z którą Kurt bił się ze dwa numery temu przyzywa go na pomoc, bo "coś ich łączy", i teraz całują się co drugą stronę? Ja wiem, że w klasycznych komiksach Claremonta wszyscy czuli pociąg do wszystkich, ale... wat? 
A potem: Shadow King! Kolejny raz uciekł bez słowa wyjaśnienia z sytuacji, z której nie mógł uciec (poprzednio żołądek Panther Goda, teraz jakieś techno-więzienie w kwaterze Captain Britain Corps jeśli wierzyć wikipedii), ale to mniejsza, to akurat standard. Ale to, że bez wysiłku przejmuje kontrolę nad całym oddziałem X-Men, w skład którego wchodzi Rachel i Psylocke, która ostatnio go w pojedynkę skopała... Tsk. 
Więcej uwag nie mam, bo prześlizgałem się po narracji i dialogach, nie chciało mi się wczytywać. 

Nova vol. 5 #23 
Gil: Prosto ze stron SIXIS: Nova kontra Klucha. Oh boy… Brzmi jak koszmar, ale o dziwo nie jest aż tak źle. Nawet rozśmieszyła mnie scena potężnego ciosu przez nos i przesadna dbałość o bezpieczeństwo familii. Poza tymi scenami dużo jest mchu i sera, czyli w pewnym sensie – dokładnie tego, co z założenia powinna zawierać seria skierowana do nastoletnich chłopców. No tak, czasami zapominam o targecie tej serii i może oceniam ją zbyt surowo. Ale też z drugiej strony, skoro jest stawiana na równi z seriami dojrzalszymi, to czy nie powinna być oceniana tak samo? No więc w tej sytuacji powinienem też zauważyć, że wiele z tego nie ma sensu, a zagrożenie jest potraktowane zbyt infantylnie. Ale też bywało tu gorzej, więc tym razem mogę dać 5/10. 

Savage Hulk #6 
Gil: Druga i ostatnia część opowiastki uzupełniającej tę o wygnaniu Hulka na Rozdroża. Nadal jest fajnie i ciekawie, chociaż prawie wszystko, co się tu wydarzyło, można był przewidzieć już po części pierwszej. Mimo wszystko, dobrze została przedstawiona zależność między obecnością zagrożenia, a szybkim rozwojem cywilizacji, co ma swoje drugie dno. Niby czytadło, ale jednak w tej kategorii wyjątkowo dobre. Dam mu nawet solidne 6/10. 

nova_vol._5_23@m.jpgsavage_hulk_6@m.jpgsilver_surfer_vol._6_7@m.jpg

Silver Surfer vol. 6 #7 
Gil: Kolejny świetny numer. Powinienem chyba dodać, że niestety, bo już zaczyna mi brakować nowych argumentów… Tak to bywa, kiedy seria ma stałe solidne elementy, do których trzeba by się odwoływać wciąż i wciąż na nowo. I tak, znów muszę wywołać do tablicy podobieństwo do Doctora Who. Tym razem zauważyłem jednak coś nowego, a mianowicie, że seria zdecydowanie bardziej przypomina klimatem przygody jedenastego Doktora i w obliczu jego dwunastego wcielenia, szybko zaczyna nabierać nieco nostalgicznego charakteru. Co więcej, zauważyłem też, że niezwykła empatia między Dawn a Toomiem przypomina mi o podobnej (chociaż mniej rozwiniętej) relacji Clary z TARDIS. I znów muszę powiedzieć: no i fajnie. Główny temat numeru jak nic pasuje do założenia potworności tygodnia, ale i w tej kategorii sprawdza się fajnie. Całość nadal czyta się lekko i przyjemnie, więc tradycyjnie już dam 7/10. 

spider-verse_1@m.jpg
Spider-Verse #1 
Gil: Jakbyśmy nie dość mieli antologii związanych z tym eventem i zamieszanych w niego postaci, postanowili jeszcze dołożyć do pieca. I tak prawdę mówiąc, tylko do tego nadałby się ten komiks. No, może poza jedną składową – tylko fragment ze steampunkową Lady Spider wydał mi się interesujący. I prawdę mówiąc, nawet chętniej zobaczyłbym ją w jakiejś miniserii. Może nawet niezłym pomysłem byłaby linia w stylu Noir? Ale tymczasem, to tylko łyżka miodu w beczce dziegciu. Reszta to jakaś kreskówkowa pomyłka i bulbotanie o niczym. Za wspomniany fragment dałbym nawet siódemkę, ale cała reszta jest nic nie warta, więc za całokształt będzie 2/10. 
Krzycer: Kolejna antologia o alt-Pajkąch. Myślałem, że po to mieliśmy "Edge of Spider-Verse". W większości składała się z nudy, ale steampunkowa Lady Spider przynajmniej ma fajny design. No i wciskanie Morluna do komiksów reklamujących ciasteczka i niedzielnych pasków z gazety było całkiem śmieszne. 
Demogorgon: Czyli nie ma dość miejsca na poświeceniu zniszczeniu życia Spider-Girl więcej niż 6 stron, ale jest na taką niepotrzebną nikomu antologię? Po co ten komiks istnieje, naprawdę nie wiem. Historie są słabe, jedna gorsza od drugiej i tylko wstawka ze Spider-Manem z gazety jest czegoś warta (za to ta z ciastkami było zwyczajnie w złym smaku i zmarnowała potencjał na dobry humor). Nawet lubiany przeze mnie Mangaverse Spider-Man się nie spisał. Lady Spider już wiem, że nie polubię, bo reprezentuje dokładnie to w steampunku, co mi zbrzydło. A po co komu była ta historia z Penelope to naprawdę nie wiem. 

superior_iron_man_1@m.jpg
Superior Iron Man #1 
Gil: No nie wiem... Ten przymiotnik to chyba trochę na wyrost. O ile w przypadku Spider-Mana miało to więcej sensu, bo tytuł pochodził od ambicji Ottona, tak tutaj występuje on raczej na zasadzie referencji do tamtej serii, żeby zasugerować czytelnikowi, że również będzie miał do czynienia z chwilowo bardziej hardcorową wersją postaci. W tym przypadku jest to wysiksowany Antek. Tak prawdę mówiąc, to dla mnie on zawsze był bucem, więc wielkiej zmiany nie dostrzegam… Tyle tylko, że więcej imprezuje i znów chleje, czyli ogólnie ma wyjebane. Innymi słowy – bliższy stał się swojej wersji z Ultimate. Co w tym superiorowego? Tyle tylko, że sugerują nam, jakoby to nowe podejście sprawiło, że stał się bardziej bezwzględny w biznesie. I dobra – to akurat widać już w tym numerze. Zagrywka z extremisem wyszła całkiem fajnie. Zwłaszcza jeśli przypomnimy sobie, że wcześniej tylko sumienie powstrzymywało go przed szerszym użyciem tej technologii. I o ile prolog był właściwie zbędny, tak już ciąg dalszy prezentuje się ciekawiej i końcówka zdołała mnie zainteresować na tyle, że chętnie zobaczę co dalej. No i jeszcze wypadałoby powiedzieć coś o nowej zbroi. Srebro to ciekawe urozmaicenie, płynny metal już mniej. Z kolei powiązanie tej technologii z symbiontami jest dość dziwne, nawet jak na marvelową naukę. Ale prezentuje się nieźle. A za całość dam 6/10. 
Kuba G: Stało się najgorsze. Przeczytałem bardzo przeciętny komiks z prostackim cliffhangerem i mimo moich obiekcji co do zawartości cliffhanger zaskoczył i chcę dowiedzieć się co dalej. Konkrety... Superior Stark wygląda trochę jak fanflick, w którym ktoś na raz chce przypomnieć nam o wszystkich rzeczach, które IM zostawił za sobą kilkadziesiąt numerów temu jednocześnie wrzucając metafory, które uznałbym za ciekawe... w komiksie/książce/filmie z lat 80. Ten pomysł na techno-ćpunów jak w złotej erze cyberpunka jest niby spoko, ale absolutnie leży jego przedstawienie na planszach komiksu. Może to wina bardzo przeciętnych rysunków, a może jednak odpowiedzialność ponosi mało finezyjny scenariusz. No ale jak już powiedziałem, mimo obiekcji jestem ciekawy co zostanie wymyślone dalej i w cale nie jest to związane tak bardzo z obecnością Daredevila w serii.
Kminek: Pasuje mi ten komiks. Przede wszystkim dlatego, że u Tony'ego wyraźnie zarysowuje się różnica między jego poprzednim "ja", a obecnymi zmianami w wyniku wiadomych działań wiadomych osób. No i wypada to całkiem naturalnie. Mam wrażenie, że twórcy chcą w pewien sposób, może trochę przewrotny, ukazać, że Tony wreszcie metaforycznie "uwolnił się" z tych wszystkich pseudo-heroicznych ograniczeń. 
Minusem dla niektórych może być intryga, nieco banalna ["O nie, nie jesteśmy piękni", "My jesteśmy piękni, a ty nie więc wy.....j"], ale moim zdaniem to po prostu ukazanie współczesnego społeczeństwa konsumpcjonizmu w baaaardzo krzywym zwierciadle. Końcówkę również kupuję i czekam na więcej. 
Krzycer: ...Asshole Stark jako dealer Extremis, udostępniający pierwszą próbkę za darmo? Genialne w swojej prostocie, mesa like it. Nie jestem pewien, jak będą wyglądać jego interakcje z Daredevilem, no bo - jeśli mieliby walczyć, to nie powinno długo potrwać - ale jestem bardzo ciekaw tego, co z tego wszystkiego dalej wyniknie. No i - czy Tony i po Axis pozostanie "Superior"? Skoro już tak zatytułowali serię... 
Demogorgon: Hej, to nie było złe. Tony Stark zawsze był bucem. Ale był też futurystą, który swoje wynalazki widział jako niebezpieczną broń w niewłaściwych rękach a jego. Teraz jest hedonistą, który chce pływać w basenie z forsą i patrzeć jak świat się pali, a swoje wynalazki traktuje jak zabawki. Superior Iron Man to największy koszmar zwyczajnego Iron Mana w jego własnym ciele. Dziwię się, że to mówię, ale chyba pierwszy raz od dawna zainteresował mnie komiks o Iron Manie. 
No i fajna ostatnia strona. Autor wiedział, że o Daredevilu wszyscy się dowiedzą z zapowiedzi, a She-Hulk zobaczą w previewie, więc najlepsze zostawił na koniec. 
Soundtrack: Don't Stop

thor_vol._4_2@m.jpg
Thor vol. 4 #2 
Gil: No dobra, więc to nie Freiya jest mamasita Thor. Trochę szkoda… Sądząc po hintach z tego numeru, więcej wskazuje na to, że poważną kandydatką do roli jest Roz Solomon, agentka SHIELD. Wnioskuję po tym, że kojarzy dupków z Roxxonu, a jej myślotok jest dość podobny. Tylko skąd miałaby się wziąć na księżycu, żeby podnieść młot? No cóż, w końcu to SHIELD… I jeśli mam rację, to nadal jest to rozwiązanie ciekawsze niż Jane Foster, które wydaje się zbyt oczywista i oklepana. No, ale dobra – co mamy w tym numerze? Tak prawdę mówiąc, to sporo sieczki… Olbrzymy, Roxxony, trolle, Malekith – wszyscy tłuką się na kupę. W przeciwieństwie do często chwalonych historii z poprzedniej serii, tutaj brakuje po prostu jakiejś solidnej podstawy fabularnej. No, biją się… i tyle. A to trochę za mało. Niby można powiedzieć, że w ten sposób próbują skupić uwagę na Thorzycy, ale to też średnio im wychodzi, bo jak do tej pory, nie robi zbyt wiele, poza próbami odnalezienia się w roli. Na pewno potrzebuje ten pomysł więcej czasu, ale tym bardziej powinni się skupić na dobrym jego wykorzystaniu. Bo jak na razie, to będzie tylko słabe 6/10.
Kminek: No dobra, to szybko szybko, ad rem! Strona graficzna onieśmielająco super-bombastyczna, historia prosta, jak gra komputerowa z pierwszych Sony Ericssonów z kolorowym wyświetlaczem - Thor bije i leci w górę, Malekith zachowuje się niczym Joker [fajnie, że sobie zachował pamiątkę po Thorze... przepraszam, Odinsonie], zamrożony All-New Captain America [to akurat ciekawa tajemnica], rozmówki z młotem, trochę magicznych istot, trochę standardowej gadki szmatki no i właśnie... 
... albo Roz Solomon jest nową/nowym Thor/Thorem, albo możemy się spodziewać dziwnych flashbacków.
Krzycer: O, dymki myślowe. Dużo dymków myślowych. Z dymków wynika, że Thorzyca jest w tym świecie nowa i nie bardzo się orientuje, więc to na 99% nie mama Thora, na 90% nie Jane Foster, bo ona też nie powinna być taka zaskoczona tym wszystkim... Czyli to na jakieś 75% agentka Roz Solomon, bo po coś Aaron ją wprowadził w poprzednim wolumenie.


Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2014.11.12
Redaktor prowadzący: Undercik  
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.