Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #373 (13.10.2014)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 13 października 2014Numer 41/2014 (373)


Start AXIS wywołał potężną dyskusję na naszym forum, jak również zdominował to wydanie Pulse'a.

Amazing Spider-Man vol. 3 #7
Gil: Zeszyt - albo raczej pół zeszytu - w którym Kamala zalicza kolejny fangirlowski team-up ze sztandarowym bohaterem cameosów. I znów wyszło to całkiem fajnie, chociaż mam wrażenie, że jej reakcja na Wolvieka była trochę bardziej naturalna. I okoliczności trochę bardziej spójne, bo na przykład tutaj ciężko mi złożyć w całość, czemu Minerwa miałaby się kumać z zielonymi cyklopami, żeby porywać kokony. Ale plus za samo jej wykorzystanie, bo ostatnio widziałem ją chyba u Genisa. I jeśli dobrze pamiętam, takich sztuczek nie potrafiła... No cóż, coś za coś. Przynajmniej zapowiada się ciekawa konfrontacja, o ile znów jej nie skrócą. A skoro o tym mowa, to część druga zeszytu zawiera nawiązanie do Spider-Verse, w którym wykończono paru kreskówkowych pajęczaków i wprowadzono ogniwo wspólne, między nimi a Captain Britain corpse. Ciekawe tylko, czy było to po coś, czy tylko tak sobie? Tymczasem jednak dam jeszcze przyzwoite 6/10.
Krzycer: Miło, że Kamala, ale... Slott nie do końca ją czuje.
Oczywiście, od lat utrzymuję, że Slott nie do końca czuje Parkera, więc niespecjalnie mnie to zdziwiło.
Pryskanie wodą było nawet śmieszne.
Sążny: Pierwszą połowę zeszytu wypełnia nam sympatyczny team-up z Kamalą (bo jeśli nie zaliczyłeś współpracy z Pajączkiem, to żaden z Ciebie superbohater Marvela). Czyta się to dobrze, chociaż podobne spotkanie z Wolverine'em we własnej serii Kamali wypadło lepiej. Ot, zyskujemy potwierdzenie, że Wilson jest lepszą autorką dla tej postaci niż Slott i Gage, ale to w sumie nie powinno dziwić. Reszta to kolejna historia z kolejnej alternatywnej rzeczywistości, gdzie po kolei patrzymy jak kolejne spider-postaci z kolejnych alternatywnych rzeczywistości kolejno są eliminowane przez Morluna i kolejnych członków jego familii. Jeśli nie domyśliliście się po poprzednim zdaniu - to tak, zaczyna się to robić nudnawe. Ale może nadejście głównej części "Spider-Verse" rozjaśni sprawę.
avalonpulse0373a%20%5B1600x1200%5D.jpg
 Avengers And X-Men: Axis #1
Gil: I wylądował... Sporo pisaliśmy w Pulsie o tym, jaki potencjał ma ten pomysł, a tymczasem Rick Remender już z pierwszym numerem pokazał nam, gdzie sobie możemy te nadzieje wsadzić. Jeśli ktoś miał nadzieje, że autor wespnie się na wyżyny, jakie oznaczała dla niego Dark Angel Saga, to uprzedzam, że mamy tu tego Remendera, który odpowiadał za Frankencastle i Dimention Z. Czyli miernotę. Szczerze Wam powiem, że w którymś miejscu lektury poczułem się jakbym czytał coś, co sam wymyśliłem... jako dwunastolatek! Czyli co tu mamy: Absolutny brak zawiązania fabuły - wskakuje w treść gdzieś z boku, posiłkując się przypadkowym złoczyńcą, po czym właściwie natychmiast Avengers zaczynają się naparzać między sobą. To oczywiście wynik działania Czerwonego Wiewióra, który szepcze im w głowach. Myślałby kto, że tacy Avengers powinni być w jakikolwiek sposób przygotowani na atak telepatyczny, ale gdzie tam... Może stwierdzili, że skoro X-Men to ćwiczą, to oni już nie muszą? Nie, no - to po prostu głupota i żałosna luka w obronie. Ale bez obaw, ogarniają się błyskawicznie i Tosiek załatwia problem błyskając im czymś po oczach. Oczywiście beż wyjaśnienia, ale działa. Yay. No, to teraz oni siedzą na herbatce u Steve'a Eastwooda i czekają na dalszy rozwój wypadków, a my się dowiadujemy, że zagrożenie jest strasznie globalne i tłuką się wszyscy wszędzie. Czego oczywiście nie widać. Ale może to i lepiej, bo to bullshit! Ani Xavier, ani oryginalny Onslaught takiej mocy nie mieli, więc że niby skąd ona tak nagle? Oczywiście nikt tego nie wyjaśnił i z pewnością nigdy tego nie zrobi, bo lenistwo. Tymczasem przenosimy sie do Genoshy, by dowiedzieć się, że ze względów marketingowych i poprawności politycznej nie nazywamy już tego obozami koncentracyjnymi, tylko reedukacyjnymi. No. Bo naziści reedukowali Żydów. A trejdy muszą się sprzedawać i nie naruszać uczuć mniejszości. Tak więc tutaj również trwa wzajemne okładanie. Szybko okazuje się, że dosłownie za ścianą znajduje się kolejna grupka przypadkowo dobranych uprowadzonych X-Menów. Dwóch gówniarzy i Cyclops. Myślałby kto, że trochę trudniej złapać domniemanego przywódcę zbuntowanych mutantów... Oczywiście najbardziej łakomym kąskiem dla Czerwonego jest Wanda, nie wspominając już o tym, że jest wyborem najbardziej oczywistym. I oczywiście łatwo mu ulega. A my dowiadujemy się, że ktoś najwyraźniej przegapił Children's Crusade. Potem dowiadujemy się też, że najwyraźniej Rogue umie teraz zasysać moce postaci zbudowanych z energii psychicznej. Bo czemu nie? Remender już i tak nagiął zasadę konieczności kontaktu skórnego z Wondermanem, więc skoro przeszło, to kto bogatemu zabroni… I nawet udało jej się wyssać resztkę osobowości Xaviera, którego przecież widzieliśmy w zaświatach, więc powinien już dawno opuścić swój martwy mózg. No bo, jeśli Ricky próbuje nam wmówić, że mózg równa się osobowości, to czy Czerep nie powinien stracić swojej, gdy przeszczepił sobie mózg? Ale co ja głupi, wymagam konsekwencji? Zresztą, to przecież nieważne, bo teraz następuje inwazja trykotów. Dosłownie. W ciągu paru stron wpadają na imprezę chyba wszyscy X-Men i Avengers. I łorany! Oni wszyscy sypią drętwymi żartami! The horror! Cóż, najwyraźniej autor uważa, że taka właśnie powinna być reakcja bohaterów na widok całej wyspy, zamienionej w obóz koncentracyjny. Aha, zupełnie zapomniałem, że w międzyczasie ubili Genesisa. W sumie nie zauważyłbym tego, gdyby nie taka drobna niekonsekwencja: włócznia, która przebiła go na wylot ledwie wbiła się w ramię Cyclopsa. Najwyraźniej słabą stroną tej broni jest popularność postaci albo ich staż, bo przecież nie może to być kolejny zupełny brak konsekwencji, prawda? Inna sprawa, że przebijając się przez Genesisa, dziurę zrobiła tylko trzonkiem, a nie ostrzem. Za to z ramienia Summersa sterczy dumnie na przekór prawom grawitacji. Ot, zabawne… Za to trzeci z uprowadzonych – Quire – wyparowal gdzieś bez śladu. A na koniec zostawili wielkie bum: Czerep ma Sentinele! I to nie byle jakie, bo adamantowe. Zabawne, że oryginalny Onslaught też bawił się Sentinelami. Przypadek? Gdyby mnie ktoś pytał, raczej kolejny przypadek leniwego ściągania. Czyli generalnie mamy strasznie amatorskie wielkie łubudu, które ma zrobić wrażenie na czytelniku. A jedyne co osiągnęło, to sprawiło, że początek AvX nagle zaczął wyglądać trochę lepiej w tym porównaniu, bo tu wszystko jest zasypane serem i okraszone dowcipem jak pleśń. A czy chociaż dobrze wygląda? No, sorry, ale też nie. Kubertowi chyba ktoś połamał palce, albo kazali mu przerysować wszystko w dwa dni, bo nie widziałem jeszcze żeby rysował tak źle. Kreskówkowe miny zwykle są mu obce, a tutaj jest ich sporo. W dodatku nie odrobił lekcji i nie zaktualizował wyglądu postaci (zwłaszcza Thor rzucił mi się w oczy). No i sam Czerwony wygląda okropnie… Jak skrzyżowanie Red Ronina z Death’s Headem i Cthulhu. Overkill much? Aha, i jeszcze miśki od dymków pomyliły się kilka razy, dokładając swoje 3 grosze do ogólnego wrażenia amatorszczyzny i lenistwa. Wiecie co za to dam? Będę łaskawy: 2/10.
Sążny: Mamy tutaj czysty komiksowy odpowiednik najtańszej, najbardziej obślizgłej kiełbasy, jaką tylko można znaleźć w całym Carrefourze. Coś, co pierwotnie miało być story-arciem w "Uncanny Avengers" nadmuchano wodą, nasmarowano maścią, coby się świeciło, dano parę sprawdzonych polepszaczy, przyprawiło, aby nie śmierdziało i oprawiło w ładną reklamę. Ale bliższe spojrzenie sprawia, że wszystko się rozłazi. Za wodę robi tutaj nawalenie postaci i wydarzeń, które z czegoś, co miało być logiczną konsekwencją poprzednich wydarzeń utworzyło plątaninę sprzeczności, głupot i absurdów. To sprawia też, że naprawdę dobre momenty - takie jak wątek Rogue - giną w zalewie sucharków, którymi wszystkie postaci rzucają na lewo i prawo (gdzie się podział autor annuala "Uncanny Avengers" i człowiek piszący Deadpoola w "Uncanny X-Force"?!). Postanowiono skorzystać z doświadczonego w eventach i ważnych seriach Adama Kuberta, który poza ładnie rozplanowanymi kadrami w ogóle nie przypomina siebie sprzed roku, kiedy tworzył "Origin II". Wciskanie znanych motywów (Onslaught, bo to symbol poważnego zagrożenia! Macki, bo skoro w hentajcach mogą, to my też! Zróbmy z Tony'ego dupka, bo to się zawsze sprawdza!) też nie pomaga. Po prostu wszystko tu się rozrywa jak gacie na Hulku. Tylko rozrywki dla czytelnika brak.
Xavier83: Byłem cholernie sceptyczny by kupić. Ale jest dobrze! Jest śmierć [?], która chyba zakończy pewien wątek kontrowersyjny i jest ostatnia strona zapowiadająca rozpierduchę na całego jeśli dobrze to poprowadzą. 7,5 /10.
Kuba G: O, Wow. Postanowiłem sprawdzić pierwszy numer żeby upewnić się czy nie przegapię czegoś co warto znać, zwłaszcza, że mam zamiar dać później szansę nowej serii z Iron Manem, która w Axis ma mieć swój początek. Ech, o jest tak złe, głupie i pozbawione jakiegokolwiek nerwu jakby w jedną całość zlać co głupsze sceny i dialogi z AvX i X-Men: Schism. Do tego Red-O wyglądający jak boss z Diablo to taka wisienka na torcie całej tej kapoty i dialogi, które są tak od czapy do sytuacji, że Jim Shooter byłby dumny. Ponownie - wow, nie wiedziałem, że Marvel stworzy event przez, który docenię ostatnie eventy z DC, a w skali od jednego do 10 wystawiłbym temu ocenę na minusie.
Undercik: NAJGORSZY. KOMIKS. ROKU. Całe szczęście, że czytałem opinie do Pulse'a o Magneto i Uncanny Avengers, a nawet przekartkowałem ostatni numer tej drugiej serii. Przynajmniej chociaż trochę wiem o co chodzi. Nie. Nie wiem o co chodzi. Zgubiłem się, mimo Recap Page. Nawet nie wiem od czego zacząć... bo przez pół numeru czułem się zagubiony. O matko. Jakie to wciskanie każdej możliwej postaci jest na siłę i nie wiadomo skąd. Nawet nie chce mi się już wyłapywać dziur w continuity. Seryjnie. Wygląda to jakby dwulatek grał w szachy i losowo ustawił figury na planszy. Żeby to się jeszcze dobrze czytało... Nie. Nie. Nie. Nie. Nie.
Do tego Adam Kubert stwierdził, że nie chce być gorszy i stworzył najgorsze prace jakie widziałem w jego wykonaniu. To przecież jest rysowanie na kolanie. Obcej osoby. Specjalnie żeby uczcić to, że twarze wychodzą fatalnie, dostajemy tonę rożnych postaci, aby fuszerki było jeszcze więcej.
Trzeba pamiętać, że początki, to zazwyczaj najlepsze momentu eventów Marvela... Kurdę, AvX wygląda przy tym jak Annihilation. Tak. To jest tak złe. Trzymajcie się od tego z daleka.
A pomyśleć, że ludzie narzekali na Infinity. Zatęsknicie za tym poziomem. Zatęsknicie za poziomem Original Sin. Zatęsknicie nawet za ostatnią inkarnacją Thunder.... no dobra, może troszkę przesadzam.
Ten komiks jest tak beznadziejny, że jednak cofam to co powiedziałem o wyłapywaniu dziur. Lecimy! Co tu robi Iron Fist w zieleni? Czemu Cyclops i Havok przybijają sobie sztamę przy czterech innych mutantach, kiedy obok stoi Red Onslaught, którego trzeba jak najszybciej pokonać? Dlaczego zatrzymali się na pokonaniu jakiegoś sidekicka głównego villaina? Dlaczego nagle, z tego samego miejsca w tym samym momencie wyskakują Jean Grey, Shadowcat, Iceman, Medusa, Strange, Hyperion, Iron Fist i inni? I dlaczego tylko część bohaterów się pojawia. Skoro jest Cage, to gdzie reszta Mighty Avengers? Skoro jest Kitty i Jean to gdzie reszta z obozu Cyclopsa? Gdzie reszta z obozu Wolverine'a? Gdzie reszta Inhumans? Dlaczego Sue jest sama z F4, a nie z Mr. Fantasticem (bo zakładamy, że Ben i Johnny są nieosiągalni ze względu na wydarzenia w ongoingu)? Mówicie, że jest ścigany jako Illuminati przez Kapiana? Jeszcze do tego wrócę. Czy przypadkiem Cannonball nie miał być już ze Smasher w imperium Shi'ar? Chyba, że akcja się dzieje przed ich odlotem. Ale zaraz! Przecież Captain miał ścigać Illuminati. A tu ramię w ramię z Iron Manem i Hulkiem. Jeszcze Beast wpada. No chyba, że Steve odzyskał magicznie formę na krótki tie-in do Original Sin. Skąd w ogóle są tam razem skuci Cyclops, Kid Apocalypse i Quire? Ogólnie streszczenie powstania Red Onslaughta jest idiotyczne. Chociaż brzmi lepiej niż to, co czytałem w opiniach do Pulse'a.
Generalnie losowość over 9000. Proces tworzenia fabuły, dobierania postaci, wymyślania zwrotów akcji musiał wyglądać mniej więcej tak.
Remenderze - zrezygnuj już z tego Marvela i poświęć się w całości tworzeniu komiksów dla Image. Tak będzie lepiej.
Zasłużone 0/10.
czarny_samael: Sam komiks spokojnie 7,5/10. Do rysunków nie mam większych zastrzeżeń, bo NIE PRZESZKADZAŁY w odbiorze komiksu i to jest najważniejsze. Silenie się na jakieś wydumane efekty a'la obecny Rider, czy Surfer mnie irytuje i odbiera poczucie wgłębienia się w fabułę. Podobały mi się zwroty, bo sama walka wygląda jak w przedostatnim numerze normalnego eventu. Na plus zdecydowanie pokazanie reakcji na świecie i działania na Avengers telepatii RO. Świetna są symboliczne postacie najróżniejszych grup i na szczęście nie otrzymałem zawalonej ściany bohaterami na jednym kadrze. Remender też sprytnie wpisał słowa Capa o wysłaniu Spider z "innymi", bo sugeruje że reszta bohaterów zmaga się z efektami paniki wywołanej przez RO. Dochodzi też kolejny element: Tony na cenzurowanym.
Jestem pełen nadziei na ten event, jego wstęp w serii Magsa był mocny, UA zrobiło mi głód, a Axis na razie daje radę. Zupełnie inaczej niż przy AvX. O ile pamiętam jak się zawiodłem przy Siege, tak tutaj mówimy o Remenderze, a on gra na wyższej półce od Bendisa. 7.5/10.
avalonpulse0373b%20%5B1600x1200%5D.jpgGamer2002: Początek rzeczywiście wymaga znajomości wydarzeń w Magneto i UA, a Cyclops, Quentin i Genesis znaleźli się skuci ni z gruchy ni z pietruchy, chyba że jest jakiś komiks o którym nie wiem. Także nie mam pojęcia, jak jest z continuity. Thor nie ma młotka ale ma rękę, Stave jest stary ale Tony nie jest ścigany przez Avengers... Choć czytałem na /co/ teorię, że czytamy komiksy z dwóch różnych Ziem i Finałowa Inkursja będzie ich dotyczyła. Ale półki te teoria się nie sprawdzi, mamy typowy burderl w edytoriarze Marvela.
Poza tym bajzlem, mamy przyjemne sceny jak bohaterowie się łączą (zwłaszcza "X-men to rodzina"), Stark jest miłym gościem, Beast też nie jest dupkiem, Rogue i Wanda się godzą... Jest to niczego sobie punchowanie. 6/10, jak się nie przejmuje czyta się dość przyjemnie. Ale cliffhanger mnie nie napala.
Krzycer: Z pewnym zdumieniem muszę się zapisać do mniejszości. Jestem daleki od zachwytów - początek, kiedy Remender drugi tydzień z rzędu pisze żartujących Avengers, jest koszmarny, chronologicznie nic tu do niczego nie pasuje - ale doceniam, że Axis wyrasta bezpośrednio z "Uncanny Avengers", budując na wątkach, które Remender tam prowadził. I które rozgrywa tu aż do końca - konflikt między Rogue i Wandą wraca podjudzony telepatią Red Skulla, ale panie już się z nim uporały, więc i tu im się udaje, Havok dalej ma problemy ze sobą, ale i jemu udaje się pojednać z bratem... Nawet wątek "spuścizny Xaviera" ma tu swoje symboliczne rozwiązanie - Casper-Chuckowi nie udaje się oswobodzić Havoka spod wpływu Skulla, ostatecznie to Rogue okazuje się wystarczająco silna (...diabli wiedzą czemu, szczerze mówiąc, ale w sumie - po raz pierwszy odkąd Remender zaczął ją pisać - interesuje mnie, czy to ma do czegoś doprowadzić).
I tak, ogólnie rozpierducha mi się podoba. "Cichsze" momenty między postaciami - pojednania czy przyznawanie się do wątpliwości - też. Tylko kiedy Avengers (a blisko finału również X-Men) zaczynają żartować włos się jeży na głowie a pies wyje za oknem, takie to złe jest.
Pojednanie Summersów mi się podobało, możnaby je nawet traktować jako symboliczne zakończenie Schizmy, gdyby nie to, że to jednak Wolverine był szefem drugiego obozu, a Havok był na uboczu. Z drugiej strony ta scena nie działałaby z Wolverine'em, bo on i Cyke współpracowali już z pięć razy po AvX, a Cyke z Havokiem faktycznie nie mieli okazji.
Na koniec jeszcze słówko o chronologii: nie przeszkadzają mi drobiazgi (niewłaściwy kostium, zdumiewający skład Avengers), bo - choć jest ich strasznie dużo - to muszę przyznać, że beznadziejni redaktorzy olewający takie rzeczy już mnie do tego przyzwyczaili w ciągu ostatnich lat. Podoba mi się za to, jak "Axis" bierze się wprost z "Uncanny Avengers" i "Magneto", które autentycznie były wprowadzeniem do eventu, a nie wyciskaniem kasy niezwiązanym z nim. Ale, ponieważ "UA" i "M" tak ładnie pasują, tym bardziej dziwi ten Cyclops, Quire i Genesis w loszku Skulla. Chyba, że to Bendis i Latour nie wyrobili się ze swoimi tie-inami?
I wreszcie słówko o rysunkach: widziałem już gorsze rzeczy od Kuberta. Tutaj w sumie parę razy idzie na skróty, ale ogólnie jest w porządku... poza Red Onslaughtem. Po pierwsze, czaszka mu się w kapeć zamienia, rozciąga i traci kontury na niektórych kadrach. Po drugie... czy możemy porozmawiać przez chwilę o tym designie? Kolce na kolcach, przynajmniej na rękawicach i... chyba na plecach? Na ostatniej stronie wygląda, jakby miał kolczastą pelerynkę - ale tylko tam. Piętrowe naramienniki, które na dodatek zmieniają kształt. No i nie ma szyi, czerwona czaszka lewituje nad pancerzem. A na koniec... przeboleję diable rogi - zwłaszcza, że w interpretacji Acuñy to naprawdę wyglądało fajnie - ale te macki... I macki. Thorze miłosierny, macki. Po kiego grzyba te macki? Czy pomiędzy szabrowaniem zwłok Xaviera a "odbudowywaniem" Genoshy Skull miał jeszcze chwilkę na romans z Cthulhu? Gdyby chociaż komiksowy Skull działał ostatnio wspólnie z Hydrą czy coś takiego, może jeszcze jakoś bym zrozumiał te macki, ale...
Ojejku jej. Red Onslaught to jeden z najpaskudniejszych designów jakie kiedykolwiek widziałem w komiksach. Dżizas, to już Stryfe ze swoimi sztyleto-naramiennikami i ostrzo-hełmami wydaje się przy Red Onslaughcie wzorem skromnej elegancji.
Językiem internetu: wow, macki takie durne, wow, Onslaught taki brzydki.
Ale samą rozróbą jestem usatysfakcjonowany, a jej podstawę fabularną miałem w 25 poprzedzających event zeszytach Uncanny Avengers (nawet, jeśli narzekałem na mniej więcej co drugi numer tamtej serii).

Avengers vol. 5 #36
Gil: W poprzednim numerze wydarzyło się sporo. W tym nie za bardzo. W skrócie można powiedzieć, że przechodzą przez Bridge do innej rzeczywistości, skąd nie spodziewają się wrócić, więc sporo wspominają. Z tych retrospekcji dowiadujemy się mniej więcej tego, co osoby czytające New Avengers powinny już wiedzieć, z tą różnicą, że podane z punktu widzenia tej drugiej grupy, więc trochę bardziej emocjonalnie zabarwione. No i wzbogacone o parę nowinek, żeby nie było. Sytuacja jest trochę napięta i dobrze, że to czuć, ale z drugiej strony, jeśli rzeczywiście to wszystko wydarzyło się w miesiąc, to trzeba zauważyć, że trochę rozrzutnie gospodarują czasem... No i jeszcze przytyk z kategorii "mała rzecz a wkurza": czemu Thor jest teraz wpisany jako Odinson? Przecież to jego oryginalne, wrodzone imię, więc nadal należy do niego, chociaż ktoś inny hasa z młotkiem. Tam jest napisane "posiądziesz moc Thora", a nie ma nic o monopolu na używanie imienia. Za to trochę nadrabiają grafiką względem poprzedniego numeru, więc tutaj będzie mały plus. I ostatecznie dość dobre 6/10.
Krzycer: Brody, brody wszędzie. Bromance Thora i Hyperiona wreszcie osiągnął 100% swojego potencjału - okazuje się, że brakowało bród.
Poza tym - sądziłem, że Inkursje to wreszcie jest Kosmiczna Skala Hickmana która naprawdę robi na mnie wrażenie, w przeciwieństwie do... bo ja wiem... cokolwiek działo się w finale jego runu w F4.
No więc - nie. Okazuje się, że to, co robi na mnie wrażenie, to interakcje między członkami Illuminati w New Avengers. Po przeszczepieniu do drugiej serii Inkursje kompletnie przestały mnie interesować. A może to kwestia przeskoku w czasie - mam poczucie, że straciłem kontakt z tymi postaciami, i że obserwuję jakieś ich alternatywne wersje...
Brodate alternatywne wersje.
Sążny: Autentycznie czuć zbliżającą się kulminację wydarzeń, a skupienie na jednym konkretnym wątku (a właściwie, na połączeniu dwóch) czyta się o wiele lepiej niż poprzedni poszatkowany zeszyt. Nawet pomimo skaczącej w czasie narracji, która tylko pomaga w udramatyzowaniu atmosfery. Ciekawe tylko, gdzie (i na co) trafi ekipa Thora i Hyperiona oraz czy ogłoszenie "Secret Wars" nie jest oznaką tego, że jeszcze trochę na naprawdę ważne odpowiedzi poczekamy. Ale na razie "Time Runs Out" wciąż jest na dużym plusie.

Captain Marvel vol. 7 #8
Gil: Cosmic tentacle cats? Chyba będę miał koszmary… Niestety reszta numeru też raczej kwalifikuje się pod koszmarek. Jakoś te kosmiczne przygody Karolki są wyjątkowo nieudane. Brak w nich jakiegoś natchnienia, czegoś co mogłoby uchwycić czytelnika. Po prostu sobie są i zaraz się o nich zapomina. Ot, pobili jakiegoś kosmicznego stwora i nic z tego nie wynikło. Przydałaby się wymiana ekipy twórczej, bo chyba pani Konikowa nie ma pomysłu na serię. Rysownika najlepiej też wymienić. I kolorystę, bo znów wszystko zalewa żółć. Dam 3/10 za brak pozytywnych wrażeń.

Hawkeye vs Deadpool #1
Gil: Jednak jest to ciąg dalszy historii opowiedzianej w numerze zero. Bezpośredni ciąg dalszy. Czyli z jakiej paki tamten numer był zerowy, a nie pierwszy?!? Cóż, na szczęście to właściwie jedyny problem tego zeszytu. O ile sama historia zdecydowanie wymaga jeszcze rozwinięcia, tak jeszcze nie pora, by się jej czepiać za pewne niedomówienia. Miejmy nadzieje, że po prostu zostawili coś na później. Trochę zastanawia mnie udział Black Cat, ale wpisuje się w ogólną tendencję zmieniania jej w Catwoman, więc chociaż mi się to nie podoba, nie mogę się przyczepić, że odstaje. Wciąż uważam, że jest to lepszy i zabawniejszy Hawkguy niż u Fractiona i Dougan wszedł w buty Ułamka na tyle dobrze, że śmiało mógłby przejąć serię. Deadpool również wydaje mi się bardziej zabawny niż we własnej serii. No i na dokładkę mamy Kate. Całość może nie ocieka humorem, ale po całej serii wymuszonych żartów, jakie przyszło mi ostatnio przeczytać, to chyba nawet lepiej. Chociaż na przykład motyw z Freddiem Kuegerem był zabawny. Czyli całkiem niezłe czytadło na całkiem niezłe 6/10.
Krzycer: Nadal całkiem śmieszne. Black Cat jako kingpinka (...Queenpin?) wciąż jest dziwna. No a do tego jest tu Kate Bishop of Earth, którą zdecydowanie wolę w tej interpretacji od Fractionowskiej, chociaż na pierwszy rzut oka nie różnią się jakoś bardzo.

Nightcrawler vol. 4 #7
Gil: Trochę uprzedzili fakty, ale na szczęście udało się nie zaspoilerować samej śmierci Logana. Tyle tylko, że możemy się spodziewać, że jednak nie będzie symboliczna. Może to i lepiej. Chociaż z drugiej strony, może dziwić fakt, że X-Men wciąż przeżywają zgony swoich, chociaż wiadomo, że praktycznie zawsze wracają. No cóż, przynajmniej Claremont zdołał to jakoś przyzwoicie przedstawić, chociaż wyszło trochę egoistycznie, bo Kurt wspomina raczej własne przygody z Loganem w tle. Ale jak na przeglądową retrospekcję, jest nawet nieźle. Tak na słabsze 6/10.
Krzycer: Kwiecisty styl Claremonta wyjątkowo pasuje do wygłaszania mów pogrzebowych, więc... pod tym względem to był najmniej irytujący z dotychczasowych numerów tej serii.
Wciąż liczę, że ktoś zmieni Chrisa na stołku scenarzysty, ale akurat ten numer był w porządku. W sumie trudno byłoby o kogoś lepszego do napisania epilogu do przyjaźni Kurta i Logana niż autor tejże przyjaźni...
...choć chyba wolałem numer z fortepianem u Aarona kiedy to Logan wspominał Kurta.
Sążny: Wiele się Claremont nie wysilił, pisząc to pożegnanie, przytaczając przy tym w dużej mierze perypetie Logana i Kurta pisane przez siebie samego. Trudno jednak wydać definitywną ocenę temu zeszytowi, który według pierwotnych planów wydawniczych miał (chyba) ukazać się w tych samym tygodniu co Death of Wolverine #4 i w tym kontekście może zyskać jakąś dodatkową wymowę. Cóż, zobaczymy. Nie zmienia to jednak faktu, że wyszło całkiem zgrabnie.

Rocket Raccoon vol. 2 #4
Gil: Hm... trzeba przyznać, że było to dość zaskakujące rozwiązanie. Mam na myśli to z fałszywym Szopem. Oczywiście w bardzo kreskówkowym stylu, ale akurat tutaj mieści się to w normie. Potem dostajemy całkiem fajną bijatykę, przy której nieźle się uchichrałem, zwłaszcza pod koniec. Podobała mi się też radosna przyśpiewka teamowa. No i na sam koniec jeszcze jedna niespodzianka: możliwe, że nasz samotny futrzak trafi w końcu na samicę... A przy okazji: zauważyliście, że w Marvelu nawet szopice mają piersi? To trochę creepy... Ale generalnie czytało się fajnie, więc nawet dość mocne 6/10 będzie.

Savage Hulk #5
Gil: Spodziewałem się finałowej walki z Leaderem z poprzedniej historii, więc prawie darowałem sobie ten numer. Na szczęście, przeszli już do kolejnej historii (co tylko gorzej świadczy o tamtej, bo właściwie się urwała). I ta jest zdecydowanie bardziej interesująca. Po pierwsze dlatego, że nawiązuje do historii, w której Strange wysłał Hulka do innego wymiaru, po drugie dlatego, że to Stefek gra tu pierwsze skrzypce. Czyta się całkiem fajnie, fabuła jest interesująca i daje radę zaskoczyć. Do tego rysunki również niezłe i mają swój klimat. Chętnie zobaczę, co będzie dalej, a teraz dam 6/10.

X-Force vol. 4 #10
Gil: Znów całkiem nieźle. Numer niby trochę na rozluźnienie, ale jednak w końcówce zaskakuje dość ostrym rozstrzygnięciem. Myślałem na początku, że Spurrier zechce dołączyć Niezapominajka do ekipy, bo teoretycznie idealnie by się tu nadawał. Ale skutecznie pokazał nam, dlaczego nie jest to dobry pomysł i zaproponował radykalnie inne rozwiązanie. Może trochę szkoda, ale cóż... Si giveth, Si taketh away. Za to Nemesis znów błyszczy, w swoim najlepszym stylu, a Fantomex udowadnia, że nic o nim nie wiemy. Bardzo fajnie, że wszystko składa się w większą całość i już to widać. Rysunki co prawda mogłyby być lepsze, ale miałem już czas przyzwyczaić się do ignorowania Huata. Dam więc 7/10.
Krzycer: Jeśli czegoś się naprawdę nie spodziewałem, to było to jakiekolwiek potwierdzenie, że historia Forget-me-nota z X-Men Legacy #300 jest kanoniczna.
Jeśli jest coś, czego nie spodziewałem się jeszcze bardziej, to było to zakończenie tego numeru.
I tak, Spurrier sprząta po sobie, ale robi to w niesamowitym stylu.
Sążny: Spurrier wraca do postaci mutanta z chyba najsmutniejszą mocą ever (jak mu tam było?), dając nam utrzymany w bardzo fajnym klimacie zamkniętej bazy zeszyt, gdzie Nemesis ma okazję nie raz i nie dwa zabłysnąć. A i inne postaci są niejako od niechcenia ciekawie pogłębiane. Nic, tylko czekać na to, jak dalej scenarzysta poprowadzi sprawy. Nawet Huat tutaj nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie - przywodzi na myśl czasy X-Men: Legacy.

Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2014.10.08
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.