Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #372 (07.10.2014)

avalonpulse0.png
Wtorek, 7 października 2014Numer 40/2014 (372)


Wystartowały nowe serie i to one znajdują się w centrum uwagi, plus emerytura Steve'a Rogersa. I wielkimi krokami zbliża się AXIS.

Black Widow vol. 3 #11
Gil: Argh… kolejny gościnny występ, żeby utrzymać tę serię nad kreską… Czy naprawdę nie mają lepszego pomysłu niż zostawianie Widow z kolejnymi losowymi postaciami, żeby robić rozpierduchę w losowych lokalizacjach? A przy okazji: czy mi się zdawało, czy częstowała nieletnią wódką? Oh, Marvel… Znów będzie 3/10 i mam dość.
Krzycer: Odpuściłem sobie ten tytuł jakiś czas temu, po ten numer sięgnąłem bo X-23. No i... aż sięgnąłem po poprzedni, żeby zrozumieć, co ona tu właściwie robi, ale to nie pomogło. Czy to ma się dziać już po śmierci Wolverine'a? Bo to by chociaż minimalnie wyjaśniało sprawę - te całe "angrier than me" i "obiecałam Loganowi, że będę mieć na ciebie oko".
Poza tym o fabule nie mogę wiele powiedzieć, bo nie wiem o co chodzi na dłuższą metę, a na krótszą Edmonson robi to, co robił - zeszyt zawiera w miarę zgrabną akcję i śladowe ilości budowania postaci. Ale może jak się czyta cały run, to te śladowe ilości łączą się w coś większego.
Natomiast po ostatnim Avengers World ze zmarnowanym wizualnym potencjałem Szanghaju, teraz muszę się przyczepić Noto i tego, jak kompletnie nie wykorzystał Makau. Co prawda on w tej serii w ogóle nieszczególnie rysuje tła, ale i tak... Jedna strona tocząca się w Hong Kongu miała więcej wspólnego z Hong Kongiem (...neony) niż cała reszta z Makau.
Ale poza tym rysunki były spoko, bardzo ładnie pasowały do aukcji. No i ja tam lubię Kobietę rysowaną przez Noto, Kobieta wychodzi mu bardzo ładnie. Powiedziałbym "zwłaszcza, kiedy ma twarz X-23", ale przecież Kobieta ma zawsze tę samą twarz i co najwyżej inną fryzurę...

Bucky Barnes: The Winter Soldier #1
Gil: Na pierwszy rzut oka robi bardzo fajne wrażenie i mocno kojarzy się z szatą graficzną Elektry (chociaż powinno raczej z Marvel Knights: Spider-Man). Później artysta pozwala sobie na trochę odważnych eksperymentów z layoutem i nie wszystkie z nich są do końca udane, bo czasami trudno złapać kierunek, albo odczytać zawartość małych paneli. Ale generalnie szata graficzna podoba mi się bardzo i jeśli trochę się ustabilizuje, ma szansę na pozycję lidera wśród aktualnych serii. A co z fabułą? Krótko mówiąc: razem z Buckym wchodzimy w buty po Nicku. A w promocji dostajemy również Daisy jako nie-sidekicka. Na razie jest to trochę przeglądowe i sporo miejsca zajmuje ekspozycja dla tych, którzy nie czytali Original Sin, ale przy okazji rozstawiono parę figur na przyszłość i układ ten wygląda zachęcająco. Sama koncepcja ma ogromny potencjał i wydaje mi się, że Winter Soldier jest rzeczywiście najlepszą postacią do tej roli. Teraz pytanie brzmi, czy Kot będzie w stanie to ogarnąć? Jego Secret Avengers żyje trochę we własnym świecie, a Iron Patriot był bolesnym strzałem w kolano, więc chyba cała nadzieja w tym, że oderwanie od reszty świata i swoboda w kreowaniu abstrakcyjnych historii wyjdzie temu tytułowi na dobre. Na razie – trochę na zachętę – dam pierwszej odsłonie 7/10.
Sążny: Na razie jest całkiem obiecująco. Kot, który wykazał się dużą inwecją chociażby w Secret Avengers wydaje się być wodą na młyn dla Marco Rudy'ego, który nie spocznie, dopóki nie wykona wszystkich możliwych eksperymentów z layoutami. Cierpi trochę na tym płynność lektury i czytelność fabuły, ale sama obecność Daisy Johson i jej interakcje z Buckym wystarczają, aby brnąć dalej.
Krzycer: Powiedziałem, że dam szansę, to dałem. Jedyne, co mogłoby mnie zachęcić do dania drugiej szansy, to obecność Daisy Johnson, ale nie wiem, czy to wystarczy.
...no i rysunki są bardzo ciekawe.
Ale, cholera, za diabła nie wiem, co tu niby ma się dziać. Kompletnie się w tej narracji pogubiłem.

Captain America vol. 7 #25
Gil: Właściwie to Remender sam się podsumował słowami Falcona – oj, przepraszam: Kapitana Falcona – gdy ten oświadczył, że to chyba najmniej emocjonująca rewelacja ever. I tutaj całkowicie się z nim zgodzę. Pierwszej połowy w ogóle mogłoby nie być. Okropnie naiwny cliffhanger z poprzedniego numeru zostaje rozwiązany jeszcze bardziej naiwnym i strasznie leniwym „aha, okej, nic mu nie jest”. Cały wątek ataku Zoli jest jeszcze gorszy i bardziej leniwy. Gdyż azaliż okazuje się, że zrobił to tylko po to, żeby odzyskać córeczkę. Która oczywiście najpierw się sprzeciwia, ale potem biegnie do niego, gdy tylko pojawiają się jakiekolwiek wątpliwości odnośnie jej lojalności. Strasznie grubymi nićmi jest to szyte, bo jedynym powodem dlaczego Steve nagle przestaje ufać Jet jest „bo moja cudownie zmartwychwstała ex-dziewczyna tak mówi”. Oczywiście walka kończy się w trzy sekundy, po czym natychmiast wszyscy o niej zapominają, co jest standardowym rozwiązaniem Remendera. A potem zaczyna się szopka... Oprócz tego, że jest doprawdy tragicznie nienatchniona, jest jednak coś gorszego: Rick Remender próbuje być zabawny. I łorany, jakże mu to nie wychodzi... Ostatnio taki poziom naturalnego i spontanicznego humoru widziałem chyba w Trudnych Sprawach albo innym D jak Drewno. Ale co tam, przecież nadejszla w końcu ta wielkopomna chwiła, kiedy many pierwszego czarnego Kapitanawaitaminute! Przecież to żadna nowość! Może i była to sensacja, gdy powstał Isiah Bradley, albo nawet gdy pojawiły się plotki, że Ultimate Cap będzie czarny, ale teraz to już siódma woda po kakao. Przyklejenie tarczy do Falcona i przefarbowanie mu dresów nie czyni go ani symbolem, ani ikoną, ani nawet trademarkiem. Jest przykładem lenistwa i braku kreatywności. Bucky był zdecydowanie lepszym następcą. Ale i tak zawsze skończy się to w ten sam sposób, bo ludzie będą chcieli the real thing. Tylko czemu padło na nas, żeby się z tym użerać? Aha, jest jeszcze ten epilog, w którym wcale-nie-Sharon spiskuje z postaciami w kapturach. Marność. Marność i 2/10.avalonpulse0372a%20%5B1600x1200%5D.jpg
Sążny: Jejku, jakie wszystko w tym komiksie było wymuszone. Rozmyślania Rogersa o Falconie, rozegranie sprawy z Jet Black (czytaj: Remender jeszcze bardziej namiesza w związku Sharon-Steve) i festiwal sucharków na zebraniu, przy którym próbowano jednym kadrem połączyć Remenderverse i Hickmanverse. To ostatnie skończyło się wykorpytnięciem continuty godnym przygrywki Keyboard Cata, szczególnie widocznym w przypadku Rogersa i Thora. O wprowadzeniu Falcona jako Capa wszyscy i tak wiedzieli od miesięcy, więc komiks mógł w tym miejscu jedynie zdobyć się na dozę autoironii. Ale życzę Samowi w nowej roli jak najlepiej, choć zapowiedź jego solowej serii może sugerować, że bardziej będzie błyszczał u Ewinga niż u swojego głównego scenarzysty.
Kminek: Nie czytałem tej serii wcześniej, a po ten konkretny numer sięgnąłem z wiadomego powodu. Nie oceniam więc całokształtu, a tylko ów ostatni fragment układanki... No i cóż... Sam się poświęcił, ale przeżył dzięki Tony'emu. W kontekście wydarzeń z kart Avengers i New Avengers wydaje się to szczególnie ironiczne. Ciekawe, czy to specjalny zabieg, czy brak porozumienia między autorami? Niemniej, moim zdaniem ma to dosyć ciekawy efekt...
A poza tym to kuleje humor... Suchar goni suchara, co na szczęście zauważają sami bohaterowie [choć w pewnym momencie te ich uwagi również zaczynają irytować]. Jedynie General Geriatric jest zabawny, no i jeszcze rozładowanie pompatycznej sceny przez Sama "jeszcze Falcona" Wilsona.
Z kolei rysownik nie może się zdecydować, jak ma wyglądać Sunfire. Jedna klatka pokazuje go w wersji AoA, a zaraz potem mamy Shiro w oryginalnym kostiumie. Poza tym i może wyjątkową kanciastością twarzy bohaterów, nie mam stronie graficznej nic do zarzucenia.
A co do Całkiem Nowego Kapitana Ameryki... Daję mu kredyt zaufania. Nie byłem i nie jestem jakoś specjalnie negatywnie nastawiony do całego pomysłu, chociaż, szczerze powiedziawszy, skrzydła i tarcza to chyba trochę za dużo jak na jednego bohatera.
W każdym razie, czekam na więcej.
Krzycer: Punkty za to, że Remender ustami Falcapa nabija się z Marvela, który śmiał zadać na okładce pytanie "kto będzie Kapitanem" po tym, jak dział marketingowy od miesięcy trąbił o tym, kto będzie Kapitanem...
Chciałem też dodać punkty za żartujących Avengers, ale łojezu, po paru kadrach chciałem sobie palnąć w łeb. Nie sądziłem, że Remender jest w stanie tak zajeździć dowcip.
A na koniec dostajemy zdrajcę. Zdrajcą może być każdy, ale wiadomo, że nie będzie to któryś z bohaterów z własną serią, wątpliwe też, by był to Stingray czy jacy tam d-listerzy się kręcą, na 99% chodzi o kogoś, kto grał już rolę w fabule Ricka, więc zostaje Ian albo Sharon. I pewnie jest to Sharon, biorąc pod uwagę jej idiotyczne zachowanie pod względem Jet.
Rozwikławszy zagadkę, dam pewnie szansę zrestartowanej serii, ale pewnie po pierwszym numerze wrócę do ignorowania tego tytułu.

Death Of Wolverine #3
Gil: I skończyło się rumakowanie. I tak zaskakująco długo mu to zajęło, ale to jest ten moment, w którym Soule w tradycyjny dla siebie sposób kończy swój popisowy numer lądowaniem na twarzy. Dlaczego tak twierdzę? A dlatego, że wystrzelał już cały magazynek i to we własną stopę. Okazuje się, że podstawą serii jest przetrzepanie całej galerii osób z przeszłości Wolvieka. Że niby życie przelatuje mu przed oczami? Metafora fajna, ale wykonanie padło, bo coraz mniej jest w tym sensu. Pojawia się cała masa postaci, które powinny być martwe. Deathstrike siedzi teraz w ciele jakiejś Latynoski, Ogun i Cyber powinni gryźć ziemię, a zwłaszcza sztywny powinien być domniemany główny złoczyńca – Cornelius. W dodatku do tego przeglądu dołącza Kitty i całe szczęście, że jest pod kontrolą Oguna, bo to co robi wywołałoby gigantyczny rant i sprzeciw. Nauczony całą serią wcześniejszych zwrotów akcji spodziewam się, że i tak wszystko to ściema, a na sam koniec wyskoczą z czymś zupełnie innym i pewnie bardziej absurdalnym. Aha, jeszcze jedno: jak szybko Wolviek wkłada zbroję samuraja? No cóż, przynajmniej rysunki i krajobrazy fajne. Ale tym razem 4/10 to maksimum.
Sążny: Soule dalej próbuje wcisnąć w te cztery zeszyty każdy możliwy wolverine'owy motyw, ale wychodzi mu to zaskakująco zgrabnie, nawet w przypadku pocałunku Logana i Kitty. Ciekawe skąd wytrzaśnięto żywego Corneliusa, ale pewnie był w pakiecie z wyciągniętym z martwych Nuke'iem. McNiven wciąż na większości kadrów daje radę, co daje nadzieję na satysfakcjonujące zwieńczenie tej wciąż przerastającej moje oczekiwania historii.
Kminek: No i mamy niezłe twisty przed ostatnim numerem. Z tymi zastrzykami regeneracyjnymi może troszkę poszli na łatwiznę, ale rekompensuje je końcówka numeru. I nie miałbym więcej zastrzeżeń, gdyby nie jedna mała, ale w sumie istotna rzecz. Mianowicie, w tym komiksie Logan samodzielnie zakłada pełną, samurajską zbroję w ciągu króciutkiej chwili. Zbyt lekko. zbyt łatwo i zbyt przyjemnie, ale zrzucam to na, jak już wspomniałem ostatnio, okrojenie mini-serii do 4 części.
Rysunki, bomba!
Krzycer: O. Kiedy piszę o "marnowaniu wizualnego potencjału lokacji", chodzi mi właśnie o to, że w "Avengers World" i "Black Widow" zabrakło takich scen, jak prześliczna pocztówka z tokijskiego parku z początku tego numeru. Niestety, McNiven poświęcił chyba na tę scenę aż za dużo czasu, i resztę numeru rysował pod presją czasu, bo na paru stronach zdecydowanie spuszcza z tonu.
Fabularnie kontynuujemy przegląd "best of" Wolverine'a - był Madripoor, Viper i Sabretooth, jest Japonia, Deathstrike i Ogun... i nawet wytypowany przeze mnie w ramach żartu Cyber załapał się na cameo.
A, no i dostajemy też najszybciej zakładaną i zdejmowaną zbroję w historii.
I wszystko fajnie, tylko że... jakoś tak przestałem czuć, że to ostatnia historia Logana. Trochę z powodu magicznego serum, które nareperowało skutki łomotu, jaki mu spuścił Creed, trochę dlatego, że to już trzeci numer, a ja wciąż nie wiem, czemu Logan miałby zginąć. Nawet spodobała mi się myśl, że faktycznie mógłby popełnić seppuku, ale 1) Marvel nigdy by na to nie poszedł, 2) nawet - a może zwłaszcza - seppuku trzeba jakoś umotywować. Tymczasem zapowiada się na to, że Logan zginie ot, tak, "po prostu", w walce nieodróżnialnej od tysięcy, z których wychodził zwycięsko... i to mi jakoś nie leży.
No ale pożyjemy - zobaczymy.

Edge Of Spider-Verse #4
Gil: Co ja pacze? Aha, to przecież Mucha. Tylko, że zamiast Brandle’a jest Patton, a zamiast muchy, pająk. I to właściwie wszystko w tym temacie. Ewentualnie mogę dodać, że autorzy wspinają się na szczyty, żeby wypaczyć każdy element pajęczego światka, więc czasami wychodzi im to trochę parodystycznie. Z drugiej strony, ma to trochę klimatu serowych horrorów z lat pięćdziesiątych, więc chyba cel osiągnęli. Ale więcej niż 5/10 za to nie dam.
Sążny: Mimo zastosowania prostych środków wyszło to zaskakująco ciekawie. Przestawienie paru elementów w najczęściej powtarzanym marvelowym originie w historii dało satysfakcjonującą lekturę, lekko przywodzącą na myśl Twilight Zone. Oczywiście pod koniec musiały się pojawić rzeczy odnoszące się bezpośrednio do Spider-Verse, ale i tak zeszyt trzeba ocenić na plus.

Fantastic Four vol. 5 Annual #1
Gil: Susan Storm – jedna z najbardziej solidnych postaci w uniwersum, jedna z najpotężniejszych i pewnie również jedna z najbardziej szanowanych. A może to tylko moje odczucia? Bo mam wrażenie, że na przykład osobnik, który to napisał uważa ją za niestabilną emocjonalnie babę, która dostaje wścieklizny macicy, gdy jej ideałowi rodziny coś zagraża, więc wyżywa się na dziecku. Nie wspominając całej reszty Latverii. I to jest główny czynnik dyskredytujący ten komiks, ale można wymienić jeszcze kilka pobocznych. Ot, na przykład słabą grafikę, która sprawia, że Valeria nie wygląda jak dziecko, ale jak karzeł. Albo fakt, że poza tym nagłym atakiem furii, nie ma tu właściwie żadnej fabuły. Czyli właściwie zwyczajowy poziom annuali, tylko że bardziej seksistowski. Dlatego 3/10.

Guardians 3000 #1
Gil: Miałem sporo nadziei, ale nie powiem, żeby pierwszy numer mnie porwał... Po pierwsze, był zbyt chaotyczny. Podejrzewam, że ktoś, kto widzi te postaci pierwszy raz, zupełnie się w tym pogubi, a już z pewnością nie skuma, czemu ich śmierć miałaby mieć znaczenie. Dopiero po cofnięciu czasu zaczyna to nabierać sensu i okazuje się, że jest jakiś związek między tą fabułą, a wątkiem Starhawka rozpoczętym parę lat temu w GotG duetu DNA. Tylko, że problem a) to czy ktoś jeszcze to pamięta? i problem b) to że staje się jeszcze trudniejsze do zrozumienia dla kogoś kto nie pamięta lub w ogóle nie miał styczności. Z jednej strony wszystko to sprawia, że ciężko się to czyta, a grafika nie ułatwia zadania. Z drugiej jednak wydaje mi się, że rozumiem, co autor chce rozegrać, a mianowicie: pokazać, jak popieprzona mogłaby być przyszłość, gdyby coś w przeszłości ciągle ją zmieniało. Sam pomysł fajny, ale wykonanie nie do końca nadąża i całość nie do końca pasuje do teorii na ten temat. No, ale dobra – zainteresowała mnie ta koncepcja na tyle, że dam jej szansę i poobserwuję, dokąd będzie to wszystko zmierzało. Tymczasem dam jednak niezdecydowane 5/10.
Krzycer: Znam klasycznych Guardians tylko ze wzmianek czy tam krótkich występów w GotG DnA i nigdy za nimi szczególnie nie przepadałem. Ten numer... nie zmienia tego. A do tego irytuje "przyszłościowym" slangiem, który jest idiotyczny, a na dodatek tego typu zmiany byłyby bardziej wiarygodne w, bo ja wiem, komiksie z linii 2099, a nie w rzeczywistości która ma być odległa o tysiąc lat.
Ale - czy ja dobrze kojarzę, że te problemy z czasem to to samo, przed czym Starhawk ostrzegał(a) w GotG DnA, i że ten wątek nie został tam w końcu wyjaśniony? Bo jeśli dobrze kojarzę, to wychodzi, że ta seria jest swego rodzaju kontynuacją tamtego runu, a to sprawia, że jestem... może nie zainteresowany, ale przynajmniej zaintrygowany.

Legendary Star-Lord #4
Gil: Fabuła tego numeru jest prosta: Quill i Thanos idą na solo. Dlaczego? A to już inna bajka… Moim zdaniem dlatego, że Bendis wykorzystał Thanosa w głównej serii i Humphries chce się podłączyć. Nawet nawiązuje do tamtej historii w pewnym momencie. Ale czy umie to wykorzystać? Ani trochę. Ta bitka jest straszliwie nienatchniona. Trochę się pobili o nic i to wszystko. Potem Peter postanawia wynagrodzić Kitty to, że był bucem i to już wygląda nieco lepiej. Ale mam wrażenie, że całość nosi na sobie wyraźne piętno autora. A to oznacza, że prawdopodobnie seria ostatecznie zmieni się w papkę. A tymczasem dostanie jeszcze 4/10.
Krzycer: Naprawdę? Naprawdę? Wiem, że w 616-po-sukcesie-filmu Quill jest idiotą, ale czy on naprawdę wyrzucił MacGuffin, który pozwolił mu tłuc się na pięści z Thanosem jak równy z równym?
Po trzech numerach Humphries w końcu przekroczył moją tolerancję na debilizmy.
A to wciąż trzy numery dłużej niż przypuszczałem po jego poprzednich dokonaniach... Tak czy inaczej, żegnam się z serią.

Men Of Wrath #1
Gil: Nah… nie moja bajka. Za dużo już widziałem historii o hitmanach, ich synach i dziewczynach w ciąży tychże. O rodzinnych klanach i ich porachunkach. O ostatnich życzeniach i chorobach… No, po prostu nie moja bajka. Ale wygląda nieźle i może komuś się spodoba.
Sążny: Aaron wie, jak nie kupić jeszcze przed zobaczeniem pierwszego kadru właściwego komiksu. A zrobił to cytując "The New Timer" Springsteena. A potem jeszcze użył kultowej linijki z "Atlantic City" w posłowiu. Ale żeby nie było - najważniejsza jest właściwa zawartość. A ta usatysfakcjonuje każdego, kto zaczytywał się w "Scalped", a obecnie zaczytuje się w "Southern Bastards". Pierwszy zeszyt ładnie nakreśla jednego z najważniejszych bohaterów, a Ron Garney zaskakująco dobrze sprawia się w nowej dla siebie stylistyce. Oby nie tej serii nie trapiły zbytnio opóźnienia.
Kuba G: Aaron jak zawsze pokazuje, że możemy mówić o zupełnie innym poziomie gdy pisze swoje autorskie historie. Może i Men Of Wrath nie kupuje mnie z miejsca jak Southern Bastards, może i Garney rysuje trochę gorzej niż robił to np. w Ultimate Cap, ale dalej historia ma sporo nerwu, dobre dialogi i przede wszystkim KLIMAT. Liczę na to, że gdy wyjdzie już całość będę zachwycony.

Moon Knight vol. 7 #8
Gil: Okay, trzeba uczciwie przyznać, że pomysł skonstruowania całej historii z ujęć rożnego rodzaju kamer – przemysłowych, policyjnych czy amatorskich – jest fajny. I wykonanie od strony graficznej również dale radę. Przynajmniej w tych scenach, gdzie nie ma zbliżeń na twarze, bo akurat one mi się nie podobują. Teraz trzeba zadać oczywiste pytanie: komu przypisać zasługi? I tak prawdę mówiąc, to bardzo ciężko określić, nie mając wglądu w scenariusz. Bo nie wiemy, jakie i czy w ogóle wskazówki dał scenarzysta rysownikowi. Albo czy inicjatywa wyszła od tego drugiego, a pierwszy tylko dopisał tekst. Prawdę mówiąc, skłaniałbym się w tej chwili ku temu drugiemu rozwiązaniu, bo chociaż od strony graficznej jest fajnie i kreatywnie, tak fabuła nie tylko nie ma tutaj znaczenia, ale wręcz przeszkadza. Można było zrobić to całkowicie bez tekstu, albo ograniczając go do minimum i wtedy byłoby znacznie lepiej. A tak, to podobało mi się, co widziałem, ale nie to, co czytałem. W tej sytuacji jednak wypadałoby zważyć swoją ocenę i dlatego nadal dam 7/10 właśnie za to, co widziałem.
Sążny: Cholera, nowy team zaskoczył. Wood i Smallwood (hihi) postanowili nie być gorsi od Ellisa i Shalveya w eksperymentach z formą i wyszło im to naprawdę dobrze. Użycie zrzutów z ekranów różnych sprzętów bardzo efektownie opowiedziało historię. Tak na boku, to tego zabiegu powinni kiedyś użyć w jednym odcinku twórcy "Person of Interest". Szkoda, że twórcy na ostatnich stronach powrócili do klasycznej narracji, ale dali nam przynajmniej obietnicę pociągnięcia jakiegoś dłuższego wątku.
Kuba G: Tym szybkim strzałem Wood przekonał mnie żeby nie rezygnować z kupowania Moon Knighta i dać mu szansę na dłużej. Choć mam nadzieję, że szybko zrezygnuje z resztek udawania, że jest Ellisem i po prostu będzie pisał MK już tylko językiem, którego używał w DMZ i The Massive (a który momentai czuć już w tym zeszycie).
Krzycer: Kurczę. Z jednej strony - to małpowanie tego, co w swoich 6 zeszytach robił Ellis. Z drugiej strony, w tym numerze to małpowanie było super! Więc czemu Wood w ostatniej ćwiartce zeszytu porzuca format który był pomysłem na ten numer? Strasznie mnie to wytrąciło z lektury i nie mogę tego przeboleć. MK Ellisa i Shalvey'go był przerostem formy nad treścią, ale była to forma doprowadzona do perfekcji. Ten numer był bardzo blisko... a potem nagle przestał być. Nie kumam. Tak, to "tylko" epilog, ale to nie ma znaczenia. Był pomysł na zeszyt, trzeba było być konsekwentnym do samego końca.

Silver Surfer vol. 6 #6
Gil: Często wspominałem, że ta seria bardzo, ale to baaaardzo przypomina Doctora Who, nie? Pora więc zmienić referencję, bo ten numer jako żywo przypomniał mi o wyprawie Tytusa, Romka i A’Tomka na Wyspy Nonsensu. Nie, nie – spokojnie – to nie jest zarzut. Akurat te księgi należały do moich ulubionych, więc doskonale pamiętam schemat kolejnych odwiedzin: przybywają, zostają mile powitani i oprowadzeni, poznając lokalne osobliwości, a później ktoś z wyżej wymienionych prowokuje jakiś absurdalny konflikt, który zostaje rozwiązany w równie abstrakcyjny sposób. No i prawie dokładnie to samo mamy tutaj, tylko z inną obsadą. Ale frajda jest podobna i humor również, więc zabawa też przednia. A czasami Dawn Greenwood dorzuci coś oryginalnego od siebie i też jest fajnie. Czyli raz jeszcze dam 7/10.
Sążny: Piękny zeszyt. Historia jest w sumie prosta i wiele razy opowiedziana, ale jest tak zgrabnie wykonana, że kiedyś będę czytał ten komiks z moimi dziećmi. Niemal każdy kadr kipi od pomysłów, a pierwsza strona i kilka dalszych kadrów sprawiły, że zaśmiałem się równie gromko jak przy lekturze Superior Foes of Spider-Man.

Spider-Man 2099 vol. 2 #4
Gil: Nadal uważam, że ta historyjka nie była za bardzo potrzebna i mogła wręcz podkopać trochę posady, na których stawiana jest seria. Ale też przyznam, że podobał mi się odmieniony design Scorpiona (chociaż kołacze mi się pytanie, czy aby gdzieś po drodze go nie zmutowali w coś bardziej monstrualnego?), sama akcja była sprytnie rozwiązana, a trochę podbudowuje całość fakt wyodrębnienia jakiś oznak sumienia u Stone’a. Czyli nawet ostatecznie pojawiło się coś, na czym można jeszcze pograć, chociaż pewnie teraz powędruje na boczny tor, tak jak wątki wprowadzone w pierwszych dwóch numerach, czyli dziewczyna, której imię zdążyłem już zapomnieć. Ale mimo wszystko, mogę dać całkiem niezłe 6/10.
Krzycer: To muszą być strasznie durne roboty, skoro dają się oszukać hologramem. Albo hologramy z 2099 są bardzo zaawansowane i potrafią oszukać, bo ja wiem, podczerwień? Albo masę innych czujników, którymi powinny się posługiwać roboty.
Poza tym: dużo akcji jak na komiks PADa. Nie jestem do tego przyzwyczajony. I oprócz tego naciąganego tricku z hologramem jest to niezła akcja. Do tego prawdopodobnie rozwój Tyberiusa Stone'a (...tylko w którą stronę?), i chyba samego Pająka99, przynajmniej sądząc po jego reakcji na uratowanego dzieciaka.
Ogólnie: nieźle, ale wciąż nie widzę, żeby PAD miał jakiś większy plan dla tego tytułu. Może nie ma, bo spodziewa się rychłej kasacji?

 Thor vol. 4 #1
Gil: Thor is now a mamacita. To będzie wymagało trochę czasu, zanim się przyzwyczaję... a potem wrócą do modelu tradycyjnego, więc nie jestem nawet pewien, czy warto ten czas poświęcać? No, ale wszyscy wiemy, że Marvel ma takie fazy, bo marketing – raz wszystko wymieniają, a zaraz potem przywracają i zawsze robią wokół tego dużo szumu. No. Czyli, że Thor jest teraz mamacita. I to właściwie dosłownie, bo jeśli nie próbują nam wkręcać czegoś na boku, to właśnie Freya postanowiła chwycić za młotek. Okay, jest w tym jakiś pomysł i nie ma większego przegięcia, wszystko zostaje w rodzinie i mieści się w definicji. Chyba jednak warto dać tę szansę. Ale co z siniorem Thorem? Trochę się podłamał i płaci za to w okolicznościach, które średnio mi się podobały. O ile bitwa w głębinach to nawet fajny pomysł, tak nikt za bardzo się nie zastanowił nad faktem, że fizyka tam wywiera pewne wpływy na zachowania i nawet bogowie czy elfy nie powinny się zachowywać jakby nigdy nic. Ot, chociażby gadać z gębą pełną wody. To jest spory minus dla kogoś, kto się zastanawia nad takimi rzeczami. No i po raz kolejny męczymy temat Malekhita, którego w wykonaniu Aarona nie mogę przetrawić. Aaa... skoro o wykonaniach mowa: szkoda, że zdecydowali się zmienić rysownika, bo w rękach Ribica byłby to numer genialny. Zastępca wprawdzie daje radę, ale zdarzyło mu się parę wpadek w detalach. No i w ten sposób skończymy na dość powściągliwym i trochę niezdecydowanym 6/10.
avalonpulse0372b%20%5B1600x1200%5D.jpgSążny: Rysunkami Dautermana nieraz jarałem się tutaj pisząc o "Cyclopsie" i nie zmieniło się to również przy tym tytule. Ale co ważniejsze, Aaron dalej ciągnie swoją historię, wprowadzając znanych z Thor: God of Thunder graczy takich jak Malekith czy korporacja Roxxon. Daje to nadzieję na utrzymanie poziomu z poprzedniej serii, a samo postawienie Thora jako niegodnego dzierżenia Mjolnira i wstawienie na jego miejsce nowej postaci daje mnóstwo możliwości, które tak zdolny scenarzysta może dobrze wykorzystać. Tylko martwi mnie to granie na zwłokę z ujawnieniem tożsamości Pani Thor, bo takie zagrywki rzadko kiedy dają radę, jeśli ma się w pamięci Mutanta Zero, Rulka i czy jakiekolwiek hece z Roninami.
Kuba G: Nie czytałem poprzedniego Thora za długo ale gdybym miał na podstawie tego numery zdecydować czy przeczytać całość poprzedniej odsłony to miałbym problem. Thora nie jest moim faworytem, nigdy nie był i raczej nie będzie. Za wyjątkiem Thora od Simonsona lubię go tylko jako dodatek do większej całości i to najlepiej obrzydliwie patetyczny. A tu dostałem dość dużo sitcomu... hmmm. Niby numer był fajny, a zupełnie nie interesuje mnie kim jest nowy (she)Thor i co Fury wyszeptał.
Kminek: Strona graficzna komiksu mnie powaliła. Świetne rysunki [zwłaszcza Frost Giants miażdżą], świetnie dobrane kolory, wspaniale oddana dynamika walki.
Co do treści... Problemy z umiejscowieniem całej sytuacji w chronologii świata 616 dają o sobie znać! Twórcy głupio rozwiązali sprawę załamania się Thora. Zamiast podkreślić jakoś jego dramat, sprowadzili wszystko do prostego "Kiedy nie jest potrzebny, siedzi na Księżycu i łka do młota". Wychodzi na to, że nowa Thor chronologicznie pojawi się dopiero po AXIS, bo, o ile dobrze pamiętam, na ujawnionych stronach AXIS #2 lub #3, dokładnie nie pamiętam, Thor nadal ma dwie zdrowe ręce za to tutaj... Dobra, nie zdradzam więcej!
Samej All-New Thor jest w tym numerze, zgodnie z moimi przewidywaniami, poświęcone najmniej miejsca, więc póki co się nie wypowiadam. Aha, na koniec. Szept Fury'ego zdołał powstrzymać Odin Force? Nice.
Krzycer: ...czy Odyn zawsze był taki wkurzający? Czy może to taki zabieg, żeby uwypuklić uczucia Frei względem męża i uzasadnić jej decyzję? Pisząc "jej decyzję" wciąż mam na myśli "podsunięcie własnej kandydatki na Thorzycę, bo nie wydaje mi się, żeby sama miała nią zostać, ale mogę się mylić. Z drugiej strony tak sobie myślę, że ten numer ma już jedną wielką tajemnicę - "co usłyszał Thor?" - i może wcale nie potrzebuje drugiej ("kim jest Thora?"). Ale jeśli to drugie nie ma być tajemnicą, i prawdziwe jest najprostsze rozwiązanie (że to Freja), to po kiego grzyba chować ją w cieniu?
Tymczasem: jest nieźle. Choć jakoś przegrana Thora w walce z Malekithem nie wypadła wiarygodnie...

Uncanny Avengers #25
Gil: Jedno zasadnicze pytanie: dlaczego Magneto tutaj praktycznie sam daje radę wszystkim, a wcześniej trójka przydupasów Skulla sklepała go na miazgę? A jeśli ktoś mi powie, że to sprawka wspomnianego wcześniej MGH, to ja się pytam: dlaczego nie wjechał na nim od razu, żeby pozamiatać wszystkimi, zanim się zorientują, co się stało? I kiedy w ogóle miał czas, żeby go sobie zaaplikować? To jedna sprawa, a druga to kolejne przejawy lenistwa Remendera. Raz, że zamiast wymyślić coś nowego, utylizuje postać Onslaughta. No, ale dobra – zważywszy, że jeśli wymyśla coś nowego, to zazwyczaj są to jakieś gumbasy i dziwadła, może to i lepiej. Dwa, że wyciąga go z kapelusza. O ile na jakimś etapie historii nie okaże się, że cała scena ubijania Skulla była tylko iluzją, to jego transformacja jest praktycznie bez sensu. Na jednym panelu leży ze zmiażdżonym łbem, a na drugim jest już kolosem w zbroi. Jak? Skąd? Who cares... Trzeci przykład, to ciągłe wspominanie o wściekłości Magneto. Bo wiecie, oryginalny Onslaught powstał z połączenia fragmentów umysłów Magsa i Xaviera, więc żeby recycling imienia miał podkładkę, trzeba Madzia jakoś w to wkręcić. I właściwie stąd wzięły się ostatnie dwa numery. I powstały tylko po to, żeby na końcu wyciągnąć kolosa z kapelusza, bo tak naprawdę niewiele miały z tym związku. Ale dobra, trzeba by przyznać, że w trakcie samej rozpierduchy pojawia się kilka niezłych elementów i nawet ta konfrontacja Magsa z Czerwonym Czerepem ma jakiś ciężar. Mam jednak wrażenie, że to ma odwrócić naszą uwagę od dziur w fabule. Historia nadal ma potencjał, ale pod względem wykonania pozostawia wiele do życzenia, więc nie ocenię jej wyżej niż 5/10.
Sążny: Okej, czyli tak zaczyna się Axis. Sama konfrontacja jest nieźle poprowadzona, ale jej podstawy, wydarzenia do niej prowadzące i nielogiczności z nią związane powodują zgrzytanie zębów. Może lepiej wstrzymać się z oceną do momentu rozkręcenia sie rozpoczynającego się w przyszłym tygodniu eventu...
Kminek: Wreszcie jest! Koniec serii zakończony mocnym przytupem. Bardzo podobał mi się ten numer. Przemyślenia Wandy skontrastowane z zachowaniem Magneto wypadają bardzo przekonująco. A do tego jego szał i samodzielna walka, jaką prowadzi... No właśnie, co z jednej strony może się wydawać ogromnym plusem, z drugiej staje się wielkim minusem. Magneto na dobrą sprawę walczy sam. Scarlet Witch i Havok za bardzo mu nie pomagają, a Rogue dodatkowo wstawia zwyczajową gadkę w stylu Steve'a Rogersa. Brakowało tylko cytatu z wujka Bena o mocy i odpowiedzialności.
Aha, mutanci znowu są odpowiedzialni za rozpętanie piekła na Ziemi!
Mimo, że, jak mówiłem, zakończenie bardzo mi odpowiada i, moim zdaniem, zachęca do dalszego czytania o walce na Genoshy, to nie mogę przestać zadawać sobie pytania "Po kiego grzyba dodali Onslaughtowi rogi i macki?"
Krzycer: Ha. Byłem przekonany, że oglądamy jakąś manipulację, że Skull miesza Wandzie w głowie pokazując jej to wszystko... ale nie, to była najprawdziwsza prawda. Ok, siurpryza.
Przy okazji: dobrze, że Bunn w ongoingu Magsa dał mu MGH, bo Remender kompletnie zlewa to, że Erik powinien być osłabiony. A może właśnie wiedział o tym, i dlatego nie tracił miejsca na powtarzanie tej informacji? No, dajmy Remenderowi trochę kredytu zaufania.
Który to kredyt zmarnuje parę stron później, każąc nam uwierzyć, że nasi bohaterowie - Wanda co ma własne brudy na sumieniu, Rogue co była terrorystką i kiedyś zjadła mózg Carol Danvers i Havok co prowadził partyzantkę przeciw Shi'Ar Vulcana i nie cofał się przed zabijaniem - a więc ci oto bohaterowie w interpretacji Remendera są tacy świętoszkowaci, że kiedy stoją pośrodku obozu koncentracyjnego oburza ich Magneto zabijający Red Skulla i jego S-Men.
To może być najgłupsze, co Remender kiedykolwiek napisał dla Marvela. Przynajmniej w zakresie prowadzenia postaci. To jest niebywale głupie.
A poza tym... Red Onslaught. Bo tak. To znaczy... zaraz... bo resztki świadomości Xaviera w mózgu Skulla blokowały mu dostęp do pełni jego mocy, tak? I zabijając Skulla, Magneto zabił resztki świadomości Xaviera, więc nic już nie blokowało pełni mocy (w tym momencie już martwego, ale ciii) Skulla, i stąd mamy Red Onslaughta. Bo moc Xaviera.
...więc czemu Xavier nie przeżył w ten sam sposób własnej śmierci? Ewentualnie, jeśli to nie jest "jego" moc, tylko właśnie Onslaught, którego wcześniej blokował - czemu Onslaught nie zamanifestował się po śmierci Xaviera? Bo w umyśle Xaviera nie było tych "złych" myśli, które poprzednio dał mu Magneto, a które teraz wzięły się ze Skulla? No ale znowu - ich manifestację umożliwiła moc Xaviera, więc...
W skrócie: jeśli Onslaught jest możliwy, to Xavier też powinien gdzieś tkwić w eterze.
Tak czy inaczej to jest głupie i wzdragam się na myśl o Axis.

X-Men vol. 3 #20
Gil: Wszystko fajnie, tylko że właściwie nie pojawiło się w tym numerze nic nowego. Tak jak na koniec poprzedniego zeszytu bili się z tymi – jak to ładnie określili – Freakazoidami, tak większą część tego numeru wypełnia ta sama bitka, żeby w drugiej części przejść do motywu uwolnienia Deathbird i zdrady Tygryska, które też zostały wcześniej zapowiedziane. Chociaż... czy kobitka o broodnych oczach pojawiła się wcześniej? Raczej nie, bo akurat ją bym zapamiętał. W całej tej zbieraninie wygląda na najciekawszą postać, więc mam nadzieje, że nie wyląduje natychmiast pod fortepianem, jak ten (ta?) Weather Counselor z poprzedniego zeszytu. Nadal całkiem podoba mi się grafika, chociaż nadal ma swoje słabsze momenty. Za to zaczyna mnie irytować ilość rozciągnięć w fabule, która wstępnie zapowiadała się solidnie. Tymczasem będzie jeszcze słabsze 6/10, ale lepiej żeby zaczęli się streszczać.
Krzycer: Przy poprzednim numerze myślałem, że zaczyna się robić ciekawie, ale okazało się, że się pomyliłem. Zagrożenie jest nudne, zdrajca zdradza że jest zdrajcą zanim zdradziecko zaatakuje... jedyne co w tym mnie interesuje to możliwość dodania kolejnej gałązki do Drzewa Rodzinnego Summersów.

Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2014.10.01
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.