Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #369 (15.09.2014)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 15 września 2014Numer 37/2014 (369)


Coś się kończy, coś się zaczyna. Jedne serie zostają zakończone, inne dopiero debiutują. I tak też mieliśmy w minionym tygodniu. Zapraszam do lektury.

All-New Ultimates #8
Krzycer: Ciekawa kreska. Mało mainstreamowa. Niestety tytuł wciąż jest dla mnie rozczarowaniem - dużo się spodziewałem po serii o nastoletnich bohaterach, ale interakcje między postaciami pozostają drętwe, a przeciwnicy - nudni.

Amazing Spider-Man vol. 3 #6
Gil: No dobra, tym razem było już trochę słabiej, bo zbyt wiele elementów ponaciągali do granic wiarygodności. Black Cat i Electro za bardzo zachowują się jak złoczyńcy z silver age, a nawet trochę jak z Łosia Superktosia. Zbyt łatwo przychodzi im przebranie się za naukowców i jakimś cudem doskonale potrafią obsługiwać maszynę po jednej rozmowie z jej twórcą (spróbujcie wytłumaczyć babci przez telefon, jak obsługiwać komputer, to zobaczycie, jakie to niewiarygodne). Przez to nasilenie campu cała historia traci, bo inne wątki również wydają się mniej poważne. I tak na przykład Spidey i Silk wydają się tylko dwójką dzieciaków, które nie wiedzą, kiedy przestać, a całość wygląda jak zlepek gagów na ten temat. Miejmy jednak nadzieje, że najbliższa przyszłość przyniesie coś bardziej konkretnego i odłoży te wątki na bok. A tymczasem dam 5/10.
Krzycer: ...Dan Slott pisze mocno silverage'owe historie. Co mogłoby mieć swój urok, i może nawet mógłbym zawiesić swoją niewiarę wystarczająco wysoko, by się tym cieszyć. Niestety, jego Peter Parker zawsze mnie irytował i wygląda na to, że to się nigdy nie zmieni.

avalonpulse0369a%20%5B1600x1200%5D.jpg Avengers Undercover #10
Gil: Eee... Yyy... serio? TO jest cały sens i cel tej historii? Nie no, przy tym to nawet zakończenie Areny wygląda jakby miało jakiś sens, chociaż zdecydowanie jest to odczucie na miarę syndromu Sztokholmskiego. No ale dobra, jak już się za to wziąłem i postanowiłem wytrzymać do końca, to teraz muszę jakoś ogarnąć... Tym razem okładka mówi nam wprost, że wnętrze będzie się przede wszystkim rozpływać nad zajebistością Cammi i tak właśnie robi. Nawet lubiłem ją, gdy była komediowym dodatkiem do Draxa, ale odkąd wziął się za nią Hopeless, jest nie do zniesienia. Ale, jak mawiał pewien pan w skórzanej kurtce: nie uprzedzajmy faktów. Zaczynamy od wyjaśnienia, jak to się stało, że Arcade jest żywy, choć był nieżywy. Otóż, Zemo widział całą te arenową szopkę i nawet ją docenił, tyle tylko, że dobrze odgadł, komu należą się zasługi i zatrudnił Miss Coriander. To akurat nie najgorszy pomysł, ale z wykonaniem już gorzej, bo nie ma słowa wyjaśnienia, czemu właściwie potrzebował dzieciaków, skoro praktycznie miał już wszystko, co do tego planu było mu potrzebne. Szopka z Arcadem była całkowicie zbędna i opierała się na założeniu, że ktoś inny zupełnie bez żadnego nacisku zrobi dokładnie to, czego się po nim oczekuje. Ale jak ustaliliśmy poprzednio, cały ten plan na tym właśnie się opierał, więc yeah, whatever... Natomiast ukoronowaniem całego tego planu okazuje się być zhakowanie całej łączności SHIELD tylko po to, żeby Zemo mógł wystąpić w całej telewizji i innych mediach, aby robić aluzje do Star Wars i straszyć, że Wielki Brat paczy. Napiszmy to jeszcze raz: facet, który samodzielnie przejął władzę nad niepodległym krajem, zmienił go w azyl dla łotrzyków, których wykorzystywał do walki z innymi podobnymi organizacjami, kradnie Helicarrier SHIELD po to, żeby powiedzieć ludziom, że są szpiegowani. I w tym celu ściągnął sobie na głowę grupkę dzieciaków, robił im wodę z mózgu przez jakieś pół roku, chociaż tak naprawdę w ogóle ich nie potrzebował. "Ale jak to?" - zapytacie - "Przecież odegrali tu ważną rolę." Cóż, jak słusznie zauważyli w Big Bang Theory: Indiana Jones też nie był do niczego potrzebny w Poszukiwaczach Zaginionej Arki. Tak samo i tutaj, do odwrócenia uwagi Avengers Zemo mógł wykorzystać kogokolwiek, a do uprowadzenia Helicarriera zatrudnił Ms. Coriander. A dzieciarnia? Nico i Chase właściwie nic tu nie robią. Hazmat, Anachronism i Bloodstone są obok tematu, bawiąc się w trójkącik. Prawda, to oni wzywają pseudo-Avengers, ale jak wspomniałem, mógł to zrobić ktokolwiek inny. Deathlokówka na pierwszy rzut oka coś robi, ale ostatecznie okazuje się, że też nie była potrzebna, a skończyła jako kozioł ofiarny dla wątku "uwiedzenia przez ciemną stronę mocy", bo jakiś token musiał być. Pozostaje się cieszyć, że nie była to któraś z bardziej rozwiniętych postaci. No i mamy Cammi. Której mocą jest bycie smart-ass i super-awesome, więc chociaż nic nie robi przez pół serii, to właśnie jej na końcu dane jest skopać wszystkie dupska, wygłosić przemowę i zostać hioroł of de dej. A potem powiedzieć: screw you guys, I'm going into space. Wbrew moim przewidywaniom, nie poświęcono większości numeru na pokazywanie, jak nawiała z celi za salonikiem fuhrera. Wręcz przeciwnie - w ogóle o tym nie wspomnieli. Zasugerowali tylko, że zrobiła jakiś dil z Arcadem, żeby dostać dostęp do jego god mode, a później go zdradzić i pokazać wszystkim środkowy palec. Pierwsza rzecz: w jaki cudowny sposób działa ta technologia, że po prostu zgrywasz ją z sieci i masz? No bo wiecie, jeszcze mógłbym to kupić, gdyby Arcade używał jakiegoś specjalnego ciucha lub innego gadżeta, ale tu jest wyraźnie powiedziane, że nie ma nic takiego i po prostu zgrała sobie te moce z sieci. WTF?!? Druga rzecz: szumne chwalenie się zwycięstwem tak jakby nie ma sensu, jeśli kopnie się przeciwnika w jaja i ucieka. W epilogu widać wyraźnie, że chociaż debilny plan Zemo został pokrzyżowany, to właściwie on wyszedł na tym najlepiej, bo zachował pozycję, broń i jeńców. Jedyne, co stracił to podziemne slumsy, których też wcale nie potrzebował. Nie wspominają za to ani słowem o jego przywództwie i losie kraju, bo widocznie nikogo to nie obchodzi. A wracając jeszcze na chwilę do tego przebiegłego planu (bo mi się zboczyło z tematu), to wypada zadać jedno ważne pytanie: co on chciał zyskać? Niby oczekiwał jakiegoś odzewu, ale właściwie jakiego? Że ktoś odpowie do telewizora? A może, że grubas w wannie powstanie i z okrzykiem "viv'la revolution!" wywali przez okno najpierw tableta, a potem wannę? Jaki był cel tego wszystkiego? Odpowiedź brzmi: żaden. To wszystko było durne i bez sensu. Absolutnie. Żadnego! SENSU!!! Powstało tylko po to, żeby pod szyldem Avengers wydrzeć Wam z kieszeni kolejne grosze. Aaa... właśnie! Avengers! Przecież teoretycznie też się tu pojawiają, więc co robią? Otóż siedzą pod ziemią i dzięki tej niesamowitej przygodzie dowiadujemy się co następuje: a) jeśli strop wali ci się na głowę, wystarczy podeprzeć jeden kamień, a inne nie spadną, b) jeśli już jakieś kamienia spadają, trzeba im przywalić z piąchy i c) i tak najlepszym sposobem na uratowanie przed zasypaniem jest magia nekromancka, co absolutnie tłumaczy niedorzeczność zjawisk wymienionych w punktach a i b. Na szczęście Dementorzy pomogli i wszyscy wyleźli z zawaliska, nawet się nie ubrudziwszy. Co prowadzi nas do szczęśliwego epilogu, w którym mamy całkowitą sielankę i wiele radosnych pojednań, a może i powrotów zza grobu? No dobra, i tak wyszedł mi tu niezły eleborat, więc na koniec tylko jedno słowo o rysunkach: ssają. Tak samo jak cała seria zresztą. Ale na szczęście nie widać już na horyzoncie żadnych pomysłów na kontynuację, więc mam nadzieje, że ostatni raz już wspominam o niej i podsumuję również jednym słowem: hopeless.
Krzycer: Heh. To było głupie. Chociaż impreza nad jeziorem była nawet przyjemną sceną. I popatrz, Demo, Nico i Molly znowu się lubią! Wystarczy się bardzo, bardzo uważnie przyjrzeć jednemu kadrowi.
Ale, ten... Zemo wymienił własne państwo na helicarrier, i najwyraźniej - według jego własnych zasad - to się liczy jako jego wygrana, więc... Hurra! Lubię, gdy Zemo wygrywa! Nawet jeśli nie rozumiem czemu to ma być zwycięstwo!
Demogorgon: Mógłbym gadać o tym jak to Cammi, mała pani doskonała, ucieleśnienie mary sue, ratuje świat, wklepuje godmode i pokonuje sama wszystkich złoczyńców jakby to był finał Gundam SEED Destiny i załatwia reszcie ułaskawienie chociaż zapomniała oddać im Zemo do aresztowania (któy teraz zwiał z Nazi Helicarrierem, lokówką i Panem Po Co Go Wskrzeszaliście?!) a potem odstawia Poochiego/Cartmana i odlatuje w kosmos, albo o naprawdę głupich efektach dźwiękowych (jobbr? Jak w "jobber"? Serio?) Ale wiecie co? mam to w nosie.
Ten komiks się skończył. Hip Hip Hurra! Nigdy więcej patrzenia jak ta kanalia niszczy coś, co kocham. Oby jego następna seria była klapą i oby odszedł w niesławie, zasłużył na to.

Avengers vol. 5 #34.1
Gil: Doczekaliśmy się wreszcie bliższego spojrzenia na postać Hyperiona. Postać niby znaną, ale jednak nową. Widzieliśmy go nie raz w różnych wersjach i generalnie wiemy, że ma być marvelowym spojrzeniem na Supermana. Bardzo fajnym pomysłem było więc ze strony Ewinga, by kazać mu samemu odpowiedzieć na pytanie "jaka jest moja rola?" I całkiem fajnie wygląda odpowiedź: jest jednym z najpotężniejszych herosów na ziemi, ale jest też tym, który troszczy się o sprawy maluczkich i potrafi wejść do domu rodziców zaginionego dzieciaka, żeby zaproponować pomoc. Może się wydawać trochę przesadnym pomysł w rodzaju "odczytałem twoje DNA z orbity", ale z drugiej strony jest to fajna przenośnia dla tematu "jestem ponad wami wszystkimi, ale widzę każdy drobiazg". Swego czasu Starczynski próbował w Supermanie zrobić podobną historię, w której chciał pokazać, jak pomaga on zwykłym ludziom w codziennych problemach, ale został za to mocno skrytykowany, bo ograniczył się do tego, że Supek łaził po Hameryce i prawił morały. Ewing lepiej wykonał to zadanie, bo pokazał, że bohater może zrobić to samo, bez gadania głupot, za to angażując całą swoją prawie boską moc w najprostszy problem. Może też się wydawać nieco wymuszone wepchnięcie tu Maulera, ale z drugiej strony to świetny przykład na to, że można rozwiązać problem sztampowego złoczyńcy rozmawiając z nim, a nie wrzucając w słońce. Tak samo jak bardzo lubiłem Sentry'ego (do czasu) za jego oderwanie od świata, tak samo teraz bardzo polubiłem Hyperiona za bycie tego całkowitym przeciwieństwem. To naprawdę fajna i prosta historyjka, która dużo wnosi do postaci. I również dobrze wyglądająca. A przy okazji, całkiem możliwe, że najlepszy do tej pory komiks z kropką w numeracji. Nawet dam mu tytuł numeru tygodnia i 8/10.
Krzycer: Fajny numer o w sumie wciąż raczej nudnej postaci. Ewing potrafi. Poza tym - superbohater rozwiązuje problem, rozmawiając z przestępcą? W komiksie z roku 2014? Niemożliwe!

Captain Marvel vol. 7 #7
Gil: Oj, nie wróżę tej serii pomyślności... Pierwsza historia była strasznie nudna, a druga nie zaczyna się o wiele lepiej. Krótko mówiąc, chodzi o kota, który wcale nie jest kotem. No dobra, to mogło by być ciekawe, bo od dość dawna sugerowano, że coś jest z Chewiem nie tak, ale okoliczności jego pojawienia się wskazywały raczej na koligacje magiczne, niż kosmiczne. A teraz wyskakują z dość dziwnym pomysłem, że jest kosmitą, który nie różni się od kota niczym poza faktem, że składa jaja i najwyraźniej wykluje się z nich coś złowieszczego, a jacyś inni kosmici atakują właśnie w tym momencie, bo... właściwie nie wiadomo, dlaczego. Moim zdaniem zasadniczy problem polega na oderwaniu Karolki od środowiska, w którym się sprawdzała i przeniesieniu tam, gdzie niezbyt pasuje. Bo ktoś uznał, że jak jest Captain Marvel, to musi być w kosmosie. Czuję, że nadchodzi karmiczne ukąszenie w zad, a tymczasem daję 4/10.
Krzycer: ...autorka nazwała ten numer swoim "jump the shark", bo przypuszcza, że czytelnicy albo go pokochają, albo znienawidzą.
Wydaje mi się, że może mieć rację.
Było to w sumie zabawne, ale... czemu? Co się dzieje? Przypomina mi się odcinek "Cowboy Bebopa" z potworem z lodówki... ale tam przynajmniej były nawiązania do Aliena.

Deadpool vol. 3 #34
Krzycer: X-Treme 90zzz! Liefeld-style! Ma to swój urok... miałoby większy, gdyby Liefeld nie był wciąż pracującym rysownikiem, któremu nawet Marvel co jakiś czas rzuca jakąś kość.

Death Of Wolverine #2
Gil: No dobra, wrażenie już mniejsze. Jednak więcej sensu miało to, gdy siedział okopany w swojej chacie. Ale widzę, że za wszelką cenę autor stara się w to wciągnąć jak najwięcej postaci i wątków z przeszłości Logana, żeby wywołać wrażenie jakoby całe jego życie przelatywało nam przed oczami. Okay, jest to jakiś pomysł. Z wykonaniem już ździebko gorzej. Ostatnio, kiedy widzieliśmy Sabretootha, to on u boku Mystique trząsł Madripoorem, a teraz nagle jest na smyczy u Viper i tłumaczą to tylko tym, że coś mu nie wyszło. Ostatnio, kiedy widziałem Deathstrike, była raczej mało chętna do pomagania Wolviekowi. To samo zresztą można powiedzieć o Kitty, która raczej trzyma się z daleka, chociaż się pogodzili. I jak tu się dziwić, że pierwsze, co mi przychodzi do głowy to, że kanoniczna jest historia Cornella, a to wszystko jest tylko jakimś elseworldem? Cóż, zobaczymy... Na razie jeszcze fajnie się czyta i dobrze wygląda, chociaż McNiven zapomniał chyba, że Wolviek to kurdupel. Tym razem zejdziemy do 6/10.
Krzycer: Wciąż ładne, ale jednak... hm. Po co Wolverine szuka tego guza? Jasne, u Cornella zaakceptował swoją śmiertelność, ale czemu ta akceptacja od razu mu się w pęd samobójczy przerodziła?
Przy okazji: pomyślałem, że Logan straci to oko i przy okazji wizyty Madripoorze ponownie stanie się Patchem, tym razem w wyniku autentycznego urazu, ale przykładowe strony z kolejnego numeru sugerują, że wcale nie stracił oka, tylko zarobił bliznę przez oko. Czyli zbiegiem okoliczności Wolverine McNivena przybliży się wizualnie do Wolverine'a z runu Cornella, który biegał z blizną przez oko przez drugą połowę tegoż runu.
Niestety, mniej szczęśliwym zbiegiem okoliczności, to nie jest to samo oko.
Z detali: Ogun? Dżizas. Kiedy ktoś ostatnio widział Oguna? Chryste, Cyber też się pojawi? Albert i Elsie-Dee? O, o, może Bunn wyciągnie Native z limbo.
Znaczy, nabijam się, ale dopóki to nie będą Daken i Romulus to wszystko przełknę.
Z innych detali: Shadowcat znikąd! Ma fajne wejście. Tylko czy to fajne wejście nie powinno poskutkować Lady Deathstrike leżącą na podłodze, zwijającą się w konwulsjach? Bo jeśli dobrze kojarzę, ona jest bardzo ale to bardzo zcyborgizowana, a Shadowcat + elektronika = BZZZZtrzaskkrach!
Kminek: Szkoda, że ta historia składa się tylko z 4 części... Przez to scenarzysta musi ją maksymalnie okrajać i niestety traci ona znacznie na wartości przez niedomówienia- jak chociażby pojawianie się pewnych kobiet "znikąd", czy spłycenie wyjaśnienia sytuacji Sabretootha do jednego "dymka".
Cały czas miotają biednym Loganem, ale powoli, powoli sytuacja zaczyna się klarować. Za to na plus wypadają autoironiczne żarty Wolverine'a, prezentacja działania poszczególnych zmysłów, no i, oczywiście niezmiennie, strona graficzna!avalonpulse0369b%20%5B1600x1200%5D.jpg

Edge Of Spider-Verse #1
Gil: Niby nie minęło aż tak dużo czasu odkąd Marvel postanowił się bawić w Noir, a jednak zauważyłem, że te wersje postaci jakoś łatwo wyślizgnęły mi się z zakamarków pamięci. Na przykład jeśli chodzi o Spider-Mana Noir, to poza wyglądem nie pamiętam żadnych szczegółów. Ciekawe, czy Marvel zdaje sobie z tego sprawę i celowo wypuścił tę seryjkę, żeby nam te wersje poprzypominać, czy raczej robią to z myślą o nowych czytelnikach? Właściwie, to aż tak dużej różnicy nie ma, bo sam się czułem, jakbym czytał o nim po raz pierwszy... Nie pamiętam swoich wrażeń z oryginalnej serii, ale tym razem początkowo było całkiem fajnie (bo ciekawe podejście do Mysterio), ale dość szybko zacząłem się nudzić, gdy jednak okazało się, że za pierwszym wrażeniem nic nie stoi. Czyli chyba tak jak w oryginale i dlatego szybko o nim zapomniałem. Ale jest szansa, że wyjęcie postaci z tego otoczenia i zestawienie z innymi jej podobnymi może przynieść coś dobrego. Za to ma bardzo fajne rysunki, pasujące do klimatu. Ale za całokształt dostanie najwyżej 5/10.
Krzycer: Ręka w górę kto jeszcze pamięta Spider-Noirowe mini? Nie widzę...
Trochę to nudne było. Spider-Gwen zapowiada się ciekawiej. Przynajmniej wizualnie. (Żeby nie było, uważam, że Noirowy Pająk ma fajny kostium, tylko trochę mu kolorów brakuje. Ponieważ wszystko jest czarne, cały strój się tak zlewa, że fakt, że ma na sobie płaszcz, czapkę-pilotkę i gogle przestaje mieć znaczenie, bo właściwie tego nie widać. Gdyby przynajmniej trochę szarości mu dali...).
Kuba G: "Kto pamięta o Spider-Man Noir?". Ja pamiętam. Pamiętam jak Marvelowi przynajmniej w te postaci udało się pokazać odrobinę autentycznej pulpowej estetyki (coś co nie wyszło w Iron Mania, a w Daredevilu było zupełnie niepotrzebne). Dlatego cieszyłem się chociażby z chwilowego powrotu pajęczego Noir.
Jestem połowicznie zadowolony. Podoba mi się tło historii. Mary Jane, Black Cat, ba, nawet Mysterio w wersji Noir porzuca bycie żartem i postacią lekko powyżej poziomu Stilt-Mana. Mniej podoba mi się tworzenie historii po łebkach, że sprawia wrażenie streszczenia właściwej historii (i wyjątkowo mało tu Spider-Mana jak na komiks o Spider-Manie).
Nie jest genialnie ale komiks minimalnie przykuł moją uwagę do eventu.

Fantastic Four vol. 5 #10
Gil: Okay, chyba pora rozpocząć odliczanie do porzucenia tej serii, bo z każdym numerze coraz większe mam wrażenie, że tylko niepotrzebnie tracę czas. Jak do tej pory, jedyną strategią autora wydaje się być ciągłe dorzucanie do wora coraz to nowych, bardziej przypadkowych i bardziej udziwnionych elementów, bez udzielania odpowiedzi. A nawet tam, gdzie jakakolwiek odpowiedź się pojawi, zaraz narastają kolejne pytania. Na przykład, tutaj powiedzieli, jak She-Thing znalazła się w więzieniu, ale zupełnie brak wyjaśnienia jej motywów. A to, co dzieje się wokół pozostałej trójki już w ogóle sensu nie ma. Tak więc, wystawiam 3/10 i daję im 3 numery na przekonanie mnie, że jednak jest tu coś wartego uwagi.

Hawkeye vol. 4 #20
Krzycer: Nigdy nie mogłem się przyzwyczaić do tych pojedynczych numerów o Kate. Lubię Kate, ale Fractionowa Kate jest jakaś... głupia. W pojedynkę, bo w relacji z Bartonem zawsze dobrze wypadała.

Inhuman #5
Gil: Czyli, że tak: pan Przekreślony przechytrzył ich, gdy myśleli, że przechytrzyli go, gdy próbował ich przechytrzyć po tym jak chytrze przejrzeli jego chytrą propozycję? To bardzo chytry plan, muszę przyznać. Lisek Chytrusek byłby pod wrażeniem. Ja już nie tak bardzo, bo nieco za dużo tu tej chytrości. No, ale przynajmniej ten Niewymowny na końcu jest trochę bardziej podobny do tego, którego kiedyś już widzieliśmy. A co robią teoretycznie główni bohaterowie tej serii, kiedy Czarna Krecha przejmuje władzę? Imprezują i oczywiście zupełnie przypadkowo wpadają na kolejną Inhumankę. A potem wracają we właściwym momencie, żeby zabłysnąć, ratując wszystkich. Zbieg okoliczności bardzo? Oj tam, oj tam... Poczekajcie, aż się okaże, że ktoś z tej trójki jest z nim spokrewniony (stawiam piątaka). Tymczasem jeszcze wygląda to nieźle i nawet do pewnego stopnia trzyma klimat, ale nadal brakuje mi tu konkretnego poczucia kierunku, a historia trochę traci. Tym razem więc słabsze 6/10.

Magneto vol. 3 #9
Gil: Zdecydowanie największą siłą tej serii jest robienie dobrego pierwszego wrażenia. Jak na razie, jest to pierwszy i jedyny element Axis, który mi się spodobał i to głównie za sprawą wypróbowanego hasła: historia lubi się powtarzać. Postawienie Magneto przed faktem takowym, że znów jakiś nazista buduje obozy, by mordować ludzi, z którymi się identyfikuje to pomysł o cholernie solidnych podstawach. Wydaje się, że nie sposób to zepsuć, ale... obawiam się, czy ktoś nie uprze się, żeby spróbować. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że wszystko przebiega dobrze, a jednak wciąż spodziewam się czegoś innego. Mam wrażenie, że mogło to pójść w dwie strony i obie są inne od tego, co dostaliśmy. Pierwszą opcją byłaby furia połączona z paniką, która doprowadziłaby do ataku z pełną mocą, ale bez kontroli i mogłaby zakończyć się porażką, drugą byłoby pełne opanowanie, czyli uprzedzenie kogokolwiek o odkryciu i ostrożna inwigilacja z szukaniem okazji do eliminacji zagrożenia. Dostajemy coś pośrodku: Mags wydaje się dziwnie opanowany, a jednak wykonuje dosyć nieprzemyślane ruchy. No i ostatecznie dostaje baty od wielkiego żółwia, dziewczęcia o koziej głowie i innych dziwolągów, które nie powinny mieć z nim większych szans. Cóż, najwyraźniej komuś zależy na tym, żeby znalazł się w odpowiedniej pozycji, zanim zaczną event. Czyli raz jeszcze muszę podsumować w ten sam sposób: czyta się nieźle, ale jak się człowiek zastanowi, to nie wszystko się klei. I dlatego znów nie przeskoczy 6/10.
Krzycer: Magneto: Master of Magnetism! Lousy at breaking & entering! Czemu on się porwał na Skulla w pojedynkę w swoim obecnym stanie? Chyba, że to jakiś wymyślny plan, i np w przełyku ukrył MGH który zaraz da mu kopa i nadajnik wskazujący jego pozycję oddziałowi sklonowanych Marauders.
...ale przecież nie może pokonać Skulla przed eventem ze Skullem w roli głównej, więc nie, to nie jest wymyślny plan.
Więc dopóki człowiek nie dopuszcza do siebie, że to jest głupie i Magneto jest głupi realizując ten głupi pomysł... to wykonanie jest fajne. A Bunn po raz kolejny dość skutecznie wykorzystuje retrospekcje z drugiej wojny światowej. Nawet, jeśli nie niosą one żadnych znaczeń i służą tylko efektownemu kontrastowaniu paneli. Efekt wciąż robi wrażenie.
Kminek: Wreszcie widzimy, co dzieje się w Genoshy i powiem szczerze, po raz kolejny jestem pod wrażeniem odwagi Marvela. Zestawienie wspomnień z Auschwitz z tym obozem dla mutantów wypada bardzo przekonująco i, kurczę, naprawdę mrocznie. Choć oczywiście można się przyczepić do szczegółów typu - Magneto bez problemu infiltrujący obóz, wplątywanie w całość Inhumans, walka śrubkami i przypadkowo spotkana mutantka mająca zdolność potrzebną do wyjaśnienia całej sytuacji, to reszta jest bardzo, bardzo odważna i kurczę naprawdę poważna.
Niestosownym może wydać się powiedzenie, że ten numer mi się podobał, dlatego powtórzę tylko "jestem pod wrażeniem".
Aha, co do zarzutów, że "obóz jest na Genoshy i nikt o tym nie wie" - wydaje mi się, że wszystko zostanie wyjaśnione telepatyczną osłoną, bowiem, jak widać, Red Skull coraz lepiej radzi sobie ze zdolnościami Xaviera.

Ms. Marvel vol. 3 #8
Gil: Znów bardzo fajny numer. Jakoś tak, nieważne czy w towarzystwie Wolverine'a czy Lockjawa, Kamala zalewa swoją naturalną słodkością cały komiks i po prostu wszystko, co robi jest fantastyczne. Tym razem widać już parę dojrzalszych decyzji i zachowań, które sprawiają, że w roli bohaterki wypada coraz bardziej przekonująco, ale nadal jest uroczo zielona w tym wszystkim. Na siłę można by się przyczepić do naiwności w tym, że wszyscy po prostu biorą Lockjawa za psa i że trochę został do tej roli skurczony. Ale prawdę mówiąc, nie przeszkadza mi to jakoś bardzo. Skoro kupujemy fakt, że nikt nie rozpoznał Kamali po charakterystycznej fryzurze, to równie dobrze możemy się nie przejmować tym, że wzięli Lockjawa za dziwnego psa. Aha, jeszcze ta scena walki na złomowisku troszkę za bardzo przypomina mi tę, którą widzieliśmy w którejś zajawce, ale dobra, niech będzie - w końcu to ten sam łotr za tym stoi więc i roboty mogą być podobne. Ogólnie jednak, tak jak mówiłem: jest fajnie, jest słitaśnie, jest nadal solidne 7/10.

New Warriors vol. 5 #9
Gil: Wooow...! Dzieciaki, pamiętajcie, żeby nigdy nie oglądać Teda na prochach! A już w żadnym wypadku nie łączcie z Godzillą! Najwyraźniej tak powstał ten numer i teraz mam z nim problem, bo chyba musiałbym się doprowadzić do podobnego stanu, żeby go właściwie przyswoić. Na trzeźwo jednak wydaje się zdecydowanie niepoważny. Tak jakby kazał mi się zastanowić, czy autor już wiedział, że serię szlag trafi i po prostu postanowił pofolgować swoim najdziwniejszym pomysłom, czy na serio myślał, że to dobry pomysł? Bo jeśli to drugie, to... może i lepiej, że dalej to nie zajdzie? Ale nie tylko walka z przerośniętą maskotką budzi moje wątpliwości, bo zachowania reszty ekipy nie są dla mnie ani trochę bardziej normalne. I rysunki też o poziom niżej, więc całość wyląduje tym razem na 3/10.

Nightcrawler vol. 4 #6
Gil: To wprost niesamowite, że chyba po raz pierwszy w historii Claremonta, młodociany heros o złotym sercu i groteskowym wyglądzie nie ginie tragicznie i nie zostaje odrzucony, by zaszyć się w ciemności i cierpieć jak młody Werter. Way ta go, Rico! Do następnego razu... Tymczasem mam wrażenie, że historia skończyła się tak, a nie inaczej, bo ktoś zablokował Mojo i trzeba było coś na szybko wykombinować. Tak jak przy pierwszym swoim występie, tutaj również Piraci nie na wiele się zdali, za to niesamowicie rozbawiła mnie ich broń. Pistolet, który teleportuje cel do innego wymiaru, jednocześnie wyciągając z oryginalnego ubrania i pakując w inne. Rewelacyjne rozwiązanie, przyspieszające podróż i przebieranie się w pracy! Szkoda, że wykorzystywane do porywania ludzi dla innowymiarowej telewizji... Tak więc, mogło być gorzej, ale to jeszcze nie powód, żeby się cieszyć. I więcej niż 4/10 nie dam.
Krzycer: Rico, we barely knew thee... zaraz, on wciąż żyje? Hm. No cóż, ponieważ i tak nie zobaczymy go w żadnej innej serii, to równie dobrze mógłby nie przeżyć.
Tymczasem możemy podziwiać jak Kurt rozprawia się z międzywymiarowymi łowcami niewolników. Czyli tradycyjny claremontowski kolaż wątków z Claremonta. Gdzie ja to ostatnio widziałem? X-Men: the End? Tylko wtedy jeszcze na dodatek Nocturne brała w tym udział.
Hm... z jednej strony: chętnie zobaczyłbym znowu Nocturne. Z drugiej strony, Claremont już kiedyś ją tak strasznie zeszmacił...

United States Of Murder Inc. #5
Kuba G: Nie wierzę, że to napiszę, ale momentami chciałbym żeby ktoś inny rysował tę serię. Lubię Oeminga (w przeciwieństwie do 3/4 czytelników w Polsce) ale tu chciałbym momentami kogoś z mroczniejszym ale czystym stylem (Azaceta? bo Phillips to zupełnie nierealne). Szczególnie uderzyło mnie to w tym numerze podczas fantastycznej sceny w kasynie. Rzadko kiedy czytam komiks (czy książkę) myśląc "jak by to wyglądało w kinie" myśląc o konkretnych twórcach (zdjęcia, reżyseria) licząc na to, że scena, która mnie zachwyciła mogłaby wyglądać jeszcze lepiej. Tu scena kręcąca się w okół studenciaków myślących, że mogą okraść kasyno sama prosiła się o ten "Hollywood treatment". Ale uznam to jednak za zaletę, a wadę.
I co ważniejsze, czy specjalnie Oeming rysuje jedną z postaci żeby wyglądała jak Krysten Ritter?
Co do samego scenariusza. Dopiero przy tym numerze widać, że historia, która jest pierwszą od dawna historią Bendisa, która nie wygląda jak zaplanowana pod wydania zbiorcze zaczyna wyglądać jak taka, która jednak w te wydania zbiorcze się wpasuje. Nie bierzmy tego za wadę. Bendis przedstawia w United States Of Murder Inc. dłuższą fabułę, która raczej szybko się nie skończy, a tomy będą wyznaczać następne odpowiedzi, które w końcu poznajemy wraz z rozwojem sytuacji.
Tak jak Lazarus pokazuje nam genialnie politykę w rzeczywistości po globalnym kryzysie, tak United States Of Murder Inc pokazuje nam jak wyglądałaby rzeczywistość gdyby mafia nigdy nie musiała ukrywać swojej obecności. Obydwie historie robią to na podobnym wysokim poziomie. Powinno to wszystkim wystarczyć za rekomendację. The United States Of Murder #5 jest najlepszym komiksem jaki Marvel wydał w ostatnią środę. Rzekłem.

X-Force vol. 4 #9
Gil: Poprzedni numer był słabszym wstępem do historii, która ostatecznie okazała się całkiem dobra. Spurrier ma niesamowity dryg do prowadzenia ekipy MI:13, więc czyta się ich bardzo fajnie, a gdy już przechodzimy przez wymuszoną bijatykę, obie grupy fajnie współgrają. Najlepszymi elementami całości są dla mnie Nemesis i Faiza, którzy najpierw z osobna, a potem razem dostarczają samych kwiatków i cukierków. Chociaż bijatyka jest trochę wymuszona, to niektóre jej fragmenty wychodzą świetnie, jak na przykład użycie Marrow przeciwko Meggan. Końcówka jest nieco mniej emocjonująca, ale za to zapowiada istnienie jakiejś większej całości, czyli tego, za co autor zgarnął najwięcej pochwał. Co prawda sam Volga średnio mnie interesuje jako przeciwnik, ale mam nadzieje, że tak samo jak w Legacy, ostatecznie okaże się, że prawdziwy temat leży zupełnie gdzie indziej. Tak więc, jest lepiej i czekam na więcej. A tymczasem daję 7/10.
Krzycer: Ja chcę więcej Spurriera piszącego MI-13. Zwłaszcza Faizę. I Nemesisa. I w sumie to był fajny numer. Tylko wciąż nie jestem przekonany, że ta historia zasługiwała na to, by dać jej całe dwa numery. Jeden chyba by wystarczył.

Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2014.09.10
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.