Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #367-368 (08.09.2014)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 8 września 2014Numer 35-36/2014 (367-368)


Przez dwa tygodnie zebrało się do Pulsa sporo recenzji, dlatego też lektura tego numeru powinna sprawić wam dużą przyjemność. Zapraszam.

All-New Invaders #9
Gil: Nie wiem czemu, ale mam wrażenie, że od jakiegoś czasu scenarzyści używają Deathlocków jako wytrycha. Nie ma z kim się bić? Nawrzucajmy Deathlocków. A żeby było atrakcyjniej, niech będą podobne do Avengersów. Tak, to też już było. W efekcie, dawno już straciłem rachubę, ile tych Deathlocków w naszym czasie przebywa i który jest który. Chociaż, czy to w ogóle ważne? Te nieużywane znikają w limbo, a zawsze można dorzucić nowych. Mam nadzieje, że ta nadchodząca seria będzie miała trochę więcej sensu. Aha, to przecież nie jedyna rewelacja numeru, bo okazuje się, że za wszystkim stał Marsjanin. Taki z Wojny Światów, czy raczej w tym przypadku wprost z Killravena, który pewnie niedługo pojawi się gościnnie. I teraz znów mam tę samą zagwozdkę: rzucić w czorty, czy dać jeszcze szansę? Zobaczymy… Tymczasem dam 4/10.

All-New X-Men #31
Gil: Początek przygody z universum Ultimate, czyli czegoś, co wedle zapewnień sprzed lat miało sie nigdy nie wydarzyć, a najwyraźniej będzie się działo coraz częściej... Nigdy nie ukrywałem, że Ultimate mi wisi, więc wybaczcie, jeśli nie będę zachwycony. Przeczytałem ze trzy numery Ultimate Spider-Mana i nawet podobało mi się jego spotkanie z oryginałem, więc ma u mnie trochę kredytu, ale nie specjalnie cieszę się, że całość rozegra się w tamtym świecie, bo... patrz powyżej. Tymczasem wstęp jest całkiem fajny i kontynuuje pozytywny trend z poprzedniego numeru. Laura i Warren coraz lepiej mi do siebie pasują, Jean jest po prostu miła, a reszta dokłada humoru. Wreszcie młodzi starzy X-Men mogą zrobić coś samodzielnie i do pewnego momentu wychodzi im to całkiem nieźle, póki sprawy się nie skomplikują. Chociaż akurat jeśli o takie komplikacje chodzi, to jestem na tak bo mutanta ze zdolnością tworzenia portali do innych rzeczywistości można wykorzystać na milion interesujących sposobów. Rysunki co prawda były nieznacznie słabsze niż ostatnio, ale nie wpłynie to na ocenę, która pozostanie w niższych rejonach 7/10.
Krzycer: Z jednej strony porządny numer, niezłe interakcje między postaciami, bohaterowie robiący to, co powinni (dla odmiany od innych komiksów Bendisa, bohaterowie próbujący pomóc nowemu mutantowi/istocie z mocami nie wypadają na gburów, dupków i debili którym za diabła nie powinno się ufać, tylko faktycznie usiłują być pomocni). I do tego w miarę niezłe rysunki, choć seria miała już lepszych rysowników. I to paru.
Więc niby wszystko w porządku, a jednak... a jednak jakoś tak głupio, że świat Ultimate stał się "tylko kolejnym alternatywnym uniwersum", do którego można teraz wpadać co drugi wtorek.
Na marginesie, czy możemy porozmawiać o kostiumie Goldballsa? Wiem, że już się w paru miejscach pojawiał, ale jakoś przegapiłem jego pierwszy występ, a skoro jest i tutaj... Thorze miłosierny, jaki ten kostium jest koszmarny. Coś jak niskobudżetowy Speedball, tylko z jakiegoś powodu budzący skojarzenia z sadomaso, z brzydkimi kolistymi wzorami... Rany boskie. Nie pamiętam kiedy ostatnio widziałem taki brzydki kostium na mutancie.
Undercik: Po rewelacyjnym poprzednim numerze, ten wypada słabo. Nie mniej to nadal naprawdę dobrze napisany komiks, ze świetnymi interakcjami. W głowie mi zaświtała taka myśl, że X-Men zostaną w Ultimate. Co by w sumie mogło być ostatnią deską ratunku dla tego świata, ale byłoby to fatalnym rozwiązaniem. Po pierwsze - przepadnięcie X-23, po drugie - brak mini Cyclopsa, po trzecie - zamknijcie już to Ultimate. Nawet jakbym chciał, to nie potrafię już tego czytać, ponieważ czuć tam pustkowie. Niby Miles daje nadzieje na świetny komiks, bo Bendisowi wychodzi on rewelacyjnie, ale błagam. Skończcie już z tym uniwersum. Albo przynajmniej nie wrzucajcie go na siłę do 616. Ech. Znów wrzucił mi się tryb irytacji na UU. A to wszystko przez Ultimatum i późniejsze ubicie Parkera. Marvelu, kończ już to. To nie jest zły komiks, ale to takie wyciąganie trupa z szafy.
jdtennesse: Co mi się podobało: interakcje między uczniami, zarówno O5 i Laura, jak i chwile z juniorami dorosłego Scotta. Co mi się nie podobało – pomysł. Tu się gdzieś coś nagle zepsuło, tam przypadkiem pojawił się nowy mutant, którego mocą jest: a) widzenie innych wymiarów/uniwersów, b) zdolność wysyłania ludzi do tychże światów, c) nie wiem. I na koniec (zero niespodzianki) pojawia się Ultimate Spider-Man. Werdykt: 50/50. Fajne relacje dzieciaków zakłóca zderzenie z innym światem. Rysunki są w porządku. 5/10.

Amazing Spider-Man vol. 3 #1.4
Gil: Meh... niepotrzebnie to przeciągają, bo już wszystko wiadomo. W ogóle niepotrzebna ta miniseria. A tym bardziej niepotrzebnie wciskają to w kropki, zamiast wydać osobno. Niech więc już kończą i przestaną nas męczyć, bo naprawdę szkoda czasu. 3/10.

Avengers Undercover #9
Gil: Zacznijmy od początku, czyli od okładki, która bezczelnie łże. „Zemo vs. Avengers”? To się nie dzieje w tym komiksie. Pomijam już fakt, że przypadkowe zbiorowisko postaci tu wrzuconych ciężko w ogóle uznać za Avengers, gdyż azaliż niektóre z nich nigdy w tej grupie nie były, a inne tkwią w limbo od lat. Technicznie rzecz biorąc, to sługusy Zemo tłuką się z nimi. No tak, ale nikt by nie kupił komiksu z bandą no-name’ów na okładce i sloganem „Zemo’s Minions vs. Pseudo-Avengers”, więc musiała się wtrącić niewidzialna ręka marketingu. Co więc robi Zemo? Heh, zabawne – kradnie Helicarriera. Tak, dobrze widzicie. Cała ta intryga, czyli przejęcie kraju, stworzenie w nim podziemnego (dosłownie) państwa dla złoczyńców, zebranie i wytrenowanie młodocianych łotrzyków, sprowokowanie sytuacji z Arcadem, żeby dobrać się do tej konkretnej grupy dzieciaków i miesiące urabiania ich – wszystko to żeby ukraść Helicarriera. Okay, ja rozumiem, że Zemo to ambitny facet, lubiący skomplikowane zagrywki i manipulacje, ale bez przesady... Cały ten plan musiałby się opierać na założeniu, że SHIELD, dzieciarnia i Avengers zagrają dokładnie tak, jak tego oczekiwał. A widząc, jak roi się tu od nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności, Zemo musiałby być niespełna rozumu, żeby wierzyć, że to się uda. Pomijając już fakt, że to strzelanie z armaty do komara, bo żeby ukraść cholernego Helicarriera w ogóle nie potrzebuje tego wszystkiego. Chyba, że nagle zafascynowały go maszynę Rube Goldberga albo jego nowym idolem jest Kojot Wiluś... W każdym bądź razie, jednym z genialnych elementów tego planu jest zwabienie (pseudo)Avengers do podziemnego miasta tylko po to, żeby zwalić im je na głowę. Ujmę to tak: co za debil próbowałby zrobić coś takiego? No, może poza Kojotem, którego ulubionym rekwizytem są wielkie głazy. Facet, który walczył z Avengers milion razy powinien wiedzieć lepiej. Zwłaszcza, że pod bokiem ma gościa, który mógłby ich posłać do piekieł jednym pierdnięciem. Tymczasem wspomniany osobnik zajmuje się... pomaganiem dzieciakom w zabijaniu czasu? Chyba tak, bo inaczej nie mogę nazwać tej bezsensownej bitki, która absolutnie niczemu nie służy. Jeśli plan Zemo miał się powieść, nie mógł ich pozabijać, więc chyba naprawdę jedynym celem kolejnego starcia z zieloną naroślą na plecach Bloodstone’a było zajęcie ich czymś i wypełnienie połowy komiksu bzdurną bitką. Chyba, że chodziło o hintowanie, że Nico ma teraz jakieś piekielne moce, czy cuś... Strasznie subtelne to było – zwłaszcza rysowanie jej włosów na kształt rogów. Ale hej, to wszystko pikuś w porównaniu z najgorszym cliffhangerem ever. Nie, nie, spokojnie – nikogo nie ubili w koszmarnie głupi sposób. Pamiętacie kiedy ostatnio widzieliśmy Cammi? W więzieniu za ścianą salonu Zemo. No więc teraz nagle pojawia się na pokładzie Helicarriera, a scenarzysta zostawia nas z tekstem „ojej, a jak to możliwe?” Pozwolę sobie odpowiedzieć słowami Kanga z tego tygodnia: „Nobody here cares.” Ale nie zdziwię się, jeśli poświęci połowę ostatniego numeru na wyjaśnienie tej fascynującej kwestii, skoro tak zwany główny wątek jest praktycznie o niczym. A na koniec zaskoczę Was trochę, wrzucając łyżkę miodu do tej beczki dziegciu. Otóż całkiem lubię rysunki Tima Greena i muszę zauważyć, że w paru momentach wyszły mu one bardzo fajnie. Nie wszędzie, ale na przykład potworności w tym wykonaniu były świetne. Z ludźmi może ciut gorzej, ale taki już jego styl, więc coś za coś. W sumie, trochę szkoda go tu marnować, bo i tak nie zdoła wykopać tej serii spod kilometra mułu pod dnem Rowu Mariańskiego. Jedna dobra wiadomość jest taka: został już tylko jeden zeszyt tej drogi przez mękę.
Krzycer: Mógłbym pisać o głupich zachowaniach postaci. Albo o tym, że Deathlocket najwyraźniej zrobiła półobrót w stronę pełnego zeźlenia z prędkością Anakina Skywalkera. Albo o koszmarnych rysunkach, w których ta sama, przypomnijcie mi... trzynastoletnia Deatlocket otrzymuje proporcje a'la bohaterki Turnera - talia osy i nogi trzy razy dłuższe od korpusu.
Albo - dla odmiany - o tym, co Hopelessowi wyszło, jak bardzo ładna, krótka scena między Cullenem i Aidanem po odczarowaniu tego pierwszego.
Ale nie. Zamiast tego porozmawiajmy o planie Zemo. Ok, być może nie widzieliśmy jeszcze wszystkiego. Może tam jest jakiś as w rękawie. Może. Wątpię. Ale może. Ale obecny stan wiedzy wskazuje na to, że cały ten masterplan - ze zwabieniem nastoletnich bohaterów do Bakalii, z udawanymi próbami przeciągnięcia ich na Ciasteczkową Stronę Mocy, z trzymaniem ich tam przez trzy miesiące, z więzieniem nieposłusznych (...po co?) i Arcade'a (...tym bardziej po co?) - wszystko to służyło tylko temu, by Zemo mógł zarąbać SHIELD Helicarrier.
Coś, co z zasobami ludzkimi, które codziennie zbijały bąki w Bakalii mógłby bez trudu zrobić w każdej chwili.
Wiem, wiem, to nie jest nic odkrywczego, że Hopeless napisał coś takiego, ale... To. JEST. GŁUPIE!

Avengers vol. 5 #34
Gil: Tułaczka Capa po odległych przyszłościach dobiegła końca i ostatecznie to rozstrzygnięcie uznam za całkiem satysfakcjonujące. Inna sprawa, że można było to zrobić szybciej i z mniejszą ilością waty, ale przynajmniej jest jakiś konkretny wniosek, a sam numer czyta się chyba najlepiej z całej tej historii. To ostatnie jest zasługą potrójnej dawki Kanga i kolejnych nawiązań do Avengers Forever oraz zapowiedzią ciągu dalszego. Jeśli tylko Hickman dotrzyma słowa (a myślę, że w tej kwestii można mu zaufać), czeka nas teraz konfrontacja między Avengers a Illuminati. I jeśli będzie co najmniej tak dobra jak finał jego runu w Fantastic Four, to ja już jestem kupiony. Najbardziej jednak interesuje mnie to, w jaki sposób autor zamierza sobie poradzić z kłodami, jakie swoimi pomysłami rzucił mu pod nogi Remender? A tymczasem – trochę podbudowany oczekiwaniami – dam 7/10.
avalonpulse0367a%20%5B1600x1200%5D.jpgczarny_samael: Głupota Kapitana Ameryki nie denerwuje mnie ot, tak po prostu. Głupota Illuminati nie irytuje mnie ot, tak po prostu. Ich głupota, miejsce w którym się znaleźli a na które poza Namorem, czy Cyclopsem nie nadaje się nikt inny poza może Black Boltem i King Thorem, irytuje mnie tak mocno, bo widzę w niej klękanie wobec populizmów. Różnych. Hitlerowskich, korwinowskich, rasistowskich, nacjonalistycznych, religijnych itd. Widzę w tym postawienie wokół siebie ściany z tez religijnych, gdzie jest jak w tym kawale, gdzie debata z katolikiem o sensie biblii jest jak gra z gołębiem w szachy: nieważne jak dobre ruchy wykonujesz, nieważne jak świetną obrałeś taktykę. Gołąb i tak przewróci wszystkie figury, nasra na szachownicę i będzie dumny, że wygrał. Do takich idiotów jak Cap, czy Richards nic nie dociera. NIGDY! I są święcie przekonani, że właściwie postąpili okazując wszędzie swoje moralne zwycięstwo. ZAWSZE! Tak jak powiedział Cap - on nie rozważa co jest mniejszym złem, on "pomaga". To niech pomoże Red Skullowi, facet też potrzebuje pomocy, nie? Co będziemy rozważać kto jest w większej potrzebie: Red Skull, czy jego możliwe ofiary.
To doskonale obrazuje całą świętoszkowatość Spider-Mana, idiotyzm Schizmy urządzonej przez Logana itd. Nie myślą o tym, że nie należy się ograniczać w walce z Green Goblinem, tylko go zabić kiedy to będzie możliwe, bo inaczej zginą niewinni. Nie myślą o tym, że młodzi mutanci i tak całe życie będą się tłuc, bo od początku istnienia X-Men ktoś próbował ich wybić do nogi. I wreszcie nie myślą o tym, że śmierć jednej planety w porównaniu do wszechświata jest niczym. NICZYM! A teraz harcerzyki się zjednoczą przeciw Namorowi, bo jest ZUYYYYYY. Tylko, że bez niego każdy z tych wszechświatów już by zginął. Ot, szczegół. Bez Phoenixa, na Ziemi nadal obowiązywałoby zaklęcie zrodzone z mocy Chthona. Oj tam, Black Bolt to morderca, bo Vulcan mógł się zmienić i hasać z Avengers/X-Men by odkupić swoje winy. W końcu Xaviera mogli usprawiedliwić, nie? Bo jakoś łatwo im to przychodzi, gdy są pewni że przeciwnik nie miał racji, ale gdy mają wątpliwości, gdy ktoś stawia ich przed konkretnym wyborem, to po prostu nie mogą znieść myśli o tym, że świat nie jest prosty i nie można uratować wszystkich, a samemu trzeba zdecydować kto ma umrzeć. Z lubością będę patrzył na bezsilnego Capa, kiedy i u Hickmana w końcu nie będzie mógł załatwić problemów rzutem tarczą.
Pomijam już jakich naiwniaków zrobił z Kangów autor, bo chcę mu darować ocenę ujemną za ten komiks. Jego wydźwięk jest nie do przyjęcia. Wiedziałem, już tydzień temu że szybko wystawię Hickmanowi taką ocenę, ale nie myślałem że tak szybko. 0/10.
Krzycer: Ale głupi ci Kangowie. To z jednej strony. Z drugiej strony, Cap jest harcerzem i ucieleśnieniem dobroci i prawości. Co innego miałby zrobić? Czy ktokolwiek spośród forumowiczów naprawdę oczekiwał, że Cap ugnie się przed faktami i powie "wysadźcie parę światów"? Oczywiście, że nie. Cap się nigdy nie ugnie, to podstawa jego ciapowatości.
I teraz jestem naprawdę zaintrygowany, co Hickman z tym zrobi. Czy tu będzie jakiś happy end? Czy Hickman postanowi złamać Kapitana, i pokazać, że jego prawość się nie liczy w obliczu bezwzględnej Nieskończoności? Bo to by mnie naprawdę zaskoczyło.
Oczywiście, za moment Capa zastąpi Falcon, więc możliwe, że starySteve będzie za słaby by powstrzymać Kabałę (...i Illuminati? Czy Illuminati będą teraz aktywnie próbować powstrzymać Kabałę?), a tymczasem Falcon przejrzy na oczy i pozwoli im działać. I wtedy Steve zachowa swoje ideały, Marvel zrzuci winę na Murzyna, i wszyscy będą zadowoleni.
A wracając do tego numeru, to o ile podobał mi się nieugięty Steve i jego przemowa, o tyle numer był jednak słaby, bo naprawdę... ale głupi ci Kangowie. Kto by przewidział, że Kapitan rzuci tarczą? Inconceivable!
Undercik: Naprawdę spodziewaliście się czegoś innego po Rogersie? Jakby zrobił co innego, to zaraz by się posypały głosy, że Hickman pisze postacie out of character. Owszem, komiks nie jest idealny, ale obwinianie scenarzysty za to, że superbohaterowie są superbohaterami, trochę mija się z celem. Jeszcze przy Black Pantherze i Black Bolcie to rozumiem [chociaż to inny komiks], ponieważ są władcami, ale poza tym? Nie wiem czego oczekujecie po tej konwencji. To nie jest jakiś komiks militarny, czy kosmos Marvela, gdzie takie rzeczy odchodziły. To pieprzeni superbohaterowie. Oni właśnie z założenia nie zabijają. Ale znów - stajemy w miejscu w którym powstaje kolejna dyskusja, czy oni powinni zabijać. Co to za różnica, skoro w Marvel ludzie częściej powstają z martwych niż umierają? Mi to nie przeszkadza, ponieważ traktuje to jako konwencje, tak samo jak lasery z tyłka.
Wracając do samego komiksu. Podobała mi się ta historia. Chyba najlepsza od wyprawy do Hong Kongu. Owszem, ma swoje wady, jak zidiocenie Kangów. No bo kto by pomyślał, że Cap... rzuci tarczą. Przymykając oko na tą głupotę jest naprawdę nieźle i w końcu odzyskałem zainteresowanie runem.
 
Cyclops vol. 3 #4
Gil: No i wracamy do sytuacji, kiedy to niemal zaraz po lekturze zapominam, że w ogóle czytałem taki komiks. Sprawdzam więc jeszcze raz, co tam było i próbuję wyłowić jakieś plusy i minusy. Okay, relacja ojca z synem jest przedstawiona całkiem fajnie i jest tam parę lepszych dialogów. Tylko, że właściwie nic się nie dzieje, bo siedzą na tej bezludnej planecie i kombinują, jak nie dać się zjeść. Wniosek stąd taki, że ta seria naprawdę potrzebuje jakiegoś mocarnego kopa, bo inaczej po prostu utonie pod innymi tytułami. Nie powiem, że szkoda by jej było, bo w sumie jest mi obojętna, ale udzielić porady mogę. I dam 5/10.
Krzycer: Rucka wciąż jest dobry w tym, co tu robi. A robi tu fajne relacje ojca z miniCyclopsem. Więc akcji niewiele (choć i tak udało im się zmieścić walkę z mynockami, bo przecież nie da się napisać komiksu bez sceny akcji), ale i tak świetnie się to czyta.
jdtennesse: Bardzo fajny numer. Jako że nadrabiam zaległości, to czytanie historii w ciągłości daje jeszcze więcej frajdy. Śledzimy dalej przygody Scotta juniora i jego ojca. Są rozbitkami na jakiejś planecie i muszą nauczyć się na niej żyć. Wychodzi im świetnie, Scott ćwiczy szermierkę, znamy już prawdę o jego ojcu, tylko jedno mnie irytowało – dość późno wpadli na pomysł skorzystania z rozbitego statku i wykorzystania trackera. Świetne rozmowy ojca z synem, poruszają ważne tematy. Nie jestem tylko pewien, czy Corsair ma rację mówiąc, że dorosły Scott zamienił nadzieję na wściekłość. Może był już trochę disillusioned (nie wierzę, że to piszę, bo w sumie fanem Scotta nie jestem)? Jeszcze raz podkreślę świetne relacje ojca z synem. Zmiana rysownika nie zaszkodziła, a wręcz wyszła komiksowi na lepsze – rysunki są bardziej realistyczne. Polecam jako niezłe czytadło, w którym nie ma zbędnych nawalanek, a jest tylko rozwój postaci. 7/10.

Fantastic Four vol. 4 #9
Gil: No i a piat od nowa… Czyli zaczynamy od serii pytań pod wspólnym hasłem „dlaczego?” Na przykład, dlaczego She-Thing jest teraz ywil bijacz? Dlaczego w więzieniu wymieszane są kobiety z mężczyznami? Dlaczego ktoś chce zniszczyć Dragon Mana? Dlaczego nikt nie reaguje na jego uwolnienie? I najważniejsze: dlaczego ktoś napisał na okładce, że to jest jedynie słuszne oblicze tej serii, kiedy jest wręcz przeciwnie? Okay, może i zaczynało się ciekawie, ale szybko wyrżnęło o beton i nie wznosi się powyżej poziomu wcześniejszej iteracji pióra Fractiona. I właśnie dlatego dostanie znów 3/10.
Undercik: Ok, uwielbiam tą serię. Czy jest lepsza od tego co robił Hickman? Raczej inna. Robinson odwala kawał dobrej roboty pisząc Pierwszą Rodzinę Marvela. Nie boi się korzystać z historii zespołu, a także ze zmieniania status quo bohaterów. Naprawdę jestem ciekaw jak to się dalej potoczy. Dosłownie każdy wątek, a w szczególności dzieciaki z Human Torchem na czele. Jak dla mnie druga najlepsza rzecz z All-New Marvel NOW. Mam nadzieje, że Robinson mnie nie zawiedzie, wyniki sprzedaży nie będą tragiczne, a Marvel nie będzie chciał kończyć serii, ponieważ już czuje, że będzie to jeden z najlepszych Fantastycznych Runów.

Guardians Of The Galaxy vol. 3 #18
Gil: Hm... to pierwszy od dawna numer serii, który mi się podobał. Co więcej, jest to pierwszy od bardzo, bardzo dawna komiks z rysunkami McGuinnesa, który mi się podobał. O ile przyczyny tej drugiej niespodzianki nie umiem wyjaśnić inaczej niż stwierdzeniem, że chyba rysownik bardziej się postarał, tak bardzo łatwo mogę wyjaśnić tę pierwszą. Otóż wreszcie – po latach conajmniej dwóch – dostaliśmy jakąkolwiek odpowiedź na pytanie, co wydarzyło się w Cancerverse. I jak na razie, ta odpowiedź nawet mi się podoba... w większości. Peter i Rich kontra Thanos to świetny pojedynek i nawet przez chwilę poczułem się jakbym czytał bezpośrednią kontynuację tamtej historii. Schody zaczynają się w momencie wejścia Draxa, który wygląda dziwnie inaczej. Ale może to doprowadzi nas do odpowiedzi, dlaczego Quill jest teraz blondasiem, więc powiedzmy, że dam im szansę. I tak naprawdę jest tylko jedna rzecz, jaka może diametralnie zmienić moje nastawienie: jeśli okaże się, że ze wszystkich obecnych tylko Richard nie wrócił żywy. Mam wielką nadzieję, że będzie inaczej, bo najchętniej widziałbym go w tej grupie zamiast jakiegoś Venoma od czapy. Chyba pierwszy raz daję temu tytułowi 7/10, więc tym większą mam nadzieję, że się nie przeliczyłem.
Xavier83: Na to czekałem od baaaardzo dawna. Richard Rider Nova Prime ! W końcu zaczynamy dostawać wyjaśnienie co u licha wydarzyło się w największej chwili próby prawdziwego herosa. Sceny walk i dialogi bardzo dobrze się przeplatają. Już nie mogę się doczekać kolejnego numeru! Nova Prime rules! 8/10.
Krzycer: Dzieje się! Najpierw dzieje się głupio, bo klamrą narracyjną jest Gamora porywająca i przesłuchująca Quilla (...wtf?), ale już chwilę później dzieje się porządnie.
Zastanawiam się, czy regeneracja Draxa ma być wg Bendisa wyjaśnieniem, czemu teraz zachowuje się i gada inaczej, niż za DnA, czy to po prostu szczęśliwy zbieg okoliczności, który pozwala przyjąć takie założenie. W końcu Drax miał parę osobowości po drodze, więc precedens jest...
Szkoda tylko, że rysuje to McGuiness, za którym nie przepadam. Mogli wziąć kogoś, kto rysował kosmos DnA, żeby nawiązać do epoki. Np Pelletiera.
I jeszcze jedno - czemu Gamora nazywa Novę "Richardem Ryderem"? To literówka? Bo mam wrażenie, że już kiedyś to widziałem - i chyba też w komiksie Bendisa...
Undercik: Rider is back! Z oceną numeru się wstrzymam do końca historii, ponieważ tak właściwie od finalnego wyjaśnienia sprawy zależy jak to wszystko odbiorę.
Kminek: Fajnie budowany suspens, nieźle rozpisane dialogi, bardzo ładna strona graficzna i Peter Quill w centrum akcji - Guardians of the Galaxy chyba w najlepszym wydaniu od początku vol. 3. Intrygujące!

Inhuman #4
Gil: Mam wrażenie, że to jest ten moment, kiedy Soule całkowicie przejął kontrolę nad serią. A może to tylko zmiana rysownika sprawiła, że odczułem zmianę klimatu serii? W każdym razie, trochę ją czuć i nie jest to zmiana na lepsze. Owszem, jest jeden fajny wątek – Reader i cała akcja w Chinach. Poza tym jednak mam wrażenie, że całość spuszcza z tonu. W New Yorku powstał New Attilan, który dotąd nie został zauważony nigdzie poza tą serią, co jest dziwne, bo powinna być ona czasowo trochę z tyłu. Medusa najwyraźniej postanowiła uczynić z niego atrakcję turystyczną, co niby ma swoje uzasadnienie tutaj, ale wciąż jest dziwne. Podobnie jak jej inne decyzje. A tymczasem teoretycznie główni bohaterowie serii siedzą na kanapie i gawędzą sobie. To jest jak powiedzenie wprost, że nic się tu nie dzieje, nawet jeśli teoretycznie zawiera wprowadzenie do czegoś. No i jeszcze rysunki. Nie jestem fanem Stegmana, więc nie odbiorę tego jako zmiany na lepsze, a co najwyżej sposób na przyspieszenie cyklu wydawniczego. I tym razem dam 5/10.

Original Sin #5.4
Gil: Myślałem, że to już będzie ostatni numer, ale spoko – nawet chętnie czytnę jeszcze jeden. Wciąż jest fajnie, chociaż już trochę przeciągają i niektóre rozmowy mocno zbaczają z tematu. Zdecydowanie cały zeszyt ukradł Loki i mam wrażenie, że to jego seria skorzysta najwięcej na odblokowaniu Asgardu i powrocie Odina. Ciekawe czy przy okazji wrócą też tego złego – jak mu tam było? Co prawda w Fear Itself nie był ciekawym przeciwnikiem, ale może Ewing lub Aaron mają na niego lepszy pomysł. Thor również ma swój fajny moment w końcówce, kiedy zaskakuje anielice burzą. I tylko Angela jakoś niewiele robi, a kwestia tego czy jest lub nie jest siostrą Thora nadal jest odbijana w tę i ową stronę jak ping pong. Może coś konkretnego wydarzy się w finale, więc zmierzajmy do niego. A jeśli chodzi o rysunki, to znów mamy dwa różne style, z których jeden wydaje się raczej niedbały. Za całość natomiast dam znów 7/10, ale trochę słabsze.
Krzycer: Dżizas. Z numeru na numer z Bianchim jest coraz gorzej. To, co tu oferuje, na niektórych kadrach jest naprawdę koszmarne.
Fabularnie jest nieco lepiej, choć Anielice są naprawdę, naprawdę głupie. Umówmy się, Loki może być tricksterem, bogiem kłamstw i innych takich, ale to był numer na poziomie wczesnej podstawówki.
Tylko co się stanie z Serpentem, jeśli Odyn sobie pójdzie?
Kminek: O tym komiksie chciałbym tylko powiedzieć dwie rzeczy.
Pierwsza: numer ten można śmiało zatytułować, niczym mickiewiczowski wiersz, "Powrót taty". Tatulek po raz kolejny wraca, może nie w glorii, może nie w chwale, ale za to z jakim przytupem.
Druga: Przestaję wierzyć, że scenarzyści Marvela przełamią niepisaną zasadę o tym, żeby nie wskrzeszać Gwen Stacy i wujka Bena. Bo skoro mogą wskrzesić istotę, której śmierć zapowiadało przedwieczne proroctwo, to jaki jest problem z dwoma śmiertelnikami?

Savage Hulk #3
Gil: Jak zobaczyłem okładkę myślałem, że będa próbowali wcisnąć tę zmianę Jean w Hulka w continuity. Na szczęście okazało się, że to wszystko dzieje się w jakimś iluzorycznym świecie, stworzonym przez Leadera. Możemy więc odetchnąć z ulgą i wrócić do traktowania tego jak nieszkodliwy fanfic. Bo nadal tak to właśnie wygląda i nadal nie widzę sensu istnienia tej serii. Czyli raz jeszcze 3/10.

Silver Surfer vol. 6 #5
Gil: Kolejny świetny numer. I kolejny raz mam wrażenie, że w miejsce Surfera można by spokojnie wstawić Doctora Who. Co wciąż jest plusem, bo unikalny charakter tej serii bardzo fajnie przenosi się tutaj. Gościnny występ Hulka i Strange’a jest również świetny, ale jednak cieszę się, że Surfer i Dawn zdecydowali się kontynuować kosmiczne wojaże, bo oferują więcej możliwości. Tymczasem okazuje się, że przyczyną dziwnych wydarzeń na ziemi był Nightmare, więc wszyscy doświadczają swoich najgorszych – dość oryginalnych przy tym – koszmarów. Całość ma fajne psychodeliczne zabarwienie, a rozwiązanie jest całkiem zaskakujące. I ogólnie świetnie się to czytało. Do tego stopnia, że nawet rysunki Allreda przestały mi już dawno przeszkadzać, bo tutaj akurat pasują. Czyli raz jeszcze solidne 7/10.

Thunderbolts vol. 2 #30
Gil: Eee… co to było? Przyznam, że było miejscami całkiem zabawne, ale co to było? Najwyraźniej (Bl)Ackery dostały pozwolenie na swobodne dobicie serii i po prostu robią, co chcą, więc bez skrępowania kpią sobie z całego tego pomysłu i różnych dziwnych zagrywek poprzednich autorów. A najdziwniejszą z nich było właśnie sparowanie Elektry z Karzącym Frankiem i dlatego ten ich pojedynek to jeden wielki clusterfuck. Zabawny na swój perwersyjny sposób, ale jednak. Żeby zabrać się do czytania, trzeba najpierw przygotować się do tego i pod żadnym pozorem nie traktować poważnie, bo wtedy można nadwyrężyć jakiś nerw. Przy takim podejściu można nawet nieźle się bawić i wystawić 5/10.

Uncanny Avengers #23
Gil: Okay, tam gdzie scenarzyście należy się pochwała, udzielę mu jej bez wahania: w tym numerze Remender poświęca trochę czasu i miejsca na uaktualnianie swojej serii względem reszty uniwersum i odkurzenie paru elementów, które pod drodze się zawieruszyły. ALE! Nie zmienia to faktu, że nadal robi to sposobem, który można określić tylko jako lazy writing. Zamiast pokazywać nam, jak pewne rzeczy się dzieję, robi przeskok w czasie i informuje nas, że już się dokonało. Tak samo jak zamiast budować związek między Havokiem i Wasp zafundował nam wibbly-woobley timey-whimey instant marriage, tak teraz nie pokazuje nam, jak bohaterowie radzą sobie z konsekwencjami poprzedniej historii, tylko oświadcza, że minęło ileś miesięcy i już im lepiej. No dobra – są wyjątki: ulubieńcy autora i postacie, na które się uwziął (a przynajmniej tak to odbieram). No i tutaj również wyłazi lenistwo: Wonder Man poza swoim ciałem? Było. Rogue nie kontrolująca swojej mocy? Było. Nawet nowy kostium Sunfire wcale nie jest nowy, tylko jest kolejną próbą zaimportowania lepszego designu z AoA. A! I jeszcze jedno nie jest nowe – rewelacja jakoby skakanie w czasie nagle spowodowało wymazanie wszystkich innych przyszłości poza jedną. Dokładne wyjaśnienie, dlaczego to jest bullshit, wymagałoby sporego elaboratu, ograniczmy się więc tylko do przypomnienia, że już próbowali nam to sprzedać parę razy i nigdy nie wychodziło. Zresztą, daleko szukać nie trzeba – zajrzyjcie do Avengers z tego tygodnia. Chociaż... łeb mi pęka, jak próbuję umieścić tę serię w chronologii... poprzednia historia na pewno była przed tym jak Wolviek stracił healing factor, więc w sumie się zgadza. Ale czy ta dzieje się już po Original Sin? A chu...lera go wie! No dobra, czyli mamy sporo wątków popychanych naprzód metoda „bo tak”, ale przynajmniej na koniec wpada coś w miarę interesującego, czyli przypomnienie, że gdzieś tam czai się Czerwony Czerep z mózgiem Xaviera w środku. O ile sam wątek jeszcze mnie interesuje, tak nawet bardziej zaintrygowało mnie, gdzie on sobie postawił ten prywatny obóz, że nikt nie zauważył? No i już naprawdę na koniec dwa słowa o rysunkach: są brzydkie. Takie karykaturki z wypiętymi cyckami. Całokształt ocenię lepiej niż poprzednio, ale wyżej niż 5/10.
avalonpulse0367b%20%5B1600x1200%5D.jpgKrzycer: Kurczę, nie, Remender naprawdę nie miał lepszego pomysłu, niż ściągnąć Rogue do status quo sprzed Carey'a? Naprawdę? Kurza twarz. Mam nadzieję, że to tymczasowe, bo takie cofanie postaci w rozwoju naprawdę nie jest fajne.
Z drugiej strony mamy starego Steve'a, który nic nie robi w tym numerze, Wolverine'a, który - sądząc po kostiumie - zdążył stracić hf między tym a poprzednim numerem, parę innych krótkich i nic nieznaczących momentów...
Oraz Alexa i Janet. Którzy są szczęśliwą parą z wieloletnim doświadczeniem i walić, że nie mieliśmy okazji widzieć, jak ten związek się zawiązuje, i czemu oni właściwie mieliby pasować do siebie. Stało się i się nie odstanie.
A potem mamy wizytę Immortusa, bo tak, i jego rewelacyjną poradę dla pogrążonej w żałobie pary. "Pomogę wam odzyskać córkę" obiecuje Immortus, kręcąc wąsa. "Musicie ją ponownie spłodzić!"
Śmiech na sali.
Na koniec dostajemy Red Skulla, który tym razem znowu nie ma ręki, bo mu ją Logan uciął, choć w międzyczasie w "Captain America" - też pisanym przez Remendera - ją miał, jeśli dobrze pamiętam? I tu dostajemy scenę, która mogłaby być głupawa, ale autentycznie mnie rozbawiła swoim czarnym humorem - Skull zastanawiający się, czemu sam na to nie wpadł.
Ogólnie, był to zaskakujący numer - ale w większości nie były to pozytywne zaskoczenia.
Kminek: No i mamy epilog połączony z przeskokiem w czasie... Może nie do końca udany, może to całkowicie spłyca historię, ale mnie nadal się podoba ta seria.
Podoba mi się za to uderzenie w nieco poważniejsze tony, jakie prezentuje sobą Uncanny Avengers. Podoba mi się pomysł związku Wasp i Havoka oraz odrobina nadziei, jaką daje im Immortus [moim zdaniem tyranie superbohaterów, tak jak choćby Wolverine'a, na dłuższą metę staje się bezsensowne]. Podoba mi się odwaga Marvela w próbie przeniesienia na strony komiksu najbardziej tragicznego wątku II Wojny Światowej i podoba mi się fakt, że Rogue będzie musiała polegać na Scarlet Witch, którą, delikatnie mówiąc, pomiatała przez całą serię.
Co mi się zatem nie podoba?
Ano nie podobają mi się przede wszystkim rysunki. Strona graficzna jest naprawdę słaba, a Red Skull wygląda jak karykatura istoty, na której przybyła Angela do świata Marvela [Age of Ultron #10].
Nie podoba mi się też fakt, że Red Skull ma nagle odrąbaną LEWĄ rękę, a w poprzednich numerach, o ile mnie pamięć nie myli, miał prawą.
Za to nie wiem, co myśleć o przemianie Shiro. Z jednej strony fajnie, że ma wygląd jak jego odpowiednik z Age of Apocalypse, może to taka mała wskazówka, co do nadchodzącego powrotu En Sabah Nura w AXIS, a może po prostu odgrzanie starego pomysłu.
Ja tam czekam na dalszy ciąg, a co!
jdtennesse: Czy to zakończenie numeru to jakiś żart? Ale po kolei. Kupa. Jedna wielka kupa. Rogue została zretconowana? Nie dość, że dali jej gościa w postaci Simona, tak jak niegdyś Carol, to jeszcze zabrali jej zdolność panowania nad mocą? Pewnie jedno jest związane z drugim, ale jednak… Shiro znowu jest jakimś atomowym tworem? Whatever, never really liked him anyway. A Alex jest oszpecony… Szkoda, że kiedy gościł w X-Factor nikt o tym nie wiedział/ nie pamiętał. Właściwie, to w ogóle nie powinien był tam gościć, przecież „był” gdzie indziej. O Rogue przynajmniej pamiętali, żeby usunąć z żeńskiej drużyny X-Men, ale o nim jakoś nie pamiętali? Dalej, Alex i Wasp muszą w wyznaczonym terminie spłodzić swoje dziecko, które utracili, a odzyskają je…? No i kochają się i są parą, chociaż cała ich wspólna historia wydarzyła się w innym czasie i miejscu, którego już nie ma… Hmm… No tak, przecież tu wszystko ma sens. No i killer numeru – Red Skull stworzył obóz koncentracyjny dla mutantów? Nie, dziękuję. Mam nadzieję, że ta beznadziejna seria się zakończy – z numerem 25, jeśli dobrze słyszałem? Aha, byłbym zapomniał o rysunkach – potwornie szpetne, Rogue jest bardziej oszpecona niż Alex, naprawdę. 1/10.

Wolverine And The X-Men vol. 2 #8
Gil: Logan i Storm spędzają rok w The World, romansując i pomagając w jakiś lokalnych konfliktach. Jeśli chodzi o element pierwszy – yeah, whatever. Nie specjalnie podoba mi się pomysł ich sparowania, więc skwituję to tylko tym krótkim stwierdzeniem. Element drugi dla odmiany jest dla mnie dość zagadkowy, bo do tej pory World był słabo zdefiniowany i szczerze nie wiem, czy jest w nim miejsce dla jakiś wojujących plemion. Wygląda to jednak bardziej jakby komuś pomylił się World z Tabula Rasa i mocno tu namieszał. Aha, w tle pojawiają się jeszcze na chwilę dzieciaki ze szkoły, żeby przypomnieć nam, że jest to teoretycznie seria o grupie. Właściwie, to całość można podsumować jednym wielkim „yeah, ,whatever” i dać 4/10.
Krzycer: Nie kupuję związku Storm i Logana. Tzn, kupuję to jako rebound Storm po rozpadzie jej małżeństwa z Black Pandą, jako parę friends-with-benefits... Kompletnie nie kupuję tego jako jakiejś wielkiej miłości, zakochanych dla których spędzenie roku (!) samotnie byłoby spełnieniem jakiegoś nienasyconego pragnienia. Kurczę, Claremont pisał właściwie wszystkich X-Men jako kochających się nawzajem, ale nawet u niego już bardziej dwuznaczna była przyjaźń Ororo z Kurtem, niż z Loganem.
Więc, ten... Ororo i Logan na wakacjach w alternatywnym wymiarze. Zaletą tego komiksu jest jego zwięzłość - w obecnym standardzie wydawniczym Marvela jakiś redaktor mógł naciskać, żeby z robić z tego dwunastoodcinkową sagę, a przynajmniej sześciozeszytowego trejda. Miło, że cała rzecz zamyka się w jednym numerze.
jdtennesse: Nie, nie wierzę. Tak wygląda randka Ororo i Logana? Liczyłem na coś więcej niż krótka (wiem, że to niby rok, ale…) przygoda w innym świecie, do tego z jakąś naprędce wymyśloną walką i szybką „koronacją” Ororo na królową. Może nie do końca jestem rozczarowany, ale na pewno nie tego się spodziewałem. Jedno co dobre, historia jest zamkniętą w sobie całością, nikt nie będzie o tym (musiał) pamiętać, a i przypuszczam, że czytelnikom raczej nie zapadnie w pamięć. Niby są fajne momenty, ale jest też kilka takich, gdzie mam kwaśną minę (Logan jako rolnik, hehe). Autor chyba chciał nawiązać do tradycji, że u X-Men randka/romans to również walka/przygoda, ale nie do końca się to udało. I trochę przeszkadzają zmiany rysownika. Ale fajna ostatnia strona, dobre podsumowanie. Niech będzie (mimo początkowych obiekcji) 4/10.

Wolverine vol. 6 #12
Gil: No i skończyło się. I co? I go nie ubili. Już, już myślałem, że to ten moment... ale nie. Zamiast tego, uparli się na happy end. Więc ja się pytam: co to &^®#@ ma być? Narobili hałasu i przesadnego dramatyzmu, a teraz, że to niby symbolicznie? Że niby Wolverine umarł, ale James został? To już lepiej, niech mu teraz wpakują nóż pod żebro w jakimś dodatku, bo to jest po prostu mierne. Powiedzieć, że jestem zawiedziony to jak powiedzieć, że bomba atomowa robi bum. W sumie to nie obchodzi mnie już, co będzie dalej i zostawiam to w cholerę na czas nieokreślony. A na dowidzenia 1/10.
Krzycer: Nie wiem, kto tu bardziej zawinił - Cornell czy rysownik - ale ostateczne starcie Logana z Creedem jest kompletnie niewiarygodne. One zawsze polegały na tym, kto szybciej przeładuje hf tego drugiego. Może gdybyśmy w tej walce zobaczyli, że Logan korzysta z tego, czego nauczył go Shang-Chi, czy coś...
Nie wyszła Cornellowi ta historia, może nie było już czego ratować, więc i zakończenie jest do zapomnienia. Jeśli to naprawdę "the last Wolverine story", to mogę tylko powtórzyć pragnienie, by po zapowiadanej od roku (!) śmierci Wolverine przeleżał w grobie przynajmniej parę lat. Niech Marvel pozwoli nam za nim zatęsknić, zanim ponownie zacznie nam wciskać taki chłam.
Kminek: Wiele hałasu o nic. Tak można to podsumować.
Niby "łał", że znowu w centrum handlowym, niby "łał", że Logan wreszcie pogodził się, ze swoją śmiertelnością i niby największe "łał", że odważył się walczyć bez kostiumu, ale poza tym... Nic wielkiego.
Sabretooth, zapowiadający swoją boskość przez tyle numerów, został wyeliminowany kilkoma sprawnymi ciosami, super-śmiercionośna-świecąca-kula nie zmieniła świata, a rozgniewana na Wolviego laska wybacza mu i znika. I choć lubię szczęśliwe zakończenia, to wydało mi się zbyt cukierkowe.

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Gniot tygodnia:

avengers_undercover_9@m%20%5B1600x1200%5D.jpgAvengers Undercover #9
Autor: Francesco Mattina

Demogorgon: Dobra, przyznaję – z technicznego punktu widzenia to jest dobra okładka. Bardzo dynamiczna, zwracająca uwagę, świetnie narysowana. Ba, działa nawet na poziomie konceptualnym – z jednej strony oczywiste nawiązanie (porównajcie z okładką pierwszego tomu mangi Atak Tytantów), ale z osadzeniem Zemo, złoczyńcy, w roli bohatera oraz Giant Mana w roli Tytana, daje nam najprawdopodobniej najbliższe co dostaniemy ambiwalentności moralnej, o której ten głupi komiks miał być, a o której nigdy nie był, bo większość postaci niedwuznacznych moralnie zredukował do roli jednowymiarowych bandytów i samolubnych idiotów. Więc tak, to w sumie dobra okładka. Tyle tylko, że... Tu chodzi o symbolikę, okej? Tu chodzi o to, że homage powinien być oddaniem czci, uhonorowaniem oryginalnego dzieła i inspiracji, jaką to jest dla autora. Ostatnio zacząłem się interesować Shingeki no Kyojin, Attack on Titan, Atakiem Tytanów czy jakkolwiek chcecie to nazywać. Nie zacząłem jeszcze oglądać anime, ale przeczytałem pierwszy tom mangi i trochę poczytałem o samej serii. I z tego co rozumiem, jest to historia o bohaterach, może młodych, może nie do końca poukładanych wewnętrznie, może nie rycerzy w lśniących zbrojach, ale bohaterach. Którzy stają naprzeciw wroga tak potężnego, że każda próba walki z nim wydaje się bezsensowna. Ale oni prą naprzód. Wielu z nich ginie, wielu cierpi, ale nie poddają się, nieważne jak beznadziejna jest sytuacja, nieważne jak wielki jest ból i rozpacz. Próbować podczepić pod to serię o tym, jak to bohaterowie są absolutnie bezsilni w obliczu potężnego zła i absolutnie muszą mu ulec tylko dlatego, że nie są chodzącymi ideałami, ale mają wady, bo nie są czyści i nieskazitelni, że muszę przegrać tylko dlatego, że są ludźmi i w ogóle nie powinni próbować, bo ból i cierpienie są za wielkie? To nie jest homage. To nie jest oddanie honoru. To nie jest czerpanie inspiracji. To nie jest nawet satyra ani parodia, bo brak mu jakiegoś zacięcia albo pointy. To, panie i panowie, jest pasożytnictwo, próba podpięcia się pod czyjś sukces w naiwnej nadziei, że jakiś półmózg kupi komiks w ciemno, bo okładka skojarzy mu się z czymś, co lubi. To wzięcie przesłania oryginału i wytarcie się nim w miejscu, którego nie mogę wymienić bez zostania ocenzurowanym. To obraza dla fanów oryginału i obraza samego oryginału, to bezczelne zachowywanie się jak pijawka. To próba uprawiania tej samej popkulturalnej czarnej magii, którą była każda niemalże okładka do Avengers Arena – robienia z mas i indywidualnych fanów kretynów, przez podprogowy przekaz budzący skojarzenia między dwoma tytułami, w nadziei, że nasze mózgi zrobią przeskok i uznają jedno za tak dobre, jak drugie, niezależnie od jego prawdziwego poziomu. I chociaż wiem, że to bez sensu, że nie ma szans, aby te słowa kiedykolwiek dotarły do kogoś, kto cokolwiek znaczy, a potraktowałby je poważnie, to do diaska z tym, muszę sobie ulżyć - chciałbym wystosować wiadomość do Kodansha, wydawców Messatsu Shonen Magazine w którym ukazuje się Shingeki no Kyojin: Pozwijcie coś.

Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2014.08.27
All-New Doop #5
Gil: I to tyle? No to w sumie... nic się nie wydarzyło. Jedno, czego się dowiedzieliśmy, to że Doopów jest dużo i że wszystkie są hermafrodytami. Jednego mogliśmy się spodziewać, a drugie już wiedzieliśmy, czyli… nadal nic. I nawet nie było zbyt zabawnie. Szkoda, bo potencjał był. A skończy się na 4/10.
Sążny: No i mamy do czynienia z końcem tej przyjaznej miniserii, gdzie otrzymaliśmy sowitą dawkę okołoczwartościanowej zabawy w mniej ordynarnym stylu, niż większość autorów robi to chociażby z Deadpoolem. Jednak na coś zdało się to nieszczęsne Battle of the Atom. No i liczę, że może jeszcze kiedyś ktoś spojrzy w stronę Marginaliów.

All-New X-Factor #13
Gil: Kontynuacja porządków wokół Quicksilvera przynosi nam kolejny dobry numer, a wymiana rysownika daje pewien powiew świeżości. Ot, na przykład okazuje się, że w innym wykonaniu, te kostiumy nawet nie wyglądają tak źle, chociaż okulary bez oprawy nadal mnie nie przekonują. Ale, ale - ważniejsze jest to, co się dzieje, bo wreszcie dochodzimy do jakiś konkretów. Rodzina Magnusowo-Inhumańska miała od dłuższego czasu mocno pokomplikowany status, więc każdy włożony na miejsce kawałek układanki już jest sukcesem. I chociaż sam pojedynek z Gorgonem jest mocno pretekstowy, to całość prezentuje dość dobry poziom i jestem zadowolony z rozstrzygnięcia. No i w tle mamy wreszcie cukierki, jakich po tej serii oczekiwałem, czyli powalającą rozmowę między Warlockiem i Danger. Mam nadzieje, że ocena 7/10 zostanie z nami na dłużej.
Krzycer: Dobra passa PADa trwa dalej - dostajemy drugi bardzo dobry numer z rzędu. Obecność Luny pozwala wydobyć dawno niewidziane cechy charakteru Quicksilvera na wierzch, Gambit robi swoje z Polaris, roboty ciągną swój wątek... tylko biedny Doug kompletnie nie ma nic do roboty w tym tytule. Do tego stopnia, że zaczynam się zastanawiać, czy jest tutaj tylko dlatego, że PAD chciał mieć Warlocka w serii, a tych dwóch zawsze występuje w zestawie?
Z innej beczki, Georgia znowu ma napad psychozy i chętkę na mordowanie, o której zespół zdawał się zapomnieć gdy tylko Doug przestał umierać po ostatnim napadzie Georgii. Ciekawe czy to ma dokądś prowadzić?

Avengers World #12
Gil: Powinniśmy się już chyba przyzwyczaić do przeskoków w tej serii, ale jednak wciąż łatwo daję się wybić z rytmu. Niemniej cieszę się, że wracamy do tematu Euroforce, a zwłaszcza Morgany. No dobra, akurat ona niewiele tu robi za wyjątkiem końcówki, ale przynajmniej tam podnosi poprzeczkę. I zanim ktoś zacznie rant na temat Druida, zaznaczę z góry, że nie kupuję tego. Bo w końcu połowę miast w Europie uśmierciła, więc yeah... nope. Ale za to możemy przyjrzeć się nieco bliżej członkom Euroforce, których właściwie nie kojarzę w ogóle (tzn. nawet nie jestem pewien czy wszyscy są nowymi postaciami). Wprawdzie nie ma tego dużo, ale zawsze to jakieś informacje. Tylko znów zachodzę w głowę, jak wygląda Polska w Marvelu? Ale ogólnie poczułem się na tyle zachęcony, że chętnie poczytałbym więcej o tych postaciach. A tymczasem czekam (a pewnie minie z miesiąc) na jakiś konkretny rozwój wątku Morgan, bo ze wszystkich w tej serii interesuje mnie najbardziej. I dam trochę słabsze 7/10 za ciekawe informacje oraz dobre rysunki.
Krzycer: Fabułę posuwają do przodu tylko ostatnie trzy strony, ale za to dostaliśmy szczątkowe przebłyski informacji na temat członków Euroforce. Warto było. I mimo obecności polskiego generała (a raczej polskiej generał, o ile Spencer wie jak działają nasze nazwiska...) w ciele dziecka, moją ulubioną postacią z tego numeru jest włoski futbolista.
A potem dostajemy te trzy strony, no i... nie, ja dziękuję za takie zwroty akcji. Nie dość że klisza, to jeszcze zawsze istnieje ryzyko, że to na serio.
Sążny: Wciąż na poziomie przyzwoitego czytadła. Zapoznanie czytelnika z członkami Euroforce wyszło poprawnie, ale poza końcówką wiele się nie dzieje. Rysunki Checchetto jak zawsze trzymają poziom, a z oceną zwrotu akcji wolę poczekać do kolejnego numeru, który podejmie ten wątek. No i ciekawe, do czego cała seria zmierza. Może jest jakiś związek między tytułem serii a wprowadzeniem chińskiej i europejskiej drużyny superbohaterów?

Black Widow vol. 3 #10
Gil: Nie wiem, czemu jeszcze ciągle liczę na jakiś cud, skoro za każdym razem dostajemy coraz bardziej wymuszone konfrontacje, w których brakuje sensu. Tutaj na przykład Hawkeye zachowuje się, jakby w ogóle nie znał Widow i gania za nią, jakby pierwszy raz widział. A przecież powinien znać ją lepiej niż ktokolwiek inny, więc okazanie jej choćby odrobiny zaufania byłoby jak najbardziej na miejscu. Ale nie, bo i po co? Lepiej się tłuc bez sensu. I dlatego znów będzie 3/10.
Sążny: Kolejny numer, kolejny występ gościnny, kolejna przyjemna lektura. Ciężko jednak napisać o komiksie wiele więcej, bo do swojego sposobu ukazywania akcji odpowiadający za rysunki Phil Noto zdążył nas przyzwyczaić i chwała mu za to, że nie spuszcza z poziomu. Ale poza gonitwą ulicami Islamabadu zostajemy przybliżeni do konfrontacji. Może seria ta pod względem rozwoju fabuły nie toczy się jakimś szaleńczym tempem, jednak przyjemność z czytania i tak jest spora.

Captain America vol. 7 #24
Gil: No cóż, jedno mogę im przyznać: przynajmniej próbują jakoś zebrać to do kupy… A że nie wychodzi, to już inna bajka. Właściwie nie widzę powodu, dla całej tej rozpierduchy. Jeśli Zola chce współpracować z Czerepem – a robi to prawdopodobnie tylko dlatego, że jest generycznym ywil geniuszem – po jaką cholerę ściąga na siebie uwagę całą tą akcją? Mógł się wymknąć po cichu i swoje potworki wypuścić w Genoshy. Skoro nikt nie zauważył, że Czerep buduje tam własną małą Rzeszę, to i tego by nie zauważyli. Ale nie – trzeba narobić dużo hałasu i ściągnąć sobie na łeb spektakularną porażkę, bo inaczej bohaterowie nie mieliby pola do popisu. Przynajmniej rysownik próbuje trochę postarzać Sharon, żeby przekonać nas, że sporo czasu minęło w tamtym wymiarze. Ale dodanie paru kresek na twarzy podłączonej do ciała dwudziestolatki to trochę za mało. Remender najwyraźniej nie kontroluje własnego continuity, bo widzimy tu Thora z młotem, a powinien stać się niegodny jeszcze zanim Cap się postarzał. A najgorsza jest ta klisza na końcu. Po wielkiej kampanii promującej Falcona w roli nowego Capa oczekują teraz, że uwierzymy w ten cliffhanger, w którym niby zginął. No-no-no, Jack! Aha i jeszcze czekam na moment, kiedy okaże się, że ten niby-syn to zły klon albo cuś. A tymczasem będę konsekwentny i dam 2/10.
Sążny: Remender w swoim stylu jeszcze bardziej plącze sieć wzajemnych powiązań między postaciami, wyjawiając nam relację matka-syn między Sharon a Ianem. Jeszcze dwa lata temu Steve był spokojnym singlem, a teraz ma taką rozbrykaną rodzinkę, że nic dziwnego, ze posiwiał A do tego dostajemy pokaz bohaterstwa Falcona (bo jakoś trzeba umotywować jego wybór na nowego Capa) zakończony najmniej emocjonującym cliffhangerem ostatnich miesięcy, co jest jednak przede wszystkim winą marketingu.

Deadpool vs X-Force #4
Gil: No dobra, muszę pochwalić fajny design nazistowskich Sentinels i kilka elementów tła. Ostatnia strona również wyszła zabawnie (zwłaszcza „Oh no! Where are my feet?”). Ale cała reszta to mech i paprocie. Tak jak przewidziałem, do niczego to nie prowadziło, a ostatecznie cała konfrontacja została wymazana z continuum, więc równie dobrze mogli się czytelnikowi zaśmiać bezczelnie w twarz, chwycić portfel i dać nogę. I dlatego do końca będzie 3/10.

Death Of Wolverine #1
Gil: To było... nawet nie najgorsze. Tak, wiem - pisałem, że już mnie to nie obchodzi, ale skoro panowie raczyli uprzedzić, że nie pisze tego Cornell, postanowiłem zerknąć. I muszę stwierdzić, że Soule pozytywnie mnei zaskoczył, bo pomysł, że Wolviek okopuje się w jakimś miejscu i czeka na wszystkich cwaniaków, którzy chcieliby go dorwać tak długo, póki starcza mu sił, jest dla mnie wiarygodny. Milion razy bardziej niż wszystko, co do tej pory wymyślił Cornell (Serio - co mu się stało? Przecież facet był cholernie dobry!). Nie do końca przekonał mnie pomysł na Nuke'a, bo jakoś ciężko mi sobie wyobrazić utytego cyborga, ale samo ich starcie jest całkiem fajne. No i oprawa graficzna zdaje się wyciągać to, co najlepsze z rysunków MacNivena, bo póki co, nie znalazłem żadnego zonka. Trochę zbiło mnie z tropu to pozytywne zaskoczenie, bo teraz znów muszę uwzględnić tę historię w swoich planach. No, ale skoro zasługuje, to muszę jej dać 7/10.
Krzycer: Fabuły wiele w tym nie ma... ot, banda złych gości poluje na Wolverine'a. Ale... ale to nawet pasuje na "ostatnią historię Logana". Bez ratowania świata, bez zgrywania bohatera, tylko masa złych gości i Wolverine. To może być dobre.
Zwłaszcza, że wykonanie jest świetne. McNiven nie zawodzi (...choć pewnie zaczął to rysować dawno temu i dlatego jego Wolverine nie ma blizn, które uzbierał u Cornella), a i Soule daje radę. Szczególnie podoba mi się, że zamiast claremontowskiej narracji, która często udziela się innym autorom piszącym Logana, zamiast odmieniania "I'm the best there is at what I do" na wszystkie sposoby, w narracji dostajemy tylko zmysły Wolverine'a. Fajny zabieg.
A i Nuke jako zapuszczony zapaśnik fajnie się sprawdza.
Można by się czepiać continuity - Logan nie ma blizny przez oko, i w ogóle większość runu Cornella nie ma żadnego wpływu na to co tu się dzieje... a i Viper znowu rządzi Madripoorem (choć to można jakoś usprawiedliwiać po tym, jak Sabretooth przegrał u Cornella) - ale to by było właśnie tyle: czepianie się.
Sążny: Ej, to było naprawdę dobre! Zapewne z powodu tempa pracy McNivena seria zdaje się ciskać w niepamięć całą najnowszą i większość poprzedniej serii autorstwa Cornella, co powinno pod kątem continuity zdenerwować, ale w tym przypadku można odetchnąć z ulgą. Soule nie idzie na łatwiznę i nie męczy nas rozbudowaną narracją. Bardzo podoba mi się patent z różnokolorwymi ramkami odzwierciedlającymi poszczególne zmysły Logana, który śmiało można rozbudować. Wreszcie też widzimy Wolverine'a jako prawdziwego kozaka, mającego duże umiejętności i przede wszystkim doświadczenie, co przez ostatnie lata sprowadzało się do "jest już szkieletem, a nadal walczy". McNiven po drobnej zniżce formy w "Guardians of the Galaxy" wraca w wyższe sfery swojego warsztatu, choć na razie bardziej widać to przy detalach pokroju tłumionego wyrazu bólu przy wysuwaniu pazurów, niż po jakichś spektakularnych kadrach. A Nuke od czasów ostatniego występu dorobił się niezłego bebzona Pytanie tylko, w jakim stopniu pamięć ostatnich potwornych historii z Loganem wpływa na ocenę tego numeru. Przekonamy się w nadchodzących tygodniach.

Hawkeye vs Deadpool #0
Gil: Hm… zaskakująco fajna lektura. Nie przegina jak główna seria Poola i bardzo fajnie wykorzystuje stałe elementy solówki Hawkguya. Nawet powiem Wam z czystym sumieniem, że tutaj jest on bardziej przystępny, niż w rękach Fractiona. I zdecydowanie zabawniejszy. Wątek halloweenowy wyszedł bardzo fajnie, starcie z łotrzykami również, tylko nie bardzo rozumiem, dlaczego to jest numer zerowy, a nie pierwszy? Czy to ma znaczyć, że ciąg dalszy będzie o czymś zupełnie innym? Mam nadzieje, że nie będzie to oznaczało dużej zmiany. Bo jeśli poziom się utrzyma, to chętnie poczytam dalej, a jeśli nie, to dalszy ciąg może nie wytrzymać porównania. Rysunki również są fajne i dynamiczne. W tej chwili to będzie solidne 6/10, a dalej zobaczymy.

Iron Fist: The Living Weapon #6
Gil: No dobra, to chyba pora się pożegnać z tą serią. Rysunki nadal mi się podobają (w większości), ale za fabułą już nie nadążam i nawet nie próbuję. Zaczynało się ciekawie, ale autor wykonuje takie akrobacje, że treść już dawno spadła z trapezu i dogorywa na arenie. W dodatku niektóre pomysły są creepy, a nie chce mi się już w kółko wracać z odwołaniami do Reign. Zostawiam z oceną 3/10.
kuba g: Ciągle jestem w szoku jak bardzo Millerowy jest ten komiks. Graficznie, tematycznie, z całym tym miszmaszem klimatów i inspiracji. Więc dobrze, że Adrews bawi się w takiego Millera skoro Miller sam już nie jest w stanie stworzyć takich historii.
I co ważniejsze, jakoś uleciały moje obawy, które miałem po poprzednim numerze. Mroczny, poważny, smutny i depresyjny Iron Fist w końcu zaskoczył w 100% i myślę, że po prostu będę traktował tę serię jako zastępstwo dla Green Arrowa gdy już odejdzie Lemire i Sorentino.

Legendary Star-Lord #3
Gil: Nadal za wiele treści tu nie ma, a okładka to paskudny kłamczuszek, ale jednak ten zeszyt czytało się trochę lepiej niż poprzednie dwa. Nie wiem, może to kwestia przyzwyczajenia, a może coś się zaczyna kształtować? Tym razem było trochę więcej humoru, a mniej ścian tekstu. Pomysł z Kitty w stroju banana straczącą żołnierzy Badoon jest tak absurdalny, że o mało nie wpadłem pod biurko ze śmiechu. A to już coś, bo zwykle udaje im się wykrzesać ruch w kąciku ust i wtedy piszę, że było zabawnie. Cóż, z pewnością jest to scena tygodnia, ale cały zeszyt na tytuł sobie nie zasłuży, bo poza nią niewiele ma do zaoferowania. Ot, generyczna ucieczka z więzienia, tyle że w kosmosie. Ale dobra, dam 6/10.
Krzycer: ...zaczyna mnie męczyć ta seria. Niby bohater jest w miarę sympatyczny, niby jego relacja z Kitty jest w porządku, ale jakieś to wszystko jest... Nie wiem.
Sążny: Niech lepiej ta seria znajdzie pomysł dla siebie. Bo kolejna wizyta w więzieniu, kolejna rozmowa z Kitty, kolejna wizyta w galaktycznym sierocińcu i grubymi nićmi szyte nawiązanie do filmu nie pozwoli temu komiksowi zajechać długo. Aczkolwiek nie czyta się tego jakoś wybitnie źle, a dynamiczne rysunki dodatkowo poprawiają odbiór. Ale niebezpieczne zbliżamy się do momentu, gdzie ten brak wizji może zacząć męczyć.

Moon Knight vol. 7 #7
Gil: No i skończyło się rumakowanie. Rzekłbym nawet, że skończyło się nagłym hamowaniem w pełnym galopie i zaryciem twarzą o beton. Zacznijmy od rysunków: niezbyt staranne, nienatchnione, widać wyraźne kłopoty z perspektywą i utrzymaniem równowagi między otoczeniem, a odcinającą się na jego tle postacią Moon Knighta. Fabuła? Jakby to ująć... Drewniana. Próbowałem sobie wyobrazić, jak Ellis zająłby sie kwestią polowania na krwawego dyktatora i cokolwiek mi się w głowie uroiło, dalekie było od tego, co tu wyczytałem. Jestem pewien, że Ellis znalazłby lepszy sposób na komentarz społeczny niż "sam nie wiem, czy robię to bo mam traumę, czy dlatego, że ktoś mi zlecił". Zresztą, pewnie nawet takie rozwiązanie sprzedałby lepiej. Wood niestety po raz kolejny wymyśla jakieś głupoty, żeby przekonać nas, jak bardzo groźny jest przeciwnik, a wychodzi mu kartonowy Jaś Fasola. Wystarczy się zastanowić nad paroma szczegółami: po co mu kamuflaż w kombinezonie, skoro i tak ma odsłoniętą twarz i cały jest obwieszony bronią (chyba, że chce straszyć ludzi jako latająca głowa)? Po jaką cholerę używa EMP żeby wywalić elektrykę w całym mieście? Jeśli mianuje się takim sprawiedliwym, czemu ryzykuje ludzi w szpitalach, samolotach, samochodach... No i czemu Moonie nie unieszkodliwi go natychmiast, tylko się cacka? Czuję, że niedługo dojdzie tu do tagedii, a już teraz spadamy na 3/10.
Krzycer: Huh. Nie jest to Ellis i Shalvey, ale Wood i Smallwood całkiem udatnie wstrzelają się w tamten styl. Kolory i zabawy układem paneli wydatnie w tym pomagają. Teraz pozostaje pytanie, czy Wood będzie tu budował większą fabułę?
kuba g: Miałem wielki dylemat czy iść dalej z tą serią po zmianie twórców ale skoro Wood dalej daje radę w The Massive to zasłużył na minimum zaufania.
Z jednej strony cieszę się, że estetycznie mamy ciągłość z wersją Ellisa z drugiej mam nadzieję, że nie będzie tu za dużo małpowania Ellisa i Wood nie będzie trzymał się zamkniętych historii. W sumie nic więcej napisać nie mogę. Wyszło przyzwoicie na razie ale dopiero następne numery pokażą czy nowy team się obroni.
Sążny: To, co widzimy w tym numerze nie jest nokautem, jak w przypadku sześciu numerów Ellisa, ale nie daje też powodów do zaprzestania lektury. I to właściwie sprawia, że trudno wystawić kategoryczne zdanie na temat tego zeszytu, bo dopiero następne numery dadzą nam obraz tego, do czego ta seria zmierza pod pieczą Wooda. Rysunki i utrzymanie Jordie Bellaire na stanowisku kolorystki wskazują jednak na chęć utrzymania ustanowionego z początkiem serii stylu. Zobaczymy jeszcze, z jakim skutkiem. I oby z autorskim sznytem, bo kalka nie jest nikomu potrzebna.

 Original Sin #8
Gil: No i ostatecznie wskazówka mojego rozczarowaniomierza zatrzymała się gdzieś na poziomie nie wygrania darmowego Big Milka. Czyli, że konsumpcja była w porządku, ale spodziewałem się jeszcze jakiejś miłej niespodzianki na koniec. A tymczasem Fury odwalił kitę po raz drugi w tej serii - tym razem niby naprawdę, ale skoro nie pokazali trupa, chyba nikt tego nie kupi. Co do Midasa, nie mam pewności, ale biorąc pod uwagę to, jak bardzo marginalną postacią był nawet tutaj - będąc głównym podejrzanym przez większą część serii - właściwie nie ma to znaczenia. To, że jednak Fury ubił Watchera? W sumie żadne zaskoczenie... Bardziej byłem zaskoczony, gdy w pewnym momencie odniosłem wrażenie, że sam się zaraz dobije. Ale nie, widać zdawało mi się. Za to nieco ciekawiej rozwiązano watek Orba, chociaż ten ostatni tekst był nieco creepy. Pojawił się też jakiś tajemniczy ludek, który wylazł z ruin domu Watchera. Może coś ciekawego z tego wyniknie, o ile wezmą się za ten wątek jakoś szybko, a nie odłożą go na kolejny rok czy dwa. No i jeszcze Bucky przejął schedę po Nicku, ale to już było wiadomo od dawna. Natomiast reszta, to już mszaki i paprocie. Chyba nie dogadali się co do Thora, bo na jednym panelu trzyma swój młotek normalnie, aby chwilę potem znów się z nim siłować. Rola Avengers była praktycznie żadna, a improwizowana grupka Nicka rozpłynęła się, jakby nigdy nic. W ogóle, z perspektywy czasu, robienie z tego eventu było trochę na wyrost. Wystarczyłoby zrobić miniserię i ominąć 90% tie-inów, które i tak niewiele miały wspólnego, ale oczywiście takie mamy czasy, że wszędzie trzeba wieszać neony i odpalać fajerwerki, bo inaczej żadna publikacja nie wypłynie. Piszę więc, ze było na wyrost, ale właściwie się nie dziwię, że chcieli coś na tym ugrać. Byle tylko to nadużywanie nie ugryzło ich w zadziec zbyt szybko. Ale spróbujmy podsumować całość jednym pytaniem: czy kupię trejda? Odpowiedź brzmi: raczej tak, ale głównie po to, żeby zachować ciągłość w kolekcji eventów plus ewentualnie dla rysunków. Czyli jednak trochę im się udało ugrać. Ale za ten zeszyt dam tylko 6/10.
avalonpulse0368a%20%5B1600x1200%5D.jpgGamer2002: Infinity nie czytałem, ale porównując z AvX i AoU nie był to zły event. Postacie mogły być lepiej napisane, wyjaśnienia Fury'ego zwolniły akcje, Midas był wybrany by można było mieć jakieś C-listerowego złoczyńcę do zabicia, ostatnia scena z Orbem była niesmaczna, przydałoby się umotywować wybór Bucky'ego... Ale jest jedna rzecz, którą ten event miał a dwa pozostałe nie miały - był znacznie porządniejszym zakończeniem wątków, które poruszał. AvX było rozczarowaniem jeżeli chodziło o kulminację wątku Hope i doprowadzenie do końca Phoenixa z niezwykle marną finałową walką z Dark Phoenixopsem (chyba, że czytało się Gillena, to jeszcze JAKOŚ to było znośne). AoU miało tyle Ultrona co nic, a ostateczne pokonanie go (które taki Hickman olewa w swoich przyszłościach będącymi lepszy AoU niż AoU) też było nudne. Tutaj Fury daje kopa Avengers (co z tego, że bzdura, gdy jest to awesome) i w swym ostatnim boju ratuje świat ten ostatni raz, by na końcu otrzymać swą zapłatę za wszystkie dobre i złe rzeczy. Także śmierć Uatu będąca w całości jego własnym planem była w miarę satysfakcjonująca. Jedynie Midas był rozczarowaniem, bo przydałoby się angażować tu Marvel Boya.
Podsumowując - nie była to najlepiej napisana historia, ale zła też nie była.
Jedyny słuszny soundtrack.
Krzycer: Nuuuda panie. Niby są wybuchy i rany boskie, co się dzieje, ale... nuuuda. Cała historia zyskałaby, gdyby nie było w niej Midasa i jego bandy, sam Orb by wystarczył - zwłaszcza, że reszta niewiele robi i nie ma znaczenia dla fabuły.
A propos Orba, co do diabła miała znaczyć ta jego końcówka?
A propos końcówek: miło by było, gdyby Aaron poświęcił chwilę na uzasadnienie, czemu nowy Człowiek na Ścianie postanowił zostać Człowiekiem na Ścianie.
Albo na rzucenie jakiejś podpowiedzi, czemu Thor nie może podnieść młotka. Albo czemu Fury urządził całą tę szopkę.
Albo... ale przejdźmy do pozytywów.
...nie trzeba było czytać tie-inów, historia była zawarta w głównej miniserii. To miła odmiana.
kuba g: Znośne zakończenie specyficznego eventu, który zaczął się świetnie i z ostatnimi numerami uległ pogorszeniu.
Mam wrażenie, że te wszystkie dziwne (i momentami dość niepokojące) patenty Aarona tu w końcu zagrały i ostatecznie Original Sin jest w stanie obronić się jako historia i jako standardowe masowe zmieniane rzeczywistości w linii wydawnictwa. Mogło być lepiej, tak, ale w zestawieniu z Infinity, AvX i kilkoma innymi wydarzeniami (w tym też tymi w wykonaniu Aarona) jest całkiem dobrze.
PS: Miłość Aarona do Orba jest wyjątkowo dziwna.
Sążny: Kończy się lato, kończy się kolejny event Marvela. Trudno tutaj o jakieś duże zaskoczenia. Wiele z wydarzeń z tego numeru można było przewidzieć już wcześniej, a jeszcze inne zdradziły nam zapowiedzi. Nie była to zła historia i dała powiew świeżości w świecie marvelowych "blockbusterów", jednak jej druga połowa miała istotne wady, które sprawiły, że ten numer czytało się bez większych emocji. Z villainów interesujący był tylko Orb, a motywacje Watchera, Fury'ego i przede wszystkim Bucky'ego pozostały niejasne. Reszta herosów, których interakcje były solą piewszych zeszytów stanowiła jedynie tło. Zawsze jednak miło ogląda się rysunki Deodato, którym wyjątkowo dobrze służą kolory Franka Martina.

Rocket Raccoon vol. 2 #3
Gil: Rysunki nadal świetne, ale powoli zaczyna moją uwagę odwracać od nich fabuła. Bo gdy przychodzi do tego, że oprócz patrzenia człowiek chciałby sobie poczytać, to okazuje się, że przez większą część dostajemy głównie wykrzykniki adekwatne do sytuacji, a reszta to głównie słowotok z małą ilością treści. No i w ten sposób, zawartość fabularną całego tago numeru można streścić w: na końcu pojawia się ten zły. Graficznie rozpierducha jest pierwszej klasy, a stylizacje dziwnych kosmicznych rzeczy na westernową modłę są perfekcyjne,ale jednak jeśli ktoś decyduje się na umieszczanie w komiksie dymków to dobrze byłoby je wypełnić jakąś treścią, że tak powiem - treściwą. Tak więc tym razem tylko słabe 6/10.
Krzycer: Ten tytuł nie ma sensu i jest tylko po to, by Young mógł się popisywać. Co powiedziawszy, zaawansowana kosmiczna technologia podróżowania gupikami i inne morskoscifi-owe technologie wychodzą mu rewelacyjnie.
Sążny: Jak dobrze, że Skottie Young dostał okazję do zaprezentowania swojego talentu szerszemu gronu i może wyjść w świadomości ogółu czytelników poza okładki. Pomysłowość skrzy się niemal z każdego kadru, a takie smaczki jak "Nailed it" jako onomatopeja wybuchu wywołują banana na twarzy. Ani chwilę nie można się nudzić, ale nie ma tutaj mowy o przeciąganiu wątków, gdyż nasz ulubiony szo... Rocket, znaczy się, staje oko w oko z tajemniczym przedstawicielem swojego gatunku.

She-Hulk vol. 3 #8
Sążny: To chyba jedna z najbardziej niedocenianych serii obecnie wydawanych przez Marvela. Krzywdę chyba robią jej rysunki, które zdecydowanie nie są w guście wielu potencjalnych czytelników. Ale poza tym w tej serii i w tym zeszycie jest mnóstwo do polubienia. Wiarygodnie prowadzone sprawy prawnicze (gdzie wychodzi wykształcenie i praktyka Soule'a), niewymuszony humor i oryginalne podejście do postaci, zwłaszcza w przypadku podstarzałego Capa. No i mamy początek superbohaterskiej batalii, na której jeszcznie widzieliśmy.

Spider-Man 2099 vol. 2 #3
Gil: Tutaj trochę słabiej. Albo może inaczej: kilka pierwszych stron jest w porządku i pojedynek w końcówce też, ale wypełnienie jest średnie. Trans Sabal to chyba taki prywatny poligon Petera Davida, bo z tego co pamiętam, to jeśli jego historie w jakikolwiek sposób dotyczą rewolucji, wojen i złych dyktatorów, to dzieją się właśnie tam. Jednak w przeciwieństwie do wielu z nich, tej brakuje trochę podstawy. Ot, pojechali bo interesy i nagle lądują w środku wojny domowej, a Scorpion wyskakuje praktycznie zza krzaka (chociaż forshadowing był poprawny). I nawet nie wiemy do końca, czy to oryginalny Scorpion, bo jest dość mocno odmieniony. Cóż, pozostaje nam liczyć, że będzie lepiej, bo ten numer wydaje się mocno przejściowy. Ale i tak na solidne 5/10 wystarczy.
Krzycer: Niby wszystko fajnie, ale trochę się niepokoję. PAD lubi fikcyjne bliskowschodnie państewka (czy gdzie tam leży Transsabal) i dość regularnie do nich wraca (były w Hulku, były w She-Hulk), ale niezależnie od tego, czy celuje by powiedzieć coś o Syrii czy Iraku czy bardziej generalnie... obawiam się, że może mu wyjść coś, hm, niesmacznego. Zobaczymy. Tymczasem dobrze jest, choć pan rysownik wciąż jakieś strasznie nieciekawe tła oferuje.

Superior Foes Of Spider-Man #15
Gil: Sporo się dzieje w tym numerze. Ciężko będzie o nim pisać, bez zdradzania szczegółów, więc chyba najprościej będzie zachęcić do przeczytania. Pewnie wcale nie muszę tego robić, bo seria zbiera same dobre recenzje, ale ten numer jest o tyle ważny, że rozstawia figury na wielki finał. Ten zaś zapowiada się bardzo ekscytująco. Chyba mam słabość do Beetle, bo znów zauważam, że wypadła najlepiej, ale żeby sprawiedliwości stało się zadość, muszę zauważyć, że wszyscy wychodzą równie dobrze. No, po prostu równy, świetny poziom. Czyli raz jeszcze mocne 7/10.
Sążny: Don't patronize me, Fred! That boy sure is dumb. A shrink like Billy Crystal. Checking Wikipedia. A merger. A partnership. Say cheese. Rude. Now the healing can begin. Bar fight. So hot. Ci, co czytali, wiedzą, o co chodzi. Reszta niech nadgania albo niech pochłonie wszystko za jednym kęsem, kiedy w listopadzie wyjdzie ostatni numer. Bo czemu odmawiać sobie lektury komiksu, przy którym na każdej stronie wybucha się gromkim śmiechem?

Uncanny X-Men vol. 3 #25
Gil: Aha... okej... Co to było? Po skrzyżowaniu z poprzednim numerem otrzymujemy takie oto przesłanie od Xaviera: "Słuchajcie, ożeniłem się z Mystique, jedną z waszych najniebezpieczniejszych przeciwniczek. Ale mniejsza o to, bo widzicie 15 lat temu spotkałem takiego chłopaczka i teraz potrzymam was w niepewności tym, jakie to straszne rzeczy mogłem mu zrobić, żeby na końcu powiedzieć, że właściwie nic się nie stało i strzelić pozę. Aha, czy powiedziałem już 639 razy jak bardzo jest niebezpieczny?" Więc o co tyle hałasu? Chyba tylko o to, że akurat teraz - oczywiście dziwnym zbiegiem okoliczności - koleś się ujawnił, więc gdyby nie dorobili jakiejś backstory, byłaby to zwykła bitka. A trzeba podkreślić, że jest niebezpieczny. Bardzo. Naprawdę, bardzo. Mówiłem już, że bardzo? Bo bardzo. Aha, no i w sumie to tyle jeśli o testament Xaviera chodzi. Więc jeszcze raz: o co tyle hałasu? Niedawno się dowiedzieli, że posłał na pewną śmierć całą grupę, nie wyłączając brata Summersa, więc czemu mielibyśmy się teraz przejąć tym, że pilnował jednego chłopaczka? Seriously... No, ale dobra - mimo dziwnej treści, wykonanie jest na tyle przyzwoite, że dam 5/10.
avalonpulse0368b%20%5B1600x1200%5D.jpgKrzycer: Po pierwsze, co to ma wspólnego z "Original Sin"? Absolutnie nic, co najwyżej zbieżność tematyczna.
...to pewnie i tak więcej niż czasami w tie-inach się zdarza, więc nie skupiajmy się nad tym. Przejdźmy do samego grzechu: to jakieś ciepłe kluchy są, a nie grzech. Znowu mam poczucie, że Bendis ignoruje to, co napisali inni. Pardon, ale trudno mi uwierzyć, by X-Men mieli się tak przejąć przypadkiem Matthew Malloy'a po wszystkich innych grzechach Xaviera ujawnionych w ostatniej dekadzie - z wymazaniem pamięci Cyclopsa po śmierci "sekretnych" X-Men z "Deadly Genesis" na czele. Od dawna wiadomo było, że Xavier święty nie był. Co więcej, ostatnie spotkanie z Malloy'em w sumie rozgrzesza go z tego co zrobił, więc w ogóle tutaj nie ma się czym przejmować.
Ale nie, numer skupia się na tym wielkim niewybaczalnym grzechu i kłamstwie... podczas gdy ja naprawdę wolałbym, by Bendis jakoś spróbował uzasadnić tę bzdurę o małżeństwie z Mystique.
Ale hej, przynajmniej zapowiada się, że dostaniemy wymuszoną współpracę Logana i Scotta, a ja autentycznie lubię te momenty, więc może kolejny numer będzie lepszy. (A i w tym Bendisowi wyszło parę fajnych interakcji między mutantami.)
Sążny: Łolaboga. Ile jeszcze sekretów uda się wygrzebać z przeszłości Xaviera. Już kit z nieścisłościami, które osoba przepotężnego mutanta trzymanego w ryzach przez te wszystkie lata przez Chucka wprowadza do continuity, ale powinno się przestać zagrywać tą kliszą, bo wkrótce już nawet Magneto będzie bardziej kryształowy. Interakcje między postaciami, jak zawsze u Bendisa wypadają bardzo dobrze, szczególnie na osi Ororo-Scott-Logan. Kto wie, co jeszcze kryje ten testament, bo wychodzi, że jego odczyt trochę się przeciągnie.
Crono83: eee... i już ? To ten testament? No dobra, może nie do końca bo Xavier ma coś jeszcze na dokładkę jak X-Men powrócą z misji, ale naprawdę ... to ten testament? Tekst o ślubie z Mystique był dziwny, żeby nie powiedzieć głupi, ale myślałem że może w tym numerze Bendis to wyjaśni. Zamiast tego otrzymujemy historię o chłopcu który jest tak niebezpieczny że Charles musiał blokować jego siły. Hmm... nie przypomina wam to Cassandry Novej, którą Xavier usiłował zabić już w łonie matki, bo była TAK niebezpieczna? A ten chłopak jest też TAK niebezpieczny. Nie przemawia to do mnie. W ogóle ta (niby) straszna rzecz jaką zrobił Xavier... Znaczy że co zrobił? Blokował moce? Wymazał chłopakowi pamięć? No ja Cię proszę Bendis...
I ten głupi tekst Icemana do Scotta... Dobrze że dostał za to laserem:) . 5/10.

X-Men vol. 3 #19
Gil: Może bez rewelacji, ale nadal jest lepiej niż za Wooda. Przynajmniej akcja ma sens i nawet fajnie nawiązuje do historii X-Men. Niektóre elementy może i są naciągane, a zbiegów okoliczności jest sporo, ale główny wątek pozostaje dość interesujący i nie ma większych ładafaków. Rysunki wprawdzie trochę się wahają, ale elementy kosmiczne wyglądają bardzo fajnie. Może poza Shi’Ar, którzy są raczej niestandardowi. Nadal jestem ciekaw, co dalej i nawet dam 6/10.
Krzycer: Fabuła się zagęszcza w finale, i dobrze, bo dotąd było przewidywalnie i dość banalnie. Choć intrygują mnie prawdziwe motywy D'Ketha. Zobaczymy, dokąd to prowadzi.
Tymczasem przeszkadzają mi kwestie M, które wydają się być strasznie out-of-character - głównie dlatego, że jak dla mnie PAD zdefiniował jej charakter w "X-Factor". Z drugiej strony Guggenheim trzyma się tego, co robił Wood, więc...
I ostatni detal: Rachel mówi D'Kethowi, że nigdy nie słyszała o randze "counselora" w imperium Shi'Ar. Głowę daję, a Google się ze mną zgadza, że przynajmniej czasem nazywano tak Arakiego.

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

superior_foes_of_spider-man_15@m%20%5B1600x1200%5D.jpgSuperior Foes of Spider-Man #15
Autor: Steve Lieber

Demogorgon: Dowód, że czasami nie potrzeba jakiegoś wybitnego artysty, pogrywania z tytułem (ajjkolwiek tutaj też jest, całkiem subtelne) czy wybitnych, fotorealistycznych efektów. Czasem wystarczy tylko dobry pomysł i odrobina humoru. Secret Six salutes you, my friends.






Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2014.09.03
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.