Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #365 (18.08.2014)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 18 sierpnia 2014Numer 33/2014 (365)


Wiele komiksów ukazało się w minionym tygodniu, dlatego też Pulse ponownie napakowany dużą ilością waszych opinii. Tym bardziej więc zachęcam do lektury.

All-New X-Men #30
Gil: W pierwszej chwili chciałem powiedzieć: Bendisie, nie idź tą drogą. No, bo wiecie, Laura ma już dość skomplikowaną historię i może nie być najlepszym pomysłem zagłębianie się w pewne jej elementy. Ale ostatecznie mogę stwierdzić, że udało się autorowi przebrnąć przez to bez nieprzyjemnych niespodzianek. Akurat w tego typu sytuacjach zawsze radził sobie dobrze, więc i tym razem się udało. Podobnie udało mu się z częścią drugą, gdzie fajnie wykorzystał skomplikowaną historię trójkąta Jean-Scott-Emma i przekuł ją w coś nowego, co może być ciekawe. No i na koniec nawiązał do testamentu Xaviera. Tak więc ostatecznie, jedyna rzecz, która nie do końca mi się podoba, to kolejna maniera Bendisa, czyli wikłanie Kitty w dziwne związki. Za to podobały mi się rysunki, więc cały numer jest zdecydowanie na plus i dostanie mocne 6/10.avalonpulse0365b%20%5B1600x1200%5D.jpg
jdtennesse: Bardzo przyjemny, bardzo spokojny numer. Jak zwykle, tam gdzie się nie biją, czytelnik korzysta. Można powiedzieć, że w sumie nic się nie wydarzyło, ale te drobne interakcje, to budowanie więzi, czy nawet próba pogodzenia Emmy i Jean, to bardzo dużo. Co jakiś czas taki właśnie komiks sprawia, że wraca się do danej serii i czyta dalej. Oczywiście, jest kilka dziur w całej historii, ale po kolei. Wiele postaci dostaje swoje pięć minut. Warren i Laura imprezowali i spędzają razem czas, prawie jak para nastolatków. Tylko czemu Laura niewiele pamięta? Nawet jeśli sobie wypiła (a tego Marvel chyba nie sugeruje, przecież to prawie dzieci), to nie powinna się łatwo upić, bo czynnik regenerujący itd. I druga sprawa - młody Warren ma oczywiście dostęp do domu Warrena seniora, ciekawe skąd wiedział, gdzie się udać, jak wejść etc. Kolejna para to Kitty i Peter. Również rozmawiają, o swoim "holograficznym" związku i o byciu zesłanym na wygnanie w pocisku w kosmosie (tak, to było tak głupie jak brzmi…). I ostatnia "para" bohaterów, czyli Jean i Emma. To chyba najlepiej wypadło, aczkolwiek nie do końca wierzę w tak szybkie pogodzenie i zostanie koleżankami. Nie widzimy prawdziwej walki, bo właściwie Emma chce uczyć Jean kontroli nad mocą, ale nie wiemy czy do tego dochodzi. Najważniejsze sceny odbywają się poza kadrami, na planie astralnym, jak można podejrzewać. W tle pojawia się jeszcze młody Bobby i Kukułki. Zmiana rysownika zauważalna i doceniona. Nawiązanie do Jean w wykonaniu Morissona również. Niestety, wkrótce czeka nas wycieczka do universum Ultimate… Póki co - 7/10.
wolvie111: Lubię takie właśnie numery, gdzie dostajemy dzień z życia naszych pokręconych bohaterów, niekoniecznie wciąż walczących, ratujących ludzkość lub jak to u X-men bywa z sobą nawzajem. Po pierwsze romans X-23 z Angelem. Dla mnie jak najbardziej na plus. Można się było spodziewać wcześniej, że Laurę raczej będzie ciągnęło do Scotta, a Warrena do Jean, ale to jest moim zdaniem najciekawsze z tych połączeń. Trochę jak czerń i biel przez sam charakter ich mocy, osobowość lub przeżycia, ale skoro to komiks o nastolatkach to czemu nie. Nie mam też nic przeciwko relacją Kitty i Starlorda, kolejna sprzeczność. Dziewczyna nienawidząca kosmosu i kapitan kosmicznego statku. Na pewno mogło by wyniknąć z tego coś interesującego. Jednak najlepszym punktem numeru jest Jean i Emma. Zawsze z przyjemnością ogląda się pojedynek Redhead z White Queen, ale ten był wyjątkowy i....zabawny. Jean krzycząca, że jest za młoda na niecenzuralne wspomnienia Emmy, muszę przyznać, że się uśmiechnąłem. Swoją drogą warto wspomnieć o bardzo dobrej pracy rysownika. Podobało się to jak dobrze odwzorowana była mimika twarzy postaci. Świetne dopasowanie do kwestii, co nie zawsze się zdarza. Na pewno dobrze dobrano artystę na taki spokojny, czasem przegadany numer i chętnie bym go widział więcej.
Potem pojawia się ekipa od Wolverine'a. Dobrze, że coś chociaż wspomniano o testamencie Xaviera, bo to jednak ważne wydarzenie i powinno się jakoś odbić na wszystkich seriach X-Men, a przy tym zachowa się jakaś ciągłość.
Numer bardzo przyjemny, oceniam na 7+/10.
Krzycer: Przyjemny numer wypełniony fajnymi interakcjami i świetnymi rysunkami. Aż do ostatnich stron. Na ostatnich stronach rysunki wciąż są fajne, ale... nie można tak prowadzić historii, jak Bendis ją tu prowadzi. Nie można zepchnąć zakończenia takiego konfliktu i rozpoczęcia przyjaźni poza kadr, to jest pójście na łatwiznę.
Ale - to tylko ostatnie strony. Wcześniej ten numer był super. Przyjemna scena z Angelem i X-23, świetna Emma wykorzystująca wspomnienia z afery ze Scottem do sprowokowania miniJean, miniJean otaczająca się iluzją dorosłej Jean... Dobry numer, bardzo dobry numer.
Na marginesie pierwszym: ...Kukułki mają telekinezę? Od kiedy?
Na marginesie drugim: o, ciągniemy flirt Kitty z Quillem. Okej. Co mi przypomina: automatycznie założyłem, że gdy w Daredevil: End of Days pojawiły się kwiaty z kartką od "Petera i Kitty", Bendis nawiązywał w ten sposób do Ultimate Spider-Mana. Teraz zastanawiam się, od jak dawna planował sparowanie Kitty z Quillem.

Amazing Spider-Man vol. 3 #5
Gil: Wciąż całkiem nieźle. Chemia między Piotrkiem i Silk działa, a co ważniejsze, jest dla niej jakieś wyjaśnienie. Chociaż, znając zwyczaje pajęczych samic, na jego miejscu byłbym ostrożny… Wątek Black Cat i Electro dochodzi do kulminacji i też jest całkiem niezły, chociaż nie do końca kupuję jej determinację do zaistnienia w przestępczym światku. Co ciekawe, kiedy pojawili się w telewizyjnym studiu, przeszło mi przez myśl, że w takim miejscu Pajęczak mógłby się łatwo niechcący zdemaskować, a tu zaraz okazało się, że właśnie ku temu historia zmierza. Pewnie i tak ostatecznie nic z tego nie będzie, ale mimo wszystko, to całkiem interesujący cliffhanger. Czytało się to na tyle fajnie, że dam słabsze 7/10.
Krzycer: Zaczynam lubić Silk. Wciąż nie lubię Petera w interpretacji Slotta, ale to już coś. Tymczasem w tle Black Cat pnie się po schodkach przestępczej kariery... zabawne, że wg flashforwardu sprzed jakiegoś czasu, to samo u DC robi teraz Catwoman... i wypada to o tyle głupio, że najwyraźniej nowojorska przestępczość zorganizowana działa jak Necromongerzy z "Kronik Riddicka" - "you keep what you kill", wystarczy sprać komuś mordę, by przejąć całe jego terytorium i wszystkich ludzi. Aha.

Amazing X-Men vol. 2 #10
Gil: O, patrzcie, to Rockslide. Skąd on się tu nagle wziął? Aha, podobno ukrywał się w toalecie Blackbirda. Coż, muszą tam mieć naprawdę sporą łazienkę… Ale fajnie, że jest i coś robi. Poza tym, historia trwa. Powiedziałbym nawet, że eskaluje, gdyby nie fakt, że nie bardzo to czuć. Ot, po prostu tłuką się z hordą Wendigo i dopiero w końcówce jest jakaś zapowiedź, że coś innego za tym stoi. Domyślam się, że chodzi o jakiegoś kanadyjskiego boga/demona odpowiedzialnego za klątwę. Kolejni członkowie Alpha Flight pojawiają się właściwie znikąd, ale znów: fajnie, że są i coś robią. Drużyna ma nawet niezłą dynamikę i czyta się całkiem fajnie, tylko szkoda, że historia straciła większość impetu. Ale nadal załapie się jeszcze na słabsze 6/10.
Krzycer: To się zrobiło lepsze. Może to dzięki Rockslide'owi, a może dzięki temu, że w tym numerze w końcu kupiłem Wendigo jako zagrożenie na skalę... może nie globalną, ale przynajmniej kontynentalną.
Tylko... jeden biedny Colossus musi się spowiadać z bycia członkiem X-Force, gdy tymczasem przy boku ma Storm i Pucka? Hipokryci!

Avengers Undercover #8
Gil: Od czego by tu zacząć? Chyba najbardziej naturalnie będzie od tego: ten numer znów był głupszy od poprzednich. Dzieciaki są tak skrajnie naiwne, że to się we łbie nie mieści. Niby cos tam kombinują, ale nie ma w tym za grosz organizacji, więc nie ma co się dziwić, że nic im z tego nie wychodzi. Zwłaszcza, że są absolutnie ślepi na fakt, że niektórzy z nich nie mają zamiaru współpracować i jak ostatni frajerzy liczą na ich pomoc. Deathlokówka zupełnie zwariowała, bo ma chłopaka - widać nastolatki tak mają. Nico została zupełnie zeszmacona. Anachronism i Hazmat padli ofiarą swojej naiwności. O reszcie słuch zaginął. Co więcej, widać wyraźnie, że ten i tak mierny scenariusz jest poganiany przez zapowiedziany rychły koniec serii, więc nagle okazuje się, że oczywiście Zemo wszystko przewidział i ma jakiś super plan. Ech… szkoda słów. No i jeszcze wymienili rysownika. Zamienili Walkera, który czasami miewał przebłyski, chociaż wyraźnie już mu się nie chciało, na innego Walkera, który jest po prostu kiepski. Dobrze, że mają tam gościa z łopatą, bo przyda im się do kopania w mule pod poziomem dna.
Krzycer: ...eeeh. To był plan Zemo? Serio? Po co? Czy Bagalia tak czy inaczej nie powinna być celem? Wat?
Z plusów: w sumie kupuję Deathlocket jako tą, która się zeźliła. Czy może nie kupuję, ale... nie ma żadnego powodu, by się nie zeźlić, więc mi to nie przeszkadza.

Avengers World #11
Gil: Zmiana rysownika zdecydowanie nie wyszła na dobre temu zeszytowi, więc trochę obawiam się czy zwiększenie częstotliwości wydawniczej nie przełoży się negatywnie na jakość. Treściowo jednak jest całkiem fajnie. Tym razem dzieciaki z przyszłości grają pierwsze skrzypce, a mi się kołacze z tyłu głowy myśl, czy przybycie Torunn i zapowiedź żeńskiego blond Thora jakiś się ze sobą łączą? Jeśli zostanie tu na dłużej, to całkiem możliwe. Tymczasem zaskakująco łatwo spuszczają łomot liderom AIM i otwierają drogę do większej konfrontacji, do której seria od początku zmierza. Okładka co prawda trochę oszukuje, ale to akurat najmniejszy problem. Ale za rysunki muszę coś odjąć, więc skończymy na 6/10.
czarny_samael: Graviton pada od uderzenia tarczą. Graviton. Jeden z najpotężniejszych przeciwników Avengers. Ja rozumiem, że kiedy Stark musiał wyglądać "osom" próbowano mi sprzedać bzdurę, że on w ogóle ma start do tego gościa. A teraz mi się mówi, że facet ma odporność zwykłego człowieka. Czekam na Thanosa zastrzelonego rewolweru przez Fury'ego (Aaron patrzę na Ciebie). Spencer ma za to dużą krechę. Wykazał zero szacunku dla postaci, która powinna być jedną z najbardziej szanowanych z galerii przeciwników Avengers, a wielu takich nie ma (większość jak ww Thanos to nemezis pojedynczych bohaterów). Nawet nie chce mi się oceny wystawiać.

Captain America vol. 7 #23
Gil: No tak, skoro już ogłosili, że Steve pozostanie dziadkiem na dłużej, spodziewałem się, że tajemniczą postacią nie będzie jakiś klon, ale ten jego przybrany synalek. Zero niespodzianki. A skoro on miał być rzekomo martwy, to też zupełnie nie zaskoczył mnie fakt, że na końcu znaleźli też żywą Sharon. Zaczynam się już przyzwyczajać do tego, że u Remendera nikt nie ginie na dobre. Co więcej, scenarzysta znów strzelił sobie w stopę, bo niby w tamtym wymiarze minęło dziesięć lat, Ian się postarzał, a ona nic a nic. Chyba, że to z kolei jakiś klon… Cóż, jedno jest pewne – autor postanowił pomęczyć nas jeszcze koszmarami z wymiaru Z, o których usilnie starałem się zapomnieć. Rysownik dla odmiany postanowił dostosować się do projektów Romity, co znaczy, że chociaż pierwsza połowa jest graficznie przyzwoita, to w drugiej zaczynają się dziać dziwne rzeczy. A ogólnie, to seria utrzymuje swój stały poziom: 3/10.
Krzycer: Zajrzałem do tej serii po raz pierwszy od jakichś 15 numerów, ot, tak, żeby przekonać się, co się w niej dzieje teraz.
Mam wrażenie, że dzieje się głupio, ale brakuje mi kontekstu, więc się nie wypowiadam. Also, czemu genialny syn co nauczył się wszystkiego od Capa nie nauczył się pukać?

Captain Marvel vol. 7 #6
Gil: Jeśli mam powiedzieć coś pozytywnego o tej historii, to mogę zrobić to w dwóch słowach: skończyła się. Wydawała się zdecydowanie za długa, bo była tak przepełniona kliszami, że ciągnęła się w nieskończoność, a ostatecznie nie miała i tak nic do zaoferowania poza powielonym schematem. Uciskani kosmici podjęli walkę, razem pokonali imperatora S-Hole'a i wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Generalnie nic ciekawego. I rysunki też nieciekawe. Ogólnie 4/10 to maksimum.
Krzycer: I po sprawie. Szybko poszło. Ale, żeby było zabawniej... DeConnick dała nam tutaj dużo lepszy i dużo bardziej wiarygodny powód, dla którego J-Son miałby stracić tron, niż Bendis w GotG. Od dzisiaj będę udawał, że to ta transmisja doprowadziła do szturmu na pałac, a nie tamte bzdury.

Deadpool vol. 3 #33
Krzycer:
...po cholerę była ta zabawa z wampirami? Tylko po to, by Deadpool mógł o niej zapomnieć? Czy może w webcomics z tego wątku wyszło coś więcej?
A tutaj... no, finał. Chyba. Być może. Spodobał mi się udział Evana i Quentina w całej zabawie, ale na litość, rysownik mógł chociaż zajrzeć do WatXM - rysuje Evana ze dwa razy wyższego i z pięć lat starszego w porównaniu ze wszystkimi innymi jego występami. I ze dwa razy bardziej Apocalypse'owego.

Fantastic Four vol. 5 #8
Gil: Dziwne rzeczy się tu dzieją… Bena zamknęli razem z jego wrogami, bez żadnego procesu. Sue szaleje, bo… najwyraźniej scenarzysta uważa, że kobiety tak mają. Inna sprawa, że dzieciaki zabrali im właściwie bez żadnego powodu. Tak samo, jak nie ma sensu cała ta konfiskata wynalazków Reeda. Tym bardziej, że pozwalają mu nadal pracować dla jakiejś firmy. Gdzie w tym wszystkim sens? Na pewno nie w tym komiksie. Za to sporo jest promocji drugiego tytułu tego samego scenarzysty, bo i Hammond się pojawia, i Radiance w tle. Jeszcze trochę i zacznę wierzyć w plotki, że Marvel chce Fantastycznych zepchnąć na margines. Jeden plus jest taki, że wściekła Sue nieźle kopie tyłki. Ale całość ląduje najwyżej na poziomie 4/10.

Hulk vol. 3 #5
Gil: Hm… nawet ciekawie się zrobiło. Doc Green nie jest znanym nam profesorem Hulkiem, czyli umysłem Bannera, kontrolującym Hulka. Jest czymś nowym - kolejnym etapem w ewolucji Hulka, wywołanym przez Extremisa. Teraz to zielony jest geniuszem i ma własne cele, a pierwszym z nich jest najwyraźniej eliminacja wszystkich innych hulkopodobnych. To może być ciekawe. Pierwsze spotkanie z Rickiem utwierdza mnie w tym przekonaniu, ale wszystko jeszcze się okaże. Rysunki mogłyby być lepsze, ale mam wrażenie, że tym razem Barley bardziej się postarał, więc nie będę się czepiał. Jestem na tyle zainteresowany, że dam niezłe 6/10.
Krzycer: Zajrzałem do tej serii po raz pierwszy od... właściwie nie pamiętam. Z waidowym Hulkiem szybko się rozstałem. Przygody profesora Greena czyta się nieźle, i może nawet zostanę przy tym tytule jeszcze parę numerów. Tylko mam trochę problem z tym, że pierwsze, za co się bierze, to sprzątanie innych Hulków.
Tzn. dobrze, że ktoś się w końcu za to wziął, bo lubię Ricka Jonesa, ale nikt nie zrobił z nim niczego ciekawego, odkąd został Abombem... ale profesor Green ma być inteligentnym Hulkiem. Jakby był inteligentny to by zastawił jakąś pułapkę, zamiast być zaskoczonym, że Rick nie daje się załatwić po dobroci.
Ale jestem jak najbardziej za sprzątnięciem innych Hulków. Z niektórych udało się wycisnąć coś ciekawego (Rulk Parkera, w mniejszym stopniu nawet Srulkie Parkera), ale nie potrzebujemy ich wszystkich.

Inhuman #3
Gil: Wreszcie coś się dzieje. Co prawda, mija pól numeru, zanim zacznie się dziać, ale druga połowa nam to wynagradza wystarczająco. Dostajemy konfrontację, między dwoma frakcjami, która przynosi jakiś rezultat i zapowiada, że wkrótce wydarzy się coś więcej. To wystarczająco dużo, żeby zainteresować czytelnika. Pojawiają się też nowe postacie, które są nawet ciekawe i mogą się fajnie rozwinąć. Zdecydowanie kryje się za tym jakiś pomysł, któremu warto dać szansę. Byle tylko nie nawalił scenarzysta, do którego wciąż nie mam dużego zaufania. Na razie dam 6/10.
Krzycer: Śmieszny numer. Buduje postać Lasha, i to tak, że można się do niego przekonać. Ale przy okazji ogłupia Medusę i jej bandę, żeby Lash lepiej wypadł. Ale chwilę później to już Lash leży i kwiczy, za to pozycja Medusy zyskuje.
Ostatecznie... ostatecznie to lubię Lineage'a. I podoba mi się, jak szybko autor zmienił zasady gry - wydawało się, że to będzie o konflikcie Attilanu z Oriollanem, a tu już przechodzimy do czegoś innego.
Flagowy tytuł Marvela to to nie jest, wielkiej rewolucji raczej nie przyniesie i ogólnie raczej nie spełni obietnic i nadziei, jakie Marvel w nim pokładał (może gdyby nie zatrudnili do tego Madureiry, tylko wzięli kogoś, kto potrafi rysować jeden zeszyt co miesiąc...), ale po raz pierwszy widzę w tym tytule zadatki na całkiem fajną serię.

Nightcrawler vol. 4 #5
Gil: Chwila oddechu po wydarzeniach ostatniego numeru, która prowadzi wprost do kolejnej przygody. Z jednej strony, to fajnie, że Claremont zdecydował się zrobić to, co mu jeszcze wychodzi, czyli pokazać więcej ludzkiej strony bohaterów i skupić się na szkolnej stronie X-Men. Z drugiej strony, znów zaczyna wyciągać z niebytu przeciwników, których kiedyś stworzył i nikt inny o nich nie pamięta. To już średnio mi pasuje, ale w przypadku Crimson Pirates może się sprawdzić, skoro seria ma być - z braku polskiego odpowiednika tego słowa - swashbuckling. Na razie trochę niepokoi mnie chłopiec-skorpion (?), bo wydaje się być podręcznikową wręcz ofiarą. No cóż - zobaczymy. Póki co, dam 5/10.
jdtennesse: Początkowe sceny będą znane czytelnikom TM-Semicowych X-Men z jednego ze starszych numerów, są prawie kalką tamtych kart komiksu. To znaczy mniej więcej tyle, że Claremont serwuje nam trochę sentymentu, co nie jest do końca złe. Szkoda, że początek obiecujący, środek fajny, a zakończenie… Po scenach retrospekcji mamy Kurta przygotowującego się do nowej roli, nauczyciela, tym razem praktyki, a mianowicie użycia mocy w Danger Roomie. Jako że towarzyszy mu Rachel, sentymentu ciąg dalszy, aczkolwiek bez żadnych nawiązań. Niestety, wprowadzenie scenerii walki kosmicznej/pirackiej ma swoje granice i zaczyna nudzić. Są fajne interakcje z uczniami, jest nawet sentyment w chwilowym powrocie do tradycyjnych uniformów, ale to wszystko blednie kiedy na końcu pojawia się kolejna banda (kosmicznych?) piratów, którzy na zlecenie jakiegoś potworka (nie wiem, czy są to oryginalne postaci stworzone na potrzeby tej serii czy znane już wcześniej) mają odszukać i doprowadzić do niego dziewczynę mutanta. I tu się zabawa kończy, przynajmniej dla mnie, bo to powtórka z rozrywki - czytałem to już w jakimś X-tytule niedawno, chociaż nie pamiętam jakim. A najpewniej w kilku. Rysunki fajne, mogłyby być trochę mroczniejsze, pasowałyby do Kurta. Aha, to zagranie z różańcem - oj nie, nie, nie… Za całość - 6/10.
Krzycer: Kurczę. Claremont ma właściwe pomysły (zmartwychwstały Kurt szuka miejsca dla siebie w odmienionym Instytucie), ale wykonuje je na granicy niezamierzonej autoparodii i odhaczania listy własnego "best of". Pamiętacie mutantów grających w baseboll? Claremont pamięta! Pamiętacie niekończące się sesje w Danger Roomie? Claremont pamięta! Pamiętacie Crimson Pirates i międzywymiarowych handlarzy niewolnikami? Claremont pamięta! Przy okazji wypacza charakter Mercury, choć przynajmniej kojarzy, że ona i Armor mają doświadczenie bojowe, oraz daje nam kolejnych niepotrzebnych uczniów Instytutu, którzy za moment przepadną w limbo.
W rezultacie wychodzi coś, czego nie miałem siły czytać, i gdy dialogi robiły się nazbyt nieznośne po prostu prześlizgiwałem się wzrokiem po obrazkach.
Błagam, niech to będzie kolejna seria, gdzie pierwszy twórca wyznacza kierunek, a potem przejmuje ją ktoś inny. Niech ktoś zastąpi Claremonta z numerem 7, proszę proszę proooszę...

Nova Special vol. 5 #1
Gil: Słowo "Special" w całej tej kolekcji mogło być równie dobrze zastąpione słowem "Useless". Bo taka właśnie była cała ta historia, a ten numer już wybitnie. Finał był strasznie nijaki. Okazało się, że ktoś coś bo tak i koniec, idźcie do domu. Sensu w tym większego nie było, połączenie bohaterów do końca wydawało się przypadkowe, a przeciwnicy byli po prostu mierni. Podsumowując: szkoda czasu i papieru. Tym bardziej szkoda, że zaczynało się w miarę ciekawie, więc rozczarowanie było większe. Na pożegnanie dam 3/10.
Krzycer: Um. Podobały mi się poprzednie dwie odsłony tej farsy, ale cała rzecz kończy się dziwnie. Z jednej strony nagromadzenie postaci w finale pozostaje zupełnie niewykorzystane - a szkoda, bo skoro już mieliśmy farsę, to przydałby się farsowy finał na modłę "Blues Brothers" czy czegoś takiego. Z drugiej strony fabularnie to się ostatecznie nie zgrywa, bo nawet nie dowiadujemy się, czemu stary kosmita chciał dopaść Havoka. Z trzeciej strony ostatnie strony są zaskakująco poważne i ta puenta nijak nie pasuje do tego, co było wcześniej. Więc - lądowania pan scenarzysta nie ustał, ale całość i tak mi się podobała.
Przy okazji: Monark Starstalker zadebiutował w 1976? I wg wiki od tego czasu aż do tych annualospeciali pojawił się całe dwa razy? Teraz mam ochotę jeśli nie na ongoing, to przynajmniej miniserię o tej postaci. Monark Starstalker: Stalking the Stars. Jak to brzmi! Muszę zacząć jakąś petycję, żeby Monark Starstalker pojawił się w sequelu "Guardians of the Galaxy". Uuu, wiem, wiem, niech Monark Starstalker okaże się ojcem filmowego Quilla!

 Original Sin #7
Gil: Wreszcie dochodzimy do konfrontacji i przynosi ona jakieś efekty. Najbardziej widocznym jest to, że Thor nie może podnieść Mjolnira. Mam nadzieje, że nie ostatnim. Co prawda, trochę to naciągane, że zadziałało to w momencie, kiedy Fury coś mu powiedział, bo jeśli ma to związek z czymś, co już zrobił, to efekt powinien być natychmiastowy… Może więc chodzi o coś, co dopiero zrobi? Poza tym, rzucają więcej światła na śmierć Uatu, ale na ostateczne rozwiązanie przyjdzie nam jeszcze zaczekać. Jak więc było? Całkiem fajnie, ale trochę mało. Akcja jest niezła i dobrze rozrysowana, sporo się dzieje i w ogóle. Miałem jednak nadzieje, że ta historia będzie miała coś więcej do zaoferowania w związku z sekretami bohaterów, więc trochę jestem zawiedziony. Cóż, pozostaje poczekać na ostatni numer i zobaczyć, czy zdoła jeszcze czymś nas zaskoczyć. Tymczasem jednak, za dobrą akcję, mogę dać słabsze 7/10.
avalonpulse0365c%20%5B1600x1200%5D.jpgXavier83: Dużo się dzieje jak na jeden komiks. W końcu duża historia, która będzie miała przełożenie na to co się będzie działo po niej - współczuję Thorowi. Jesteśmy blisko rozwiązania zagadek, ale dalej jest wiele niewiadomych. Choćby kto ostatecznie dobił Watchera. Dobrze, że jest jeszcze jeden numer. 7/10.
Kminek: O rany rany, tyle się dzieje... Szczerze mówiąc, po raz pierwszy od dawna czuję się zaskoczony fabularnym rozwiązaniem. Tyle zapowiedzi, tyle przygotowań, taka akcja promocyjna, więc nie dziwne, że spodziewałem się, iż owo wydarzenie będzie nagłośnione fanfarami... A tu BAM, wystarczył szept. Trochę może naciągane, ale emocjonujące.
Szkoda, że końcówka numeru wygląda jak kalka komiksów z Green Lanternem [rada Guardians of the Universe], ale poza tym, jest naprawdę nieźle.
Szczerze mówiąc, czekam na ostatni numer z zapartym tchem. Po raz pierwszy od dawna [pomijając Uncanny Avengers].
wolvie111: Śledzę serię, ale nie oceniałem jej jeszcze ani razu i teraz tez tego nie zrobię, ale mam pewne pytanko. Zauważyłem na początku numeru, że wśród heroicznie rzucających się na Nicka bohaterów była również Strom. Po pierwsze: od kiedy to nie potrzebuje hełmu w kosmosie? Czy jej moce są aż tak potężne, że potrafi kontrolować powietrze i podmuchy wiatru tam gdzie go nie ma! Po drugie: lubię tę postać i denerwuje mnie to, że w większych eventach zazwyczaj jej rola polega na tym, że gdy przypomni się rysownikowi to narysuje ją wśród gromady walczących bohaterów, potem nagle się gdzieś zapada i nie wiadomo co się z nią dzieje, jaki miała tam udział i po co wgl się pojawiła. Rozumiem, że ostatnio robi po prostu na wizytówkę. Tam gdzie widać w tle Storm z irokezem na głowie, ma pokazać, że wydarzenie było dość ważne, by pojawił się tam jakiś charakterystyczny mutant. A sam numer całkiem dobry (jak i cała historia), tylko mam trochę dość przeciągania na kolejny numer każdej odpowiedzi i Captaina Ameryki, który zawsze musi być osobą oceniającą moralność człowieka. Kim on #*&%# jest, żeby zawsze oceniać? Tyle.
Krzycer: Nick Fury, choćby nie wiem jak kosmiczny kombinezon założył, nie jest wiarygodnym przeciwnikiem dla oddziału Avengers z Thorem i Hulkiem. Po prostu nie jest.
Jesteśmy już przy numerze siódmym, a ja wciąż nie wiem, czemu oni właściwie się biją, i czemu Fury zorganizował całą tę szopkę.
Lepiej wypadają retrospekcje i w ogóle wątek Orba i Midasa, bo tam może wciąż nie wiadomo, o co chodzi, ale przynajmniej jest jakieś napięcie. I autentyczna tajemnica, zamiast celowego mydlenia oczu.
Tylko... wszyscy zastanawialiśmy się, "co zrobi Thor, że przestanie być godnym młotka", i okazuje się, że odpowiedź brzmi "nic". To... rozczarowujące. Myślałby kto, że żeby przestać być godnym, trzeba zrobić coś niegodnego... a tu się okazuje, że własne czyny się nie liczą? Tylko to, co się wie? Thor dowiedział się czegoś, przez co przestał być godnym? Tu będzie potrzebne naprawdę dobre wyjaśnienie, bo chwilowo to się kupy nie trzyma.
kuba g: Tak oto event, który fajnie się zaczął, później spadł na łeb do poziomu niemalże żenującego, stał się wraz z 7 numerem zwykłym przeciętniakiem. Pozornie zawdzięcza to rozwiązaniu, które normalnie odebrałbym jako wadę - mało scenariusza, dużo walki. Może nie podobać mi się jak Fury staje się tym poziomem badassa, który we wcześniejszych numerach niszczy planety, a tu peleryną Thora podciera sobie tyłek (dla nieogarniętych, przesadzam, nic tak dosłownego się w tym numerze nie wydarzyło, pisze o pelerynie). Ale jakoś dla semej historii to rozwiązanie wyszło na plus. Przywykliśmy, że ostatnie 2 numery eventu to zmiana status quo postaci, która jest mniej zależna od twórcy eventu, a bardziej jest inwencją edytorów, więc jakoś i tak mam wrażenie, że udało się z tego minimalnie wyjść z twarzą (możemy dyskutować o poziomach mocy i tym, że ktoś kto powinien być rozgnieciony jak karaluch nagle zjada bogów na śniadanie... ale co poradzimy na to, że Nick Fury jest fajniejszą postacią niż Thor, więc zasługuje na odejście z przytupem, a Punisher biega żywy bo kto inny będzie tak dobrze wyglądał waląc te smutne mądrości prawie jak z czasów Chucka Dixona). Numer o poziomie "ujdzie". Liczę teraz tylko na to, że ostatni numer nie osiągnie "poziomu" ostatniego numeru Infinity, gdzie było jeszcze mniej zdatnych do czytania postaci, a jeszcze więcej edytorskich nakazów.

Spider-Man 2099 vol. 2 #2
Gil: Trochę to dziwne, że już przy drugim numerze David zdecydował się na coś spokojniejszego i prawie pozbawionego akcji. Niemniej, był to bardzo fajny numer, który wiele pionków rozstawił i parę wątków rozpoczął. Bardzo fajnie został rozegrany wątek z Liz, a rozwiązanie, które wybrał Miguel otwiera wiele możliwości. Wątek Tempest również jest ciekawy i intryguje mnie, jak zostanie rozwiązany. Muszę też zauważyć, że dużo lepiej czyta mi się tę serię niż All-New X-Factor, bo już przy drugim zeszycie wczułem się w serię bardzo dobrze, a tam nadal mam z tym problem. Tak więc podsumuję moje pozytywne wrażenia oceną 7/10.
Krzycer: Rysownik fajnie rysuje Spider-Mana, świetnie oddaje jego wygimnastykowanie... i w sumie ludzie mu w ogóle nieźle wychodzą. Ale tła i ogólnie sceneria - koszmarnie.
Poza tym komiks składa się z samych rozmów. I choć akcja nie posuwa się bardzo daleko do przodu - ot, bohaterowie się czegoś nawzajem dowiadują - to czyta się to fajnie. Tylko nie kupuję tego pocałunku.
A, no i sam Miguel jakoś mnie nie przekonuje póki co, ale może jeszcze go polubię.

Thunderbolts vol. 2 #29
Gil: Jestem zaskoczony. Miałem w planach tylko przejrzeć ten zeszyt, żeby utwierdzić się w przekonaniu, że nie ma w nim nic ciekawego, a tymczasem złapałem się na tym, że zacząłem go czytać i na końcu uznałem, że był nawet fajny. A wszystko to za sprawą starcia między Punisherem i Ghost Riderem oraz poprzedzających go poszukiwaniach odpowiedniej broni przeciwko płonącemu czerepowi. (Bl)Ackery już któryś raz zdołały zaskoczyć mnie w ten sposób, więc zbierają sobie na spory kredyt zaufania. Rysunki mogły by być znacznie lepsze, ale da się je wytrzymać. Za całość natomiast dam trochę zaskakujące 6/10.
czarny_samael: Tydzień głupoty w pełnym blasku. Najpierw Fury, później Graviton, teraz Rider. Niech sobie Marvel walnie komiks Fury vs Punisher i rozpocznie komiks od trupów Galactusa i Odina u ich stóp, to przynajmniej od razu będę wiedział żeby tego nie tykać. Spojrzenie Ridera nie zadziałało bo ktoś nie poczuł winy (o Zadkielu nawet mi się nie chce wspominać, bo sama ego obecność na Ziemi jest idiotyczna). Brawo, Bl(Acker) wygrał konkurs na debilizm tygodnia. I to taki, który zapamiętam jeszcze dłużej niż dzisiejszy atak tarczą, czy "prawdę" uber-agenta z OS6 i jego akcje z OS7. Swoją drogą mam już dość tych zakichanych ninja/agentów którzy tak kozaczą, że mam nadzieję że ktoś ubije cały street-level świat Marvela. Miałem dość Cage'a i Capa, mam dość Fury'ego i Castle'a, a za chwilę, kiedy Elektra nie przegra albo w ogóle nawiąże walkę z morderczym Batmanem to i jej będę miał dosyć. W końcu można się banalnie przygotować na jednego z najpotężniejszych demonów we wszechświecie i zabić anioła, który przegonił Jahwe z tronu Nieba, ale laska z dwoma sai to prawdziwe wyzwanie.

United States Of Murder Inc #4
kuba g: Mam nadzieję, że jednak ktoś czyta tu tę serię. Mam nadzieję, że moja comiesięczna wiecznie samotna recenzja następnego numeru United States Of Murder Inc nie znaczy, że tych kilku ludzi, którzy lubią kryminał ignorują tę serię, kosztem jakichś tam Nailbiter, Ghosted czy Batmana, który dalej z niektórych okładek próbuje wmówić ludziom, że jest "detektywem". Mam nadzieję choć nadzieja ma głupie dzieci.
United States Of Murder Inc w swojej czwartej odsłonie pokazuje, że nie jest tym komiksem, który zapomina, że czasem czytelnik zasługuje na poznanie kilku odpowiedzi jeszcze zanim zacznie się o nie domagać. Bendis pozwala nam poznać świat komiksu od podszewki. Nienachalne retrospekcje, które pokazują początki zmian, które doprowadziły do aktualnego w serii podziału Stanów Zjednoczonych (na federację i tereny rządzone przez mafijne rodziny), oraz jaką funkcję pełniła w tym rodzina głównego bohatera. Bendis nagradza naszą ciekawość nie zaspokajając jej jednak do końca.
Świat tego komiksu jest nieustanie fascynujący. World Trade Center i jego gangsterski origin to wisienka na torcie tego jak pokazane są tereny opanowane przez mafijne rodziny (nic nie zdradzę, macie to czytać do cholery). A bohaterowie... cóż, pisałem o tym wcześniej, wspomnę ponownie, niektórzy to 100% kreacje Bendisa obarczone cały dobrem inwentarza. Ale widać widać w tej serii (podobnie jak kiedyś w Powers), że w kreację postaci włożono dużo pracy i udaje się scenarzyście unikać wielu swoich charakterystycznych rozwiązań. Każda z postaci mówi swoim językiem, ich dialogi nie zlewają się w jeden ciąg tych samych (górnolotnych) tekstów. Z ich słów poznajemy ich różne charaktery.

Wolverine And The X-Men vol. 2 #7
Gil: Wyraźne nawiązanie do nadchodzącej śmierci Wolvieka. Tak bardzo wyraźne, że spycha na dalszy plan wszystkie inne wątki, które tutaj się przewijają. Okładka trochę kusi, zapowiadając gościnny występ Daredevila, ale jak się okazuje, jest on ledwie widoczny i ma zupełnie inny charakter niż można by się spodziewać. Za to fajny był krótki występ Doopa. Coś mi mówi, że w tej historii wiele się nie wydarzy, ale jeszcze poczytam. Tymczasem dam 5/10.
jdtennesse: Po co ja to jeszcze czytam? Miałem nadzieję, że zacznie się coś nowego, a przede wszystkim lepszego. Ale się pomyliłem. Dalej kręcą się jakieś dziwne historie, a w dodatku pojawia się Daredevil (to boost sales, I presume?). Jakieś znowu grzebanie w przeszłości Logana, nowa (?) postać z przeszłości Logana. Męczę się. Tymczasem w szkole… Uderzyło mnie, że w szkole Jean Grey są różne latające obiekty, żyjąca wyspa na trawniku, danger roomy i tym podobne, a Storm pisze na tablicy kredą. A myślałem, że tylko u nas oszczędzają na edukacji. No i jest Idie, która pokazuje swoją buntowniczą naturę i kryzys światopoglądu z powodu tego co widziała w przyszłości, która jest możliwa, ale nie nieunikniona. X-Men chyba powinni być do tego przyzwyczajeni, ile już wersji przyszłości mieliśmy? Idie powinna trochę czasu poświęcić na poczytanie archiwów… A walka Logana i Matta jest dla mnie z czapy - zwalczają jakieś demony, które nie wiadomo skąd ani dlaczego. A rozmowa Ororo z Fantomexem jest chyba tylko po to, żeby jeszcze raz przypomnieć, że Logana czeka śmierć. Zresztą z co drugiej rozmowy to wynika, ta nieuchronność jego śmierci aż oślepia. I te rysunki… Trzech artystów do jednego zeszytu? Nie, nie, jeszcze raz nie. Twarze Idie czy Ororo są po prostu szkaradne. Mam nadzieję, że wraz z odejściem Logana, zniknie również ten tytuł. 2/10.
Krzycer: ...niby jest w tym jakaś myśl, ale... jakim cudem po tylu podróżach w czasie X-Men nie są w stanie wyperswadować Idie przekonania, że przyszłości nie da się zmienić?
Na drugim biegunie mamy powrót Melity Garner i Wolverine'a wynajmującego Murdocka, by ten wręczył jej oświadczenie sądowe zabraniające jej zbliżania się do niego? To... Łał. To jest niewiarygodnie chamskie posunięcie nawet jak na obecnego Wolverine'a.
Ogólnie: jest w tym jakaś myśl, i nawet pojedyncze pomysły, które mi się podobają. Ale do tego dochodzą brzydkie rysunki oraz - nadal - dążenie Latoura do naśladowania dziwacznego stylu Aarona. Które to dążenie czasem owocuje dziwacznymi, ale przyjemnymi scenkami jak Doop pożerający kultystów z Hellboy'a. A czasami kompletnie rozwalającymi moje zawieszenie niewiary bzdurami w stylu "wybrałam się na wycieczkę do Mojoworld i na steki z Sabretoothem" padające z ust Melity.

Wolverine vol. 6 #11
Gil: Argh… weźcie go po prostu ubijcie, dobra? Oszczędźcie mi tego bulbotania do porzygu i po prostu go ubijcie. Jeśli ma się za tym kryć jakiś większy sens i lepsza historia, to niech już przyjdzie, bo póki co mam serdecznie dość tej wersji Wolverine’a i tej serii.
Kminek: W tym komiksie jest tyle przemyśleń Wolverine'a dotyczących jego "życia" bez mocy, że ta nadchodząca śmierć jest niemal wyczuwalna. Dla niektórych to może być plus, dla mnie nie, bo twórcy robią z Wolviego coraz większego naiwniaka.
Za to na plus wypada podkreślenie obsesji Creeda, którą zauważa nawet randomowa postać [nie mogę zapamiętać za Chiny Ludowe, jak ten gość się nazywa] i finał jego planu pogrążenia Logana.
A sam Wolverine wraca na tory właściwe dla jego archetypu. Czy to dobrze, czy źle i jaki będzie skutek? To się okaże w przyszłym numerze.
Krzycer: Kurczę. Lubię Cornella i żal mi to pisać, ale ta jego saga o końcu Wolverine'a kompletnie nie działa. Wolverine pogodził się z własną śmiertelnością? Brzmi podniośle, ale zupełnie tego nie czuję.
Niemal całkowity brak wsparcia ze strony redakcji nie pomaga - status quo, który próbował tu wprowadzić Cornell został olany na całej linii, poza jedną czy dwoma wzmiankami o stracie HF. No i czasami Logan pojawiał się w tym koszmarnym nowym kostiumie. Ale już cała ściema pt. "Logan jest teraz zły" została zignorowana przez wszystkich, z autorami serii opierających się na Instytucie Jean Grey na czele.

X-Force vol. 4 #8
Gil: Tym razem numer ten uznam za trochę słabszy, ale to głównie ze względu na przydługie wprowadzenie. Może to kwestia tego, że byłem trochę zmęczony, gdy go czytałem, ale długie komentarze reportera szybko mi się znudziły i ślizgałem się po nich, a w momencie gdy się okazało, że mogły mieć jakieś znaczenie, nie chciało mi się już do nich wracać. Większą uwagę na to, co się dzieje zacząłem zwracać od momentu gdy się okazało, że żołnierze są nadludźmi, a to już była końcówka. Wisdom i MI:13 mieli fajne wejście, więc mam nadzieje, że kolejny numer będzie znacznie ciekawszy. Zresztą, Spurrier fajnie ich pisze i ciągle mam po cichu nadzieje, ze kiedyś dostanie ongoing z nimi w roli głównej. Ogólnie było w porządku i pewnie wrócę jeszcze do tego numeru przed lekturą następnego, ale na razie dam mocne 6/10.
jdtennesse: Zmiana tempa. Numer rozkręca się powoli, a właściwie jest to dość długie wprowadzenie. Drużyna Cable'a pojawia się tylko momentami i potem na końcu, a większa część komiksu przedstawia grupę żołnierzy przemierzającą jakąś pustynię. Ciekawie robi się w chwili pojawienia się Marrow oraz na końcu, kiedy dowiadujemy się dlaczego mutanci mieliby interesować się akurat tymi żołnierzami, którzy są czymś więcej. Pojawia się również Pete Wisdom i Meggan. W sumie za dużo nie można powiedzieć, żeby wszystkiego nie zepsuć. Przyznam, że początek nieco nudził, ale końcówka wynagradza, a następny numer na pewno przyspieszy (znając Spurriera, to czeka nas sporo). Na razie 5/10.
Krzycer: Fajny numer. Miło byłoby wiedzieć co właściwie X-Force robi na tej pustyni i po co (i czy działają z MI-13?), ale fajnie się to czytało. Choć afera była grubymi nićmi szyta (dziennikarz dopuszczony do superściśletajnej akcji...)
Ale wciąż jest grany wątek much szpiegowskich, więc nie jest to całkowicie oderwane od tego, co widzieliśmy ostatnio...

avalonpulse0365d%20%5B1600x1200%5D.jpg X-Men vol. 3 #18
Gil: Niespodzianka. Nie zwróciłem uwagi na nazwiska na okładce i w recapie, więc dopiero w miarę lektury zorientowałem się, że to już nie Wood. Za to spore było moje zaskoczenie, że to już Guggenheim, bo numer był całkiem interesujący. Wyraźna zmiana klimatu, przeniesienie akcji w zupełnie inne realia i brak irytującego dzieciaka co drugą stronę, to zdecydowany powiew świeżości. Co prawda, mam spore wątpliwości co do powrotu Deathbird i gdzieś kołacze mi się świadomość, że ta historia może wyrżnąć o dno w każdej chwili, ale nie mogę zaprzeczyć, że pierwsze wrażenie jest pozytywne. Pewnie spora w tym zasługa rysunków, które także zaskoczyły mnie pozytywnie. Co prawda daleko im do ideału, ale kupiły mnie fajnym designem kosmitów i to wystarczyło. Tym razem dam przepełnione naiwnym optymizmem 6/10.
jdtennesse: Początek czegoś nowego. Wood mnie zmęczył i znudził, więc jestem pełen obaw (i nadziei). A może nadziei (i obaw). Nie chce mi się wchodzić w szczegóły tego co było zbędne (a chwilowo cały początek z mutującymi bakteriami taki się wydaje), ale czytało się dobrze. I dopóki dziewczyny (x-MEN, hehe) potrafią z siebie pożartować - trzech telepatów w jednej drużynie, czy też pan(i) Brand – to jest wręcz lepiej. Historia w kosmosie jest zapewne lepsza od historii w przyszłości, więc mamy kolejnego plusa. Wyciąganie starych postaci – tu jeszcze nie jestem pewien, Deathbird może być interesującą postacią, ale ciąża… Oby Xavier nie był ojcem… Rysunki są bardzo przeciętne, ale widziałem gorsze *khem*Bachalo*khem*. Wiem co się dzieje i wszyscy mają twarze, a ręce i nogi są na miejscu. Niskie standardy, ale do tego właśnie doszło. Ogólnie rzecz biorąc, powiew świeżości może sugerować coś fajnego. Czy tak będzie, przyszłość pokaże. Na dobry początek 5/10.
Krzycer: Um. Wooda nie ma, ale pozostało jego... swobodne podejście do arsenałów mocy bohaterek. Innymi słowy: od kiedy Psylocke lata? Tzn niby ma telekinezę, więc w sumie lata tak samo jak Rachel Grey, zapewne, ale... od kiedy ona lata?
Poza tym: ojej, jaka pretekstowa fabułka. Starcie z niesprecyzowanym zagrożeniem na początek, potem Deathbird znikąd, potem niesprecyzowane zagrożenie dla podkręcenia napięcia (choć gdzieś już obiła mi się o uszy nazwa Sidri), a na koniec niewiarygodnie przewidywalna rewelacja. Która może nie byłaby tak niesamowicie przewidywalna, gdyby nie to, że w gruncie rzeczy ujawniono ją parę stron wcześniej... a potem i tak ma być niewiarygodnie zaskakująca na ostatnim panelu. Bla.
No to tak: wszystko jest niesamowicie pretekstowe, przypadkowe i chaotyczne... a jednak czytało mi się to wcale nieźle. Jest tu parę dobrych dowcipów, choć z wymuszonym set-upem, jest próba korzystania z continuity, choć na razie nie bardzo widzę związek między śmiercią Grey'ów a tym, co się dzieje... Ogólnie: jest lepiej niż za Wooda, ale to żadne osiągnięcie.

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Gniot tygodnia:

avalonpulse0365a1.jpgAvengers Undercover #8
Autor:
Francesco Mattina

Demogorgon: Nie ma to jak nie mieć pomysłu na okładkę. Najlepiej walnąć wielki napis i parę scen, które nawet nie współdziałają, bo najwidoczniej przez te trzy miesiące nie zaszła żadna widoczna zmiana w jakiejkolwiek postaci. Ok, Nico wygląda normalnie, ale to, że ona na wszystkich dwóch okładkach w ogóle nie przypomina siebie z komiksu to inna sprawa. Jaki jest sens informować o timeskipie na okłądce jeśli nie pokazuje się jakichkolwiek widocznych transformacji, jakim ulegli przez ten czas bohaterowie. Absolutnie żaden. To tylko zapychanie okłądki napisem z braku porządnego obrazka. W wyniku tego wszystko jest tu upchnięte i upakowane na siłę, wygląda jak jakiś pakiet archiwalnych wydań magazynu o grach za ćwierć ceny.
No i oczywiście nie ma to jak dać scenę skupiającą się na piersiach nieletniej dziewczyny. By nikt nie pomyślał przypadkiem, że ten komiks jest skierowany do kogokolwiek innego niż trzynastoletni smarkacze i starzy zboczeńcy. Stay classy Marvel, stay classy.

Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2014.08.13
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.