Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #364 (11.08.2014)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 11 sierpnia 2014Numer 32/2014 (364)


W najnowszym numerze Pulse'a mamy kosmos, street level oraz kilka grzechów.

Iron Fist: The Living Weapon #5
Krzycer: Nie mam pojęcia o co w tym chodzi ani czym niby ma być przeciwnik Danny'ego. Na domiar złego przestała mi się podobać kreska. Gdzieś przepadła fajna gra cieniami i delikatne eksperymenty z kadrowaniem z początku miniserii, zostały same karykaturalne postaci. Nie podoba mi się fabuła, nie podoba mi się ten komiks.
Demogorgon: Zaczynam się powoli przekonywać do tej serii. Andrews naprawdę się stara, aby miała styl i zdecydowanie udaje mu się sprawiać, by się graficznie wyróżniała, więc to zawsze coś. Fajnie wypada to, jak rysuje moc Iron Fista, niesie ze sobą wielką siłę, nawet jeśli cios chybia, to ma się wrażenie, że trafienie byłoby dewastujące dla przeciwnika. W tym numerze wyszedł mu też całkiem miły flashback. Tylko zastanawia nagle odnaleziona niesamowitość nowej dziewczyny Danny'ego, budzi nieco tajemnicy, ale wyskakuje tak nieco znikąd.
kuba g: Czytając tę serię powoli mam wrażenie, że Andrews po prostu adaptuje jakiś zaginiony scenariusz Franka Millera z czasów między Roninen a tą masakrą, którą wywinął w "Robocopie 2". Wszystko jest groteskowe, jednocześnie momentami zbyt poważne i pesymistyczne jak na taką ilość groteski. I ciągle walczę ze sobą czytając serię. Niby podoba mi się ta zmiana (łączona z taką oprawą graficzną), ale ciągle tęsknię za tym bardziej awanturniczym Iron Fistem w wersji Brubakera i Fractiona (czy nawet Bendisa z czasów New Avengers). Raczej serię będę śledził do końca tej sagi, ale wszystko zależy jak Andrews wybrnie z motywu z powrotem ojca Danny'ego i jak dalej będzie prowadzona "Kung Fu Girl". Niestety o ile Kung Fu Girl jest obecnie najmocniejszą częścią historii, to ojciec Randa to jest właśnie ten poziom Millerowej groteski rodem z Robocopa, która jest dla mnie trudna do przejścia.

Legendary Star-Lord #2
Krzycer: Ciekawa sprawa. Pomiędzy pierwszym a drugim numerem tej serii obejrzałem film. Teraz, uzbrojony w wiedzę, że Marvel postanowił przeszczepić filmowego Quilla do komiksów, odkrywam, że... jestem w stanie zaakceptować kompletną zmianę jego charakteru. Przynajmniej wiem, że coś za nią stoi. Nic co dałoby się obronić fabularnie, to inwazja konwergencji mediów i innych plugawych bestii, ale... Przynajmniej wiem, skąd to się wzięło, a to mimo wszystko trochę pomaga. No i nie jest to pierwszyzna, bo przecież parę lat temu to samo stało się ze Starkiem.
Więc... akceptuję, ale wciąż mnie to irytuje.
Przechodząc do numeru: teksty typu "jeśli nie możesz powiedzieć własnej siostrze" są słabe, bo sugerują chyba jakąś magiczną więź łączącą kompletnie sobie obcych ludzi. Ale poza tym było to... kompletnie pozbawione jakichkolwiek ambicji, sprawnie zrealizowane czytadło, zżynające z "Gwiezdnych Wojen". Filmowy "GotG" musiał być hitem w redakcji Marvela.
Kminek: Wychodzi na to, że wszyscy potomkowie J-sona to honorowe spryciule. I dobrze!
Szczerze mówiąc, podoba mi się takie rozwiązanie fabularne. Bałem się, że siostra Petera okaże się zagorzałą fanatyczką imperatora Spartaxu i dopiero przebywanie z Quillem nauczy ją, że ojciec wcale nie jest... Bla, bla, bla... Oklepany motyw. Tu zaś mamy kolejną część zgrabnej, śmiesznej przygodowo - awanturniczej historyjki z mnóstwem nawiązań do filmu.
Aha, obstawiam, że Mister Knife też jest jakoś spokrewniony z "legendarnym" Star-Lordem.
Co do oceny, to tak, jak pisałem, fajna historia, nieźle rozpisane dialogi i do tego kreska jak najbardziej mi odpowiada, dlatego dam 7/10.

Miles Morales: The Ultimate Spider-Man #4
Krzycer: W dalszym ciągu nic nie wiadomo. (Przy okazji, w dalszym ciągu irytuje mnie to, że Osborn przeżył "Death of a Goblin".) Ale starcie wypełniające ten numer jest świetne. Rysunki Marqueza są fenomenalne (przy okazji, niektóre kadry przypominały mi znakomite rysunki Immonena z "Death of a Goblin"). Reakcje krewnych i przyjaciół Petera też wypadają dobrze, choć poza May i Gwen nie poświęcono im miejsca.
A do tego mamy jakieś niejasne, intrygujące sugestie odnośnie rodziców Kate Bishop. Jestem zaintrygowany.
Tradycyjnie, jakkolwiek USM by się akurat nie nazywał, to nadal najlepszy mainstreamowy Bendis.

Moon Knight vol. 7 #6
Krzycer: Hm. Każdy poprzedni numer był petardą. Ten... jakby trochę mniej. Zyskał mocy w końcówce, gdy Muniek w końcu wszedł na scenę - ostatnie strony są zresztą ładnym domknięciem tego króciutkiego runu - ale wypełniająca numer historia nowego Black Spectre była... Standardowa. A w runie wypełnionym punkowymi duchami, hipnotycznymi grzybami i wariacją na temat "Oldboy'a"/"The Raid"/innych takich "standard" to jednak rozczarowanie.
Demogorgon: Zdecydowanie numer tygodnia. Nowy Black Spectre, którego genezę poznajemy od podszewki, krok po kroku obserwując narodziny obsesji, jest fascynującą postacią i nawet cieszę się, że Spector go nie zabił, mam cichą nadzieję na jego powrót. Istnieje taki archetyp antagonisty - wykrzywione odbicie bohatera, jego spaczona wersja. W tym komiksie Ellis pokazuje nam jak buduje się takiego złoczyńcę, jak ktoś praktycznie sam wpisuje się w rolę to bycia mrocznym odzwierciedleniem Moon Knighta, jego ponurym cieniem. A zarazem spaja kilka wątków z poprzednich numerów, nadajac całości atmosferę ciągłości.
kuba g: Po numerze z ghost-punks i grzybami chyba nie da się już lepiej opowiedzieć historii z Moon Knightem. Dlatego ostatni numer w wykonaniu Ellisa mimo, że całkiem fajny nie jest geniuszem. Może to mina zbyt klasycznej historii zamkniętej w ramy ok dwudziestostronicowej historii. Może dlatego, że spodziewałem się, że numer #6 zmieni status quo jeszcze bardziej tak co by zakończyć historię z przytupem i narobić problemów scenarzyście, który Moon Knighta będzie przejmować. Niestety historia Black Spectre jest tylko dobra, ale to dalej komiks w 100% wart swojej ceny.

 New Avengers vol. 3 #22
Krzycer: Ze stopki wynika, że Walker sam tu sobie kładł tusz. Czy on zazwyczaj (w Arenie czy wcześniej w Thunderboltach) miał kogoś do pomocy, czy zawsze sam sobie kładł tusz? Bo tutaj jego rysunki wyglądają zdecydowanie inaczej, postaci są rysowane cieńszą kreską i, nie ukrywam, zupełnie nie przypadły mi do gustu. Ani trochę.
Przechodząc do scenariusza... bohaterowie próbują oszukiwać sami siebie, Namor im na to nie pozwala - wszystko spoko. T'Challa ma w końcu dość i po dwudziestu numerach w końcu dochodzi do rękoczynów.
I... to było trochę rozczarowujące.
Ale dwie rzeczy sprawiają, że ten numer zapadnie mi w pamięci - "Every breath they take is a mercy from me" oraz ostatnie strony. I ostatni kadr. Będzie się działo, zapewne.
Przy okazji: czy konflikt Namora z Black Pandą ma swój początek w AvX, czy był jakiś wcześniejszy powód, przez który Namor próbował utopić Wakandę w AvX? (...oraz pytanie które zadaję sobie od AvX: czy Wakanda ma dostęp do morza?)avalonpulse0364c%20%5B1600x1200%5D.jpg
Demogorgon: Zaczynamy tam, gdzie skończyliśmy poprzed numer, czyli od zszokowanej reakcji całej grupy na czyn Namora. Black Bolt aż spuchł jakby go osa użądliła. Nico... Znaczy się, T'Challa, postanawia załatwić sprawy z władcą Atlantydy w Wyjątkowo Koślawym Pojedynku, póki nie interwencja innych, jakoś bardziej przejętych tym, że ci dwaj chcą się zabić niż byli zabiciem Great Society. Namor wchodzi w Vince McMahon mode by ponownie sprowokować Nico... T'Challę...
I o co w sumie jest ta afera? Nikt nie chciał wysadzić Ziemi, Nico.. T'Challa się zgłosił na ochotnika, ale nie mógł tego zrobić, więc Namor zrobił to za niego? I o co jest problem? Jak pewien anon powiedział, to tak jakby został ostatni kawałek pizzy i padło pytanie kto chce, on się zgłosił, ale potem nie chciał być bucem, który zjada ostatek. A jak inny koleś przyszedł i to zjadł za niego, to się wkurzył, jak pies ogrodnika normalnie. Jasne, potem tamten koleś przyznał, że zapchał klopa, ale jednak nie rozumiem tego początkowego gniewu Ni..T'Cha...Hahahahahahahahahaha!
Dobra, nie, ja nie potrafię. Walker, o co chodzi? Z każdą stroną rysujesz T'Challi większe metalowe rękawice, z których unosi się coraz więcej fioletowej energii. Ja myślałem, że ta katastrofa, jaką zrobiliście Nico to był pomysł Hopelessa, ale widać się myliłem. Co to jest? Po co? Jaki ma sens dawanie ludziom ogromnych, metalowych łapsk promieniujących energią? Is this a sex thing?
Dodajmy jak paskudne są te rysunki, prawie każda twarz jest obrzydliwie karykaturalna, a walka T'Challi z Namorem wygląda potwornie, zwłaszcza pierwszy cios. Myślałem, że on się lenił przy Hopelessie, bo scenariusz był miałki, a seria mierna, ale proszę, przechodzi do flagowego tytułu, ilustruje coś wielkiego i w sumie nowatorskiego i co? I dalej szkarady! Nie można było zatrzymać Schitiego na jeszcze jeden numer?
A tak ogólnie to słabo - kłócą się, Namorowi włącza się evil switch aby było jasne jaki jest ZŁYYY za to, co zrobił i zarazem można było łatwo rozgrzeszyć resztę w oczach fanów, dużo gadania o tym jak to Illuminatti stali się potworami ale jakoś w ogóle tego nei czuć. Za to ostatnia strona fajna, to pokazanie, że cała ta afera nic nie dała koniec końców i zagrożenie dalej jest realne. Tu zapachniało miło kosmiczną opowieścią grozy.
Soundtrack: No chance
czarny_samael: Niech ten pieprzony Black Panther w końcu zdechnie... Chciałem, żeby Namor go załatwił jako Phoenix, bo miał rację. Chciałem, żeby dobił go Thanos, bo Panther zawsze był hipokrytą (brak udziału w pierwszym Illuminati). A teraz tylko mnie upewnił, że Stark i jego Himler Richards powinni wyparować razem z nim. O Beaście wypowiedział się już Watcher. Gdyby Ziemią Marvela rządzili kolesie jak King Thor, Black Bolt, Cyclops i Namor to do większości tych bzdur nigdy by nie doszło. A gdyby pełną władze mieliby idioci jak Stark, Rodgers i Richards, to albo by się pozabijali z pełnym przekonaniem o swojej świętości, albo by teraz wyparowali razem zresztą universum, bo nie byliby w stanie poświęcić planety dla przeżycia całego wszechświata, a to mniej niż poświęcenie jednej osoby za życie planety. Co za denny numer. Hickman jest coraz dalej za Remenderem, bo świat tego drugiego jest w miarę wolny od świętoszków. 3/10.
Kminek: Wydaje mi się, że cały problem z tym numerem jest taki, że ten tragiczny, niemal antyczny konflikt, który powinien się toczyć przez wcześniejsze 21 numerów upchnięto w jednym. Jasne, pewnie powiecie, że wcześniej też były jakieś rozmowy, wątpliwości itd... Oczywiście, były, ale nie w takiej postaci i nie takim natężeniu.
W konsekwencji, zamiast kulminacji narastającego napięcia, wybuchu wzajemnych żali i oskarżeń, mamy przepychankę najmądrzejszych postaci Marvela rodem z podwórkowych piaskownic. Każdy najpierw pokrzyczy, pokrzyczy, a kiedy się zmęczy, umywa ręce od problemu, mówi, jaki to jest nieszczęśliwy i odchodzi.
Jedynym plusem jest Namor, który, ujawniając paskudną prawdę [taki metaforyczny środkowy palec wystawiony w stronę Wakandy] ostatecznie pokazuje, kto jest najtwardszym badassem świata Marvela. W jednym z poprzednich numerów, Maximus opowiadał Black Swan o królach. Namor w stu procentach odpowiada temu opisowi.
Za to trio Stark - Richards - T'Challa wypada przy nim tak słabo, że nawet nie pomaga im rosnąca, fioletowa łapa pantery. Dlatego 4/10.

New Warriors vol. 5 #8
Krzycer: Tłuką się. Treści w tym niewiele, ale walki są całkiem fajne. Dialogi też porządne. Mimo to życzyłbym sobie, by Yost napisał teraz jeden albo dwa spokojniejsze numery. Chciałbym móc lepiej poznać niektórych bohaterów... i dowiedzieć się, po co właściwie ta grupa ma istnieć i czy oni mają jakiś pomysł na siebie.

Original Sin #3.4
Krzycer: ...okej, tego się nie spodziewałem. "Hulk by nie powstał, gdyby Banner przeczytał maila, którego Tony napisał po pijaku" to... hm... zaskakujący sekret.
Czemu mam przeczucie, że już niedługo wszyscy będą udawać, że to nigdy nie wyszło na jaw?

Original Sin #5.3
Krzycer: Trochę nuda. Ale przynajmniej Loki i Anielica Przełożona mają fajne sceny. Ale łojezusmaria, jakie rysunki Bianchiego są brzydkie. Zwłaszcza widmo Kid Lokiego wyszło tragicznie.
Demogorgon: Czy to nie miało mieć 4 numerów? Coś niewiele się tu w takim razie dzieje jak na crossover. Thor dostaje lanie od Angeli i to jest głupie. Loki ma miłą pogawędkę z królową aniołów, która nieco wyjaśnia i to jest lepsze, bo mam wrażenie, że w tym numerze jest więcej Ewinga a mniej Aarona. Zdecydowanie jest więcej treści a mniej bijatyki, więc ocena numeru wzrasta pozytywnie. Inna kwestia, że wreszcie pewne obietnice zostały spełnione, co mnie cieszy. The Queen is back, ladies!
Kminek: Tabuny skrzydlatych lasek [ i jedna "wingless"] tyrają Thora podczas, gdy jego "ukochany" brat negocjuje z najbardziej-zachłanną-skrzydlatą-laską, czyli schemat wspólnych przygód Lokiego i Thora został zachowany. Mimo to podoba mi się koncepcja "dziesiątego królestwa" oraz kreska. 5/10.

Rocket Raccoon vol. 2 #2
Krzycer: Śliczna rozkładówka z ucieczką z więzienia. A wcześniej - parę zabawnych scenek w więzieniu. Ogólnie, jeśli już ongoing RR musi istnieć, to mogło być o wiele gorzej.

Superior Foes Of Spider-Man #14
Krzycer: Piękny numer. Nie ma co wchodzić w szczegóły, ma wszystkie zalety poprzednich 11 numerów pisanych przez Spencera (dwa zapychacze pomijamy milczeniem).
Demogorgon: No no, to się porobiło. Parę wątków się wyjaśniło, w ładny i zabawny sposób pokazując, co porabiali pozostali członkowie Szóstki, kiedy my skupialiśmy się na Boomerangu i Shockerze. I obydwa te momenty są świetne, zarówno z Beetle i Overdrive (genialna scena pościgu, która, jak pokazuje zamieszczony przez Steve Liebera na 4chanie fragment scenariusza, Spencer w całości powierzył wyobraźni drugiego rysownika) jak i ze Speed Demonem. No i jest jeszcze ta końcówka, o której można powiedzieć jedno - Herman, nie.
Soundtrack: Shut Up And Drive

Superior Spider-Man #32
Krzycer: O. Nie wiem, czy przegapiłem to w zapowiedziach, ale było dla mnie dużym zaskoczeniem, że to Potto zbiera Pająki. Poza tym z jakiegoś powodu dobrze wspominam whatifa w którym zadebiutował widziany tutaj Tajny Agent Zabójca Spider-Man, więc... podobało mi się. Wbrew oczekiwaniom.
(Pomimo obecności hinduskiego Spider-Mana, który... jest... no... ale co tam, w Spider-Verse pojawi się jeszcze Spider-Ham i Spider-Monkey, trzeba się zacząć przyzwyczajać do co dziwniejszych pomysłów.)

Thanos: The Infinity Revelation
czarny_samael: Ciekawie było przeczytać Thanosa, który zachowuje się jak Thanos. Używa swojego umysłu do zwycięstwa, a nie czystej przewagi fizycznej, precyzyjnie eliminuje przeszkody, dąży do celu, który osiąga, kieruje się racjonalnymi argumentami w kwestii porządku w universum, jest wyniosły i okazuje przewagę na każdym polu swoim przeciwnikom. Z Warlockiem miałem problem, bo przez dłuższy czas myślałem, że zmiany w wyglądzie oznaczają wewnętrzną walkę i możliwy powrót Magusa. Szczególnie, że cały kontekst na to wskazywał. Twórca Thanosa powrócił do pisania kosmosu i to się czuje. Mamy kosmiczne potęgi, dążenie do wielkiej mocy, opowieść o tym jaki wpływ na wszechświat ma/może mieć charakter istot niepowołanych do wielkiej władzy. Klimat uzupełniają rysunki, które przywołują wspomnienia poprzednich przygód Szalone... ciii! przybysza z Tytana.
Dużym minusem są walki, które mimo jasnego sygnału - Thanos is THE beast - wypadają bezpłciowo. Annihilators są rozbici, wykrzykują jakieś głupoty, nie mam pojęcia czemu Surfer nie był z nimi od początku. Nie wiem na co czekali Quasar i Ronan. Niedorzeczne jest też to, że akurat Ronan próbował ataku Universal Weapon jak zwykłym młotkiem. Thanos ich wykpił, Starlin ich wyśmiał na kilka sposobów. Zamiast zbudować podstawę dla wspominanego sygnału, który chciał wysłać czytelnikom, przedstawił wrogów Szalonego jako żenujących amatorów. Swoją drogą skąd ten szacunek Thanosa do Gladiatora? Nie wiem, ale często jego opinie w tym względzie mnie dziwiły. Paradoksalnie to Warlock pokonał dwóch najgroźniejszych Annihilators i najwięcej na tym zyskał.
Ciekawym zabiegiem jest dość jasne stwierdzenie Tribunala, że Starlin zaaranżował tę sytuację... bo mógł. Podoba mi się też, że autor pamięta o tym, że ma do dyspozycji 100 stron, więc może ze dwie poświęcić na wytłumaczenie wydarzeń poprzedzających całą historię.
Daję 7.5/10. Zabrakło werwy, emocji i ikry w scenariuszu i walkach. Jednak komiks jest napisany na 100% poprawności z dużym uwzględnieniem wagi continuity.

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hity tygodnia:

avalonpulse0364a1.jpg avalonpulse0364b1.jpgThe Punisher vol. 6 #9, Black Widow vol. 3 #9
Autorzy:
Mitch Gerads, Phil Noto

Undercik: Crossover pomiędzy Black Widow a Punisherem był naturalną rzeczą, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że za obie serie odpowiada ten sam scenarzysta. O ile samą historią, póki co, nie jestem zainteresowany (czekam aż ukaże się w Marvel Unlimited), to okładki ją reklamujące, przykuwają uwagę. Mitch Gerads i Phil Noto odwalili kawał świetnej roboty. Znakomicie pokazali czytelnikowi, że w środku znajdzie się odniesienie do drugiego ongoinga. Zarówno krzesło u Black Widow, jak i pająk u Punishera bardzo dobrze spełniają swoją rolę. Nie są nachalne, ale wyraźnie informują o tym, o czym mają informować. Jak widać nie trzeba bannerów z logiem eventu/crossa czy wpychania na siłę drugiej postaci na okładkę. Nie trzeba na siłę zwracać uwagę czytelnika. Wystarczy jeden drobny motyw. Szczególnie, że jeśli chodzi o warsztat, obydwie prace są bardzo dobre.

Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2014.08.06
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.