Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #363 (04.08.2014)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 4 sierpnia 2014Numer 31/2014 (363)


Dużo komiksów ukazało się w zeszłym tygodniu, dlatego też i dużo opinii w dzisiejszej odsłonie Avalon Pulse'a. Także przyjemnej lektury. A gdy już skończycie, idźcie do kina, jeśli jeszcze nie byliście. A nawet wtedy idźcie drugi raz. "Guardians of the Galaxy" to najlepszy sposób na rozpoczęcie nowego tygodnia.

100th Anniversary Special: Guardians Of The Galaxy (one-shot)
Gil: Nie może być! Jest w tej serii 1-shotów jeden, który ma jakiś sens i da się go przeczytać. Cóż, jeśli za Guardians bierze się Lanning, który w dodatku ma w rękawie całą serię, to można było mieć nadzieje. A jednak podchodziłem sceptycznie i na samym początku kręciłem trochę nosem, bo jednak wejście w temat jest trochę ad hocowe. Ale im dalej się czytało, tym lepiej i pod koniec nawet miałem ochotę na ciąg dalszy. No i jest całkiem możliwe, że w nadchodzącej serii dostaniemy go w jakiejś postaci. Może rysunki nie do końca są z mojej bajki, ale hej - kiedy mamy świetnego i zabawnego Cosmo, Rocketa, a nawet Iron Mana, to zdecydowanie schodzi na dalszy plan. Tym razem może być 6/10. Ale podkreślam, że tutaj to wyjątek, potwierdzający regułę - cała idea była kiepska.
(od)wieczny: Jeśli ktoś po tym numerze spodziewał się czegoś wyjątkowego i wysokich lotów to się zawiedzie. Jest to typowy komiks humorystyczny. Lekka fabuła i kreska. Prosty dowcip i nieskoplikowane wątki. I jako taki się sprawdza. Silver Galactus, Szop i jego ferajna prezentują sie dobrze. Przyjemna nie wymagająca dużego myślenia lektura. Szkoda tylko, że to nie Young rysował ten numer...
Krzycer: No i teraz zgadywanka, co to było: wprowadzenie do startującej serii Guardians 3000? Flashforward do wydarzeń z tej serii? Rzut okiem, jak ta seria będzie wyglądała w 2060 czy jakkolwiek te 100th Anniversary Speciale działają?
Pożyjemy - zobaczymy, tymczasem... recap page informuje nas, że zespół składa się z "zabójcy, maniaka, cyborga, klona i grupki szopów". Teraz uświadamiam sobie, że klonem chyba jest Charlie-27, przynajmniej jeśli dobrze kojarzę strzępy informacji o oryginalnych Guardiansach, jakie kiedyś sobie przyswoiłem... ale przez całą lekturę komiksu byłem święcie przekonany, że obserwujemy przygoda nastoletniego klona Gamory, bo tak została narysowana.
Przy okazji: o co chodzi? Jakim cudem oni wszyscy żyją tysiąc lat w przyszłości? Cholera wie, ale było śmiesznie i fajnie i mam nadzieję, że Guardians 3000 będzie w tym klimacie i z tymi postaciami. Bo coś mi mówi, że to będą "prawdziwi" GotG, przynajmniej dopóki Bendis nie dopuści kogoś innego do swoich zabawek.

All-New Ghost Rider #5
Gil: Hoo... boy! Fabularnie było dobrze. Jest konsekwencja, jest rozwinięcie wydarzeń i eskalacja, aż do domknięcia z epilogiem. Co prawda, domknięcie było troszkę pochopne, ale ujdzie w tłoku. Za to bardzo fajnie wyszło ratowanie Gabe'a i Robbie przejmujący kontrolę w kluczowym momencie. Ale te rysunki… Nie. Po prostu nie. Dopóki rysownik trzyma się normalnych postaci, mogę to wytrzymać, ale w tym zeszycie wszystko eskaluje graficznie do tego stopnia, że nie mogłem się połapać w natłoku przesadnie nabrzmiałych mięśni i żył, mnożących się kończyn i sterczących na wszystkie strony zębów. Naprawdę chciałbym zobaczyć ten komiks z innym rysownikiem, bo ten coraz bardziej mnie odpycha. No i po prostu muszę obniżyć ocenę za grafikę. Ale mimo wszystko, zeszyt nie spadnie pod kreskę, tylko zatrzyma się na 5/10.
Demogorgon: KOMIKS TYGODNIA! Ja nie mogę, każda strona, każda scena, każdy panel, to jest przepiękne! Wszystko w finale idzie tak szybko, to prawdziwy wyścig ku linii końcowej, starcia Hyde'a z Grumpym, najemników z gangiem, Robbiego z najemnikami i Robbiego z Hydem są bardzo szybkie, ale nie pozostawiają uczucia niedosytu, a drobiazgi jak to, że kompani Guero okazali się o wiele lepszymi ludźmi od niego tylko dodają temu uroku. No i te dwie ostatnie strony, ja się uśmiechnąłem. Piękny komiks, piękny.
Sountrack: (You Will) Set the World On Fire

Avengers vol. 5 #33
Gil: Okay, no to podsumujmy... Avengers podróżują coraz dalej w przyszłość, po drodze się wykruszając, ale zawsze trafiają na kogoś, kto ich oczekuje i dobrze zna, chociaż przeważnie jest wrogo nastawiony. I wygląda na to, że wszystko zmierzało do tego punktu, kiedy to ponad 50 tysięcy lat w przyszłości (przy okazji, to 500 wieków, nie 50), jedyny ocalały członek tej ekipy stanie twarzą w twarz z czymś, co zostało przewidziane tysiące lat wcześniej. Mimo upływu takiej ilości czasu, wszyscy doskonale wszystko pamiętają (chociaż to głównie maszyny, więc teoretycznie byłoby to możliwe, ale jednak jest mało prawdopodobne) i wszystko idealnie się zgadza, a użyta technologia z przeszłości doskonale działa w przyszłości. Nie da się ukryć, że mocno to naciągane, skomplikowane i mało prawdopodobne. I mimo przebłysku optymizmu przy poprzednim numerze, teraz zdecydowanie nie jestem usatysfakcjonowany. Chociaż przyznam, że grafika mi się podobała. Ale razem to będzie najwyżej 5/10.
Krzycer: ...ponownie w tym tygodniu: o co chodzi? Niestety, w tym wypadku nie było śmiesznie i fajnie, i mam co najwyżej nadzieję, że następny numer cokolwiek wyjaśni. Bo w tym momencie nawet nie widzę, by to w jakikolwiek sposób wpisywało się w hickmański Wielki Plan i Schematy i Prezentację w Power Poincie.

Avengers World #10
Gil: Dziesięć numerów to wystarczająco dużo czasu, więc tym bardziej powinniśmy się cieszyć, że wreszcie wszystkie te wątki spotkały się w jednym zeszycie. Chociaż nadal nie połączyły się bezpośrednio. Ale tego raczej nie powinniśmy się spodziewać i nawet będzie lepiej, jeśli tak się nie stanie, bo różnice są na tyle duże, że byłoby to naciągane jak gacie na Hulku. Tymczasem nie jest źle, bo całość splata się za pośrednictwem Maryśki Hill, która nagle odkrywa, że wpadła po uszy i nie kontroluje sytuacji. Nadal jest to trochę naciągane, że akurat w tym samym czasie na świecie powstało kilka kolejnych grup bohaterów i ujawniają się właśnie teraz. Ale to akurat najmniejszy problem. Jest nadzieja, że gdy już wszystko to się jakoś splotło, wyjdzie z tego cos ciekawego. Na razie fajnie wychodzi telewizyjny występ szefa AIM i jego manipulacje. No i jak zwykle rysunki są świetne. Mogę dać słabsze 7/10.
Krzycer: Chwila, zaraz, moment - co to było? Bohaterowie "Secret Avengers" zgodzili się na współpracę - przystąpili do programu. A przynajmniej tak im powiedziano. Więc o ile oni - a przy okazji również my, czytelnicy - nie zostali wprowadzeni w błąd, to się kupy nie trzyma, że Maria Hill może pstryknięciem palców zafundować amnezję Sunspotowi i Cannonballsowi.

Cyclops vol. 3 #3
Gil: Wiecie, jaki jest zasadniczy problem z tą serią? Między jednym a drugim numerem, zupełnie nie pamiętam o jej istnieniu. Zawsze jak otwieram listę komiksów wychodzących i widzę ten tytuł, mam wrażenie jakbym znalazł pod kanapą coś dawno zgubionego, o czym zdążyłem zapomnieć. Na szczęście grzyb nie wyrósł. Słabo pamiętam poprzednie zeszyty, ale ten ma szanse na lepszy wynik, bo w końcu poruszyli wątek powrotu Corsaira i pojawiło się w nim co nieco ciekawego. W sensie takim, że nie odbyło się to na zasadzie "pyk i już", ale ma jakąś cenę i konsekwencje. Jeśli ten wątek będzie kontynuowany w ciekawy sposób, seria ma szanse awansować. A oprócz niego, mamy też sytuację, w której nasi dwaj główni bohaterowie zostają sami na pustkowiu i muszą jakoś przetrwać. To również może być ciekawe, ale to już zależy od kierunku. Tymczasem wygląda nawet zachęcająco i dostanie 6/10.
Krzycer: Z jednej strony mógłbym się czepić, że retrospekcje po śmierci Corsaira trochę się kupy nie trzymają, bo Hepzibah była wtedy na Ziemi (no chyba, że Starjammers trzymali go w lodówce, a Hep przekonała ich wszystkich by go wskrzesić dopiero po swoim powrocie, wiele miesięcy później). Z drugiej strony - Rucka porusza ten wątek, wyjaśnia sprawę, miniCyke dowiaduje się o Vulcanie i w ogóle jest tu dużo fajnego korzystania z continuity, oraz równie fajny konflikt między ojcem a minisynem. Ogólnie - dużo dobrego jest w tym numerze, i jest to pierwszy numer tej serii, w którym wszystko gra, jak należy.
...a Rucka za moment się z nią rozstaje, tak? Well, shit.

Guardians Of The Galaxy vol. 3 #17
Gil: Nie rozumiem Marvela. Z jednej strony usilnie lansują tę serię na jeden ze swoich flagowych tytułów, z drugiej jednak mam wrażenie, że nie wiedzą, co z nią zrobić i przy każdej możliwej okazji strzelają sobie w stopę. Pierwsza rzecz to dobór rysowników. Jest ich tu dwóch: jeden kiepski, drugi zbyt offowy, obaj moim zdaniem nie powinni się tu znaleźć. Druga rzecz to fabuła, a raczej jej szczątkowa postać. Od iluś numerów nie ma tu nic poza bieganiną za własnym ogonem i przekonania, że wystarczy mieć parę fajnych postaci, żeby same się kręciły. Otóż, nie - nie wystarczy. Nie wystarczy ciągłe powtarzanie, że J-Son jest dupkiem, a cała drużyna jest super fajna. Coś musi się dziać, a tutaj wciąż mam wrażenie, że nic się nie dzieje. A to w połączeniu z marną grafiką sprawia, że zeszyt wyląduje na 4/10.

Hawkeye vol. 4 #19
Gil: O, ta seria jeszcze istnieje? Aż się zdziwiłem. Spojrzałem więc do środka i zmieniłem pytanie na: dlaczego ta seria jeszcze istnieje? Wiecie, że w latach 90tych niejaki Liefeld potrzebował chyba dwóch lat na wyciśnięcie czterech zeszytów swoich Youngblood? W tym porównaniu Fraction wypada co prawda nieco lepiej, ale obie serie mają pewien punkt wspólny: nic się w nich nie dzieje. Tutaj na przykład, cały zeszyt zajmuje Bartonowi powiedzenie, że się nie podda Bro-Gangowi. Dosłownie. Wyczyniają masę akrobacji, żeby pokazać, jak to nie dosłyszy i ma problemy z wysłowieniem się, a ja się zastanawiam, czy to rzeczywiście miało czemuś służyć, czy po prostu Matty zadzwonił do artysty i rzekł mu "Siema, Dave. Weź no wymyśl coś, żeby pokazać, że nasz bohater chwilowo ogłuchł." A potem biedny Aja przez pół roku się głowił, co z tym fantem zrobić. I graficznie wyszło fajnie, więc to jemu zdecydowanie należą się wszelkie pochwały. Zeszytowi jednak należy się 3/10, bo wartość dostarczonego produktu jest niewspółmierna do okresu oczekiwania.
Krzycer: Świetny wizualnie. Trochę nudny fabularnie. Ale może to dlatego, że już nie pamiętam co było w poprzednim numerze.
Czemu właściwie ta seria ma takie opóźnienia? Z Iron Fistem też tak było? A przecież tutaj co chwila są numery zastępcze rysowane przez nie-Aję, żeby Aja miał więcej czasu...

Iron Man vol. 5 Special #1
Gil: Tutaj co prawda nie minęło pół roku od poprzedniej części, ale i tak miałem problem z przypomnieniem sobie, dlaczego Iron Man i dzieciaki z UXM nagle kombinują coś razem. Dopiero w drugiej połowie zeszytu, gdy przypomnieli nam, kto jest antagonistą i od czego to się wszystko zaczęło, poczułem, że jest w tym jakaś ciągłość. A może raczej wtórność? Bo o ile część pierwszą numeru wypełniają słowne i sytuacyjne gagi, to w drugiej skupiają się na przypominaniu, kto, co i jak, a potem - zupełnie pomijając wątek "dlaczego" - starają się jak najszybciej przeskoczyć do części trzeciej crossa, czyli Novy. Humor bywa nawet niezły, a całość wygląda tez nie najgorzej (chociaż nieco sterylnie i czasami trudno dostrzec różnice wiekowe u bohaterów), ale zdecydowanie brakuje wyrazistej fabuły i poczucia, że do czegoś to zmierza. Innymi słowy, można się parę razy zaśmiać, a potem zapomnieć, że to istniało. I tylko z braku wyraźnych minusów zatrzymam się na 5/10.
Krzycer: Ok, czyli nasz złoczyńca już oficjalnie nie jest złoczyńcą. To się robi jeszcze bardziej pretekstowe niż w poprzednim numerze... ale tak jak przy poprzednim numerze - wciąż mi się podoba. I przekonuję się, że lubię tę zbieraninę nowych mutantów Cyclopsa. A to coś, co Bendisowi wciąż nie do końca się udaje w Uncanny.

Iron Patriot #5
Gil: Aha... Aha... Aha... Nadal nie wiem, o co chodziło. Widzę tylko, że na siłę wcisnęli jakieś ważne wydarzenie, żeby cała historia nie była zupełnie bez sensu. Ubili więc Papę Rhodesa. Oczywiście, najpierw został bohaterem i się poświęcił i w ogóle, ale nie zmienia to faktu, że zginął tylko dlatego, że inaczej zupełnie nic by się tu nie wydarzyło. Dla odmiany, siostrzenica Jima ma chyba healing factor, bo jak ją ostatnio postrzelili, tak tym razem nie ma już po tym ani śladu, ani najmniejszej wzmianki. Tajemniczy przeciwnik został pokonany, a nasz bohater pokazał, że można gołymi rękami natłuc faceta w zbroi. I on tez ma chyba healing factor, bo po całej serii obrazków pokazujących, jak łamią mu się kolejne kości, na pogrzebie jest idealnie zdrowy i nie nosi gipsu. No i na koniec mamy jeszcze McGuffina, który ma to pociągnąć dalej, czyli tajemniczy pendrive. Czy coś wyjaśni? A może tylko doprowadzi do kolejnej historii o bieganiu za dziką gęsią? Obstawiam to drugie i wystawiam 3/10.

New Avengers vol. 3 #21
Gil: Z pewnością jest to numer o niemałym znaczeniu. Illuminati pokonali obrońców innego świata i wkroczyli na drogę bez powrotu, niszcząc go. Akurat ten wątek został fajnie rozegrany, bo zachowania postaci w obliczu ostatecznej konieczności pasują całkowicie do ich charakterów. Hickman skutecznie odwraca naszą uwagę w kierunku Black Panthera, ale ostatecznie to Namor pociąga za spust. I jest to właściwa postać na właściwym miejscu. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że on byłby do tego zdolny. I nawet jego argumentacja w tej sytuacji jest właściwa. Jedno, co nie do końca mi się podobało, to zakończenie kwestii Strange'a. Zgadzam się, że mogli chcieć przerwać jego działania, cała motywacja i późniejsza wymiana zdań na ten temat jest w porządku. Tylko zdecydowanie za szybko i za łatwo im to poszło. Tak jakby wystarczyło go pacnąć, żeby stracił koncentrację i z głowy. Aha, obok tego wszystkiego mamy jeszcze przerywnik z Maximusem i Black Swan, który wyraźnie do czegoś zmierza. Tak więc, numer nie jest pozbawiony wad, ale rekompensuje to wydźwiękiem i klimatem. No i rysunki ma również dobre. Zasługuje na solidne 7/10.avalonpulse0363a%20%5B1600x1200%5D.jpg
Wilsonon: I Namor skacze do grupy moich ulubionych postaci. Wystarczyło jedno zdanie, którym mnie zdobył. Gigantyczna szpila wbita w tyłek Batmanom, Supermenom, Spider-Menom i innym Amerykom. Numer stoi bolączkami bohaterów, siekającym Strangem i decyzją.
Trzeba sie skupić na scenariuszu, bo im dalej sie zagłębiamy w ten zeszyt tym bardziej marszczy się czoło a usta wykrzywiają się coraz to mocniej. Wynika to z rysunków, których szkaradność rośnie na ostatnich stronach niszcząc finalną scenę. Ocena: 8/10.
Demogorgon: No nie, ja nie wierzę. W chwili gdy piszę takie dobre rzeczy o Hickmanie, gdy przepraszam za moje założenia, ten wywija wszystko na lewą stronę i okazuje się, że dobrze się obawiałem. Wszystko koniec końców sprowadza się do tego, że Strange świruje i dzielni, technologiczni bohaterowie muszą go zatrzymać, co oczywiście robią... jednym blastem Iron Mana, bo "reverse porality". I to jeszcze off-panel. Do diaska, co to za głupota. Co jest z tymi beznadziejnymi, niezdolnymi do dobrego pisania wymówkami autorów, którzy potrafią pisać magię tylko jako mniej lubiane dziecko do bicia dla technologii? Rozumiem Hopelessa, to beztalencie, ale po Hickmanie, którego wszyscy tak chwalą, spodziewałem się czegoś lepszego, a nie... no co to miało być? Ile jeszcze mamy razy przerabiać głupoty o tym jak to magiczny bohater traci kontrolę tylko po to by pokazać wyższość nauki? Zrobili taki numer Wandzie, zrobili Nico, Strange'owi też musieli. Jak nie potrafisz pisac czarodziejów, to przyjmij moją radę i nie pisz czarodziejów.
I przez ten bajzel tą dobrą częścią numeru wcale nie mogę się cieszyć. Bo jednak rozterki moralne Illuminati były dobre, bardzo dobre nawet. Gdyby nie to, że tego dylematu by nie było, gdyby pozwolili Stephenowi zrobić to, co zrobić chciał a nagłe kłócenie się po tym jak Stephen zamordował Harry'ego Pottera wypada dziwnie. Ale hej, jak to zignorujemy, to jest to mocna część numeru. Gdyby nie ta banda zrzędliwych dziadów, którzy awanturują się, ze T'Chala ma wątpliwości, chociaż to nie oni muszą wcisnąć ten przycisk. W tej chwili sytuacja zmienia się w kilka stron "We should do something!" "Should we do something?". A potem Namor się wtrąca. I okej, done. W sumie przypomina mi to do pewnego stopnia zdanie z "Samego Ostrza" Joe Ambrecoimbrego (parafrazuje tutaj tak apropo, bo piszę z pamięci) - "Nie takim ludziom jak wy zabijać związanego człowieka. Od tego macie takich ludzi jak ja."
A, Maximus chce być królem. No coś podobnego.
Soundtrack: Vector to the Heavens
wolvie111: Świetny numer. Wreszcie przekroczono te wszystkie granice, wreszcie popełniono zbrodnie, o których tyle się mówiło, ale nie miały one specjalnie miejsca. Bardzo podoba mi się dramaturgia tego numeru, świetne uwieńczenie tej historii i teraz pozostaje tylko czekać na konsekwencje i jak wpłynie to na naszych bohaterów. Strange ubija bohaterów sprzedając swoją duszę, a raczej, to co mu pozostało. Krew na rękach ma też Black Bolt. Black Panther dał ciała w chwili próby i chyba już nie jest Pantherem. I wreszcie Namor. Od samego początku miałem wrażenie, że to on wykona ten ostateczny ruch, jako największy realista i z tego numeru wynika, że również najsilniejszy charakter. Bardzo u mnie zapunktował jako postać, bo pokazał, że poza ogromnym ego i zarozumialstwem, rzeczywiście jest niesamowicie silną postacią. Numer bardzo dobry również od strony graficznej. U pana Schiti podoba mi się to, że postacie nie wyróżniają się tu tylko ubraniami, bo u każdego uchwycił to co charakterystyczne. Daję 9/10.
czarny_samael: Wszedłem tu po to, by powiedzieć dokładnie to, co przeczytałem w pierwszych słowach Wilsonona: "Namor z miejsca wbija się do grupy moich ulubionych bohaterów." Reed i Stark spadają znacznie, bo kto jak kto, ale oni muszą jak mało znaczy "poświęcić" miliardy dla całych wszechświatów. "Poświęcić", bo przecież oni i tak by zginęli. W ogóle nie czuję jakiegokolwiek wyboru, czy różnych racji. Przecież to bezdennie głupie... Gdyby oni mieli zabić jednych dla ratowania innych - ok, mogliby mieć wątpliwości. A tak? Niedorzeczne jak dla mnie i dlatego Namor tym bardziej u mnie zyskuje. Zdjęcie Strange'a do przyjęcia, te mechanizmy były im zaszczepione dawno temu, więc nie traktuję tego jako deux ex machinę, raczej wykorzystanie słabości na którą wszyscy się zgodzili. Mord Black Bolta? Szczerze to uważam, że też nie miałby problemu z włączeniem bomby, a co dopiero z zabiciem jednego wroga. War of Kings się kłania.
Za akcję, końcowy rezultat, słowa Strange'a, byłoby 10. Jednak źle postawiony problem moralny psuje całą niepewność sytuacji. Zabrakło mi też kilku więcej nawiązań do Many-Angled Ones. 8/10. I to jest niestety max.
Krzycer: Ze Strangem za łatwo poszło, dylematy w drugiej połowie były dobre, ale końcówka... Jasne, wiadomo, że jak przyjdzie co do czego, to Namor ubrudzi sobie ręce, ale...
...no właśnie. Wiadomo. To było tak bardzo wiadomo, że aż byłem odrobinę zaskoczony, że Hickman zdecydował się na tak oczywiste rozwiązanie.
Przy okazji, czy wiemy, że świat Great Society był pełen niewinnych cywilów? Nie pamiętam, czy jakichś widzieliśmy. Tak tylko gdybam, bo a nuż ktoś kiedyś postanowi wybielić Namora...

Original Sin #3.3
Gil: Trzeci numer i wreszcie dochodzimy do właściwej konfrontacji, która jest o tyle fajna, że Hulk jest w niej wyraźnie górą. Jakoś tak lubię patrzeć, jak Tosiek dostaje lanie… Wcześniej doskonale wyszło to Thorowi, a teraz całkiem nieźle idzie zielonemu. Niestety, nadal wmawiają nam, że majstrowanie przy bombie to nie wszystko, co Antek nabroił, a w dodatku są tu różne dziwne pomysły, jak ten z samochodem, który zmienia się w zbroję. Dobrze, że niedługo dobiegnie to końca, ale jakoś nie mam wielkich nadziei na efektowne zakończenie. Póki co, dam słabsze 6/10.

Secret Avengers vol. 3 #6
Gil: Kolejna seria konfrontacji i nadal nie wiemy właściwie, skąd się wzięły, ani do czego zmierzają. Grupa dzieli się, by pogonić za kolejnymi zadaniami i wydaje się, że głównym motorem wszystkich tych działań jest uczynienie ich jak najdziwniejszymi. Owszem, przynosi to trochę niezgorszego humoru i parę fajnych momentów, ale przydałoby się coś więcej. No i, jak już wspomniałem, największą zagadką serii jest jej sens. Poprzednie wcielenia Secret Avengers jakiś sens i cel miały, ale to jedzie całkowicie na założeniu, że taka grupa po prostu jest i coś tam robi. Reszta jest już mniej ważna. W tym zeszycie zdecydowanie zabrakło mi MODOKa i jego bezcennych uwag, chociaż to, co zaprezentował na tej jednej stronie i tak było najlepszym elementem numeru. Tuż przed kolejną dyskusją z bombą. Jeszcze raz 5/10.
Krzycer: ...przyznam, że czytałem to parę dni temu. Teraz pamiętam głównie tyle, że była to zabawna lektura. I że Coulson i Hawkeye siedzieli w sweat lodge z szamanem, bo... fabuła.
A, i że Black Widow miała nawrót dialogów z lat 60 i powiedziała "Finally, a worthy adversary" czy coś takiego...

Uncanny Avengers #22
Gil: I co? To już wszystko? Kang miał swój moment "I AM GOD!!!", ale jak tylko dostał bęcka, natychmiast zwinął imprezę. To wręcz śmiesz, że w jednym momencie wszyscy się tłuką na całego, a potem on zarządza, że już się nie chce bawić w tej piaskownicy i zabiera swoje zabawki. A co robią bohaterowie? Stoją ze zdziwionymi minami, a potem zaczynają zbierać swoje zabawki. Popatrzmy więc, co z tego wynikło: Sunfire zginął, ale odrodził się jako… czysty ogień? Który w dodatku płonie w próżni? Ktoś tu powinien się zdecydować, czy jego moce to rzeczywiście ogień czy energia atomowa, bo różnica jest jednak ogromna. Havok skończył ze zjaraną połową ciała. Kto się chce założyć, że w następnym numerze będzie mu już lepiej? Oboje z Wasp pamiętają o swojej córce z przyszłości, która nigdy nie nadejdzie i rozpaczają, jakby nie wiedzieli, co oznacza zmiana linii czasowej. Poza tym, jakimś cudem zachowują wspomnienia, chociaż powinny zostać wymazane. Sentry, Daken i Grimm Reaper hasają sobie na wolności, całkiem żywi. Co z Bansheem? Who cares… Wondarman siedzi teraz w Rogue. Trochę to niezręczne. A większe konsekwencje? Nie widać, nie słychać. Kolejny raz uratowali świat i wracają do domu, koniec historii. Innymi słowy, mało w tym konkretów, za to pełno dziur i niedopowiedzeń. Wszystko, co mogło być fajne, nie było, bo autor całkowicie zmarnował potencjał historii. Dlatego na koniec będzie 4/10.
Krzycer: ...z dużej chmury mały deszcz. Nie, sorry, po takim podbudowaniu tego wszystkiego, w historii z rozwaleniem Ziemi, to był bardzo rozczarowujący finał.
Przy okazji - to co prawda było jeszcze w poprzednim numerze, ale... To urocze, że ich plan na ocalenie Ziemi zakłada zabicie Celestiala, czyli... powtórzenie tego, przez co Ziemia została zniszczona. W jaki sposób to ma niby działać? Przecież teraz za moment Celestiale powinni się zlecieć i znowu rozwalić Ziemię. Czego ja tu nie rozumiem, co takiego przegapiłem? Czy to ma jakiś sens, który mi umknął, czy to kompletnie nie ma sensu?

Uncanny X-Men vol. 3 #24
Gil: Co było fajne? Przede wszystkim to, że udało się przedstawić osoby stojące po przeciwnych stronach barykady nie jako warczących na siebie bez sensu buców, ale jako ludzi, których mimo wszystko coś łączy, nawet jeśli poszli innymi drogami. Czuć w ich spotkaniu wiszącą w powietrzu ciszę i niepewność, która wyraża więcej niż głupie przekomarzanki w innych miejscach. Wprowadzenie nowej postaci również niezłe, chociaż mam trochę deja vu z pierwszego sezonu Herosów. No i reakcja Emmy na treść testamentu - bezcenna. No właśnie, jeśli chodzi o sam testament, to jestem pewien, że to jakaś zagrywka Ywil Xaviera z przyszłości. Ten jego tajny plan, o którym wspominali poprzednio. Spróbuję zgadnąć: niby-Xavier przekaże szkołę Mystique, a zamiast niej przylezie Raze. Te przewidywania trochę mi psuja odbiór, więc mam nadzieje, że tym razem się pomylę. No i jeszcze jedno psuje mi odbiór: Kris Anka, którego zdecydowanie wolę na zewnątrz komiksu niż w środku. No, ale póki moje podejrzenia nie okażą się prawdziwe, mogę stwierdzić, że sam zeszyt był całkiem dobry i dać mu słabsze 7/10.avalonpulse0363b%20%5B1600x1200%5D.jpg
Xavier83: To jest wyborna lektura. Począwszy od mocy tego nowego mutanta, przez postawę Icemana, aż po Raven Darkhölme i to co Xavier zrobił z nią. BEZBŁĘDNE. A reakcja Emmy idealna. 7/10.
Crono83: Tak się zastanawiam kto w Marvelu ma świra na punkcie Raven. Bo chyba ktoś ma? Raven tu, Raven tam.. Z jednym ma syna (BotA), z drugim... no właśnie. Nie, nie podobało mi się to, choć reakcja Emmy całkiem fajna. I denerwuje mnie wciąż to, że jak ma dojść do spotkania ze Scottem, to Henry i Ororo zachowują się jak idioci. Znaczy, od czasu AvX prawie wszyscy z Jean Grey School zachowują się jak debile jak się spotykają ze Scottem, ale myślałem że trochę się to ostatnio zmieniło.
Aha, niech Was też okładka nie zmyli. Alison występuje może na trzech kadrach.
Mimo wszystko, zeszyt czyta się całkiem fajnie, na plus (oprócz reakcji Emmy) także pytanie She-Hulk czy Xavier naprawdę nie żyje:) 7/10.
Demogorgon: Co? Czekajcie, od początku przeanalizujmy co tu zaszło.
Henry McCoy cały czas mógł wytropić grupę Scotta, ponieważ przekalibrował Cerebro aby wykrywał ludzi ukrywających się przed nim. Co jest tak jakby ktoś postarał się wsłuchać mocniej aby usłyszeć obiekty nie wydające dźwięków. Jednakże Hank nie wyda tej informacji, a więc miejsca pobytu groźnego w jego opinii, poszukiwanego przez prawo terrorysty i mordercy profesora Xaviera, ponieważ tak bardzo go nienawidzi, że nie może na niego patrzeć nawet jakby go mieli wsadzać za kratki. Dobra, gdzie tu logika, bo ja jej nie widzę.
Potem następuje dziwna scena w której X-Men wpadają do...Tych Drugich X-men. Których reakcja na to, że ich kryjówka została wykryta jest "oh". Następnie Ci Drudzy X-men wpuszczają Tych Pierwszych X-Men prosto do sypialni Cyclopsa, który z jakiegoś powodu śpi, podczas gdy wszyscy pozostali członkowie jego grupy są na nogach i który z jakiegoś powodu nie został obudzony, gdy ktoś zauważył Quinjeta.
A i warto zauważyć, scena w której dwie grupy stoją naprzeciw siebie wywołała u pewnego anona na 4chanie komentarz, który myślę, wart jest rozważenia. Człowiek ten powiedział, że ten moment to kwintesencja tego, jak Bendis skrzywdził X-Men - sprawił, że przestali być rodziną, która rozwiązuje swoje problemy wewnątrz grupy. Teraz zachowują się jak zgorzkniali współpracownicy, którzy tolerują siebie nawzajem tylko dla dobra firmy. Nie moje słowa, ale warte przemyślenia.
Wracając do tematu - dostajemy scenę w której Maria Hill robi z siebie kretynkę i doprowadza do śmierci swoich ludzi z rąk potężnego mutanta, bo nie wpadł jej do głowy pomysł wysłania tam snajpera. Przepraszam, ale czy w tym roku gdziekolwiek Hill zrobiła coś, co nie było szczytem głupoty? Bo między tym a upieraniem się za wsadzeniem grupki dzieciaków za morderstwo pierwszego stopnia z wypocin Hopelessa, to ona wychodzi na rządną krwi kretynkę.
Wracamy do głównej fabuły, gdzie okazuje się, że Charles Xavier i Mystique byli małżeństwem. Powtórzę. Xavier i Mystique byli małżeństwem. W tym momencie doskonalę rozumiem reakcję Emmy Frost - tego nie można traktować poważnie.
Ten komiks jest głupi.
Soundtrack: Coś należycie głupiego - Let's fighting love
Krzycer: ...reakcja Emmy reakcją czytelników, ot i tyle. Rysunki Anki nie przeszkadzałyby mi tym razem tak, jak poprzednio, gdyby nie to, że wciąż postaci na dalszym planie mają krzyżyki zamiast twarzy.
Przy okazji, poprzednio pisałem, że lubię Ankę za okładki i kostiumy, które projektuje. I w sumie podtrzymuję tę opinię, tylko... tylko ten nowy emo-mroczny kostium Dazzler jest koszmarny.
Na Outhouse dobrze to podsumowali - Dazzler powstała, gdy disco było już martwe, a teraz dostała kostium nawiązujący do trendów subkultur z lat 90.

X-Men vol. 3 #17
Gil: Eee… nie rozumiem tego Fjuczura. W swoim złoczyńskim geniuszu postanowił otoczyć się morderczym lasem… który można zatrzymać tylko jego własną krwią… ale wtedy zabiją go toksyny. Świetnie pomyślane… W dodatku, najwyraźniej system ma wyraźne dziury, albo autor nie rozumie, że krew dziecka nie jest identyczna z krwią rodzica. Statystyczne to podobieństwo wynosi 50%, ale może się mocno wahać, więc taki system jest totalnie do dupy, jeśli nie sprawdza całkowitej zgodności DNA. A na końcu właśnie ten las zabił swojego twórcę, bez absolutnie żadnego wyjaśnienia. Ale to oczywiście nie koniec głupot. X-Men postanawiają teraz leczyć swoich magicznym ekstraktem ze śmiertelnego wroga, znanego z tego, że potrafi przejmować kontrolę nad innymi. Storm jak ostatni ćwierćmózg naparza piorunami w obszar, na którym są jej ludzie. No i oczywiście wszyscy ciągle się kłócą o pierdoły. Czyli po staremu i również po staremu wystawię 3/10.
Krzycer: ...ojej, jakie to było głupie. Chyba nic mnie tak nie rozbawiło, jak drzewo rakieta. No bo - ożywiony ekosystem się broni, nie? Więc strzela drzewami jak rakietami. Wszystko ma ręce i nogi. Drzewo wystartowało... odpychając się korzeniami? Zapewne?
Papcio Chmiel pewnie jakoś by to wyjaśnił, tak, że mógłbym w to uwierzyć...
Ze zdumieniem przeczytałem przed chwilą, że to ostatni numer Wooda. I tak:
1) Przynajmniej był konsekwentny do samego końca. Utrzymał poziom, bez dwóch zdań.
2) Ucieszyłem się, że Wood sobie idzie.
3) Przeczytałem, że na jego miejsce przychodzi Guggenheim i zadrżałem.
4) Nie będzie gorzej, niż Young X-Men, prawda? Prawda?

Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2014.07.30
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.