Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #359-361 (21.07.2014)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 21 lipca 2014Numer 27-29/2014 (359-361)


Niezmiernie długo musieliście czekać na kolejny numer Avalon Pulse'a, dlatego wynagrodzę wam to w trójnasób. I tak oto przed wami specjalne, pierwsze w historii gazety, wydanie potrójne. Trzy razy więcej tekstu, trzy razy więcej przyjemności z czytania. Zapraszam.

100th Anniversary Special: Fantastic Four (one-shot)
Gil: Chwila, chwila... że co? Setna rocznica czego? Nie, no – poważnie się pytam. Nie jest to ani setna rocznica powstania Marvela w jakiejkolwiek postaci, ani tym bardziej setka od wydania pierwszego numeru Fantastycznych, więc o co chodzi? Przez chwilę myślałem, że akcja dzieje się 100 lat po debiucie grupy, ale to też nie pasuje, bo oryginały z pewnością nie mają stu lat. Cóż, jak nie wiadomo, o co chodzi, to znaczy, że chodzi o kasę, a nie da się ukryć, że złota ramka ze stówką na okładce przyciąga wzrok. Czyli jest to bezczelny skok na kasę i nic więcej. A co się kryje w środku? Coś co wszyscy uwielbiamy, czyli kolejna alternatywna przyszłość, która nigdy nie nadejdzie. A w niej, kolejne warianty dzieci i wnuków. I fabuły, jak na lekarstwo. Może nawet przeczytałbym to chętniej, gdyby skupili się na następnym pokoleniu, ale tutaj tylko pokazali, że jest, a potem zamietli je pod dywan, żeby wrócić do tematu Fantastycznych dziadków. Czyli krótko mówiąc, to taka zapchajdziura, żeby było cokolwiek na okrętkę pasującego do pomysłu z setką na okładce. W dodatku podpisane nazwiskami, które nic mi nie mówią. I jako takie, mogę ocenić najwyżej na 3/10.

avalonpulse0359-361a%20%5B1600x1200%5D.jpgAll-New X-Factor #10
Gil: Naprawdę mam nadzieje, że Memento Mori został pomyślany jako parodia samego siebie, bo tak właśnie wyszedł. Przerysowany na maksa, tak samo wizualnie, jak i w zachowaniu może tylko wzbudzić uśmiech politowania. Czemu więc, gdzieś z tyłu głowy kołacze mi się jakaś niepewność, czy rzeczywiście taki był cel? Znam twórczość Petera Davida na tyle, żeby się tego po nim spodziewać, ale jednak dotychczasowy poziom serii ciągle każe mi się zastanawiać, czy aby na pewno wszystko jest w porządku. Można się uśmiechnąć tu i tam, ale całość ani nie porywa i nic nie urywa. Wciąż największą bolączką tytułu jest to, że nie jest starym X-Factor i to na pewno wpływa na moją ocenę, ale oprócz tego nie da się nie zauważyć, że grupie nadal brakuje chemii, a same wydarzenia są mało ekscytujące. Będzie 6/10, ale dość słabowite.
jdtennesse: Zostawili Gambita? Ale od początku. Nowy łotr - biznesmen, mutant, ojciec. I było ciekawie, do czasu kostiumu. Nie pamiętam, czy ostatnio miał go na sobie, ale teraz po założeniu wygląda śmiesznie – po co ten nos innego koloru niż maska? No dobra, czepiam się. Chce wykorzystać córkę – mutanta, do własnych celów naturalnie. Ale mała potrafi robić problemy, co pokazała od poczatku, robi je i tacie. Ucieka, a przy okazji manifestuje (i ćwiczy) swoje umiejętności. Trochę to zabawa w kotka i myszkę. A kończy się ucieczką drużyny z dziewczynką i pozostawieniem Gambita na plcau boju. Aha, i pan Stone dowiedział się o numerku swojej żony z Gambitem. Bawią teksty Warlocka, zespół jakby trochę mniej współgrał, ale nie było źle. Rysunki takie jak zawsze.
Undercik: Kolejny dobry numer, który się świetnei czytało. Nazwisko scenarzysty mówi samo za siebie. Postaci są dobrze pisane, relacje między nimi wyglądają ok, a dialogi są pierwszej klasy. Ba, nawet wątki są interesujące. To takie komiksowe Suits. Mógłbym czytać i czytać. Nie chciałbym tylko, aby Gambit wyleciał z drużyny, ponieważ jest jednym z najjaśniejszych punktów All-New X-Factor. To pewnie pojedyncza zagrywka ze strony Snowa. Trzeba czekać na kolejny numer.

Black Widow vol. 3 #8
Gil: Znów dałem się skusić. Tym razem ze względu na gościnny występ Winter Soldiera, bo wciąż mam w pamięci bardzo fajną chemię między tymi dwoma postaciami, jaką zbudował Brubaker. Niestety Edmondson nie jest Brubakerem i zupełnie tej relacji nie czuje, a to przynosi dość dziwne sytuacje, jak ta, kiedy Bucky krzyczy „Hej! Nie strzelaj do mojej dziewczyny!” No dajcie spokój… Jak się chce pisać o zawodowych najemnikach, to nie można tego traktować jak High School Musical. Dostajemy więc kolejny numer, w którym nic się nie dzieje, a postacie są tak samo pastelowe jak (skądinąd nadal całkiem niezłe) rysunki. Czyli raz jeszcze 3/10.

Captain America vol. 7 #22
Gil: A to coś nowego – Remender postanowił sięgnąć po wątki z innej serii… którą sam pisze. Tak więc, powraca Zola, by sprzymierzyć się z Red Skullem. Który, jak się okazuje, pociągał za sznurki poprzedniego nieszczęsnego wątku. Yeah, figures. A kto chce się założyć, że ci nowi wojownicy Zoli to klony Steve’a, które potem wykorzystają, żeby przywrócić go do formy? Wystarczy jedno spojrzenie na nich, żeby to rozszyfrować. Poza tym, dziadek Steve ogląda telewizję, a Falcon i Jet Black bawią się w bunga-bunga. A Fury junior ma wielki problem, by obejść się bez cygara, chociaż nigdy wcześniej nie widzieliśmy, żeby je palił. Taki szczegół, a jednak pokazuje, jak bardzo autor jest oderwany od reszty świata. Ale jest pewien plus – przynajmniej wreszcie rysunki wyglądają lepiej. To jednak za mało, żeby ocena wyskoczyła wyżej niż 3/10.

Deadpool vs X-Force #1
Gil: O tak, pocztówka z wczesnych lat 90-tych to dokładnie to, czego jeszcze potrzebowaliśmy spod znaku Deadpoola. W dodatku wyglądająca, jakby Liefeld własnoręcznie ją zaadresował. No, ale dobra – jako nawiązanie do stylu epoki sprawdza się, aż za dobrze. Zupełnie nieistotna fabuła, którą trudno jakoś uzasadnić, będąca tylko pretekstem do rozpierduchy. Całe wczesne X-Force. I nawet Deadpool został skutecznie cofnięty w czasie, do momentu, kiedy jeszcze nie miał własnej osobowości. Nawet nie będę próbował zgadywać, o co tu chodzi i dlaczego właśnie tak. Rysunki może są trochę lepsze niż liefeldowe, ale też wpisują się w epokę. Nie sadzę, żebym miał ochotę czytać dalej, ale może jeszcze zerknę, jak będę się nudził. Na początek dam 3/10.

Guardians Of The Galaxy: Galaxy's Most Wanted (one-shot)
Gil: Chyba najbardziej niepotrzebny komiks tego tygodnia, a już zdecydowanie najbardziej niepotrzebny z trzech guardianowych tytułów w tym tygodniu. Jakaś przypadkowa historyjka z Rocketem i Grootem, która usilnie stylizuje ich na filmowe wersje, jakby wręcz czyhała na czytelników, którzy nie wiedzą, czego się po filmie spodziewać i chcieliby sprawdzić coś w temacie. Tylko, że takie żerowanie może się okazać strzałem w stopę, bo skoro ja – dość powściągliwie ostatnio nazywający się fanem GotG – całkowicie się znudziłem, to co dopiero ktoś, kto widzi ich po raz pierwszy. Powiedzmy sobie szczerze – grupa widziała już lepsze czasy i nie było to w ciągu ostatnich dwóch lat. A oprócz wspomnianej generycznej historyjki, dorzucają nam jeszcze przedruki z Thora, które tyle mają wspólnego z Guardians, że pojawia się w nich Drax. To nic, że w żaden sposób jedno z drugim się nie łączy – ważne, że podbija objętość. Kurde, kolejne 3/10 w tym tygodniu.

Iron Fist: The Living Weapon #4
Gil: Okładka bez wątpienia jest najlepszą w tym tygodniu. Zawartość niestety nie. Historia wykonuje akrobatyczne skoki, a ja już nie wiem zupełnie, jak ją czytać… Czy od początku Danny siedzi w pokoju z tą panienką i tylko sobie wspomina? Czy był w K’un-L’un i już zdążył wrócić? Po co więc byłby ten przeskok z poprzedniego zeszytu, żeby teraz jego ciąg dalszy podawać jako retrospekcję? Technicznie jest to strasznie nieprzemyślana konstrukcja fabuły. Zwłaszcza, że nie widać związku, między tymi wspomnieniami, a ćwiczeniem łóżkowego kung-fu(ck) z przypadkową babeczką. Autor aż się prosi, żeby znów wytknąć mu równie nieszczęsną fabułę Reign. No, nie może być inaczej – znów 3/10.
Demogorgon: Hej, o dziwo jest o wiele lepiej niż wcześniej. ma to pewnei zwiazek z tym, że sama fabułą nie posunęła się za bardzo do przodu, chociaż końcowe sceny z są też dobre, bo ładowanie przez Danny'ego ciosu - w tych rysunkach aż widać jaka tu jest siła, co sprawia, że niepowodzenie ataku jest o tyle potężniejsze w odbiorze. Ale prawdziwą siłą tego numeru są sceny interakcji Danny'ego z Brendą. Tutaj wreszcie widzimy Danny'ego jako coś więcej niż wiecznie wkurzonego buca. Jest smutny i melancholijny, żartuje sobie, jest pewny siebie, stać go też na czułość, nie wspominając o sporej dozie erotyzmu. Te sceny są piękne i to coś, czego brakowało poprzednim numerom tej serii.
Na minus mamy Toaletowe Wilki. A i tak to nie aż tak duży minus. Inna sprawa, że to wszystko powinno być w pierwszym numerze, ewentualnie w drugim.
Soundtrack:
Strony 1-9,15-18: Elegy for Kamina's Father Who Became a Skeleton
Strony 10-14: An Angered Berserker
Strony 19-21: Shining Finger
Undercik: Co prawda mam ten sam problem co Delirium i nie wiem, kiedy ta rozmowa ma miejsce, ale poza tym jestem kupiony. Świetny klimat i w końcu Andrews zaczął tłumaczyć dlaczego Dany wpada w depresję. Może nie jest to może najlepszy tytuł All-New Marvel NOW, ale cieszę się, że jedna z moich ulubionych postaci dostała dobrą serię.

Legendary Star-Lord #1
Gil: Drugi z debiutujących spinn-offów GotG przynajmniej ma jako takie uzasadnienie: Star-Lord jest głównym bohaterem serii, więc czemu nie miałby mieć własnej serii? No, to ja Wam powiem czemu. A dlatego, że jedyne, co zdołał zrobić, to zamieszanie. Od czasów, gdy Abnett z Lanningiem wyciągnęli postać z niebytu, miałem o niej dość jasne wyobrażenie i postrzegałem jako oryginalną. Tymczasem, odkąd wziął się za nią Bendis, to wyobrażenie mocno się rozwodniło, a teraz Humphries zwyczajnie zrobił z Petera kosmicznego Gambita. Lata sobie po kosmosie, kradnie precjoza, wyrywa kobitki, ale generalnie stara się utrzymywać pozory szlachetnych intencji. Tylko, że jak się nad tym zastanowić, to wypada zapytać: skoro już zdobył ten kryształ, to dlaczego zależało mu na oddaniu kasy na sierociniec? Że niby sam się w jednym wychowywał? Don’t think so… Bardziej wygląda to, jakby chciał wyhaczyć opiekunkę. A jednocześnie flirtuje z Kitty… Nie ma co, kreują go tu raczej na drania i to wcale nie o złotym sercu. Gdybym wcześniej go nie znał, teraz z pewnością bym go nie polubił. No i jeszcze te rysunki… Trochę zbyt kreskówkowe i wciąż nie wiem, czy przeciwnikami byli tylko Badoon, czy też Skrullowie? No dobra, tym razem może być 4/10.

Magneto vol. 3 #6
Gil: Pomysł jest w pewnym sensie całkiem niezły. Przynajmniej na tej płaszczyźnie, że Magneto bierze się za Maraudersów, którzy dokonali zbrodni przeciwko Mutantom. I eliminuje ich też w całkiem niezły sposób… do czasu. No, ale to Bunn, więc w pewnym momencie muszą zacząć się schody… Po pierwsze: jak to jest, że będąc razem z X-Men, Mags nie wiedział nic o Marauders, a dowiedział się od swojej nowej koleżanki? (I czemu ona nadal używa dyskietek?) Dlaczego nie zabił Scalphuntera, chociaż był najprostszym celem, z całym tym żelastwem w ciele? Po co modyfikuje Maraudersów, skoro sam wcześniej wspomina swoje poprzednie nieudane podejścia do grup? No i drobiazg, a jednak rzecz bardzo ważna: czemu na ostatniej stronie jest Sabretooth, skoro nie raz podkreślano, że jego nie udawało się sklonować? Czyżby wychodził dontgiwafakizm autora? A, no i jeszcze mój osobisty zonk numeru: ferrofluid. Po co używać substytutu, skoro ma gotowe narzędzie pod ręką, a zwie się ono krew. Magneto z łatwością mógłby wykorzystać żelazo we krwi ofiar, nawet mimo wciąż niesprecyzowanego osłabienia. Tak więc, większy obrazek może się podobać, ale w szczegółach zaczynają wyłazić błędy i to dość poważne. Będę jednak łaskawy i tym razem dam jeszcze 4/10, za pozytywne pierwsze wrażenie.
jdtennesse: Tytułowy bohater kontynuuje swoją krucjatę. A może vendettę? Rozprawia się z członkami Marauders. Tylko nie wiem, czy pomysł z klonami pojawił się gdzieś wcześniej, bo mam braki jeśli chodzi o wiedzę historyczną. Magneto znajduje sposób, aby rozprawić się z nimi definitywnie, ale na jego zasadach. Czy sam nie staje się przez to taki jak oni? Chyba sam najlepiej to podsumował, oni uzanli, że Morlocks nie załugiwali, żeby żyć, on uznał, że w zamian oni też na to nie zasługują. Opowieść trochę mniej mnie wciągnęła niż początkowa, ale i tak nie jest źle. Nadal intryguje pani Raleigh, nadal chętnie śledzimy postępowania Magneto. Rysunki inne, przyzwyczaiłem się do poprzednich, co nie znaczy, że te są złe. Czekam, co będzie dalej.

Moon Knight vol. 7 #5
Gil: Czy ktoś jeszcze widzi tutaj inspirację The Raid albo Dreddem? Tyle, że jednoosobową oczywiście, bo taki z Moona kozak. I niech go zobaczą. Cóż, w porównaniu z poprzednim surrealistycznym numerem, ten – raczej przyziemny – nie zrobił na mnie takiego wrażenia. Jest fajnie zdekompresowany i rozpisany, ale jednak to wciąż facet idący przez budynek i okładający wszystkich na drodze – ciężko mówić o jakiejś większej głębi czy pomyśle, który się za tym kryje… Jest to solidny popis warsztatu rysownika – aż tyle i tylko tyle. Ale za sam fakt, że się wyróżnia i daje pozytywne odczucia, dam mu 7/10.
Demogorgon: W którym Moon Knight przez cały numer spuszcza ludziom lanie. I to jest świetne. Cała konstrukcja, cały klimat, cała czysta badassowatość Moon Knighta, ta świetna scena ze Scarlet - ten komiks jest piękny. Idźcie go przeczytać a ja muszę poszukać inspiracji autorów - Only God Forgives, Drive, the Raid, the Protector, Ong Bak and Old Boy.
Soundtrack: Polecam listę sporządzoną przez samego Shavleya, macie ją o tu, a od siebie dodam Rampage
Undercik: Shalvey i Ellis pokazują jak napisać komiks, w którym główna postać okłada tylko przeciwników, a i tak ludzie nazywają to geniuszem. Trudno się dziwić, skoro warsztat tego duetu jest nienaganny. Tak właściwie wszystko się składa na potęgę serii. Zastanawiam się czy jest jeszcze dużo komiksów utrzymanych w takiej proceduralnej formie - co numer to nowa sprawa. Jedyny minus Moon Knighta vol. 7, to fakt, że osobą nie obytym z komiksem, może być go ciężko docenić. Tak naprawdę to jeden wielki popis kunsztu pisania historii obrazkowych. Żal, że została już tylko jedna część.

New Warriors vol. 5 #7
Gil: W sumie, to ten numer całkowicie pasuje do mojego wyobrażenia (i wspomnień) o New Warriors. Zagrożenie jest raczej niższego szczebla, w tym szczególnym przypadku nawet prywatne. Kilku cwaniaków z mocami, rozróba na dzielnicy i takie tam…. Gościnny występ Silhouette (jeez… kto tak dał dziecku na imię?) wprowadza element nostalgiczny, zastosowanie Darkforce to też klasyka tytułu. A do tego nowe postacie wnoszą powiew świeżości. I na końcu pojawia się nowy większy cwaniak – ten, którego poznaliśmy już w Inhuman. I żarty się skończyły, bo towarzyszy mu Ten-shin Han. No cóż, po prostu fajna lektura, chociaż poprzednie części zawierały trochę więcej humoru i jakoś lepiej się bujały. Tym razem dam więc 6/10, choć całkiem mocne.
Undercik: Aracely i Kaine to znów najjaśniejsze punkty tego komiksu. Tym razem ich rolę ograniczono, ale Yost miał szanse pobawić się innymi postaciami. Szkoda, że tytuł się tak słabo sprzedaje. To naprawdę przyjemne i luźne superhero. Bez silenia się na jakąś wielką patetyczność, czy wielki plan, który nudzi w Hickmanowych Avengers. Niestety zapowiedzi wskazują na zakończenie ongoingu po New Warriors vol. 5 #12.

avalonpulse0359-361b%20%5B1600x1200%5D.jpgOriginal Sin #5
Gil: I znów: jest całkiem fajnie, chociaż pozostawia trochę znaków zapytania i wykrzykników nad głową. Co mi się podobało, to łączenie wątków między klasyczną wersją SHIELD, a bardziej Illuminati-ish wersja Hickmana. Nie będę miał nic przeciwko temu, jeśli dzięki temu eventowi ta druga wersja zajmie należne sobie miejsce w uniwersum. I nie zdziwię się, jeśli na końcu Fury zostanie jej przywódcą. Nawet przyszło mi do głowy, że odkrycie faktu adopcji Antka może mieć z tym jakiś związek i na przykład okaże się, że naprawdę jest synem Leonadra da Vinci. To tak a propos obecności Howarda. A tymczasem dowiadujemy się, że stary poczciwy Nick jest odpowiedzialny za widziane wcześnie nadnaturalne trupy. Pozostaje tylko pytanie, czy większość jego komiksowych występów to były LMD, podczas gdy oryginał siedział za kulisami? Mam tylko nadzieje, że nie postanowią rozwiązać głównego wątku odkryciem, że zabójcą jest jakiś zbuntowany LMD. Na przykład ten, którego odkurzyli w Secret Avengers. To by było rozczarowujące. Tymczasem jest to dość ciekawe urozmaicenie i odkrycie paru kart, chociaż przechodzi jakoś tak bez większego wrażenia. Owszem, fajnie się czyta, dobrze wygląda, ale ani razu nie pomyślałem sobie „wow!” czy „super!” Jest po prostu dobrze, czyli tak na 7/10.
Demogorgon: Ustalmy fakty. Nick Fury, w czasie, kiedy był działającym w sekrecie królem twardzieli ratującym świat przed terrorystami, był również potajemnie...działającym w sekrecie królem twardzieli ratującym świat przed kosmitami i demonami i cokolwiek tam mieli pod ręką. Kiedy jakiś potwór chciał podnieść swój pysk, Nick Fury był tam, ze swoją superniezawodną spluwą do zabijania wszystkiego, aby wpakować mu superniezawodną kulkę w łeb.
Za wyjątkiem tych wszystkich inwazji Skrulli, Kree i innych obcych, ataków Red Skulla, złowieszczych planów Doctora Octopusa, Ghiborimów, Magneto, Red Skulla, Thanosa, Doctora Dooma, Dormammu, Magusa i Godess, Inteligencji, Lokiego, Apocalypse'a, Shuma-Goratha, Sutura i wszystkiego innego co kiedykolwiek zatrzymali superbohaterowie. Widać to miało miejsce, kiedy Nick był w kiblu.
I jasne, Nick miał moment dobroci, który ocalił go przed zostaniem fanatykiem, gdy postanowił nie zabijać Spider-Mana. Najwidoczniej każdego innego metaczłowieka jakiego wcześniej spotkał, zabijał na miejscu.
A kiedy zginął Watcher, Nick zebrał najbardziej randomową zbieraninę superbohaterów pod słońcem i kazał im ścigać tajemniczego mordercę dziwnych storów, którym był... on sam.
Ten komiks nie ma sensu.
A na marginesie, Aaron pisze beznadziejnego Doctora Strange - "Nick, this isn't you."? Brakuje mi drugiego dymka, z "That's me, when I'm written correctly". Co źle wróży, jeśli moje przypuszczenia są prawdziwe i Fury'ego jako sekretnego króla twardzieli zastąpi ta najbardziej randomowa zbieranina superbohaterów od czasów Champions.
jdtennesse: Cały numer poświęcony Fury’emu. Czy to jest potrzebne do całej historii? Nawet jeśli tak, to można było zrobić to na kilku stronach, nie w całym komiksie. Nie powiem, że źle się czytało, ale czytam OS tylko dlatego, że zaciekawiła mnie postać Watchera, a nie Nicka. Historia Fury’ego jest ciekawa, ale nie wnosi wiele do głównej fabuły. Może jeszcze wniesie… Rysunki są takie jak od początku, znośne, mroczne, psaujądo atmosfery morderstwa. I mimo, że nie było źle, to mam nadzieję, że nie zafundują nam już więcej takich zeszytowych dygresji.

Rocket Raccoon vol. 2 #1
Gil: Rocket Raccoon plus Skottie Young. Co może pójść nie tak? No, nic. I nic nie poszło. Najbardziej oczekiwana premiera tego tygodnia nie zawiodła mnie. Ale też muszę przyznać, że trochę musiała zrobić podejść, zanim doskoczyła do poprzeczki. Z rysunkami nie ma najmniejszego problemu. Young to Young i jego charakterystyczny styl mi wystarcza za gwarancję dobrej zabawy. Z historią już troszkę gorzej, bo na początku opiera się na gagach, potem uderza w powtarzany przy każdej okazji motyw „wszyscy chcą ich dopaść” i dopiero gdy okazuje się, dlaczego chcą dopaść Szopa, robi się fajnie. Chociaż i tutaj, wątek złego bliźniaka nie jest czymś wybitnie oryginalnym… Ale ma potencjał i tworzy kontekst. A to już znacznie lepiej, więc ostatecznie jestem zadowolony i dam 7/10, podciągając trochę za rysunki.
Undercik: Skottie Young mistrz! W sensie - od strony graficznej. Jeżeli chodzi o fabułę... to nie wiem co myśleć. Z jednej strony się jakby zawiodłem, z drugiej czytało się przyjemnie. Muszę poczekać na kolejny numer, aby wyrobić sobie opinię.

Thor: God Of Thunder #24
Gil: Mamy tu epilog nie tylko do ostatniej historii, ale także dla całej ery Asgardu w Broxton. I wszystko fajnie… poza otwarciem. Ostatnio szef Roxxonu został praktycznie przyłapany na gorącym uczynku i wszystko wskazywało na to, że tak po prostu go zamkną, a tu nagle wygłasza przemówienia, jakby zupełnie nic się nie stało. I jeszcze obwinia za wszystko Thora, a wszyscy to kupują. Ja wiem, że szycha i bogacz i w ogóle… ale bez przesady. Tym bardziej, że wygląda, jakby SHIELD zupełnie go ignorowała. Trochę lepiej jest przy pożegnaniu. Chociaż można było się spodziewać, że będą i ckliwe mowy i symboliczne gesty, to jednak wypada to dokładnie tak, jak w zestawieniu z Asgardczykami mogłoby wyglądać. Za to ciekawa jest przebitka z przyszłości – ciekawe czy zobaczymy niedługo World Butchera? No i fajne rysunki dopełniają całości na tyle dobrze, że jednak zdecyduję się na 7/10.

Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2014.07.02
100th Anniversary Special: Spider-Man (one-shot)
Gil: To, że wyjaśniliśmy już, o co chodzi z tą domniemana setną rocznicą, wcale nie nadaje sensu tej serii one-shotów. A już zwłaszcza temu. Dostajemy jakąś sytuację, zupełnie bez kontekstu, więc właściwie nie ma jak się do niej odnieść. Równie dobrze mogliby to wypuścić pod tytułem „What if Kingpin became Venom?” A jaka jest odpowiedź na to pytanie? Ot, byłby grubym Venomem. Nic więcej. Nie ma tu ani większej zmiany w postani, ani jakiś fajerwerków... po prostu gruby Venom. I Peter Parker o aparycji Koreańczyka, co zawdzięczamy rysownikowi. Jedyne, co można by tu pochwalić, to kolory, ale to tylko cukierek na pocieszenie. Rzecz całkowicie do zignorowania, warta 3/10.

All-New Invaders #7
Gil: Nie jest źle… Historia nawet daje radę zaskoczyć czymś i pod wieloma względami wpisuje się w charakterystykę komiksów Golden Age. Mam tu na myśli głównie mocno naciągany, a nawet głupawy pomysł na wielką broń przeciwko Japonii. Ale mimo wszystko jest to lepszy pomysł niż mieszanie Invaders w sprawę bomb atomowych, co z jednej strony byłoby zbyt oczywiste, a z drugiej za bardzo mieszało w historii. Tymczasem, jest pewna niespodzianka, a rozwiązanie jest dosyć nieszkodliwe. I tylko nie rozumiem, do końca, o co Radiance tak się piekliła? No cóż, przynajmniej ostatnia strona zdołała zachęcić mnie do spojrzenia na następny numer, więc pewien sukces można odnotować. I nawet jestem skłonny podciągnąć to tuż powyżej dolnej granicy 6/10.

All-New X-Men #29
Gil: Większość numeru jest, delikatnie mówiąc, taka sobie. Ot, nadal tłuką się ze złym Xavierem z przyszłości i jego marionetkami. Ale muszę przyznać, że rozwiązanie jest dla mnie nawet zadowalające. Załatwili tego złego i odesłali jego bandę do przyszłości – to już coś. Nawet mimo faktu, że pozostał przy życiu w teraźniejszości i dostajemy hint, że będzie ciąg dalszy. Jednak kilka zmian, które wprowadziła ta historia sprawia, że jako przeciwnik, staje się bardziej strawny. Przynajmniej dla mnie. No i chyba po raz pierwszy SHIELD zachowała się rozsądnie, nie lekceważąc informacji o zagrożeniu od X-Men. Tylko zniknięcie Raze mnie niepokoi (ale to pewnie element tego ich planu, więc dam kredyt) i wątek z Xorn rozwiązał się w stylu WTF. Ale ogólnie, nie było tak źle, jak sobie wyobrażałem. No i fani Molly pewnie odetchną z ulgą. Mogę nawet dać 6/10.
Demogorgon: No i kto miał rację co do Molly? No kto? No kto?
Jedna miłą rzecz jaka spotkała fanów Runaways w tym tyg...w tym roku. Zapewne jedyna.
Utek: Wątki z BotA tutaj w końcu znajdują sensowne wyjaśnienie, zachowanie postaci z alternatywnej przyszłości w tym zeszycie ma sens, jeśli ma się na uwadze co je spowodowało. Powoli przestaje mi brakować młodszej wersji Cyclopsa, jego miejsce w zespole z powodzeniem zajęła Laura "X-23" Kinney, co można było zauważyć także w tym zeszycie, gdzie jej interwencja uratowała zespół. Tak szybko zakończony pojedynek tych obecnych oraz przyszłych Dzieci Atomu może jednak wkrótce doczekać się nieco zmienionego przebiegu, czas pokaże kiedy to nastąpi. Rysunki to nadal równy wysoki poziom do którego Stuart Immonen nas już przyzwyczaił.

Amazing Spider-Man vol. 3 #1.3
Gil: Ech, nadal jest to zupełnie niepotrzebne. Nie podoba mi się uaktualnianie detali w tle historii Pajęczaka, a niektóre wątki wychodzą strasznie dziwnie. Zwłaszcza to, że Piotrek musi tłumaczyć ciotce May, że nie jest producentem i dilerem narkotyków. To jest tak absurdalne, że zakrawa na mindfuck. Nie dość więc, że nie byłem pozytywnie nastawiony do pomysłu, to jeszcze dał mi powody, żeby go nie lubić. Dam 3/10 tylko dlatego, że są w tym tygodniu rzeczy gorsze.

Amazing X-Men vol. 2 #9
Gil: Zaczęło się całkiem fajnie, ale w drugiej odsłonie historia traci prawie cały swój klimat i rozpęd. Fajnie, że pojawiają się inni bohaterowie, chociaż obecność Alpha Flight jest właściwie obowiązkowa, więc nie robi wrażenia. Rozciągnięcie jednej godziny na cały numer sprawia, że przeciwnie do założenia, dzieje się niewiele. Wrzucanie łazienkowych żartów skutecznie podkopuje moje zaufanie do twórców, chociaż w innych momentach radzą sobie lepiej. Nie powiem jednak, żeby dało się wyczuć element zagrożenia, który zadziałał w poprzedniej części, a wszystko ewidentnie zmierza do tego, żeby w końcówce zwendigować Wolverina (heh… Wolvendingo wyszedł). Tak więc, tym razem jestem ździebko rozczarowany, bo już zdążyłem się nastawić na coś zgoła innego. A na koniec mała uwaga stylistyczna: Storm z klapniętym irokezem wygląda o dziwo lepiej. No dobra, dam jeszcze 5/10, bo nadal jest nadzieja.
Utek: Co może pójść nie tak, jeśli z pomocą samotnie (no prawie) walczącemu z bandą Wedingo na kanadyjskiej ziemi Loganowi, przybywa oddział X-Men? No cóż, jeśli pisze to duet Kyle i Yost to na pewno wiele powodów się znajdzie. Numer ten przynosi ze sobą kilka odpowiedzi, można się było domyślać już wcześniej co się stało zaginionymi mieszkańcami. Teraz te przypuszczenia znajdują swoje potwierdzenie, teraz otwarte pozostaje pytanie kto stoi za taką a nie inną sytuacją, w która zostali wplątani wybawiciele Logana. Chemia w zespole powoli zaczyna być widoczna co pokazuje scena w której Iceman ratuję swoich kompanów z nie lada opresji. Rysunki nie przeszkadzają w odbiorze co sprawia, że z chęcią sięgnę po kolejną odsłonę tej historii, a cliffhanger na końcu zeszytu, tylko ten apetyt zaostrza. Cieszy pojawienie się (choć jeszcze w nie pełnym składzie) Alpha Flight.

avalonpulse0359-361c%20%5B1600x1200%5D.jpgAvengers Undercover #7
Gil: Pierwsze zdanie. Już to wystarczyło, żebym zaliczył facepalm z głośnym plaśnięciem. „Każda nastolatka po cichu marzy, żeby zamordować swojego pierwszego chłopaka.” What da fuck, Hopeless?!? W jakim świecie Ty żyjesz, człowieku? Chociaż, może fakt, że autor ma tak mocno spaczone pojęcie o psychice nastolatków, tłumaczy wszystkie jego poczynania… I chociaż wydaje się to mało możliwe, dalej jest jeszcze gorzej. Nico jest przedstawiana jako psychopatka, którą najwyraźniej kręci możliwość obcowania z martwym ywil ex-boyfriendem, flirtującym z nią prosto z piekła. Skrzywienie całej tej sytuacji jest przerażające. I nawet nie mam słów, żeby opisać, jak wielka krzywdę robi postaci. Potem banda Zemo wraca z akcji z rannym Chasem i zaczyna się świrowanie zupełnie innego rodzaju. Raz, że wylewają się tony pseudo-science-babble na temat działania magii i nauki. Dwa, że starają się nam wmówić, jaki to on jest silny spychicznie, że wyszedł bez szwanku z tej całej Areny, chociaż pierwszy zaczął się zachowywać, jakby mu coś w mózgu nie wytrzymało. Kolejna przebitka służy pokazaniu, że dorośli to buce, bo nic nie rozumieją. W dodatku, po raz kolejny dowodzi, że SHIELD jest niekompetentna, skoro miejsce, które określają jako niedostępne, zostało zdobyte przez oddział dzieciaków, w tym jednego wojującego łopatą. No i znów królem niekompetencji zostaje Pym. Co tam jeszcze…? Ah, no tak – rewelacja numeru. Najpierw dowiadujemy się, że Zemo trzyma więźniów za ścianą swojego salonu – co jest tak głupie, że nawet sam ten komiks to podkreśla. A potem bęc! i okazuje się, że drugim więźniem jest Arcade. Tak, całkiem żywy. Widzicie już, do czego to zmierza? Ależ oczywiście, że do rozwiązania wszystkiego przez „ależ nic się nie stało, przytulmy się”. No i oczywiście do: dorośli to buce, nic nie rozumieją i źle nas osądzili. A na koniec dodajmy do tego pogarszające się rysunki i okazuje się, że seria ryje w mule na dnie jak szczeżuja.
Demogorgon: Nie wiem co sobie roiłem w tej swojej pustej głowie, dając Hopelessowi kolejną szansę. Nie wiem, może chciałem zobaczyć jak bardzo zeszmaci Nico i Alexa. Ona (o ile można tę pustą skorupę jeszcze nazwać Nico, bo nie ma nic z jej osobowości) jest pisana jak wariatka, która jęczy jak to bycie dobrą nigdy jej nie dało niczego prócz cierpienia i lepiej poddać się złu i rozpaczy (wiecie, most generic shit ever), a jak na numer skupiający się na niej jest całkowicie pozbawiona siły decyzyjnej i wpływu na wydarzenia (nawet gdy próbuje uleczyc Chase'a to nie działa, bo tak mówi plot), a on (wskrzeszony z powodu który nie ma sensu) - jak idiota myślący [cenzura], który zaleca się jak pijany niedźwiedź albo Putin. Cały plot służy tylko temu aby Hopeless mógł sobie pogadać jaka to fajna jest ta jego durna magiczna ręka i jak wszyscy powinni zaakceptować, że jest lepsza od Staff of One. Walker rysuje jakieś koślawizny niemające nic wspólnego z anatomią, wyraźnie pokazując, że mu się już naprawdę nie chce i tylko odwala to na pożegnanie, zanim ucieknie do New Avengers. Subtelność tego duetu jest na poziomie przedszkola ("I z jej oczu bije energia układająca się w kształt rogów!")...Ten komiks to porażka na każdej linii.
A, Arcade żyje. Oczywiście.
Wiecie, najgorsze jest to, że nawet nie mogę już się złościć. Z unicestwieniem ostatnich dobrych elementów osobowości Nico w tym numerze to łajno osiągnęło poziom Ośmiu Śmiertelnych Słów. I niech one będą oceną: I don't care what happens to these people.

Avengers vol. 5 #32
Gil: To chyba jak na razie najlepsza z odsłon tej całej wyprawy w czasie. Przynajmniej odbiega trochę od schematu, a za to nawiązuje do tego, co wcześniej Hickman pokazał w F4. Lubię dorosłego Franklina w jego wykonaniu i jeśli to on się pojawia na okładce, przedstawiającej przyszły skład grupy, będę zadowolony. No i bardzo fajnym smaczkiem jest udział Groota. Właściwie, to podobnych smakołyków jest więcej i można się całkiem fajnie pobawić w ich wyławianie. Poza tym, co nieco się wyjaśnia, chociaż nadal sedno pozostaje ukryte. Ale przynajmniej już widać, że jest, a przez chwile w to wątpiłem. Dodajmy do tego trochę fajnych, futurystycznych widoków i okaże się, że mogę z czystym sumieniem dać 7/10.
Utek: Wycieczki w czasie ciąg dalszy, przy czym liczba podróżników wykrusza się wykładniczo z każdą kolejną częścią tej historii. Nasi podróżnicy spotykają w końcu na swojej drodze kogoś im znanego, mamy także nawiązanie do pewnego kinowego hitu (mam nadzieję, że tak będzie) tych wakacji. Najciekawsze jest to, że dostajemy kilka odpowiedzi, które rozjaśniają sytuację, która doprowadziła do powstania tych a nie innych wersji przyszłości jakie widzimy od kilku miesięcy trwania tej historii. Rysunki coraz bardziej mi się podobają, bo dobrze obrazują te futurystyczne wersje przyszłych wydarzeń, które wychodzą spod pióra, czy też klawiatury Jonathana Hickmana.

Captain Marvel vol. 7 #5
Gil: O, rany... czemu to wszystko jest żółte? Aaa… pewnie po to, żeby oddać mdły nastrój historii. Krótko mówiąc, opiera się ona na tym, że J-Son jest dupkiem, a kosmici są fajtłapami. Krótki powiew świeżości w postaci nowych postaci, równie szybko się rozwiał i teraz nie zostały mi właściwie już żadne pozytywy. A szkoda, bo wiem, że autorka potrafi lepiej. I chciałbym jak najlepiej dla postaci. A tak, niestety muszę zatrzymać się na 4/10.

Daredevil vol. 4 #5
Gil: No tak, jedna śmierć Foggy’ego to za mało – musieliśmy dostać podwójną dawkę. A ponieważ promocje się łączą, to Pym uratował go również nie raz, a dwa. Jeden z tych sposobów to antmanowy standard, drugi natomiast… Oh, boy… Hank Pym is fighting cancer by shooting it in the face with a laser cannon! Aż mi się przypomniał ten wątek z South Parku, jak to Russel Crowe walczył z rakiem... Nie no, teraz serio: Stephen Strange nie dał rady, Reed Richards nie dał rady, ale Hank Pym dosłownie pokonał raka Nelsona, strzelając do niego w miniaturowej postaci. I jest tylko jeden problem: nigdy nie zrobi tego ponownie, a już na pewno nie dla jakiejś anonimowej postaci, co w gruncie rzeczy czyni z niego dupka i hipokrytę. Our hero! Naprawdę uważam, że nie powinno się wyskakiwać z czymś takim, tylko po to, żeby później to zamieść pod dywan. A teraz przyjdzie mi definiować Pyma jako: that guy who beat up his wife, his friend’s cancer and doesn’t give a crap about the rest. Serio, pomysły Waida w tej serii wydają mi się coraz bardziej pojechane i to w niewłaściwym kierunku. Generalnie może otoczka nie była zła, ale przez takie rzeczy nie mogę dać więcej niż 3/10.

Deadly Hands Of Kung Fu vol. 2 #3
Gil: Ta generyczna historia staje się jeszcze bardziej generyczna, gdy wyciagają z niebytu przyrodniego brata Shang Chi. Z jednej strony, to nawet fajnie, że go odkurzyli, a drugiej jednak, wydaje się, że ten zabieg nie mógł być bardziej oczywisty. No wiecie – ubili mu… ehm… koleżankę, a za wszystkie sznurki pociągał zły brat… No i rzecz, której zupełnie nie rozumiem: dlaczego Chińczycy mówią runami? Jakoś mam wrażenie, że autorzy w ogóle się nie postarali i dlatego znów dam 3/10.

Fantastic Four vol. 5 #7
Gil: No tak, potwierdzili to, co już wcześniej podejrzewałem: Johnny zepsuł maszynę do odthingowania Bena samym siedzeniem w niej… Ech… to było głupie. A jakby tak się przyjrzeć, to właściwie wina Reeda, że zbudował taką gównianą machinę i nie wziął poprawki na to, jakie ma towarzystwo. Ale co tam… i tak to wszystko okazało się zupełnie nieważne. Doszliśmy za to do momentu, w którym dowiadujemy się, kogo ubił Ben. A tym nieszczęśnikiem jest Puppet Master – osobnik, który w ostatnich kilku swoich występach zawsze na końcu „ginął”, a potem jakimś cudem powracał. Więc tak, patrzcie jak się przejąłem… Tej serii zdecydowanie tie-in nie wyszedł na zdrowie. Ale nie było aż tak źle i możemy zakończyć na 4/10.

Nightcrawler vol. 4 #4
Gil: Jaki jest wypróbowany przepis Claremonta na historię z Nightcrawlerem? Najpierw namieszać, a potem i tak pokazać, że za wszystkim stoi Margali. Przynajmniej tym razem ma to jakąś odrobinę sensu, bo nawiązuje do niedawnego powrotu Kurta. Ale nie zmienia to faktu, że ten sam schemat zdecydowanie lepiej wykorzystał Aguirre-Sacassa w swojej serii, parę lat temu. Tym razem jest to mocno wymuszone, a wydarzenia prowadzące do celu to nic innego, jak chaotyczna nawalanka. Ale hej, może komuś się morda uśmiechnie, że w końcu na przykład taki Chamber coś robi. Tak więc, parę małych plusików wypisało się na zdecydowanie większym minusie. I mam wrażenie, że to będzie nowe status quo serii, a zarazem przyczyna jej rychłego upadku. Tymczasem jeszcze może być 4/10.
avalonpulse0359-361d%20%5B1600x1200%5D.jpg
Original Sin #5.1
Gil: Aha, czyli Angela jest siostrą Thora. Właściwie, to nie mam nic przeciwko temu pomysłowi. Nie jest może rewelacyjny, ale tworzy jakąś spójną historię i dość zgrabnie wpisuje ją w schemat uniwersum. Dziesiąty świat co prawda miesza trochę w mitologii, ale właściwe rozegranie wątku może zatrzeć to wrażenie. A jeśli zdoła przy tym połączyć Asgard z Niebem, może nawet wyjść z tego coś dobrego. Mam nadzieje, że się nie nadzieję, jeśli powiem, że w tej kwestii akurat mogę zaufać Aaronowi i nie obawiać się Ewinga. Póki co, jest dobrze. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby rewelacja numeru nie została zaspoilerowana już na okładce… ale przynajmniej, nadal oprócz „co?” możemy się cieszyć tym „jak?” I to również jest przyzwoite. A przynajmniej mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że ten tie-in jest lepszy niż jego bliźniak z zeszłego tygodnia. I nawet dam mu 7/10, bo sprawił mi sporo frajdy.
Demogorgon: Okeeej, pierwsze pytanie - po co? Czy ten komiks naprawdę jest potrzebny? Czy potrzeba przerywać serię Lokiego, która wcale sobie dobrze nie radzi na rynku, aby wcisnąć nam jakieś Aaronowe głupoty? Aaron nawet nie wie która bogini jest matką Thora, tak apropo.
Ogólnie, premise jest głupi a wszytko co związane z wojną Anielsko-Asgardzką brzmi jak wycięte z Kłamcy Jakuba Ćwieka, tylko bez polotu.
Ale hej, przynajmniej sceny z Thorem i Lokim są okej. Zawsze coś, prawda?
czarny_samael: Kolejny komiks, który wygląda na dawno zaplanowany. Tak jak Original Sins łączy się z Infinity, poprzez Lineage'a, tak Age of Ultron połączono postacią Angeli. Nie powiem, jestem pozytywnie zaskoczony pobocznymi historiami i ich wpływem na MU, gdy zawodzi mnie główna seria pokazując Fury'ego jako między-wymiarowego strażnika teksasu... Na plus na pewno prośba o pomoc Thora skierowana do młodego Lokiego i nawiązanie do King Thora, czy ewakuacji Asgardu z Broxton. Co ważne, Marvel jak rzadko spowodował u mnie pełne sprzyjanie bohaterom, bez jakiejś dawki nie chęci, powodowanej głupim zachowaniem, czy denerwującym zachowaniem postaci, bądź po prostu moją nie chęcią do nich. Wszystko ma sens, a mnie obchodzi interakcja Angeli z resztą MU jako siostrą Thora i wiem, że do niej dojdzie, ale działania dorosłego Lokiego mają zazwyczaj swoją cenę. Jestem ciekaw jaką będą miały tym razem. 8,5/10.

Original Sins #3
Gil: Tym razem już bez rewelacji. Części z Young Avengers odechciało mi się czytać gdzieś w połowie tej odsłony. Druga (a właściwie pierwsza) historyjka tym razem nie pokazała nic nowego, a jedynie skupiła się na nowej postaci z Inhuman. Nic złego tu nie było, ale też nic specjalnie ciekawego. Paradoksalnie, najlepszy był sekret J.J. Jamesona z końcowki. Dam 4/10.
czarny_samael: Ciekawie. Naprawdę ciekawie. Podoba mi się, że widzieliśmy większą liczbę użytecznych Inhumans i jednego, który zaczyna zajmować znaczącą rolę. Komiks spełnia swoje zadanie - jestem zainteresowany przygodami tej rasy i samą intrygą. Samą historię oceniam na 6/10.

Spider-Man 2099 vol. 2 #1
Gil: No i udało się. W rękach Petera Davida, Miguel zdołał wpisać się we współczesny świat, jednocześnie nie tracąc nic ze swojej oryginalności. Miałem trochę obaw, więc tym bardziej się z tego cieszę, a przy okazji traktuję jako dowód, że mój ulubiony skryba nie stracił dobrej formy (tylko najwyraźniej w X-Factor potrzebuje więcej czasu). Bardzo fajnie mi się to czytało i nawet zignorowałem wszystkie luki, towarzyszące jego przeniesieniu w czasie. Bardzo fajnie wpisują się też w całość postacie drugoplanowe, a Liz Allen może urosnąć do roli poważnej przeciwniczki. Podobnie jak wątek jednoosobowego pościgu z przyszłości może się fajnie rozwinąć. No i nawet całkiem nieźle to wyglądało. Miła zachęta do dalszego czytania i solidne 7/10.
Demogorgon: Hej, to było całkiem dobre, naprawdę. Komiks bardzo lekki, ale przezabawny, dużo dobrego humoru, za jaki ceniłem sobię X-Factor PADa i to coś, czego mi brakło w jego ANXF. To było takie jakieś... sam niewiem jak to określić i przez to trudno mi mówić o tym komiksie....pełne idealizmu i optymizmu, którego wielu produkcjom brakuje, bo wolą tarzać się w źle rozumianym cynizmie mylonym z dorosłością? Naturalnej, płynnej charakteryzacji, którą większość woli zastępować lataniem od jednego głupiego gimmicka, który zmieni wszystko na zawsze, do drugiego? Tak, to zapewne to.

Superior Foes Of Spider-Man #13
Gil: Hehe, nadal jest fajnie i zabawnie. W sumie, co więcej tu powiedzieć? Urozmaicenia dostarczają Mirage i Mach VII, którzy są również źródłem wielu zabawnych sytuacji. Intryga nadal się zacieśnia i wreszcie zmierzamy do konfrontacji z Shockerem, który w tym zeszycie wprost rośnie w oczach. I rozbroiła mnie słabość Hammerheada do Silvermane’a. Chyba śmiało można powiedzieć, że po krótkim wykolejeniu, wróciliśmy na dobre tory. I do oceny 7/10.
Demogorgon: Ludzie czasem się mnie pytają jak to jest, że o dobrych komiksach piszę tak mało a o kupie końskich ekstrementów jak tegotygodniowy numer Avengers Undercover potrafię się rozpisać jak głupi. Kwestia jest prosta - spoilery. Mogę narzekać na okropieństwa z Undercover, nie bojąc się, że zepsuję komuś zabawę, bo żadnej tam nie znajdziecie. A jesli tak, to jesteście takim typem ludzi, którym z radościom nasikałbym do kawy.
A z drugiej strony są komiksy jak ten. Gdzie chcę wam opowiedzieć o tych wszystkich wspaniałościach. O scenach z Abnerem. O scenie z Beetle i Overdrive. O cudownym Shockerze. Ale nie mogę. Bo zepsułbym wam zabawę. O tym komiksie się nie mówi, jego się czyta. Jest taki dobry.
Numer tygodnia. CO TU ROBICIE?! JUŻ, DO LEKTURY!

Winter Soldier: The Bitter March #5
Gil: Mech i paprocie. A nie podobało mi się tym bardziej, że Remender całkowicie zignorował cały ciężar przeszłości Winter Soldiera. W oryginalnej historii Brubakera potrzeba było mocy Cosmic Cube, żeby przywrócić mu pamięć, bo programowanie było tak silne. Tutaj dla odmiany, zachowuje się, jakby miał w głowie prztyczek, który czasem zmienia go w fajnego gościa, a czasem w zimnego killera. Bullshit, panie Remender! A cała fabuła tej serii jest do zignorowania i nie warto sobie nią zaprzątać głowy. I 2/10 na dobranoc.

Wolverine vol. 6 #10
Gil: Nie wiem, czemu uparłem się, żeby dotrwać do końca tej historii, kiedy nic mnie przy niej nie trzyma? Nawiązując do osoby głównego bohatera, podsumuję ją stwierdzeniem, że nie jest warta funta kłaków. Sporo przeskoków między miejscami i postaciami, a fabuły jakoś nie widać. Jedno, co zapamiętałem to, że Sabretooth i Mystique chcą sobie skombinować alternatywny świat. Bo widać Madripoor to za mało… Po prostu ubijcie go już i zobaczmy, co dalej. A teraz jeszcze jedno w tym tygodniu 3/10.

X-Force vol. 4 #7
Gil: No, no – robi się coraz ciężej. Sytuacje zaczynają się kumulować i komplikować w ten sposób, który jednoznacznie kojarzy mi się ze stylem Spurriera, więc mam silne poczucie, że seria zmierza we właściwym kierunku. Nemezis znów jest super. Kolejne klony Cable’a – intrygujące. Baza wypadowa również interesująca. Zachowanie Fantomexa – co najmniej zagadkowe. Wejście Domino – jakże mile widziane. I tylko zachowanie Psylocke troszeczkę mnie niepokoi. No i jeszcze przeciwnik domino – czy to Sugar-Man? Zola? Bezgłowy Joker? A może jednak ktoś zupełnie nowy? Mam wrażenie, że szykuje się jedna z tych niespodzianek, po których znów trzeba będzie zbierać szczękę z podłogi. A tymczasem dam wyczekujące 7/10.

Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2014.07.09
100th Anniversary Special: X-Men (one-shot)
Gil: Początkowo wydawało się, że jest trochę lepiej. Historia miała jakąś ciągłość i kontekst, czyli już więcej niż dwie poprzednie. Potem zaczęły się schody, bo okazało się, że ta przyszłość nie przystaje do żadnej z już znanych – czego zresztą można było się spodziewać. Fabuła dość szybko się rozwodniła i zmieniła w dziwną bieganinę, która ostatecznie doprowadziła do rozwiązania, będącego mierną kopią tego z Here Comes Tomorrow. Czyli wcale lepiej nie było. I dlatego znów dam 3/10.
jdtennesse: Ble. Tyle przychodzi mi na myśl po przeczytaniu tego komiksu. I to ma niby być z okazji rocznicy… Wiem, na jakiej zasadzie tę rocznicę wymyślono (i jest to głupie), ale jeśli ten numer ma być prezentem z okazji jakiejkolwiek rocznicy, to dziękuję za taki prezent, znaczy wolałbym go nie otrzymać. O co chodzi? Scott zostaje prezydentem USA, a chwilę później jego żona – Emma – znika. A właściwie zostaje wymazana z istnienia. Tylko Scott ją pamięta. Potem Scott zostaje postrzelony w czasie zamieszek spowodowanych jego elekcją, ale ratują go X-Men. W pewnej chwili zaczyna znikac więcej mutantów i ludzi, aż w końcu jestesmy w white hot roomie i… - surprisingly to no one – Phoenix! Tym razem jako wieczna istota, chcąc zmienic teraźniejszość (bo ludzie nie są gotowi na Scotta prezydenta), „porywa” mutantów, dzięki którym może sprawić że ta teraźniejszosc nie nastanie. I budzimy się w kolejnej rzeczywistości, gdzie Scott i Jean obchodzą rocznicę, a Charles żyje. Dlaczego taka wersja świata? Bo według Phoenix tego właśnie pragnął Scott. Jest tu wszystko czego nie lubię, kiedy jest nadużywne – Phoenix, jakaś wersja przyszłości, zmienianie przyszłości bo jest „zła”, Scott który nie wie czego chce… A do tego rysunki… I ta okładka – czy tylko ja uważam, że Emma wygląda jak czarownica? Nie polecam. Kolejny rocznicowy fail. 1/10.
Krzycer: Zacznijmy od pozytywów: rysunki były całkiem fajne. Podobał mi się design niektórych bohaterów, np. fajnie zjapońszczony Wolverine.
Cała reszta była beznadziejna. Do tego stopnia, że... Demo czasami snuje teorie, jak to Marvel nienawidzi jakiejś części swoich fanów czy własnych postaci... no to komiksy takie jak ten sprawiają, że czasami zastanawiam się, czy ktoś tam nie próbuje obrzydzić ludziom Jean Grey.
Świetnie im idzie ta akcja. Przyznaję, że całkiem mi się podobał koncept tego wydumanego jubileuszu, taka próba zajrzenia w przyszłość... szkoda, że rezultaty są albo kompletnie nijakie (Spider-Man), albo beznadziejne, jak ten.

All-New X-Factor #11
Gil: O, trochę to było niespodziewane. Mam na myśli rozwiązanie, w którym wychodzi na jaw zaskakująca prawda o Memento Mori i brakuje happy endu. Poza tym, coraz bardziej zbliżamy się do prawdy o Servalu, która pewnie nie będzie już tak bardzo zaskakująca, bo jak ktoś ma minionów bez twarzy, to raczej dobrym się nie okaże. Tymczasem trochę się dzieje, ale nadal bez fajerwerków i rewelacji, bo akcja zabiera trochę miejsca budowaniu relacji w grupie. Jest parę momentów i to już coś, ale wciąż za mało. Będzie więc 6/10.
jdtennesse: To wszystko? Trochę mało. Okazuje się, że oczywiście nie zostawili Gambita, ale sprawił to Snow. Walka przenosi się do Serval Industries, ale rozwiązanie jest nieco rozczarowujące. Matka Georgii wyjawia, że ma potencjał magiczny i to ona rozwiązuje problem Momento Mori, tracąc przy tym życie. Georgia zostaje sama… Więc albo wróci do „taty”, albo dołącczy do zespołu, albo może do szkoły Jean Grey? Zostaje jeszcze kwestia Snowa i Gambita, ale to pewnie wyjaśni kolejny numer. Rysunki takie jak zawsze, czyli bardzo średnie, jak i cały numer. 4/10.
Krzycer: Szybko poszło. I, o, czyżby to był coś na kształt deus ex machiny w finale? Czy były jakieś przesłanki ku temu, które kompletnie przegapiłem?
Co powiedziawszy, było tam parę fajnych dialogów i rozwiązań. I Gambit z cajunem na wierzchu. To może się rozejść po internecie.
Ogólnie... ANXF jest przyjemny, ale czemu 2/3 zeszytów jest poniżej oczekiwań?

Avengers World #9
Gil: Znów zostawiamy poprzednie historie, tym razem by skupić się na chwilę na Samie i Roberto. Sposób prowadzenia ich tutaj odbiega trochę od mojego wyobrażenia, bo zachowują się, jakby nadal byli nastolatkami, ale mimo wszystko fajnie się to czyta. Dostajemy też kolejny skok w przyszłość i znów jest to inna przyszłość, co troszkę zaczyna irytować. No i jakimś cudem pojawiają się w niej bohaterowie Next Avengers, co dość mocno mnie zaskoczyło i nie powiem, żeby było to zaskoczenie pozytywne. Ale dam mu szansę, bo sama historia może okazać się ciekawa, a i wcześniej wprowadzenie postaci z New Universe przebiegło całkiem nieźle. Tymczasem jest zabawnie, a rysunki pasują do klimatu i tylko ta niepewność lekko psuje mi odbiór, więc skończymy na całkiem solidnym 6/10.
Krzycer: Ostatnie parę numerów AW służyło głównie rozbudowywaniu świata, a fabułą stała w miejscu. Tutaj dostajemy parę... chciałem powiedzieć "odpowiedzi", ale nie wiem, czy to najlepsze określenie. Dostajemy parę pytań pomocniczych.
Ale przede wszystkim dostajemy Cannonballs i Sunspota, i ten duet jest bardzo fajnie poprowadzony.

Elektra vol. 3 #4
Gil: To chyba pierwszy raz, kiedy muszę powiedzieć: stop, rewind! Nie dlatego, że wydarzyło się coś złego – wręcz przeciwnie, numer był jak zawsze bardzo dobry – ale dlatego, że przydałoby się rozjaśnić, co właściwie zaszło tam pod wodą. Z wyjaśnień wygląda to tak, jakby Pan Pożeracz (no, dobra, wiemy już, że zwie się Bloody Lips, ale brzmi to raczej jak pseudonim jakiejś tancerki, więc zostanę przy swoim) wywołał całe zajście, ale chyba raczej coś innego spowodowało połączenie ich umysłów i przekazanie informacji. I to właśnie jest ten drobny szczegół. Ale spoko, możemy poczekać na wyjaśnienia, bo póki co, wystarczająco satysfakcjonujący jest wgląd w umysł Elektry i jej przeciwnika. Tym bardziej, że historia wyraźnie zmierza ku kulminacji, więc wyjaśnienia można odłożyć na później. Nadal jest świetnie, a grafika zachwyca, więc w dalszym ciągu daję 7/10.
jdtennesse: Muszę przyznać, że czytam ten komiks tylko dla rysunków, które są piękne. Postać Elektry mnie zainteresowała, ale ta historia trochę się już ciągnie. Zabawa w kotka i myszkę, co chwilę nowa przeszoda na drodze do celu, rozumiem, że coś musi nakręcać fabułę, ale może trochę naturalniej? Początek fajny, coś w stylu rachunku sumienia, zarówno Elektry jak i jej przeciwnika, zresztą szybko uregulowanego rachunku, gdyż był błędnie wystawiony. Historia nie porywa, ale rysunki zdecydowanie tak. Dlatego warto przeczytać albo przynajmniej obejrzeć, bo czytania i tak zbyt wiele nie ma. 7/10.
Krzycer: Śliczne rysunki. Kilka odpowiedzi na temat australijskiego kanibala. Niewiele ponad to. Ale rysunki śliczne.

Magneto vol. 3 #7
Gil: Tak jak poprzednio, numer na pierwszy rzut oka całkiem fajny, ale wiatrem podszyty. Starcie Magneto z Predatorami X jest fajnym pomysłem i zrealizowane zostało również nieźle. Problem tkwi w szczegółach i otoczce. Ktoś tu powinien się zdecydować, jaki właściwie jest poziom mocy Magneto. Raz jest w stanie ciskać żelastwem na spore odległości i wyrywać je z ciała, a tutaj nagle ma problem ze stworami o metalowej skórze. Znów powraca problem nowej koleżanki Madzia – co prawda tym razem jest zaskoczony jej prywatnym samolotem, ale i tak zachowuje się, jakby bezgranicznie jej ufał. No i ewidentnie się to na nim zemści wkrótce. Czyli ogólnie, sporo tu nierówności, ale pierwsze wrażenie robi nawet pozytywne, więc jak się komuś nie chce drążyć, to nie ma problemu. A ja wystawię 5/10.
jdtennesse: Kolejny bardzo fajny numer. Magneto kontynuuje swoją misję ratowania mutantów z różnego rodzaju opresji. Bardzo fajne stracie z Predatorem X, nie wiem tylko czy Mags po prostu go nie rozerwał, bo jego moc tak osłabła, czy po prostu chciał się trochę zabawić? Równie dobrze wypada ostatnia scena, kuszenie hormonem… Moim zdaniem się nie skusi, bo wie w jaki sposób został on pozyskany. Poza tym, to Mags uwolnił Alison, gdy była więźniem Mystique i była wykorzystywana do wiadomego celu. Cały czas jednak zastanawia zaufanie, jakim Mags obdarzył swoją nową koleżankę, ale być może już dawno ją sprawdził i wie, czego może się spodziewać. Rysunki są w porządku, jak już się człowiek przyzwyczai. 7/10.
Krzycer: Podobał mi się ten numer, podoba mi się wystawienie Magneto na pokuszenie. Tylko co, to już... siódmy numer z rzędu, który robi z niego hipokrytę? Gdyby to chociaż było subtelne...
Ale, kurczę, jeśli naprawdę nie mam większych problemów niż to, że komiks jest mało subtelny, to wciąż oznacza, że Bunn odstawia robotę o parę klas lepszą od tego, co dotąd robił dla Marvela. A ja wciąż jestem tym zaskoczony.

Ms. Marvel vol. 3 #6
Gil: To już ta pora, że obowiązkowe cameo któregoś z czołowych bohaterów było nieuniknione. Może do klasy postaci bardziej pasowałby Spider-Man, ale w sumie jestem zadowolony, że padło na Wolvieka, bo spotkanie między nimi wyszło świetnie. Można nie lubić wszędobylskiego Wolverina, ale Kamala zachowująca się jak fangirl całkowicie go spycha na dalszy plan i nie tylko rekompensuje wszelkie niedogodności, ale wręcz udowadnia, że historia została dobrze obmyślona, a nie wymuszona. Co więcej, udało im się całkowicie zdławić moją niechęć wobec Pana Papuga, zwanego Inventorem. Nieudany klon Thomasa Edisona, zanieczyszczony DNA papugi? That’s friggin’ AWESOME!!! Zacytujcie to na okładce, zamiast wyjętych z kontekstu bzdur z CBR. No i właściwie wszystko inne też mi się podobało. Nawet zmiany rysownika nie uznałem za większą bubę, a jedynie trochę inny punkt widzenia. To zdecydowanie mój numer tygodnia z mocnym 7/10.
Demogorgon: Hej, to było słodkie. Kamala jako fangirl działająca Loganowi na nerwy wychodzi całkiem nieźle a i sniktbub jakiś taki mniej irytujący. I ktoś pamięta, że on powinien być zwinny. Ale numer jednak kradną kapłan, który okazuje się nie być taki zły, na jakiego wcześniej wyglądał, oraz Inventor, chociaż on głównie ze względu na to, że wygląda jakby wytańcował z komiksu Jason Aarona. Albo czegoś dla dzieci.
Rysunki są urocze, chyba nawet w pewien sposób lepsze niz te Alphony - nadają zupełnie inny klimat, taki typowy dla młodzieżowej, radosnej przygody. Nawet jeśli złoczyńca nagrał się za dużo Resident Evil.
Krzycer: Urocze. Na tyle urocze, że nie będę się pastwił nad półptasim klonem Thomasa Edisona. I miło, że ktoś potrafi poprowadzić Wolverine'a na występie gościnnym, nie zamieniając go w kompletnego buca. Very claws.

Nova vol. 5 #19
Gil: Okładka jest zdecydowanie na wyrost, chociaż jakoś nawiązuje do tego, co w środku. Można ją traktować jako zapowiedź, skoro pojawiają się hinty odnośnie powrotu drogiego tatusia. A tymczasem dostajemy sporo chaotycznej rozwałki w towarzystwie Rocketa, która przypomina rozpierduchę w jednej z tych knajp ze Star Wars. Szczerze mówiąc, średnio chciało mi się to wszystko czytać i prześlizgnąłem się po większości dialogów, ale niewiele straciłem, bo w większości i tak były bulbotaniem o niczym. Dopiero w pobliżu końcówki zaczął się wyłaniać jakiś sens, który może do czegoś doprowadzić. Poczekamy, zobaczymy. Póki co, nie podobały mi się rysunki. Z tych samych powodów, co zawsze. A wszystko razem składa się na 4/10.

Original Sin #3.2
Gil: Właściwie, to mógłbym Wam powiedzieć, że można sobie odpuścić całość, z wyjątkiem ostatnich dwóch stron. Większość numeru kręci się wokół tego, co już zostało powiedziane w części pierwszej – Tosiek był dupkiem i dłubał w bombie Bannera. I nic właściwie nie wnosi poza faktem, że zrobił to z czystej złośliwości. Jedyne, co ma znaczenie, to fakt, że Banner zhakował Extremisa i teraz ma kontrole nad Hulkiem. No, to teraz w ogóle nie musicie tego czytać. Chociaż w sumie, nie powiem, żeby to był zły komiks… Raczej, że można by to wszystko zmieścić w jednym zeszycie. Bo zdecydowanie by się dało. Może to doprowadzić do czegoś fajnego, ale mogli nam oszczędzić powtórek. I dlatego dam 4/10.
Krzycer: Ok, "Tony Stark specjalnie popsuł bombę gamma" to dużo ciekawsze rozwiązanie niż "Tony Stark przypadkiem popsuł bombę gamma". O ile do tego właśnie zmierzamy, bo wciąż nie jestem pewien, czy ta amnezja Starka naprawdę ma być wywołana alkoholowym zaćmieniem.
Plusy: profesor Hulk! Być może. A przynajmniej wariacja na temat.
Minusy: C.S.I-ron Man. Ała, moje oczy.

Original Sin #6
Gil: No dobra, z jednej strony wszystko fajnie, bo znów co nieco się wyjaśnia, ale z drugiej, to już praktycznie trzeci numer tej ośmioczęściowej serii, w którym Fury i grupka herosów stoją naprzeciwko siebie i gadają. Nie żebym miał coś przeciwko samej metodzie, ale mam wrażenie, że chronologia mocno się wykolei, gdy porówna się to z wydarzeniami z tie-inów, które są rozciągnięte na dłuższy okres czasu... W każdym razie, Fury wyjawia w końcu, że zebrał tędziwną grupkę, bo chce, żeby ktoś z niej był jego następcą. Popatrzmy więc... Stefan i T’Challa są już w Illuminati, a to trochę za wiele. Moon Knight i Punisher już mają swoje serie i to dość świeże, z odnowionym status quo. Emma gra drugie skrzypce w X-Men, a Lang niby pierwsze, ale w zepchniętej na margines FF. Gamora mimo wszystko jest kosmitką, a Rocket znalazł się tu chyba tylko dlatego, że film. Kto więc zostaje kandydatem numer jeden z zapowiedzianą już nową serią? Helloooo Bucky! Aczkolwiek, nie obraziłbym się, gdybym się pomylił i robotę dostał ktoś inny, ale akurat bardziej niż tego spodziewam się, że po tej rozróbie żadnego zastępstwa nie będzie. No dobra, a co mamy oprócz tego? Wreszcie jakieś ruchy ze strony samych herosów (cokolwiek trochę dziwne, bo Cap mówi „ściągnijcie wszystkich”, a jak przychodzi co do czego, to jest z nim... z osiem osób?), a także złoczyńców (dowiadujemy się przynajmniej, że to Midas jest tym thingobodobnym czymś). Końcówka przynajmniej zapowiada, że dochodzimy do konfliktu, który pewnie przyniesie ostatecznie rozstrzygnięcie, więc można mieć nadzieje, że coś ważnego się wydarzy. Tymczasem trochę się zmęczyłem, ale ponieważ nadal jestem zainteresowany, dam solidne 6/10.avalonpulse0359-361e%20%5B1600x1200%5D.jpg
Xavier83: W końcu ta historia nabiera tempa. Fury wymiata jak dla mnie. Wszystko zaczyna się zazębiać. Choć w sumie chyba nie było odpowiedzi na pytanie, które bije z okładki do czytelnika. Przynajmniej nie "dowodowo". Podoba mi się hasło Kapitana: "no more secrets." 8/10.
Demogorgon: Kolejny numer gadania o niczym. Wszyscy tańczą wokół jednego pytania i za nic nie chcą udzielić odpowiedzi. To event o tym jak banda kretynów i druga banda kretynów kręcą się jak idioci, bo są za głupi,aby porozmawiać jak cywilizowani ludzie.
I nie wierzę, że to mówię, ale Aaron pisze gorszego Strange'a niż Hickman. "Zawsze ratowaliśmy świat bez zabijania nikogo""? Stephen, mam ci przypomnieć jak ZABIŁEŚ WŁASNEGO MISTRZA?! Mam ci przypomnieć, że byłeś gotów odrzucić zasadę nie zabijania już w latach siedemdziesiątych, bo Umar ci alazła za skórę? Mam ci przypomnieć, jak zabiłeś Shuma-Goratha? Do diabła, gorszą postacią do walnięcia takiej kwestii byliby tylko Frank albo Bucky.
A najgorsze, że to wszytko wyraźnie zmierza do głupiej serii w której zbieramy tę zupełnie z czapy grupę bohaterów i robimy z nich supertajną ekipę na zastępstwo starego Nicka. Bo tego nam potrzeba, całkowicie z czapy wziętego zespołu postaci, który swoim brakiem ładu i składu przebija nawet Champions. I grupy która jakimś cudem zdołała mieć aż ośmiu członków, z czego sześciu to faceci i ma więcej kosmitów niż ludzi innego koloru skóry niż biały.
czarny_samael: Nie mam nic do zbierania zespołów a'la Champions. Więcej: wydaje mi się nienaturalne to całe "tylko magowie/mutanci/rodzina Sue" jako większość większości ( :P ) teamów.
Jednak cały ten komiks jest po prostu... głupi. Nick lepszy od Chucka Norrisa i teraz atakujący Avengers. Zwykły agent strzela sobie gamma-kulami do super-potężnych bytów, które często w ogóle nie potrzebują ciał, ale jest git, bo to koleś-git, pie***li za-sa-dy i nie jest fra-je-rem. Kompletna porażka. To ja już wolę SA Sperm-ana dmuchającego planety. Co za dno.
Krzycer: Byłem zainteresowany Original Sinem, tak mniej więcej do poprzedniego numeru. Bo ujawnienie, że to wszystko jest szopką Fury'ego, który z jakiegoś powodu nie mógł po prostu porozmawiać z ludźmi na ten temat, tylko wysyłał ich do jądra Ziemi i innych wymiarów, mi się nie spodobało. Tajemnica na siłę. Jeszcze może coś z Midasem wyjdzie ciekawego, może będzie jakiś zwrot akcji z propos morderstwa Uatu, ale poza tym - nie podoba mi się to.
Plus za wyjaśnienie starzenia Fury'ego (w sensie, za niezwalenie tego jakąś durną komplikacją). Plus byłby większy, gdyby wpleść dwa zdania o tym, że Fury zużył formułę Infinity by wskrzesić Bucky'ego - co jest dość istotne, zwłaszcza w momencie, gdy Bucky jest częścią wściekłego tłumu z widłami.

Savage Hulk #2
Gil: Ech, kolejna odsłona fanfika, który jest właściwie o niczym. I w dodatku wyskakują nam tu z Jean zmieniająca się w Hulka… bo tego jeszcze nie było. Szkoda słów i czasu. Niepotrzebne 2/10.

Savage Wolverine #21
Gil: Nie raz widzieliśmy Wolvieka w czasie drugiej wojny i czasach międzywojennych, ale jego udziału w pierwszej sobie nie przypominam, więc na pierwszy rzut oka jest to ciekawe urozmaicenie. Tym bardziej, że wpasowało się całkiem nieźle w setną rocznicę. Z wykonaniem jest niestety trochę gorzej. Obecność w tamtych czasach jednostki specjalnej złożonej z mutantów jest mocno naciągana, a sama akcja niezbyt oryginalna, więc im dalej brniemy, tym mniej jest to atrakcyjne i dość szybko zaczyna nudzić. Dlatego skończy na 4/10.

Secret Avengers vol. 3 #5
Gil: Seria staje się coraz bardziej pojechana, przez co z jednej strony jest coraz zabawniejsza, ale z drugiej coraz szybciej gubi sens. Fajne są momenty z MODOKiem, Spider-Woman i bombą oraz szalonym poetą. Przy niektórych nieźle i szczerze się uśmiałem. Ale sposób, w jaki to wszystko jest połączone w całość, nadal pozostawia wiele do życzenia. Zaczynając od tego, że gdyby SHIELD działała w ten sposób, byłaby raczej parodią samej siebie. Ale cóż, widocznie taką metodę obrał sobie Kot, więc pozostaje mieć nadzieje, że ma w tym jakiś cel. Póki co, u mnie ma 5/10.
Krzycer: Muszę powiedzieć, chyba po raz pierwszy z takim przekonaniem, że lubię tę serię. Połączenie humoru w stylu Fractionowego Hawkeye'a z ideą Secret Avengers, szpiegostwa, szarej strefy moralnej (tylko w tym numerze jest mowa o torturach i postronnych ofiarach ataków dronów), jest dziwne - bardzo dziwne - ale podoba mi się rezultat.
A poza tym MODOK rządzi i tyle.

She-Hulk vol. 3 #6
Gil: I znów odruch wymiotny na widok pierwszej strony skutecznie zniechęcił mnie do zapoznania sie z treścią. Nie wiem, co Marvel myślał, kiedy to wydawał, ale najwyraźniej komuś zależało na tym, żeby utopić fundusze w tej kupie. Nawet nie będę oceniał.

Silver Surfer vol. 6 #4
Gil: “Come along, Dawn!” rzekł Surfer i natychmiast stwierdziłem, że Matt Smith byłby idealnym aktorem do tej roli. W końcu tak jakby już raz zagrał tę postać. A tymczasem dostajemy kolejny dobry numer, w którym solidne dawki humoru i abstrakcji nie pozwalają się nudzić ani przez chwilę. Dzieją się rożne cuda i powstaje wiele pytań, ale to oczywiście wstęp, więc jeszcze nie czas poganiać autorów o odpowiedzi, skoro tak dobrą zabawę zapewniają nam i ukrywaniem. I nawet zaczynają mi się podobać niektóre rysunki Allreda, na których trochę więcej uwagi przywiązuje do szczegółów. Aha, jest też cameo Guardians of the Galaxy, które… właściwie niczemu nie służy, poza wpychaniem ich wszędzie, bo film. Ale też i nie przeszkadza, więc nie umniejszy oceny, którą znów jest 7/10.

Thunderbolts vol. 2 #28
Gil: Wiadomość o rychłym końcu tej serii jest chyba najlepszą, jakiej można było się spodziewać. Nawet po kolejnej zmianie autorów i ich wyraźnych staraniach, żeby tchnąć tu trochę życia, ta grupa po prostu nie daje rady. Kiedy (Bl)Ackery piszą poszczególne postacie osobno, bywa nawet nieźle (np. scenka z Ghost Riderem i wilkołakami), ale gdy próbują to wszystko połączyć w całość widać, że zwyczajnie się nie klei. No i jeszcze rysunki… Przy pierwszym zetknięciu nawet pochwaliłem Sandovala, ale tutaj tego nie powtórzę. Może też zniża się do poziomu tytułu? No, ale przynajmniej mogę dać 4/10, a w tej serii to już sukces.
avalonpulse0359-361f%20%5B1600x1200%5D.jpg
Uncanny X-Men vol. 3 #23
Gil: Spodziewaliście się czegoś na temat testamentu Xaviera, bo tak mówi okładka? Oj, naiwności… Cóż, sam miałem nadzieje, że przywalą jakąś rewelacją już na wstępie, ale jednak nic z tego. W tym numerze, wbrew szumnym zapowiedziom, najwięcej czasu zajmują porządki po ostatnich wydarzeniach. Sporo podsumowań, ponowne powitanie Highjacka, Dazzler stająca się emo i takie tam… Nie zrozumcie mnie źle – to dobrze, że poświęcili na to czas i miejsce, a całość wypada całkiem fajnie. Jedyny problem jest taki, że z tą okładką to trochę przedwczesna ejakulacja. Na razie mamy tylko zapowiedź, z fajnym gościnnym występem Shulkie. Jedno, co mi naprawdę nie pasuje to rysunki. Kris Anka robi całkiem fajne okładki, ale z całymi zeszytami już nie radzi sobie tak dobrze i widać to szczególnie po twarzach. No cóż, skoro to zapowiedź, to i moją ocenę 6/10 można potraktować jako zapowiedź, że może będzie lepiej.
Xavier83: Całkiem fajna lektura. Trochę rysunki nie w moim klimacie, ale spodziewam się czegoś mocnego po następnym numerze. Ciekawe, że postawiono to pytanie: czy Xavier na pewno nie żyje ? 7/10.
jdtennesse: Największym rozczarowaniem są mylące zapowiedzi. W tym numerze nie uświadczymy żadnych rewelacji związnaych z testamentem Xaviera. A o samym testamencie wiadomo było od dawna, więc nie można mówić o zaskoczeniu. Póki co, kilka osób musi się zebrać, aby testament został odczytany. Więc czekamy na Scotta. Tymczasem całkiem fajnie rozwijają się wątki uczniów w szkole Scotta, Hijack wraca do drużyny i jest nawet powitany przez niego. Im częściej młodzi mutanci pojawiają się w Uncanny, tym lepiej. Dazzler pragnie zemsty, ale naturalnie Mystique się ukrywa. Oby szybko o niej nie zapomniano. Bardzo fajnie, że wraca wątek Tempus, może w końcu się dowiemy, co się z nią dzieje/stało? Spokojny, przyjemny numer, który (być może) szykuje nas na jakieś rewelacje w kolejnym. Kris Anka na pewno wypada lepiej jako rysownik niż Bachalo, ale okładki w jego wydaniu wyglądają lepiej niż całe zeszyty, krzyżyki zamiast twarzy to trochę za mało jak na artystę, który potrafi stworzyć rewelacyjne okładki (może to brak czasu…). 6/10.
Krzycer: ...ojejku, ojejku, Bendis rusza fabułę! A przynajmniej wątek Tempus, rozpoczęty... piętnaście numerów temu? No, "rusza" to trochę za dużo powiedziane. Tak czy inaczej - miło, że nie zapomniał.
Do tego ładna scena między Cyclopsem i Hijackiem, fajny tandem Emmy i Magik, w miarę wiarygodne poprowadzenie Dazzler i wychodzi mi, że to jeden z najlepszych numerów pod względem prowadzenia i rozwoju postaci, jaki Bendisowi wyszedł od dłuższego czasu.
Rysunki... kurczę. Lubię Ankę jako projektanta kostiumów i rysownika okładek, ale jakoś nie mogę się przekonać do tego, co rysuje w środku komiksu.

X-Men vol. 3 #16
Gil: Pamiętacie jeszcze taki śmieszny event pod tytułem Schizm? Ten, w którym to Wolviek stwierdził, że dzieciakom należy się szkoła, w której będą uczniami, a nie żołnierzami w wojnie o przetrwanie mutantów? Heh, zabawne, jak tutaj ta sama frakcja pod dowództwem Storm robi coś absolutnie przeciwnego wobec tej filozofii. Zdaje się, że to już ten czas, kiedy nikogo już to nie obchodzi. Albo opcja druga: Wood nie wie, co robi. Właściwie, obie są równie prawdopodobne. Gerenarlnie, nadal próbują nam wmówić, że ten cały Future to super kozak, który ma jakiś wielki wpływ na fjuczer. A potem munchkinują go i udowadniają, że cała ta historia jest o niczym. Grejt sakses! 3/10.
Krzycer: Ojej. The Future jest spektakularnie żałosny. I... umówmy się, zagrożenie ze strony "żywego ekosystemu" jest strasznie rozdmuchane. Przynajmniej na razie "Bloodline" nie prezentuje nawet ułamka możliwości Krakoy, a z Krakoą X-Men chyba powinni wiedzieć, jak sobie dać radę?
To jeszcze napomknę, że style dwóch rysowników się gryzą, a poza tym oba są brzydkie, i będziemy mogli przejść do plusów.
Plusy: ten numer nie był tak boleśnie głupi jak wiele poprzednich. W sensie, nie licząc koszmarnie poprowadzonego Fjuczura, to było nawet całkiem przyjemne czytadło. I paru członków New X-Men dostało wreszcie szansę, by coś zrobić, i nawet "nie jesteśmy zespołem" zespół nie marnował zbyt wiele czasu na pierdoły, i Storm myśli jako dowódca (bez nadmiernego komplikowania, jak wcześniej)... To wciąż nie jest szczególnie dobry komiks, ale nie był nawet w przybliżeniu tak zły, jak wiele poprzednich numerów.

Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2014.07.16
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.