Avalon » Publicystyka » Artykuł

Living Tribunal #232 - Runaways: Dead End Kids TPB

lt%20231s.jpgRunaways: Dead End Kids TPB 
Scenariusz: Joss Whedon
Rysunki: Michael Ryan
Okładka: JoChen
Liczba stron: 152
Cena: 15,99$
Zawiera: Runaways vol. 2 #26-30

Demogorgon: W czasach początków przygód Runaways próbowali oni zabić wampira, przebijając mu serce. Krwiopijca tylko zażartował, że cokolwiek się nauczyli z serialu "Buffy: Postrach Wampirów" to bzdura. Jest coś zabawnego w tym, że gdy Brian K. Vaughan odszedł z Marvela, poszedł pisać właśnie komiksy osadzone w świecie tego serialu. I jeszcze zabawniejszego w tym, że jego twórca był następną osobą, której dane było pisać przygody młodych uciekinierów. 
Zacznijmy może od wad tego komiksu, a jest ich tu nieco, nawet samym punkcie wyjścia. Runaways musieli opuścić Los Angeles i ukryć w New Yorku przed Iron Manem i siłami rejestracji superbohaterów. Nie chcąc zawierać paktu z diabłem, jakim byłoby podpisanie rządowych papierków zespół postanawia… zawrzeć umowę z Kingpinem. Człowiekiem równie złym, co ich starzy, jeśli nie gorszym. Już w otwarciu historia zmusza nas do zastanowienia się nad głupotą bohaterów i wcale nie poprawia tego późniejsza konfrontacja z Punisherem, do której dogadywanie się z kryminalistą doprowadza – dość powiedzieć, że jeśli ktoś lubi Franka, powinien omijać ten komiks, bo niechęć Whedona do postaci wręcz wylewa się z kartek. 

A później Runaways zostają przeniesieni do lat dwudziestych. Gdzie wplątują się w konflikt dwóch walczących gangów superludzi. I tu zaczyna się z jednej strony prawdziwa zabawa w tej historii, a z drugiej, jej prawdziwa bolączka. Whedon włożył wiele serca w zbudowanie tego zakątka historii świata Marvela, gdzie ma w zasadzie całkowicie wolną rękę. Dał nam wiele interesujących postaci, uwikłanych w brutalną wojnę gangów, ale jednocześnie w sześciu numerach nie starczyło mu miejsca, aby dobrze je przybliżyć i opisać, przez co cały ich potencjał leży niewykorzystany. Część z nich wręcz ginie chwilę po tym, jak mieliśmy okazję je poznać. Autor wrzucił za wiele wątków i elementów, próbował przenieść interesującą wizję, ale zupełnie mu nie wyszło. Najzwyczajniej w świecie próbował ugryź więcej, niż był w tanie przeżuć.

Nie można też nie wspomnieć, że pewne elementy tej wizji są dosyć niepokojące – w swojej dbałości o to, aby oddać realia tamtych czasów Whedon sięgnął miejscami po elementy wręcz obrzydliwe i uraczył nas sceną, w której jakiś drań próbuje zgwałcić Karolinę, która nie służy niczemu, tylko temu, by pokazać, że świat przeszłości to paskudne miejsce. Że nie wspomnę o biednej Klarze – dziewczynę w wieku Molly, wydanej za okrutnika, która ją regularnie bije i gwałci. Wypowiadałem się chyba kilkakrotnie na ten temat na forach, ale powtórzę – uważam, że gwałt to sprawa zbyt poważna, aby ją traktować tak lekko. Nie podoba mi się używanie gwałtu tylko po to, by pokazać, jaki to ten świat jest paskudny, bo umniejsza to, w moim odczuciu, rozmiarowi i wadze traumy, przez którą przechodzą jej ofiary. Nie podobało mi się to w o wiele mroczniejszych pozycjach, niż Runaways – nie podobało mi się "typowe powitanie trolli" w Berserku Kentaro Miury i nie podobało mi się wspomnienie mimochodem, że jedna z nowych postaci została wielokrotnie zgwałcona w ostatnim tomie Czarnej Kompanii Glena Cooka, a obydwa tytuły uwielbiam. Nie podoba mi się również używanie gwałtu w roli taniej i szybkiej metody wzbudzenia sympatii u czytelników wobec nowej postaci, kiedy autorowi brak pomysłów, albo ochoty, aby wymyślić coś lepszego. Bo to ponownie umniejsza wadze zbrodnii i wręcz uprzedmiotawia ofiarę, jeśli nie idzie za tym żadna próba zaadresowania tragedii, jaka ją spotkała. A Whedon do losu Klary podchodzi wręcz lekceważąco, traktując jej los jako wymówkę, aby bohaterom zrobiło się jej żal i zabrali ją do teraźniejszości. Okazuje w ten sposób ogromną ignorancję oraz całkowity brak szacunku i wychodzi na skończonego bufona. Ja rozumiem, że wszyscy żyjemy w cieniu dokonań Alana Moore, ale czy naprawdę oznacza to bezmyślne wymachiwanie gwałtem na prawo i lewo, bo on tak robi? Do jasnej Anielki ludzie, trochę empatii, czy ja proszę o tak wiele? 

O ile Whedon mniej-więcej łapie charaktery postaci, o tyle muszę się zatrzymać i pomówić trochę nad jego podejściem do dwóch postaci – Nico i Victora. Nico w podejściu Whedona jest bardzo interesująca, przynajmniej na początku. Dziewczyna dalej próbuje dostosować się do roli liderki, kilkakrotnie mamy też pokazane, że nie ma jeszcze doświadczenia, jakie jest ku niej potrzebne – o ile scena negocjacji z Kingpinem nie powinna się zdarzyć, o tyle sposób, w jaki Fisk bezwzględnie miażdży Nico w grze nerwów i szczerości doskonale pokazuje, że jeszcze przed nią długa droga. I dobrze, ona powinna popełniać błędy i ponosić ich konsekwencje, jak długo jest to napisane w przekonujący sposób, tak, że mogę uwierzyć, że to błąd, który by naprawdę mogła popełnić. To odróżnia Nico Whedona od Nico Denisa Hopelessa. Obie popełniają błędy, obie podejmują głupie decyzje i obie za to cierpią. Ale u Whedona są to błędy i głupie decyzje, która naprawdę wierzę, że mogłaby podjąć inteligentna nastolatka, siłująca się z ciężkim brzemieniem odpowiedzialności, która jednocześnie nie raz i nie dwa udowadnia, że nie dźwiga jej bez powodu, potrzebuje tylko doświadczenia. Nico Hopelessa popełnia błędy i głupie decyzje pasujące bardziej do naćpanej, rozstrojonej nerwowo smarkuli o skłonnościach samobójczych. 

Skoro już wspomniałem o człowieku, który zniszczył Runaways w stopniu niemożliwym do naprawienia (przynajmniej do póki jakiś autor nie zechce ich naprawić, ale ponieważ żadnego nigdzie nie widać, będę zakładał, że taki się nigdy nie pojawi – wolę później musieć przyznać się do defetyzmu niż robić sobie złudne nadzieje), to warto wspomnieć, że jego "upgrade" dla Nico jest czystym plagiatem tego, co robi z nią Whedon. Tyle tylko, że Whedon wie, co robi, a Hopeless nie. U Whedona Nico zostaje porwana przez jedną frakcji i trafia na swoją babkę, tajemniczą Witchbreaker, która oferuje, że da jej dostęp do większej mocy, ale ceną będzie przetrwanie straszliwych tortur. I Nico przyjmuje tę ofertę, ponieważ jest gotowa znieść ból, aby chronić swoją rodzinę. Wychodzi z tego bardziej zahartowana i gotowa przekraczać pewne granice, dla dobra najbliższych. Hopeless pozornie robi to samo, ale kompletnie usuwa kluczowy element – u niego cierpienie i śmierć w zamian za moc nie są ceną, jaką Nico dobrowolnie zgadza się zapłacić, wszystko to zostaje wrzucone na nią a ona sama nie ma nic do gadania – jest tylko kłodą rzucaną przez fale fabuły, zostaje zredukowana do roli bezwolnej ofiary, a doświadczenie odziera ją z unikalnych cech charakteru, zamiast tego redukując jej osobowość do "jest wściekła i agresywna". Gdy Whedon pozwolił jej wyjść z wydarzenia wzmocnioną, ale z cieniem na duszy, Hopeless zniszczył wszystko, co było w niej unikalne i zredukował do kolejnej, szurniętej wiedźmy, która strzela kolorowymi laserami i nazywa to magią (co jest zeszmaceniem każdego czarodzieja w komiksach, aż po Doctora Strange). I podczas gdy jeden pozwolił, aby to była jej historia, jej story arc, w którym to ona podejmuje decyzje i wybiera swoją drogę, Hopeless zrobił z niej pozbawioną woli kukiełkę w swojej, pożal się borze, stepie i Puszczo Białowieska, fabule. Jeden napisał dojrzała, porządną historię z tą postacią, drugi utopił ją w morzu niedojrzałego cynizmu i mizantropii charakterystycznych dla białego chłoptasia, który nigdy nie musiał pracować i któremu mamusia opłaciła studia, a który myśli, że może mówić wielkie prawdy o ludzkiej naturze i o tym jak to wszyscy są draniami, a tak w ogóle to współczucie jest słabością, bo przeczytał kilka przypadkowych stron z „Tako rzecze Zaratustra” Fryderyka Nietschego i jeszcze połowy nie zrozumiał. 

Nie znaczy to, że podejście Whedona do postaci jest doskonałe. Niestety, na sam koniec Whedon zalicza kolosalne potknięcie w prowadzeniu Nico. A wszystko rozbija się o Victora. Widzicie, w tej historii Whedon wprowadza postać Julie – młodej, niewinnej dziewczyny z przeszłości, na której punkcie Victor traci głowę. Ślini się on do pięknej rudowłosej i lata za nią praktycznie na oczach Nico, swojej obecnej dziewczyny, a także wtedy, gdy ta zostaje porwana. A jednocześnie pod sam koniec historii Whedon próbuje go usprawiedliwiać, gdy Nico zaczyna gadać, jak to wcale nie ma żalu, a tak w ogóle to ona sama pchnęła Victora w ramiona dziewczyny, bo..bo w sumie to sam nie wiem, dlaczego. Prawdziwa miłość? To jest problem z dwóch powodów. Raz, że z Nico robi jakąś świętą męczennicę, poniżej której są takie uczucia jak zazdrość i której nawet nie ruszy, że jej chłopak ja zdradził. A to źle, bo pcha postać w stronę jakiejś wysublimowanej panny doskonałej, chodzącego ideału, a nie człowieka. Victor Whedona zachowuje się jak niedojrzały gałgan, który myśli genitaliami i w ogóle nie dba o cudze uczucia, a końcowe rozgrzeszenie paradoksalnie tylko utwierdza ten wizerunek. W sumie cieszę się, że Whedon nie kontynuował tego wątku, bo strach myśleć, gdzie by go zaciągnął. Nie zrozumcie mnie źle – wiem, że z jednej strony zawsze marudzę jak Hopeless przeciąga postacie z Runaways przez gnojówkę, ale to nie znaczy, że kompletnie przeciwieństwo – postawienie ich na piedestale, jako święte krowy – powitałbym z otwartymi rękami. 

Mimo wad trudno mi jednak oceniać tę historię jednoznacznie źle – jest tu dalej dużo wspaniałych momentów a Ryan North daje nam naprawdę piękne ilustracje. Jest tu wiele wspaniałych scen, a moje ulubione to z całą pewnością Molly przywalająca Punisherowi oraz końcówka kłótni Karoliny z Nico. I jednak mimo wszystko dobrze się bawiłem podczas lektury. Z całą pewnością nie mogę powiedzieć by był to zły arc. Nie jest doskonały, ma paskudne wady, których nie można pominąć, ale jednak lektura wciąż sprawiła mi frajdę. Zdecydowanie nei zgadzam się z obrońcami Hopelessa, którzy jęczą wszędzie jak to Whedon zniszczył Runaways a ich pożałowania godny idol ich ocalił (kiedy to właśnie Hopeless zniszczył Runaways, co będę zawsze podkreślał). Historia Whedona nie każdemu przypadnie do gustu, ale wciąż uważam, że warto dać jej szansę i samemu ocenić, czy się ją kocha, czy nienawidzi. Dlatego ode mnie dwa i pół melonika na pięć. 

lt_25pts.png
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.