Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #357 (24.06.2014)

avalonpulse0.png
Wtorek, 24 czerwca 2014Numer 25/2014 (357)


"Original Sin" rozwija się w pełni, ale też serie niepowiązane mają się dobrze. I po raz kolejny, recenzji i opinii mamy dużo.

Avengers vol. 5 #31
Gil: Lecimy dalej w przyszłość, ale jak to bywa w przypadku tego typu historii – im dalej w las, tym więcej drzew. Fabuła zawiera sporo elementów typowych dla opowieści o skokach w czasie, a przy tym również powiela wątki z różnych marvelowych przyszłości i te dwie rzeczy najbardziej jej szkodzą. Jedno, co może ją uratować, to spojenie wszystkiego przez Time Gem i ujawnienie jakiegoś oryginalnego mechanizmu, który za tym wszystkim stoi. Póki co, jest kilka wskazówek, które dają jakąś nadzieję, ale na tym etapie rządzą jeszcze wymienione wcześniej minusy. Mamy więc odległą przyszłość, w której rządzą maszyny, a jak maszyny, to oczywiście Ultron. A że Ultron ma fiksację na punkcie Avengers, to i fałszywych Avengers też mamy. I wyglądają zaskakująco podobnie do wersji wprowadzonych wcześniej przez Busieka. Czyta się nieźle, ale trochę jakby z piaskiem między zębami, dlatego dam 5/10.
Krzycer: Interesuje mnie, do czego to zmierza, ale zupełnie nie interesuje mnie to, co dzieje się obecnie. No i szkoda, że Hickman nie bawi się we współpracę z Remenderem i Aaronem, i jego przyszły Thor nie ma nic wspólnego z tamtym Thorem. Niby to nie dość odległa przyszłość, by już robić z niego King Thora, ale to w ogóle nie ta ścieżka rozwoju... Wot, alternatywna przyszłość, najwyraźniej.

Avengers World #8
Gil: Przypomnieli sobie o kolejnym zawieszonym wątku. Milo z ich strony, tym bardziej, że dotyczy on Morgany, a od jakiegoś czasu bardzo chętnie łykam wszystko, w czym maca palce. Fajnie wypada zestawienie Jess i Clinta z Nightmaskiem. Jest tam też Starbrand, ale szczerze mówiąc, akurat tutaj niezbyt się przydaje. No i dostajemy nową wersję Euroforce. Tę grupę przynajmniej kojarzę, chociaż poza Black Knightem, poszczególni jej członkowie są dla mnie zagadką. Zwłaszcza domniemany polski generał w ciele dzieciaka, z dziwnie rosyjsko brzmiącym nazwiskiem (sprawdziłem – to jego debiut). O ile motyw z duchami jest całkiem fajny, tak ten jest raczej dziwny, chociaż – nie zaprzeczę – nawet intrygujący. No i rysunki nadal fajne, więc całość może dostać 6/10.
Krzycer: ...no dobra, łatwo mnie kupić. Sześćdziesięcioletni polski generał w ciele dziecka strzelającego z pistoletów maszynowych? Ja chcę więcej. Imię oczywiście dostał mało polskie, ale nie można mieć wszystkiego.
Tradycyjne pytanie: czy Black Knight jest w Euroforce (koszmarna nazwa) jako przedstawiciel MI-13, czy już zapomniano, że on należy do MI-13?
A poza tym numer dość podobny do poprzedniego. Pokazujemy nowych bohaterów, bez popychania akcji do przodu. I tak w poprzednim wypadku, nie byłoby w tym nic złego, gdybyśmy na ciąg dalszy tej historii nie musieli czekać... trzech miesięcy, czy ile to właściwie będzie...

Daredevil vol. 4 #4
Gil: O ile samo rozegranie wątków między Rogatym, Shroudem i Owlem jest jeszcze całkiem przyzwoite (zwłaszcza w części, kiedy Matt wyjaśnia, jak dobrze zna z autopsji sytuację Maxa), tak końcówkę uznałem raczej za deus ex machinę, która nie tyle miała coś wyjaśnić, co posłużyć do szybkiego zamknięcia historii jakimś elementem, który miałby ją usprawiedliwić. Jak dotąd, całość krążyła wokół zupełnie innych elementów, a tu nagle bęc i okazuje się, że wszystko to miało prowadzić do bezpośredniego połączenia się Owla z fejsbókiem, czy coś takiego. Yay, good for him. Kto chce się założyć, że więcej o tym nie usłyszymy? I ta dziwaczna końcówka sprawia, że całość nie podskoczy powyżej 5/10.
kuba g: Podobałby mi się ten numer bardziej gdybym dalej nie był sceptyczny co do robienia z Owla większego villaina niż jest. Gdy widzę kompetentnego, spokojnego, planującego Owla po prostu widzę za dużą reinterpretację postaci względem tego jak była przedstawiana przez ostatnią dekadę. I przede wszystkim trochę przez to traci dla mnie swojego kolorytu. Bo to, że zmiany z The Shroudem, stworzenie z niego umęczonego wariata dało radę, nie znaczy, że The Olw musi teraz zastępować Kingpina, tylko, że o mocy przerobowej kilku agencji rządowych z NSA na czele. Fajny numer, tylko ten The Owl...

Elektra vol. 3 #3
Gil: Nadal jest dobrze. Pan Pożeracz wciąż jest creepy as hell i to jego największa siła. Okoliczności i otoczenie są oryginalne i świetne. Wreszcie dostajemy bezpośrednie starcie i ma ono odpowiednią moc, a przy tym dość niespodziewane rozwiązanie, które prowadzi do kolejnych intrygujących elementów. Rysunki wciąż są genialne. Co więcej można powiedzieć? Nie chcę się powtarzać na temat tego, co odróżnia serię od innych, więc mogę dodać tylko tyle, że z niecierpliwością czekam na więcej i chciałbym, żeby kolejne zeszyty pojawiały się częściej. No i raz jeszcze dam mocne 7/10.
Krzycer: Więcej informacji o Zamaskowanym Kanibalu. Podoba mi się australijski trop. Podobnie jak podobają mi się rysunki. Nie jestem przekonany do pomysłu, by ta seria wykorzystywała całe dobrodziejstwo marvelowego inwentarza - Elektra kojarzy mi się ze ścisłym street-levelem, ewentualnie mistycyzmem (magia Hand, zmartwychwstanie, te sprawy), dorzucanie wielkich potworów, wypraw na Księżyc i do Savage Landu jakoś mi tu nie leży, nawet, jeśli to tylko retrospekcje.
Rysunki wciąż fenomenalne.
Demogorgon: Jasna kręćka, te rysunki są piękne. A i sama historia dalej nie zawodzi. Chyba nawet sięgnę sobie po Batwoman tego samego scenarzysty, bo zaintrygował mnie tym, jak jednocześnie wgryza się w psychikę Elektry i buduje swojego złoczyńcę. Zdecydowanie będę musiał pamiętać o tej serii przy wyborach serii roku.
kuba g: No dobra. Niby mamy przepiękne rysunki, niby historia jest prowadzona konsekwentnie i rzeczowo, ale ja ciągle mam poczucie, że coś tu nie zrobiło jeszcze "klik", że nie weszło to na właściwe tory żebym mógł zachwycać się obecną inkarnacją Elektry. Może winą jest tu nadmiar monologów wewnętrznych, które we współczesnym komiksie trącą trochę myszką. Może to rozbuchanie fabuły, które nie boi się wykorzystywać całego inwentarza możliwości jakie daje uniwersum Marvela. Choć najważniejsze, to wciąż bardzo dobrze napisana historia, która w tym numerze daje czytelnikowi większy wgląd w bohaterów. Więc nie ma co narzekać, dobrze, że Elektra wróciła, nawet w takiej rozgadanej wersji.

Iron Man vol. 5 #28
Gil: Konkluzja niestety jest słabsza od wydarzeń, które do niej doprowadziły. Częściowo otwarte zakończenie zostawia co prawda trochę możliwości, że jeszcze coś ciekawego z tego będzie, ale na razie dominuje spory niedosyt. Brotherhood of the Bling się rozpierzchło, większość dostała bęcki i tyle. Rigelianie przylecieli, żeby pozamiatać i jedyne, co dobrego z tego wynikło to, że zabrali złego robota w czorty. Cała reszta to wielki mech. Taki na 5/10.
Krzycer: Mole Man najinteligentniejszy z całej bandy. Kto by pomyślał. Poza tym: no, biją się. A potem dostajemy epilog za epilogiem, razem ze wszechwiedzącym narratorem w postaci jakiegoś Rigellianina. I ok, tylko... czy ktoś załapał o co chodzi w epilogu z Malekithem? Był do tego jakiś foreshadowing z kluczem wcześniej? Kompletnie nie wiem o co chodzi.

Iron Patriot #4
Gil: And the great WTF continues… Wielki nieznajomy ma wielki plan, który generalnie polega na tym, żeby wpakować Rhodesa w bagno. Ale na szczęście, nasz bohater ma rodzinkę, która uratuje mu zad, bo sam by sobie nie dał rady. I cały morał z tego jest taki, że możesz sobie mieć super zbroję, ale bez siostrzenicy i dziadka i tak jesteś niczym. A, nie – sorry. Pospieszyłem się z morałami, bo historia nadal trwa. Szczęściarze z nas, nie? $Nie mogę się wprost doczekać…$ O, tak sobie właśnie wymyśliłem, że można używać dolarków do zaznaczania sarkazmu w tekście. Widzicie – na coś się ten komiks przydał. Bo poza tym, to zasługuje tylko na 3/10 i szybką kasację.

Nova vol. 5 #18
Gil: Z jednej strony fajnie, bo nawiązują do stworzonej relacji między Samem a Uatu, która w obecnej sytuacji nie powinna być pominięta. Z drugiej jednak strony, wciskają go na siłę w wydarzenia, w których wcześniej się nie pokazywał i każą mu robić za comic relief. Jeśli już chcieli się dopasować do względnie poważnej sytuacji, to mogli raczej pójść w temat nastolatków i odpowiedzialności, czy coś takiego. Ale nie… przecież nastolatki nie chciałyby czytać czegoś takiego… Zresztą, to by było dołujące i potem ktoś mógłby zostać emo, zacząć słuchać muzyki skinhedowskiej i zechcieć przytulić krajalnicę. Lepiej niech lata w kółko i się rozbija, bo w końcu na tym opiera się cała jego kariera. Teksty co prawda bywają niezłe, niektóre sytuacje również dają radę z humorem, ale dysonans pozostaje i to on mnie drażni, dlatego dam tylko 5/10.
Krzycer: ...ooo, to jeden z tych tie-inów. Tych, gdzie twórcy próbują nas przekonać, no wiecie, "jak to, nie widzieliście bohatera X? Przecież on tam był cały czas, w samym centrum wydarzeń: popatrzcie!" Myślałem, że pożegnaliśmy je po Civil War.
Deadpoola można tak wszędzie dopisywać, ale wmawianie, że Sam Alexander pomagał/przeszkadzał Thingowi i Spider-Manowi w Original Sin #1 wypada słabo.

Original Sin #4
Gil: Ostatni numer trochę mi namieszał, bo dałem się nabrać, że truposz to prawdziwy Fury. Cóż, przedstawili to dość krwawo… A tu jednak okazuje się, że to LMD był. Wyjątkowo zaawansowany, skoro elektrykę ma tylko w głowie, a reszta to ciało… Trochę mi to zgrzytnęło, bo teraz finał poprzedniego zeszytu wygląda ewidentnie na zagranie pod shock value. Ale nie ma tego złego, bo mogę znów podkarmić swoja pierwszą teorię, że na końcu stary poczciwy Nick w jakiś sposób przejmie rolę Uatu. Na razie okazało się, że to on stał za dziwnym doborem herosów w pary i trójkąty… co również podejrzewałem, zanim Bucky go (czyli właściwie nie-go) widowiskowo posiekał. Trochę za łatwo przychodzi Aaronowi to pogrywanie mną… Nie wiem, czy zaliczyć mu to na plus, czy się spienić. W każdym razie, oprócz wspomnianych rewelacji, większą część numeru zajmuje odkrywanie tajemnicy, czyli śledztwo naszej radosnej zbieraniny. O dziwo, wypada całkiem fajnie i w wielu momentach zabawnie. Brakuje mi tylko udziału pozostałych zaangażowanych postaci i to tak samo złoczyńców, jak i herosów. No, ale domyślam się, że w ten sposób tworzą lukę w chronologii, w którą mają się wpasować tie-iny. Jeśli tak, to nawet skłonny jestem pogratulować takiego zagrania. Tymczasem jest fajnie, chociaż impet zaczyna się rozchodzić po kościach i szybko potrzebne będą jakieś konkrety. No i rysunki nadal dobre. Czyli jeszcze podtrzymam 7/10.avalonpulse0357a%20%5B1600x1200%5D.JPG
Demogorgon: Okej, jest tu parę zabawnych momentów, jak Strange i Frank spuszczający lanie Loganowi i Bannerowi (nawet jeśli to nie ma sensu), albo jak Strange i Scott postanawiają nie wtrącać się gdy ich grupy i grupa Moon Knighta skaczą sobie do gardeł, ale...ale przez większość czasu mamy kłócenie się miedzy sobą zbieraniny randomowych bohaterów, która robi się jeszcze głupsza gdy dołącza do niej Rocket (który jest w Guardians of the Galaxy. Pamiętajcie, by pójść do kin na Guardians of the Galaxy! Nie, serio ludzie, wywaliliśmy górę forsy by dać im trzy komiksy a jeden z nich chciała pisać tylko kompletna polędwica wołowa, to musi być hit! I HAVE FAMILY TO FEED! - Axel Alonso). I jest dużo gadania o tym, jak to nikt nikomu nie ufa i wszyscy są manipulowani a jednocześnie wiele postaci brzmi jak nie one (Strange, Emma). To historia jest głupią gmatwaniną w której wszyscy biegają bez ładu i składu jak banda kurczaków z poobcinanymi głowami a końcowy plot twist był przewidywalny w latach siedemdziesiątych.
A przy okazji: Nie próbujcie grać w drinking game ilekroć ktoś powie, że nigdy nie lubił Bucky'ego, upijecie się bardzo szybko.
Krzycer: Wciąż są tu niezłe dialogi i fajne sytuacje, jeśli przymkniemy oko na to, że wszyscy skaczą sobie do gardeł, choć powinni wspólnie rzucić się do gardła Bucky'emu. (Nie wspominając już o tym, że nie tak dawno temu Logan, Strange i Bucky byli w jednej drużynie, więc powinni odrobinę dobrej woli wykazywać... A, no i dowiadujemy się, że Logan "nigdy nie lubił Bucky'ego". Bo tak.)
No dobra, więc doceńmy te dobre elementy, przymknijmy oko na głupoty, i skupmy się na szerszej perspektywie. Jeśli dobrze zrozumiałem, właśnie okazało się, że za większością pytań towarzyszących tej serii - właściwie to za wszystkimi poza wyjściowym "kto zabił Watchera?' - stał Nick Fury? Co więcej, Nick Fury najwyraźniej zna odpowiedź na wyjściowe pytanie, skoro potrafił nakierować te wszystkie grupy prosto na ślady The Unseen.
A skoro tak, to... po cholerę to wszystko? Co to miało znaczyć?
Do tego dochodzi jeszcze kwestia wieku Fury'ego. Spoko, jeśli to po prostu konsekwencja tego, że zużył swoją Infinity Formula by wskrzesić Bucky'ego po Fear Itself. Gorzej, jeśli nagle okaże się, że od lat jest stary i od lat korzysta z LMD...
Ogólnie: opadła mnie masa wątpliwości. Aaron wciąż może coś z tego wykrzesać, ale czy mu się uda? Zazwyczaj w jego komiksach mamy do czynienia z nagromadzeniem absurdów. Czasami te absurdy się kumulują, Aaron mknie dalej, mózg nie nadąża, a ostateczny rezultat jest fenomenalny (The God Butcher/Godbomb w "Thor of Thunder"). Czasami te absurdy przykrywają wszystkie zalety (większość "Wolverine and the X-Men"). Nie mam pojęcia, z czym mamy do czynienia tym razem.
kuba g: Więc dostałem swój najgorszy numer dotychczas... Niby wszystko jest ok, zazębia się część wątków, więcej tych szalonych interakcji między tymi zestawami postaci, ale już prostackie i średnio zaskakujące rozwiązanie wątku cliffhangera z poprzedniego numeru średnio mnie kupuje. Dalej czyta się to dobrze i dalej prezentuje jakość większą niż wiele eventów komiksowych, ale znów zacząłem się obawiać o to jak zakończy się cała historia.

Silver Surfer vol. 6 #3
Gil: Z niejakim zaskoczeniem stwierdzam, że kolejne numery tej serii podobają mi się coraz bardziej. Nie jest to z pewnością zasługa rysunków Allreda, bo je raczej znoszę niż w jakikolwiek sposób doceniam. Ale fabularnie mi się podoba. Zdążyłem już polubić Dawn, a stylistyczne nawiązania do Doctora Who zmieniły się w plus, gdy przestałem się wewnętrznie pieklić, że zrzynają z mojego ulubionego serialu, a zacząłem się nimi bawić. Poza tym, temat jest bardzo kosmiczny i abstrakcyjny, a takie właśnie lubię. Never Queen jest bardzo fajnym dodatkiem do już istniejących abstraktów i co bardzo ważne – w żaden sposób nie zakłóca jego spójności. Całość bardzo fajnie się komponuje i po prostu czyta się ją bardzo łatwo, a w dodatku rodzaj humoru przypomina mi Slotta z czasów Shulkie. Co tu więcej dodać? Chyba tylko mocne 7/10.
Demogorgon: Znowu zapachniało Doctorem. Co jest złe, bo ja nie lubię Doctora. Parę bardzo silver age'owych elementów ratuje tę historię, dzięki swojej dzikiej wyobraźni. Ale niestety, szwankują bohaterowie - Surfer jest jakiś taki, jakby zastanawiał się, co on to właściwie robi a Dawn, jak ostatnio była fajna, tak teraz jest irytująca.Z początku myślałem, że moze irytuje mnie to, jak wpakowuje się jej ważną rolę w ręce, podczas gdy Norrin dostaje drugorzędną, ale to nie to - ona staje wobec pewnych wyborów, rozwijamy jej character arc. Ale Norrin też robi ważne rzeczy, to on pokonuje złoczyńcę. Nie, problem leży w tym, że on jest taki cholernie nijaki, że to się źle odbija na jej postaci.

Thor: God Of Thunder #23
Gil: Zeszyt ma sporo plusów, wśród których ponownie wyróżnia się płaszczyzna przyszłościowa. Ostateczne starcie dziadka Thora z Galactusem zasługuje na epitet: epickie. Duże wrażenie zrobił na mnie panel, na którym Galactus z rozoraną twarzą spogląda z przerażeniem na przybycie All-Black Thora. A i wszystko po nim miało odpowiednią moc, która nie zawiodła ani trochę. Dlaczego więc nie napisałem, że numer miał same plusy? A dlatego, że zawiodła mnie płaszczyzna współczesna. Trolle dostają bęcki, Minotaur się ujawnia i dostaje to samo, no i to właściwie wszystko. Nikt nawet nie burknie o tym, że jest szefem Roxxonu i jeszcze przed chwilą trząsł wszystkim. Zupełnie jakby w marvelowym świecie istniało prawo, które mówi, że jak ktoś okazuje się mitologiczna bestią, to natychmiast przestają go dotyczyć jakiekolwiek zasady traktowania więźniów, czy coś. No dobra, wiem, że ma być jeszcze epilog, ale prawdę mówiąc, nie spodziewam się, żeby dotknął tematów innych niż Thor i Broxton. No, ale muszę uznać za plus scenę z Rose, odliczającą ubite trolle. Tak więc za jeden wątek śmiało dałbym ósemkę, ale za drugi najwyżej szóstkę, więc zatrzymam się ostatecznie na 7/10.
Krzycer: ...jakoś tak ostatecznie łatwo poszło. Zdumiewająco łatwo. Ale z drugiej strony nie leżała mi ta konkretna historia od samego początku (może nie tak bardzo jak Malekithowa, ale o różnicy może decydować wyłącznie powrót Ribica), pewnie czepiam się na siłę.

Thunderbolts vol. 2 #27
Gil: Zmiana scenarzysty, więc znów można dać szansę tytułowi… Team (Bl)Acker radzi sobie lepiej niż Soule i Way razem wzięci, bo przynajmniej da się to jakoś czytać bez myślowego refluksu… ale chyba cały problem tkwi jednak w podstawie serii i doborze postaci, bo nawet z lepszym skryptem, nadal tego nie kupuję. Można się parę razy uśmiechnąć tu i tam, ale sama historia pozostaje wymuszona i tak naciągnięta, że aż trzeszczy. Istnieje pewna szansa, że z czasem może być lepiej, jeśli twórcy postawią na swoim i przemeblują całe założenie, więc można trochę poobserwować na wszelki wypadek, ale nawet jeśli do tego dojdzie, pewnie trochę to potrwa. Tymczasem będzie 4/10.

Uncanny X-Men vol. 3 #22
Gil: Chciałem się popieklić, że wyciągnięcie Dark Beasta nie pasuje do zakończenia X-Termination, ale okazało się, że tak mocno wyparłem je ze świadomości, że cos mi się pokiełbasiło i po sprawdzeniu okazało się, że wszystko zaskakująco dobrze pasuje. No, może poza faktem, że SHIELD powinno zmienić nazwę na SITO, bo tyle w nim dziur. Jednocześnie dali się zinfiltrować dwójce niezależnie działających złych mutantów? A jeden z nich był w stanie całkowicie przejąć kontrolę nad całym ich arsenałem i jeszcze w tle zainfekować kilku kluczowych X-Menów nanitami? Spore osiągnięcie na konto Dark McCoya i ogromna wpadka na konto Maryśki Hill. Tylko, że raczej Dark Beast kojarzy mi się z genetyką, a nie cybernetyką… No, ale dobra – załóżmy, że się dokształcił, gdy musiał się podtrzymać przy życiu. A, no właśnie – na koniec się wyzipał. Kto tego nie kupuje, ręka do góry… Ciekawe, czy teraz Summers i reszta odzyskają kontrolę nad swoimi mocami? A swoją drogą, ciekawe jak się to ma do przypadku Colossusa, który miał podobny problem w X-Force i najwyraźniej też mu przeszło? No i czy teraz Scotty i Maryśka zostaną kumplami? No dobra, trochę tych dziur jest, ale jest też parę plusów, które nieco je zmniejszają: wreszcie właściwie wykorzystali Highjacka, odkręcili wątek z Dazzler i tym samym pchnęli ten z Mystique. Czyli zdecydowanie można było zrobić to lepiej, ale też i gorzej, więc ostatecznie pozostaniemy nad kreską ze średnim 6/10.
Krzycer: Huh. To może jedno z najkrótszych starć z głównym złoczyńcą w historii. Fajnie, że Hijack dostał swój moment chwały, szkoda, że w którymś z poprzednich numerów nie było foreshadowingu, tylko wyskoczył jak filip z konopi. Niefajnie, że Bendis dopisał generyczną motywację "nienawidzę was, nienawidzę!" Dark Beastowi, który zawsze był zabawniejszy i po prostu ponad to - nie pamiętam, by kiedykolwiek tak się przejmował X-Men.
Dodatkowo: dobrze zrozumiałem, że nanity DB nie tylko kontrolowały moc Cyclopsa w ostatnim numerze, ale i były powodem przez który jego promienie wariowały od zakończenia AvX? Bo najwyraźniej Bachalo też tak to zrozumiał - gdy Cyke strzela w DB robi to zwykłym promieniem, bez tych wszystkich zawijasów...

Wolverine And The X-Men vol. 2 #5
Gil: Już nie pamiętam, o czym to było… Właściwie jedno, co zapamiętałem to ten atak Nature Girl, który skojarzył mi się jednoznacznie ze sceną ze Shreka Trzeciego, w której coś podobnego robi Śnieżka do wtóru Immigrant Song Zeppelinów. Poza tym, raczej wielkie meh, bo już ze dwa numery temu wykoleili moje zainteresowanie. Mogę dać małego plusa za wykorzystywanie młodocianych bohaterów, chociaż mam wrażenie, że już dawno nikt nie kontroluje różnic wiekowych między nimi i po prostu wszyscy zostali wrzuceni do jednego wora. A za całość dam takie mało interesujące 4/10.
Krzycer: Przeżyłbym bez prologu z Doopem, który wydaje się być kompletnie z innej bajki. No i sama obecność Doopa - nawet, jeśli nie ma związku z głównymi wydarzeniami - zmienia całość w kreskówkę, przez co trudno czymkolwiek się przejąć...
Poza tym to chyba najbardziej przyjazne spotkanie Wolverine'a z Cyclopsem z ostatnich lat. I to Cyclops jest głosem rozsądku! To się nie dzieje w dzisiejszych komiksach!
Ogólnie: w dalszym ciągu ta historia jest niezwykle chaotyczna, ale jej ogólny zarys i niektóre epizody mi się podobają. Nie tak bardzo, jak najlepsze numery WatXM Aarona, ale też głupotki nie irytują mnie nawet w połowie tak, jak najgorsze numery WatXM Aarona.

X-Men vol. 3 #15
Gil: To komiks, który udowadnia, że wszystkie nieszczęścia, które dotykają X-Men, biorą się z jednego źródła: straszne z nich pierdoły. Najpierw złapały łotrzyka i zostawiły go bez ochrony, żeby im zwiał. Później dały sobie złoić kolektywny zad i znów dały mu zwiać. Zamiast gościa szukać, gadają o tym, kto powinien dowodzić drużyną, która nadal nie może zaistnieć, mimo piętnastki w numeracji. A tymczasem, on wraca w przebraniu ogrodnika, żeby znów im nakopać… No, dajcie spokój… Dobra – eksperyment myślowy: jesteś Psylocke – telepatką i ninja – widzisz na swoim trawniku obcego gościa, co robisz? Poprawną odpowiedzią na pewno nie jest: podchodzisz i pytasz „kim jesteś i co tu robisz”. Naprawdę, im dłużej Wood pisze ten komiks, tym jest głupszy… A może to po prostu jego szowinizm? W końcu druga historyjka jest o tym, jak Psylocke musi zabić swojego… yyy… wirtualnego chłopaka z Danger Roomu? Seriously, co ja czytam? Ale, ale – nie ma rysunków Manna, więc mogę sobie darować zawyżanie i wystawić 3/10, na które to coś zasługuje.
Krzycer: ...czy Kymera to mutantka? Czy ona prezentowała jakieś moce w BotA? (Mógłbym jeszcze zapytać, czy kiedykolwiek zaprezentowała coś na kształt charakteru, ale nie chcę być złośliwy).
Zaczyna się nieźle, od opowiadanej historii, którą Kymera zna ze swojej przyszłości. Niestety, kiedy już zmieniamy bieg czasu i wydarzenia toczą się po swojemu, jest... głupiej. Dużo głupiej. I to od samego początku - The Future zakradł się na teren Instytutu udając ogrodnika? Serio? Psylocke daje mu się sprowokować i nie ściąga pomocy? Serio? I oczywiście ten pozbawiony mocy przekozak jest w stanie położyć doświadczoną X-Mankę, bo tak... Aj waj.
Dla odmiany tym razem głupiej jest w back-upowej historyjce, gdzie lekcja w Danger Roomie zmienia się w lekcję o poświęceniu czy innych pierdołach, a przykładem poglądowym ma być Psylocke "zabijająca" element symulacji z którym... miała romans? Wat? Nawet najgłupsze odcinki Star Trek: The Next Generation ze szwankującym holodeckiem przynajmniej miały jakiś set-up, tutaj... tutaj nie wiem co się dzieje. Ale przynajmniej dostajemy obietnicę, że nasi ulubieni młodzi mutanci oraz Broo zostaną wciągnięci na listę aktywnych członków X-Men, więc może przestaną podpierać ściany... kiedyś.
Demogorgon: Jedyne co mnie jako-tako zainteresowało to ta historia z backupa, koniec wątku z Julianem, Santo, Victorem i...tym czwartym. Który był tu po nic. Zresztą, podobnie sama historia - Betsy daje Julianowi jakąś niepotrzebnie skomplikowaną pogadankę o poświęceniu i o rzeczach, które on akurat dobrze wie, bo walczył wielokrotnie o zycie z towarzyszami. I Betsy gada o poświęceniu bo zabiła...swojego husbano. Nie rozumiem tego, w ogóle.
Co do głównej historii - raz, a jednak Wood nie zabił Kymery, szkoda. Dwa, złoczyńca z tej historii to normalny facet, który potrafi pokonać Psylocke bo może zmusić swoje ciało do obrony przed telepatią. Widać uciekł z serii o Luthrze Strode.

Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2014.06.18
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.