Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #356 (17.06.2014)

avalonpulse0.png
Wtorek, 17 czerwca 2014Numer 24/2014 (356)


Ponownie jak przed tygodniem, w tym numerze Pulse'a czeka na was kolejna solidna porcja lektury.

All-New Invaders #6
Gil: No dobra, było trochę lepiej niż w poprzedniej historii. W nawiązaniu do Original Sin można było się spodziewać odwołań do czasów wojennych, ale stawiałbym raczej na coś bardziej mrocznego… Na przykład taki sekret, że Bucky był w rzeczywistości wyszkolonym zabój… a nie, to już było. No to, że na przykład Invaders przyczynili się do śmierci całej wio… a nie, to też było. No… więc mamy japońską Dazzler. Fajnie, nie? Chociaż, tak prawdę mówiąc, to nawet fajnie. Radiance może nie jest zbyt oryginalna, ale przynajmniej ma ciekawe powiązania i dość dobrze osadzoną motywację. Nie można też się dziwić, że w centrum wydarzeń jest Jim Hammond, skoro ważniejsze postacie są zajęte w głównej serii eventu. Szkoda tylko, że Robinson nie ma na niego pomysłu i nowa postać jest ciekawsza niż główny bohater. Jest szansa, że rozwinie się to w coś fajnego, ale na razie ocena będzie jeszcze w górnych granicach 5/10.

avalonpulse0356a%20%5B1600x1200%5D.JPG All-New X-Men #28
Gil: Pojawiło się w końcu trochę backgroundu w działaniach Ywil Fjuczer X-Men, co mogłoby uratować cała historię, gdyby nie fakt, że sprowadza się on do: Ywil Xavier kontroluje wszystkich. Strasznie to naciągane, nie? Ale przynajmniej ich dyskusja o podróży w czasie była chyba najbardziej sensowna od dłuższego czasu, więc to jakiś plus. Szkoda, że właściwie jedyny, bo historia nie ma nic do zaoferowania poza typowym konfliktem i prawie nic na jego podparcie. No dobra, kilka kadrów było niezłych, ale to za mało i lądujemy na poziomie 4/10.
Krzycer: Z jednej strony plus, że Bendis trochę pomyślał o kwestiach podróży w czasie.
Z drugiej strony... bobasy Smerfa-Dakena i Xaviera Jr są już w kanonie i nic ich z niego nie wymaże. Chyba, że ktoś cofnie się w czasie i powstrzyma Mystique przed zaliczeniem Wolverine'a i Xaviera. Hm, może Beast miałby na to jakiś sposób...
Z jeszcze innej strony, Bendis urozmaicił zabawę w układanie drzewa genealogicznego X-Men, która ostatnio robiła się nudna...
Wracając do komiksu: ładne rysunki, głupawa treść, fajny cliffhanger. Liczę, że X-23 im nastuka w następnym numerze.
jdtennesse: Odkąd w tym komiksie pojawiły się potwory z BotA, straciłem zainteresowanie tym tytułem. Niby czytam, ale przyznam szczerze, że już nie pamiętam co było ostatnio. Te skoki między teraźniejszością, a przyszłością, która już w sumie była, ale teraz się zmienia, są bardzo nużące. Gdyby tak pisać historie (liczba mnoga), to zawsze można by jeszcze raz wrócić i coś zmienić, i jeszcze raz , i jeszcze…i tak bez końca. Już po pierwszym „wrócić i zmienić” wszystko traci sens, a co dopiero po każdym kolejnym. No i właśnie z taką historią mamy do czynienia. O co chodzi? Biją się, gadają, chcą zniszczyć Jean Grey. I to ma być sposób dla przyszłych „złych” X-Men, żeby pokonać przyszłych „dobrych” X-Men, pokonując obecnych dobrych. Tak, wiem, jak to brzmi. I takie jest. Jest tam jeden fragment, który mnie zainteresował – gdy młody Xavier mówi o tym, jak marzenie i pamięć jego ojca zostały zbezczeszczone; to w sumie tyle ciekawych rzeczy. Rysunki jak zawsze u Immonena. 3/10.
Demogorgon: Ja powiem tylko tyle, że pomiędzy tym, że Wood zabił najwidoczniej Kymerę a tym, że Bendis właśnie ujawnił, że całe Brotherhood prócz Raze'a (może) jest kontrolowane przez Xaviera (Fani Runaways w tym momencie robią Yaaay!), to zaczynam wierzyć, jakoby Battle of Atom było historią do WatXM w którą Wood i Bendis zostali wciągnięci z rozkazu edytorów. I teraz się z dziedzictwem Aarona rozprawiają.

Amazing Spider-Man vol. 3 #1.2
Gil: Kolejny powrót do wczesnych dni Pajęczaka i kolejne mieszanie w nich. Z jednej strony próbują jak najbardziej nawiązać do stylu Amazing Fantasy, a z drugiej wciskają współczesne elementy, jak Internet. Jedno do drugiego pasuje jak miód do śledzia, więc i całość nie jest zbyt strawna. Trochę lepiej z konstrukcją postaci, ale z kolei Clash za bardzo przypomina samego Piotrka. Wiem, że to celowe, ale zdecydowanie zbyt oczywiste. No i nie rozumiem, po co wcisnęli to w kropki, zamiast zrobić mini, albo nawet puścić w regularnej numeracji. A tak, wydali numer pierwszy i drugi, a to się ciągnie na boku jak przywra. Nie powiem, żebym był zainteresowany, ale też nie rzuciły mi się w oczy jakieś poważne błędy, więc dam 4/10.

Avengers Undercover #5
Gil: No i jak zwykle, głupota goni głupotę. Nie mam za bardzo czasu, żeby przeanalizować szczegół po szczególe, więc tym razem polecę ogólnikami. Zemo daje dzieciakom czas do namysłu i przewodników, więc większość numeru wypełniają kwiatki z jego królestwa, które wygląda jak Zasiedmiogórogród pod rządami Księcia Zbajki. Łażą tu i tam, robią rzeczy dziwne i głupie. Szczytem wszystkiego jest ożywienie Alexa, który odegrał kluczową rolę w pierwszej historii Runaways. Pewnie posypią się gromy na ten pomysł, ale w tej chwili skwituję go tylko krótkim stwierdzeniem: jest zupełnie z dupy. A potem nagle, kierując się tą samą logiką, dzieciaki decydują się odegrać Team Wallenrod. Chyba tylko po to, żeby undercoverowa część tytułu miała jakikolwiek sens. No i oczywiście na koniec okazuje się, że nie było żadnego wyboru, a jedna osoba, która się wykruszyła, obrywa za to. Tylko czemu jest to akurat ta osoba, która wyszła z całym krecim pomysłem? Wkręciła innych, a sama chciała dać nogę? Ech, po co ja w ogóle zadaję takie pytania, jakbym chciał otrzymać sensowną odpowiedź… To, że moja opinia jest tym razem krótsza nie oznacza bynajmniej, że jest choć trochę lepiej – to nadal dno.
Krzycer: And the foolishness continues! Dlaczego, dlaczego, dlaczego oni wszyscy zakładają, że ich opcje to "join or jail"? Dlaczego Bagalia wg Hopelessa to jeden wielki frathouse? Dlaczego Zemo nie pozwala odejść Cammie? Dlaczego Anachronism zostaje zaliczony jako "materiał na lidera"? Serio, przeczytałem całe Avengers Arena, i nie pamiętam by jakiekolwiek wydarzenia z tamtej serii uzasadniały przypisanie Aidanowi cech przywódczych.
A skoro już nam tak dobrze idzie, przejdźmy do spekulacji: jaki jest cel Zemo? Co mają te dzieciaki, czego nie mają setki fratboys zaludniających Bagalię? Nie zapominajmy również, że najbardziej w tym wszystkim grzeszą nieobecni, tzn Pym i reszta instruktorów z Akademii, którzy mieli mieć oko i na dzieciaki z Akademii, i na Runaways.
I dalej. Podręcznikowe "jak pisać scenariusze", które można wysnuć choćby z zawiłych intryg, jakie cechowały Scooby-doo, głosi, że jeśli ktoś od samego początku wygląda na złego, to tak naprawdę zły nie jest. W związku z tym liczę, że tą spośród naszych bohaterów, która grając złego, stanie się zła, mimo wszystkich wskazówek (..."wskazówek", tak, jakby to było coś subtelnie przemyconego w tle...) jednak nie będzie Nico...
Podsumowując: jest to niezwykle głupie. Wręcz absurdalnie głupie. Ale na razie nie jest to wkurzająco głupie. Mogę przeczytać numer Undercover, zadumać się nad idiotyzmami scenariusza, ale nie skacze mi od nich ciśnienie. I na swój sposób sprawia mi to pewną złośliwą frajdę. Więc... plus?

Captain Marvel vol. 7 #4
Gil: Kolejny raz mam mieszane uczucia. Główny wątek jest raczej nudny i to nawet nie dlatego, że widziałem już nie raz podobne sytuacje w science-fiction, ale bardziej dlatego, że nie daje głównej bohaterce szans zabłysnąć, wpychając ją w niekończące się dialogi właściwie o niczym. Trochę kolorytu wnoszą nowe postacie, a przynajmniej Jackie. Chociaż, jak się im tam bliżej przyjrzeć, to okazuje się, że są dość typowi, a w dodatku wizualnie wtórni. Seria zdecydowanie potrzebuje więcej ruchu, a z pewnością nie zaszkodziłaby również wymiana rysownika na kogoś bardziej… kosmicznego. A ponieważ bardzo lubię Karolkę, tym bardziej nie podoba mi się takie nijakie jej przedstawianie i dlatego dam tylko 4/10.
Krzycer: To w tym momencie moja ulubiona kosmiczna seria, co świadczy raczej o słabości obecnych GotG i Novy (z ręką na sercu, przestałem czytać Novę, więc nie wiem - może tracę coś dobrego) niż o jakichś nadzwyczajnych zaletach Captain Marvel. Polubiłem Karolkę za Reeda, lubię ją w wykonaniu DeConnick, niezwykle cieszy mnie, że przestaliśmy słyszeć o tym idiotycznym, nieprzemyślanym i niekonsekwentnie poprowadzonym wątku amnezji. A na dodatek mamy tu przedstawione konsekwencje Infinity, kompletnie olane przez innych twórców.
Szkoda, że nie ma trochę ciekawszej akcji i konkretniejszego przeciwnika, ale liczę, że i na to przyjdzie pora.

Deadly Hands Of Kung Fu #2
Gil: No niestety, okazuje się, że jest to po prostu generyczna historyjka, jak wiele filmów made in Hong Kong, kopiujących model z Wejścia Smoka. Oczywiście jest też generyczny klon Fu Manchu i ktoś, kto pociąga za wszystkie sznurki. Nie wiem, czy będzie mi się chciało dalej czytać, bo nie ma żadnego punktu zaczepienia. Takie 3/10 do szybkiego zapomnienia.

Deadpool vol. 3 #30
Gil: Okładka Marka Brooksa zachęciła mnie do zajrzenia do środka, a tam wymiękłem po dwóch stronach. Pa-skudz-two. Nie dość, że skutecznie zniechęcają mnie do Deadpoola porytymi fabułami, to teraz jeszcze odpychają zupełnie przepaskudną grafiką. Może nie powinienem oceniać, skoro nie przeczytałem, ale powód tego też jest wyznacznikiem komiksu… więc 2/10.
Krzycer: Okładka Brooksa to najlepszy element komiksu. W środku jest parę niezłych gagów z retro-Dazzler, ale ogólnie konstrukcja tego komiksu się sypie. Wątek tie-inowy prowadzi Preston, główna oś fabuły - Wade i Alison vs wampiry - to zapychacz, jednocześnie mamy jakiś foreshadowing dotyczący innych sekretów Wade'a... Wątek tie-inowy i foreshadowing są ciekawe, ale praktycznie się nie rozwijają, ale główny wątek ssie jak wygłodniały wampir. Ogólnie jest raczej słabo. A ja w sumie zazwyczaj lubię Deadpoola w wykonaniu tych panów...

Hulk vol. 3 #4
Gil: Okay, przyznaję, że istnieje szansa rehabilitacji dla tego pomysłu. Nie zmienia to mojej opinii o poprzednich numerach, ale fakt faktem – czasami nawet złe historie przynoszą dobre rezultaty. Banner w roli warzywa był straszny, ale po kuracji Extremisem może stać się Übergeniuszem i to już byłoby fajne, bo przynosi wiele możliwości. Zwłaszcza, jeśli dałoby nam namiastkę Profesora Hulka, który jest zdecydowanie moim ulubionym wcieleniem Sałaty. Ale dużo tu nawijam o możliwościach, a tymczasem w tym zeszycie mamy ledwie wprowadzenie do nich. Takie trochę potrząsanie pudełeczkiem i obiecywanie, jakie fajne rzeczy mogą z niego wylecieć. Póki co jednak, nic nie wiadomo na pewno, a sporo miejsca poświęca się na odgruzowywanie już wyrządzonych szkód. No i wyjątkowo dziwne było to zagranie z tarczą i teleportem – nawet jak na Marvel science. A rysunki nadal kiepskie. Powoli się wspinamy, ale w tej chwili jeszcze będzie pod kreską, czyli 4/10.

Mighty Avengers vol. 2 #11
Gil: Pierwszy z grzechów daje nadzieje, że tie-iny związane z sekretami mogą być fajne. Co prawda, jest to bardziej pretekst do zawiązania fabuły i w końcówce zmienia się w niesłychany zbieg okoliczności, ale nie będę miał tego Ewingowi za złe. Czytało się… no, tak szczerze, to średnio. Trochę za dużo było rozciągnięć i krążenia wokół tematu, zanim wreszcie coś się okazało. Pani Molina trochę mnie drażniła, ojciec Cage’a w roli Shafta trochę rozbawił, za to fajne występy zaliczyli Adam i Kaluu. No i całość nawiązuje do wątku przewodniego, więc to też plus. Minusem jest powrót Landa. Ale całość daje radę na tyle, by znaleźć się na poziomie 6/10.
Demogorgon: Kilka ciekawych rzeczy tutaj jest. Przeszłościowy team-up Kaluu, Blue Marvela, Shafta i pozostałych jest bardzo interesujący i niezwykle klimatyczny, ale przyznam, że bardziej mnie zainteresowało to relacje Luke'a z ojcem, bardzo przekonujące, czuć od nich emocje. No dobra, interesuje mnie powrót "starej gwardii" obecnie - co takiego ma w planach Kaluu?
Soundtrack: Jedyna słuszna opcja
kuba g: No w sumie mam ochotę marudzić. Wciągnąć to w event po to by zrobić z Mighty Avengers rodzinną sagę, spuściznę zrodzoną z retconów. I wszystko wsadzone w 70's z nonszalancją i pewnością jakby 70's w Marvelu w cale nie było już bogate w wydarzenia. No naprawdę powinienem marudzić ale nie mogę. Zbyt przyjemnie to się czyta. I tyle w sumie. PS: Mighty Avengers, współczesne blaxspoitation obejmujące przestrzeń komiksowych 50 lat. A jednak da się.
Krzycer: Wot, sliding timeline w działaniu. Skoro Galactus objawił się po raz pierwszy w 2000 roku, to lata 70 to wielka niewiadoma i bezdomny Namor w tabloidzie.
Podobał mi się ten numer. I klamra narracyjna Cage'a z papą była fajna, i retrospekcje miały swój urok. Oczywiście złożyłbym tuzin komarów w ofierze by rysował to ktoś inny, ale da się przeżyć Landa - wystarczy nie patrzeć bezpośrednio na rysunki, tylko np czytać komiks odbity w zamglonym lustrze.

avalonpulse0356b%20%5B1600x1200%5D.JPG New Avengers vol. 3 #19
Gil: Który to już z kolei numer, gdzie nastawiamy się na akcję od początku? No cóż, tutaj przynajmniej zaczyna się w końcówce. Ale nie będę narzekał na rozciągnięcia, bo jestem bardzo zadowolony z faktu, że wreszcie dwie grupy bohaterów najpierw rozmawiają i starają się uniknąć konfliktu, a dopiero gdy okazuje się, że nie mają innego wyjścia, podejmują walkę. Tym bardziej mi się to podobało, że wszystkie argumenty były na miejscu. A w dodatku w tle mamy kombinacje Maximusa, które mogą trochę sprawy skomplikować. Teraz jestem ciekaw, jak się to starcie zakończy i czy ktoś z drugiego świata je przetrwa. W oczekiwaniu daję satysfakcjonujące 7/10.
Demogorgon: Nuuuuuuuuuuuuuuuuda. Po co ja to czytam? A tak, Strange. który stoi jak kołek i nawet zdania nie powie. A po za tym dużo gadania i sztucznej dramy. Jak mówiłem wyżej, nuda.
I takie pytanie - czemu oni do cholery zwyczajnie nie włamią się Black Swan do umysłu i nie wyczytają co tylko chcą? Jedno zaklęcie albo jeden wynalazek Reeda i po sprawie. Ale nieeee, lepiej siedzieć jak te stare babcie i martwić się jak to jest źle i jak to muszą stać się potworami przez ile, piętnaście numerów?
Wilsonon: Spodziewałem się czegoś więcej po tym numerze. Środek był ala Bendis: niepotrzebne przedłużanie. Przypominało to trochę skecz kabaretu "Ani mru mru" "Porodówka" i klasyczne "ale". Nie tylko ja się tym zirytowałem. Namor musiał być Captainem Obviousem i dosyć ostro wszystko wytłumaczył.
Szkoda zmiany rysownika. Wszystko stało się nagle pstrokate(?). Plus ten Schici czy jakoś tak za mocno skupia się na twarzach. Tzn emocje bohatera są tak transparentne, że jego twarz odciąga uwagę od wszystkiego dokoła. Z tego zeszytu pamiętam tylko zniesmaczone twarze Namora, smutne twarze Mr. Fantastica, zdesperowane twarze Starka i kipiące mądrością oraz miłością twarze Beasta. Poza fizjonomiami herosów nie można się przyczepić do rysunków. Poprawnie wykonane, ale bez żadnych zapierających wdech w piersiach kadrów.
Zaciekawił mnie Strange, który jest intrygująco milczący. Ocena końcowa 3/6.
Krzycer: Fajne było to spotkanie. Strasznie spodobał mi się w sumie prosty manewr, by to nasi Illuminati byli złymi odpowiednikami bohaterów. Proste ale skuteczne - jak rozwiązania Namora.
...czemu nikt z obecnych nie dziwi się, że Stephen jest jakiś taki milczący?

Nightcrawler vol. 4 #3
Gil: No i wrócił. Nie, nie – nie Kurt. Dziadek Chris wrócił. I ten zeszyt czytało się tak jak ostatnie jego dokonania, które zapamiętałem… czyli ciężko. Dużo waty, zagłębianie się w przeszłe wątki, które nie mają znaczenia, tło, które tym bardziej nie ma znaczenia i strasznie – naprawdę strasznie – kreskówkowi przeciwnicy. Trochę lepiej jest w tych cichszych momentach, ale też im dłużej trwają, tym bardziej lecą w banał. No i największym problemem serii jest to, że Kurt nie pokazuje zbyt wiele osobowości. Jest taki sam, jak w latach ’70 i ’80 , co mogłoby mieć swój nostalgiczny urok, gdyby nie fakt, że za bardzo się od tego czasu zmienił. Przede wszystkim dojrzał, a tu zachowuje się, jakby ledwie wyszedł z tego cyrku. Kolejny pomruk niezadowolenia z mojej strony i 4/10.
Krzycer: Blargh. Jeden z moich ulubionych mutantów, pisany przez autora którego w obecnym wydaniu od dobrych paru lat nie mogę ścierpieć. Wypada dokładnie tak, jak się tego obawiałem przed premierą serii.
A jakby tego było mało, patrzcie: Frenzy i Chamber milcząco podpierają ścianę. W sumie zastanawiam się, czy spośród występujących w tym komiksie mutantów których lubię oni przypadkiem nie wypadają lepiej.
Nabrałem ochoty, by przeczytać jeszcze raz poprzedni ongoing Kurta pisany przez Aguirre-Sacasę. Niby też leciał kurtowymi standardami, bo i tam była wizyta w Niemczech, i demony, i Amanda, i Margali chyba też wyściubiła nosa - a jednocześnie pamiętam, że w tamtym wydaniu miało to klimat i charakter. Tutaj wyszła oldskulowa papka bez oldskulowego uroku.
jdtennesse: Początek tej serii był w miarę obiecujący, posiadał tę sentymentalną atmosferę przeszłości. Teraz jakby trochę ją utracił. Akcja szybko się rozwija i z cyrku, po walce z Trimegą/ami przenosi się do szkoły, gdzie wydarzenia przybierają nowy obrót. Dzieje się bardzo dużo, Amanda wyrywa się z przesłuchanie u Rachel, Margali używa jakiegoś zaklęcia na Storm i Hanku (intrygującego zaklęcia, ten pomysł z kartkami z obrazami z przeszłości jest całkiem intrygujące). Ważniejsze, że Margali coś im „zabiera”, niestety nie wiadomo co – wspomnienie? A Kurt i Logan znowu mają swój bromance moment. Rysunki ok, tyle. W sumie to nie wiem, czy mi się podobało, dlatego ocena neutralna. Zobaczymy, jak to się zakończy. 5/10.

Original Sins #1
Gil: Trochę się zaskoczyłem tą serią, bo gdzieś mi się przegapiła w zapowiedziach i w ogóle nie wiedziałem o niej do zeszłego tygodnia, więc sięgając po pierwszy numer nie miałem pojęcia, co mogę tam zastać. Odkrycie, że to antologia nie przyniosło zachwytu. Spotkanie z pierwszą historią, wręcz przeciwnie. Nowe podejście do Deathloka zaintrygowało mnie na tyle, że zapowiedź nowej serii z nim przyjąłem z entuzjazmem. Z Young Avengers nie poszło już tak dobrze… Niby zaangażowanie Noh-Varra jest na miejscu, skoro jego złoczyńcy się wychylili, ale jak na razie nie przekonało mnie tutejsze podejście do postaci, a już zupełnie nie przekonała grafika. No i jest jeszcze ten końcowy pierd… Udawajmy, że go nie było. Myślę, że po wyśrodkowaniu ocen za składowe, najlepsze na koniec będzie 6/10.
Demogorgon: Przyszedłem tu dla Young Avengers i... no póki co to niewiele ciekawego w tej historii. Ot trochę interakcji miedzy Teddy, Davidem i Noh-Varrem, które mnie nie przekonują... i sprawiają, że zastanawiam się, czemu do diabła Teddy i David dalej są na dobrej stopie. I trochę mnie dziwi, że Hood zna wszystkich trzech. Jasne, czaję, że jako fanboye, oni mają prawo znać jego, ale w drugą stronę?
Krzycer: ...ok, Edmonson mnie zainteresował swoim Deathlokiem.
Za to North nałapał po równi plusów i minusów przy Young Avengers. Punkt wyjścia ma sens. Dobór postaci nieco mniej. Hulkling i Marvel Boy są w porządku. Prodigy jest pisany zupełnie jak nie on.
Hooda nie mogę ocenić, bo za cholerę nie rozumiem co te rysunki próbują mi pokazać i powiedzieć i czym właściwie są te wszystkie... tasiemki? Rurki? Tasiemce? ...czepiające się jego płaszcza i ogólnie cosiędzieje?

Savage Wolverine #20
Gil: O, Frank Tieri. Kiedyś pisał bardzo dobrego Wolvieka… O, Al Capone. No, to może być ciekawe… O, dziewczyna Logana, którą zabija Sabre… i cały misterny plan tyż w pisdoo… Niezły początek, do pewnego momentu fajne budowanie napięcia, a potem największa klisza, jaką można sobie wyobrazić. No i przez cały czas rysunki, które dla mnie są poniżej średniej. Ostatecznie to będą niższe rejony 5/10.

Secret Avengers vol. 3 #4
Gil: Fajny MODOK, kilka niezłych momentów między nim, a Maryśką i przyzwoity wstęp do akcji. Sama akcja jednak trochę zawodzi, bo jest tak strasznie nienatchniona, że nawet Fury rozdziawia paszczę, ziewając. A może to miał być atak? Zasadniczy problem tej serii jest taki, że nie czuć w niej sekretności. Ma być drużyna black-opsowa, a pisana jest jak komediowa, więc cały klimat bierze w łeb na dzień dobry. Gdyby jeszcze ta komedia była dobra… a tymczasem tylko drugi plan daje radę, bo szaleni naukowcy sprzedają się zawsze. No, ale dobra – za ten drugi plan mogę wyciągnąć lekko nad kreskę i zatrzymać się w dolnych rejonach 6/10.
Krzycer: Plus: autor wie, że Kowloon Walled City już nie istnieje. Plus: MODOK jest super, a i Hill jest w porządku. Plus: sugestie, że miasto zostało przeteleportowane z innego wymiaru przez chiński rząd by uwięzić Fury to porąbane rozwiązanie, którego spodziewałbym się u Ellisa.
Minusów mocnych w sumie brak, ale cała reszta komiksu jest... nienatchniona, po łebkach i nie wciąga. Choć podobały mi się niektóre rysunki. Zawsze coś.

She-Hulk vol. 3 #5
Gil: Nope. Nope, nope, nope, nope, NOPE! Marvelu, bądź łaskaw nie obrażać mojego poczucia estetyki tak gównianą parodią rysunków. Napisałem, że te w Deadpoolu są paskudne? Te tutaj wywołały odruch wymiotny już przy pierwszym rzucie oka. Nie czytałem oczywiście, bo nie chciałem pokaleczyć oczu o te kanty. Tylko okrągłe, tłuste zero może opisać moją reakcję.

The United States Of Murder Inc. #2
kuba g: Drugi numer podoba mi się bardziej niż pierwszy. Nie dzieje się w nim nawet więcej, nowe informacje pojawiają się z podobną częstotliwością (ale jest w efekcie ich mniej bo poprzedni numer miał powiększoną ilość stron) i akcji mamy tyle co nic ale... Bendis przesuwa historię jeszcze bardziej na dramat robiąc z serii tak jakby bardziej posraną wersję rodziny Soprano. Trochę conspiracy thriller, trochę dramat rodzinny, dużo starego dobrego Bendisa i wszystko ubrane w najbardziej minimalistyczne rysunki jakie kiedykolwiek widziałem w wykonaniu Oeminga. Jeżeli nie sprawdzacie tej serii w zeszytach to przynajmniej zaopatrzcie się w wydanie zbiorcze jak już wyjdzie. To naprawdę dobra lektura.

Uncanny X-Men Special vol. 3 #1
Gil: Trochę dziwi mnie polityka wydawnicza, jeśli chodzi o annuale, specjale i tym podobne wybryki, bo przecież tutaj również mogli zrobić mini, a tak nie jestem pewien, jakich jeszcze speciali mam się spodziewać, nie mając pod ręką zapowiedzi. Ale to właściwie szczegół, który nie decyduje o ocenie. Nie da się zaprzeczyć, że mamy tu ciekawą kombinację. Chyba po raz pierwszy dostajemy rekrutów Cyclopsa pisanych przez kogoś innego niż Bendis, więc jest w tym coś nowego. Dobór przeciwników jest raczej zaskakujący i dość intrygujący. Zawsze chętnie poczytam więcej Death’s Heada, chociaż zabawniejszy jest w rękach Gillena, yes. Plusem jest też wykorzystanie SWORD, chociaż przedstawiony jest trochę dziwnie. Ale z drugiej strony, może jeszcze wiele o nich nie wiemy i rzeczywiście mają swoją własną Starfleet Academy. Wprowadzenie Iron Mana również jest raczej dziwne, ale kupiło mnie odwołaniem do porachunków z Death’s Headem. Rysunki mają swoje plusy i minusy, więc chyba można je zaliczyć do średnich. Całość właściwie też, chociaż zaintrygowała mnie na tyle, że chętnie zobaczę ciąg dalszy i na zachętę dam słabsze 6/10.
avalonpulse0356c%20%5B1600x1200%5D.JPGKrzycer: Spodziewałem się chały i szmiry, bo te annualespeciale rozlewające pojedynczą historie na trzy annualespeciale zazwyczaj takie są. Jakież więc było moje zaskoczenie, gdy dostałem... w sumie nie bardzo wiem co. Ale to jest fajne nie bardzo wiem co!
Nie zrozumcie mnie źle, fabułka jest pretekstowa, a ciąg przyczynowo skutkowy ledwo trzyma się na dobre słowo. No bo co: jakiś wyglądający jak postać z japońskiej gry komputerowej pożal się Boże złoczyńca - znak zapytania, bo nic o nim nie wiemy, poza tym, że jest niekompetentny - wynajmuje Death's Head do porwania Summersa. Ok. X-Men nie mają sposobu na identyfikację porywaczy... bo żadne z uczniów im się nie przyjrzało? Bo że nie potrafią ich opisać, to ok, ale przecież telepatki powinny móc wyciągnąć to z ich głów. Ale ok. W związku z tym mutanci wkradają się transportem dla rekrutów na pokład... Peak. I tu się gubię, bo czemu inwigilują SWORD zamiast SHIELD? Nie wspominając już o tym, że naprawdę powinny istnieć inne, prostsze sposoby na zdobycie takich informacji. A, no i oczywiście, w Peak akurat jest Iron Man. Bo tak.
"Pretekstowa" to w tym wypadku może być zbyt łaskawe określenie. Obawiam się, że może być jeszcze gorzej, bo farsa gdzie wszystko zaczyna się od nieporozumienia a potem konsekwencje narastają to ciężka konstrukcja fabularna, którą można łatwo położyć. Na razie jest w miarę nieźle, bo to wszystko jest fajnie poprowadzone - z humorem, z porządnie poprowadzonymi postaciami, które przy okazji mogą się wykazać. A na dodatek stawia na pierwszym planie uczniów Cyclopsa, a ja lubię tę zbieraninę. I nawet podczas lektury olśniło mnie, że Uncanny to w tym momencie moja ulubiona podgrupa X-Men (...co świadczy raczej o słabości innych komiksów o X-Men niż jakichś niezwykłych zaletach Uncanny, ale fakt pozostaje faktem).
jdtennesse: Nie wiem, po co taki osobny special, ale może Uncanny sprzedaje się tak dobrze, że postanowili zarobić drukując jedną historyjkę, jako osobną mini czy jak to tam zwał – special. Ogólnie to nawet nie jest tragicznie – w największym skrócie, Scott zostaje porwany, a młodzi adepci grają pierwsze skrzypce. I to jest największy plus, wprawdzie nie każdy będzie pewnie mógł zaistnieć, ale przynajmniej mają szansę. Największym minusem są rysunki, które przypominają trochę karykatury. No i nie potrzebuję Starka u X-Men, ale uznajmy, że dzięki niemu sprzedaż wzrośnie. Zobaczymy w dwóch kolejnych częściach, czy było po co tą mini pisać, czy będzie miała jakikolwiek wpływ na bohaterów czy wydarzenia. Na dobry początek oraz za młodych - 6/10.

Wolverine vol. 6 #8
Gil: Jednak zajrzałem. I okazało się, że nie jest tak źle, jak się spodziewałem. Pewnie dlatego, że spodziewałem się kompletnej tragedii… A tymczasem jest przyzwoicie. Nawet całkiem fajnie wyszło spotkanie z Iron Fistem (który w przeciwieństwie do jego własnej serii zachowuje się normalnie) i Shang Chi. Motyw ze świątynią również mi się podobał, bo zdecydowanie bardziej pasuje do tego, czego po Cornellu się spodziewam. I tylko ciągnięcie dalej wątków z poprzedniej historii trochę mnie zniechęca, bo są nijakie. No i nadal te rysunki… Ale zanim naprawdę się okaże, co w tej historii siedzi, zachowawczo dam 5/10.
Krzycer: Mistyczne przeżycia Wolverine'a nieszczególnie mnie zainteresowały, ale Offer rozgrywający Sabretootha i swoich podwładnych był całkiem fajny. Przy okazji: coś w dialogach sprawiło, że zacząłem się spodziewać, że Cornell pójdzie tropem PADa i wrzuci jakąś sugestię, że ta śmierć to sandmanowa Śmierć. Pisał ją w czasie swojej pracy dla DC, więc kto wie. Na razie się nie doczekałem.

Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2014.06.11
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.