Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #355 (10.06.2014)

avalonpulse0.png
Wtorek, 10 czerwca 2014Numer 23/2014 (355)


Ponieważ jesteśmy trochę spóźnieni, to nadmienię jedynie, że warto było czekać. Jest co czytać.

All-New X-Factor #9
Gil: Numer przejściowy, a przez to niewiele się w nim dzieje. Nadal osią historii jest ta mała, którą ostatnio uratowali, a wszystko wokół niej mocno się komplikuje. Do punktu, w którym okazuje się, że tak naprawdę jest córką superłotra, o którym nikt wcześniej nie słyszał. Bo tak. Mooocno to naciągane. Drugi wątek to Gambit, który został uwikłany w rodzinne rozgrywki Snowów. Które również stają się coraz bardziej skomplikowane. Wiem, że w końcu do czegoś to doprowadzi, ale na razie mamy tylko dokładanie kawałków do układanki, w którym brakuje wciąż tej charakterystycznej dla starego X-Factor chemii. Dlatego będzie tylko słabsze 6/10.
Krzycer: Parę wątków rozwija się intrygująco, interakcje między postaciami są całkiem fajne - choć mam wrażenie, że to "wciąż nie to samo co w starym X-Factorze" - i tylko ta końcówka jakoś mnie nie przekonała. Znaczy, nie mam problemu z samym pojawieniem się superłotra w odpowiednim momencie, zwłaszcza, że dostajemy foreshadowing na samym początku... ale "Memento mori"? To w żaden sposób nie działa jako ksywa postaci.
Sążny: Historia nadal płynnie się rozwija. PAD umiejętnie prowadzi wszystkie postaci i relacje między nimi, w związku z czym nie przeszkadza mocno przejściowy charakter numeru. Kiedyś to pewnie osiągnie jakiś szerzej zakrojony cel, ale na razie pozostaje cieszenie się całkiem przyjemną drogą.

Amazing X-Men vol. 2 #8
Gil: Zmiana scenarzystów, zmiana charakteru i od razu o wiele lepiej. Szkoda, że jeszcze nie wymienili rysownika na takiego, który pasowałby do klimatu. Sama historia bardzo fajnie buduje klimat, od dość makabrycznego (ale jak najbardziej uzasadnionego) początku, po finał, w którym przerażony Wolverine staje sam naprzeciw hordy Wendigo. Nie wiem jak Was, ale mnie skutecznie wybijają z tego klimatu raczej średnie rysunki. Mogę sobie łatwo wyobrazić tę samą historię w wykonaniu kilku innych artystów, dzięki którym nabrałaby cech solidnego horroru. No, ale cóż począć…? Jest też kolejny plus: dodanie do składu Colossusa. Zdecydowanie bardziej pasuje tutaj, niż do jakiegoś dziwnego składu X-Force. I przynajmniej zachowuje się normalnie. W sumie fajnie byłoby, gdyby występowała tu drużyna, stworzona w Giant Size X-Men. Jestem więc zainteresowany i zachęcony, a podkreślę to dając 7/10.
Krzycer: ...cóż... Obrazki z Westchester były śmieszne, ale przyznam, że po przybyciu Kyle'a z Yostem do tego tytułu liczyłem na coś więcej niż "Wolverine trafia w Kanadzie na Wendigo". I tego będzie teraz jeszcze pięć numerów? Bardzo liczę, by autorzy mieli w zanadrzu jakieś zwroty akcji, bo w tym momencie jestem kompletnie niezainteresowany.
Sążny: Jakoś na początku zeszłego tygodnia nurtowało mnie pytanie "gdzie podział się Colossus"? I bardzo się ucieszyłem, że po tułaniu się pod piórem Hopelessa w skopanym X-Force znalazł bezpieczną przystań u Kyle'a i Yosta. Sama historia ma ciekawy (choć naciągany) pomysł, ale daje nadzieję na dużo dobrej akcji. Tylko z rysunkami jest coś nie tak. Nie dość, że nie typowałbym McGuinessa do tej historii, to jeszcze z jakiegoś powodu jego kreska była jakby mniej rozpoznawalna. Zmiana stylu? Kwestia inkera?

Amazing X-Men vol. 2 Annual #1
Gil: Trochę niespodziewany ten Annual, gdy seria nie doszła jeszcze nawet do dziesiątki. Myślałem, że będzie to jakaś zajawka nadchodzącej solówki Storm, ale okazało się, że jednak zestaw twórców jest inny, więc najwyżej można powiedzieć, że próbują wybadać zainteresowanie postacią. I co może im z tego wyjść? No, zaczęło się nieźle, bo i historia dobrze osadzona i nowe postacie pierwsze wrażenie robią dobre. Szkoda, że im dalej, tym nudniej było. Jakoś bardzo szybko straciłem zainteresowanie w środkowej części. Pod koniec trochę je odzyskałem, gdy przyszło do finałowego starcia, ale mimo wszystko, nie powiem, żeby była to ciekawa lektura. Właściwie, to ma wszystkie cechy typowego annuala, który powstaje tylko po to, żeby zaraz zostać zapomnianym. Aha, no i Larroca. Czyli 5/10.
Krzycer: Ojej, jakie to było złe. Kumulacja najbanalniejszych skojarzeń (Storm - Afryka - biedni Murzyni traktujący ją jak boginię - dużo krzyku o żywiołach - jakaś mistyka), przypadkowego złego (koleś z ubzduraną vendettą został Inhumanem i może się zemścić! A do tego czaruje i morduje i mieszka w wulkanie i jezusmariajakietogłupie), losowo rozpisanych charakterów i zachowań (nie wiem, czyj charakter dostał Beast w tym komiksie... o ile w ogóle można mówić o charakterze)... Jejku jej. Gdyby ktoś nigdy nie miał kontaktu z X-Men czy komiksami w ogóle, przypadkiem obejrzał odcinek X-Men TAS a potem spisał co zapamiętał - powstałoby coś w tym stylu.
Drżę na samą myśl, że to może być zwiastun tego, jak będzie wyglądała Storm w roli reprezentantki mutantów po jesiennym wykoszeniu Wolverine'a.
Rysunki to standardowy współczesny Larroca. Nie lubię, ale widziałem dużo gorsze.

Avengers World #7
Gil: No dobra, wreszcie seria nabiera trochę światowego charakteru. Tylko, że zawsze jak przychodzi co do czego, to prezentują „pierwszą chińską drużynę superbohaterów” i zawsze składa się ona z zupełnie innych postaci. Które przy każdej okazji są coraz mniej chińskie. Tutaj na przykład tylko jedna postać ściśle mi się z Chinami kojarzy. A skoro o niej mowa… Uwaga! Son Goku debiutuje w Marvelu! (No dobra, może nie całkiem, ale jakoś przegapiłem poprzednie występy, więc będę się upierał). Tylko, że nie ten i nawet inaczej się to pisze. Ale mimo wszystko. Aha, no i wreszcie nawiązują do wątku sprzed trzech numerów, by pokazać, że Shang Chi przeżył. A ja już właściwie zdążyłem zapomnieć, że coś się wydarzyło. Jest całkiem fajnie, ale te przeskoki zdecydowanie wpływają niekorzystnie na odbiór serii jako całości. Za to rysunki są konsekwentnie dobre. Dam więc 6/10.
Krzycer: Cóż. Fabuły to tu nie ma - ale jest kolejny element układanki. Na kolana przed Włócznią - chińską podróbką Tarczy (nie mogę się doczekać rozwinięcia akronimu SPEAR). Jest w tym chyba jakieś odwołanie do hickmanowej "S.H.I.E.L.D.", ale szczegółów już nie pamiętam. Do tego nowa supergrupa.
I tak:
+ plus, że znaleziono w końcu miejsce dla Małpiego Króla; nie pamiętam, czy on zadebiutował w Fear Itself, czy też tylko go wtedy przypomniano, ale potem pojawił się jeszcze raz czy dwa i nigdy nie wiadomo było po co. Tutaj przynajmniej jego obecność ma jakiś sens. Ciekawe, czy Spencer będzie pamiętać, że on powinien być tricksterem?
+ plus, że chińska supergrupa nie jedzie na najprostszych skojarzeniach (Kung Fu Man, Kobieta w qipao, Supermaoista, etc).
- minus, że chińska supergrupa do tego stopnia uciekła od stereotypów, że - poza Sun Wukongiem - w ogóle nie wygląda na chińską supergrupę. I po prostu - w ogóle nie wygląda. Są okropnie generyczni, mogliby być oddziałem najemników Roxxon, jednym z zespołów Inicjatywy (z jakiegoś nudnego stanu pozbawionego cech charakterystycznych i rozpoznawalnych symboli) albo komandosami Kree. Nuda, nuda, nuda.
- minus, że nie skorzystano z okazji, by sięgnąć po istniejące postaci poza Sun Wukongiem. Marvelowe Chiny miały już swoje supergrupy - People's Defence Force, The Eight Immortals, może jeszcze jakieś. Co prawda tam akurat były stereotypy i najprostsze skojarzenia (...Collective Man...), ale można było jakoś je oswoić, zamiast wprowadzać nową grupę z-listerów którzy zejdą przy najbliższym evencie.

Black Widow vol. 3 #7
Gil: O, gościnny występ Daredevila. No to teraz na pewno wydarzy się... nic ciekawego. Sorry, ale dla mnie ta seria skończyła się na Kill ‘Em All. Natasha przez większość czasu nic nie robi, potem do kogoś strzeli i koniec zeszytu. Powinna się uczyć od Elektry. Nadal nie ma tu nic poza rysunkami, więc będzie 3/10.
Sążny: Na początek muszę skomplementować okładkę, która zwłaszcza w wydaniu papierowym prezentuje się znakomicie, wyglądając niemal jak trójwymiarowa. Do tego, przy znajomości biografii Nataszy, można od razu zgadnąć z kim spotka się w tym numerze. I spotkanie z Mattem wychodzi nawet, nawet, choć ten zaprezentował się jakoś tak poważnie, przed-Waidowo, rzekłbym. Nadal mamy do czynienia z niezobowiązującą lekturą, która przede wszystkim cieszy oko.

Captain America vol. 7 #21
Gil: Captain America vs. Chinese Godzilla – the grande finale! I szokujące zakończenie, w którym zupełnie nie wiadomo skąd, nagle Steve zostaje dziadkiem. Znaczy – nie w sensie, że dorobił się wnuków. Tajemnicza potęga scenariusza sprawiła, że postarzał się przez wybuch… czegoś tam. Taki szok, że łorany. Nie pamiętam dokładnie historii, ale widziałem to już chyba więcej niż raz. I teraz pewnie będą wyciągać kolejną historią typu „tajojku, co my zrobimy, trzeba będzie znaleźć nowego Capa”. Już nie mogę się doczekać. Tak bardzo, że zamiast standardowego 2/10 dam wybitnie znudzone 2/10.

Cyclops vol. 3 #2
Gil: Jakoś nie kupuję tej serii… Nie znaczy to, że jest zła, ale jakoś jej podstawy do mnie nie przemawiają. Podróżujący w czasie nastoletni odpowiednik przywódcy mutantów, w towarzystwie zaginionego ojca, który wrócił z martwych i jest kosmicznym piratem. A wszystko to IN SPAAAAAAAACEEEE! Trochę tego za dużo jak dla mnie. A jak się jeszcze wyciągnie te wszystkie nawiązania do Star Treka, to dochodzi się do wniosku, że niewiele własnego ma do zaoferowania. Dialogi jednak są przyzwoite i czuć trochę chemii w tej ojcowsko-synowskiej relacji. Nie jest więc źle, ale też nie jest to coś dla mnie, a takim przypadkom daję 4/10.avalonpulse0355a%20%5B1600x1200%5D.JPG
Undercik: Nie wiem co myśleć o tej serii. Wszystko ładnie, Rucka naprawdę dobrze pisze relacje dwójki głównych bohaterów, całość się czyta przyjemnie ale brakuje tego czegoś abym mógł się przekonać do tego komiksu. No bo na dobrą sprawę wiele rzeczy które świadczą o tym czy komiks jest dobry, zostaje spełnionych - rysunki, relacje, dialogi czy postaci. Chybocze tak naprawdę wątek, a właściwie brak jakiegoś konkretnego. No bo nie oszukujmy się - ten komiks zbudowany jest na relacjach, a podróż przez kosmos to zwykły motyw drogi. Niby mamy chorobę Corsaira, ale jest to mało zajmująca rzecz. Jakoś nie mogę się nią przejąć. Bycie ściganym przez łowców nagród? Eee, to raczej wpisuje się w fabułę i nie jest czymś co może ciekawić. Kurde, brakuje tutaj tego jednego ostatniego szlifu, aby Cyclops vol. 3 mnie kupił. Mam nadzieję, że Rucka niedługo zawiąże jakiś ciekawy wątek.
A. Brakuje mi X-23, ponieważ Bendis ładnie prowadził relację pomiędzy Laurą i Scottem. Żal, że nie jest to kontynuowane.
Krzycer: Fajna relacja ojca z synem, fajny Scott udowadniający, że można być badassem nosząc koszulkę polo zatkniętą w spodnie, fajne rysunki, przesunięcie choroby Corsaira na pierwszy plan... Wszystko fajne i intrygujące, a jednak czegoś mi brakuje. Może oczekiwałem, że jakiś konkretny cel zostanie wyznaczony - na razie to wciąż zaledwie rodzinny roadtrip z jakąś sugestią w tle, że Corsairowi nie zostało wiele czasu, albo... no, nie wiadomo. I chyba to "no, nie wiadomo" mnie uwiera.
Demogorgon: W sumie to to kupuję, historia ma taki bardzo przyjemny klimat old-schoolowej space opery i w sumie nie jest zła. Jednak czegoś mi tu brakuje, nie wiem jak to nazwać.
Sążny: Pojawiają się tutaj głosy, że seria nie porywa, nie ma tego "czegoś" itd. Można się z tym zgodzić. Ale to przecież dopiero drugi numer, na który tak na dobrą sprawę trudno jest narzekać. Kroi się fajna opowieść o dorastaniu, a problem ten tyczy się obu bohaterów. Młodego Scotta naprawdę można polubić, a ogrom nowych wrażeń, które przed nim się otwierają skutecznie podkreślają efektowne i kolorowe rysunki Dautermana wspieranego przez Sotomayora, który dla mnie jest jednym z największych rysowniczych odkryć ostatnich miesięcy.

Iron Fist: The Living Weapon #3
Gil: No i wygląda na to, że moje skojarzenia ze Spider-Man Reign były jednak na miejscu. Z każdym numerem seria coraz bardziej odlatuje i robi się dziwniejsza. Nawet nie jestem już pewien, czy głównym bohaterem jest Danny Rand, bo zachowuje się zupełnie nie jak on. Niby jakoś to uzasadniają, ale nie przekonuje mnie pomysł, że po tylu latach nagle włączyły mu się jakieś issues i znienawidził wszystko, co reprezentuje K’un L’un, bo tak. Owszem, klimat jest całkiem niezły, bo skutecznie buduje wrażenie, że dzieje się coś złowieszczego, ale fabularne opakowanie całości jest – delikatnie mówiąc – dziwne. Już kiedyś była taka seria Iron Fista, w której tylko autor wiedział, o co chodzi i ta jest taka sama. Ponownie 4/10.
kuba g: Największą zaletą tej serii jest fakt, że czytając go nie traktuję go jak komiksu superhero. Podoba mi się ta desperacja i dół w tej historii mimo, że jest to zupełnie inny Iron Fist niż ten, którego znamy już od tylu lat. Niestety mimo zalet trzech ostatnich numerów jestem sceptyczny co do cliffhangera ostatniej strony, życie nauczyło mnie, że wyciąganie takich aspektów przeszłości postaci kończy się z reguły źle. Zobaczymy, może się pomylę, ale mam trochę obaw.
Undercik: A tu już wiem co myśleć o serii. Tak jak dwa pierwsze zeszyty stawiały przede mną kolejne pytania, czy jest sens to dalej czytać i czy mi to pasuje, tak ten numer kupił moją ciekawość. Może rewelacja z ostatnich stron budzi obawy, ale dam czas Andrewsowi i mam nadzieję, że sprosta moim oczekiwaniom. Powoli też wczuwam się w klimat tej serii. Rysunki może nie są jakieś szczególnie ładne, ale po pierwsze budują ten charakterystyczny klimat, a po drugie są dosyć kreatywnie planowane. Czekam na ciąg dalszy.
Krzycer: No nie, wysiadam. Dotąd mogłem sobie jakoś to tłumaczyć - każdy ma gorsze dni, to jest jakiś Danny z jesienną chandrą albo co - ale w tym zeszycie bohater miniserii już w żaden sposób nie przypomina mi Iron Fista którego znam i lubię. Mam wrażenie, że jesteśmy już tylko kilka kropel radioaktywnej spermy od depresji na poziomie Spider-Man: Reign...

Iron Man vol. 5 #27
Gil: O, jednak Gillen poszedł w innym kierunku. To rozwiązanie było tak oczywiste, że zupełnie je zignorowałem. Chociaż z drugiej strony, nie wyklucza jeszcze całkowicie pomysłu, z którym wyszedłem poprzednio. I chociaż ta rewelacja odnośnie Kłamcy trochę rozczarowuje, to cała reszta numeru jest całkiem niezła. Może z wyjątkiem pomysłu, żeby dać zbroję osobie, która niedawno próbowała Tośka załatwić. No, ale już poza tym, było fajnie. Z olbrzymim transformerem, kolejnym gościnnym występem Shevaun i techniczno-magicznym wyjaśnieniem działania pierścieni. Nieco słabszy numer od poprzednich, ale i tak wciąż całkiem dobry. Taki na 6/10.
Krzycer: No, to było... mało zaskakujące i rozczarowujące. Serio, tajemniczym dziesiątym Mandarynem była jedyna w miarę regularnie pojawiająca się nowa postać nieodgrywająca żadnej widocznej roli w fabule? Shocker.
I czy tylko mi się wydaje, że liternik (...czy kto za to odpowiada...) losowo poprzydzielał dymki raz Zielonemu Mandarynowi Ekonomiście, raz Czerwonemu Mandarynowi Faszyście?

Loki: Agent Of Asgard #5
Gil: Wreszcie konfrontacja. I to cholernie dobra. Trzeba przyznać, że sposób w jaki Ewing zakręcił całą tę intrygę sprawia, może śmiało stanąć obok dokonań Gillena w JiM. Wszystko łączy się bardzo ładnie w całość, a w dodatku nawiązuje do innych aktualnych wydarzeń wokół Asgardii. Sporo jest miłych smaczków, jak przeplatanie magii z nowoczesną technologią. No i przede wszystkim, mamy tu bardzo fajne prowadzenie postaci, które wydają się dzięki temu wyjątkowo żywe. A wszystko to okraszone dobrymi rysunkami. Po prostu nie może się nie podobać. I zasługuje na solidne 7/10.
Krzycer: Tego się nie spodziewałem. Ale czegoś nie kumam. Jeśli "Stary Loki" wziął się z mazi, którą zarażony był Thor, to czemu potrzebował, by młody Loki go z Thora wyplenił? Czy nie miał innego sposobu, by dostać się przed oblicze Wszechmatek? Bo Grama stworzył po to, by przebity nim, mógł przekonać Wszechmatki o prawdziwości swoich słów, tak?
...ale jeśli - jak widzieliśmy miał swój udział w stworzeniu miecza, to czy możemy być pewni, że miecz działa na niego jak na wszystkich innych?
Podsumowując, mam wrażenie, że coś mi umknęło, czegoś do końca nie ogarniam. Ale podoba mi się ta jazda i nie zgłaszam żadnych zastrzeżeń.
Demogorgon: Oh wow, to się nam co nieco poprzewracało. Konfrontacja która szykowała się od początku serii wypada naprawdę dobrze, wywracając do góry nogami nasze spojrzenie na antagonistę tej serii, All-Mother, a nawet naszego protagonistę, jak się zastanowić nad pewnymi detalami. Świetny sposób na zakończenie pierwszego story-arcu, po którym trzeba zbierać szczenę z podłogi. Byłby numer tygodnia, gdyby nie Moon Knight.

Magneto vol. 3 #5
Gil: Kolejny numer, w którym Magneto dużo spaceruje, prowadząc wewnętrzne monologi. Potem spotyka babeczkę, która zachowuje się jak grouppie i łyka jej blef jak głodny pelikan. Coś, czego prawdopodobnie absolutnie by nie zrobił w rękach innego scenarzysty. Zero wątpliwości, zaufanie godne dziecka. Coś, czego nie spodziewalibyśmy się po człowieku, który tyle przeszedł, ukrywa się i planuje rzeczy raczej niezgodne z prawem. Ale hej, to seria Bunna – to cud, że podobny kwas wyszedł dopiero po pięciu numerach. Bywało lepiej, ale tym razem będzie 4/10. Mam tylko nadzieje, że to nie początek równi pochyłej.
Krzycer: ...cały numer na to? Rozumiem, że wprowadzenie Briar tego wymagało, ale rozkminy Magneto nie miały żadnej treści i mam trochę poczucie straconego czasu. Poza tym: jakim cudem Eric przez cały ten czas nie wpadł na to, by zapytać Briar czemu ona chce mu pomóc i skąd ma te wszystkie informacje?
Demogorgon: O a tu o wiele lepiej. Pojawienie się nowej postaci na scenie ma szansę sporo namieszać. Podoba mi się ile napięcia jest miedzy nią a Magneto, tej jakiejś nieufności (bo ja oczywiście nie wierzę, że Magneto jej w pełni ufa, zwalcie to na kredyt zaufania jaki sam mam do autora po pierwszych trzech numerach) połączonej z pewną fascynacją i..zrozumieniem? Intrygująca postać i chyba to, czego tej serii brakowało zarazem.

Miles Morales: The Ultimate Spider-Man #2
tig3000: I jak zwykle w komiksach Bendisa - nie otrzymujemy żadnych odpowiedzi. Pytań się gromadzi, a odpowiedzi zero. Zaczyna mnie to powoli denerwować, ale pewnie to dlatego, że czytam na bieżąco. Jakbym czytał story arcami, to prawdopodobnie nie doskwierałoby tak bardzo. A co w samym komiksie? Nic nie przynosząca wymiana zdań z "Peterem Parkerem", trochę intrygi ze złoczyńcami w fikuśnych kostiumach, która nie wiadomo jeszcze, do czego prowadzi, rozmowa z Ganke, krótka bo krótka, ale zawsze fajna. No i cliffhanger to standardowo jakaś drama, bez której ten komiks nie może istnieć. Aż człowiek zaciska zęby przy napisie "To Be Continued...", bo chce się więcej.
Krzycer: ...czemu, sięgając po ten numer, spodziewałem się jakichkolwiek odpowiedzi? Przecież to Bendis pisze. Odpowiedzi są dla frajerów.
Rysunki były ładne. Chaotyczne rozmowy jąkających się postaci czytało się całkiem przyjemnie. Fabuła nie posunęła się ani o milimetr. Czyli standard.

avalonpulse0355b%20%5B1600x1200%5D.JPG Moon Knight vol. 7 #4
Gil: To było… Fuck yeah! Dokładnie to, czego spodziewam się, kiedy na okładce widzę nazwisko Ellisa. W dodatku wygląda, jakby zjarał się razem z Morrisonem. Najpierw solidna podstawa, rodem z dobrego horroru, a potem nurkujemy w psychodeliczną grzybnię, gdzie wszystko wiruje. Gdy będziemy glosować na najlepszy pojedynczy numer roku, przypomnijcie mi (o ile jakimś cudem zapomnę), żebym się bez sensu nie zastanawiał. No, chyba, żeby pojawiło się coś równie dobrego… Ale w tym momencie tytuł należy do tej nieziemskiej jazdy. Tak samo jak tytuł numeru tygodnia i ocena 9/10.
kuba g: To chyba na razie mój ulubiony numer MK z tego vol. Piękny graficznie, chyba najlepiej wykorzystujący formę jednoodcinkowej historii, z najciekawszym pomysłem jak dotąd (tak, bardziej niż ghostpunks) i utrzymujący wspólny motyw z ostatnim odcinkiem. Będzie mi brakowało Ellisa i Shalveya gdy odejdą z serii po numerze #6.
Undercik: To zostały nam już tylko dwie historie od Ellisa. Ciekaw jestem tylko, czy w szóstym numerze scenarzysta jakoś połączy ze sobą to co widzieliśmy do tej pory. Szczególnie, że każdy numer jest niezwykle specyficzny na inny sposób. Tym razem zastanawiam się jaki odlot musiał mieć Warren aby wymyślić taką fabułę. Szkoda, że już niedługo koniec tego krótkiego runu, bo to obecnie jedna z najlepszych serii Marvela.
Krzycer: Uwielbiam ten komiks. Zwłaszcza, że jestem przekonany, że najwyraźniej wziął się z tego, że Ellis znalazł sposób by móc pisać co mu się żywnie podoba, tak, by Marvel mu za to płacił.
Demogorgon: W którym Warren Ellis ma tripa. I to w sumie wszystko - to piękny, genialny komiks w dobrej, mindfuckowej tradycji. Mówienie czegokolwiek więcej to niepotrzebne tłumaczenie czegoś, co trzeba przeczytać.
No dobra, mogę powiedzieć tyle - podoba mi się jak ciekawym bohaterem jest Spector w interpretacji Ellisa. Będzie szkoda jak Wood go zepsuje.
Sążny: Grzyby. Dużo grzybów. Wyobraźnia Ellisa nie zna granic, a Shalvey na szczęście jest w stanie jej sprostać. Fabularnie mamy kolejnego efektownego jednostrzałowca, którym trzeba się cieszyć tym bardziej, że przed nami jescze tylko dwa takie wyskoki.

New Warriors vol. 5 #5
Gil: Po zakończeniu pierwszej historii, dostajemy numer, w którym kilka przypadkowo związanych ze sobą postaci dostaje okazję, by spróbować zbudować drużynę. I wychodzi im całkiem nieźle, chociaż jeszcze są trochę dysfunkcyjni. Ale wszyscy wiemy, że takie bywają najlepsze. Dostajemy więc zapowiedź nadciągających wydarzeń (trochę to dwuznaczne, ale wydaje mi się, że przeciwnikiem będzie Dweller in the Darkness), trochę zagadek wewnątrz drużyny (Water Snake), nawiązania do trochę zakurzonych wątków (Penance) oraz sporo dobrego humoru. I nawet S_O zaliczył gościnny występ. Szkoda, że spadła nieco jakość rysunków, ale mam nadzieje, że to jednorazowe zastępstwo. Całość czyta się bardzo fajnie i jest nadzieja, że New Warriors w tym wydaniu zdołają się obronić. Tymczasem dam nawet lżejsze 7/10.
Undercik: Jest przyjemnie. Scarlet Spider daje radę. Aracely daje radę. Generalnie Yost stara się pokazać inne postacie, ale i tak wszystko kradnie ta dwójka. Fabularnie nic wielkiego, ale otrzymałem dokładnie to czego się spodziewałem. Szkoda tylko, że to nie ongoing Kaine'a. Ale nie można mieć wszystkiego. Prawda?
Krzycer: Heh. W trakcie lektury układałem już sobie listę plusów i minusów, i koniecznie chciałem wspomnieć jaki ten Speedball jest przefajnowany i kompletnie w oderwaniu od całego rozwoju postaci po Civil War... a potem wyskoczył Penance. Także pod tym względem jestem usatysfakcjonowany.
Człekopies i człekokot też są w porządku, choć robienie z psa jakiegoś pomocnika tajemniczego złego - czy co to ma być - jakoś mi nie leży. No, ale zobaczymy, co z tego będzie - podobnie jak z deklarowanego podobieństwa wodnej Jakjejtam do Namority.
Ogólnie: wszystko mi się podoba, ale - poza Kainem i Aracely - raczej umiarkowanie.
Demogorgon: Który znów kradną Kaine i Aracely. Obserwowanie jak tych dwoje próbuje się socjalizować to czysta przyjemność. Relacje na linii Kaine-Justice-Water Snake i Aracerly-Speedball są interesujące. Jak o tym myślę to zauważyłem, że wiele osób się cieszy na widok nawiązania do wątku Penance'a. Ale z drugiej strony mogę sobie wyobrazić, że wielu fanów Speedballa zgrzytało na ten widok zębami i woleliby, aby nigdy więcej nie wracano do tego wątku. I doskonale ich rozumiem, chociaż sam nie mam takich sentymentów. Oto co się z tobą dzieje gdy two ulubione postacie przeciąga się przez gnojówkę. A tak w w sumie, to dobrze, że Robbiego odmłodzili bo inaczej crush Aracerly byłby nieco niepokojący. Po za tym, cieszy mnie pojawienie się Cthona na scenie, chociaż ciekaw jestem czemu zainteresował się Water Snake a nie avatarem boga wojny z którym mógłby się dogadać. Może nie lubi konkurencji?

Original Sin #3
Gil: Uuu… dzieje się! I muszę przyznać, że to jest ten moment, w którym dałem się złapać. Cóż to sprawiło? Kilka efektownych scen. Początkowa scena ze złoczyńcami, w której Midas wkracza na scenę. Sekretowa bomba, która może przynieść parę ciekawych tie-inów. Zabójstwo żyjącej planety, które zostało bardzo fajnie wprowadzone. No i finałowa scena, która jest nie tylko mocnym akcentem, ale też otwiera sporo możliwości. Kto obstawiał, że Fury kupi farmę, może sobie pogratulować i… dołączyć do tłumu, bo jednak było to chyba najbardziej oczywiste w całym tym dziwnym evencie. No, ale mimo wszystko, trzeba przyznać, że scena została dostarczona z przytupem i robi wrażenie. Swoja drogą, Deodato spisuje się tu lepiej niż w poprzednich numerach i znów zaskakuje kilka razy efektownym i oryginalnym kadrowaniem. Mam nadzieje, że Aaron i spółka utrzymają poziom tego numeru i cały event będzie można porównywać do Godbomb, a nie do historyjki z pasożytami w macicy Kitty. Tak, zawsze będę mu to wypominał. Ale tym razem zrobił dość dobre wrażenie, by dostać solidne 7/10.avalonpulse0355c%20%5B1600x1200%5D.JPG
Xavier83: Przyjemny kryminał z bardzo fajnymi momentami. Zwłaszcza finał mnie zaskoczył. Taki morderczy. Mam nadzieje ze to prawdziwy człowiek a nie LMD.
kuba g: Ten numer chyba podobał mi się najmniej. Niby wszystko na miejscu, niby następne zaskoczenia i klimat podobny do dwóch poprzednich numerów ale jakoś... no jednak nie. Napięcie uleciało, zupełnie nie czuć tego, że faktycznie wydarzyło się coś dużego (tak, wiem, że do tego niezbędne są tie-iny, ale to właśnie też ukazuje słabość tego numeru). Dalej relacje grup zwiadowczych są fajne, choć nie tak jak wcześniej. No i cliffhanger zupełnie mnie nie kupił. Tak, narzekam, ale to dlatego, że liczyłem na cięższy klimat tego numeru, więcej beznadziei, więcej emocji, a niestety tylko w postaci pytań Furyego Seniora dostałem to czego oczekiwałem.
Undercik: Po drugim numerze myślałem, że zrobi się z tego już typowy event, a tymczasem Aaron mnie zaskoczył. Nawet bym pozytywnie ocenił ten numer, bo pomysły dają radę, akcja jest ciekawa, tylko do cholery co to było na końcu tego numeru. Na razie nie wiem co o tym myśleć. Może #4 coś rozjaśni.
Krzycer: Odstrzelona ręka? Krwawa dekapitacja? Kiedy to się zamieniło w typowy event DC?
(...no dobra, zaczęliśmy od wyłupienia oczu postaci z pięćdziesięcioletnią historią, więc w sumie to od początku byliśmy w obecnej poetyce DC...)
Abstrahując od przemocy trochę mocniejszej, niż Marvel zazwyczaj prezentuje, to w dalszy ciągu dobrze jest. Coś się odrobinę wyjaśniło (Orb i jego ekipa nie zabili Watchera), dostaliśmy masę nowych pytań (czy to był LMD? zazwyczaj to jest LMD. Czy Marvel postanowił przerobić Winter Soldiera na złego?)... Nie powiem, wciąż mnie to intryguje, wciąż jestem tym dużo bardziej zainteresowany niż wieloma innymi eventami na wysokości trzeciego numeru. A jednak nie daje mi spokoju przeczucie, że jakie by nie stało za tym wyjaśnienie - nie będzie dość dobre, by uzasadnić tę końcówkę.
Słówko o rysunkach: strasznie podoba mi się okładka, nawiązująca do... pulpowej estetyki? Nie znam się, ale gdzieś już takie kompozycje widziałem.
Za to w środku... No, Deodato ze wszystkim wadami i zaletami. Obdarował Wolverine'a pięknym zestawem manboobs na jednym panelu. Ale on od dawna ma ciągoty do liefeldyzmów, także nie było pod tym względem zaskoczenia.
Demogorgon: W którym Nick Fury chce być noirowym detektywem, ale Marvel Universe jest zbyt porąbane, aby to się dało zrobić. I tak zamiast zabójcy na zlecenie mamy kosmicznego mordercę potworów, a zamiast ćpuna znalezionego z portfelem ofiary - Orba z okiem Watchera.
Tyle tylko, że to nudne jest i pełne wymuszonych plot twistów jak końcówka. Tylko Orb jakoś ratuje sytuację i to niewiele. No dobra, może team-up Strange'a z Punisherem też trochę, ale jego jest cała jedna strona.
Sążny: Nadal chwyta mnie klimat tej miniserii, a Deodato, który jakby poprawił się i zaprezentował parę efektownych kadrów w tym nie przeszkadza. Teamy "detektywów" fajnie współgrają ze sobą, a śledztwo powoli łączy się w całość, co przy pamiętaniu, na jakim etapie jesteśmy obiecuje jeszcze sporo twistów. O śmierci (białego) Fury'ego spekulowano od dłuższego czasu, ale sposób, wykonawca wyroku i jej "wczesność" naprawdę mnie zaskoczyły. Choć z drugiej strony, Aaron ze swoją wykręconą wyobraźnią jeszcze pewnie niejedno w tym (jak na razie) zacnym evencie wywróci do góry nogami.

Superior Foes Of Spider-Man #12
Gil: Ech, te dwa numery wypełniaczy dość mocno wybiły mnie z rytmu, a przez to po powrocie do regularnego wątku, straciłem nieco poczucie spójności. Nadal jest fajnie, nawet bardzo fajnie, ale kilka wątków mi się nie skleiło i musiałem sobie przypominać, skąd się co wzięło. Mimo wszystko, znów był ubaw po pachy. Zwłaszcza w scenach z Hammerheadem i Sinister Sixteen. To drugie brzmi jak durny program z MTV, ale chętnie zobaczyłbym więcej, bo zbiorowisko postaci jest na tyle porąbane, że nie może się nie udać. No, oczywiście jeśli każda z nich dostanie taką samą ilość uwagi i oryginalną osobowość. Troszkę słabsze przez ten przeskok, ale i tak będzie 7/10.
Krzycer: Warto było czekać. Tyle w temacie.
(+ drobny bonus dla znających cyrylicę; nawet niezbyt śmieszny, ale przynajmniej ktoś się postarał, zamiast walić wszystko łacińskim alfabetem czcionką stylizowaną na cyrylicę, jak to zwykle robią)
(++ lubię, gdy twórcy konsekwentnie trzymają się swojego "running gagu" - po dodaniu 11 nie wychodzi 16 teraz, gdy nie ma z nimi Shockera)
Demogorgon: W którym zdaję sobie sprawę jak bardzo brakowało mi Spencera i Liebera w tj serii, oh jak mi ich brakowało. Podobnie zresztą jak Freda. Gdy tylko wraca, wszystko znów wskakuje na miejsce. Zwyczajnie brakowało mi tej odrobinki radości w moim życiu, jaką dawał mi każdy numer. A po za tym, cóż rzec więcej - jest dobrze. Idźcie to przeczytać.
Sążny: "That's The Bourne Identity, Fred", "Job?", mumie-Leniny, "Sinister Sixteen", "Do I need to sign?", "Smells like buttcheeks in here!" - jak ja się za tą serią stęskniłem. Tylko przy tej dawce śmiechu lepiej tego nie czytać w miejscach publicznych.

Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2014.06.04
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.