Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja filmu "X-Men: Przeszłość, która nadejdzie" - Krzycer

Days of Future Past. Chyba wszyscy fani mutantów znają ten tytuł, nawet, jeśli nie czytali oryginalnej historii. Twórcy filmu mieli przed sobą nie lada zadanie – kontynuując wątki z "Pierwszej klasy", powiązać ją z oryginalną trylogią za pomocą fabuły o podróży w czasie, żonglując przy tym postaciami i obsadą z obu epok. Jak się z niego wywiązali?

DaysofFuturePast


 

Recenzja filmu "X-Men: Przeszłość, która nadejdzie" - Krzycer

 

Days of Future Past. Chyba wszyscy fani mutantów znają ten tytuł, nawet, jeśli nie czytali oryginalnej historii. Twórcy filmu mieli przed sobą nie lada zadanie – kontynuując wątki z "Pierwszej klasy", powiązać ją z oryginalną trylogią za pomocą fabuły o podróży w czasie, żonglując przy tym postaciami i obsadą z obu epok. Jak się z niego wywiązali?

Nie ukrywam, że mam z tym filmem problem. Fabule nie mogę wiele zarzucić – biorąc pod uwagę, że filmy o podróżach w czasie nie mają za grosz sensu, byłem mile zaskoczony, że tutaj jest go całkiem sporo. Pewne dziury i niedociągnięcia się znajdą, ale i tak – scenarzysta dobrze odrobił pracę domową i ustrzegł się większości błędów. A jednak nie mogę pozbyć się wrażenia, że gdzieś w tej fabule zaginęli bohaterowie. Na pierwszym planie jest ich czworo – Wolverine, Xavier, Magneto i Mystique. 

Wolverine, szczęśliwie, nie przesłania całości, więcej – w samym finale nie gra żadnej roli, co mnie bardzo ucieszyło. Po trzech teoretycznie rzecz biorąc drużynowych filmach, w których w finale zawsze to Logan ratował sytuację, zacząłem mieć go trochę dość. Z całej czwórki Wolverine jest jednak najnudniejszy. To znaczy – fajnie się go ogląda, wydaje mi się, że Hugh Jackman jest tu lepszy niż w obu solowych filmach – ale z jego postacią nic się nie dzieje, nie przechodzi żadnej przemiany. Jest katalizatorem wydarzeń i przemiany Xaviera, ale nic ponad to.

dofp3.jpg

Grany przez Jamesa McAvoy’a Xavier to co innego. Ośmielę się powiedzieć, że takiego profesora jeszcze nie widzieliśmy, i to nie tylko na ekranie. Zagubiony, zrezygnowany, przegrany – a przy tym wściekły na świat i (przede wszystkim) na Magneto. A do tego jeszcze zdumiewająco zabawny, przynajmniej momentami. I koncertowo zagrany.

Magneto Michaela Fassbendera był najjaśniejszym punktem "Pierwszej klasy". Tutaj nie ma tyle szczęścia. Pozostaje znakomicie zagrany – Fassbender wypada w tej roli niesamowicie, jest ostry, charyzmatyczny, a przy tym chyba jeszcze nigdy (na ekranie) racja nie była tak bardzo po jego stronie. Przynajmniej na początku, ponieważ mniej więcej w połowie filmu Magneto zostaje wtłoczony w płaską rolę oponenta i od tej pory zajmuje się głównie popisywaniem swoją mocą. Dopiero w finale znowu ma coś do zagrania. Czyli w sumie ma finał i dwie mocne sceny w samolocie – mało, zdecydowanie za mało. Pod tym względem jest chyba największym przegranym.

Na koniec zostawiłem Mystique. Jennifer Lawrence radzi sobie z tą rolą równie dobrze, co w "Pierwszej klasy", a na dodatek dostaje tutaj więcej do zagrania. Raven w tym filmie to sfrustrowana na cały świat kobieta, próbująca wziąć swój los w swoje ręce, ale wciąż tkwiąca w cieniu dwóch facetów, którzy dotąd decydowali o jej życiu. Scenariusz daje jej centralną rolę, i to rolę dynamiczną – jej działania napędzają akcję, ale to nie wszystko. O kształcie przyszłości ekranowej rzeczywistości decyduje przemiana, którą Mystique przechodzi w trakcie filmu. Podobało mi się wszystko związane z tym wątkiem, i jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to tylko do tego, że chciałbym więcej. Mam wrażenie, że Mystique ma minimalną ilość scen, to znaczy – akurat tyle, by jej wątek sprawnie działał, a jej przemiana miała jakieś podstawy. Brakuje natomiast scen rozbudowujących jej charakter.

dofp2.jpg

Żeby domknąć wątek obsady, krótko o pozostałych. Uwielbiam Petera Dinklage’a za "Grę o tron", ale jego Bolivar Trask jest w sumie postacią drugoplanową. Nie jest głównym złym, bo w tym filmie nie ma głównego złego. Mam wrażenie, że talent Dinklage’a nie został wykorzystany w pełni – najlepsza jest scena, w której gra podszywającą się pod Traska Mystique, natomiast jako Trask nie ma nic ciekawego do pokazania. Stara gwardia z poprzednich filmów sprawuje się dobrze, ale właściwie – poza ostatnią rozmową starego Xaviera za starym Magneto, oraz znaną ze zwiastunów rozmową dwóch Xavierów – nie ma nic do zagrania. Shadowcat jest w filmie przez cały czas, ale gdyby zamiast niej w scenariuszu był zwykły wehikuł czasu, jakieś magiczne krzesło czy coś takiego, nic by się nie zmieniło. Nie mogę nawet nazwać tej Kitty płaską postacią, bo to w ogóle nie jest postać, nie ma żadnej roli. O pozostałych nie ma nawet co mówić – każdy ma może dwie kwestie na krzyż. Podobnie jest z młodą gwardią – X-Men z przyszłości. Blink, Bishop i Warpath wypowiadają może po pięć słów każde. Jest jeszcze Nicholas Hoult w roli Beasta, który ma dość niewdzięczną, w sumie drugoplanową rolę – dobrze zagraną, ale poza finałem właściwie nie ma tam nic do grania. Prawdą jest za to to, co pisano o Evanie Petersie – jego Quicksilver kradnie sceny, w których się pojawia i jest jednym z najjaśniejszych punktów filmu.

Mój największy problem z "Days of Future Past" dotyczy scen z mrocznej przyszłości, którą należy zmienić. Spędzamy w przyszłości więcej czasu, niż się spodziewałem – nie bardzo dużo, ale wystarczająco dużo, bym miał wrażenie, że ten czas jest zmarnowany. Owszem, te sceny dają nam parę ładnych sekwencji akcji – Iceman nigdy nie miał okazji zaprezentować pełni swoich mocy w oryginalnej trylogii, a to, jak twórcom udało się przenieść na ekran moce Blink budzi zachwyt. Dość powiedzieć, że goście od efektów specjalnych musieli dużo grać w "Portala", i to widać.

A zatem – w czym problem? Cóż, jest ich kilka. Przyszłość jest nudna wizualnie – skrzyżowanie widokówek z "Terminatora" i "Matrixa" mogłoby być ciekawe, ale wszystko jest zalane ciemnością, ekran jest jednolicie szary i ponury. Wiem, że to mroczna przyszłość, ale czemu w mrocznej przyszłości ani razu nie świeci słońce? Przyszłość jest również nudna… po prostu. Owszem, sceny akcji są fajne, ale kto właściwie bierze w nich udział? Jako czytelnik komiksów mogę wykorzystać swoją wiedzę, uzupełnić to, co jest na ekranie o świadomość kim jest Blink, ale w tym filmie… W tym filmie ci bohaterowie są nikim. Niemalże nie mają dialogów. W ogóle nie mają charakterów. Czy naprawdę mam się przejąć ich losem tylko dlatego, że film mi mówi, że powinienem? Choć nie daje mi żadnego ku temu powodu? Więcej, przecież cała gra toczy się o to, by ta przyszłość nie zaistniała, a zatem los tych postaci nie ma żadnego znaczenia. A skoro tak, to pytanie, czy przeżyją swoją dramatyczną walkę, czy polegną, nie ma żadnego znaczenia. Bo to żadna różnica. Niestety, poza kilkoma udanymi sekwencjami akcji, przyszłościowa część filmu nie dała mi żadnej satysfakcji, nie zainteresowała mnie, po prostu – nie podobała mi się.

dofp1.jpg

Ale skoro już o sekwencjach akcji i popisach mocy mowa – efekty specjalne w filmach o mutantach to loteria. Do niektórych trudno się przyczepić, czasem po prostu przyzwyczajamy się do ich porządnego poziomu, by nagle znikąd wyskoczyły niezwykle sztuczne i zwyczajnie źle zrobione pazury Logana z "X-Men Origins: Wolverine". Albo zaskoczenie jest jeszcze inne i opiera się o dziwaczną interpretację komiksowych mocy, tak jak rozdwajający się podczas absorpcji energii Sebastian Shaw z "Pierwszej klasy". W "Days of Future Past" ani razu nie miałem wrażenia, że coś zgrzyta. Efekty albo były na porządnym poziomie, do którego przyzwyczaiły nas poprzednie filmy, albo były lepsze. Mam wrażenie, że Nicholas Hoult to najlepiej ucharakteryzowany Beast – zwłaszcza w porównaniu z Kelsey’em Grammerem z "X-Men: Ostatni bastion", ale i w "Pierwszej klasie" coś mi nie grało pod tym względem. I wreszcie trzecia kategoria efektów, zdumiewająco dobre, daleko wykraczające poza moje oczekiwania, patrz: portale Blink.

Jak zatem zgrabnie podsumować moje wrażenia po seansie "Days of Future Past"? Film mi się podobał, a jednak spodziewałem się, że spodoba mi się bardziej. Może przy następnym seansie będę mógł bardziej skupić się na zaletach. Tymczasem – to był najbardziej komiksowy film o mutantach, jaki dotąd powstał. Nawet, jeśli tym razem X-Men nie ganiali w żółto-niebieskich kostiumach z "Pierwszej klasy" (których, swoją drogą, bardzo mi brakowało, nigdy nie byłem fanem czarnych kombinezonów – trzymam kciuki, by kolorowe uniformy powróciły w "X-Men: Apocalypse"). Przeniesienie na ekran mutanciej historii o podróży w czasie sprawiło, że uwierzyłem, że kiedyś zobaczymy na ekranie Shi’Ar i Starjammers. Albo Exiles. 

I to jest największy sukces "Days of Future Past" – po raz pierwszy wychodząc z kina z filmu o mutantach nie mogłem się doczekać tego, co będzie dalej. Wiem, że to klisza, ale w tym momencie możliwości naprawdę są nieograniczone.



Autor: Krzycer

 

dofpc.jpg

Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2018 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.