Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #352 (19.05.2014)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 19 maja 2014Numer 20/2014 (352)


Można śmiało powiedzieć, że dużo się działo w minionym tygodniu. Co zresztą widać po ilości opinii, które wypełniają ten numer Avalon Pulse. Pozostaje mi więc wyłącznie życzyć przyjemnej lektury.

All-New Ghost Rider #3
Gil: Zacznijmy od grafiki i stwierdzenia, że z numeru na numer staje się coraz bardziej kreskówkowa. W sumie, to chętnie zobaczyłbym nowego Ghost Drivera w wersji innego rysownika, tylko po to, żeby się przekonać, czy rzeczywiście ten design jest tak kiepski, czy ktoś inny dałby radę lepiej go sprzedać. A teraz fabuła: Okazuje się, że w Robbiego wstąpił duch… innego człowieka. Że się tak wyrażę: whaaa…?!? Sporą moc ma, jak na zwykłego człowieka, nie sądzicie? To zdecydowanie wymaga dalszych wyjaśnień. Ale, może mam jakiś trop… Pan Duch przedstawia się jako Eli, więc jeśli chcą nawiązać do oryginalnego Ghost Ridera, to najlepszym skojarzeniem będzie Eli McIntyre, który był w tym samym cyrku, co Blaze i zajmował się magią oraz techniką. No i nie żyje. Jeśli pójdą tym tropem, będzie fajnie. Jeśli wymyślą coś równie logicznego, też będzie fajnie. Ale jeśli przekombinują, to się pogniewamy. No, a właściwie poza tą rewelacją i demonstracją kilku nowych zdolności, niewiele się dzieje. Mamy rozwinięcie konfliktu i zapowiedź eskalacji, więc naturalną kolej rzeczy. Jest nieźle, ale ten wiszący znak zapytania każe mi trochę powściągnąć ocenę, więc dam 6/10.
Demogorgon: O ja cię kręcę, to jest piękne. To co tutaj się dzieje, to wszytko jest absolutnie cudowne. Widać, że Tradd Moore ma dużo zabawy z tym tytułem, bo serio, ile on w to włożył...ta strona z panelem wbudowanym w plan domu, ta strona ze strzelaniną, ta strona z tranformacją, ta strona z wyłanianiem się z samochodu, ta strona z grafitti układającym się w słowa "Peepo Peepo" oraz "Strode", ta strona na której Ghost Rider tłucze kogoś tak długo, aż panele pokrywają się krwią, to cudeńko, normalnie absolutna perełka. Podoba mi się, że ten Ghost Rider jest bardziej duchem, niż szkieletem i częściej zachowuje się jak zjawa, to pozwala na dużo kreatywności, którą Felippe Smith wykorzystuje na każdym możliwym kroku. Ten komiks to istna perełka.
Soundtrack: Turn It Up
Darkbubo: "Garbi Super Bryka" na sterydach! W końcu dowiadujemy się co czarna gablota ma pod maską i czego chce od głównego bohatera. Rysunki jak zwykle świetne; dynamiczne i żywe. Niektóre panele to po prostu majstersztyk- sekwencja wystrzeliwania pocisku czy Rider wyłaniający się z wozu. To nie wygląda jak rysunek tylko jak zapauzowana animacja!
Więcej ognia, więcej akcji, więcej mordobicia i dużo więcej przyjemności z czytania.
Sążny: Wyjaśniono głównemu bohatetowi i czytelnikom trochę więcej na temat natury obecnej inkarnacji Ghost Ridera i nie wiem, czy takie wytłumaczenie mi się podoba. Poza tym mamy drobne przesunięcia w pobocznych wątkach i zmierzamy do konfrontacji z villainem. Ot, typowa historia otwierająca w serię. Dialogi nadal miejscami brzmią kapkę sztucznie, a Tradd Moore w scenach z Duchem Zemsty jest w swoim żywiole, co daje bardzo widowiskowe efekty, ale zdecydowanie nie dla każdego.
rodzyn: Numer ten utrzymuje poziom poprzednich odsłon tej serii. Tradd Moore jest chyba w swej najwyższej formie, a to co prezentuje podoba mi się nawet bardziej od przygód Luthera Strode'a. Scenariusz kontynuuje rozpoczęte wcześniej wątki, poznajemy interesujacy origin nowego Ducha Zemsty. Do tego scena z właścicielem warsztatu skojarzyła mi się z "Drive". Czekam jednak na jakiś większy pojedynek Ghost Drivera i mam nadzieję, że nastąpi to w kolejnym numerze.

All-New Ultimates #2
Demogorgon: Prośba, wymieńcie rysownika, ten nie wie co robi. Zresztą, nie wiem czy scenarzysta wie, bo to jest strasznie chaotyczne. Przypomina mi duchem komiksy z lat 80-tych i wczesnych 90-tych, wiecie, G.I. Joe i Suicide Squad, ale.. ale rany, takie to strasznie nieskładne, tak skacze jak głupie od wątku do wątku jakby nie mogło sie zdecydować, tu mamy walkę, która jest taka nijaka, że sam nie wiem co o tym myśleć, a tu mamy strasznie dużo miejsca dla Seprent Squad, a tu jest Scourge, a tu Bombshell odchodzi, nie wiem w ogóle co się dzieje.
rodzyn: All-New Ultimates, to jedyna seria z uniwersum Ultimate, którą postanowiłem czytać regularnie. Głównie ze względu na scenarzystę. Michel Fiffe chwalony był w wielu ubiegłorocznych podsumowaniach za jego autorską serię COPRA, z którą mam zamiar wkrótce się zapoznać. Polecał ją między innymi Maciej Pałka, którego twórczość bardzo lubię. Do serii przekonali mnie również bohaterowie, bo młodych herosów w Marvelu nigdy za dużo. Do tego skład wydał mi się interesujący, a że nie czytam solowej serii Milesa, jego obecność w składzie okazała się dodatkowym plusem.
Niestety w Ultimates Fiffe nie pokazuje na ten moment zbyt wiele ciekawych rzeczy. To niezbyt dobre wrażenie może być jednak spowodowane słabymi rysunkami, które ratują jedynie kolory. Mimo tych wad dam tej serii kolejną szansę i cierpliwie poczekam na zmianę rysownika.

All-New X-Men #27
Gil: Ech... namieszali tu ostro... Wygląda na to, że 3 lata wstecz Mystique miała dziecko z Xavierem. Jakim cudem? Tego nikt nie kwapi się wyjaśnić. A jakoś trudno mi to sobie wyobrazić. Był niby taki okres, w którym była prywatną agentką Chucka i stała po jasnej stronie mocy (w jej solowej serii), ale mimo wszystko, jakoś ciężko przyjąć do wiadomości, że mogło to doprowadzić do… no, do tego. Sparowanie ich wydaje się naturalnie sprzeczne. W dodatku, wygląda też na to, że ten drugi dzieciak, którego niby miała z Loganem, też teoretycznie już powinien być na świecie. I znów: jak? gdzie? kiedy? Spory mindfuck nam tu Bendis zafundował. Lepiej, żeby był w stanie to wszystko logicznie wyjaśnić i zrobił to szybko, bo jak na razie nie podoba mi się to wszystko. Nie jestem również zachwycony przeciąganiem konfliktu ze złymi X-Men z przyszłości, który nie sprawdził się w BotA. Sama bijatyka nie jest może zła, ale większy obrazek sprawia, że całość mi nie leży. Trudno więc cieszyć się detalami, nawet jeśli bywają fajne i nieźle wyglądają. Za całokształt, po lekkim naciągnięciu, dam 4/10, ale ocena poleci, jeśli nie będzie wyjaśnień.
Darkbubo: Powrót złych X-men z przyszłości oraz powrót niektórych postaci z zaświatów (co dziwi nie tylko czytelnika ale także bohaterów komiksu). Kreska bardzo przyjemna, a fabuła nawet ciekawa, choć miejsami jest zbyt chaotyczna. Otrzymujemy szczątkowe odpowiedzi na pytania dotyczące genezy kilku mutantów z przyszłości ale paradoksalnie rodzi to tylko więcej wątpliwości i pytań. Na dokładne poznanie ich originu, motywów i celów będziemy chyba musieli jeszcze poczekać.avalonpulse0352a%20%5B1600x1200%5D.JPG
Krzycer: ...co do diabła? To znaczy, miło, że dostajemy trochę informacji o Razie i (Kolejnym) Złym Xavierze, zwłaszcza, że powinniśmy byli dostać te informacji już w Battle of the Atom. Ale... co do diabła? Robienie z Mystique rozpłodowczyni jest idiotyczne, dopisywanie jej relacji z Xavierem jeszcze głupsze... Kiedy to niby miało mieć miejsce, czemu? Ratunku, pomocy, nie ogarniam świata...
Ale. Przechodząc nad powyższym do porządku dziennego, numer jest całkiem w porządku. Przyszłe bractwo przyszłych złych zabiera się do roboty inteligentnie (...ale czemu oni w ogóle tu są?), a i X-Men zdobywają parę ładnych punktów. Na dodatek wszystko to jest całkiem ładnie narysowane. Więc - bez zastanawiania się nad tym, co się dzieje - jest to całkiem przyjemny komiks akcji.
Ale laboga, z iloma pytaniami zostawia czytelnika. Strach się bać. Zwłaszcza, że Bendis zazwyczaj chętnie stawia pytania, ale bardzo, bardzo niechętnie udziela odpowiedzi, więc obawiam się, że zostawi nas z takim chaosem.
Sążny: Jednym ze stałych elementów w drużynowych komiksach superbohaterskich, a tych z X-Men szczególnie, jest schodzenie się i rozchodzenie postaci. Ale to, w jakie konfiguracje wpycha Mystique Bendis to już jazda, której nie powstydziliby się scenarzyści wenezuelskich telenowel. Wychodzi, że jeszcze oprócz czerwonowłosego i niebieskoskórego buca na miarę Dakena mamy jeszcze syna Xaviera, który gdzieś tam sobie już raczkuje. Może właśnie do tego nawiąże Bendis w "The Last Will and Testament of Charles Xavier"?
A akcja w szkole została bardzo fajnie nakreślona. Dzieje się dużo, jest chaos udziela się wszystkim (ze scenarzystą i czytelnikiem włącznie), ale każda ze stron wykazuje się pomyślunkiem, co jest bardzo miło widziane. Immonen potwierdza, że jest jednym z najsolidniejszych rysowników w biznesie.
Frosty: Xavier i Raven? Idiotyczne. Po prostu brak mi słów.
Relacje Jean, Emmy i Scott'a mi się podobały. Szczególnie ten punch Emmy.
Największy fail, to fakt, że kolejna Kukułka zmieniła kolor włosów. Tym razem rudy, ale po co?
Widziałem już w Uncanny, że mają wszystkie inne, ale myślałem, że tutaj zostanie to naprostowane. 5/10.

Avengers Undercover #4
Gil: Masochizm znów wziął górę, albo podświadomie czekałem na kolejną okazję, żeby sobie poużywać na tej serii... No, coż – nie zawiodła. Chociaż na samym początku trochę byłem zaskoczony, bo z ust Cammi wyszło parę sensownych zdań. Ale nie, to tylko podpucha. Bo jakże by to było możliwe, żeby Hopeless napisał więcej niż kilka zdań z sensem? Już chyba na trzeciej stronie wraca do zwyczajowego bełkotu i beznadziejności. No bo tak: zabili Arcade’a i w chwili przebłysku dotarło do nich, że znaleźli się w czarnej dupie, więc co robią? Oczywiście jeszcze bardziej się pogrążają... „Hej, tu na pewno jest pełno kamer i wszystko idzie live do netu” – pomyśleli, po czym zaczęli przebijać się przez tłum przemocą. Chciałbym tylko przypomnieć, że w posiadłości znajdowała się również zgraja bogatych snobów, którzy przyszli się mordować dla zabawy... przed kamerami. Bo będąc obrzydliwie bogatym i wpływowym człowiekiem, właśnie to robisz, żeby się zrujnować. I co dalej? Najwyraźniej transmisję oglądali ludkowie z SHIELD. Którzy postanowili, że nie będą nic z tym robić, aż do momentu, kiedy dzieciaki postanowiły uciec. Teoretycznie w celach SHIELD mogłoby się mieścić zbieranie haków na wspomnianych bogaczy, co tłumaczyłoby, że takie zabawy byłyby im wręcz na rekę i nie chcieliby nic z tym robić... tylko, że transmisja szła live do netu, więc materiał nie miałby dla nich żadnej wartości, skoro wszyscy mogli mieć dostęp. Dziwnym zbiegiem okoliczności, Helicarrier pojawia się dokładnie w momencie, kiedy dzieciaki wypadają z rezydencji i równie dziwnym zbiegiem okoliczności zostają unieszkodliwieni przez Dementorów. Najwyraźniej SHIELD ma ich teraz w swoich szeregach, bo czemu nie... Kolejna sprzeczność: gdyby obserwowali sytuację od początku i chcieli powstrzymać Arcade’a, to znaczyłoby że przywieźli armatę na komara, więc skoro oddział jest dopasowany do przeciwnika znaczy, że zareagowali dopiero po fakcie i zjawili się błyskawicznie. Tak czy tak, źle to o nich świadczy. No, ale dobra – aresztowanie dzieciaków zajęło im ze dwie strony, po czym przechodzimy do serii farmazonów. Pozamykali ich w celach, ale oczywiście pozwolili na odwiedziny krewnych i znajomych, bo tak właśnie robią służby specjalne po aresztowaniu przestępców. Cel jest jeden: prawienie morałów. I to bynajmniej nie o takich rzeczach jak odpowiedzialność, chociaż udają, że tego dotyczą. Nie, tak naprawdę cała dyskusja jest o tym, że dzieciaki nie chcą, żeby ktoś im mówił, co mają robić, więc przy okazji nakręcane są wszelkie możliwe konflikty (fani Runawaysów pewnie przeszli serię wylewów widząc, jak rozpada się ta rodzina). I to wszystko jest wstempem do clue numeru, czyli tego, co na okładce opisali cytatem z IGN (swoją drogą, chyba napisanego z wyprzedzeniem, a z pewnością wyjętego z kontekstu) jako „wiarygodną i przemyślaną historię o uwiedzeniu młodych bohaterów przez złoczyńcę”. Wiecie, co naprawdę się pod tym kryje? Hellstorm bez żadnych problemów porywa ich z cel i dostarcza do siedziby Zemo. Tam dowiadujemy się, że przemyślana historia o uwiedzeniu wygląda raczej jak podryw na lans. "Siema, dzieciaczki. Jestem Zemo. Patrzcie jaki mam wielki stół i kupę żarcia na nim, tu są moje portrety, a tu trzymam moją kolekcję złotych sztabek. Tam są moje minionki, które będą was wielbić, a w ogóle to możecie robić co chcecie. Fajnie, co?" Powtórzmy zatem jeszcze raz: przemyślana historia o uwiedzeniu młodych bohaterów według Hopelessa oznacza "możecie robić co chcecie i mieć co chcecie". Bardzo %^®#@ głęboko filozoficzne podejście. Aaa... i jeszcze taka drobnostka: Zemo kiedyś przewodził Thunderboltsom i parę razy sam wykazał się zaskakującym bohaterstwem. Czyli mamy kolejną zeszmaconą postać, którą zredukowano do generycznego złoczyńcy. Zatem poziom pół metra w mule na dnie został utrzymany. Aha, na początku rysunki wyglądają koszmarnie. Potem robi się nieco lepiej, ale i tak jest to o mile od dobrego poziomu Walkera.
Krzycer: O, to było głupie. Co za zaskoczenie. Cammie jest pisana jako ta rozsądna, ale jej argumenty czemu powinni natychmiast uciekać są głupie. To, że młodzi zostają aresztowani przez SHIELD... ok, SHIELD tak działa. Zatrzymanie do wyjaśnienia. To jest ok.
To, że zatrzymanych młodych od razu mogę odwiedzać krewni i znajomi jest niewyobrażalnie głupie.
A potem dochodzimy do Zema. I... jak już przyjmiemy to, że Zemo z jakiegoś powodu przestał być antybohaterem/odrobinę pozytywną postacią... to Zemo jest napisany w porządku. Głównie dlatego, że nie mówi niczego konkretnego i na razie nie wiadomo jakie są jego prawdziwe zamiary. Pewnie okaże się, że są głupie.
Sążny: Uciekajmy, bo przecież to wcale nie postawi nas w jeszcze gorszym świetle. Postawmy się S.H.I.E.L.D., bo przecież nie chcemy pokazać, że zależy nam na współpracy i pomocy. Odepchnijmy rodziców, bo przecież tak doskonale sobie ze wszystkim poradziliśmy (choć to akurat jest przełknęcia w przypadku nastoletniego bohatera). Posłuchajmy barona Zemo sprzed dwóch dekad, bo w końcu trzeba jakoś zawiązać akcję. Gdzie tu sens, gdzie logika?
 
Avengers vol. 5 #29
Gil: Na razie nie wiemy jeszcze, jaki to ma związek z Original Sin i czy logo na okładce jest uzasadnione, więc nie będę się na ten temat wypowiadał. Skupmy się więc, na zawartości: Cóż, w końcu musiało do tego dojść. Batman musiał się w końcu dowiedzieć, że JLA usunęli mu wspom… oh, wait… Jakoś tak skojarzenie samo mi się nasunęło. A jak wziąć pod uwagę, że wyszło to na jaw w okolicznościach morderstwa postaci luźno z grupą związanej odkryjemy, że nie jest to jedyne skojarzenie z Identity Crisis od konkurencji… Cóż, może to tylko zbieg okoliczności? Ale mając punkt odniesienia, możemy sobie co nieco porównać i mieć nadzieje, że tutaj wyjdzie im trochę lepiej. Póki co, nie jest źle, ale jednak mało oryginalnie. Konflikt między Stevem i Tośkiem to nic nowego, chociaż tym razem nieco inaczej przedstawiony. Okoliczności? Patrz wyżej. No i sporo z tego jest powtórką z New Avengers, chociaż odrobinę wzbogaconą o detale. Czyta się wciąż dobrze, ale dominującym uczuciem jest jednak: „no dobra, to już wiemy, pójdźmy dalej”. Tak więc, czekając na ciąg dalszy i rozwinięcie tematu, tymczasem dam słabsze 6/10.
wolvie111: Pierwszy grzech odkryty. Steve dowiedział się co zrobili mu Illuminati i się wścieka. I jak na tym wychodzi? Dla mnie po raz kolejny Captain okazuje się zadufanym w sobie, aroganckim bucem. O co cały ten hałas? Bo największe mózgi na Ziemi wykluczyły go z decydowania o losach naszego świata? Tylko on może decydować co jest dobre, a co złe? Na prawdę denerwuje mnie ta postać, ostatnio na podobnego idiotę wyszedł podczas Avengers vs. X-men. Dla mnie działanie Illuminati w tej sytuacji jest jak najbardziej na miejscu, ale cóż nie mnie to chyba oceniać. Rysunki spoko, dziwi mnie, że Leinil, którego jeszcze niedawno nie znosiłem przekonuje mnie do siebie po raz kolejny.
Sążny: Wyszło szydło z worka, ale to było do przewidzenia odkąd ten worek zawiązano. Nie dziwi, że Kapitan jest wkurzony, ale pomny doświadczeń chociażby z Civil War (do której ze względu na sam fakt konfliktu między tymi postaciami wielu tę sytuację przyrównuje) powinien trochę ładniej to rozegrać niż zrobić Tony'emu wbitę z trzema przekozakami za plecami. Poza tym numer przegadany, ale może Time Gem da nam ciekawą opowieść osadzoną w dalekiej przyszłości. Rysunki Yu jakby robione na chybcika, ale może to wina ciemnej kolorystyki.

Captain America vol. 7 #20
Gil: W przeciwieństwie do na przykład Undercover, nie mam nawet takiego powodu, by dalej czytać tę serię, jak możliwość wyładowania negatywnych emocji. Zawsze wygląda to tak samo: wezmę, zerknę, westchnę jakie to głupie i tyle. Nawet nie bardzo jest się na co wściekać, bo to po prostu nic nie ma, poza złym tripem scenarzysty. Chyba najwyższa pora dać sobie siana… A tym razem znów 2/10.
Sążny: Jeden dobry rzut tarczą i załatwione? No, nie popisał się ten Dr. Mindbubble. Tak samo jak w wizji Steve'a, która jest tak grubymi nićmi szyta, iż od pierwszej strony wiadomo, że bańka. A teraz jeszcze potyczka z wielkim chińskim stworem. W pierwszej części runu można było się jeszcze popastwić nad rysunkami Romity, a teraz ten komiks po prostu w ogóle nie rusza.

Captain Marvel vol. 7 #3
Gil: Dalszy ciąg integracji Karolki z Guardiansami, trochę w klimatach gwiezdnowojennych. Czyta się nawet fajnie, ale to bardziej zasługa smaczków w dialogach, niż samej fabuły. Coś tam się niby dzieje, ale jakoś mi to przebiegło w tle rozmów i nie przykuło większej uwagi. Zauważyłem za to, że liternik się pogubił parę razy. Tak więc, jest to komiks, w którym decydującą rolę pełnią szczegóły. Raz są fajne, raz trochę denerwujące, ale ogólnie nie przeszkadzają sobie wzajemnie z fabułą. I tak prawdę mówiąc, już nie bardzo pamiętam, co tu się wydarzyło… Dam więc 5/10.
Sążny: Bardzo dobrze, że ten komiks pokazuje (choć momentami w łopatologiczny sposób), że samo rozwiązanie konfliktu to tylko początek wytężonej pracy, której celem jest powrót do normalności. Idzie to wprawdzie trochę schematem "jesteś biała i myślisz, że wszystko wiesz", ale sposób w jaki pisana jest Carol pozwala przymknąć na to oko, a Lopez spisuje się tu o wiele lepiej niż w X-Men Wooda.
rodzyn: Mam nadzieję, że Guardians of the Galaxy nie będą zaglądali do tej serii częściej i ich spotkania z Carol ograniczą się do ich serii. Choć lubię Star-Lorda i jego drużynę, o wiele lepiej ten komiks prezentuje się przy przedstawianiu solowych przygód Captain Marvel. Ciekawi mnie, jak potoczą się dalsze losy rasy, której przedstawicielem jest nowa towarzyszka Carol, bo z pewnością łatwo nie będzie. Do tego dochodzą dobre rysunki Lopeza i tyle wystarcza mi na ten moment, by uznać tę serię za interesującą i wartą czytania.

Deadly Hands Of Kung Fu #1
Gil: Przyznam się, że trochę czekałem na tę serię, bo miałem nadzieje na coś świeżego lub czerpiącego z klimatów Immortal Iron Fist. No i dupa, panie… Okazało się, że jest to kolejna generyczna historyjka sensacyjna, w której głównego bohatera równie dobrze można by zastąpić dowolną inną postacią z sensacyjnego kąta uniwersum, jak i pierwszym lepszym aktorem kina akcji. Kogoś zabijają, ktoś leci szukać winnych i w cos się wplątuje. O ile jeszcze Shang Chi jest fajnie prowadzony, tak cała reszta jest zupełnie rozmyta, a rysunki Huata z całą pewnością nie pomagają w odbiorze. Tak więc, zawiodłem się i wyrażę to przez 3/10.
Demogorgon: Jasne, zacznijmy komiks od zabicia żeńskiego członka supporting cast głównego bohatera. Jane, wrzućmy popularnego złoczyńcę by dostał łomot od głównego bohatera i zróbmy to w sposób, w którym on wcale nie wypada dobrze. I powierzmy rysunki komuś, kto nie wie jak rysować sceny akcji.
Ja chyba podziękuję tej serii.
kuba g: Pierwszy raz od dawna męczyłem się aż tak bardzo czytając komiks, na który w sumie czekałem. Nie dlatego, że jest jakiś wybitnie zły, tylko przez rysownika, którego styl drażni mnie prawie jakby był samym Markiem Bagleyem. Wow. Na przyszłość będę pamiętał aby trzymać się z daleka gdy na okładce komiksu zobaczę, że rysownikiem jest Tan Eng Huat. Amen.
Tragiczne rysunki tylko ciągną historię w dół, która niestety też do genialnych nie należy. Nie wiem czemu tak wielu scenarzystów biorąc się za za Shanga musi od razu wejść w jego głowę i zalewać nas całą masą nudnych monologów wewnętrznych udających mądrości wschodu. Bo ani to mądre, ani też specjalnie wschodnie panie Benson. Ja wiem, że Bruce Lee w swoim słynnym "bądź jak woda" był super, ale parafrazować i nawiązywać do mistrza to trzeba umieć.
Narzekałem to też pochwalę. Bensonowi udało się w miarę przejść przez motyw morderstwa w bliskim otoczeniu protagonisty, ukrywając sprawnie to, że jest to tylko scenariuszowa wymówka. Śmierć, mimo, że szybka prowadzi naturalnie do pierwszych pytań, zostawiając miejsce dla chwili żałoby i zaakceptowania tego jako podstawy historii. Bo mimo, że nie zostało to napisane jakoś fantastycznie, buduje to faktycznie historię, która przecież od początku ma być tylko wariacją na temat "motywu zemsty", tutaj wymieszana z odrobiną taniej szpiegowskiej przygody.
Niestety komiks na który liczyłem (przez moją sympatię do postaci) na razie nie sprostał moim oczekiwaniom i nie budzi nadziei na poprawę... ale skoro to tylko miniseria (a preordery już za nami) to i tak sprawdzę to do końca.
Sążny: O ile rysunki Huata dało się przełknąć przy oglądaniu wykwitów umysłu Legiona, o tyle tutaj są po prostu brzydkie. A zawiązanie akcji zgrabnie podąża za konwencję, o czym zresztą już była mała dyskusja w tym temacie. Jest to konieczne przy pierwszym numerze, więc czytamy dalej, uzbrojeni już w świadomość styczności z takimi, a nie innymi rysunkami.
rodzyn: Ludzie narzekają na rysunki, ale mi jakoś nieszczególnie przeszkadzają. Powiedziałbym nawet, że prezentują się lepiej niż w Legacy Spurriera. Może niekoniecznie pasują do tej historii, ale nie jest źle. Natomiast sama fabuła nie pokazuje niczego specjalnego i na ten moment nie jestem przekonany do tego, by w kolejnych numerach coś się w tym przypadku zmieniło. Mam nadzieję, że chociaż monologów wewnętrznych będzie mniej. Zaskoczyło mnie to, że jest to pierwszy numer miniserii, bo byłem przekonany, że będzie to ongoing. Może to i lepiej?

Deadpool vol. 3 #28
Sążny: Szalona gonitwa ulicami Tokio bardzo dobrze zdaje egzamin w połowie drogi między większymi historiami. Interakcje między Deadpoolem a Shiklah, choć wylewające się od słodkości (jeszcze) nie męczą. Cameo Sunfire'a jest od czapy, ale pojawienie się północnokoreańskiego Nightcrawlera daje zapowiedź tego, że wkrótce powrócimy do chyba najlepszej historii dueat Posehn & Duggan. A przed nami grzebanie pod szyldem Original Sin...

Fantastic Four vol. 5 #4
Gil: Centralnym punktem numeru jest bijatyka z All-New Frightfull Four. I jest to całkiem dobra bijatyka, w której właściwie wykorzystano wszystkie postacie i ich umiejętności. Dodatkowym atutem jest też gościnny występ większej części Future Foundation, którzy są całkiem przyzwoitą grupą, gdy nie pisze ich Fraction i coś od siebie wnoszą. Przeciwnicy również nieźle się spisują, chociaż określiłbym ich raczej jako Wrecking Crew feat. Wizard. Ale fajna z nich kombinacja. Nieźle spisał się też Johnny, chociaż mocy pozbawiony (rymłem). Jak na razie, pomysł Robinsona na ten tytuł mi pasuje i czyta mi się go całkiem dobrze, więc może dostać słabsze 7/10.
Sążny: Czego to S.H.I.E.L.D. nie zrobi. A to się zajmie superzłoczyńcą, a to wsadzi nastolatków do więzienia. Przejmie też chałupę niczym komornik i wręczy nakaz sądowy. Normalnie chłopaki od wszystkiego. Fajnie, że scenarzysta pamięta o zastępczęj Czwórce - może to Shulkie będzie broniła Richardsów w sądzie? Zajmująca większość numerów bitka bardzo fajnie poprowadzona i - co ważna - rozwiązana z pomysłem.
rodzyn: Wiele od tej serii nie wymagam i jak na ten moment świetnie się to sprawdza. Dostajemy pojedynek ze starymi/nowymi wrogami, pojawia się zastępczy skład FF, a nasza drużyna ponownie zostaje pozbawiona swojej siedziby. Szkoda natomiast, że nie zostaje rozwinięty wątek Valerii i Victora. Seria ta to czysta rozrywka i wykorzystanie elementów dobrze znanych z przeszłości zespołu.

Iron Man vol. 5 #25
Gil: Antek poza swoim żywiołem sprawdza się znakomicie. Nowy pancerz wygląda świetnie i design ten wybitnie pasuje do okoliczności. Samo starcie z Mrocznymi Elfami również jest dobre, a przy tym zaskakująco brutalne. Cóż, trochę widać w tym regułę: „jeśli to nie człowiek, można to bezkarnie zabić”, ale nie powiem, żeby mnie to jakoś kłuło w oczy. Pierwszy raz naprawdę podoba mi się historia z Malekhithem, a to też o czymś świadczy. No i na scenę wkraczają pozostali członkowie Brotherhood Of The Bling, którzy są interesującą zbieraniną. Całość jest fajnie narysowana, a tusz i kolory dodają co nieco do klimatu, więc generalnie jestem na tak i dam 7/10.
Sążny: Podoba mi się sposób rozmontowania ekipy Malekitha przez Starka i to, że w końcu ktoś wzbudził wyraz strachu na twarzy tego elfa. Wiąże się to z konsekwentnym prowadzeniem przez Gillena postaci Tony'ego, który cały czas musi udowadniać swoją wartość. Jeden z tych lepszych numerów w obecnej serii, a przywoite rysunki tylko pomagają w odbiorze.

New Avengers vol. 3 #18
Gil: Hej, pamiętacie ten wielki pojedynek, który obiecali nam w poprzednim numerze? Nie znajdziecie go tutaj! Ha! Zamiast tego, mamy całą serię przygotowań, które ten moment odwlekają. Nie są może złe, bo każda z osobna coś wnosi, ale chciałbym w końcu zobaczyć efekty. No, ale cóż… Na pocieszenie mamy kilka fajnych rozmów. Najbardziej podobała mi się ta między Tośkiem, a Black Swan, oraz Maximusem i Lockjawem, a całkiem niezłe była też te między Panterem i jego przodkami. Zgrzyta trochę wprowadzanie Bannera w tajniki, bo rozmija się z wydarzeniami w jego solówce. Ale jak wspomniałem przy tamtej okazji, pewnie wszyscy będę je zlewać, więc yeah, whatever. No i muszę zauważyć, że Valerio Schitti ma ciekawe podejście do tego teamu. Mimo niecierpliwości przyznam jednak, że zasługuje na mocne 6/10.
Sążny: Drugi raz Hickman w tygodniu i drugi raz przegadany Hickman, przeciągający czas dzielący nas do rozpoczęcia konfrontacji dwóch ekip superbohaterów. Miło jest powitać z powrotem Black Bolta, a apetyt zaostrza pytanie do Black Panthera, bo nie kryję, że z interakcji między postaciami to właśnie te między Namorem a T'Challą wciągają mnie najbardziej. No i cieszy mnie angaż Schitiego do tak dużego tytułu - jest duuużo lepiej niż w ostatnim numerze.

Nightcrawler vol. 4 #2
Gil: To już drugi numer, więc możemy zacząć mówić o jakiś cechach charakterystycznych. A może nawet i o cudach, bo tak właśnie określiłbym fakt, że Claremont nie zatopił całości w potoku słów, opisujących to, co i tak już widzimy. Być może dłuższa przerwa od pisania wyszła mu na dobre? A jednak niektórych oczywistości nie udało się uniknąć, bo jak tylko Claremont bierze się za Nightcrawlera, to zaraz musi wyciągnąć Margali i jej cyrk. Tak więc, na ten zeszyt składają się w połowie retrospekcje, a w drugiej połowie niepotrzebna bijatyka z cyrkowcami oraz może dwie strony, które naprawdę popychają naprzód fabułę. Ale mimo wszystko, nadal da się to czytać z pewnymi pozytywnymi odczuciami i dość dobrze wygląda. Czyli jeszcze raz dam słabsze 6/10.
Sążny: Bardzo przyjemne czytadło. Mimo, że historia "jest, bo jest", a losy świata nie wiszą na włosku, to właśnie z tego powodu można nacieszyć się powrotem Kurta pisanego w idealnie pasującym do niego charakterze i z naprawdę ładnymi rysunkami. A że wszystko jest ciut niedzisiejsze? Mi to nie przeszkadza ani trochę.

Secret Avengers vol. 3 #3
Gil: Wow! Jestem naprawdę zaskoczony... jak w tej serii nic się nie dzieje… Poprzednio uratowali z kosmicznego dryfu Fury juniora i Coulsona, a teraz… dużo o tym mówią. Serio. To jakaś przejściówka pomiędzy poprzednią, krótką historyjką, a jakąś następną. Niewiele się dzieje, poza jedną sceną akcji, która pokazuje, że Coulson ma kolana z waty, ale jak trzeba to się ogarnie. Miałem przy tym wrażenie, że Kot i Hopeless zaczerpnęli definicję PTSD z tego samego miejsca, w którym plecy tracą swą szlachetną nazwę. W sumie, to bardziej przypominało to drugą część Hot Shotsów, niż coś, co kwalifikuje się pod Secret Avengers… Cóż, może następnym razem, bo zapowiada się, że w końcu będzie jakaś prawdziwa tajna misja. Ale tym razem spadają na 4/10.
Sążny: Można tę serię równie dobrze zatytułować "Hawkeye Wannabe". Ba, nawet jest tam Hawkeye! Lady Bullseye, nawiązanie do starych gier, pogaduszki z bombą o imieniu Vladimir - dużo tego i obawiam się, że w pewnym momencie scenarzysta może przeszarżować. Ale na razie po raz pierwszy przy tej serii naprawdę dobrze się bawię, nawet pomimo paru wpadek i nie do końca odpowiadającego mi prowadzenia Spider-Woman. A rysunki? Wspominałem już o "Hawkeye Wannabe"?
rodzyn: Gdyby tę serię pozbawiono kilku niepotrzebnych nawiązań do filmowego uniwersum, z pewnością czytałoby sie ją lepiej. Szkoda też, że w tym numerze nie pojawia się MODOK, bo jest on największą zaletą tego ongoingu. Mimo to numer ten dostarcza sporo rozrywki i widać, że Kot ma jakiś pomysł na tę serię. Dopełnieniem całości są bardzo dobre rysunki, których wartość widać na kilku świetnych kadrach.

United States Of Murder Inc. #1
kuba g: Hmmm, trzeba przyznać, że kryminał wraca z buta do łask czytelników komiksów. Nie to, że był okres gdy zniknął, nie. Kryminał, w takiej czy innej formie był zawsze i będzie, ale nie często jest tak bardzo obecny wśród oferty wydawniczej. Po cześci obecny stan rzeczy zawdzięczamy Bendisowi. Tak, zawdzięczamy mu to. Od pierwszych niezależnych historii skaczących od Caliber do Image, po jedne z najlepszych okołokryminalnych historii już w Marvelu. Bendis był jednym z najlepszych gatunku zanim wszyscy zachwycili się Criminal Brubakera (i zdali sobie sprawę, że takie historie pisał jeszcze zanim dostał fuchę w Wildstorm). Bendis, Brubaker, Rucka, Remender z Last Days Of American Crime, Azzarello, czy Fialkov z Tumor. Tych twórców jest wielu (jeszcze więcej), wiele tytułów ostatnich 20 lat (specjalnie nie wspominam o Sin City) i ogromną ilość z nich zawdzięczamy Bendisowi - Goldfish, Jinx, Fire, Torso (z Andreyko), Alias, Powers z Oemingiem... do tej biblioteki dostajemy teraz The United States Of Murder Inc.
I całe szczęście.
Bendis wziął do współpracy znów Oeminga, więc możemy wyobrazić sobie co dostaniemy graficznie. Grubociosane figury, zainspirowane animowanym Batmanem, dynamika, dużo czerni... i najlepsze kolory jakie dotychczas dostał Oeming dzięki Taki Soma. Jeżeli lubice Oeminga to będziecie zadowoleni, jeżeli Powers było dla Was nie do zaakceptowania przez rysunki to może nawet nie próbujcie ruszać TUSOMInc.
Scenariuszowo dostaliśmy szalony pomysł ze stworzeniem świata, w którym prywatna armia amerykańskiego syndykatu (właśnie Murder Inc.) nigdy nie została rozbita przez organy ścigania, wręcz rosła w siłę przez co przejęła panowanie nad całym wschodnim wybrzeżem USA. Ciekawy pomysł łączenia autentycznej historii amerykańskiego podziemia przestępczego (właśnie Murder Inc) z alternatywną wizją historii (przejęcie tej władzy musiało równać się zdradzeniu przez Murder Inc. ich wewnętrznego kodu, ale to moje domysły bo Bendis dopiero zaczyna nam prezentować mechanizmy swojego świata). To wszystko ubrane w typowo Benidsowskie dialogi i trochę szaleństwa.
The United States of Murder Inc. nie zaczyna się jak komiks z mainstreamu. Jest wolny, nie zostajemy zarzuceni informacjami, nie dostajemy zbyt szybko akcji, najpierw musimy wczuć się w klimat historii. Innymi słowy, Bendis wrócił do początków Powers, które wtedy nie zabijało tempem, ale klimatem, choć zawsze posiadało mocny cliffhanger (i tak samo jest w tym komiksie).
Nie chcę spoilerować, nie chcę zdradzać smaczków w tym komiksie, ale to jest Bendis jakiego lubię. ta historia nie rozwaliła mnie tak jak miałem z Powers ale liczę na to, że z każdym następnym zeszytem wkręci mnie bardziej... bo o ile Powers było z miejsca ciekawiej pisane, to stał za serią mniej oryginalny pomysł i świat, czyli coś co w United States of Murder Inc. zostało wymyślone perfekcyjnie. Ten komiks ma spore szanse być jedną z najlepszych autorskich serii 2014, obok Southern Bastards, The Fuse i The Fade Out.

Wolverine vol. 6 #6
Gil: Ostatnio ośmieliłem się stwierdzić, że Cornell nie może źle napisać MI:13. Niestety, było to stwierdzenie mocno na wyrost. Nie było może jakoś strasznie źle, jeśli chodzi o same postacie, ale w połączeniu z większym obrazkiem, wyszło kiepsko. Nowy pomysł na Wolverine’a nadal wybitnie mi się nie podoba i budzi sprzeciw. Czyli będzie 3/10.
Sążny: Ugh. Jest ciężko. M.I. 13 pojawiło się tylko na chwilę, a reszta historii poleciała po tylu madripoorowych kliszach ile się dało. Do tego jeszcze te rysunki karykaturalnie podkreślające jak "gritty" jest teraz Logan. Chyba rzeczywiście, jak zapowiada ostatnia strona, ta postać do momentu swojej miniserii o śmierci straci wszystko.

 X-Force vol. 4 #5
Gil: To może być ten moment, w którym ocena serii zaczyna przechodzić od "wiem, że jakoś to sensu nabierze" do "Spurrier, you magnifficent bastard!". Na razie to jeszcze stan przejściowy, ale jeśli dobrze wyczuwam kierunek, już niedługo znów przyjdzie pora na zachwyty. Tym razem też jest dobrze, bo wyjaśnienie wątków związanych z Marrow jest jak pchnięcie pierwszej kostki domina. No i nie muszę chyba mówić, że jest to dobre i solidne wyjaśnienie. Niech jeszcze tylko ogarną jej wygląd i znów będzie mogła się ubiegać o miejsce na liście moich ulubionych postaci. No i muszę dodać, że rysunki podobają mi się o wiele bardziej, niż w pierwszych numerach. Tak więc, to będzie mój numer tygodnia, z oceną 7/10.
avalonpulse0352b%20%5B1600x1200%5D.JPGDemogorgon: What? What? WHAT?!Czekaj, chcecie mi powiedzieć, że Marrow...what? Ale po co? Dlaczego? Si, czy ty na pewno wiesz, co robisz? Kurde blade ten komiks. Jestem w szoku. Jak, no poprostu...what?
Soundtrack: To
jdtennesse: Wow! Jestem mega zaskoczony – Spurrier zaserwował nam ostrą jazdę bez trzymanki. Nie, żebym narzekał. Ale te karty, które odkrył? Po pewnym spadku w poprzednim numerze, tym razem akcja wystrzeliła w niebo. Zazwyczaj preferuję ciekawe interakcje między bohaterami, ale jeżeli akcja jest tak dobrze skonstruowana, jak tutaj, to chętnie poproszę o więcej. Po pierwsze – to nie Marrow ginie (w co i tak nie wierzyłem, bo za bardzo chcieli nam to wmówić), ale sugerują nam, że aż dwoje z członków drużyny dożyło swego końca. I tak jak jestem skłonny uwierzyć w „śmierć” Meme (chociaż to w końcu jakaś komputerowa istota, pewnie gdzieś tam się ukryła), tak w śmierć Cable’a nie uwierzę, bynajmniej nie tak łatwo. Z innych ciekawostek – Marrow była w ciąży, zgłosiła się do programu „naprawczego”, przez co straciła dziecko i odzyskała moce. I w tym numerze dała niezły pokaz swoich umiejętności. A chwile monologu na początku dostarczyły nieco rozrywki i były swoistym preludium do kolejnych wydarzeń. Co więcej, mieliśmy cały czas przed nosem inhibitor na głowie Marrow, więc wszystko się pięknie zazębia. I nie wiem, co gorsze – te nowinki, czy fakt, że cała drużyna o tym wiedziała i ukryła to przed nią. Chwiejne moralnie decyzje zapewniają dobrą rozrywkę. Trochę pokręcone to podróżowanie po różnych wersjach ziemi i zbieranie sampli, ale jest uzasadnione i wyjaśnia kolejne wątki. A z kolei rewelacje dotyczące Cable’a wyjaśniają kolejne pytania i pięknie dopełniają całości. Jest to jeden z najlepszych komiksów jakie ostatnio czytałem. Rysunki są w porządku, chociaż jestem ciekawy jak Marrow by wyglądała w wykonaniu Kim(a?). Zakończenie to oczywiście typowy cliffhanger. Mam nadzieję, że za łatwo z tego nie wyjdą (może z pomocą Meme?). 9/10.
Sążny: Drugi komiks z X w tytule i znowu zagrywka z dziećmi. Kto następny? Co nie zmienia faktu, że dawkę akcji otrzymaliśmy konkretną, a szata graficzna o wiele bardziej mi pasuje niż w pierwszych numerach. Wszystko ustawione pod to, by Cable mógł się wykazać w następnym numerze, na co czekam z niecierpliwością.
rodzyn: Liczyłem na to, że Spurrier się rozkręci, ale nie oczekiwałem aż tak wiele. Świetna dawka akcji, chociaż ważniejsze jest dla mnie to co zrobił z postacią Marrow. To jak była prowadzona od początku numeru, a raczej od początku serii, w tym świetny monolog wewnętrzny, to coś genialnego i nie mogę doczekać się konsekwencji tych wydarzeń. Do tego Volga okazuje się być większym przeciwnikiem niż zakładałem na początku. Jeżeli chodzi o rysunki, to mam wrażenie, że są lepsze od tego co prezentował Kim, chociaż wolałbym, by całość pierwszej historii była rysowana przez jednego rysownika.
Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2013.05.14
AgentsOfShieldBanner.jpg

Agents of S.H.I.E.L.D. - 1x22 "Beginning of the End"


Ragnus: Finał super. Z każdą chwilą chce się więcej i więcej. Bardzo dobre sceny akcji jak i komediowe. Na samym początku trochę zbyt łatwa była walka na Kubie, ale tyle się działo przez całość, że ciężko było ją sztucznie wydłużać.
+ Garett, jego szaleństwo mnie urzekło
+ Deatlock 0 - w końcu super wygląd, jak najbardziej zbliżony do komiksowego Garetta
+ Gadżety dziadka Tripletta
+ wjazd na bazę Cyberteka Duży uśmiech
+ wyznanie miłości pod wodą z morałem dla mężczyzn: "Nie czekajcie jak kochacie".
Piker: Wielki plus za to, że nie poszli ścieżką najmniejszego oporu i zostawili Warda villainem (kiedyś pewnie się to zmieni, ale na razie wyszło lepiej niż dobrze).
Garrett w swoim błogostanie (na pewno nie dali mu ecstasy zamiast leku? ;]) podoba mi się mniej niż ten z poprzednich odcinków wszystko na zimno kalkulujący, ale nie było źle.
Spodziewałem się, że walka May vs Ward będzie zacięta, ale to było szaleństwo... W serialu PG-13 zazwyczaj nie używa się w walce wręcz pistoletu na gwoździe i pił elektrycznych - idealne starcie.
SLJ wypadł świetnie - pokazał doskonale swój niemały talent komediowy. Szkoda tylko, że powrót Fury'ego nie wiązał się z jakimś misternym, wielopoziomowym master planem - po prostu przyszedł z bronią - jak dla mnie trochę zmarnowano potencjał jego pojawienia się.
Co do komedii - dialog o tym, że Garrett wyrzucił z pamięci słowa "part of" z mowy Fury'ego i dlatego jest villainem (głównie dzięki mimice wszystkich postaci w tej scenie) - idealny.
Tajemniczy ojciec Sky (czyżby jakaś wariacja Penance'a - projekcja energii aktywowana bólem to wystarczająco makabryczna zdolność, by nazwać kogoś potworem i dawałoby to ciekawy wątek odkrywania przez Sky historii upadku jej rodziny - strzał na ślepo, ale to pierwsze skojarzenie z okaleczeniami) i kosmiczny autyzm Coulsona dają nadzieję na ciekawy 2. sezon.
December11: Fitz po raz czwarty udowodnił, że jest mężczyzną (1. You're gonna suffer do Garreta, 2. Do Talbota to kozackie 'dawaj je od razu' 3. 'Słyszysz? Cieszę sie że to zrobiłem!). Co sprawia, że w tej chwili jest moja ulubiona postacia. Nienawidzę Warda, (co prawdopodobnie oznacza, że wciąż go lubię) i mam wrażenie że przez kiepską grę Bretta na siłę zrobili z niego 'tego złego' (Albo 'tego słabego', whatever).
Bilbin: Odcinek moim skromnym zdaniem był doskonale wyważony. Każda postać miała swój moment i niejako zakończenie pewnego wątku w swoim życiu. Rozmowa Skype i Warda jest znakomita. Walka Warda i May jest szalenie zacięta i absolutnie wierzyłem, że to wysoko poziomowi agenci S.H.I.E.L.D. Motyw z Culsonem i Furym rozmawiającym o mowie i w ogóle pojawienie się Furyego to znakomite sceny. Simmons i Fitz są znakomitym duetem a scena pod wodą moim zdaniem stanowiła doskonałe "zakończenie" ich historii.
Jeśli miałbym mówić o całym sezonie, to mam wrażenie, że pierwszą połowę kręcili zupełnie inni ludzie, niż drugą. Nie wiem czy tak jest, ale takie jest moje odczucie. Niektóre wątki się lekko dłużyły, jak np. Culsona, ale fakt, że widzimy, że faktycznie zaczyna mu odbijać, jest bardzo miły. Skye, której na początku nie lubiłem w drugiej części sezonu stała się lepszą postacią w moich oczach. Jeśli mam być szczery motyw z Skye wprowadził bym znacznie później, przez to by się nie pałętał tak długo, a przeszłość Warda powinna być pokazana przynajmniej jeden odcinek wcześniej. Zgadzam się ponadto z przedmówcami, że jego postać przez te, że nie poszli po najmniejszej linii oporu, jest bardzo sympatyczna. A i na zakończenie: nigdy nie wkurzaj agentki May.
Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie Agents of S.H.I.E.L.D. - 01x22 "Beginning of End"
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.