Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #351 (12.05.2014)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 12 maja 2014Numer 19/2014 (351)


"Original Sin" oficjalnie możemy uznać za rozpoczęte. A dzisiejszy numer Pulse'a sponsoruje "All-New Marvel Now!". Tak, zgadza się. Wszystkie opiniowane w tym wydaniu serie zaczęły ukazywać się właśnie pod tym szyldem. I jak można przeczytać, inicjatywa ta naprawdę owocuje.

All-New X-Factor #7
Krzycer: Jestem fanem Petera Davida, zdążyłem się przyzwyczaić, że co jakiś czas wskakuje na tzw. soapbox i pisze komiks pod tezę. Zazwyczaj robi to w miarę subtelnie - a nawet jeśli nie subtelnie, to przynajmniej tezy są naturalnie wplecione w dialogi, i mi to nie przeszkadza.
A przynajmniej nie przeszkadza mi to, bo się z jego tezami zgadzam.
Ten numer zaczyna się od kłótni Danger i Quicksilvera o poglądy fikcyjnego autora. Autor jest fikcyjny, ale temat - czy kupować książkę kogoś, z czyimi poglądami się nie zgadzamy, jeśli te poglądy nie mają odzwierciedlenia w książce - to coś, czym PAD zajmował się ot choćby na swoim blogu, na który w miarę regularnie zaglądam. Więc z jednej strony mamy aferę z Cardem a propos zeszłorocznej premiery "Gry Endera", z drugiej z... jakimś gościem nominowanym do tegorocznej Hugo czy Nebuli czy czegoś jeszcze. Zdążyłem zapomnieć, zwłaszcza, że ta akurat afera nie przelała się na nasz internet.
I choć PAD wprowadza wątek mało subtelnie, to przynajmniej nie kończy dyskusji morałem, więc jakoś się to czyta. Nawet, jeśli cały czas zastanawiałem się, czemu Danger czyta książkę, skoro mogłaby w ułamku sekundy połknąć e-booka.
Potem robi się trochę ciekawiej, ale wątek córki krzykliwego bigoty nie zostaje szczególnie rozwinięty, więc nie bardzo mam co o nim pisać. Zapowiada się w miarę ciekawie.
Ale soapbox wróci w następnym numerze.
rodzyn: Kiedy już przekonałem się do tej serii, czytanie jej to czysta przyjemność. Drużyna wreszcie w komplecie, interakcje między poszczególnymi członkami są świetne, każdy ma coś do zaoferowanie tej grupie. Spodobała mi się rozmowa o autorze książki i tym, czy jego poglądy skreślają go jako twórcę. Do tego dochodzą wciąż dobre rysunki i jak zawsze świetna okładka Krisa Anki (wciąż żałuję, że dostaje do rysowania serie których aktualnie nie czytam, czyli np. bezprzymiotnikowe X-Men, bo jednak dla niego samego nie będę sięgał po ten tytuł).
jdtennesse: No way! Komu ciasta? Końcówka mnie zabiła. Ale od początku. Drużyna postanawia “uwolnić” dziewczynkę z rąk ojca po tym, jak Doug ogląda jej livestream w Internecie. Ojciec jest trochę porywczy, strzela do komputera. Większość numeru to interakcje, dyskusja między członkami załogi, czy „ratować” dziewczynkę czy nie. I trochę to przedłużone, ale ogólnie postaci wypadają fajnie. A nawet świetnie – relacje Danger-Warlock-Doug, bezcenne. Doug docinający Quickiemu – super. Również Danger jako postać wypada ciekawie, jej wątpliwości co do akcji są uzasadnione. A wracając do końcówki – okazuje się, że chyba jednak ojciec przetrzymując córkę w takim miejscu w taki sposób, wie co robi. Rysunki są najsłabszym ogniwem tej serii, przykro mi, ale się do nich nie przekonam. 7/10.

Black Widow vol. 3 #6
Sążny: No i dobiliśmy do końca pierwszej historii. Nadal podoba mi się lakoniczna Natasha, a wydarzenia wbrew drobnym obawom po pierwszych numerach zmierzają w kierunku grubszej sprawy. Cameo Clinta szczerze mnie rozbawiło, a kotek nadal jest przesłodki. Tylko rysunki Noto jakby robione na chybcika.

Cyclops vol. 3 #1
Krzycer: Nie mogę się doczekać, kiedy Corsair posadzi sobie Scotta na kolanie i wyjaśni mu, jak wrócił z zaświatów. A przy okazji opowie synkowi o Gabrielu, o którym chyba nikt miniCyclopsowi jeszcze nie wspomniał.
Tymczasem... cóż, to komiks o Cyclopsie z tatą w kosmosie. Dostaliśmy Cyclopsa z tatą w kosmosie. Czyta się ich świetnie, rysunki są dobre, miejscami bardzo dobre. Jeśli miałbym na cokolwiek narzekać, no to... nic tu nie jest zaskakujące. Ale to, co jest, jest bardzo dobre. Chcę więcej.
Choć wciąż się boję, że to wszystko służy tylko temu, by miniCyclops w jakiś sposób na stałe zajął miejsce Cyclopsa, czego bym nie chciał.
wolvie111: Bardzo pozytywnie odebrałem ten numer i mam na prawdę dobre przeczucia co do tej serii. Wysłanie młodego Scotta w kosmos było dobrym pomysłem. Podoba mi się, że mimo, iż mamy tu do czynienia z kosmosem to postać zarówno Scotta jak i Corsaira są takie ludzkie. Scott przechodzi swoje typowe dla szesnastolatka rozterki i zażenowania, a Christopher boi się, że niekoniecznie może nadawać się na ojca. Tak czy siak na pewno mam ochotę na kolejne numery z tym duetem, bo jest między nimi bardzo fajna, luźna relacja, którą dobrze się obserwuje. Poza nimi są również Strajmersi. Zawsze lubiłem tę drużynę i zawsze podobały mi się ich gościnne występy u X-men, cieszę się, więc, że wreszcie znalazło się gdzieś dla nich miejsce i może będę miał z nimi do czynienia częściej. Tym bardziej, że zawsze przepadałem za Hepzibah, która tutaj prezentuje się zjawiskowo. Swoją drogą warto zaznaczyć, że bardzo dobrze spisuje się rysownik. Rysunki wyraziste, dynamiczne i bardzo przyjemne dla oka (przede wszystkim Kotko-Skusko-Kobieta) Ogólnie oceniam bardzo dobrze, bo wszytko się tu zgadzało, numer zachęcił mnie na więcej, bo zapowiada się zabawna seria. Ocena 8/10.
avalonpulse0351a%20%5B1600x1200%5D.JPGDemogorgon: Nie wiem czego się spodziewałem, ale nie, że zobaczę, jak Greg Rucka pisze bardzo przekonującego szesnastolatka. Jego Scott jest naturalny, pełen sprzecznych emocji, które są jak najbardziej zrozumiałe w tym wieku. A my dostajemy bardzo sympatyczny, szybki numer, łączący w sobie sporo kosmicznej akcji w bardzo space-operowym stylu, oraz dylematów, rozterek i ogólnej dramy okresu dojrzewania. A do tego trochę miłych relacji z ojcem. Zaskakuje mnie, jak bardzo optymistyczny jest ton tej historii. Chyba pierwszy raz od kiedy czytam komiks o Cyclopsie, który jest zwyczajnie dobrą zabawą. Jak dobrze znów widzieć Ruckę w domu pomysłów.
rodzyn: Do samej idei solowej serii Cyclopsa nie byłem przekonany, ale jak się dowiedziałem, że pisze ją Rucka, to byłem pewien, że nie będzie zła. I nie myliłem się. Nie wiem, w jaki sposób Scott znalazł się na statku Starjammers, bo All-New X-Men zostawiłem po BotA, ale nie zmniejsza to mojej radości z lektury.
No właśnie, Starjammers. Każdy komiks z ich występem jest dla mnie czymś intersującym i wartym przeczytania. Nie wiem, kiedy pojawiła się moja sympatia do nich, możliwe, że dość dawno temu przy lekturze Dark Phoenix Saga. Rucka ukazuje ich tak jak bym tego oczekiwał, są ciekawą drużyną złożoną z intersujących postaci.
Warto wspomnięć o relacji ojciec-syn, którą Rucka świetnie rozwija. Scott zachowuje się tak jak na szesnastolatka przystało, ma wiele wątpliwości, czy po tak długim czasie wciąż dogada się z ojcem. Podobne myśli ma Corsair wobec syna, który wreszcie otrzymał szansę nadrobienia straconego czasu z synem.
Seria zapowiada się na interesującą lekturę ze świetnymi rysunkami Dautermana. Tylko byleby młody Cyclops nie został tu na stałe w tych czasch kosztem jego starszej wersji.
jdtennesse: Dostaliśmy space operę z młodym Scottem i jego ojcem w rolach głównych. I dokładnie tyle. Trochę walki z jakimiś kosmicznymi stworami, trochę relacji syn-ojciec oraz syn i kochanka ojca. Kilka żartów. Dobre rysunki. Ale to, co mi się najbardziej podobało to chyba to, że nie było tu X-Men. Wprawdzie Scott pisze list do Jeen, to jednak jest to niewielkim elementem historii. I bardzo dobrze. Zaczynam lubić Scotta, kiedy nie jest sobą. Przyjemnie się czyta młodego w innym wydaniu niż to dotychczasowe. 6/10.
Sążny: Miło powitać panów Ruckę i Dautermana w Marvelu. Pierwszy wraca po scysji wokół Punishera i jak za starych dobrych czasów z Wolverinem udowadnia, że umie dotrzeć do jądra postaci i wydobyć z nich to, co najciekawsze. Niezręczność zarówno Scotta, jak i Corsaira jest ujmująca, a również uchwycenie reszty Starjammers chociażby w krótkich dialogach nie pozostawia wiele do życzenia. Z kolei rysownik popisuje się czystą kreską, która jest również dynamiczna i pomysłowa (pierwsza strona!). Marvel powinien od razu dokooptować go do najnowszego rzutu Young Guns. Dodatkowo bardzo podoba mi się pomysł synowsko-ojcowskiego road tripa, podczas którego każdy będzie miał okazję dojrzeć. Mam tylko nadzieję, że Rucka jakoś sprawnie wybrnie z wprowadzonego przez siebie wątku choroby(?) Corsaira.

Iron Fist: The Living Weapon #2
Krzycer: ...oj. Hm. No cóż.
Jakby to ująć: K'un-L'un takie, jakie przedstawili Brubaker i Fraction, bardzo mi się podobało. To właściwie był mój pierwszy kontakt z tym miejscem, bo wcześniej nie czytałem Fista. W każdym razie ta mityczna kraina była tam fajnie przedstawiona, wielowymiarowo (wątek rewolucji maluczkich i bezimiennych), i ogólnie liczyłem, że ktoś kiedyś to wszystko wykorzysta i w tym świecie będzie opowiadał kolejne historie.
W związku z tym wszystkim, delikatnie rzecz ujmując, nie cieszy mnie rozwój historii, jaki serwuje nam Kaare Andrews. Poza tym wszystko jest jak w poprzednim numerze. No, może poza tym, że Danny nie rozwala pięścią żadnego helikoptera. Wygląda to wszystko ciekawie, ale nie miałem frajdy z tej lektury.
kuba g: Wygląda na to, że Andrews nie będzie w 100% wypinał się na Brubakerowo-Fractionową interpretację serii, ale nie będzie też udawał, że kontynuuje bezpośrednio z ich wątków. Immortal Iron Fist przestał ukazywać się 5 lat temu i mając świadomość ile rzeczy może zmienić się przez ten czas (i pamiętając co działo się chociażby w AxV i New Avengers) łatwiej zaakceptować nową rzeczywistość Iron Fista.
Może i jest mi trochę przykro, że Davos jest traktowany jednowymiarowo. Może i brak mi dłuższej podróży po K'un Lun i trochę mi źle z powodu tego co się z miastem stało... Ale nie mogę powiedzieć, że czyta mi się to źle. Andrews serwuje nam przede wszystkim rozrywkę, która tworzy pewną jakość w swoim miszmaszu inspiracji i klisz (gdyby tylko jeszcze motyw "Yellow Peril" nie był zarezerwowany głównie dla Shang Chi, ech). To naprawdę dobra zabawa wieloma motywami, prawie na granicy absurdu, dające prawie taką perwersyjną przyjemność z lektury jak kiedyś Incognito.
No i chyba jest ze mną źle, skoro największą frajdę mam gdy na horyzoncie pojawia się cała masa uzbrojonych Apaczy (śmigłowców, nie wojowników).
Demogorgon: Kilka kwestii. Po pierwsze, nie czytałem Immortal Iron Fist i nie wiem ,czy to jakiś wymysł Andrewsa, czy tak już było, ale co do diaska ma na sobie siostra Davosa? Co to kur...ka wodna ma być? Po drugie, czemu Davos jest znowu zły? Czy on nie zmienił aby stron? Po trzecie, czemu narracja Danny'ego jest taka pretensjonalna? Po czwarte, czemu nagle wciskają naukę i mieszają jąz magią, czy Kun Lun nie było zwyczajnie magiczne? Po...wiecie co? Za mało znam Iron Fista, ale to co znam wywołuje mi mentlik w głowie. Niektórzy mówią że Andrews próbuje dać nam bardziej tragiczne podejście do postaci i nie twierdzę, że to złe, ale chyba nie zdołam tego docenić, nei znając IIF i pewnie zostawię to i wrócę jak już nadrobię tamtą serię. Myślę, że dla zasady dam szansę trzeciemu numerowi, ale chyba tylko dlatego, że przy wszystkich swoich wadach seria nie zasługuje, abym rzucił ją wcześniej od Undercover.
rodzyn: Nie znam zbyt dobrze wcześniejszych przygód Iron Fista, ale to co tutaj się pojawia, jakkolwiek łączy się z wcześniejszymi odsłonami, nieszczególnie mnie interesuje. Andrews już w pierwszym numerze budził moje wątpliwości co do wartości tej serii i one wciąż się pojawiają. Rysunki też raz lepiej, raz gorzej. Może przyszły numer pozwoli mi ocenić tę serię i zadecydować o jej losie w mych zbiorach.

Loki: Agent Of Asgard #4
Krzycer: Z tej lektury miałem dużo frajdy. Może jest trochę zbyt jajcarska. To nie byłby problem, gdyby nie to, że Ewing regularnie wraca do kwestii tożsamości Lokiego i losu Kid Lokiego, a ten wątek wpleciony między grepsy mierzi. Jeśli to zamierzony efekt, to chciałbym wiedzieć, do czego ma prowadzić. Może kiedyś się dowiem.
Tymczasem przy każdym numerze bawię się doskonale.
Demogorgon: Nie spodziewałem się tego pana tutaj. Wiecie którego. Miła niespodzianka, bo i Ewing nieźle go pisze. A myślałem, że prócz Gillena już nikt sobie z nim nie radzi w Marvelu. A po za tym, dostaliśmy sporo humoru i sporo nawiązań, często całkiem niezłych. Miły numer, który stał się o wiele ciekawszy, gdy na scenę wkroczył wspomniany już ten pan - mam nadzieję, że będzie go więcej.
Soundtrack:Prince of Lies
rodzyn: Kolejny bardzo dobry numer, trudno powiedzieć tutaj coś więcej niż przy okazji poprzednich odsłon tej serii. Ewing ma plan i konsekwetnie odsłania jego drobne elementy przy okazji tych pojedyńczych historii. Loki jak zawsze stawia na swoim i przechytrza wszystkich wrogów. Cieszy pojawienie się jego wykrywającej kłamstwa koleżanki, a także ciekawa koalicja, która tworzy się na końcu numeru.

Magneto vol. 3 #3
Krzycer: Wciąż ostrożnie podchodzę do tego tytułu, szukając jakichkolwiek oznak typowego Bunnshitu. Tutaj chyba się przyczepię, że Mags po fakcie stwierdza "jaka ze mnie gapa, nie zapytałem, kto im powiedział o Sentinelu". Co jest trochę głupie. Tzn narracja próbuje nam to sprzedać, że Erik się tak uniósł, i że go poniosło i w ogóle, ale... nie było tego po nim widać.
Poza tym to kolejny porządny numer Punishera Lehnsherra.
Demogorgon: Hej, to dalej nie jest złe, o dziwo. Okej ,dalej nie umiem się przyzwyczaić do tego, że to właściwie Punisher z supermocami, grany przez Bruce'a Willisa, ale powoli zaczynam lubić to podejście do postaci. Jednakze Bunn ciągle gra na tych samych motywach - magneto odwiedza miejsce, ma wspominki z przeszłości, robi coś, by pokazać, że nie jest aż tak odmienny od jego wrogów, w następnym nuemrze policja trafia na miejsce jego wizyty z poprzedniego - i zaczynam powoli bać się, że mogą mi się w końcu znudzić.
rodzyn: Nie ukrywam, że jest to jak do tej pory najlepszy numer tej serii. Brak w nim tych kilku elementów, które irytowały przy okazji poprzednich odsłon, co jet oczywiście plusem. Magneto kontynuuje swoje śledztwo, czemu towarzyszą kolejne trupy, dostajemy także wspomnienia z masakry w Genoshy (co zawsze, paradoksalnie, miło wspominam, bo początek runu Morrisona w New X-Men był i jest jednym z moich ulubionych komiksów). A wszystko to przedstawione przez genialnego Waltę. Naprawdę warto, Bunn daje sobie radę.
jdtennesse: Bardzo dobry numer. Magneto odnajduje miejsce tworzenia sentineli oraz osobę odpowiedzialną za projekt. Bawią tłumaczenia doktor Alain, ze sentinele są tworzone dla ochrony, a nie ataku. Ale tą wersję już chyba słyszeliśmy i tym razem Magento w nią nie wierzy. Wykorzystywanie przypadkowych ludzi, bezdomnych, zabijanie ich, jest okrutne, szczególnie że krzywdę wyrządza człowiek innym ludziom. Świetne działania Magneto, badanie terenu za pomocą fal magnetycznych, tzw. mapowanie. Równie świetna jest jego brutalna reakcja. Do rysunków idzie się przyzwyczaić. Seria jest coraz lepsza. 7/10.

Miles Morales: The Ultimate Spider-Man #1
Krzycer: Świetne rysunki. Poza tym to ten sam USM jakiego Bendis pisze od... 14 lat? Czasami zapominam, że to już tyle.
No i oczywiście, to ten sam USM, choć to już nie ten sam Pająk. A może jednak? Nie podobała mi się ta końcówka. Trudno uwierzyć, by Parker miał naprawdę wrócić - zwłaszcza, gdy Miles doczekał się, by jego imię znalazło się w tytule - a skoro nie wierzę, to teraz będę z niecierpliwością czekał, aż Bendis wyjaśni czy to klon, podszywacz, Kameleon czy inna zaraza...

Moon Knight vol. 7 #3
Krzycer: W którym to Moon Knight bije nieumarłych punków. Co jeszcze można o tym powiedzieć? Że jest świetnie zilustrowany, tak jak poprzednie dwa? Że jest dziwny, ale w swej dziwności rewelacyjny? Tak jak poprzednie dwa? Itd, itp.
W tym momencie zastanawiam się, czy Ellis ma jednak jakąś większą historię w planach. A jeśli nie, to na ile takich jednostrzałówek starczy mu inwencji?
kuba g: Powrót Warrena do komiksu to najlepsza rzecz 2014. Przed nami kilka jego nowych projektów, a Moon Knight nie przestaje mnie zachwycać.
Nie wiem nawet co mnie bardziej cieszy w tym komiksie, gang złożony z punków-duchów, mistyczna zbroja Moon Knighta, następne wejście w nową interpretację "szaleństwa" Spectora czy... czy wszystko razem sprawiające, że Moon Knight staje się dla mnie jednoosobowym Planetary. Tak, serio. To, że Ellis dalej jest w stanie zamknąć się z całą historią w jednym zeszycie, to, że komentuje w historii całe spektrum inspiracji, to wszystko czego oczekuje po nim (w mainstreamowym komiksie). Odrobinę oddechu od reszty (innych bardzo dobrych) scenarzystów. I zupełnie inny poziom opowiadanych historii.
Wszystko to ubrane w przepiękne rysunki Shalveya i podobnie piekne kolory Bellaire. Małe cudo.
Demogorgon: Ha, myslałem, że bedzie coś innego, a tymczasem dostaliśmy kolejny, fajny numer. Urzeka mnie jakoś ten klimat Moon Knighta i to, jak po kolei bierze się za kolejne sprawy z krainy dziwnej fikcji. Tym razem w grę włączył się nieco bardziej jego obłęd, co tylko zwiększyło smaczek. Kostium z ptasią maską okazał się zadziwiająco creepy, a cały wątek z punkowymi duchami o wiele smutniejszy, niż się spodziewałem.
Soundtrack:Titan Battle
rodzyn: Łoł. Zdecydowanie numer tygodnia. Świetny pomysł z gangiem zjaw i zachwycający nowy kostium. Cieszy, że Ellis wrócił do komiksów i to w takim stylu. Do tego dochodzą genialne rysunki Shalveya. Nie ma co więcej pisać, to był świetny numer i warto go przeczytać.
Sążny: Lektura szybka, ale za to jaka! Czaderski nowy strój, duchy-punki, klimat wielkiego miasta i kadry skrzące się od smaczków, z których najbardziej rozwaliło mnie "Johnny, be good". Widać, że twórcy świetnie się bawią, co udziela się również czytelnikowi. Tylko gdzieś pod przykrywką tej całej zajefajności tli się pytanie, czy stoi za tym jakiś większy plan. Tak czy siak, jak na razie zabawa jest przednia.

New Warriors vol. 5 #4
Demogorgon: No, wreszcie ta ekipa się zebrała. Muszę przyznać, że przy tym, jak ze swoimi fabułami obecnie śmigają inne komiksy, ciągnęło się to trochę. Ten numer był w sumie taki sobie, trochę mało przekonujący, prócz tego, że postawił jakąś tajemniczą postać za High Evolutionarym i Evolutionarym (który z nich potrzebuje lepszego pseudonimu). Co było dobre w tym numerze to pierwsze pokazy mocy nowego Inhumana, postawienie pewnych pytań na temat Water Snake, ale przede wszystkim, Kaine i Aracerly. Jak nie kochać tej dwójki, no jak?
rodzyn: Polubiłem tę serię, ale zbyt długo trwała ta historia. Cztery numery to jak dla mnie za dużo jak na takie wprowadzenie i w porównaniu do pozostałych serii, które oferują nam jednozeszytowe wstępy, ta mogła trochę zmęczyć swoją długością. Mimo tego, Nowi New Warriors wydają się być ciekawą drużyną, a Yost świetnie ukazuje interakcje między jej poszczególnymi członkami. Dla mnie to jednak wciąż za mało, pora więc odpuścić kolejną serię o młodych herosach i skupić się na o wiele bardziej interesujących komiksach.

Original Sin #1
Krzycer: Mam jakieś dziwne odczucia po tej lekturze. Z jednej strony, zaczyna się dużo ciekawiej od wielu innych minionych eventów. Z drugiej strony, ten numer jest strasznie chaotyczny. Z pozytywów, podobają mi się dziwaczne team-upy które będziemy obserwować. Z negatywów, nie bardzo mi to leży w continuity, głównie ze względu na Logana; ale on jest problemem dla continuity odkąd Cornell zaczął się nim bawić, więc mniejsza o niego.
Aaron stonował swoją aaronowość, i dobrze (przymknijmy oko na Black Widow wychwalającą steki z niedźwiedzia), ale... Czegoś mi tu brakuje.
Chyba spodziewałem się jakiegoś rąbnięcia na koniec - na przykład ujawnienia pierwszego z tych sekretów, którymi Marvel nas mami odkąd zaczął reklamować OS.
kuba g: Nie chcę analizować za bardzo jakimi niewypałami były eventy Marvela od sporego czasu, jak mimo obiecującego początku, wszystko obracało się w pył wraz z ostatnimi numerami (no chyba, że mówimy o AvX, które miało max z trzy fajne sceny). Nie ma sensu. Ważne, że przez te wpady nie potrafię podejść z entuzjazmem do tego komiksu i wiem, że nawet gdyby pierwszy numer pozytywnie zaskoczył (jak prolog do tego eventu w wykonaniu Waida), to i tak nie zmieni to mojego sceptycyzmu.
I w sumie jest tak jak się spodziewałem.
To nie jest zły numer. Ma swoje zalety, ma swoje wady. Wszystko w równych proporcjach od pierwszej strony. Gdy podoba mi się scena z naszymi bohaterami na wspólnym posiłku, to jednak nie mogę zignorować faktu, że widząc Rogersa i Logana jako "best buddies", myślę przede wszystkim o klasycznych scenach z przeszłości gdy Rogers nazywał go mordercą. Nie narzekam na Aarona wykorzystującego wszystkie przaśności świata Marvela (latający samochód Furyego zdolny do podróży w kosmos), ale niezbyt przekonuje mnie już sposób w jaki odkryta została śmierć Watchera. Kupuję Black Panthera znów udającego afro Batmana (tfu, Black Panther jest tysiąckroć lepszy niż Batman), ale zupełnie nie przekonuje mnie część zbiorowisk, które wraz z rozwojem historii pojawia się na stronach (np. Ant-man sparowany z Emmą Frost, choć to może jednak obronić się w przyszłości). I tak dalej, i tak dalej.
Może ten komiks faktycznie jest bardzo zły, a ratują go naprawdę dobre rysunki Deodato bez przesady z jego firmową absurdalną anatomią postaci. Może wypada w miarę znośnie dlatego, że event serwowany nam aktualnie przez konkurencję jest żenująco słaby (Futures End, oczywiście nie musimy uznawać go za event, ale ja jednak będę się takiej interpretacji trzymał). Ale jakoś trochę kupił mnie pomysł by wymieszać kryminał z każdym gatunkowym absurdem świata Marvela, to żeby zrobić z Fury'ego postać z książki Chandlera, tylko zamglone miasto zamienić na bazy na księżycu. Niby się nastawiam, niby miałem ignorować ten event, a jednak znów naiwnie dałem szansę i zobaczę co z tego wyjdzie. Obym tylko nie był na siebie tak zły jak po zakończeniu Infinity.
Lotar: Liczyłem na jakieś mocniejsze otwarcie. Fajnie, że powraca prawdziwy Nick, ale już mniej fajnie wyszło udawanie przez niego Grissoma. Rozumiem, że Frank będzie tam przesłuchiwał podejrzanych? Widzę, że już wszyscy przeszli nad porządkiem dziennym, że Pajączek to Parker. Rysunki jakieś takie dziwne. Na czarno-białych planszach wydawały się fajniejsze. Czyżby kolorysta coś spieprzył, czy jednak sam Deodato? Ocena: 3/6.
avalonpulse0351b%20%5B1600x1200%5D%20%283%29.JPGDarkbubo: Moje odczucia co do tej historii są ambiwalentne. Z jednej strony spodobało mi się to co przeczytałem. Atmosfera tajemniczości i nadchodzącego zagrożenia tworzy z komiksu prolog do całkiem przyzwoitego kryminału. Dodatkowy plus za tą przyjemną scenę kolacji naszych herosów i ukazanie baaardzo oryginalnych team-upów.
Ale tu niestety rodzą się wątpliwości: czy scenarzyści nie przeholują i oprócz kolejnych pytań i niedomówień zaserwują nam również jakieś konkretne odpowiedzi? Nie chciałbym, aby ten event zakończył się jak Battle of the Atom, w którym to większości faktów musieliśmy się jedynie domyślać.
rodzyn: Od dawna nie oczekuję od marvelowych eventów czegoś intersującego, żeby się ponownie nie zawieść. Tym razem jest tak samo. Pierwszy numer nowego eventu wypada nagorzej ze wszystkich przeczytanych w tym tygodniu (oczywiście mówię o komiksach Marvela, bo w porównaniu do Future's End #1 jest naprawdę dobry). Podoba mi się pomysł zaangażowania Fury'ego, ale już niekoniecznie sposób w jaki to się stało. Jestem też zadowolony z odsunięcia od śledztwa Avengers, oby do samego końca serii. Nie powiem, żebym czekał na kolejny numer, ale z pewnością po niego sięgnę.
jdtennesse: Całkiem dobrze się to czytało. Jak na razie nie było wielkiego zaskoczenia, bo wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Uatu został zamordowany i okradziony, a łupem padło dużo potężnej broni. Na końcu pojawia się dwójka bohaterów prawdopodobnie odpowiedzialna za jego śmierć. Pozostaje wiele pytań i zapewne niebezpieczeństwo związane ze skradzioną bronią. Trochę nie podobają mi się te „bezmyślne” stwory, które nagle zyskują świadomość, ale w sumie wyjaśniają czemu. Największe obawy mam co do tego, że historia będzie przeciągana oraz co do ilości superbohaterów zaangażowanych w wydarzenia. Ocena jeden wyżej za fajne rysunki, ogólnie na razie neutralnie. 6/10.
Sążny: Starzy górale przestrzegają przed ocenianiem marvelowego eventu po pierwszym numerze, więc się wstrzymam. Mogę natomiast stwierdzić, że podoba mi się gęsta i trochę "intymniejsza" atmosfera wokół zabójstwa Watchera, co jest miłą odmianą po "big, epic and awesome" typowym dla letnich komiksowych blockbusterów. Duża część numeru zostaje przeznaczona na zejście się różnych ekip śledczych, z których jedne wydają się strzałem w dziesiątkę (Punisher i Dr. Strange), a inne wywołują nutkę zdziwienia (Emma Frost i Scott Lang). Przy takiej atmosferze wybór Deodato na rysownika był oczywisty, ale tutaj nie pokazuje pełni swoich możliwości. No przez ten komiks będę musiał jakoś wkrótce wybrać się na steka, niekoniecznie z niedźwiedzia.

She-Hulk vol. 3 #4
rodzyn: Spotkanie z Mattem wypadło swietnie, wątek Doom już trochę gorzej, ale przynajmniej zabawnie. Rysunki Pulido, którego niezbyt polubiłem w jego występie w Hawkeye'u, tutaj pokazują co potrafi i dostajemy kilka świetnych kadrów. Wciąż nie podobają mi się jego twarze, ale można się przyzwyczaić. Ostatnim razem straciłem odrobinę zainteresowania tą serią, a teraz ono wróciła, chociaż może to tylko wrażenie spowodowane naprawdę dobrym poziomem większości tytułów z tego tygodnia.

The Punisher vol. 6#5
kuba g: O tej serii pisze się ciężko. Bo ciężko pisać o czymś co konsekwentnie idzie do przodu, nie siląc się na szokujące cliffhangery i stara się być przede wszystkim konsekwentną historią o realistycznym bohaterze w niezbyt realistycznym świecie (mafia to jedno, ale Electro to już inna sprawa).
Problemem z tą serią jest fakt, że to jest po prostu serial sensacyjny, który w Marvelu pasuje tylko do tej jednej konkretnej postaci, ale jednak trochę interpretuje ją po swojemu. Nie jest to komiks, który przekona ludzi nie lubiących postaci, ale też nie wyobrażam sobie, że fani Punishera Ennisa mogli by być zachwyceni tą interpretacją. To jest po prostu komiks o byłym żołnierzu, który prowadzi wojnę z przestępczością. Przede wszystkim o żołnierzu, tym razem nie o psychopacie.
Więc naprawdę, jeżeli chcecie zobaczyć jak wygląda prawdziwy miejski łowca, świadomy miejsca, w którym walczy, to nie dostaliśmy nigdy lepszego przedstawienia.
rodzyn: Myślałem, że otrzymamy tu finał historii z Electro, ale się myliłem. Zamiast tego dostajemy kolejne walki z kartelem, który przejmuje powoli kontrolę nad miastem. Wypada to ciekawie, pojawia się kilka fajnych kadrów. Mam ochotę na więcej produkcji Edmondsona, co prowadzi mnie wprost w kierunku zakupu jego Black Widow (wciąż zastanawiam się, dlaczego nie czytam jej od początku, skoro uwielbiam Noto).

X-Men: No More Humans
Krzycer: Jest tu dużo tego, co lubię u Carey'a. Mimo, że przez komiks przewala się kilkadziesiąt postaci, to nie rzuciło mi się w oczy, by którakolwiek była out-of-character. Konflikt na linii Cyclops-reszta świata wciąż trwa, ale żadna ze stron nie zostaje ogłupiona na potrzeby kłótni. Ba, Carey nawet wziął jedną łajzę z Evil Future Evil Brotherhood of Evil Mutants z "Battle of the Atom" i pisze go tak, że mogę go ścierpieć. Raczej gościa nie polubię, ale przynajmniej sprawdza się jako villain.
W sumie najsłabszym punktem jest magiczne urządzenie, które umożliwia całą fabułę - absurdalnie zaawansowana technologia, którą wynalazł gość o którym nigdy nie słyszeliśmy, i której już nigdy nie zobaczymy. Ale, hej, komiksy.
A, no i Beast jako najwyższy arbiter moralności trochę nie pasuje po tym, co różni scenarzyści kazali mu robić w ciągu ostatnich paru lat, ale nie przeszkadza to jakoś strasznie.
Spodziewałem się trochę, że Carey wykorzysta tę okazję, by wykorzystać jakieś niedomknięte wątki ze swojego Legacy, ale nie. Rogue jest trzecioplanową postacią, poza krótkim dialogiem między Mystique i Icemanem właściwie nie ma żadnych nawiązań do tamtych wydarzeń. Nawet się zdziwiłem, myślałem, że Carey - jak wielu innych scenarzystów - przywiązuje się do swoich zabawek.
Właściwie do samego końca liczyłem, że bezdomni mutanci z innych wymiarów ostatecznie zostaną przeniesieni na Gul Damar - orbitalną stację kosmiczną zakotwiczoną koło Ziemi z miliardem mieszkańców. Taki mały prezent, który został po runie Carey'a i natychmiast przepadł w limbo. Ale nie, ten wątek też zostaje inaczej rozwiązany.
Na marginesie: jeden z pierwszych numerów "X-Men" Wooda to było ratowanie samolotu przez pół zeszytu. Tutaj mutanci robią to na dwóch stronach. I do tego inteligentnie.
Ogólnie: podobało mi się, choć liczyłem, że spodoba mi się bardziej, "bo to Carey". Ciekaw tylko jestem, czy ta fabuła została porządnie skonsultowana z innymi scenarzystami/redaktorami. Bo wydaje mi się, że powinna mieszać szyki Bendisowi. Triage robi tu coś, czego nigdy nie robił w Uncanny X-Men (choć jakieś postaci głośno o tym myślały), mini-Jean ma okazję skosztować Feniksa, co powinno być cholernie ważne dla tej postaci... Trochę tego było. Tyle tylko, że Bendis zazwyczaj zlewa to co się dzieje na bieżąco w innych komiksach, więc spodziewam się jakichś głupotek w najbliższej przyszłości.
Na marginesie: "The X-Men always do the right thing. After they've run through all the other options." to bardzo ładne motto, nawet, jeśli ukradzione od Churchilla.
Rysunki to typowy współczesny Larroca. Sylwetki są w porządku (nie licząc sytuacji, gdy Logan ma bicepsy większe od głowy), twarze często są dziwne, o tłach nie ma co mówić bo zazwyczaj ich nie ma.
Jest za to długa lista śmiesznych detali i niedopatrzeń. Uwielbiam scenę gdy X-Men lecą... jak się ten nowy biały samolocik nazywa? "Dove"? ...i wszystko wskazuje na to, że Cyclops i Wolverine obaj sterują jednocześnie - wyobrażam sobie, że co pół minuty każdy przełącza sterowanie na swoje drążki, licząc, że ten drugi się nie zorientuje.
Gdy X-Men Cyke'a i Wolverine'a się spotykają, Beast i miniBeast stoją w tle i - najwyraźniej - warczą na siebie, co nie bardzo ma sens...
Magneto jest czarny (w sensie, kostium), ale nie łysy. Quicksilver jest w kostiumie Serval X-Factor, ale Gambit nie. Nightcrawler żyje, więc Logan chyba powinien już biegać w zbroi... Ot, detale.

Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2014.05.07
AgentsOfShieldBanner.jpg

Agents of S.H.I.E.L.D. - 1x21 "Ragtag"


S_O: Oh my God, it's full of stars! Czyli próbujecie mi wmówić, że Garrett miał zainstalowane to żelastwo przez prawie ćwierć wieku, i nikt w SHIELD tego przez ten czas nie zauważył? Czy każdy lekarz, u którego przechodził okresowe badania, należał do Hydry?
Już nie wspominając o tym, że cała jego motywacja to na dobrą sprawę "they ducked me over, so I'll fuck over them!" Z każdą chwilą robi się coraz bardziej jednowymiarowy.
Innym przykładem paskudnego prowadzenia fabuły jest fakt, że Reina ot, tak, z nikąd, słyszała legendy o magicznym dziecku. W sam raz na finał sezonu. Zupełnie, jakby scenarzyści zaponieli, że się zbliża.
Ale największym minusem odcinka jest fakt, że próbuje nam wmówić, że Fitz-Simmons zginęli. Wolę w to nie wierzyć, w ten sposób nie zasmuci mnie za tydzień ujawnienie, że przeżyli.

Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie Agents of S.H.I.E.L.D. - 01x21 "Ragtag"
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.