Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #350 (05.05.2014)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 5 maja 2014Numer 18/2014 (350)


Weekend majowy zakończony, czas powrócić do normalnego trybu pracy. A najlepiej ku temu przysłuży się trochę lektury. Tym bardziej, gdy ze swoją odnowioną serią powraca Peter Parker.

All-New X-Men #26
Gil: Okładka sugeruje, że w środku dużo się dzieje, ale wredny z niej kłamczuszek, bo numer poświęcony jest głównie podsumowaniu niedawnego crossa, czyli skupia się przede wszystkim na pogaduchach. I jak to u Bendisa, pogaduchy są całkiem fajne. Najpierw starszy Summers i Jean mają calkiem fajną chwilę sam na sam, której dotąd brakowało. Potem mamy trochę banteru w stołówce i moment między Laurą i Warrenem, który prowadzi do cliffhangera. Może nie uważam, że jest to najlepsze miejsce dla niej (chociaż zdecydowanie lepsze niż to poprzednie), ale też nie mam nic przeciwko temu, że szuka jakiejś bliskości wśród ludzi, z którymi obecnie przebywa. Natomiast jeśli chodzi o samą końcówkę i zapowiedź kolejnego starcia, to tylko znudzone westchnienie ciśnie mi się na usta. Najgorsi przeciwnicy ubiegłego roku powracają... ech... i po co? No cóż, przynajmniej tym razem było jeszcze całkiem dobrze i mogę dać 6/10.
Undercik: Kolejny numer All-New X-Men i kolejny raz to samo. Świetnie się to czyta, relacje między postaciami są bardzo dobrze poprowadzone. Akcja ślimaczy, ale końcówka sugeruje, że już niedługo fabuła przyśpieszy. Żałuje tylko tego, że to nie był prawdziwy młody Cyclops, a Raze. X-23 w kosmosie, pisana przez Ruckę? Jeszcze bardziej nie mógłbym się doczekać.
jdtennesse: Do tej pory w miarę dobrze się to czytało – oczywiście przestając myśleć logicznie. Niestety, dobre się skończyło. Najpierw długa i nudna rozmowa starego z młodą – żebym został dobrze zrozumiany, rozmowy i interakcje to podstawy dobrej historii, ale tylko jeśli do czegoś prowadzą albo dają nam nowe spojrzenie na sytuację. Czego dowiedziałem się z ich rozmowy? Nic ważnego ani ciekawego. Potem Laura odchodzi, Warren nie jest w stanie jej zatrzymać, ale zatrzymuje ją ktoś inny. I niby nie wyczuła, że to nie Scott? No tak, przecież wcale nie całowała prawdziwego (no, nie prawdziwego, raczej młodego) Scotta i nie ma wyczulonych zmysłów. Gdzieś tam między chmurkami podgadajmy jakie to dziwne, że tu jesteśmy – w końcu o czymś trzeba. Akcja i tak ruszy do przodu, niekoniecznie w tym odcinku. Ale najgorsze i tak zostało na koniec – pozostałości takiego strasznie beznadziejnego eventu, o którym wolałbym zapomnieć. O nich też. Poza tym, czy część z nich nie powinna być martwa czy coś? Nie, dziękuję. Nawet jeśli okaże się, że to nie oni, tylko jakieś klony, zmienni, ukryci agenci czy inne cuda. 2/10.
Sążny: Współczesnemu Bendisowi przydałby się chyba jakiś pomagier, który dokonywałby odpowiedniej kompresji wydarzeń i dbałby i przesuwanie się fabuły do przodu. Bo tak jak świetnie czyta się rozmowę Scotta z Jean lub rozbraja przy młodzieńczej niewinności i zagubieniu X-Men z przeszłości, tak nadal wszystko to jest częścią dużych zasobów waty. Pojawienie się Brotherhood z przyszłości pod koniec zeszytu z jednej strony daje nadzieję na bardziej dynamiczny rozwój akcji, jednak z drugiej przywodzi na myśl nieprzyjemne wspomnienia z zeszłego roku. Zobaczymy. Immonen cały czas w formie.
Krzycer: Poza dziwnie rozemocjonowaną X-23 (powoli zaczynam się przyzwyczajać do tego, że gada Bendisem) to był to porządny numer. Zwłaszcza rozmowa Cyclopsa z mini-Jean się udała. A i Kitty w roli przyzwoitki wyszła zabawnie.
I wszystko byłoby super - zwłaszcza, że Immonen jest w dobrej formie - gdyby nie ta cholerna końcówka. Ojejku, jak ja strasznie nie chcę widzieć tej bandy...

Amazing Spider-Man vol. 3 #1
Gil: Trochę to dziwne, że dla podkreślenia, że mamy do czynienia z jedynym oryginalnym Pajęczakiem, zdecydowali się zacząć od kompromitującej sceny, związanej z publiczną nagością. Czy próbują nam powiedzieć, że definiującą cechą Parkera jest bycie ofiarą losu? Yeah, figures... Zestaw przeciwników też mu dali niczego sobie. Nic tak przecież nie podnosi poprzeczki jak team z White Rabbit, Hipciem i Pandą w składzie. Swoją drogą, kto wpadł na pomysł, że złoczyńca przebrany za pandę może wzbudzić jakiekolwiek odczucie inne niż śmiech? Gdyby to jeszcze była Kung-Fu Panda, to bym zrozumiał, ale ta tutaj może podbić najwyżej jakiś konwent. Ale hej, najwyraźniej to wszystko, czego potrzeba, żeby przekonać ludzi, że Friendly Neighborhood Spidey powrócił. A to z kolei wystarcza, żeby nikt nie zadawał sobie pytań, dlaczego przez jakiś czas zachowywał się dziwnie. Because plot convenience. Trochę lepiej wygląda sprawa ze sprzątaniem bałaganu po Ottonie, a przynajmniej ta część, w której Piotrek odkrywa, że jego najlepszy wróg wyświadczył mu kilka przysług. Tylko wątek z Anną-Marią niepotrzebnie skomplikowali tak nagle i końcówka wchodzi trochę w WTF. No i mamy pare dodatkowych historyjek, które zapowiadają najbliższą przyszłość. Electro pojawia się, bo film. Z Black Cat już lepiej i przynajmniej jedno z drugim się łączy. Resztę można ominąć. I teraz, co by tu zrobić z całością? Chyba na razie potraktuję neutralnym 5/10.
Lotar: Zajrzałem z ciekawości i doszedłem tylko do jednego wniosku. Jak to dobrze, że to wszystko porzuciłem po OMD. Gdybym czytał pajączka przez te wszystkie lata, to pewnie plułbym się co numer jak Demo o swoich pupili. Ja to dobrze, że wiedziałem kiedy powiedzieć pass. Sam numer sam w sobie bardzo słaby, rysunki koszmarne (Demo, nie zaglądaj, straszny seksizm), a prologi także nie zachęcają, żeby zagłębić się w przyszłe historie. Najbardziej chyba rozwaliła mnie scena u Avengerów. Nagle wszyscy wiedzą, że Parker to Parker, a wcześniej nie wyczaili, że ktoś mu buchnął ciało? Czy tylko ja się czuję, że potraktowano mnie jak idiotę? Biedny pajączek. FUQ!!!avalonpulse0350a%20%5B1600x1200%5D.JPG
Undercik: Nie wiem co myśleć o tym numerze. Z jednej strony fajne się czytało Petera z powrotem, z drugiej... logika. Myślałem, że trudniej będzie się wykaraskać Parkerowi z bycia dupkiem, a tu nawet losowi ludzie na ulicy widzą, że wrócił Spider-Man. Dobra, pal lich zwykłych ludzi, którzy Pająka widzieli może z 3 razy, ale Avengers? Prawie już się ogarnęli, że Octopus siedzi w głowie Spider-Mana, ale wystarczyło, aby Ścianołaż rzucił dwoma banterami i wszystko ok. Ehhh
Ale poza tym jest w miarę przyjemnie. Parker musi się odnaleźć w "nowym" świecie i pewnie wszystko mu się niedługo zawali. Aby nie było za dobrze, Slott wyskakuje z Anną Marią, która znajduje pierścionek i odkrywa tożsamość Spider-Mana, bo ten latał w nago po Nowym Jorku. Przyznam, że pomysł z obdarciem z kostiumu był nawet, nawet, ale a) maska jest magiczna i nie odpadła (ale na to można przymknąć oko b) to było tylko po to, aby wymyślić powód, dla którego Marconi odkryła sekret Parkera. Już wiem, że ten wątek będzie mnie wkurzać i przyznam, że czuje się z nim mocno nieswojo. W sensie pozytywnym, ponieważ utożsamiam się z bohaterem. Tylko czy to wynika z tego, że Pająk jest moją ulubioną Marvelową postacią, czy może z tego, że Slott dobrze pisze. Ciężko mi powiedzieć.
Co do backupów. Electro - takie sobie. Black Cat - tu może być ciekawie i przyznam, że to jeden z tych ciekawszych wątków z radzeniem sobie w postSuperiorowym świecie. Mini Marvel - może być. Spider-Man 2099 - nie interesuje mnie. Kaine - WOW. Czekam aż Yost naprostuje relacje Parkera z Kainem po "Sibling Rivarly". Świetne kilka stron, lektura obowiązkowa dla każdego kto czytał Scarlet Spider vol. 2. Wstęp do ASM 1.1 - nawet jeśli zakładamy, że Spider-Man nie ma 50 lat, mamy sliding timeline, a Pająk nie debiutował w latach '60 to nie mogę jakoś za bardzo uwierzyć, że chłopak na widowni miał iPhone'a. I to iPhone'a co najmniej 4. To ile lat ma według tego Peter?
kuba g: Traktuję lekturę tego nr. 1 jako eksperyment. Zarzekałem się, że nie wrócę do regularnego czytania Spider-Mana póki Slott nie odejdzie i planuję zdania nie zmieniać. Z tym małym wyjątkiem, chce przekonać się co dostaną nowi czytelnicy zachęceni magicznym numerem "1" na okładce. Aha i czy nie mówiłem, że i tak Parker wróci do swojego ciała akurat na premierę filmu?
Już pierwsze strony załatwiają dwie pieczenie na jednym ogniu. Sliding timeline w pełnej krasie sugerujące, że Parker ma pajęcze moce od 13 lat i wstęp do numerów łączących się z eventem "Original Sin" (a właściwie tego co wiemy po ujawnionych niedawno teaserach). Ok, nie powiem, że to działanie nie ma logiki. Dawaj dalej Slott.
No i dostałem co chciałem, więcej Spider-Mana robiącego za uśmiechniętą wersję Batmana. Rozumiem, że gdzieś postać musiała zostać popchnięta, ale wygląda na to, że w Superiorze Slott po prostu zrobił dekonstrukcję Batmana jakby się bał, że nigdy nie będzie mógł go ponownie pisać. Teraz, gdy Parker wrócił do ciała zaczynamy sprzątać i pozbywać się tych pomysłów. Przykrywamy je klasycznym Parkerowym nierozgarnięciem i nonszalanckością. Ok, moge to przeżyć, ale gdzie podział się Parker, który w numerze #700 powiedział, że nie może być już Spider-manem? Czy wydarzenia ostatnich numerów Superiora tak bardzo zmieniły jego postanowienie? Chyba tak, ale szkoda, że Slott nie nawiązał jakoś do tego, w końcu jestem powracającym nowym czytelnikiem (ok, wiem, czepiam się).
Dodatkowe historie zapowiadające dalsze przygody w serii nie ruszyły mnie jakoś bardziej... mimo obecności Black Cat, która dla mnie zawsze była jedną z ulubionych postaci drugoplanowych jego serii. A szkoda.
Bo co jak co. Pewne rzeczy się nie zmieniają. Spider-Slott dalej nie jest komiksem dla mnie. Nie, nie twierdzę, że ten zeszyt był zły. Był znośny, ale to za mało żebym dał szansę człowiekowi przez którego zostawiłem komiks, który czytałem od ponad 20 lat. Stanowczo za mało.
jdtennesse: Za łatwo poszło. Chyba wszyscy czytający ten numer maja te same uczucia – rozebrać Petera do naga, ośmieszyć go i wcisnąć mu w usta kilka sucharów, a już wszyscy, z Mścicielami łączeni, wiedzą że to stary dobry Pająk. Wiadomo, jest zagubiony, bo nie do końca wie, co robił Otto podczas jego nieobecności, a dzięki temu trochę się będzie akcja kręciła przez kilka numerów. O czym będzie tak naprawdę pierwsza historia z powrotem Parkera? Backupy wszystko powiedzą. Jeśli chodzi o miłość Ottona, to jej odkrycie tożsamości Petera będzie chyba idealną wymówką, żeby z nią zerwał. Albo jeszcze łatwiej – to ona zerwie z nim i nikt nie będzie miał problemu z rozwiązaniem tego wątku. A jeśli chodzi o wątek złoczyńców to jestem rozczarowany. Nie wiem, czy te postaci zostały stworzone teraz czy już wcześniej, ale są po prostu żałosne. Pewnie będę jeszcze czytał dalej, ale nie wiem jak długo. Polubiłem Superiora. A rysunki wiadomo – jak ktoś Ramosa lubi to i to mu się spodoba. Backupy przeczytałem, ale tylko Electro i Cat mnie trochę zainteresowały. Będzie tyle tytułów ze Spiderem, że chyba tylko po to na trochę usunęli Petera, żeby wraz z jego powrotem móc wydać kilka tytułów więcej. 4/10.
Sążny: Sprzątamy po poprzednich 31 numerach, Peter się cieszy, więc rzuca żarciki, a skoro Peter rzuca żarciki, to cieszą się wszyscy inni. Czy cieszy się czytelnik? Niekoniecznie. Zakończenie historii Superiora, zmiana numeracji, rekordowe zamówienia i premiera filmu były szansą na ożywczy szok w postaci zmiany twórców, a tak mamy przyprawianie cały czas tej samej grochówki. W dodatkowych historiach cieszą oko rysunki Rodrigueza, zażenowanie wywołuje dziełko panów literników, a apetyt zaostrzają sekcje poświęcone Pająkowi 2099 i Kaine'owi.
Krzycer: Nierówny numer. Parę fajnych interakcji - choć nie do końca łapię, czemu Peter nie do końca łapie co w jego życiu namieszał Otto, skoro Peter cały czas był w Ottonie i obserwował jego poczynania? - obciąża sporo mniej fajnych. Takie bzdury jak "to na pewno on", "patrzcie, znowu żartuje, wszystko wróciło do normy" oraz złowieszczy i detalicznie opisany plan zaręczyn wypadają słabo.
Zresztą, czy tylko mi się wydaje, że Anna Maria Marconi dołączyła do grupy ludzi znających sekret Petera tylko po to, by Peter miał łatwe wyjście ze związku z nią? Bo teraz może po prostu powiedzieć jej prawdę i po sprawie. Straszne pójście na łatwiznę.
Backupy były mniej lub bardziej interesujące. W sumie poza tym z Kaine'em żaden mnie nie zainteresował (nawet ten PADa, a to zły znak). No i był jeszcze backup z Felicją. Który zmienia nam Felicję w morderczynię, najwyraźniej. Awesome.

Avengers A.I. #12
Gil: Wreszcie mogę powiedzieć szczerze coś pozytywnego w odniesieniu do tej serii: skończyła się. Widocznie poziom sprzedaży odpowiadał poziomowi zawartości. No więc, jak to się skończyło? A cholera wie... Od kilku zeszytów tylko jeden autor wiedział, co tu się dzieje, a może i to nie. Na koniec zamieszali coś, żeby załatwić tego złego i zasugerowali powrót Ultrona. Tu akurat jestem na tak, ale pod warunkiem, że nikt nie wymieni w tym kontekście słowa Dimitrios. Na koniec mieli jeszcze czelność zapytać, czy chcemy wersję 2.0. Zamiast wybierać YES/NO, proponuję raczej DROP DATABASE, DELETE LOGS, FORMAT C. I dla pewności: kill it with fire. Na do(nie)widzenia i w ramach podsumowania serii jako całości dam 2/10.
Sążny: Na zakończenie tej serii pragnę szczerze pogratulować sobie oraz wszystkim forumowiczom, którzy dobrnęli do końca, choć muszę przyznać, że... Nie było warto. Dużo przeciągania akcji pod pozorem budowania napięcia i zamiatanie sprawy pod dywan, pod który, mam nadzieję, nikt nie będzie zaglądał. Konsekwencje? Nosy rysowane przez pana Araújo jeszcze długo będą nawiedzały moje koszmary. Na szczęście nie będę musiał już sobie o nich przypominać co parę tygodni, a ponownego spotkania z panem Humphriesem w nowej serii Star-Lorda wyczekuję z niepokojem.

Avengers vol. 5 #28
Gil: Ach, więc jednak ten wątek z Yvil Avengers był do czegoś potrzebny... To fajnie, bo podszedłem do numeru z nastawieniem raczej negatywnym, a tymczasem pozytywnie mnie zaskoczył. No dobra, może sam wątek nie był specjalnie potrzebny, ale przynajmniej przysłużył się jakoś większej całości. Banner wykonał fajny stunt i odkrył istnienie Illuminati, a jego rozmowa ze Starkiem była świetna. Kryje się za tym co prawda drobna nieścisłość, ale kto by sie tam przejmował, jeśli efekt jest zadowalający. A dla mnie jest. Po pierwsze dlatego, że ta konfrontacja od dawna wisiała na włosku, a po drugie, bo Banner zasługuje na miejsce w Illuminati. Jeszcze tylko Doom i Pym, i zespół będzie kompletny (no, prawie, bo miałbym jeszcze parę sugestii). No i jego obecność wnosi dodatkowy element ryzyka. Nieźle wygląda też wątek AIM oraz połączenie nowych Adaptoidów z Mapmakers. I o dziwno, nawet rysunki za bardzo mi nie przeszkadzały, poza kilkoma kadrami). Możemy wrócić do oceny 7/10.
Sążny: Uff, jednak Hickman ma plan. Po guzdraniu się ze złymi Avengers i adaptoidami otrzymujemu popis Bannera, który demaskuje Starka i słusznie wkupuje miejsce w dżentelmeńskim klubie. Rysunkowo otrzymaliśmy standardowego Salvadora "a co to jest tło?" Laroccę.
Krzycer: Wreszcie! Hickman u szczytu swych hickmańskich mocy. Bardzo dobry numer - co więcej, jego zalety biorą się ze skupienia na postaciach - a przecież często czepiam się Hickmana, że zapomina o postaciach. Tak więc byłem nie tylko usatysfakcjonowany, ale i mocno zdziwiony. Dobra rzecz.
 
Avengers World #5
Gil: I dostajemy jeszcze jeden do kolekcji już zaczętych, a nie dokończonych watków. Cóż, ten przynajmniej w większości rozwiązał się w tym zeszycie, a na pocieszenie dostajemy zapowiedź, że w końcu to wszystko połączy się w jedną całość. Oby jak najszybciej, bo z jakiegoś powodu akurat ta seria wyjątkowo wystawia na próbę moją cierpliwość. Niby wszystko fajnie, bo są tu postacie z drugiego szeregu, jedne z lepszych rysunków, a i fabuła każdego numeru z osobna daje radę. Tylko cały czas mam wrażenie, że jest to Avengers Appendix i skończy się ślepym zaułkiem. No, ale znów, o tym zeszycie złego słowa nie mogę powiedzieć. Historia z Edenem jest fajna, rozwija postać, dotyka większego obrazka i do czegoś wreszcie prowadzi. No i jeszcze jedno: Zeppelin helps. Dam solidne 6/10, chociaż nadal z tyłu głowy roją mi się wątpliwości, bo numer był dobry. A, i jako soundtrack zaproponuję The Rover, oczywiście Led Zeppelin.
Sążny: Można pomyśleć, że Banner ma w komiksach dobry tydzień, bo również tutaj został fajnie poprowadzony. W końcu więcej uwagi zostało poświęcone Manifoldowi, który zasługuje na coś więcej niż bycie taksówką w ludzkiej postaci. Dzięki paru zabawnym dialogom i Zeppelinom w słuchawkach Edena czuć rękę Spencera, a ostatnie strony zapowiadają dużo akcji w wątku poświęconym A.I.M. Caselli niezmiennie daje radę.

Hulk vol. 3 #2
Gil: Ostatnio pomarudziłem trochę na temat niepotrzebnych resetów status quo Hulka, więc teraz pora na drugą część marudzenia – tym razem nad skutkami ubocznymi tychże. Otóż, jeśli porównamy sobie ten zeszyt z aktualnymi wydarzeniami w Avengers, zauważymy wyraźnie, że idą w dwóch różnych kierunkach. Okay, ktoś mi pewnie zaraz powie, że to kwestia chronologii i któryś wątek w końcu nadgoni. Ale czy na pewno? Obie historie wyglądają na zaplanowane mocno do przodu, a ponieważ jedna drugiej zaprzecza, któraś będzie musiała ustąpić. I podpowiem Wam, że nie będzie to flagowa seria wydawnictwa. Jeśli Banner właśnie teraz dokopał się miejsca w Illuminati, nie mogą go tam wcisnąć w roli wiejskiego przygłupa, którą odgrywa tutaj. Jest więc prawie stuprocentowa pewność, że powtórzy się sytuacja z runem Aarona – wszyscy będą go ignorować, a seria będzie izolowana, więc szybko kipnie. I wiecie, co? Oby jak najszybciej, bo w tej chwili jestem już pewien, że ten pomysł nie się nie podoba. To odważny skok, ale nie sięgnął krawędzi przepaści. Wszystko jest naciągnięte do granic możliwości, a główny bohater serii właściwie w niej nie istnieje. I jeszcze te rysunki... Myślałby kto, że postrzał w głowę odmłodził Bannera o połowę. Swoją niechęć wyrażę poprzez 2/10.
rodzyn: Nie ma w tym numerze niestety niczego, co skłaniałoby mnie do kontynuowania czytania tej serii. Może gdyby rysunki były inne, historia sprawiałaby lepsze wrażenie. Nie przepadam za Bagleyem i, mimo mojej sympatii wobec Waida, odpuszczam dalsze czytanie tej serii. Może w przyszłości, tak jak w przypadku Indestructible Hulk, wrócę do niej, jak pojawią się lepsze historie typu "Blind Rage".
Sążny: No właśnie, wspominałem coś o dobrym tygodniu Bannera. Niestety, nie można mieć wszystkiego. Oklepana gierka z niepamiętającym niczego bohaterem wychowywanym przez religijne małżeństwo, szczypta "Truman Show" w wykonaniu S.H.I.E.L.D. i zrypanie się sprawy przez walkę z Abominationem. Klisza na kliszy. A rzeczy, który Bagley robi z niektórymi głowami sprawiają, że łapię się za swoją. Dodatkowo wydarzenia z Avengers vol. 5 #28 raczej nie dodają wagi całej historii. Ale może Waid jeszcze jakoś z tego wybrnie.

New Avengers vol. 3 #17
Gil: Nawet ciekawa okazała się ta zagrywka. Pokazali nam team bohaterów z innego świata w sposób wręcz narzucający sympatię dla nich, a na koniec SRU! Teraz będą walczyć z naszymi bohaterami i to prawdopodobnie na śmierć i życie, nie mając praktycznie żadnych szans. Nie jest to w sumie jakieś wielki novum, ale sytuacja jest o tyle ciekawa, że każe się zastanowić nad możliwymi rozstrzygnięciami. Oczywiście, walka jest nieunikniona, ale co dalej? Obstawiam, że ktoś z tego drugiego świata ocaleje, a to założenie rownież otwiera wiele możliwości. Tak więc, haczyk zadziałał i znów czekam na następny numer z niecierpliwością. Niech jeszcze tylko poprawią stronę graficzną, bo tym razem było parę potknięć. Ostatecznie, zapowiedzi mają większą siłę, niż ten numer sam w sobie, ale na mocne 6/10 może się załapać.
Sążny: Było do przewidzenia, że zalatująca DC drużyna będzie musiała stawić czoła chłopakom z 616. Od razu jeszcze większego sensu nabiera dokooptowanie Hulka do drużyny. Tak jak w siostrzanym tytule świetnie wyszła rozmowa Bannera ze Starkiem, tak tutaj dialog Namora z T'Challą również czytało się wybornie. Nawet pomimo kanciastej głowy tego pierwszego.

Silver Surfer vol. 6 #2
Gil: Zrobiło się całkiem fajnie, bo nie tylko pachnie Doctorem Who, ale również mocno zalatuje przełomem lat ’60 i ’70, jeśli chodzi o zawartość elementów psychodelicznych. Jeszcze powinni nasączyć strony kwasem, dla pełnego efektu. Co tu dużo mówić, historia jest fajna. Never Queen może spokojnie zająć miejsce wśród klasycznych abstraktów Marvela. Dawn też okazuje się fajna, gdy w końcu dostaje okazje, by pokazać, na co ją stać i wychodzi na jaw, że ma jakieś powiązanie z wydarzeniami. Jedno, co mi nie pasuje, to Surfer potrafiący zdejmować swoje sreberko. Coś przegapiłem? No i jest jeszcze jedna rzecz, którą muszę tolerować, chociaż mi nie leży: Allred udający Kirby’ego. Obu stylów nie lubię w mniejszym lub większym stopniu, ale ten drugi przynajmniej jakoś się wpisuje w klimat. A za całość dam 7/10.
Undercik: Jak dla mnie najlepsza pozycja All-New Marvel NOW. Co prawda nie wszystko jeszcze czytałem, ale to co robi tu Slott z Allredem jest fenomenalne. Ładna narracja, świetna grafika, a do tego inspiracja Doctorem Who. I to dobra inspiracja. Polecam!
Demogorgon: Okej, ile lat ma mieć Dawn? Bo jak patrzę na to w ilu wizjach przyszłości sugerują jakiś romantyczny związek miedzy nią a Surferem, to trochę, może nawet bardziej niż trochę, jestem zniesmaczony. Najpierw Hopeless hintuje Hellstorm/Nico, teraz to - czy scenarzyści Marvela mogliby zrobić wszystkim przysługę i przestać próbować poczuć się młodziej, parując bohaterów swojego dzieciństwa z nastolatkami?
Było w tym numerze parę nieścisłości. Jak na przykład - skoro ściany wiezienia działają jako tłumacz, jak więźniowie potrafią się dogadać po ucieczce? Albo czemu ich nikt nie pilnuje, by mogli wykonać swój plan ucieczki? Ogólnie odnoszę wrażenie, że prawdziwi złoczyńcy tej serii są bardzo głupi.
Za to przyzwyczaiłem się powoli do Dawn i do Surfera w wykonaniu Slotta, a po Strange Tales ten klimat wywołuje u mnie miłe wspomnienia, więc jest ok.
Tylko kurde Slott, przestań być creepy.
Soundtrack: Fate
rodzyn: Pierwszy numer nie wydał mi się czymś wartym uwagi, ale ten zdecydowanie mnie kupił. Wygląda na to, że Slott potrafi jednak napisać obecnie coś dobrego. Mimo to nie jestem jeszcze całkiem przekonany do jego interpretacji Silver Surfera. Największym plusem serii jest Dawn, która jest o dla mnie bardziej interesująca niż tytułowy bohater. W przeciwieństwie do ostatniego razu, nie mogę doczekać się kolejnego numeru.

Uncanny Avengers Annual #1
Gil: Czy to tylko moje wrażenie, czy Remender próbował skopiować Uncanny X-Men Annual 10, tylko że z Avengers i bardziej extreme? Chociaż właściwie, można by w tym miejscu podstawić dowolną inną historię z Mojo, bo wszystkie są w gruncie takie same... Okay, czyli typowa historia z Mojo z typowym podejściem Remendera. O dziwo, miejscami nawet się to sprawdza, chociaż jako całość ląduje w kategorii mchu i paproci. Historia jest po prostu oderwana od wszystkiego jeszcze bardziej niż jej macieżysta seria i jak sie tak dokładniej przyjrzeć, to nic tu nie pasuje. Ale przynajmniej wygląda całkiem nieźle, to muszę przyznać. Mimo wszystko, więcej niż 4/10 nie dostanie. Ale jak na Annual, to i tak nie najgorszy rezultat.
jdtennesse: Ale to było złe. Zabawy w Mojoverse zawsze budziły we mnie mieszane uczucia. Ale ta zabawa budziła tylko jedno – zniesmaczenie. Wbrew staraniom twórców nie było tam niczego śmiesznego. Stworzenie tej dziwnej drużyny było bardzo przypadkowe. Męczy narracja reżyserska w wykonaniu Mojo. Najlepsze i najcelniejsze były uwagi dotyczące samego tworzenia tejże historii, jakby autorzy sami siebie podsumowali. Wszystko było sztuczne, wymuszone, głupie, pozbawione sensu. Bardzo złe. Zbędne. 1/10.
Sążny: Ej, to było całkiem klawe! Od dłuższego czasu nie spodziewałem się niczego dobrego po marvelowych annualach, a dostałem fajną zabawę z dużą dawką Mojo. Może to skrzywienie zawodowe, ale przy biurowych rozmowach banan sam wskakiwał na twarz, a pomysłowi z Marvel High School poświęciłbym jeszcze z zeszyt lub dwa. Mile widziana jest również tutaj doza (auto)ironii.

What If? Age Of Ultron #5
Gil: O, myślałby kto, że w ostateczności jakoś pozbierają te wątki do kupy? Niestety, mimo wszystko ostatnie słowo poprzedniego zdania pozostaje słowem kluczowym. Nic z tego nie wynika i całość się nie klei. Ot, Pymtron z zeszytu pierwszego atakuje inne światy, te z zeszytów 2 do 4 i wszyscy się tłuką na kupę. A potem jakieś hejkum-kejkum i mu przechodzi... i cośtam, cośtam, bla, bla, bla... Może gdyby jakoś to zasygnalizowali wcześniej i dali do zrozumienia, że warto giwnąć szita względem tamtych światów, końcówka miałaby jakieś znaczenie, ale to mleko już się rozlało i wsiąkło w piach. Jeśli nie czytaliście, nie warto nadrabiać. Jeśli czytaliście – ha-ha! (Tak, wiem, że sam z siebie szydzę.) Kolejne 2/10.
Sążny: Czyli te numery od czapy i bez krztyny Ultrona było po to, żeby na końcu zrobić razem łubu-dubu. Przydałaby się wcześniej jakaś delikatna sugestia, że to prowadzi do takiego toku. W sumie trochę szkolny błąd przy planowaniu fabuły.
Krzycer: Ojej, jaka wtopa. To już lepiej by było, gdyby jednak każdy numer był osobną historią. Bo zebrane do kupy niczego nie dają.
I co to niby za brednie, że ta piątka (czy ilu ich tam było, nie chce mi się sprawdzać) ma odbudować świat? Niby jak? Co cała ta historia im dała, poza tym, że mają teraz kilkadziesiąt lat na kontemplację tego jak bardzo mają przerąbane?

Wolverine vol. 6 #5
Gil: Postanowiłem jednak się przemóc i poczytać to jeszcze trochę, skoro szykują jakąś większą akcję z Wolviekiem kopiącym w kalendarz i w ogóle... No i co? No i już pożałowałem. Może przyszłoby mi to łatwiej, gdyby rysował ktoś inny, bo Stegman w tej serii jest okropny... A może i nie, bo właściwie cały zeszyt jest o tym, że Wolviek postanowił se zrobić tatułaż. I wybrał różę z rodzaju tych, które niegrzeczne dziewczynki mają na kostkach. Tak, tak, wiem – Rose, bla, bla, bla. Zawsze to nie Hell’o’Kitty... Ale hej, jest światełko w tunelu! W następnym numerze gościnny występ Wisdoma i MI:13! Cornell nie może źle napisać MI:13, prawda? Prawda?!? Chyba mi tolerancja na kaszankę spada, bo będzie kolejne 2/10.
Sążny: Teraz troszeczkę żałuję, że niedawno dzięki WKKM odświeżyłem sobie Origin. Bo może motyw z tautażem mniej by mnie dobił. Choć w sumie zrobiłaby to równie dobrze zupełnie niepotrzebna bitka z Thorem. I kiedy już miałem skończyć lekturę z miną kwaśną jak Logan na większości rysunków, zobaczyłem, że w następnych numerach mogę spodziewać się wesołej brytyjskiej gromadki, dzięki której Cornell ciągle ma u mnie kredyt zaufania.
Krzycer: Orzeszku. Ojej. Do tej pory wierzyłem w Cornella, ale to... to było po prostu złe. Wolverine idzie sobie zrobić dziarę, po czym dostajemy pół numeru o znaczeniu tatuaży, po czym dostajemy jakąś ściemę z Thorem, po czym obecna kochanka Wolverine'a (ona ma jakieś imię? Pewnie ma. W głowie Cornella pewnie ma nawet jakieś cechy charakteru. Ja na razie zapamiętałem, że ma córkę, i tyle.) wpada na to, że Logan wciąż jest dobry.
Nie, streszczenie zawartości nie pomogło w odnalezieniu jakichkolwiek zalet. Czy choćby sensu. Jest źle, będzie...
...no, będzie MI-13. Więc wciąż jest jakaś nadzieja.

Wolverine: Origin II #5
Gil: Już myślałem, że niczym nas tu nie zaskoczą i aż do ostatniej strony tak właśnie było. A tu nagle ŁAKABUM! Victor Creed outta nowhere! Co? Jak to? – zapytacie. A no właśnie, Gillen złapał nas na taki haczyk, że cały czas Creed był tylko Creedem, a jego imię ani razu nie padło, więc w epilogue, gdy pewnie wszyscy mówiliśmy sobie “o, teraz się okaże, że Creed cudem przeżył, ale niespodzianka, boo-hoo...” zrobił hokus-pokus i okazało się, że tamten Creed to nei Sabretooth, ale jego młodszy brat. Czyli, że cały ten grudge wziął sie stąd, że Logan ubił mu braciszka, czyli ulubiony worek treningowy. Nie powiem, żeby robiło to jakieś większe wrażenie, ale przynajmniej jest to inne rozwiązanie niż najbardziej oczywiste ubicie mu kobity. Ale czy potrzebna była na to cała seria? Nope. Mogli to upchnąć w jednym zeszycie, gdzie może miałoby większą siłę zaskoczenia, a potem przejść od razu do tej historii, którą pewnie wcisną nam wkrótce jako Origin III. I jeszcze jedno: czy potrzebny był tutaj Essex? Tak – jak dziura w moście. A może to był jego młodszy brat, Pretext? Cóż, chyba wypadałoby całą seryjkę podsumować jako wyłudzanie kasy, a jej treść skwitować krótkim „heh”. Ale w obliczu wielu gorszych, dam jej na koniec 4/10.
Sążny: Łojeeezuuu. Znowu shyamalanowski twist od Gillena. Myśleliśmy że chodzi o NIEGO, a tu figa, bo tak naprawdę to był brat. W Iron Manie miało to jeszcze sens, gdyż stanowiło to wyzwanie dla ego Tony'ego i dało dużą zmianę w jego obecnym życiu z potencjałem na dobre historie. A tutaj mamy po prostu doklejanie gałązki do drzewa genealogicznego, która nijak zrasta się z jego resztą. Sinister dzielnie się trzyma na swojej pozycji "jestem tu od czapy", a Kubertowi w paru miejscach też się nie chce za bardzo angażować. Hajs wyciągnięty, a Gillen w numerach 1 i 3 poćwiczył sobie formy narracji. Ktoś tu jednak jest zadowolony.
Krzycer: Końcówka poprzedniego numeru mnie zaintrygowała. Ten ponownie uśpił to zainteresowanie. Ostatecznie nic z tego nie wynika, żadnych rewelacji tu nie znajdziemy... Obsesja Creeda została jakoś umotywowana, ale serio - pięć zeszytów na coś, co dałoby się opowiedzieć w kilkustronowym shorcie?
I jeszcze ten kompletnie zmarnowany Sinister z którego obecności nic dla serii nie wynika...
Hm. Gillen czasami na swoim blogu robi egzegezę swoich komiksów. Ciekaw jestem, co będzie miał do powiedzenia o tym numerze/tej miniserii, i jakie ukryte znaczenia wszyscy przegapiliśmy.
 
X-Force vol. 4 #4
Gil: Zmiana rysownika i od razu lepiej. Nawet jeśli ten nowy wcale nie jest rewelacyjny, to przynajmniej nie wygląda to jak... jak... cholera, nawet nie wiem, jak to szkaradztwo nazwać. Ale fakt jest taki, że rysunki się poprawiły. Treściowo też jest trochę lepiej, bo zaczynają się kształtować wyraźniejsze ramy historii i już widać, że poprzednie wydarzenia mają konkretny wpływ na aktualne. Jeszcze nie jest to poziom Legacy, ale już idzie w dobrym kierunku. Poprzednio skaszanili, więc teraz musięli zrobić workaround, żeby nie wypaść z gry – wszystko ma sens. Bonusowy punkt na frankońskich herosów i wykorzystanie dawno niewidzianej Anais (jeśli rzeczywiście jest tą samą postacią z Search For Cyclops, ku czemu jest parę przesłanek, ale nie jest to do końca oczywiste). Fajne rozterki Fantomexa, fajna współpraca grupy, fajne stylizacje językowe (chociaż nie cierpię francuskiego) i humor. Dobre również osadzenie akcji – przynajmniej mam wrażenie, że rysownik widział kiedyś Paryż, albo chociaż go sobie wygóglał. Niby nic, ale 80% rysowników by się nie wysiliło. Teraz pozostaje mieć nadzieje, że te trendy się utrzymają, a póki co pokuszę się o słabsze 7/10.
jdtennesse: Nie podobał mi się ten numer. Po pierwsze zmiana rysownika na styl kreskówki kompletnie nie pasuje do tego tytułu i drużyny. Po drugie polubiłem poprzednie. A jeśli chodzi o samą historię, to rzeczywiście końcówka nieco mnie zaskoczyła, ale i tak cały numer był nieciekawy. Przede wszystkim z powodu Fantomexa i jego rozbuchanego ego. A po drugie z powodu rozwleczenia całego pościgu za cat-lady, który mógł być o wiele krótszy. Końcówka tego nie wynagradza. Co więcej, ostatni panel wcale mnie nie podekscytował, bo wiadomo, że wszystko się dobrze zakończy, mimo hucznych zapowiedzi o śmierci jednego z członków drużyny. A jeśli już, to nie z rąk Fantoma. 3/10.
Demogorgon: O, Spurrier zaczął się bawić tą durną ideą, której Jason Aaron użył by zrobić historyjkę o tym jak to ateiści ratują świat. I wychodzi mu z tego coś ciekawego. Bo to w sumie jest przerażające, jak się tak zastanowić, jakie konsekwencje ma niezdolność wyobrażenia sobie kogokolwiek lepszego od siebie. Ale muszę przyznać, nie wiem, czy kupuję ten ostatni panel, czy to zadziała tak szybko.
Za to mamy sporo fajnej akcji i sięgania po postacie tak obskurne, że nawet ja ich nie znam. Widać, że ktoś tu odrobił swoje lekcje, za co należy się pochwała. Szczególnie wyciągnięcie tego mi zaimponowało. Bohaterowie główni w końcu zaczęli do mnie przemawiać, a chociaż fabularnie nie dzieje się wiele, to nie ma to znaczenia - ten numer bardziej skupia się na Fantomexie, fabułą służy za element drugorzędny, do pokazania jak bardzo jest on pokręcony. Nie znaczy to, rzecz jasna, że była bez znaczenia - dostaliśmy kolejny element układanki. Wspomnij o alternatywnych światach i zaraz status antagonisty wzrasta.
Rysunki o niebo lepsze. Czemu nie możemy dostać na stałe tego rysownika z regularnym kolorystą? Zwłaszcza, że tak czy siak, dalej pachnie tu Metal Gearem. RULES OF NATURE!
Soundtrack: Cooler Than Me
rodzyn: Zmiana rysownika nie okazała się jednak zbyt tragiczna, a niektórzy pewnie powiedzą, że wyszła serii na dobre. Jeżeli chodzi o historię, podoba mi się wypad drużyny do Francji i napotkani tam bohaterowie. Początek tej serii wciąż nie jest równie dobry co w X-Men:Legacy, ale Spurrier i tak daje sobie świetnie radę. Jestem zaciekawiony tym, co robi z Fantomexem i mam nadzieję, że w kolejnych numerach intersująco się to rozwinie.
Sążny: Po pierwsze, zmiana rysownika na plus. Po drugie, wciąż dialogi wielu postaci są trochę zbyt zmanierowane, a tylko w wypadku Fantomexa chodziło Spurrierowi o to, żeby było to rażące. Ale dzięki Legacy wiemy, że pewnie mamy tu do czynienia z długim dystansem więc pozostaje jedynie uważnie wczytywać się w treść i czekać na wykiełkowanie ziaren.
Krzycer: Heh. Cały numer o skunksie goniącym za kotką. Podoba mi się. Podoba mi się wszystko w tym numerze...
...poza zwrotem akcji z końcówki. Nie kupuję szalejącego Fantomeksa.
A, no i przeżyłbym bez wyciągania na wierzch tego sklonowania w trzech ciałach.
Ale i tak... "Koty są odporne na iluzje. Każdy to wie."

Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2013.04.30
AgentsOfShieldBanner.jpg

Agents of S.H.I.E.L.D. - 1x20 "Nothing Personal"


Ragnus: Tendencja cały czas zwyżkowa. Dodatkowo odniosłem wrażenie, że jesteśmy przygotowani na zdjęcie serialu. Wszystkie wątki tworzą już jedną całość, znamy odpowiedzi na większość wcześniejszych pytań. W ciągu dwóch odcinków można spokojnie zamknąć resztę albo rozbudować na kolejny sezon.
Ogólnie bardzo dobry odcinek. Dobrze, że oglądalność rośnie, przy takim poziomie chciałbym więcej.
Gibon: Coulson to Coulson. W końcu w grobie nie było ciała. Wątek ciekawy, w sumie nie może być na nikogo zły. Fajnie, że Warda mało nie zabili. Garret widocznie jest takim bucem, że szok, co w sumie ma sens. Występ Hill udany. Ciekawe, kiedy u Coulsona i Sky ujawnią się te efekty uboczne.
Taaa. Nothing personal w wykonaniu Deathlocka było świetne. I to, jak go poklepał wcześniej po twarzy, jak go reanimował. A serial na pewno nie zostanie zdjęty. Myślę, że to byłby strzał w stopę. I widzę, że to, co stało się w MCU(S.H.I.E.L.D. będące Hydrą bis) zdecydowanie pomogło serialowi.
rar: Zabrzmię jak zmieniająca co 5 minut zdanie nastolatka, ale teraz chcę więcej Warda. Jako bad guy jest świetny. Mogliby go przerobić na jakiegoś superwroga.
Ogółem bardzo dobry odcinek, ale tak jak @Ragnus odniosłem wrażenie, że serial jest przygotowywany do zdjęcia. Z jednej strony to dziwi, bo jest coraz lepszy i wreszcie ma jakiś charakter, a z drugiej, patrząc na to co stało się z S.H.I.E.L.D. w MCU, nie mam pojęcia w którą stronę miałby zmierzać. Musi utrzymać status quo do kolejnego poważnego filmu, czyli w tym przypadku - Avengers 2 (GotG nie będzie miało nic wspólnego z ziemią). A w takim wypadku ciężko byłoby coś wymyślić. No ale zobaczymy. Na razie czekam z niecierpliwością na dwa ostatnie epizody.
Bilbin: Coulson miał znakomitą reakcję na to, gdy dowiedział się, że zasadniczo ściga samego siebie. Co do Warda to też chce go zobaczyć więcej. Z najnudniejszej postaci w serialu stał się jedną z najciekawszych, jeśli nie najciekawszą. Poza tym kocham to jak prosto w twarz został mu rzucony jego własny argument "Nothing personal". Oh yeah.

Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie Agents of S.H.I.E.L.D. - 01x20 "Nothing Personal"
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.