Avalon » Publicystyka » Artykuł

Living Tribunal #224 - Marvel Graphic Novel vol. 1 #49 - Doctor Strange & Doctor Doom: Triumph &

lt%20224s.jpgMarvel Graphic Novel vol. 1 #49 - Doctor Strange & Doctor Doom: Triumph & Torment
Scenariusz: Roger Stern
Rysunki: Mike Mignola
Okładka: Mike Mignola
Liczba stron: 80
Rok wydania: 1989

Demogorgon: Co sto lat Oshtur, Hoggoth i Agamotto, trójca składająca się na bóstwo Vishanti, poddają wszystkich czarodziejów próbie, która ma wyłonić maga godnego tytułu Sorcerer Supreme. Mistrz sztuk tajemnych i uczeń wiekowego Ancient One, Doctor Strange, przystępuje do niej i wychodzi zwycięsko. Jednakże każdy triumf ma swoją cenę - zgodnie z tradycją, Stephen jest teraz winien przysługę zdobywcy drugiego miejsca. Co najgorsze, tym jest tyran Latverii, arcywróg Fantastic Four oraz jeden z najgroźniejszych złoczyńców na Ziemi. Doctor Doom chce, aby czarodziej wsparł go w misji, która zawiedzie ich wprost ku starciu z okrutnym i bezwzględnym przeciwnikiem. Tak zwanym człowiekiem bogactwa i gustu, uważającym, że ten, który kocha, powinien dzielić los tego, kogo kocha. Tym, którego największym sukcesem było przekonać świat, że nie istnieje. Tym, który wpisał się się w fabrykę naszych żyć od początku czasu i jest nam kochankiem, który trzyma przed nami lustro, gdy nie mamy sił w nie patrzeć. Diabłem we własnej osobie.

Jedną z zalet Shared Universe jest to, że bardzo łatwo można doprowadzić do spotkania tam bohaterów działających w początkowo odrębnych zakątkach świata, a często nawet i klimatach. To w końcu takie właśnie zabawy dały nam Avengers i kilka innych grup. Niestety, może to być też łatwo nadużywane, dając nam połączenia zupełnie bezsensowne, albo doprowadzając do sytuacji obecnej, w której do Avengers pakowany jest każdy możliwy bohater, nieważne jak mało ma to sensu, a do tego wiele postaci jest wykorzystywana tylko po to, aby dostać lanie i pokazać, jak fajny jest ulubiony złoczyńca autora. No i nie można zapominać o irytujących walkach między herosami, które są materiałem na osobny tekst. Jednym z bohaterów, który najmocniej doświadczył zarówno pozytywów, jak i negatywów tej sytuacji jest Doctor Strange. Z jednej strony to właśnie dodało tak ważny element do jego świata, jak członkostwo w Defenders oraz Illuminatti. Z drugiej nie wiem czy istnieje ktokolwiek w świecie Marvela, kto częściej jest wyciągany tylko po to, by dostać łomot od nowego wroga, najczęściej z okazji wielkiego eventu. Jest kilka klisz, do których Marvel ucieka się w tym ostatnich, aby pokazać, że sytuacja jest poważna. Baza S.W.O.R.D. zostaje zniszczona lub zdobyta, Hellicarrier spada z nieba, Doctor Strange dostaje bęcki. To irytujące. Ale dość mojego narzekania. Jedną z dobrych rzeczy, jakie na tym układzie Strange zyskał, jest zdecydowanie spotkanie i rywalizacja z Victorem Von Doomem. Scenarzysta Roger Stern w otwarciu do tej historii wprost bawi się pytaniem, jakim cudem jest, że ci dwaj nigdy wcześniej się nie spotkali - Stephen odwiedza pewnego mistyka, nieświadom, że gdyby był odrobinę wcześniej, wręcz zderzyłby się w drzwiach z Victorem.

Fakt, że Doom jest nie tylko genialnym naukowcem, ale też magiem, może wydawać się dla wielu zaskoczeniem albo współczesnym wynalazkiem. Jednakże już w jego debiucie na łamach Fantastic Four vol.1 #5 jest określany przez Reeda Richardsa jako ten, który zgłębił tajniki zarówno nauki, jak i magii. Pierwszy panel z jego udziałem przedstawia go bawiącego się figurkami Fantastic Four (ma to tyle samo sensu w kontekście) obok książek o demonach oraz magii i nauce. Jakkolwiek fakt ten nie wypływa za często, gdy Doom mierzy się z Fantastic Four, zespołem zakorzenionym w science-fiction, to był od zawsze częścią postaci. Pan Stern komentuje również ten fakt, gdy Victor pojawia się na próbie, która ma wyłonić maga godnego tytułu Sorcerer Supreme i zostaje mu zarzucone, że nie powinien tu być.

Nietrudno zauważyć wielu podobieństw miedzy dwoma doktorami. Samolubny, zainteresowany tylko napełnianiem swojej kieszeni i przyjęciami chirurg Stephen Strange oraz błyskawicznie pnący się po szczeblach naukowej kariery na wielu polach Victor Von Doom wydają się wręcz ulepieni z jednej gliny. I obydwaj tak samo upadają ze szczytu na samo dno. Wypadek samochodowy powoduje, że Strange traci władzę w dłoniach i nigdy nie będzie w stanie znów operować. Zdesperowany, ale zbyt dumny, aby zadowolić się karierą konsultanta, doprowadza się on do ruiny w poszukiwaniu pomocy. Eksplozja w laboratorium, która rujnuje piękną twarz Dooma, zmusza go do odejścia z uniwersytetu, w niesławie, okrzykniętego mianem szalonego naukowca. Jednakże jego duma nie pozwala mu się poddać i posyła przez świat, w poszukiwaniu wiedzy, która pozwoli mu zająć należne mu miejsce. Trudno nie chwycić za któryś z komiksów opowiadających o korzeniach Stephena i nie porównać jego pierwszego spotkania z Ancient One z tym, jakie ma miejsce między młodym Doomem, a Aged Genghisem. Pełen gniewu i pychy człowiek z zewnętrznego świata, niezdolny dostrzec jak wielką potęgę skrywa stary mistyk, który odmawia mu pomocy, wylewa na niego swój gniew i frustrację. Jednak w Doomie brak tej "iskry dobroci", jaką widzi w Strange'u Ancient One. Jednakże, przez rozbudowanie historii Dooma o tragiczne losy jego matki, które stanowią jego motywację w tej opowieści, Roger Stern sprawia, że nie można czuć do tyrana pogardy. W miarę jak widzimy jego kolejne poczynania oraz ich konsekwencje, staje się jasne, że jest on postacią tragiczną, geniuszem skazanym na wieczną samotność. Ta sama ambicja, która wyniosła go ku władzy odpycha od niego tych nielicznych, którzy mogą go zrozumieć. Strange na początku opowieści ma Dooma za kolejnego szaleńca, pragnącego tylko władzy nad światem. Gdy się ona kończy, Sorcerer Supreme rozumie go lepiej, jest w stanie czuć do niego szacunek i współczucie. Ale wciąż nie byłby w stanie być jego przyjacielem. Tragedia Dooma polega na tym, że gdyby potrafił zaakceptować bycie w czymkolwiek drugim, nie tylko przerósłby swych rywali, ale oni sami staliby u jego boku, jako przyjaciele. Ostatnia scena z Victorem, w której ten stoi na murach swego zamku, w pozie godnej dumnego władcy, czekającego na przybycie kolejnych wrogów, ma silny, gorzki wydźwięk. Doom stanął do walki z diabłem we własnej osobie i wygrał, zrealizował swój cel na swoich własnych zasadach, niespętany zobowiązaniami wobec kogokolwiek, z duszą dalej głęboko w swym zimnym, czarnym sercu. A jednak wiemy, że w parze z tym triumfem idzie cena, a jest nią cierpienie - dwie rzeczy, których związek jest motywem przewodnim tej opowieści. Każde zwycięstwo, jakkolwiek wspaniałe i chwalebne, ma swoją cenę.

Rozpływam się nad Doomem i nie bez powodu - to chyba jedna z moich ulubionych interpretacji postaci. Jak powiedział w posłowiu Ralph Macchio, dobry doktor nigdy nie był bardziej zwodniczy, i godny potępienia, a jednocześnie bardziej szlachetny. Nie znaczy to, że swoich pięciu minut nie ma tu Doctor Strange - fabuła dba, aby im obydwu dać pole do popisu, przeskakując często od jednego, do drugiego. Stephen ma sporo momentów, w których przyćmiewa wszystkich i jest gwiazdą sceny. Jego rola względem Dooma wydaje się drugorzędna, bo to pragnienie tego drugiego napędza historię, to w jego misję Stephen został wciągnięty. Roger Stern dba jednak, aby traktować ich sprawiedliwie, jako równorzędnych protagonistów.

W obecności dwóch tak silnych osobowości bardzo trudno było o antagonistę, który nie zostałby przez nie przyćmiony. Scenarzysta sięgnął jednak po jednego z najbardziej charyzmatycznych złoczyńców świata Marvela. Mephisto ma w sobie to coś, co pozwala mu sprzedać się, jako zagrożenie dla nawet tak potężnego zespołu. Drwi, kusi, zwodzi, popisuje się, zadziwia bezwzględnością, snuje plany i przypomina o swojej magicznej sile - to Mephisto u szczytu formy.

Ale to wszystko nie byłoby, choć w połowie tak dobre, gdyby nie rysunki Mike'a Mignoli. Jest on człowiekiem, który wyraźnie czerpie inspirację od ludzi, którzy powołali do życia Strange'a oraz Dooma po raz pierwszy. Ostry, lekko kanciasty, ale przez to bezkompromisowy, dynamiczny styl Jacka Kirby'ego przemieszany z efektownymi, psychodelicznym sceneriami i delikatnymi, pewnym liniami Steve'a Ditko - nie wiem czy mógłby być rysownik, który oddałby tym dwóm twórcom honor lepiej od autora Hellboya.

Nie mam wiele szacunku do większości postaci z lat 60-tych. Uważam, że ci "klasyczni" bohaterowie to banda pupilków autorów, którzy są nam na siłę wpychani kosztem ulubieńców młodszych pokoleń, chociaż od dawna nie potrafią pociągnąć dobrej historii. Są jednak wyjątki. Są bohaterowie, którzy przekonali mnie o swoim potencjale. Którzy udowodnili mi, że w dobrych rękach zasługują na uwielbienie, którym są otaczani. Wśród nich są Doctor Strange i Doctor Doom. W dużej mierze dzięki temu komiksowi. Ode mnie cztery i pół gwiazdki na pięć.

lt_45pts.png
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.