Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #349 (28.04.2014)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 28 kwietnia 2014Numer 17/2014 (349)


Podobnie jak to miało miejsce przed dwoma tygodniami, tak i tym razem jeden numer zdecydowanie przyciągnął uwagę. Na szczęście inne nie zostały daleko w tyle. Zapraszam do lektury.

All-New Invaders #4
Gil: Kicha straszna, ale widzę światełko w tunelu. Jest nikła, ale zawsze, szansa, że jak już seria wykaraska się z tych trudnych początków, a może i przy okazji zmieni twórców, stanie się ciekawa. A to przez skład, który może być czarnym koniem, jeśli klasyczny zestaw wzbogacą o Ikarisa i Aarkusa. Ale to odległe światełko w długim, wąskim i mrocznym tunelu, który oświetla tylko migotliwe, słabe 2/10.
redevil: Kolejny komiks Marvela, który przestaje czytać. Wydaje się, ze wystarczy zebrać popularnych herosów i wrzucić ich w wir walki, aby zrobić dobry komiks. Niestety nie. Herosi ok, sama historia miałka i słaba. Wrzucenie Ikarusa niestety nie polepszyło nic, a scena ze śmiercią Bucky'ego dramatyczna jak "Batman" z Adamem Westem.

Avengers Undercover #3
Gil: Szkoda, że już nie przyznają Ig Nobla w dziedzinie literatury, bo to, co wyprawia tutaj Hopeless jest doprawdy wybitne inaczej... Już myślałem, że nie da się wymyślić nic gorszego niż skrajna infantylizacja środowiska przestępczego w poprzednim numerze, ale jak widać - da się. I to na obu płaszczyznach, więc ciężko mi się zdecydować, od czego zacząć. Zacznę więc od oczywistości: jest źle! I pod pewnymi względami wręcz tak źle, jak jeszcze nie było. Ale dobra, spróbujmy jakoś po kolei... Pierwsze rzuciły mi się w oczy rysunki, więc zacznę od nich. Timothy Green III całkiem nieźle się spisał przy paru okazjach, które pamiętam, ale tutaj wyraźnie zniżył się do poziomu skryptu. Rysunki przypominają raczej Erika Larsena z początku lat '90. Nikt nie wygląda na swój wiek, wszyscy mają taką samą, geometrycznie karykaturalną budowę ciała i zwykle również tę samą twarz (w granicach płci). Mają też takie same ubrania, które wymykają się prawom fizyki. Najwięcej razy rysownik wyłożył się na Deathlockett, której uparcie rysował wąziutką rękawiczką na wielkim cybernetycznym ramieniu, potem zmieniał jej kształty, a potem w ogóle wyparowała i w ogóle zjawiała się i znikała bez ładu i składu. Cuda i dziwy! Ale generalnie, wszystkie te pozy są tak nieżyciowe, że Lifeld by zzieleniał z zazdrości. No ale dobra - zostawmy oczy tak jak mi wypadły z orbit i pójdźmy dalej, zajmując się urokami fabuły. Pierwsza rzecz, jaka mnie ujęła obcęgami za klejnoty rodowe to nowy pomysł Arcade'a. Miliarderzy, którzy zjeżdżają do jego willi po to, żeby po przyjęciu wytłuc się nawzajem. CO, |<^®#@?!? Ostatnia rzecz, w jaką uwierzę to, że zblazowani bogacze byliby skłonni zaryzykować własne bezcenne życie w ten sposób. Nigdy! Sprzedaliby swoje żony, dzieci, kochanki i wszystkich pracowników, ale własnego życia przenigdy by nie narazili. Nawet gdyby któryś miał kaprys, żeby poczuć, jak to jest kogoś zabić, znalazłby milion lepszych sposobów, które jego samego by nie naraziły ani na szwank ani tym bardziej na ujawnienie. A tutaj co? A tutaj łażą, popijają szampana, a potem DING! i wszyscy rzucają się sobie do gardeł. This is beyond fucked up. Ale poczekajcie, to nie koniec. Druga fajna sprawa: chyba Bloodstone mówi, że herosi nie stoją obojętnie, gdy ktoś krzywdzi ich młodych. Taa... I właśnie dlatego żadnego z nich nie widzieliśmy w tej serii, żaden nie zareagował w najmniejszym stopniu na wydarzenia poprzedniej serii, a przez 99% jej trwania również mieli wszystko gdzieś i ledwie zauważyli, że ich narybek zniknął. To twierdzenie nie ma najmniejszego oparcia w rzeczywistości, a jednak sprawia, że wszyscy robią w gacie. Dalej jest bijatyka, w której jakimś cudem banda zupełnie przypadkowych ludków stawia czoła uzbrojonym nadludziom jak równy z równym. Bo tak. Pomijam już fakt, że w obliczu jakiegokolwiek ataku, zblazowani bogacze natychmiast zwialiby w panice. Bardziej irytuje mnie to, że oni nie mają żadnych środków do walki, z wyjątkiem może jedynej Ms. Coriander, a jednak jakimś cudem udaje im się kilku młodych schwytać. I tutaj kolejny kwiatek: Deathlockówka potrafi teraz zhakować wszystkie systemy w budynku za pośrednictwem podłogi. Mogę przyjąć jeszcze wyjaśnienie, że to chata Arcade'a i jest napakowana elektroniką nawet w najbardziej niewinnie wyglądającej podłodze na świecie, ale nic nie jest w stanie wyjaśnić, jakim cudem ona nagle nabyła taką umiejętność i dlaczego wygląda to jakby płynny Terminator wylał się z jej środkowego palca. Albo zapytam inaczej: kiedy stała cię Cyborgiem z DC? I tak powoli dochodzimy do sedna sprawy. Arcade zostaje pozbawiony swoich fejkowych mocy i osaczony. To, co mamy dalej nazwać już można tylko linczem, zakończonym morderstwem z zimną krwią. Tak, sprawdziłem definicję i ustawodawstwo amerykańskie. Przedstawione tutaj wydarzenia są zgodnie z prawem morderstwem, a udział w nim jest karany nawet śmiercią, w zależności od stopnia zaangażowania (ustawa Dyers Bill w 1913 roku). Nasi bohaterowie, proszę państwa! Okay, rozumiem, że w odbiorze sytuacji stanowiska mogą się różnić - ktoś może powiedzieć, że Arcade zasłużył na śmierć z rąk osób, które skrzywdził, albo coś w tym stylu. Zgadzam się, że nawet w świetle jednoznacznej definicji prawnej, sytuacja jest moralnie dwuznaczna. Jest tylko jeden problem: tutaj, w tym komiksie, nic o tym nie ma. Zero dialogu, zero dylematów, żadnego moralnego niepokoju. Dzieciaki trochę szarpały się między sobą, ale o co? O to, kto ma wydawać rozkazy. Nikt ani przez moment nie zastanowił się nad celem tej całej akcji. A gdy już przyszło co do czego, nikt nie zawahał się ani przez chwilę przed zadaniem ciosu. Oczywiście w oczach sądu najwyższą karę dostałaby Hazmat i w zależności od stanu mogła to by być czapa, ale pozostali z pewnością beknęliby za współudział. (I skoro już o niej wspomniałem: wydaje mi się, że katatonia tak nie działa.) A co nam zostanie, jeśli tak samo jak autor, odstawimy całkowicie na bok moralny aspekt wydarzeń? Otóż zostanie nam komiks, w którym grupa nieletnich w odwecie morduje swojego oprawcę i jest to przedstawione w pozytywnym świetle. Hm... może to najprostszy sposób na pozbycie się tej serii? Sprawdzić, jak amerykańskie sądownictwo definiuje podżeganie do przemocy, złożyć odpowiedni donosik i czekać, aż Marvel w pośpiechu zdejmie to z półek... Bo przecież może być tylko kwestią czasu, zanim jakiś prześladowany uczeń postanowi wziąć przykład ze swoich bohaterów i zastrzelić gnoja, który zabiera mu kasę na lunch, nie? Powiedziałbym, że to zabawne, jak Hopeless z uśmiechem wręcza nam młotek i gwoździe do swojej trumny, ale całe hektolitry ironii, jakie z tego tytułu się wylewają ani trochę nie są zabawne. I tak oto wskazówka mojego BS-metru wyrwała do tyłu z takim impetem, że przebiła obudowę i wryła się w stół. To jest warte mniej niż zero.
avalonpulse0349e.jpgDemogorgon: Wiecie, postanowiłem sobie, że będę uczciwy względem tej serii. Jeśli zrobi coś dobrze, pochwalę ją, chociaż wcale nie powinienem ze względu na to, że przypomnijmy, u fundamentów tej serii leży pokazanie środkowego palca milionom ludzi cierpiących na PTSD. Ale co mi tam, będę uczciwy.
Nie jest aż tak źle, jak mogło być. Co nie znaczy, że jest dobrze.
Zacznijmy od warstwy graficznej. Nie sądziłem, że może istnieć ktoś, kto rysuje gorzej od Walkera. Ale oto mamy faceta, który rysując dziesięciolatkę, czternastolatkę i dwie siedemanstolatki daje im wszystkim to samo ciało - zrobionej z gumy dwudziestoletniej aktorki porno. Bo nie było dosyć pedofilii w poprzednim numerze. Wszyscy wyglądają paskudniej nuż u Walkera, twarze szczególnie rażą, Arcade na każdym panelu wygląda jakby miał orgazm, Anachronism jak Corporate Kane z dłuższymi włosami, a sceny akcji są tak chaotyczne, że prawie wcale nie można powiedzieć, co się właściwie dzieje.
Jeśli chodzi o scenariusz, to powiem tak - ilekroć Nico ma u Hopelessa dobry moment, to pierwsze co robi, to stawia się jego pupilkom, tak jak tu postawiła się Cammi. Hopeless próbuje to zagrać jako dowód, że stała się ona mroczniejsza i to powód do zmartwień, ale dialogi innych postaci na ten temat brzmią tak sztucznie, że trudno to traktować poważnie. Najgłupiej wypada Cammi, próbująca ją zbyć sarkazmem, bo wtedy po raz pierwszy brzmi na swój wiek - jak dziesięcioletnia smarkula. Jak już przy tym jesteśmy, to jak dziecko brzmi też Hellstorm - noż przecież Gabe Reyes jest bardziej dojrzały. W konsekwencji Nico po raz pierwszy jest jakkolwiek blisko bycia sobą a nie pozbawionacharakteru kukiełka jak reszta, rzadkie wydarzenie u tego autora i pewnie drugi raz tego znowu nie zobaczymy za prędko, a ten nawet nie załapał. W sumie mam wrażenie, jak zawsze, że kiedy Nico robi coś in-character u Hopelessa, to nie wygląda to jakby on to napisał, ale jakby postać wyrywała się spod jego kontroli. I w sumie jest ku temu powód - Hopeless wyraźnie musi skupiać swoje moce mind controlu na Zemo. Bo powiedzmy szczerze - Hopeless pisze Zemo jak idiotę. Zacznijmy od tego, że jego plan jest strasznie naiwny. Pozwólny dzieciakom się zemścić a to wprowadzi je w moje ramiona. Serio? Brakuje tu środka trochę. Na tym poziomie operują Cobra Commander (w starych kreskówkach G.I.Joe, bo komiksowy jest akurat inteligentny) i złoczyńcy z Captain Planet. Po drugie, Zemo swoje dialogi spędza na czym? Na kadzeniu Arcade'owi, na gadaniu jakim to wielkim dokonaniem byłą Arena, jak to Arcade złamał te dzieciaki, jak to zniszczył w nich dobro, jak to nigdy nie będą takie same, jaki to Arcade jest wielki i wspaniały. Zemo. Szlachetny Demon Zemo. Nawijający jaki to cudowny jest Arcade. Jasne, powie, że nie nie lubił Areny, ale i tak nawija jaki to był pokaz geniuszu. Normalnie trudno mi wyobrazić sobie większy ego trip w wykonaniu Hopelessa.
Arcade to osbny problem. Powiem tak - nie mam nic przeciwko temu, że Hazmat go zabiła, nawet jeśli wypada to tak, że ją jedną zdołał złamać. Nie mam nic przeciwko bohaterom zabijających złoczyńców, ale bałem się, że Hopeless spróbuje swojemu pupilkowi zapewnić Joker Victory - prawo do chwalenia się jak to zrobił z tych dzieciaków Morderców. Ale jego zachowanie jako kogoś kto ma to gdzieś i doskonale zdaje sobie sprawę, że wyczerpał jakikolwiek miał potencjał i teraz może albo próbować znowu powtórzyć to samo gówno i pewnie zostać zabitym przez wściekłych bohaterów, albo wrócić do bycia chłopcem do bicia Spider-Mana. W najlepszym razie czekał go los Dr. Lighta - z kompletnego żartu w kompletny żart, który cały czas powtarza jak to raz udało mu się zrobić coś złego. W pewien sposób można jego jęczenie odczytać jako przyznanie się samego autora, że nigdy nie zdoła zmazać szramy na swojej reputacji, jaką była Arena, że do końca życia będzie "tych dupkiem, który morduje nastolatki".
Oczywiście można to też odczytać jako ego trip Hopelessa o tym, jak to nikt nigdy nie napisze lepszej historii z Arcadem i równie dobrze można go zabić, bo nie ma sensu, by ktoś próbował zniszczyć jego pupilka. Ale obiecałem postarać się być miły.
Nie zrozumcie mnie źle - to wciąż bycza kupa. Ale tym razem śmierdzi odrobinkę mniej i to głównie za sprawą Nico. Może nawet miałbym pozytywniejsze nastawienie, gdyby nie to, że kiedy podobne sytuacje miały miejsce w Arenie, podążała za nimi tylko kolejna góra ekstrementów.
Ocena: Jeden odcinek G Gundama.
Krzycer: ...to było głupie. A efekt krwawej jatki z końcówki podważają dialogi Arcade'a. Sam Hopeless chyba nie wiedział, jaki efekt chce nimi osiągnąć. Jeszcze te kwestie o wypaleniu się po odniesieniu sukcesu miały sens, ale te późniejsze jazdy ("chyba jednak nie przyszliście mnie pocieszyć") były... Nie wiem co to było.
Ale choć wykonanie było kiepskie, to nie mam nic przeciwko suchym wynikom. Dzieciaki obijają Arcade'owi pysk, ale żadne nie morduje go z zimną krwią, aż do "zaskakującej" końcówki, gdy jedno z nich się łamie. I jasne, od początku wiadomo było, kto to będzie, ale nawet w ramach tej głupiej farsy jest to uzasadnione.
Reszty (Daimon zachwycający się precelkami, cat-fight Nico i Cammi <które nawet ma jakieś podstawy, ale donikąd nie prowadzi>, itp itd etc) nie chce mi się komentować. Rysunki były brzydkie. Tzn miejscami były w porządku, a miejscami mieliśmy atak kobiet-węży. Nico szczególnie na to cierpi.
redevil: O to było całkiem niezłe. Arcade zabija dzieci, dzieci zabijają jego. Dobra kontynuacja poprzedniej mini serii. Ten komiks to typowy Marvel do poczytania. Zastanawia mnie tylko, że prawie wszystkie postaci znam z jakiś innych komiksów, a nic za nic one ich nie przypominają. W sumie detal.

Daredevil vol. 4 #2
Gil: To na swój sposób zabawne, że w czasie niesławnego Shadowlandu to Daredevil świrował, a Shroud był wśród tych, którzy ratowali mu tyłek (i historia ta była nawet lepsza od głównej mini). Teraz odwrócili role. Najwyraźniej Shroud ześwirował i zrobił się zazdrosny o swoją wyimaginowaną pozycję celebryty. Jest to całkiem sprytne zagranie, ale chyba bardziej wolałbym ich jako partnerów. No wiecie: the blind leads the blind. Ale i tak chętnie zobaczę, co dalej się wydarzy. Jedno, co mnie zastanawia, to ile prawdy jest w tym jego originie, żywcem zerżniętym z Batmana. Wcześniej nie zwracałem na postać większej uwagi, więc po prostu ciekaw jestem, czy rzeczywiście posunęli się do tak bezczelnej kopii, czy ta wersja jest ubarwiona przez osoby postronne? No cóż, może dostać 6/10 i zobaczymy, co dalej.
kuba g: Powoli przywykam do faktu, że jestem jedyną z niewielu osób, która pisze tu z zainteresowaniem o tej serii i nie rezygnuje z niej kosztem trwonienia czasu na eventy, czy następne odsłony rodzin Avengers/X-Men. Przywykam też, że już chyba jako jedyny piszę entuzjastycznie o tych historiach, nie obrażając się na to, że ten komiks nie udaje, że jest czymś innym niż... jest. Czyli 100% reprezentacją wszystkiego co jest znakami firmowymi Waida. Tu też nie będzie zmian, to wciąż komiks, który będąc daleko od mojej ulubionej inkarnacji Daredevila jest świetnym komiksem o Daredevilu.
Z tym numerem dopiero zaczynam stuprocentowo kupować nowe status quo postaci. Motyw jest prowadzony na tyle naturalnie, że zapominam jak bardzo wydaje mi się to... nienaturalne dla tej postaci. Może to kwestia tego, że ten pomysł miał szansę przejść tylko w tak lekko prowadzonej serii, a może przez to, że przyszedł ten moment gdy absolutnie nie ma sensu w Marvelu trzymać się już ukrywania swojej tożsamości. W każdym razie kupuję Matta łączącego dwie części osobowości w nowy sposób, tworzącego dla siebie nową rzeczywistość, nawet jeżeli jest w niej dużo starych elementów (The Owl).
Nowy Daredevil znajduje się w ciekawej pozycji, powoli zaczyna zdobywać ciekawą obsadę całe szczęście nie rezygnując z weteranów swojej serii. Musi mierzyć się z problemami, które na raz są już mocno ograne, ale i takimi, które wykraczają poza jego "comfort zone" (trochę inny The Shroud). Tak, DD wciąż mi się podoba i nie mam zamiaru marudzić na siłę na komiks, który dalej jest jedną z najjaśniejszych pereł w Marvelu.
redevil: Choć wolałem DD Bendisa, to śmiałkowi Waida nic nie można zarzucić. Konsekwentnie pisana i rysowana historia. Jednak ten zeszyt to tylko wprowadzenie - ciekawe, ale dopiero rozwinięcie historii pozwoli na jej ocenę.

Elektra vol. 3 #1
Gil: Od pierwszej odsłony na dystans odstawia teoretycznie konkurencyjne serie z Black Widow na czele. Nie tylko dlatego, że zdecydowanie lepiej wygląda, ale przede wszystkim dlatego, że ma interesującą fabułę. Naprawdę interesującą. Jej informatorka jest postacią barwną i niebanalną, sugerującą, że wiele jeszcze ma do odkrycia. Przeciwnik jest nowy, ale dobrze wpisany w continuity, więc również wypada ciekawie. Konkurencja podobnie - interesująca i abstrakcyjna. Nie ma lania wody, bulbotania o niczym i tym podobnych. Troszkę jest wewnętrznego monolugu tu i tam, ale nie nudzi, bo grafika skutecznie odwraca uwagę. No i właśnie - grafika jest mimo wszystkich tych zalet najsilniejszą stroną tytułu. Aczkolwiek mam pewne obawy, czy wyglądałaby równie dobrze z inną oprawą, zwłaszcza kolorami. Ale ogólnie jestem mocno na tak i dam solidne 7/10.
Demogorgon: HOLY SHIT THE RYSUNKI SĄ PIĘKNE!
Mam wrażenie deja vu - czułem się tak samo, gdy czytałem pierwszy numer Batwoman tego samego scenarzysty - zamknij się z tą narracją i daj mi się rozkoszować rysunkami człowieku! Słyszałem, że jego Batwoman z Williamsem było dobre, wiec może potem z tym stonował, ale znów mam to same wrażenie - nie mogę się przekonać do scenariusza. Ale Elektra wypada całkiem ciekawie, rysunki są piękne a nawet nowy złoczyńca jest interesujący. Będę czytał dalej.
kuba g: Następny wyczekany komiks w końcu pojawił się na rynku. Wyczekany niestety tylko przez moje przywiązanie do postaci, bo scenarzysta w tym wypadku jest zbyt wielką niewiadomą by dać mu szansę bez żadnego ale.
Będzie ciężko oceniać historię z tego numeru, oj ciężko. Jeżeli jakiś komiks dostaje tak dobrą oprawę graficzną jak Elektra w wykonaniu Del Mundo to naprawdę dużo można wybaczyć. Tak wybaczam Elektrę, której monologi wewnętrzne zajmują trochę za dużo miejsca jak na tę postać. Wybaczam trochę zbyt duży banał scenariuszowy z wprowadzeniem (następnego) tajemniczego i najlepszego w biznesie zabójcy jako cel pierwszych numerów. Ciężej idzie mi już wybaczenie gdzie akcja następnego zeszytu ma zaprowadzić i pewne poczucie, że scenarzysta doprowadzi nas do twistu, który namiesza w rodzinnych sprawach Elektry (może przesadzam, ale nie zdziwiło mnie jakby Blackman zabrał trochę za dużo patentów z czasu pisania Batwoman na potrzeby Elektry).
Aha, czy pisałem już jak pięknie wyglądają strony tego komiksu?
Krzycer: Jakie fajne rysunki! Czekałem na komiks od Del Mundo tak, jak wcześniej na komiks od Krisa Anki po jego okładkach. I o ile Anką byłem trochę zawiedziony, o tyle Del Mundo nie rozczarował.
O fabule trudno coś powiedzieć, można co najwyżej skupić się na tym jak jest prowadzona. Elektra trochę za dużo gada w tych swoich ramkach, Matchmaker wydaje się być z trochę innej bajki, ale Ten-Zły-Co-Zjada-Ludzi mnie zaintrygował (...choć w pierwszej chwili pomyślałem, że to Troll z "Thunderboltów" Parkera...)
rodzyn: Trudno nie powtórzyć po raz kolejny, że rysunki Del Mundo są niesamowite. Co ciekawe, kolory przypominają mi te z bardzo dobrej serii "Za Imperium" wydawanej przez CENTRALĘ i będę to musiał jeszcze później sprawdzić dokładniej, ale takie było moje pierwsze wrażenie.
Jeżeli chodzi o scenariusz, to można by było pominąć fragment monologów węwnętrzych i komiks by na tym nie stracił. Zastanawiam się, czy Blackman będzie starał się wykorzystać w tej serii elementy, których nie zdołał użyć w trakcie pracy nad Batwoman. Może nie byłoby to takie złe, ale wolałbym, by miał na Elektrę inne spojrzenie niż na wspomnianą bohaterkę.
Rysunki są zdecydowanym atutem tej serii i gdyby nie spełniła moich scenariuszowych oczekiwań, to dla nich samych będę tu zaglądał.

Fantastic Four vol. 5 #3
Gil: Johnny stracił zapał do tej roboty. Valeria pojechała na wakacje do wujka Victora. Ben znów ma na karku Puppet Mastera. Frightful Four przeszła kolejny update i… czy to Bentley 23? Reed jak zwykle zakopany w laboratorium, a Sue trzyma nad wszystkim pieczę. Czyli jest to dość typowa historia spod znaku F4, z tą różnicą, że kostiumy mają inny kolor i w powietrzu wisi widmo upadku. No i w sumie fajnie się to czyta, chociaż akurat w tym zeszycie nie ma nic wyjątkowego. Widocznie jeszcze trochę trzeba poczekać na coś poważniejszego. Ale fajnie to wygląda, a najbardziej interesuje mnie wątek Valerii, więc ciągle jestem nastawiony pozytywnie. I dlatego dam 6/10.

Guardians Of The Galaxy vol. 3 #14
Gil: O, patrzcie: Venom. Chwila, chwila! A skąd tu się wziął Venom? Ostatnio jak go widziałem, to oświadczał Thunderboltsom, że chce odejść, a teraz PUF! i magicznym sposobem buja się z Guardians na drugim końcu Galaxy, chociaż wszyscy (nie) widzieliśmy, że nigdy wcześniej się nie spotkali. To już przynajmniej karolkę jakoś wprowadzili w jej własnej serii, chociaż i tak wygląda na to, że ciągłości między jednym a drugim wiele nie ma. No, ale dobra, wygląda na to, że Bendis ma jakiś plan co do Venoma, więc jest jakaś nadzieja, która może skłonić do przymknięcia oka na te dziury. Ciąg dalszy niestety nie wygląda lepiej. Quill trafia w łapy swojego ojca, który najwyraźniej nie wie już sam, czego chce, bo to co gada tutaj, nie pasuje zbytnio do jego monologów z początku serii. Rocket, Groot i Angela gdzieś w międzyczasie wyparowują, chociaż teoretycznie również powinni być w niewoli, albo... gdzieś tam. Podobnie Gamora zostaje załatwiona zdecydowanie zbyt łatwo, najwyraźniej na zlecenie kogoś innego. Widać, że to początek następnej większej historii, ale jakiś niepotrzebnie pogmatwany. Również przez kombinację różnych rysowników. Za to bardzo fajne były dodatki rocznicowe. Ten z Grootem był po prostu świetny! Ten z oryginalnymi GoG również fajny i nawet bardziej podobają mi się w takim wydaniu wizualnym. No i to właśnie te dodatki wyciągną całość na 6/10.
avalonpulse0349d.jpgUndercik: Znów czyta się to bardzo przyjemnie i znów mógłbym się zachwycać Bendisem, ale teraz przegiął. KTO UKRADŁ BRAKUJĄCY ZESZYT MIĘDZY #13 i #14. Albo brakujący początek historii ma miejsce w tym numerze przygotowanym na FCBD, albo scenarzysta przegiął. Albo Marvel kompletnie nie ogarnia terminów, albo Bendis ma już wywalone nawet na to co pisał wcześniej. No bo jakim cudem nagle Venom lata po obcej planecie z Draxem? He? Może czegoś nie czytałem, może w finale swojego ongoinga, wystrzelono go w kosmos, a jego gościnny występ w Superior miał miejsce wcześniej. Nie wiem. Brakuje mi tu czegoś. Pewnie z Captain Marvel też jest taka opcja, tylko ostatnia strona broni się tym, że Carolka jest w kosmosie i równie dobrze może tam być od tak. Tylko, że a) albo "cudownie" znajdzie się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie, albo już dołączyła do drużyny i po prostu nie została pojmana (tak jak Venom), bo J'Son nie dostał jeszcze aktualizacji składu. Jakby nie patrzeć, wyjdzie źle. Błagam, oby FCBD był czymś w rodzaju #13.1, żeby ta historia miała ręce i nogi, a wina leżała po stronie osoby ustalającej grafik wydawania komiksów. W innym wypadku oznaczałoby to, że śpi Bendis, Marts (edytor) i chyba ktokolwiek ogarnięty w Marvelu. Wkurzyłem się. Szlak trafił moją cierpliwość do naginania continuity. Szkoda, bo poza tym to naprawdę przyjemny numer.
Co do dodatkowych historii. Ta z Grootem jest piękna, ta druga mnie średnio obeszła. Po prostu nie interesuje mnie kompletnie pierwsza inkarnacja Guardians of the Galaxy.
Krzycer: Wait, what? Skąd tu Venom? Co ja przegapiłem?
Poza tym to porządny numer, tylko mam z nim jeden problem. Wspólny dla wielu innych numerów GotG od Bendia. J-Son, tatuś Quilla, jest nudny. Jest nudnym przeciwnikiem, jest nudną, jednowymiarową postacią. Łudzę się, że po tej historii Bendis pozwoli Guardianom i czytelnikom trochę od niego odpocząć.
Back-up z Grootem był całkiem ładny. Back-up z klasycznymi Guardianami był... no, był. Ot, pokazał każdego po kolei i powiedział, czym się zajmują. Taki trochę rozbudowany recap page.
redevil: A skąd Venom panie? oprócz tego fajny numer. GoG padli dość szybko, fajnie, że są słabsi niż skoordynowany atak wywołany przez potężnego monarchę. Niestety obecność jednej z najgorszych żeńskich postaci uniwersum - Karolki zwiastuje rychły powrót bohaterów do komiksu o niezwyciężonych super bohaterach.

Iron Patriot #2
Gil: W sumie niewiele się tu dzieje... Jest trochę zamieszania, ale jeszcze nic z niego nie wynika. Wydaje się to raczej naciągane, że w obliczu różnych ataków wszyscy, z mediami na czele, skupiają się na osobie Rhodesa, jakby to on był jedynym superbohaterem na świecie. A już na pewno jedynym w tym komiksie. I chyba tylko to jest rzeczywistym motorem całej fabuły. Tylko, że wygląda sztucznie. No i nie bardzo łączą mi się motywy olbrzymich stworów z resztą historii. A ten koleś na końcu, to kto ma być? Zbroja przypomina trochę MACH VI, ale głowy nie dam… Innymi słowy, seria zdecydowanie potrzebuje więcej czasu i konkretów. A póki co, dam 4/10.
rodzyn: Dość szybko się ten numer czytało i za wiele nie można o nim napisać, kontynuuje on jedynie wątki z pierwszego numeru, a Rhodes ponownie kończy będąc bliskim śmierci. I patrząc na zapowiedzi, chyba każda kolejna część tej historii będzie się tak kończyła. Rysunki dobre, nie ma w nich jednak nic zachwycającego lub wartego uwagi. Seria zapowiada się na mocny średniak, więc raczej nie polecam.

Original Sin #0
Gil: Potrzebne to w sumie, jak kurze rower... No dobra, może początkującym czytelnikom do czegoś się przyda, ale to chyba wyjątek. Jedyna nowa rzecz, jakiej możemy się stąd dowiedzieć to, że Uatu ma daddy issues. No i ewentualnie to, że był obecny podczas pierwszej wpadki Watcherów, bo nie pamiętam, czy wcześniej jasno to powiedzieli. No i to tyle... nie wiem, czemu właściwie miał służyć ten numer zerowy, poza wyjaśnieniem "kim jest łysol z wielką głową i czemu to ważne, że ktoś go odpalił". Ja tylko prześlizgnąłem się po nim wzrokiem, szukając czegoś ciekawego i chyba tak najlepiej go potraktować. No, chyba, że ktoś bardzo lubi rysunki Cheunga, to może na dłużej oko zawiesić, chociaż i one są średnie jak na dorobek rysownika. Dam więc całkowicie neutralne 5/10.
Undercik: Dlaczego Waid nie pisze Original Sin? Dlaczego Waid nie pisze przygód Novy? Ale te pytania były po Age of Ultron (Dlaczego Waid nie pisze Avengers AI?). Mark znów dostaje nibynumer eventu i znów wypada to rewelacyjnie. Po raz kolejny utwierdzam się w przekonaniu, że obecnie w Marvelu nikt nie potrafi tak zgrabnie prowadzić postaci, a że to Original Sin #0 jest o postaciach, to Waid mnie kupił.
avalonpulse0349c.jpgkuba g: No nie da się nie zgodzić z Undercikiem, że Marvel ma dziwny sposób wykorzystywania małego procenta możliwości Marka Waida, tak tylko by wkurzać czytelników. Nie czekam na Original Sin, nie jara mnie następny event z nadprodukcją tie-inów. Nie ufam jego scenarzyście i nie chcę dać się znów nabrać na ciekawe zamierzenia eventu, które nie są w stanie sprostać oczekiwaniom. Ale nie potrafię zignorować faktu, że Waid ma swój segment w evencie, nawet jeżeli bardzo śladowy.
Nova w wykonaniu Waida jest dzieciakiem, który na pewno ma potencjał. Nie wiem czy ten potencjał jest rozwijany w solowej serii bo jakoś przez fakt, że prowadził ją na początku Loeb, nie miałem zamiaru tego sprawdzać. Gdyby jednak miał pisać to Waid myślę, że po tej introdukcji mógłbym dać temu szansę. To pierwsza pozytywna rzecz. Za drugą będę uważał próbę pokazania nam znów istotności Watchera dla świata, nawet jeżeli dzieje się to... trochę zbyt późno.
Może ten komiks jest trochę zbędny i wymuszony finansowym względem, ale i tak czuję, że wszystko co najlepsze w Original Sin znalazło się w tym zeszycie. Może spróbuję zweryfikować czy nie mylę się, może nie.
Krzycer: Czy ktoś kiedyś w końcu wyjaśnił, czemu Watcher zawsze milczał w kontaktach z nowym Novą? Bo ten, to jest fajna scena, kiedy Sam słyszy pierwsze słowa Watchera - a że to akurat takie słowa, to scena ma jeszcze mocniejszą wymowę - tylko wszędzie indziej w 616 Watcher zazwyczaj był całkiem gadatliwy w bezpośrednich kontaktach (tzn w każdej scenie poza tymi, gdy tylko góruje nad jakąś bitką i patrzy).
Poza tą drobnostką - która i tak jest niewiadomą wywodzącą się z ongoingu Novy, a nie z tego konkretnego komiksu - to była to całkiem przyjemna lektura.
Trzymam kciuki, by miała więcej wspólnego z "Original Sin" niż, bo ja wiem, "AvX #0" z "Avengers vs X-Men" (...o "Prelude to Schism" nie wspominając, bo to cios poniżej pasa).
rodzyn: Po przeczytaniu tego numeru byłem przekonany, że to Waid będzie odpowiedzialny za cały event, a to jednak Aaron. Numer przyjemny, dla osób które nie czytały początku solowej serii Novy jest dobrym miejscem na poznanie postaci, dla reszty to tylko przypomnienie jego historii. Ciekawe czy podobnie jak przy okazji Avengers vs X-Men Nova pojawi się tylko na początku eventu, żeby pomimo zapowiedzi nie odegrać w nim żadnej roli.

Superior Spider-Man Team-Up #12
Gil: To chyba ostatni numer serii, nie? Bo skoro Superior się skończył… W każdym razie, trochę czuć, że to ostatnie podrygi i konieczność wypełnienia jeszcze jednego zeszytu czymkolwiek. Sporo miejsca zajmują wynurzenia Ottona, które w dużej części powtarzają fragmenty z poprzedniego numeru. Retrospekcje co najwyżej ułatwiają umieszczenie tego w chronologii, ale poza tym nie mają wiele do zaoferowania. To, że panowie się znielubią było jasne już pod koniec poprzedniej części. Tutaj tylko podkreślają, że nie lubią się bardzo. Bardzo bardzo! I to właściwie tyle. Jedynie kilka stron w wykonaniu Cecchetto jest miłym zaskoczeniem. Poza tym, raczej meh. Można zignorować, chociaż nie przeszkadza, więc dam 5/10.

Thunderbolts vol. 2 #25
redevil: Kolejny komiks, który da się czytać. Pozbawiony jakiejkolwiek głębi, nastawiony na tanie szokowanie (jak Invaders - jeden z bohaterów ginie, by za chwilę okazał się to ściemą). Niezłe rysunki. Tylko szkoda, ze w continuity, bo postacie odrealnione jak u Hopelessa.

Uncanny Avengers #19
Gil: Okay, wszystkie wady tej historii już zdążyłem wymienić i nadal je podtrzymuję. Ale mimo tego, musze przyznać, że czytało się to całkiem nieźle. Przynajmniej jak na tę serię. Team Kanga to fajna zbieranina. Remender znalazł dość dobry sposób na przekonanie Havoka do współpracy, dzięki czemu całość nie jest aż tak naciągana. Muszę mu również dać plusa za pamięć o tym, że moce Summersów nie działają na nich wzajemnie i starcie na pięści. To może być jedna z tych historii, które autorowi fuksem się udają. Ale to jeszcze nie jest przesądzone, więc póki co ostrożnie wystawię 5/10.
Krzycer: No dobra. Wiem, że co trzy numery zmieniam zdanie o tej historii, ale po tym zeszycie znowu jestem na tak. Znowu zainteresowały mnie postaci i to, przez co przechodzą... Choć liczę, że obejdzie się bez obciążania Havoka angstem po córce z alternatywnej przyszłości (...tym bardziej, że Remender dopiero co zrobił taki numer Kapitanowi w jego ongoingu...). No i... kurza twarz, Wolverine i Sunfire będą teraz mieć w swojej historii sześć lat tortur? Po co?
Oczywiście, może się okazać, że historia rozwiąże się inaczej, i na przykład oni nie będą tego pamiętać, ale... No, zobaczymy. Przed Remenderem jeszcze wiele wyzwań i trudne lądowanie, którego może nie ustać, ale chwilowo znowu jestem pozytywnie nastawiony.

What If? Age Of Ultron #4
Gil: Znów nie ma ani słowa o Ultronie. Znów jest to przypadkowa historyjka, właściwie o niczym, która nie pasuje do wydarzeń pokazanych w pierwszym numerze. Nie ma na czym zawiesić oka, więc spokojnie można to zignorować. No i Punishera udającego Capa widzieliśmy już w mainstreamie, więc nie ma też wyjątkowego pomysłu. Jedyne, co może zainteresować, to rysunki Piotra Kowalskiego, które jednak wypadają tu nieco słabiej, niż w niedawnym MK Hulku, ze względu na kolor i oprawę. Za całokształt znów najwyżej 3/10.

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:


Hit tygodnia:
avalonpulse0349am.jpgElektra vol. 3 #1
Autor:
Mike Del Mundo

Demogorgon: Czyjaś twarz to nie jest dobry materiał na okładkę. W jaki bowiem sposób ma komukolwiek cokolwiek powiedzieć o zawartości tego numeru? Jak ma budować klimat? Jak sprawić, by czyjaś twarz zachęciła hipotetycznego klienta do sięgnięcia po numer, kiedy zobaczy ją na sklepowej półce, katalogu albo w zapowiedziach? Jest to niezwykle trudne zadanie, al Mike Del Mundo wywiązuje się z niego perfekcyjnie. Dlatego, że jego okładka na twarzy się nie kończy. Albo raczej wręcz przeciwnie - kończy się. Twarz to efekt końcowy, cel do którego zmierzamy, przez kompozycję krwi i martwych ciał. Całość nie tylko mówi nam o tym, co znajdziemy w środku, ale też mówi nam coś o samej Elektrze, której życie jest przecież własnie tym - szlakiem zaznaczonym krwią i martwymi ciałami.





Gniot tygodnia:
avalonpulse0349bm.jpgAvengers Undercover #3
Autor:
Francessco Mattina

Demogorgon: Na tym tle okładka Mattiny wypada wyjątkowo blado. Nie jest ona technicznie zła - Arcade wygląda na niej niepokojąco a napis Game Over może na dwa sposoby sugerować, co znajdziemy w środku. Mattina technicznie rysuje dobrze i nigdy nie twierdziłem inaczej - zdecydowanie szkoda, że, w odróżnieniu od Del Mundo, nie ilustruje wnętrz tej serii, bo wolałbym jego praca zamiast potworków Walkera i Greena. Jednakże w porównaniu z okładką Elektry musimy zadać sobie pytanie, co my tu właściwie mamy. Mamy tu jakiegoś faceta, który uśmiecha się do nas jak jakiś zboczeniec, napis game over i dziurę w...w czym ona właściwie jest? Co się za nią dzieje. Czy ten koleś eksploduje rozsadzany przez kosmiczną energię? Czy z niego się coś wykluwa? Na co ja patrzę? Co najgorsze jednak, w porównaniu z Elektrą ta okładka wygląda zwyczajnie leniwie. "O ja sobie narysuję czyjąś mordę bo nie mam pomysłu". Przy tym ile z tego samego konceptu wyciągnąć potrafił Del Mundo, to wygląda wręcz żałośnie. Gdyby te dwa komiksy pojawiły się w innych tygodniach, pewnie bym tej okładce darował. Ale kiedy obok mamy perełkę Del Mundo, to zwyczajnie nie mogę, bo patrzę na jedno, patrzę na drugie i krew mnie zalewa.


Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2013.04.23
AgentsOfShieldBanner.jpg

Agents of S.H.I.E.L.D. - 1x19 "The Only Light In The Darkness"


Ragnus: Sam odcinek fenomenalny. Porządny klimat, lekki humor, a do tego rozpad i uczucie beznadziei tylko z niewielkim światłem w ciemnościach.
Jeśli taki klimat utrzyma się dłużej to mam nadzieję na kilka sezonów. Jeśli natomiast potęga miłości uzdrowi Warda to niech to będzie w ostatnim odcinku. Ward jako ten zły wydaje się prawdziwy, nowa rola znacznie lepiej mu odpowiada i to widać w filmie. Oby to nie zostało zaprzepaszczone.
rar: Nawet jeśli chcą Warda przenieść znowu na "dobrą stronę", to niech to zrobią w (ewentualnym) kolejnym sezonie. Jako bad guy jest o wiele lepszy, a najlepiej jakby go sponiewierali w tych ostatnich odcinkach, żeby potem mógł powrócić jako ciekawsza postać. Jeśli miałaby go uleczyć sama miłość do Skye, to ... bleee.
Nie do końca też rozumiem tego ciągłego przedłużania przez twórców niektórych wątków. Fitz nic nie powie, bo nie. Tak samo Coulson - "może kiedyś będzie szansa" - szansa była tu i teraz, po co to przedłużać. O ile w tej drugiej sprawie jeszcze jestem w stanie zrozumieć motywy twórców, bo dzięki temu można wprowadzić jakieś dodatkowe wątki co do "wiolonczelistki", tak w przypadku Fitza - beznadzieja.
Oprócz tych rzeczy, które wymieniłem i które mi przeszkadzają, odcinek mi się podobał. Powoli do przodu idzie główny wątek, a w międzyczasie dostaliśmy pojedynek z jednym z uciekinierów z The Fridge. Wątek oklepany, ale przynajmniej dość porządnie zrobiony, a same sceny z Coulsonem, rozdartym między swoją ukochaną, a misją, były bardzo dobre.
Czego zabrakło? Garretta, ale on na pewno wróci w kolejnym odcinku. Zostały tylko 3 epizody, więc teraz pewnie będzie już tylko główny wątek... I dobrze, cieszy mnie to.
S_O: http://en.wikipedia.org/w....E.L.D._members - można było z tej listy wybrać losowe nazwisko, a nawet takie, które do nikąd nie linkuje (co nadal nie jest takie trudne) i mielibyśmy nazwisko dla agenta Pattona Oswalda, zamiast marnować nazwisko Erica Koeniga na postać, którą zabito w jej drugim odcinku. Garret przynajmniej ma jakieś metalowe kawałki, które upodobniają go do komiksowego pierwowzoru, ale agent Fatty?
No i widzę, że Ward tak bardzo wczuł się w rolę, że nawet podczas wykonywania misji dla Hydry partoli tak, jak kiedy pracował "dla" SHIELD.
Swoją droga, ciekawe, czy prawdziwe imię Skye miało być dowcipem skierowanym w stronę krytyków, czy twórcy naprawdę nie mają pojęcia o niczym. Tak, czy inaczej...

Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie Agents of S.H.I.E.L.D. - 01x19 "Only Light in Darkness"
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Undercik
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.