Avalon » Publicystyka » Artykuł

Marvel Knights #4

Czasem trochę mnie bawi, że moje ulubione postaci żeńskie z Marvela to zawsze postaci po krótszych lub dłuższych związkach z Daredevilem. Black Widow, Maya Lopez (czyli Echo) i najważniejsza w tej trójcy, Elektra.

logo


Elektra


Czasem trochę mnie bawi, że moje ulubione postaci żeńskie z Marvela to zawsze postaci po krótszych lub dłuższych związkach z Daredevilem. Black Widow, Maya Lopez (czyli Echo) i najważniejsza w tej trójcy, Elektra. Każdą lubię trochę z innego powodu, każdą traktuję jako ikonę tego jak pisać silną postać kobiecą (z tym, że z Mayą Lopez to też trochę moja przekora, bo widzę ją jako postać o genialnym, ale zupełnie niewykorzystanym potencjale). I cieszę się, że nawet nie celując w to bardzo, zachowam tu całkiem zdrowe proporcje. Były teksty z Daredevilem, Punisherem, Moon Knightem, Black Widow, teraz czas na Elektrę (a i na bank o Echo będzie pisane tu nie raz). Czy mówiłem Wam już jak bardzo kocham to co ma do zaoferowania street level Marvela?

Z Elektrą jest tak, że niby każdy wie, że stworzył ją Frank Miller. Wypromował, potem zabił, następnie sugerował, że może jednak żyje... żeby ostatecznie stwierdzić, że jednak jest martwa (w konsekwencji mógł dzięki temu obrazić się na wydawnictwo, że wykorzystało taką furtkę, aby postać przywrócić do życia). Natomiast, gdy chodzi o coś więcej o postaci, a co nie znalazło się w tej wyliczance, to już jest trochę gorzej. Ludzie kojarzą miniserie o Elekrtze od Millera, ale nie każdy ją czytał. Mało kto zdaje sobie sprawę, że Elektrę prowadził też Chichester (człowiek, który ubrał Daredevila w cyber kostium) w mini Root of Evil (1995), czy Scott Morse (Elektra: Glimpse & Echo w 2002). Może gdzieś ktoś wpadł na minserię Dark Reign dziejącą się zaraz po evencie "Secret Invasion" (gdzie w samym evencie Elektra grała rolę specyficznego prologu na łamach numerów New Avengers). A, no i może ktoś zdaje sobie sprawę, że zaraz Elektra dostanie swój ongoing.

Trzecią już odsłonę ongoingu.

I tu następny problem. To nic nowego, że Marvel próbuje od czasu do czasu promować mało znane postaci, które czytelnicy mają w dupie, albo tolerują tylko jako tło w innych tytułach. Więc raczej nikogo nie dziwi, że taki C-list character dostaje solową serię. Wypromują, seria chwile pociągnie, a później padnie, woda na młyn dla malkontentów. Tylko, że to co chciałbym teraz poruszyć, wcale nie będzie zgadzać się z tą tezą. Bo jednak jak na lata, w których wychodziły wcześniejsze odsłony jej serii (czyt. 90 i wyżej, czyli po okresie, gdy Marvel był w stanie każde gówno utrzymać na rynku kilka lat) Elektra utrzymała się całkiem spory czas, dorabiając się ilości numerów (i nazwisk scenarzystów), która może zawstydzić Waszych ulubionych C-listerów, o których zawsze marudzicie, że "Marvel ma ich w dupie".

Więc jako, że właśnie premierę będzie miał pierwszy numer Elektry Vol. 3 od Hadena Blackmana i Mike'a Del Mundo, czas chyba odświeżyć pierwsze numery Elektry Vol. 1 i Elektry Vol. 2.

mk4a.jpg 

Elektra vol. 1 (1996-1998) #1. Scenariusz: Peter Milligan; szkic: Mike Deodato Jr.; tusz: Deodato Studios; kolory: Christie Sheele.

Elektra w 1996 była w jednym ze swoich grzecznych okresów życia. Już po całym zamieszaniu z powrotem do życia i rozbiciu jej osoby na dwie, zgodne z dualizmem jej postaci. To już nie łysa Elektra w białym stroju z komiksów Chichestera, ale próba sprzedania jej jako heroinę godną lat 90. A przynajmniej tak wyobraził to sobie Marvel.

Seria startuje z buta. Dostaje docenionego scenarzystę i popularnego rysownika, który w końcu nie tak dawno rysował Wonder Woman dla DC. Oczywiście powierzenie posady rysownika takiej osobie jak Deodato Jr. równa się prezentowaniu Elektry jako mokry sen nerdów. Niedorzeczne pozy, nogi tak długie, że dopiero Michael Turner będzie w stanie z tym konkurować i burza włosów jak z Dynastii. Ok, taka konwencja. Deodato i tak nie krzywdzi postaci, tak jak z innymi żeńskimi bohaterkami radzili sobie rysownicy w latach 90. Deodato zapamiętał lekcję od Millera przynajmniej w tym aspekcie, że przedstawia Elektrę jako potężną kobietę, wyższą niż wielu, nawet dobrze zbudowanych mężczyzn (choć może to przyzwyczajenie jakie wyniósł jeszcze z Wonder Woman właśnie). Tak, to trzeba nauczyć się akceptować. Wizualnie to stuprocentowe lata 90, z całym dobrem inwentarza, starszy czytelnik raczej nie będzie miał z tym problemu, ale dla młodszych może to być tak samo przaśne jak zastęp rysowników Marvela pod koniec lat 60 starających się zbyt mocno udawać, że potrafią rysować jak Kirby.

Wspomniałem o Milliganie, a akurat po nim wtedy można było spodziewać się wszystkiego. Ten brytyjski scenarzysta, autor wydanego u nas Skin, miał już wtedy za sobą Shade: The Changing Man w Vertigo/DC i The Extremist stworzone z Tedem McKeeverem. Milligan ze swoją reputacją dawał nadzieję na dojrzały tytuł, niesztampowe pomysły (i zagrożenia) dla postaci i pewną dozę mroku i czarnego humoru.

I nie do końca zaserwowano nam to w pierwszym numerze.

Pierwsze co rzuca nam się w oczy w pierwszych krokach Elektry w jej nowej serii, to jak bardzo Marvel chce zrobić z Elektry "następną" postać pasującą do plejady superbohaterów NYC. Elektra już nie ma być tłem, nie ma być antagonistą, nie ma być romantycznym przerywnikiem. Elektra w solowej serii ma być następnym komercyjnie kacpetowalnym mścicielem z drobnymi rysami na życiorysie.

I tu muszę trochę zganić scenarzystę i jednocześnie go pochwalić.

Po pierwsze, nie jestem osobą, która uważa, że Elektra jest postacią, którą trzeba na siłę wpasowywać w świat superbohaterów w ten sposób, że ma się stać jednym z nich. Elektra nie musi być bohaterem z piętnem przeszłości jak Black Widow, Elektra nie musi być antybohaterem z własną wizją sprawiedliwości jak Punisher. Elektra nie musi być niczym więcej jak tym za co pokochali ją fani Millera, enigmatyczną zabójczynią, która kieruje się sobie tylko znanymi pobudkami, nawet ponad korzyści finansowe. Dlatego zawsze będę marudny do prób przedstawiania Elektry jako postaci chociażby trochę zainteresowanej misją "pięknych i odważnych" ludzi w kostiumach. Rozumiał to Miller (mimo, że nie chciał, aby ktokolwiek inny mógł położyć na postaci łapy) i rozumiał to Zeb Wells w kilku swoich próbach pisania Elektry. Milligan chyba nie do końca czuł postać w ten sposób, lub był zbyt kontrolowany przez cele edytorów (tego się już nie dowiemy).

Ale miałem też Milligana pochwalić. Elektra do 1996 roku jest ciągle postacią, która (nie licząc miniserii Millera) jest tylko bohaterem drugiego planu lub czymś na zasadzie nietypowego sidekicka. To charakter, który rozwijał się przez interakcje z postaciami rozpoznawalnymi w uniwersum, bez posiadania jeszcze galerii własnych bohaterów drugoplanowych. I tu Milligan wyszedł obronną ręką. Pierwszy numer jego Elektry to chwila, aby z jednej strony przypomnieć czytelnikowi o jej kontaktach z Wolverinem, zanurzyć się trochę we wciąż aktualnej traumie związanej z Bullseyem (w końcu zmartwychwstała dwa lata wcześniej i nie miała dużo miejsca w komiksach by sobie z tym poradzić) i ukraść trochę obsady Daredevila, która przestała już pasować do jego solowej serii (Stick). Z drugiej strony szystkie te próby ukazania jej aktualnej pozycji w uniwersum ładnie składają się z powoli budowanymi pierwszymi interakcjami z nowymi postaciami mającymi stanowić obsadę tej serii. To właśnie Milliganowi wyszło dobrze. Gdyby tylko ta jego Elektra nie była do tego tak cholernie gadatliwa to plusów było by znacząco więcej niż minusów.

Ale podsumowując, przed przejściem dalej... pierwszy numer Elektry z 1996 jest komiksem rzetelnym, bardzo superbohaterskim, z wadami i zaletami konwencji, pasującym trochę do tego jak w tamtych latach DC przedstawiało swoje żeńskie protagonistki z korzeniami w świecie przestępczym (zwalmy to na autorów serii, ale nie traktowałbym tego jako wady). Komiks do bólu funkcjonujący w estetyce lat 90, ale tak, że można traktować go jako pozytywny przykład mody tamtych lat. Przede wszystkim jednak to komiks, który zachęca do sprawdzenia drugiego numeru, nie tylko z powodu mocnego cliffhangera na koniec zeszytu (no, pomyślcie chwilę, kto mógł się pojawić). Gdybym był człowiekiem od ocen, dałbym tu 3/5.

mk4b.jpg

Elektra vol. 2 (2001-2004) #1. Scenariusz: Brian Michael Bendis, rysunki: Chuck Austeen, kolory: Nathan Eyring.

Elektra vol. 2 to trochę zabawna roszada związana z twórcami. Elektrę dostał pod swoje skrzydła Bendis, co wydaje się logicznym ruchem w sytuacji, gdy jego run w Daredevilu był takim hitem ale... Bendis dostał Elektrę w momencie gdy opublikował w Daredevilu ledwo 4 częściowe 'Wake Up" wraz z Davidem Mackiem a sama seria była w trakcie niszczenia jej poziomu przez sławetne "Playing To The Camera" od Boba Gale'a.

Przeskok może wydawać się naturalny, jeżeli weźmiemy pod uwagę, że Marvel Knights (imprint, który publikował wtedy właśnie Daredevila, Elektrę, Black Widow, Inhumans i kilka innych) testował wtedy wielu niezależnych scenarzystów (właśnie Bendis i Mack) oraz ludzi Hollywood (nieszczęsny Gale). W każdym razie Elektra vol. 2 #1 ukazała się zaraz po tym gdy Bendis pokazał się czytelnikom Marvela w Daredevil: Wake Up i Daredevil: Ninja (jeszcze wcześniejsza próba pisania przez Bendisa historii o DD i kapkę nieudana), a tym, którzy znali go z lat przed Marvelem kojarzył się przede wszystkim jako autor komiksowych kryminałów i... historii szpiegowskich.

I to uznajmy za słowo klucz. Pierwszy numer Elektry w wykonaniu Bendisa to trochę jego doświadczeń nabytych przy pisaniu m. in. Fire (pierwotnie wydane przez Image), a trochę trybut dla komiksów Howarda Chaykina (co mam wrażenie, że niestety było też inspiracją dla rysownika, ale o tym później). Elektra w wykonaniu Bendisa to akurat dowód na to jak bardzo Bendis wielbił Franka Millera i komiksy lat 80. Jego Elektra jest dumna, enigmatyczna i... małomówna. Nie jest to jeszcze poziom Wellsa, który pisząc Dark Reign: Elektra uważał, że każda scena, gdzie Elektra mówi chociażby słowo jest jego porażką, ale pod tym względem Bendis lepiej rozumie charakter postaci niż Milligan (i Chichester, który przecież doprowadził do jej zmartwychwstania).

Elektra w vol. 2 mimo, że znów została postawiona na drodze ku prostowania sobie życiorysu tu przynajmniej działa bardziej zgodnie ze swoim charakterem. Marvel próbuje pokazywać Elektrę w sytuacjach o pozornie innej wadze moralnej (a przynajmniej dla Amerykanów), bo zamiast mordować każdego na kogo pojawi się kontrakt, tu wypełnia zlecenia S.H.I.E.L.D. (a konkretnie Nicka Fury'ego, bo nikomu innemu nie poświęciłaby uwagi). To wrzuca Elektrę w świat szpiegowski w wersji mainstream i konflikty delikatnie nawiązujące do aktualnej sytuacji na świecie (w pierwszym numerze zleceniem jest zlikwidowanie rządzącego w Iraku i współpracującego z Hydrą Saddama Abeda Dassama). 

Scenariuszowo muszę uznać pierwszy numer za sukces. Widać, że Bendis prowadzi postać, którą czuję, ale wykorzystuje ją po części jako wymówkę, by bawić się innymi ulubionymi zabawkami – S.H.I.E.L.D. Historia trzyma się kupy jak na mainstreamowe superbohaterskie zabawy w szpiegów i psują to tylko dwie rzeczy... zbyt nachalny cliffhanger, który wiadomo, że zostanie odkręcony (tego jednak nie zdradzę) i rysunki.

Rysunki, tak... Chuck Austeen, który na co dzień jest zarówno scenarzystą jak i rysownikiem, tu zajmując się tylko rysunkiem postawił sobie dziwne cele do spełnienia. Zakochany w możliwościach cyfrowej grafiki postanowił Elektrę rysować w całości na komputerze (przypominam, że ta seria ma 13 lat) jednocześnie wkładając w to (moim zdaniem) zupełnie niepotrzebną inspirację rysunkami Howarda Chaykina. Nie chcę być zrozumiany źle, nie należę do osób marudzących na rysunki Chaykina (a takich osób jest wiele), ale jego styl wypada absolutnie niekorzystnie z kolorystami, których używa od lat... Wykorzystanie każdego możliwego efektu jaki dają produkty Adobe, przy zestawieniu z retro stylem rysunków daje komiczny efekt. A Chaykin, zanim powrócił do czerni i bieli, korzystał tylko z takich kolorystów przez ostatnie lata (zamiast powierzyć to komuś takiemu jak Dave Stewart - kolorysta Hellboya, Fatale i wielu innych). Dokładnie takie samo zachłyśnięcie się technologią niszczy dla mnie rysunki Austeena (choć przyznam szczerze, że nie widziałem od dawna jego prac i dziś może być milion razy lepiej).

A skoro poprzedni przykład dostał ocenę, to tu też dam, 4-/5 (naciągane, ale nauczyłem się dobrze przymykać oko na rysunki, które mimo że mi się nie podobają, to pozwalają mi spokojnie podążać za scenariuszem).

mk4c.jpg 

Elektra Vol. 3 (2014-...) #1

Po tych dwóch doświadczeniach nie wiem nawet czego oczekiwać po nowej Elektrze... obecnie. Przed zmianą scenarzysty byłem spokojny. Serię miał pisać Wells, który pokazał jak uwielbia i rozumie postać w Dark Reign: Elektra i swoim Savage Wolverine, gdzie następuje jeden z wielu teamupów Elektry z Wolverinem.

Teraz posada scenarzysty, jeszcze przed numerem 1, spadła na człowieka, który ma za sobą chwilę w świecie Gwiezdnych Wojen i całkiem dobry run w Batwoman razem z J.H. Williamsem III.

Z serią może wydarzyć się wszystko, wiemy, że scenarzysta ma plan, ale nie ma jeszcze tak wielkiego kredytu zaufania. Wiemy, że rysownikiem będzie Del Mundo, czyli przynajmniej o oprawę graficzną możemy być spokojni (a właściwie szykuje nam się seria wizualnych majstersztyków). Wiemy też (a właściwie spekulujemy), że ukaże się przynajmniej 12 numerów, bo takie minimum stara się narzucić szefostwo Marvela dla nowych serii (no chyba, że zaliczą taką kaszanę jak ostatni Living Vampire i nie dociągną nawet do 12).

Czekam pełny nadziei, pełny obaw i przede wszystkim liczę na to, że nie ja jedyny planuję zainwestować w tę serię swoje pieniądze.

Jakub Górecki (pulpwarsaw.tumblr.com)

Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.