Avalon » Publicystyka » Artykuł

Living Tribunal #220 - Moon Knight vol. 4: The Death of Marc Spector HC

lt%20220s.jpgMoon Knight vol. 4: The Death of Marc Spector HC
Scenariusz:
Mike Benson, Peter Milligan
Rysunki: Mark Texeira, Javier Saltares, Laurence Campbell
Ilość stron: 152
Cena: 24.99$
Zawiera: Moon Knight vol. 5 #21-25, Silent Knight (one-shot)

GrayFox: Po małej odskoczni w formie Scarlet Spidera, wracam do recenzowania przygód Moon Knighta, którymi będę was raczył, dopóki nie skończą mi się wydania zbiorcze. Omawiany dziś wolumin jest przedostatnim zbiorem zeszytów tej konkretnej serii, tj. Moon Knight vol. 5. Czy poziom zaprezentowanej historii utrzymuje tendencję spadkową w porównaniu do poprzednich numerów? Przekonajmy się.

"Śmierć Marca Spectora" rozpoczyna się mniej więcej w miejscu, w którym skończył się poprzedni tom. Po tym jak Moon Knight nadepnął Iron Manowi na odcisk i narobił wokół siebie rabanu, Tony Stark osobiście postanawia nadzorować działania mające na celu schwytanie Białego Rycerza. Moon Knight jednakże jest sprytny - znika z radarów wszystkich, zarówno swoich wrogów, jak i swoich przyjaciół, co nie przeszkadza mu jednak aktywnie kontynuować swojej krucjaty. Iron Man zostaje jednak niespodziewanie zmuszony do zaprzestania śledztwa, a na scenę wkracza grupa pod przywództwem Normana Osborna.

Historia napisana jest w jednym ze stylów, które lubię najbardziej - bohater jest przyparty do muru przez przeciwników i musi się ukrywać, planować. Wszystko, byleby tylko zyskać choćby minimalną przewagę. Dla mnie to niewątpliwy plus. W przeciwieństwie do poprzedniego tomu tu dało się czasami wyczuć lekkie napięcie. Z uwagą śledziłem ruchy poszczególnych graczy i z zaciekawieniem przyglądałem się efektom ich działań. Sam koncept wprowadzenia Thunderbolts do gry też jest bardzo fajny i ciekawiło mnie jak Marc stawi czoła grupie obdarzonych supermocami istot, którym nie ma szans podołać. I tu zaczynają się schody, bo o ile sama gra w metaforyczne szachy wypada nie najgorzej, to gdy dochodzi już do starcia, wówczas całe napięcie momentalnie znika, tak jak w "God and Country". Mike Benson totalnie zawalił tę kwestię, ogłupiając poszczególnych członków Thunderbolts do granic możliwości, by tylko dać głównemu bohaterowi szansę na to by jakoś ujść z niekorzystnej sytuacji. Poza tym część dialogów była straszliwie czerstwa, zwłaszcza w ostatnim numerze.

Za rysunki do historii "The Death of Marc Spector" odpowiadał, tak jak w przypadku "God and Country", Mark Texeira, przy czym tutaj pomagał mu Javier Saltares opracowując układy kadrów na poszczególnych stronach komiksu. I Mark Texeira w tym albumie jest po prostu fatalny. Ta sama postać wygląda zupełnie inaczej na różnych kadrach. Nagminnie występuje "przecinanie" postaci na pół, gdzie jedna z ich części to zamaskowane oblicze danego bohatera, co często strasznie nie pasuje i jest wplecione na siłę. Uwielbienie do lejącej się wręcz hektolitrami posoki, która czasami absolutnie nie pasuje do prezentowanej akcji. Nagminne zbliżenia na usta i zęby, co wychodzi niejednokrotnie fatalnie. A wisienką na torcie niech będzie absolutny brak detali, zarówno takich, o których postaci mówią (pryszczyk Songbird) jak i takich, które widzieliśmy wcześniej (ślady po pazurach Venoma na ciele Spectora, choć to już ciężko nawet nazwać detalem). Dużo tego, co nie? No właśnie. I to zieje z niemal każdej strony.

Ale jest w tym albumie jedna, moim zdaniem, fenomenalna rzecz. Zajmująca jeden numer historia "Silent Knight" przenosi nas nieco w przeszłość, do świąt Bożego Narodzenia, a skupia się na tym, co cechuje ulicznego bohatera, i na tym, co cechuje Moon Knighta, który odbiera przy okazji, wraz z czytelnikiem zresztą, całkiem pokaźną lekcję życia. Wydarzenia śledzimy z dwóch perspektyw - zarówno tytułowego Rycerza jak i jego ukochanej, Marlene. Peter Milligan bardzo sprawnie prowadzi akcję i bardzo dobrze pisze poszczególne postaci. W jego wykonaniu relacja Moon Knighta z Khonshu miała więcej magii i wyrazistości po dwóch kwestiach dialogowych, niż ta w wykonaniu Bensona przez cały ten tom.

Za rysunki w tej historii odpowiadał Laurence Campbell, który operuje dość specyficzną kreską. Bardzo fajnie rysuje mroczne scenerie, te w pełnym świetle czasami wyglądały dziwnie przez duże nasycenie czarnych plam. Ale kiedy było trzeba to były statyczne, a kiedy trzeba bardzo efektowne i dynamiczne. No i klimatem świetnie uzupełniały się ze skryptem Milligana. Miło się oglądało, w przeciwieństwie do prac Texeiry.

Tradycyjnie już, w zakończeniu spróbuję zmierzyć się z tymi jakże ważnymi, ale i trudnymi pytaniami - czy warto się tym tomem zainteresować? Czy warto go polecić? Odpowiedź będzie podobna jak w przypadku poprzedniego albumu. Warto jednak zaznaczyć, że według mnie "The Death of Marc Spector" jest zdecydowanie lepsze od "God and Country", ale łączy się z nim w całość, więc jako pozycja stand-alone absolutnie nie ma racji bytu. Jeśli więc masz poprzednie tomy i mało ci wrażeń, i chcesz wiedzieć, jak przygody Moon Knighta potoczą się dalej - wtedy warto się zainteresować. W każdym innym przypadku nie ma to najmniejszego sensu.

lt_3pts.png
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.