Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #347 (14.04.2014)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 14 kwietnia 2014Numer 15/2014 (347)


Minony tydzień upłynął zdecydowanie pod znakiem "All-New". Kolejne debiutujące serie, ciąg dalszy tych już występujących. A ponieważ niektórzy trochę się rozpisali, dlatego czym prędzej zapraszam do czytania.

All-New Doop #1
Gil: Nawet cieszyłem się na tę serię, bo przygody zielonego gluta zawsze niosły ze sobą zdrową dawkę pozytywnego absurdu. Na dzień dobry, trochę mi zapał przygasiły dwie rzeczy: połączenie tego z Battle of the Atom oraz grafika. O ile do rysunków z czasem się przyzwyczaiłem i pod koniec nawet zaczęły mi się podobać, tak z tą asocjacją mam większy problem. Trochę jak w tym kawale: niby się wyjaśniło, ale niesmak pozostał. Ostatecznie fabułę pierwszego numeru uznałbym raczej za nieszkodliwą, bo przede wszystkim służy jako wprowadzenie do dalszych wydarzeń. Natomiast za pozytyw uznam coś, co może niektórym wielbicielom Doopa przeszkadzać. Od samego początku, przez 90% zeszytu zmagałem się z wyrzutem sumienia, że nie będzie mi się chciało wrócić do tego, żeby zdekodować dialogi głównego bohatera, więc kamień spadł mi z serca, gdy na końcu Doopek postanowił się apgrejdować, by mówić po ludzku. Czy raczej, jak Yoda. W każdym razie, cieszę się z takiego obrotu sprawy i mam nadzieje, że numer drugi wejdzie mi już gładko. Tymczasem zdecyduję się na neutralne 5/10.
jdtennesse: Zazwyczaj pierwsze numery nowych serii przynoszą pewne nadzieje, mamy jakieś oczekiwania i dajemy szanse. Nie tym razem. Bardzo lubię postać Doopa, podobało mi się X-Force/X-Statix z nim jako członkiem, zawsze był postacią w tle. I tak też jest tym razem, jednak próbują nam równocześnie udowodnić, że jest inaczej, to znaczy Doop będąc w tle, odgrywa istotną rolę w wielu ważnych wydarzeniach. Według mnie jest to całkowicie zbędne, bo cały komiks jest praktycznie powtórką z rozrywki, odgrzewanym kotletem ze świeżą panierką, czyli dodatkiem w postaci Doopa. Jedna nowość – Doop zakochał się w Kitty (??). A co śmieszniejsze, dali mu ludzki język, żeby mógł komunikować się z Kitty. Nie podoba mi się ta zmiana, nie podoba mi się pomysł na komiks. Ale przynajmniej tytuł się zgadza – jest to all-new Doop, ale taki, za którego chyba podziękuję. Rysunki takie sobie. 3/10.
Krzycer: Czas się przyznać, że nigdy nie przekonałem się do Doopa. A że Battle of the Atom nie cierpię, połączenie jednego z drugim nijak mnie nie interesuje. Narracja była w sumie śmieszna, i może z ciekawości sięgnę po drugi numer, by przekonać się dokąd to prowadzi... Ale raczej nie.
rodzyn: Nie wiem po co tu zaglądałem. Battle of the Atom? Znowu? Nie mogli tego umieścić w innym okresie? Jedyne co mnie ciekawi to to, że Doop wreszcie będzie możliwy do zrozumienia, ale to i tak za mało, bym sięgnął po kolejny numer.

All-New Ghost Rider #2
Gil: No dobra, zidentyfikowałem swój problem z tą serią. Otóż chodzi o to, że fabularnie mi się podoba, ale nie przetwarzam jej na poziomie wizualnym. Czyta mi się ją naprawdę fajnie, bo w dialogach czuć żywotność postaci, a sama historia buja się jak lowrider. Za to bardzo szybko wyłącza mi się odbiór grafiki. Jedna sprawa, że rysunki nie są najlepsze. Może mają swoje momenty, ale w większości są raczej dziwne i/lub przesadnie karykaturalne. Z wyjątkiem samego Ghost Drivera – on ani przez chwilę nie wygląda dobrze. Druga sprawa to rzecz, o której wspominałem poprzednio: uważam, że samochód jest przedmiotem za mało dynamicznym do komiksu. Utwierdziłem się w tym przekonaniu w tym zeszycie, gdy początkowa scena pościgu została przedstawiona jako seria ujęć na postać za kierownicą pod różnymi kątami i zbliżeń na elementy konstrukcji. Rozumiem, że możecie patrzeć na to inaczej, ale najwyraźniej ja już tak mam, że tego nie kupuję. No i w ten sposób spory plus za fabułę i spory minus za grafikę zrównoważą się do 5/10.
Demogorgon: Wow, sporo się tu dzieje. Uwielbiam to szybkie tempo, nie marnuje ani chwili. Ghost Rider tutaj jest jak Kenshiro w Fist of the North Star - milczący, niepowstrzymany, brutalny, przechodzący przez bandziorów jak rozgrzany nóż przez masło, przypomina mordercę ze slasherów, albo siłę natury. Jego kolejne transformacje i popisy są widowiskowe, kntrastując z bardziej spokojnymi, miejscami ponurymi chwilami Robbiego. A wszystko to genialne zilustrowane. Ostatnia strona, transformacja z Ghost Ridera w człowieka, jest przepiękna, podobnie moment gdy łamie on bandycie rękę, gdy przebija się przez samochód - Tradd Moore jest wielki.
A na horyzoncie pojawił się Mr. Hyde, wypadając całkiem dobrze. Nawet jego ekspozycje przez dialogi jednego alter ego z drugim są na miejscu, bo dodają mu smaczku.
Soundtrack: Light 'Em Up
Krzycer: ...to wciąż nie jest komiks dla mnie. I znowu - ponieważ mnie to nie wciąga, to przeszkadzają mi detale. Gangsterzy zostawiający wór narkotyków w samochodzie oddanym na przegląd? Gangsterzy automatycznie zakładający, że "narkotyki", które mają, to roofies? Co się dzieje?
Ale ostatnia strona i gadanie z samochodem było fajne.

All-New Ultimates #1
Krzycer: Czekałem na tę serię, bo od zastąpienia Petera Milesem to pierwsza autentycznie nowa rzecz w Ultimate Universe. Która jest powtórką z Young Avengers, ale przynajmniej z innymi postaciami.
No i... jest średnio. Postaci zdążyłem polubić u Bendisa, więc lubię je i tutaj, ale coś mnie ten początek nie przekonuje. A jak nie jestem przekonany do komiksu, to małe wpadki zaczynają nagle bardzo drażnić - takie, jak stwierdzenie, że "nikt nie widział Kitty odkąd pokonała Galactusa", podczas gdy w "Survive" czytaliśmy o tym, jak to dostała przed kamerami medal od prezydenta.
Nie mam nic przeciwko streetlevelowemu zagrożeniu - do tego plus za powiązanie go z Roxxonem, z którym związani są prawie wszyscy bohaterowie - ale i to zostaje zaprezentowane jakoś tak... Nijako. No, banda gangsterów z mocami. Z którymi nie robią niczego ciekawego. Nic by się w tej historii nie zmieniło, gdyby byli zwykłymi gangsterami, a facet z Roxxon robił zwykłe narkotyki zamiast MGH.
rodzyn: Świetne kolory, ale nienajlepsze rysunki. To pierwsze co przychodzi mi na myśl. Co do fabuły, to pamiętam, że drużyna powstawała w Bendisowym Spider-manie, którego nie specjalnie śledziłem, więc na podstawie tylko tego numeru trudno mi ją ocenić. Mimo to, pierwszy numer kolejnego nowego początku linii Ultimate nie zachwyca. Co mnie trochę smuci, bo z całej trójki tytułów, ten wydawał mi się najbardzie intersujący. Zobaczymy za tydzień, gdyż czas na Ultimate FF.

All-New X-Factor #6
Gil: Nadal jest fajnie, choć bez rewelacji. Cypher i Warlock od dawna byli moim ulubionym duetem, więc cieszę się, że znów mogę ich oglądać razem w akcji. I cieszę się też, że Peter David postanowił nawiązać do elementów ostatniej iteracji New Mutants, żeby wprowadzić ich bardziej płynnie. Interesująco wygląda zmiana w sytuacji Technarch, jaką nam tu zaproponował i podejrzewam, że nie jest to ostatni raz, kiedy dotykamy tego wątku. A właściwie, to nawet jestem pewien, że za paręnaście numerów wróci, by ugryźć w zad naszych bohaterów. Tymczasem pewnie będziemy rozgrywać wątek między Warlockiem i Danger, który również może być ciekawy. Ale skoro już dotknęliśmy Technarchów, to muszę zauważyć, że zabrakło mi jednej postaci – czy ktoś jeszcze pamięta Tyro? Póki co, było parę fajnych momentów i dobrych dialogów, czyli standardowo dobry poziom całości. Może być nawet słabsze 7/10.
Krzycer: No, wreszcie. Wreszcie PAD wraca do odwracania utartych schematów. Konfrontacja z Magusem nie rozwija się po najmniejszej linii oporu, i chwała mu za to. Fajnie się ją czyta - właściwie wszystko tu się fajnie czyta, relacje Warlocka z Magusem, Warlocka z Danger, krótką wymianę zdań Gambita z Magusem... Mnóstwo dobrego.
A w tle Harrison Snow z żoną i kochanką. To na pewno do czegoś w końcu doprowadzi, ale... Kiedy? Bo na razie odrobinę nudzi.
W każdym razie: zespół w kupie, można ruszać. A, no i PAD korzysta z wątku Złego Douga, wprowadzonego przez DnA w "New Mutants". Miło. Jeszcze jakby przygarnął Blink, o której wszyscy zapomnieli...
Simon: To wciąż jedna z moich ulubionych serii w Marvelu, choć muszę przyznać, że ten numer jak dla mnie był najsłabszy z dotychczasowych. Po pierwsze drażniła mnie postać Magusa i sam Warlock nie przekonuje mnie jako członek tego teamu. Zobaczymy jak PAD go poprowadzi ale boję się, że dialogi zostaną zdominowane przez umizgi w kierunku Danger. Skład Gambit, Quick, Polaris, Danger i Cypher wygląda rewelacyjnie, mam nadzieję, że Warlock nie popsuje mi lektury tej serii. Rysunki cały czas są na świetnym poziomie i mam nadzieję, że Giacomendino zostanie z nami jak najdłużej.

All-New X-Men #25
Gil: Mała celebracja, co? I naprawdę nie mieli lepszego pomysłu, niż zlepek pin-upów? Czy może to celowe zagranie, żeby nie umknęła nam zawoalowana sugestia, że to Beast załatwi Watchera w nadchodzącym evencie? No dobra, żarty żartami, ale serio nic właściwie nie ma w tym numerze. A przynajmniej nic, czego byśmy nie wiedzieli i co miałoby jakikolwiek wpływ na cokolwiek. Jest za to sporo bulbotania o niczym i splash-pages. Może zatem powinniśmy oceniać tylko część artystyczną? No, niestety – i tu dupa zimna. Klamra była dobrze wykonana, ale z całej tej parady pin-upów, naprawdę spodobały mi się może 2 lub 3. Dla kontrastu, dwa razy tyle uznałem za szkaradne. Znaczy się: fail. Proponuję umieszczenie tego w encyklopedii pod hasłem: „jak nie robić komiksów celebracyjnych”. Tymczasem wystawię 2/10 i pójdę sprawdzić, czy można odzyskać kasę za wersję elektroniczną…
avalonpulse0347b%20%5B1600x1200%5D.JPGUndercik: Obstawiałem Xaviera z przyszłości jako tajemniczego łysola i się pozytywnie zaskoczyłem. Tak poza tym to chyba najlepszy numer jaki czytałem o McCoy'u. W końcu ktoś na serio zajął się tym co wyczynia Beast i szkoda tylko, że Uatu nie zaczął mu jeszcze wypominać tego co robi w New Avengers. Tak naprawdę – Watcher jest tu tylko obserwatorem. Oczywiście to wszystko zależy od interpretacji, ale zakładam, że to wszystko to tak naprawdę wyobrażenia Hanka.
Szkoda tylko, że nie wszystkie scenki humorystyczne, rzeczywiście takie były, ale nie można mieć wszystkiego. Na dobrą sprawę ten numer podtrzymuje tradycje serii – fabuła prawie nie posunęła się do przodu, ale Bendis umiejętnie bawi się postaciami. Poza tym to diametralnie inny numer niż poprzednie.
No i to zawsze jakaś zapowiedź Original Sin. Czyżby miało to związek z podróżami w czasie?
jdtennesse: Czasem nie warto oglądać ani czytać spoilerów. Ostatnia strona bardzo mnie zaskoczyła. Przez cały czas byłem przekonany, że Hank rozmawia z Xavierem, a tu tymczasem Watcher. Zapewne jest to ukłon w stronę zaczynającej się wkrótce historii z nim, ale nie szkodzi. Szczerze mówiąc, to młodych X-Men, czy też akcji jako takiej tu nie zaznamy. Jest to numer jubileuszowy, co moim zdaniem zakrawa na żart. 25 numerów? Rozumiem, że celebrujemy 250 numerów albo 50-lecie, ale 25? No dobra, poza tym faktem, to był świetny komiks. Trochę o niczym, bo robić takie wyrzuty Hankowi… Ale z drugiej strony, było w tym trochę prawdy. A same historie i wersje rzeczywistości? Świetnie się bawiłem. Zdecydowanie wygrywają Kitty z Peterem i historia ich niespełnionej/nieszczęśliwej miłości, ale też Logan i Scott dają czasu…no właściwie, to czadu nie dali, ale rozbawili mnie. Moim zdaniem, taka historia pasowałaby trochę bardziej do jubileuszu przykładowo Legacy. Albo numeru z okazji właśnie iluś tam lecia mutantów. Bardzo wielu rysowników, co absolutnie nie przeszkadzało, gdyż każdy fragment historii był osobny. Nawet te brzydkie rysunki były dobre. Świetna rozrywka. 8/10.
Krzycer: ...aha. Ok. Hm. Jeśli to jest prolog do Original Sin, to czemu nie jest to nigdzie zaznaczone?
W każdym razie: Bruce Timm rysujący Jean Grey? Miło. Cała reszta wizji nie prowadzi do niczego szczególnego (choć przyznam, że sekwencja z Kitty i Colossusem mnie rozłożyła <Could be Cable. It was a weird year.>), poza dołowaniem Beasta - i dobrze, bo Beastowi zbyt długo nikt nie wypominał tego, co zrobił. Mimo to miło by było, gdyby znalazło się tu nieco więcej treści.
Albo, no wiecie. Jakaś treść. W ogóle.
Simon: Kolejny przerywnik między.... no właśnie, nie bardzo wiadomo do czego ten numer prowadzi. Niestety Bendisowi w obu X-seriach zdarzają się takie one-shoty, które wyglądają trochę jak zapychacze. Wprawdzie czytało mi się to bardzo przyjemnie, do tego lubię zmiany rysowników (nawet tak radykalne), lecz prawdopodobnie moglibyśmy się obyć bez tego numeru. No chyba, że od tego momentu Beast zrobi wszystko aby odesłać młodych do domu, (co swoją drogą jest mało prawdopodobne, choćby z uwagi na Cyclopsa podróżującego z Corsairem). Reasumując, czekam na jakiś dłuższy story arc, bo All-New X-Men to wciąż czołowy i bardzo dobry tytuł z rodziny mutantów.

Avengers A.I. #11
Gil: Podstawowe pytanie brzmi: po co? Rozwinięcia można dodać do niego różne: Po co oni nas tym katują? Po co ja to jeszcze czytam? I tak dalej… No dobra, na drugie przynajmniej mogę odpowiedzieć. Dałem się nabrać na okładkę, bo byłem ciekaw, czy rzeczywiście zdecydują się sięgnąć po Mighty Morphin’ Power Avengers, albo jak to się tam zwało. No wiecie, ktoś kiedyś popełnił taką mini, bo myślał, że to będzie zabawne… W każdym razie, odpowiedź brzmi: nie. Zamiast tego, wcisnęli kolejne bulbotanie o przyszłości, która nigdy nie nadejdzie i w której naczelny łotrzyk serii podbił cały Wszechświat (of course!). Bla, bla, bla… Podsumowanie jednym słowem: meh. Podsumowanie jedną cyfrą: 2.

Avengers Undercover #2
Gil: Postaram się użyć samych cenzuralnych słów, więc będzie krótko. Każdy kolejny kontakt z tą serią sprawia, że zaczynam wątpić w ludzkość i szanse przetrwania zdrowego rozsądku. Mógłbym wypisać wszystkie debilizmy tego zeszytu, ale musiałbym siedzieć nad tym do jutra, a szkoda mi czasu i zdrowia, bo na samą myśl podnosi mi się ciśnienie... Zresztą podejrzewam, że Demo zrobi to za mnie. Czyli krótko: sytuacja jest absurdalna nawet jak realia świata Marvela, o tym realnym już w ogóle nie wspominając. Serio, czytając Doopa w ogóle tego nie czułem, a tutaj pizgło mnie w czajnik jak drinki z Kokomo. Postacie zachowują się, jakby ich mózgi postanowiły nie brać udziału w tej farsie. Sytuacje – delikatnie mówiąc – nie mają sensu, zbiorowisko postaci na drugim planie jest czysto przypadkowe, a w dodatku całkowicie zinfantylizowane. Jeszcze nie wiem, czy sięgnę po kolejny numer, bo jedyne co może mnie do tego skłonić to ciekawość, czy może być jeszcze gorzej, chociaż mózg i poczucie estetyki podszeptują, że powinienem wybrać coś lepszego... na przykład ilustrowany atlas patologii układu moczowo-płciowego. Wskazówka mojego miernika usilnie napiera na blokadę, nie pozwalającą jej się cofnąć poniżej zera.
Demogorgon: Diamon Hellstorm podrywający Nico. Czy muszę mówić więcej? Facet podrywający dziewczynę w wieku jego córki. 17 latka podrywana przez kolesia, który ma coś koło 30-tki. Który podłazi do niej i dotyka jest nagiego ramienia (co jest jedną z technik uwodzicieli) z seksualnie agresywną mową ciała. Nieważne jak na to patrzeć, to jest niepokojące i creepy. Nawet jeśli to nie było celowe, to wiele mówi o ludziach, którzy nam tę scenę dali i albo nie wykryli podtekstu, albo go zauważyli i postanowili zostawić.
Są tu też hinty na sparowanie Hazmat z Anachronismem. Obie rzeczy wszyscy przewidzieli dawno temu. Parowanie rudowłosych facetów z Azjatkami, pióra rudego gościa - widzę, że ktoś tu jest na tyle niedojrzały, aby umieszczać w komiksie swoje fetysze.
Na drugim planie mamy Thinkerera, a przynajmniej myślę, że to on, zachowującego się jak zboczony staruch w stosunku do Deathlocket (obok kolejnej kłótni Chasea i Nico, powtórka z poprzedniego numeru tak apropo, widać seria nie ma wiele do zaoferowania i musi powtarzać te same elementy raz za razem).
Wiecie, dochodzę do wniosku, że Hopeless ma kryzys wieku średniego.
Walker mu tylko pomaga z tymi rysunkami - to ile uwagi poświęca cyckom Nico jest odrażające. Jak to jest, że minęło sześć dni miedzy poprzednim numerem a tym a ona dalej lata w tym samym stroju, kiedy dawniej zmieniała ubranie przy każdej okazji? a tak, wiem, Walker jest leniem. Jak to jest, że Anachronism mógł się przebrać, a ona nie? A tak, wiem jak. Cycki.
By nie było mamy tu też Chase'a podrywanego przez dwie antagonistki które, o ile się nie mylę, powinny być martwe. Może źle pamiętam, ale chyba zabił je Scourge, wskrzesił Hood i znowu zabił Frank, czy tak? Warto zwrócić uwagę na fakt, że o ile Thinkerer (to on, prawda?) dobierający się do Deathlocket jest przedstawiany jako creep, o tyle te dwie są przedstawiane jako świetne laski a Chase jako szczęściarz. Czyli mężczyzna podrywający nieletnia jest creepy i musi zostać przegnany przez chłopaka w jej wieku. Ale kobiety podrywające nieletniego, a przynajmniej dużo młodszego, chłopaka, są jak najabardziej okej? Równie dobrze mogliby do komiksu dodać wielki transparent z napisem "PATRZCIE NA NASZE PODWÓJNE STANDARDY!"
Dialogi są okropne. Beznadziejne ekspozycje wciskane na siłę, w których bohaterowie mówią sobie nawzajem rzeczy, o których dobrze wiedzą. Desperackie próby silenia się na gadanie "jak ci młodzi ludzie w dzisiejszych czasach".
Aha, fajnie, że Hopeless wyciągnął randomową zbieraninę nastoletnich superzłoczyńców. Z których jedno powinno być martwe, inne depowered, a Young Masters of Evil od dawna nie są dłużej w jednym zespole. Ale to są szczegóły. Nie jest szczegółem to, że są oni wykorzystani jako banda nobodies, którzy dostają lanie od bohaterów, nie mając nawet lini dialogu (prócz Excavatora, który się pojawia później).
Oto jaki los czeka te dzieciaki, które staną się złe. Just sayan.
Cammi jest przedstawiana jako jedyna rozsądna z tej grupy i jedyna, która nie daje się skusić urokom klubu dla złoczyńców (przy okazji to, że Nico i Chase, którzy są z natury nieufni, się dają, jest głupie jak but). Bo Hopeless widać nie może nam jej nie wciskać do gardła bardziej. Do diabła, dziesięciolatka przewodzi tej bandzie - naprawdę mam uwierzyć w coś tak głupiego? Naprawdę wszyscy w tej grupie są tak głupi, żeby myślała za nich gówniara młodsza od Molly i brata nowego Ghost Ridera? Bycze odchody.
Jeszcze apropo rysunków - wszystkie kobiety Walkera prócz Madame Masque mają twarze przywodzące na myśl buldoga, a wszyscy faceci - frytki z Aqua Teen Hunger Force. Samefacing at it's finest.
Jeden plus, wyjaśnienie durnych, identycznych ciuchów z zapowiedzi następnego numeru. Daimon Hellstorm nie ma za grosz gustu.
I czemu do diaska Satannish łazi po barach z Hellstormem? To jest demon, władca piekieł a do tego jego naturalny wróg. Bez sensu.
Ocena: Jeden odcinek G Gundama. Myślę, że tyle starczy, by spłukać z siebie brud, bo wspomogę się dobrymi komiksami z tego miesiąca.
Undercik: Sięgnąłem po "rekomendacji" Demogorgona i... zgadzam się z nim. Chociaż może nie do końca, ponieważ raczej kartkowałem niż czytałem uważniej i nie uważam tego za kompletną masakrę. Po tej pobieżnej lekturze stwierdzam - ale to głupiutkie. Gdyby bardziej mnie obchodziły te postacie, to może biłbym piane o tym jakie to złe, a tak to tylko ciekawostka na temat "jak można napisać kiepski komiks".
Krzycer: Hmm... Hmm... Cóż... Łotrzy pokazani jako nie-tacy-wcale-do-końca-źli, potrafiący zrozumieć niedolę superbohaterów, to stary pomysł, więc samo to, że nasi bohaterowie z nimi imprezują nie razi mnie szczególnie.
Poza tym jest tu sporo głupich dialogów i naginania charakterów postaci, ale nic, co by sprawiało, że postrzegałbym ten numer jako coś gorszego niż "nieszkodliwa głupotka".
Ale ten nowy wygląd Nico jest koszmarny. Poza tym korekta zaspała i przepuściła literówkę w jej nazwisku.

Captain Marvel vol. 7 #2
Gil: Hm... to trochę zaskakujące, że poprzedni zeszyt był nawet ciekawy, a tutaj najlepsze moment to te z kotem... Ale hej, może coś jest na rzeczy – w końcu Chewie zadebiutował w dość niejasnych magicznych okolicznościach, więc pod futerkiem może być nawet samym Shuma-Gorathem. Tymczasem sytuacja tutaj służy głównie za pretekst do skumania Karolki z Guardians. Zaczynam dostrzegać w tym jakiś trend, po wysłaniu Tośka w kosmos... Cóż, przynajmniej ona bardziej pasuje do tego towarzystwa. Niektóre fragmenty są całkiem fajne (Kill it with fire!), inne raczej dziwne (Drax i poker). Tylko teraz pytanie brzmi, czy w założeniu seria ma być teraz rozszerzeniem GoG tak, jak w końcówce poprzedniego volume służyła za łatkę dla Assemble? Bo jeśli nic lepszego nie mają do zaoferowania, to kiepskie są widoki na przyszłość. Tymczasem chyba zostanę przy 5/10, bo trochę zbyt wiele mieszanych odczuć.
Krzycer: Akcja nie posuwa się szczególnie, ale to nie problem, kiedy interakcje między postaciami są takie fajne. Awantura o kota była mistrzowska. Nawet pisany (i rysowany) out-of-character Drax mi nie przeszkadzał (...biorąc pod uwagę, że Bendis od początku pisze go out-of-character, to pewne osiągnięcie, że u DeConnick był zarówno out-of-character względem Bendisowej wersji jak i tej Giffena i DnA...)

Daredevil vol. 4 #1.50
Gil: Pięćdziesiąta rocznica, tak? Wypadałoby zrobić coś fajnego? Więc czemu zamiast 1-shota o powiększonej objętości, ze złotymi literami na okładce i jeśli nie wyjątkowo dobrą, to przynajmniej solidnie podsumowującą historią w środku, dają nam zwykły zeszyt z kropką? No dobra, może nie zwykły, bo trochę rozszerzony – miał aż dwa dodatki. Deadpool ma dwanaście! Ale, ale… może nadrobili historią? Nope. Jesteśmy dopiero na D, a już mamy trzeci zeszyt, zapchany bulbotaniem o przyszłości, która nigdy nie nadejdzie. Sprawiedliwie muszę przyznać, że ze wszystkich tych historyjek, ta była najlepsza, ale nie zmienia to faktu, że właściwie była o niczym. Tym razem jednak załapie się do kategorii nieszkodliwych czytadeł, o których szybko zapomnę, ale może komuś przypadną do gustu. Czyli 4/10.
kuba g: Czyli Waid chce nam opowiedzieć swoją wersję przyszłości Murdocka? Nuuuda. Pierwsza moja myśl. Nie poradzę nic na to, zwłaszcza, że przecież jeszcze nie tak dawno swoją wersję "The End" przedstawił Bendis z Mackiem. Tylko, że mamy małą różnicę, przyszłość w wykonaniu Waida jest jakby zapowiedzią tego co planuje w swoim swierzo zrestartowanym Dardedevilu. Bez spoilerów, ale parę pomysłów jest ciekawych (syn Murdocka stający się jakby jego przeciwieństwem ale w całkiem przemyślany sposób), parę przewidywalnych (aparycja Foggiego), parę kontrowersyjnych (córka pewnego villaina). Nie mogę powiedzieć, że nie była to przyjemna lektura (segment Waida) ale dalej widzę, jak bardzo Waid stara się prowadzić Murdocka jak Wallego Westa w jego Flashu, robiąc z niego jasną i pozytywną postać i do tego ciągle trudno się przyzwyczaić.
Segment Bendisa to opowiadanie z ilustracjami Maleeva, doskonale pasujące do jubileuszowego numeru jeżeli pamięta się podobny zabieg w Daredevil: Black & White w wykonaniu Nocenti i Aji. Mimo, że nie należy uważać tego za kanon ale za zabawę, widać jak bardzo dojrzali ludzie piszą te komiksy i jak bardzo motyw dziecka u superbohaterów jest ich osobistą potrzebą mówienia o dzieciach w swojej twórczości. Tyle.
Segment nawiązujący do motywu z braćmi bliźniakami Murdock ewidentnie jest już zabawą dla stałych czytelników tytułu i tych, którzy mieli motywację sięgnąć w jego przeszłość bardziej niż w poznanie Franka Millera. Dobra sposób aby pokazywać czytelnikowi jak szaloną postacią był Murdock zanim stał się bardziej przyziemny.
I w ramach PS: dostaliśmy rozkładówkę z zapowiedzią nowej Elektry... i nawet gdy scenariuszowo nie dostaniemy perły to graficznie będzie to na 100% tytuł roku.
Krzycer: ...kolejny komiks nie dla mnie. Nie potrafiłem się wciągnąć w Daredevila Waida, więc jakieś wizje na temat odległej o 20 lat przyszłości tego runu, które nigdy się nie spełnią (choć pewnie wątek burmistrzostwa Murdocka niedługo się pojawi - w końcu to miało być "zaraz po tym, jak wrócił do San Fran"), kompletnie mnie nie obchodzą. Choć Matt w roli popełniającego błędy ojca był fajny.

Deadpool vol. 3 #27
Gil: Wow! That was so random, it felt like lotto... Prawdę mówiąc, zajrzałem tylko po to, żeby zobaczyć, kto się krył pod welonem i rzucić okiem na dodatki. To pierwsze skwitowałem przeciągłym meh i przeszedłem do tego drugiego. Dodatków było chyba ze dwanaście, zawiesiłem oko może na połowie. Wszystkie dotyczyły przeglądu podbojów (raczej nie sercowych) Poola. Zatrzymałem się na dłuższą chwilę tylko przy jednej, bo za każdym razem gdy spozieram w ten komiks, tęskno mi do Gail Simone, Outlaw, Sandy, Taskmastera i starych dobrych czasów. I tylko utwierdziło mnie to w przekonaniu, że właściwą oceną dla tego zeszytu jest 3/10.
Krzycer: O, Gail Simone. I Frank Tieri. I Taskmaster. I Alex. I Outlaw. I Blind Al. I Copycat. Ojej, jaki Deadpool był kiedyś fajny.
Parę razy się uśmiechnąłem. No i skład osobowy na ślubie i weselu był ciekawy, można było poszukać znajomych twarzy w (nie takim znowu wielkim) tłumie. Poza tym - no, Deadpool vol. 3. Ani ten numer nie był lepszy od poprzednich 26, ani gorszy.

Iron Fist: The Living Weapon #1
Gil: Jeszcze nie wiem, o co chodzi... ale pierwsze wrażenie jest pozytywne. Ostrożnie pozytywne, bo i ile Kaare Andrews jest artystą niebanalnym i zwykle jego rysunki mi podchodzą, tak jeśli chodzi o pisanie, wciąż wisi nad nim widmo Spider-Man Reign. Mam nadzieje, że tutaj nie będzie takiego majndfaku. Póki co, jest trochę dziwnie, ale ciekawie. Nie pamiętam, żeby Danny znajdował się w takim położeniu, ale oczywiście jest miejsce na wyjaśnienie tego w retrospekcjach, więc czepiać się nie będę. Tym bardziej, że wspominki prawdopodobnie będą się pojawiać dość często, jeśli ich ilość tutaj jest jakimś wyznacznikiem. Cóż, poczekamy – zobaczymy. Rysunki, jak już wspomniałem, są oryginalne. Mnie się generalnie podobają, chociaż czasami mam problem z twarzami. Za to bardzo fajna jest całkowita oprawa, włącznie z efektem postarzania papieru w retrospekcjach. Pokuszę się o wystawienie 7/10 za pierwsze wrażenie, jednocześnie wyrażając nadzieje, że nie będę musiał się z tego wycofywać.
kuba g: Mam sentyment do tego co Brubaker o Fraction zrobili z Dannym w swojej serii. Ciągle jestem też zły, że Świerczyński nie był w stanie pociągnąć tej serii dalej mimo fantastycznego potencjału jaki w niej pozostał po runie Bru i Fractiona. Lubiłem Iron Fista w New Avengers Bendisa i mimo, że był tylko dodatkiem jego obecność tam wpłynęła jakoś na postać, mimo, że to co przetrwało w pamięci scenarzystów to tylko zmiana kostiumu na biały... i mimo, że Hawkeye Fractiona i Aji dzięki swojemu klimatowi i grafice jakoś pozwalał mi trochę mniej tęsknić za postacią (bo jakoś nie wkręciłem się Powerman & Iron Fist, które startowało po Shadowland) to czekałem bardzo na pełnoprawny powrót postaci.
I go dostałem, mimo, że to trochę inna postać. Podoba mi się ta mniej entuzjastyczna wersja Dannego, ten smutek, ta blaza, ta estetyka. I co ważniejsze, nie przeszkadza mi próba aktualizacji originu (w końcu to coś normalnego już w Marvelu).
Nowy Iron Fist to szalona historia sensacyjna. Tajemniczy bohater z potencjałem stania się antybohaterem. Niedorzeczna akcja spisująca się idealnie w swojej konwencji. Trochę punchlinów i moje tak lubiane w komiksach Marvela "I hate ninjas". Chyba All-New Marvel Now dało nam następną dobrą serię, szkoda tylko, że naprawdę mam problem z tym aby wierzyć, że mainstreamowy czytelnik będzie chciał to kupować. A może to jednak kwestia tego żeby część rynku superhero działało na zasadzie filmu, gdzie każde gigantyczne studio filmowe ma swoją dywizję do filmów teoretycznie niezależnych, niby indie, tak samo celować z tymi komiksami, nauczyć ludzi obrażonych superhero, że ten rynek dalej coś im oferuje. Byle tylko Marvel nie niszczył tych serii bezsensownymi crossoverami i tie-inami.
Sc0agar4k: Ależ to brzydkie jest. Tylko All-New X-Factor wygląda gorzej (w dalszym ciągu czekam na szybką zmianę rysownika). A jeżeli na tle tej dwójki Daredevil wygląda najlepiej, to naprawdę źle się dzieje. Dobrze, że w tym tygodniu inne pozycje ratują sytuację (hello ANXM & Deadpool). A że Rand nie jest postacią, która by mnie zbytnio obchodziła, to jest to pierwszy i zarazem ostatni numer po który sięgam z tej serii.
Demogorgon: Nie podoba mi się interpretacja Danny'ego jako ponurego, martwego wewnątrz gościa. Jakoś zawsze wydawał mi się bardziej optymistyczny. Może to wina tego, co miało miejsce pod koniec jego ostatniej serii, przestałem to czytać niemal tak szybko, jak zacząłem, bo Swierczyński przyszedł. Więc nie oceniam z braku wiedzy.
Atak ninja znikąd ramdomowy, ale autor nadrabia to narracją Danny'ego i klimatem.
No własnie - to co ratuje ten, w sumie nie taki dobrze fabularny numer, to klimat. Od piwerszej strony, przez backstory w stylu retro, po panele układające się w napis DEATH, po sceny walki w cieniu - co komiks traci fabularnie, nadrabia klimatem. Zdecydowanie na tyle, abym kontynuował lekturę.
Krzycer: ...w którym Danny Rand rozwala pięścią helikopter. Cóż jeszcze można dodać? Ciekawa oprawa graficzna, może nie licząc twarzy, nietypowe ukazanie Danny'ego - które raczej zostanie zapamiętane jako "chwilowy kryzys, kiedy sypiał z czym popadnie", o ile w ogóle będzie gdzieś poza tą mini wspominane... Trochę obawiam się zbliżających się retrospekcji z Kun Lun, bo Immortal Iron Fist był dla mnie idealnym przedstawieniem tego miejsca, ale zobaczymy.
(Idealnie zignorowanym, jeśli dobrze pamiętam... Czy tam się jakaś mała rewolucja nie wydarzyła za Brułamka? O której nigdzie później nic nie było mówione?)
rodzyn: To było... dziwne. Jestem ciekawy, jak to będzie wyglądało w kolejnych numerach, tu Andrews ma u mnie plusa, ale klimat historii mnie nie przekonuje. Iron Fist wydawał mi się jako ktoś z większą ilością energii w sobie, a tu wygląda jakby miał depresję. Rysunk też budzą u mnie mieszane uczucia. Część kadrów jest cudowna, a część po prostu średnia.

Iron Man vol. 5 #24
Gil: Czy to tylko moje wrażenie, czy Malekith tutaj wygląda jak Ricardo Montalban w Gniewie Khana? I chyba nie tylko wygląd mu się subtelnie zmienił, bo i modus operandi jakby odstaje od zwyczajowego „zabić to, zgwałcić i zjeść – nie koniecznie w tej kolejności”. A przynajmniej tak zawsze go odbierałem. Tutaj przynajmniej został wykreowany na przeciwnika, z którym trzeba się liczyć, chociaż nadal dominującą cechą jest czyste szaleństwo. No i na plus trzeba zaliczyć też to, że Gillen zamiótł pod dywan niedawne wymysły Aarona. Zdecydowanie bardziej podoba mi się ta postać w skrzyżowaniu z Iron Manem, choćby dlatego, że są z dwóch zupełnie różnych bajek i przez to stanowią interesujący kontrast. Jestem autentycznie ciekaw, jak się to dalej potoczy, zwłaszcza, że Tosiek wyciągnął właśnie asa z rękawa. No i plusem jest również asysta Shevaun, którą chętnie zaprosiłbym tu na dłużej. I jeszcze jeden plusik za okładkę. Czyli w sumie całkiem niezłe 7/10.
Krzycer: Iron Man kontra elfy. A mówi się, że w Marvelu tylko recyklingują stare pomysły.
Dowcip o "darowaniu sobie anglocentrycznych dowcipów" trochę mało subtelny, ale poza tym to był przyjemny numer.
I faktycznie coś jest w tym, że Malekith przypomina Khana. To ta fryzura.

Mighty Avengers vol. 2 #9
Gil: Hm... a to ciekawe... Według przedstawionej tutaj chronologii, pierwsze przybycie Galactusa na Ziemię miało miejsce już po roku 2000. Tymczasem w Aliasie z 2001 roku również przekonywali nas, że minęło około 15 lat od pojawienia się superbohaterów. Czy mamy przyjąć za definicję sliding timeline fakt, że niezależnie od tego, kiedy komiks został wydany w XXI wieku, to zawsze wydarzenia w nim dzieli 15 lat od początku Silver Age? Ot, tak sobie dywaguję, bo mnie to zainteresowało… Tak prawdę mówiąc, to zainteresowało trochę bardziej niż sama zawartość tego zeszytu, bo skupia się on na dorzucaniu kawałków do układanki pod nazwą Blue Marvel. Nie mówię, że to coś złego, ale ta postać to trochę wydmuszka, więc próba wypełnienia jej po fakcie jest lekko ryzykowna. Chociaż z drugiej strony, przynajmniej będzie to spójna historia. Póki co, miało to w sobie coś fajnego, ale przeszkadzał mi trochę fakt, że wszystko zostało w rodzinie, a prawie wszystkie elementy były wymyślone od nowa, chociaż w archiwach Marvela dość jest pomysłów, żeby możne z nich zbudować identyczną historię. Aha, jest też dokładka w postaci ujawnienia tożsamości Ronina, czyli nic, czego jeszcze byśmy nie wiedzieli. Nothing to see here, carry on. Dam za całokształt dość mocne 6/10 i mam nadzieje, że teraz Ewing zagra kartami, które dostał, zamiast rysować własne.
kuba g: W dziewiątym numerze Mighty Wu-Tang dowiadujemy się, że Blue Marvel kiedy przestał być Blue Marvelem był po prostu czarnym Doctorem Savage'm w wersji familijnej. Spoko. Kupuje to. Kupuje też fakt, że seria o postaciach z niższych lig skupia się najbardziej na tych... najmniej popularnych postaciach z samych niepopularnych postaci. Tylko czy na pewno taka pulpowa/magiczna przygoda jest dobra dla postaci, które w większości wypadków (bo nie piszę o Bla... Roninie) są bardziej street levelem (nie siłą, a bardziej stylistyką większości ich przygód).
No nie mogę pozbyć się skojarzenia, że to jest pulpowa przygodówka, którą ktoś przerobił na superbohaterów. Doctor Brashear i rodzina(plus całe to streszczenie ich wcześniejszych przygód z mrugnięciami okiem), mistyczne jaszczuro-ninja coś i dalekowschodnia magia. Nie wiem co się tu dzieję, ale nie mogę przestać tego czytać.
Jestem jedną z niewielu osób, która miała przyjemność z czytania The Defenders Fractiona i teraz utwierdzam się w przekonaniu, że Mighty Wu-Tang to w sumie bardzo podobna zabawa konwencją z trochę (ale tylko trochę) mniejszą zabawą z spuścizną Kirbiego. 100% rozrywki.
Krzycer: Dziwnie ten numer został pomyślany. Osobno i Niesamowite Przygody Doktora Brasheara, i Ronin vs Wężołaki Ninja były całkiem fajne, natomiast wrzucenie ich do jednego numeru - i to na zasadzie "trzy strony Ronina, wszystko Brasheara, trzy strony Ronina" - wypada dziwnie. Może gdyby Ewing częściej przechodził od jednej sceny do drugiej, żeby nadać temu komiksowi jakiś rytm? Albo gdyby choćby zasugerował, że jedno z drugim jakoś się łączy?
Ale poza tym to było bardzo rozrywkowe czytadło. Niestety narysowane przez Landa, ale jakoś w miarę dało się to tym razem przeżyć.
Demogorgon: W tym numerze jedna kobieta wchodzi w drugą, Ronin okazuje się być tym, kim był według spoilerów, a Blue Marvel okazuje się być Doctorem Savage. Ewing naprawdę lubi się bawić z continuity i radzi sobie całkiem nieźle, dodając i dopisując do historii Marvela nieznane rozdziały. Można rozumieć wewnętrzne rozdarcie Adama i jego tragedię, do mnie to przemówiło. Doctor Positron mniej zabawny, ale dalej interesujący, jako antagonista. Chętnie zobaczyłbym go więcej, niekoniecznie walczącego z Blue Marvelem.
Sceny z Roninem nie są trochę mniej fajne, ale ujdą, bo ninja weresnakes. Tylko te rysunki okropne.

Nightcrawler vol. 4 #1
Gil: Obawiałem się trochę powrotu Claremonta, ale z ulgą mogę stwierdzić, że nie jest tak źle, jak się spodziewałem. Co jednak nie znaczy, że nie ma tu wad. W pierwszej połowie niewiele się dzieje, ale przynajmniej zawiera parę niezłych momentów, które są potrzebne, żeby jakoś podsumować powrót Kurta do żywych. Trochę sentymentów i fajnych reakcji na zmiany, które pewnie równie dobrze mogłyby wyrażać odczucia autora. W drugiej połowie, akcja przeskakuje i błyskawicznie przyspiesza. Z jednej strony fajnie, że dotyczy osób, z którymi główny bohater jest naturalnie powiązany. Z drugiej, jest to tak nieprawdopodobny zbieg okoliczności, że aż kłuje w oczy. I czemu mam wrażenie, że te pałki, którymi teraz walczy Kurt, zastąpiły szable tak, jak krótkofalówki zastąpiły karabiny w ET? Aha, skoro już mowa o rysunkach, to ogólnie dają radę, ale w niektórych scenach proporcje strasznie szwankują. Ostatecznie mogę dać 6/10, ale tak naprawdę dopiero się okaże, jakie jest prawdziwe oblicze tej serii.
avalonpulse0347c%20%5B1600x1200%5D.JPGKrzycer: ...żeż. Świat nie zakręcił się w drugą stronę, prawda? Wciąż mamy rok 2014? Nie wiem, czego spodziewałem się po Claremoncie... Znaczy, wiem. Ale nie spodziewałem się, że ten komiks będzie AŻ TAK niedzisiejszy. Można by to nazwać old-schoolem, gdyby to się fajnie czytało. Niestety, zamiast old-schoolu wyszła ramota. Tradycyjne problemy z Claremontem - pękające od ekspozycji dialogi, niekończąca się narracja - plus parę unikalnych, jak pewne niezgodności z "Amazing X-Men", koszmarnie niewiarygodna reakcja Amandy na Kurta*, czy anonimowy przeciwnik co pojawia się znikąd, burzy ścianę i znika.
Co do niezgodności z AXM - nie przeszkadza mi pominięcie wątku tego, że Kurt nie ma duszy, bo to idiotyczny pomysł, obciążający postać angstem w momencie, gdy Aaron deklarował, że zamierza przywrócić klasycznego "swashbuckling Nightcrawlera". Przeszkadza mi za to narracja Kurta, w której pada zdanie "los przywrócił mnie do życia", podczas gdy Kurt sam zadbał o to, by wrócić do życia - a to najciekawsza część tego jego powrotu, odróżniająca jego zmartwychwstanie od tysiąca innych.
Z plusów: hej, Kurt wrócił. I ma ongoing. To zawsze plus, bo jest szansa, że Claremont się zmęczy i ktoś inny go zastąpi, zanim seria padnie (a trudno mi uwierzyć, by miała pociągnąć na samym nazwisku Claremonta i sentymencie do postaci, jeśli cały czas będzie na takim poziomie). Poza tym - choć w jednym x-komiksie ktoś zauważył, co Cornell zrobił w solówce Wovlerine'a (niby były wzmianki w innych komiksach, ale za każdym razem ograniczały się do jednego zdania pt "nie masz już hf, musisz uważać"). Oczywiście, to rodzi nowy problem, mianowicie - nie pasuje do tego, że u Cornella Wolvie udaje teraz łotra, ale mniejsza o to, jakoś się to wciśnie w continuity.
*- Ale czego ja się spodziewam? Kiedy Claremont wskrzesił Psylocke (po tym jak sam ją zabił), X-Men zareagowali mniej więcej tak: "O, Betsy. Żyjesz. No proszę."
Demogorgon: To nie było takie złe, jak się spodziewałem. Claremont o dziwo nawiązuje do obecnych przygód Logana, chociaż nikt inny tego nie robi, nawiązuje do obecnej sytuacji Kitty i nie ignoruje nawet tych głupich Bamfów. Jedyne, z czego nie korzysta to creepy stuff dziejący się między Rachel a Sumbmilem z X-Men Wooda (I dzięki za to Bogusiowi Lindzie). Kurcze, nawet sięgnął po Mercury, co mnie ucieszyło – nie miałbym nic przeciwko, by pojawiało się w tej serii więcej uczniów. Trochę mnie ciekawi, że Claremont wrzucił na dzień dobry do serii Storm, Rchel i Amandę, trzy postacie, z którymi Kurt miał wątki romantyczne – czyżby zapowiadało się, że zrobi serię o Kurcie otoczonym wianuszkiem kobiet?
Co mi się nie podoba, to miejscami wnerwiająca narracja oraz to, że Wagner przychodzi do Amandy, całują się i dokładnie w tej chwili jakiś facet wpada przez ścianę. Serio? W porównaniu z równie randomowym atakiem ninja z Iron Fista wypada to o wiele bardziej naiwnie i o wiele mniej klimatycznie. Nie odczułem, by narracja była zbyt pełna ekspozycji, ale to chyba dlatego, że właśnie dzisiaj przeczytałem Doctora Strange z 1968, ale i tak było to przegadane.

Secret Avengers vol. 3 #2
Gil: Jedno, co mogę powiedzieć z całą pewnością to, że było to dość szybkie. Jedni dryfują sobie w kosmosie, drudzy lecą do nich, więc nie za wiele się tu dzieje, poza chwilami filozofowania. Na szczęście jest jeszcze trzecia sytuacja, dzięki której cokolwiek z tego komiksu zapamiętam. Mam na myśli tę z Maryśką i MODOKiem. Wyszła całkiem fajnie i to głównie dzięki wielkogłowemu, który bohaterstwo rozumie na swój sposób. Tylko teraz mam trochę deja vu z początków poprzedniej serii, bo tam również niewiele się działo i sytuacje były raczej dziwne. Mam nadzieje, że tutaj nie będziemy musieli czekać dwadzieścia numerów na wyrównanie poziomu... Tymczasem jestem lekko rozczarowany, ale zrekompensuję to małym plusikiem i zatrzymam się na 5/10.
Krzycer: ...cóż, przynajmniej widać, że Kot nie próbuje po prostu iść po śladach Brubakera, Remendera i kogo tam jeszcze. Zabawne, że w obecnym line-upie Secret zapowiada się najlżejszą serię o Avengers (może remisującą z Mighty).

Superior Foes Of Spider-Man #11
Gil: Drugi z kolei numer serii, który wybija nas z rytmu i w którym nie występują jej główni bohaterowie. Poważnie jestem ciekaw, skąd to się wzięło? Jakieś inne zobowiązania, brak czasu, czy może ktoś złamał rękę? Bo niestety, ten zabieg działa trochę jak metalowy pręt, wepchnięty w szprychy rozpędzonego bicykla, na którym siedzą Superior Foes. Jeszcze raz taka odskocznia mogła być zabawna i była, ale drugi raz ten sam numer nie przejdzie. Zwłaszcza, że nie są to te same postacie i nie ten sam styl. Tym razem były to tylko opowiastki łotrzyków z marginesu marginesu. Co prawda nawiązały przynajmniej do postaci Spider-Mana, ale poza tym nic nie miały wspólnego ani ze sobą, ani z serią. Nie były może najgorsze, ale ani potrzebne, ani na miejscu. Dlatego dam 4/10.
Demogorgon: Nie no, kolejny filler, dwa pod rząd? Serio? Co, Marvel próbuje zabić serię, którą i tak anulują na 15? Jasne, historie o Grizzlym i Looterze były zabawne, ale jednak wolałbym dalszy ciąg historii Spencera. No i takie przerwanie serii by przypomnieć, jaki fajny jest Spock pozostawia zły posmak.
Ale to zabawne, jaki jest kontrast między tym komiksem a Avengers Undercover - tam złoczyńcy nie mogą się odkleić od bohaterów którzy zabijają, tutaj przypomina się, że oni się ich powinni bać.
Krzycer: Eee... Nie. Walka Lootera i Basila z Pająkiem, podczas której dyskutują o swoich marzeniach i planach na przyszłość była fajna, ale reszta numeru - nie bardzo. Co się stało, czemu dostajemy takie zapychacze w momencie, gdy seria na 99% za moment się kończy? Dziwne.
rodzyn: Kolejny zapychacz? Dlaczego obecnie druga najlepsza seria Marvela musi również ratować się dodatkowymi historiami? Wolałbym żeby nie było tego numeru, podobnie jak poprzedniego. I o ile ostatnio historia była ciekawa, to teraz jest zdecydowanie gorzej. Czekam aż wróci Spencer i Lieber i mam nadzieję, że nastąpi to w kolejnym numerze.

What If? Age Of Ultron #2
Gil: No i bardzo szybko skończyło się rumakowanie. Wygląda na to, że każdy numer tej serii będzie nam prezentował jakiś wyjątek z alternatywnego świata AoU, co oznacza, że nie ma się do czego przyzwyczajać. Zmienił się rysownik, a wraz z nim poziom grafiki. To znaczy mniej więcej tyle, że wyrżnął o beton, bo dla mnie te rysunki były bardzo ciężko strawne. Nie zachęciła również sama historyjka, prezentująca wariację na temat New Fantastic Four w wersji alternatywnej i stetryczałej. Tym razem będzie to 3/10, a jak następna odsłona nie będzie lepsza, to ja wysiadam.
Krzycer: No tak, ja głupi uwierzyłem, że ta mini będzie opowiadała jedną historię - skoro już pozbierali ją w miniserię. A to najwyraźniej pięć one-shotów będzie... i to na dodatek - sądząc po tym - niemal niezwiązanych z AoU.
Właściwie nie rozumiem tego założenia - czy ono się opiera na "co by było, gdyby Wolverine sniktnął Wasp/Starka w trakcie AoU?", czy też "co by było, gdyby po sniktnięciu czasu w AoU losowe postaci umarły w losowych momentach?". Bo jeśli to drugie, to... czemu? Jaki to ma związek z AoU? Przecież po sniktnięciu czasu nikt nie umarł, tylko parę osób - najwyraźniej - wróciło do życia (Star-Lord, Thanos, Corsair... kto jeszcze?).
Przechodząc do numeru... Eeeh. Nuda. Nawet podobały mi się te wersje bohaterów - Zen-Hulk, podtatusiały Parker - ale ani przeciwnik nie był ciekawy, ani morał... jakikolwiek. Ale parę razy się uśmiechnąłem ("Hulk acquainted.")

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Gniot tygodnia:
avalonpulse0347a.jpgAvengers Undercover #2
Autor:
Francesco Mattina

Demogorgon: Technicznie nie jest to zła okładka, narysowana nie jest wcale źle, nawet bardzo dobrze. Ale problem jest z tym co jest narysowane. Bo jestem pewien, że za kilka lat rysownik znajdzie ją przeglądając swoje portofilio i powie "Narysowałem nieletniego geja w obroży sado-maso, trzymanego na smyczy przez faceta z pentagramem na torsie oraz dwuznacznym uśmiechem i podpisałem "pupilek nauczyciela". Co ja sobie @#$% myślałem?".
Ja się zastanawiam, do kogo, do jakiej grupy docelowej, ma być skierowana ta okładka. Do Kościoła Baptystów z Westboro?




Hit tygodnia:

avalonpulse0347a.jpgAvengers Undercover #2
Autor:
Francesco Mattina

Sc0agar4k: Jak tylko przeczytałem post Demo odnośnie tej okładki, wiedziałem, że będę musiał się odezwać. Chociażby przez zwykłą złośliwość, ponieważ taką mam właśnie ochotę. Ale nie, tutaj mam konkretniejszy powód. Uznałem tą okładkę za najlepszą, ponieważ świetnie jest w niej ukazana "demoniczność" Hellstorma, szczególnie za pomocą ognistych kolorów. I ten jego szatański uśmiech. A spojrzenie Cullena mówi jasno: "I'm bad. Don't mess with me". Ta okładka mnie kupuje. Więc tak Demo, jestem tą grupą docelową do której ma być skierowana. I będę dalej kupował tę serię, tak jak kupowałem jej poprzedniczkę.




Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2013.04.09
AgentsOfShieldBanner.jpg

Agents of S.H.I.E.L.D. - 1x17 "Turn, Turn, Turn"


Fortepian: Ten odcinek był fantastyczny. Niesamowite, jak serial może poprawić swój poziom. Duża w tym zasługa scenarzystów, którzy przerzucili ciężar fabularny na postaci grane przez lepszych aktorów. Dzięki temu Skye przestała wydawać się plastikowa. Less means more in that case.
Intryga jaką zawiązano w ostatnich odcinkach jest na prawdę wciągająca, oglądając ten odcinek siedziałem jak na szpilkach. Pewne niedoskonałości są nadal obecne, ale dobrze schowane, zaś to za co nie lubiłem tego serialu, czyli nawarstwianie się pytań, które miało na celu banalne podkręcenie hype'u, zaczyna teraz mieć sens. Pytania nie są zadawane widzowi tylko i wyłącznie. To pytania na które odpowiedzieć muszą również bohaterowie, i przez to łatwiej utożsamić się z ich sytuacją. Czekam niecierpliwie na następny odcinek.
Ps. Kurde, ale to było dobre...
Gibon: To było... No słów mi brak. Przez prawie cały czas wydawało się, że Hand jest z Hydry, a to jednak Garret... I to, co zrobił Ward na końcu... Jedyne, co mogę zrobić, to powtórzyć po Fortepianie. Kurde, ale to było dobre.
Sc0agar4k: Można? Można! Wystarczyło tylko cierpliwie poczekać i nie porzucać serialu po pierwszych odcinkach (tak, to do was wszystkich mówię :P ). A tytuł odcinka idealnie pasuje do wydarzeń na ekranie. God damn! That was f*cking great!
Krzycer: Taa... Nie. Mi też podobał się ten odcinek - i w ogóle od kilku odcinków Agenci się rozruszali - ale to w dalszym ciągu nie zmienia tego, że pierwsza połowa tego sezonu była straszna. Strasznie banalna, strasznie przewidywalna i po prostu nudna. To nie jest sytuacja, w której ostatnie odcinki rzucają jakieś nowe światło na tamte, nagle czyniąc je dobrymi - one były kiepskie i w dalszym ciągu są kiepskie.
Ale przynajmniej doczekaliśmy się dobrych. Szkoda, że tak długo to zajęło, mam nadzieję, że teraz już do końca sezonu będzie dobrze.
Przechodząc do spojlerów: czy naprawdę byliście aż tak zaskoczeni lojalnością Hand? Przecież to jest podstawowa zasada, której już Scooby-Doo uczy - "ten, kto wydaje się w sposób oczywisty zły, tak naprawdę jest niewinny".
Garrett był trochę większym zaskoczeniem, choć jakiś czas temu trafiłem w sieci na tekst, który go typował, więc cały czas miałem to z tyłu głowy.
W tym momencie liczę przede wszystkim na to, że Ward zrobił się stuprocentowo zły i to nie jest jakaś zmyłka, która ma go doprowadzić do Prawdziwych Złych Stojących Za Clairvoyantem.
S_O: No, to przynajmniej znalazłem odpowiedź na jedno z MOICH pytań, a mianowicie: Jak to możliwe, że tak zwani specjaliści i najlepsi w tym, co robią, potrafili tak straszliwie lamić, gdy przychodziło co do czego.
Muszę przyznać, że budowanie klimatu zaszczucia i nieufności wyszło bardzo dobrze. Na tyle dobrze, że dopiero po jakimś czasie zauważyłem, że każdy wystarczająco wysoko postawiony agent Hydry byłby w stanie przejrzeć "pułapkę" Hand.
No i zgadłem, że Trip pracuje dla Jasnowidza. Tak jakby.
Ale, żeby nie było zbyt różowo, łyżka dziegdziu - mam nadzieję, że Ward nie okaże się potrójnym agentem. Gorsze od tego byłoby tylko to, gdyby NIE był potrójnym agentem, ale w finale zdecydował się wrócić na stronę aniołów dzięki mocy Prawdziwej Miłości™.
Overcross: Rzeczywiście wątek z Jasnowidzem jest najmocniejszy póki co. To w odcinkach z nim mocno powiązanych, mieliśmy naprawdę ciekawą fabułę, więcej niż zwykle odwołań do pozostałych filmów i wątek superbohaterski (chiński pyrokineta, Mike Peterson). Generalnie od odcinka "T.R.A.C.K.S" mam ciągłą zajawkę na ten serial. Ostatni raz, kiedy mocniej zapadł mi w pamięć to dylogia związana z Petersonem i Coulsonem, ale to też wątek Clairvoyanta.
Badus: Nikt się nie spodziewał hiszpańskiej Inkwizycji.
Odcinek póki co najsensowniejszy z całego sezonu i sprawia bardzo pozytywne wrażenie. Nie zmienia to faktu, że serial wciąż jest padaką dla 8latków śliniących się na widok wszystkiego, co ma logo Marvela. Guilty pleasure, ale już nie z takiego musu jak wcześniej.

Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie Agents of S.H.I.E.L.D. - 01x17 "Turn, Turn, Turn"
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.