Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #346 (07.04.2014)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 7 kwiecień 2014Numer 14/2014 (346)


Jubileuszowo - wspominkowy powrót Ultimate Spider-Mana, debiut od dawna zapowiadanej serii Inhuman oraz bardzo dużo All-New Marvel Now!.

Black Widow vol. 3 #5
Gil: W sumie, to nie wiem, czemu nadal to czytam... Chyba tylko dlatego, że w tym tygodniu porcja komiksów była względnie mała. Historia nadal nie jest ani interesująca, ani wciągająca. Przeciwnik wydaje się wtórny, a sytuacje raczej dziwne. Ot, tak prześlizgnąłem się po kartkach tylko po to, by utwierdzić się w tym przekonaniu. Tylko rysunki nadal są fajne, chociaż może nieco zbyt pastelowe. Może komuś się może spodobać, ale nie jest to lektura dla mnie, dlatego ocenię ją na 4/10.

Captain America vol. 7 #19
Gil: I kolejny komiks, który właściwie nic nie ma zaoferowania. To jedna z tych remenderowych historyjek, które zdecydowanie za bardzo się ciągną i w kolejnych odsłonach właściwie nic się nie dzieje. To już chyba trzeci numer z rzędu, w którym ganiają się z agentami S.H.I.E.L.D., kontrolowanymi przed doktorka Crackpipe i nadal nic z tego nie wynika. Przez chwilę miałem nadzieje, że coś się wydarzy, gdy Cap w końcu dotarł do przeciwników, ale okazało się, że jednak nic z tego. Jedno wielkie meh, które od nijakości wspomnianej wcześniej Black Widow odróżnia tylko to, że bardziej irytuje. I dlatego ocenię to o punkt niżej, czyli na 3/10.
rodzyn: Męczy mnie ta historia, a zapowiedzi na kolejne miesiące pokazują, że jeszcze kilka numerów trzeba będzie poczekać na jej koniec. Remender od początku serii obniża z numeru na numer jej poziom, mimo wielu pomysłów, które wydawałyby się intersujące. Rysunki też nie zachwycają, więc zaczynam się zastanawiać, dlaczego to jeszcze czytam.

Deadpool vs. Carnage #1
Gil: Kolejna odsłona Deadpoola w wersji Bunna i tak jak poprzednio, coś w tym pomyśle jest ciekawego. Zestawienie dwóch psycholi o skrajnie różnych skrzywieniach może być interesujące i zaczyna się nawet nieźle. Oczywiście, trzeba przymknąć oko na fakt, że Pool w żaden sposób Carnage'a załatwić nie może, ale patrzenie, jak się stara, może dać pewną satysfakcję. Na przykład w tym zeszycie nieźle wyszła próba z rakietą i granatem. Jeśli w dalszym ciągu pozostanie to na poziomie niezobowiązującej rozpierduchy, jest szansa na przyzwoite, lekkie czytadło. Byle tylko autor nie zaczął kombinować z jakimiś dziwnymi filozofiami i nie próbował zrobić z nich team-upu. Tymczasem mogę dać 6/10 na dobry początek, bo ku swemu zdziwieniu, nawet nieźle się bawiłem.

avalonpulse0346a%20%5B1600x1200%5D.JPG Inhuman #1
Gil: Więc nasz główny bohater ma na imię Dante... a jego ksywa to Inferno... I salut you, Captain Obvious! Widać, ktoś mocno się nad tym głowił i pewnie stąd kilkumiesięczna obsuwa serii. No, ale dobra, zobaczmy, co pierwszy numer ma do zaoferowania... Po pierwsze, sporo kluczy, zanim dociera do sedna. Cały ten wstęp właściwie nie ma większego znaczenia, poza wprowadzeniem głównego złoczyńcy, co z kolei sugeruje, że to on jest ważniejszy od głównego bohatera. Z kolei wątek z Medusą jest mało interesujący i trochę dziwnie poprowadzony. Chciała się dostać do Black Bolta, a rzuciło ją do Dantego... czyżby subtelna sugestia, że są jakoś spokrewnieni? No bo w sumie, czymś musi sobie zasłużyć na bycie główną postacią i na pewno nie jest to grywanie na weselach. Chyba będę potrzebował czasu, żeby się przekonać do tego pomysłu, bo jak na razie wszystko wydaje mi się napisane po łebkach. Hops tutaj, wprowadzamy jedną postać, hops tam, wprowadzamy drugą... a spójności trochę brak. Rysunki całkiem niezłe. Mam jakąś słabość do Madureiry, chociaż jego styl mija się z moim zwyczajowym zamiłowaniem do realistycznej kreski. Cóż, na razie dam 5/10 i jeszcze się poprzyglądam.
czarny_samael: Nie czuję tego. Atmosfera post-Infinity zupełnie gdzieś uleciała i komiks wydaje się być nie na miejscu, szczególnie że powoli nadchodzą kolejne eventy. Nie przepadam za rozwiązaniami w stylu "zabierz mnie tam gdzie mam być". Najczęstszy podobny przykład, czyli Mjolnir ("godność") można tłumaczyć wolą Odina i tym kto jest godny wg niego. Tu teoretycznie możemy podejść podobnie do problemu, ale jednak wszechojciec jest dla mnie bardziej wiarygodny. Lash jest budowany z potencjałem, choć dla mnie bardziej antypatyczny niż Gorr, bliżej mu do Corvusa Glaive'a. Medusa kompletnie nie przypomina mi tej silnej królowej z czasów przygód kosmicznych. Nie jest to nawet kwestia jej pojedynczych zachowań, a atmosfery budowanej wokół niej. Pierwsze słowo, które przychodzi mi do głowy to panika. I to mnie dziwi. Zabicie pierwszego inhumana oceniam pozytywnie - przez to nie byłem pewien co będzie z kolejnymi.
5,5/10, bo miałem wrażenie zmarnowanego czasu (w dwóch znaczeniach), choć to nie był jakiś straszny komiks.
Demogorgon: W którym wiem, że nie będę kontynuował dalszej lektury.
Rany, ta cała gadka o tym jaki to ten koleś jest taki a tamten koleś ma takie problemy, a ten koleś chce tego i tamtego - to wszystko jest tak amatorsko zrobione, że to aż boli. mam wrażenie, że Soule próbował a dużo napchać do tego komiksu i powinien się skupić tylko na jednym wątku i lepiej go przedstawić. Póki co jest okropnie, a rysunki do mnie nie przemawiają. Po kolejny numer nie sięgnę.
Soundtrack: Exposition
rodzyn: Nie miałem zbyt wielkich oczekiwań wobec tego tytułu, więc nie załamał mnie poziom zawartej w tym zeszycie historii. A jest ona mocno nijaka i służy tylko i wyłącznie pokazaniu postaci, wokół których będzie toczyła się akcja, co nie wychodzi najlepiej. Seria która miała stać się hitem, nie ma na ten moment nic ciekawego do zaoferowania. No może jedynie rysunki Madureiry, które ku mojemu zdziwieniu ratują jakoś ogólną ocenę tego zeszytu.
Krzycer: Ojej, jaka piękna katastrofa. Już nawet nie wiem, czy mam traktować całą kampanię reklamową jako obowiązującą, w końcu dotyczyła komiksu pisanego przez Fractiona, a nie tego... Ale gdyby, to: co to niby ma wspólnego z Grą o tron? Poza wepchnięciem nagiej kobiety tam, gdzie żadna naga kobieta nie była potrzebna.
Przy okazji, nie ma to jak zacząć przedstawianie postaci silnej władczyni od pokazania, że śpi nago.
Przepraszam, że tak się uczepiłem nagiej Medusy, ale nie bardzo mam co pisać o reszcie komiksu, bo było w nim strasznie mało treści. W sumie spodobała mi się zmyłka z pierwszym kandydatem na Inhumana, który nie spełniał wygórowanych wymogów... eee... Tego Złego Inhumana, ale przez nią Soule'owi nie starczyło czasu, by przedstawić pana Dante Inferno jako postać mającą więcej, niż dwie cechy charakteru na krzyż.
Ogólnie: ojej, jaka piękna katastrofa. Chyba sięgnę po kolejne numery, żeby się przekonać, czy autor stanie na nogach (w którym to wypadku porzucę serię, bo mnie mało interesują Inhumans, a przedstawione tu postaci nie obchodzą mnie zupełnie), czy też spektakularnie się wyłoży (w którym to wypadku porzucę serię parę numerów później, bo obserwowanie złego komiksu jest zabawne tylko przez parę numerów).

Loki: Agent Of Asgard #3
Gil: A teraz chwilka czasu dla drugiego Lokiego... Wprawdzie miałem ochotę pomarudzić, że zamiast tego mogliby się skupić na wyjaśnianiu, skąd właściwie się wziął, ale z biegiem czasu i kolejnych stron, coraz mniej mi to przeszkadzało. Ewing zaskoczył mnie pozytywnie, sięgając po fragmenty rzeczywistej mitologii germańskiej i splatając je całkiem sprytnie ze swoją historią. Nawet jeśli ten splot był grubymi nićmi szyty, a wątki prawdopodobnie zaczerpnął z wpisu na temat Lokiego na Wikipedii. Drugie pozytywne zaskoczenie, to sięgnięcie po Sigurda w wersjii wprowadzonej przez Gillena i połączenie tego wszystkiego z podstawowym wątkiem serii. Jedyne. Czego mi tu zabrakło to młodszy Loki, ale mimo wszystko, fajnie było popatrzeć na knowania jego starszego wcielenia. Dodatkowym plusem są rysunki, które przypominają stare dobre czasy, gdy Thora rysował Coipel. Ten uśmiech Lokiego jest niemal identycznie demoniczny. Innymi słowy, seria jest na dobrej drodze do ścisłej czołówki moich ulubieńców, byle jeszcze trochę popracowali nad przeplataniem wątków, zamiast tak przeskakiwać. Ale i tak dostanie mocne 7/10, a w tym towarzystwie spokojnie zostanie komiksem tygodnia.
Demogorgon: W którym nie ma Lokiego, za to skupiamy się na Lokim...wait.
Kolejny samodzienly numer, tym razem podpięte pod "Why didn't I see that keikaku?" z końca numeru pierwszego. Bardzo mitologicznie i humorystycznie, zwłaszcza scena z rybą. Mamy sugestię, że antagonista tej opowieści może być w takim samym stopniu metafizyczny jak natura historii. Czyżby był żywym plotholem, stworzonym przez działania Lokiego? Biorąc pod uwagę metafizyczną naturę Asgardczyków, to możliwe.
Po za tym, ta seria póki co jest tym, czego bym chciał od Marvela - dobrych historii, zamkniętych w jednym numerze, które budują coś większego. A nie to, co dostajemy w Avengers World, gdzie mamy ogromną historię, która ma tyle wątków, że nie idzie się połapać, a chociaż każdy numer to niby zamknięta całość, to służy tylko emu, by reklamować "to co nadejdzie". This is how you do it, Hickman.
Soundtrack: Myth of the Holy Sword
rodzyn: Główny wniosek z lektury jest taki, że muszę jak najszybciej nadrobić całe Journey Into Mystery Gillena. Widzę, że Ewing nawiązuje do swojego poprzednika, tylko nie wiem w jakim stopniu. Pomimo tych moich braków czytało się to bardzo dobrze i nie raził brak młodego Lokiego. Rysunki Garbetta ponownie bardzo dobre, i trzeba przyznać, że momentami naprawdę przypominają tu kreskę Coipela.
Krzycer: Śmieszne to było. Bazooka trochę nadszarpnęła konwencję i nie byłem do niej przekonany, ale puenta - gdy StaryLoki przyznaje się do zabicia ryby bazooką - wynagrodziła mi to z naddatkiem.
Ogólnie: bardzo przyjemna lektura. Nie mam pojęcia do czego zmierza, ale Ewing mnie kupił i na razie nie zadają pytań.

Magneto vol. 3 #2
Gil: No dobra, przynajmniej za jedną rzecz mogę autorów pochwalić: retrospekcje zostały właściwie potraktowane. W porównaniu z takim na przykład Testamentem, który był zupełnie bez bazy, obraz getta tutaj jest zdecydowanie bardziej wiarygodny. Część współczesna dla odmiany nadal mnie nie przekonuje. Fragment, który mógł być interesujący, został przeskoczony. Skupiamy się dla odmiany na elementach nie tylko mało efektownych, ale też nie specjalnie ważnych, bo równie dobrze, zamiast wkręcać się w slumsowe środowisko, mógł stanąć z boku i czekać na pojawienie się ekipy ludków, którym brakowało tylko neonu z napisem BAD GUYS, żeby ich intencje były bardziej oczywiste. No i nadal nie przekonuje mnie Bruce Willis w roli Magneto. Jeszcze zatrzymamy się na 5/10.
Demogorgon: W którym Eric (ja wam @#$% dam Maxa) odwiedza bezdomnych.
Nie powiem, o dziwo, wciąż jest dobrze. Scena otwarcia bardzo klimatyczna, chociaż nie wiem jak długo schemat "ludzie opowiadają o wyczynach Magneto" się sprawdzi. Dzięki wspomnieniom z Warszawy Magneto brzmi bardziej jak Magneto, kiedy w poprzednim numerze brzmiał jak Punisher. A porównanie między sceną z jego wspomnień a tą z końca numeru też działa - jasne, jest przewidywalne, ale wpisuje się w esencję postaci jako potwora stworzonego przez inne potwory. A tak po za tym, ten bezdomny podsumował esencję nowoczesnych metod leczenia PTSD (a dokładniej metody terapii perspektywą czasu, która polega na tym, aby negatywne wspomnienia zmienić w rodzaj lekcji i nie pozwolić, aby dręczyły pacjenta, za to wyuczyć skupienie się na pozytywnej przeszłości) nawet nie używając tego terminu i to tak dobrze, że zastanawiam się, czy nawet Bunn się już nie nabija z Hopelessa.
I jasne, dalej oryginalnie nie było, ale tym razem wszystko jakoś razem gra, składa się w całość, a nie w serię klisz ledwo powiązanych ze sobą, jak pierwszy numer. Oby to była stała zwyżka formy.
Tylko jeden mankament - czemu Magneto ma fanów?
Sondtrack: Frankenstein's Monster
rodzyn: Bunn utrzymuje poziom z pierwszego numeru, czyli wciąż jest dobrze. Podobają mi się retrospekcje z okresu getta i to jak wpływają one na Erika (o co chodzi z tym Maxem?). Zaczynam przekonywać się do takiej wersji Magneto i jego misji. Mam nadzieję na rozwinięcie wątku fanów Erika i jakieś starcie z agentami S.H.I.E.L.D.. Rysunki Walty bardzo dobre i wydaje mi się, że nawet lepsze niż w poprzednim numerze.
Krzycer: Wciąż mi się podoba. Retrospekcja z getta grała na standardach, ale przynajmniej były to standardy zakorzenione w rzeczywistości. Zastanawiam się, czy ktoś kiedyś pokazywał, jak Magneto załatwia kogoś gołymi rękami. Mocą szlachtował setki ofiar, ale żeby komuś tak kark skręcił?
W każdym razie jestem pozytywnie Bunnem zaskoczony. Nie jest to nic ponad średnie czytadło, ale to dużo więcej, niż się po Bunnie spodziewałem.

Marvel's Guardians Of The Galaxy: Prelude #1
Gil: Wstęp do nadchodzącego filmu mówi nam jedno: nie będzie to historia, którą znamy. Spotlight na postać Nebuli od razu pokazuje różnice między wersją filmową, a oryginałem. I są to różnice dość spore. W sumie dobrze, że zdecydowali się je pokazać tutaj, niż rozwadniać film retrospekcjami, które nie mają większego znaczenia. Chociaż z drugiej strony, dla widza, który preludium nie czytał, może to być odczuwalny brak w przedstawieniu postaci. No cóż – coś za coś. A sam komiks był w porządku, chociaż sporo mu brakowało do GoG w wykonaniu duetu DNA, do którego wszyscy tęsknimy. Dlatego dam mu 5/10.

avalonpulse0346b%20%5B1600x1200%5D.JPG Moon Knight vol. 7 #2
Gil: Czytało się błyskawicznie. I całkiem fajnie. Pierwsza połowa była bardzo dobrze zaplanowana pod względem technicznym i równie dobrze wyegzekwowana. Sam pojedynek ze snajperem to modelowy przykład dekompresji akcji. Czyli właściwie jest to popis technicznych umiejętności twórców, zakończony nienagannym telemarkiem. Fabularnie natomiast... no, niewiele się tu wydarzyło. Gdybym potrzebował tego numeru, żeby przekonać się do serii, pewnie miałbym niezły zgryz. Z drugiej strony, jest on dość niezobowiązujący, żeby być dobrym punktem zaczepienia dla kogoś, kto oczekuje typowego Moon Knighta. Chociaż znowu z trzeciej strony, można by tu wstawić dowolną inną postać, bo sytuacja jest dosyć generyczna... No tak, czyli fajny popis techniki, bez zawracania sobie zadu fabułą. Może być 6/10.
Demogorgon: W którym Moon Knight przez cały numer bije się ze snajperem. I niby jasne, Moon Knight przez cały numer bije się ze snajperem, ale jak to jest zrobione - no toć to małe cudeńko. Cała sekwencja otwarcia to piękna rzecz, do której będę z pewnością wracał. To jest dekompresja w działaniu, kiedy jest użyta w dobrym celu, a nie po to, aby rozciągnąc historię na trzy numery. Zwłaszcza, że ta jest zamknięta w jednym numerze. Ellis pokazuje po raz kolejny swój kunszt. No i ta rozmowa między Moon Knightem a snajperem, te dwa zdania. "Why can't I hit you"? "I'm not real". To pewnie będzie kandydat na scenę roku. Końcówka jest trochę słabsza, ale i tak, jak dla mnie komiks tygodnia.
Soundtrack: Van Kleiss Theme
rodzyn: Wiele się tu nie wydarzyło, ale za to JAK się wydarzyło. Ellis i Shalvey naprawdę dają radę, dostajemy genialne pierwsze strony powoli wprowadzające nas w historię, a później nie gorsze sceny walki. Wszystko jest tutaj tak jak powinno to wyglądać, zdecydowanie numer tygodnia.
Krzycer: Jaka piękna dekompresja. Fantastyczny popis techniczny, fajnie wymyślony. Tylko czy naprawdę ta sekwencja powinna zajmować połowę numeru? Komiks robi wrażenie, ale wrażenie to wszystko, co po nim zostaje, bo treści tu nie ma.
A, no i wolę Muńka w garniaku niż w pełnym kostiumie.
kuba g: Ellis jest jedną z niewielu osób, która potrafi ciągle opowiadać historię zamkniętą w jeden zeszyt tak, że inni, podobnie utalentowani scenarzyści musieli by zmieścić to w czterech zeszytach. To pierwsza zaleta. Drugą jest to, że w tym momencie możemy już definitywnie przyklasnąć za wyborem rysownika do serii i zamknąć usta wszystkim, którzy mają problem z każdym rysownikiem, który nie ma w domu ołtarzyka dla Jima Lee. I tyle, nie ma co opisywać tego numeru za bardzo, Ellis znów używa superbohaterów do opowiadania historii, które opowiadał od zawsze, trochę szaleństwa, trochę polityki, ułuda morału. Dobrze, że Marvel ma Ellisa u siebie, bardzo dobrze.

New Warriors vol. 5 #3
Gil: Jesteśmy coraz bliżej zebrania wszystkich postaci w jedną grupę. Już biegają w dwóch grupach, więc powinno wystarczyć jedno wydarzenie. Jest tylko mały problem z równowagą między wydarzeniami, bo o ile jeden team tonie po uszy w akcji, walcząc o przetrwanie, tak drugi nie robi właściwie nic, poza wykłócaniem się o nową postać. Cóż, przynajmniej jest jakaś szansa, że wreszcie pojawi się ktoś ciekawy w tej nowej fali Inhumans. Całkiem fajnie wyszły dialogi, zwłaszcza te między Samem a Kainem, które przy okazji podkreślają rozwarstwienie wiekowe w zespole. No i niezły był wstępny wykład High Evolutionary, który trochę wywrócił do góry nogami jego zwyczajową motywację. Pozostaje nam więc chyba poczekać na konsolidację i zmierzać do finału historii. Może być ciekawie. A tymczasem powiedzmy, że mogę dać początkujące 7/10.
czarny_samael: Jak rzadko - komiks typowo rozrywkowy, a zrobiony naprawdę dobrze. Podoba mi się podejście do bohaterów, tempo rozgrywania akcji i wprowadzanie nowych postaci, choć mam problem z tym jak łatwo w Marvelu można dorwać superbohaterskie gadżety. 7/10.
Demogorgon: W którym Kaine przejmuje serię. Bo serio, wszystkie sceny w których są, Kaine i Aracely kradną natychmiast. Ciągła kłótnia o imiona jest przezabawna, a popis mocy Scarlet Spidera fajny. Na drugim planie Sun Girl przyćmiewa Speedballa, Justice'a i tego nowego Inhumana. Wadami tego numeru jest a) że nie wiem, czemu ma służyć ucieczka, skoro zaraz zostają znowu złapani oraz b) Water Snake jakaś strasznie nijaka.
Soundtrack: What's your name? What's your number? I would like to get to know you.
rodzyn: Ten numer był naprawdę dobry i zaczyna mi się podobać ten początek nowego składu New Warriors. Yost świetnie prowadzi intrakcje między postaciami i mam nadzieję, że to na nich będzie się opierała ta seria. Rysunki nie gorsze niż w poprzednich numerach i ponownie nie wyróżniają się niczym szczególnym. Miałem odpuścić tę serię, ale na ten moment jestem naprawdę zaciekawiony, jakie będą dalsze losy New Warriors.
Krzycer: Dobre rozrywkowe czytadło. Ni mniej, ni więcej. Kaine i Aracely wymiatają, do tego stopnia, że - choć bardzo lubię tę dwójkę - wydaje mi się, że Yost powinien zepchnąć ich na drugi plan i rozbudować nowe postaci, bo są kompletnie przyćmione.

She-Hulk vol. 3 #3
Gil: Miałem nadzieje, że motyw z Doomami trochę ożywi tę serię i przez to zdoła mnie zainteresować, ale… nope. Jednak nie. Sposób prowadzenia postaci nadal mnie nie przekonuje, a akcja jeśli nie nudzi, to raczej włącza mi kontrolkę WTF. Wszystko to jest po prostu zbyt dziwaczne. Nie wiem, może za bardzo jestem przywiązany do poprzednich serii: Sotta, PADa, a nawet Byrne’a. I wciąż odrzucają mnie rysunki. Za każdym razem, kiedy sięgam po nowy zeszyt i myślę sobie, że może tym razem będzie lepiej, pierwsza strona działa na mnie jak chlaśnięcie martwą rybą w twarz. Coraz więcej mówi mi, że to nie jest lektura dla mnie… znowu. Jakoś bardzo często mam podobne odczucia wobec tytułów z drugiej fali Marvel NOW… W każdym razie, nadal oceniam to najwyżej na 3/10.
rodzyn: To nie był dobry tydzień dla Soule'a. Nie dość, że słabo wypadł pierwszy numer Inhuman, to jeszcze trzeci numer przygód She-Hulk jest gorszy od dwóch poprzednich. Nie pociesza też fakt, że wątek syna Dooma pojawi się pewnie w kolejnym numerz i nie wydaje mi się by było lepiej. Jedyne co cieszy to ponowny występ Hellcat. Natomiast rysunki tak jak zawsze, czyli dość specyficzne i nie każdemu mogą się spodobać. Na niekorzyść Pulido działa też fakt, że nie było w tym numerze jakichś szczególnych kadrów, które byłyby w jakimś stopniu niestandardowe, jak to miało miejsce wcześniej, a z czym często spotykamy się w Hawkeye.

The Punisher vol. 6 #4
rodzyn: Podoba mi się jak Edmondson prowadzi Electro, dlatego nie jestem przekonany do tego, by Slott wykorzystywał go w swoim Amazing Spider-Manie, tak jak zapowiadał. A tak mówiąc ogólniej - kolejny dobry numer z Frankiem w roli głownej, i dotyczy się to zarówno historii jak i rysunków. Powoli zaczynam się więc zastanawiać nad sięgnięciem po solową serię Black Widow również pisaną przez Edmondsona, chociaż pojawiają się o niej skrajne opinie. Jeżeli jej poziom choć trochę jest zbliżony do tego tutaj, to naprawdę warto.

Ultimate Comics: Spider-Man #200
Krzycer: Świetny klasyczny Bendis. Cały numer wypełniony gadaniną, ale jak to się czyta! Jakie w tym są emocje!
Niestety zakradł się tu również inny przykład klasycznego bendisizmu, tzn. gadająca głowa z kolumną dymków na marginesie, a reszta dwustronicowej rozkładówki jest zajęta... dwustronicową rozkładówką. I choć - w przeciwieństwie do koszmarnego finału jego Avengers - te rozkładówki są tu uzasadnione, to artyści się nie przyłożyli i te wizje starszego/dorosłego Parkera w wielu wypadkach są... nudne. Albo nawet nieczytelne - obrazek towarzyszący przemowie cioci May jest straszny, właściwie ledwo związany z tekstem.
Za to rozkładówka z wizjami Kitty - choć nie cierpię Lafuente - wyszła świetnie.
Jedynym innym zgrzytem był wątek Gwen i Ganke, bo nie wiem, co mogło być w tym pudełeczku, co by uzasadniło taki obrót spraw.

What If? Age Of Ultron #1
Gil: Tytuły zaczynające się od What if... raczej nie zachęcają na wejściu, bo zwykle jedyne, co mają do zaoferowania to pokracznie wykręcona wersja czegoś, co już znamy. Nie pomaga też fakt, że różne poprzednie wcielenia były nominowane jako najgorsze serie ubiegłych lat. I nie pomaga również to, że tym razem zabierają się za niezbyt lubiany event. Zerknąłem jednak z ciekawości i musze przyznać, że przynajmniej w pierwszej odsłonie nie jest tak źle… O ile przymknie się oko na fakt, że Wasp została zabita przez retrospekcję, a Cap i Thor zginęli od uderzenia głową o ścianę… No, ale dobra – to tylko trzy durne panele. Przez większość czasu towarzyszymy Pymowi, który jest teoretycznie ostatnim żyjącym człowiekiem i zabawką w rękach Ultrona. Pomysł całkiem niezły, a i wykonanie przyzwoite na tyle, że z ciekawości sięgnę również po ciąg dalszy. A jeśli chodzi o ocenę, to na początek dam neutralne 5/10.
Krzycer: Siurpryza. Niczego się po tym nie spodziewałem (patrz poprzednie kilka łotifów, z What if? AvX na czele), a dostałem coś w posępnym klimacie (przypominającego Hulk: The End), z twistem rodem z "Twilight Zone" na końcu. Który - choć wyświechtany - i tak zdołał mnie zaskoczyć. Bo niczego się po tym komiksie nie spodziewałem.

Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2013.04.02
AgentsOfShieldBanner.jpg

Agents of S.H.I.E.L.D. - 1x16 "End of Begining"


Gibon: Muszę przyznać, że jest bardzo dobrze. Intryga się rozwija, widać, że SHIELD nie jest zinfiltrowany tylko przez Hydrę, spora dawka brutalności jak na taki serial. Jest coraz lepiej. I lekko się uśmiechnąłem, jak przyjęłi Skye do SHIELD, bo pomyślałem sobie, że długo się tą agentką nie nabędzie.
Krzycer: Kurczę. Jeśli serial utrzyma taki poziom, to okaże się, że warto było się męczyć z drętwą pierwszą połową. Widać, że te długaśne przerwy służyły skoordynowaniu tych odcinków z amerykańską premierą Capa. To w sumie imponujące. Szkoda, że nie rozruszali pierwszej połowy nawiązując w ten sam sposób do Thora - zamiast tego dostaliśmy wtedy tylko ten jeden odcinek, który nie miał z "Mrocznym światem" właściwie nic wspólnego. Równie dobrze akcja z Lorelei mogła mieć miejsce już wtedy.
strz1: Ok.Główną złą w serialu będzie Hand. Ok ma sens. O ile Clairvolant pewno pokrywa się ze skryptem Zoli to pewno osoba, która się tytułuje w ten sposób jest właśnie Victoria. Kto pilotuje samolot i jest zdrajcą? Ward pewnikiem. Ale ostatnio wychodzą im zaskoczenia więc może nie, a zdrajca jest ktoś inny bądź autopilot steruje?

Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie Agents of S.H.I.E.L.D. - 01x16 "End of the Beginning"
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.