Avalon » Publicystyka » Artykuł

Naleśnikomania #4/Undervision vol. 2 #2: Pomysły Kota

Przychodzi Demogorgon do Undercika, a tam kot... nie, czekajcie, to nie działa. Mam tu chyba jakiś lepszy tekst.... Dajcie mi moment...Mam tu taki bajzel w tych notatkach. Może powinienem poprosić S_O by mi pomógł to sobie poukładać?

Naleśnikomania/Undervision #4/#2

Pomysły Kota


Minęło trochę czasu, od kiedy widzieliśmy się ostatnio. Miałem napisać Naleśnikomanię o seriach z All-New Marvel NOW!, które zamierzam przeczytać. Ale z powodu awarii mojego komputera i potrzeby zakupu nowego, przegapiłem moment. Nowe tytuły wystartowały a moje gadanie teraz byłoby kompletnie zbędne. Jeśli kogoś to interesuje - kupuję Ms. Marvel vol. 3, All-New Ghost Rider, Loki: Agent of Asgard, Elektra vol. 3, Moon Knight vol. 7, Iron Fist: The Living Weapon, New Warriors vol. 5 i X-Force vol. 4. I Superior Foes of Spider-Man. Chciałem jeszcze All-New Ultimates, ale nie starczy mi z miesięcznego budżetu. Reszta tytułów mnie albo nie obchodzi, albo nie przypadł mi do gustu pierwszy numer albo mnie aktywnie wnerwia (wy już wiecie co).

Obecnie chciałem napisać dłuższy tekst o Young Avengers, dokonując przeglądu ich wszystkich występów. I pracuję nad tym. A jak się okazuje, materiału jest więcej, niż myślałem i trochę mi to zajmie (a jeszcze nawet nie zabrałem się za Hawkguya). W międzyczasie na szczęście, pojawiła się sposobność napisania kolumny o czymś innym.

Forumowy kot, S_O, którego pewnie znacie z avalonowej publicystyki oraz świetnych streszczeń (główny powód dla którego nie zapoznałem się z Runaways Vaughana dawno temu - streszczenia S_O były za dobre i czekałem aż wywietrzeją mi z pamięci) napisał ambitny i bardzo długi post o tym, jak, jego zdaniem, należałoby zmienić politykę wydawniczą Marvela. Tekst na tyle intrygujący, że zainteresował nie tylko mnie, ale również szacownego redaktora naczelnego naszej kochanej strony oraz autora nidawno zrestartowanej kolumny Undervision w jednej osobie. Za moją namową Undercik zgodził się na wspólne omówienie tych rewolucyjnych pomysłów i podzielenie się naszymi wątpliwościami oraz  uwagami.


Demogorgon: Na początek chciałbym podziękować Ci za udział w tym przedsięwzięciu, szefie. Może zacznijmy od tego, jak ogólnie oceniasz inicjatywę naszego forumowego kota? Bo trzeba przyznać, że wielki plan S_O, który nasi czytelnicy mogą przeczytać w całości tu, zmieniłby kompletnie oblicze Marvela. Trudno mi jednak ocenić, czy byłaby to zmiana na lepsze.


Dominik "Undercik" Nowicki: Nie martw się, mi też jest to ciężko ocenić. Tylko, że raczej nie wynika to z niedoskonałości pomysłów S_O, a raczej z faktu, że cały tekst zawiera masę pomysłów i zmian zarówno w polityce wydawniczej jak i fabularnej, przez co z niektórymi się zgadzam, z niektórymi nie, a część jest mi obojętna. Poza tym na początku trzeba zaznaczyć, że ani ja, ani Ty, ani S_O nie znamy dokładnej sytuacji finansowej Marvela, a także jego dokładnych planów na przyszłość. Już teraz Bleeding Cool przebąkuje coś o zmianach w dystrybucji cyfrowych komiksów (ale do tego wrócę przy okazji omawiania tego segmentu wypowiedzi S_O). Do tego dochodzą umowy z Diamondem, umowy z innymi firmami, relacja na linii Marvel-Disney i wiele innych drobnych rzeczy. Oczywiście wiele informacji przedostaje się na zewnątrz i jeśli ktoś obserwuje od dłuższego czasu amerykański rynek, na pewno wyłapie pewne tendencje i zachowania wydawnictw. Chociaż tak jak mówiłem - nie znamy w 100% sytuacji Marvela, przez co może się okazać, że coś co wygląda dobrze na papierze, jest niemożliwe do wprowadzenia lub nie miało by szans na realizacje ze względu na koszta czy różne obarczenia umów. Niemniej jest to dobry temat do dywagacji i nawet jeśli nasze dywagacje są czysto hipotetyczne, to zawsze czytelnik może wynieść jakieś informacje o rynku komiksowym w USA.


Demogorgon: Owszem, prawda jest taka, że, podobnie jak S_O, w naszych rozważaniach spekulujemy i opieramy się w sumie bardzo na doświadczenaich i własnych obserwacjach. I chyba stąd wynikają pewne rozbieżności w poglądach. Ja jedną widzę już na początku, gdy kot wspomina, że:

"Ale jak każda bańka, ta spekulacyjna też musi kiedyś pęknąć (a sądząc po tym, jak Marvel atakuje rynki po raz drugi w ciągu półtora roku z nowymi wariantami, nowym rzutem nowych tytułów itp., coś mi się widzi, że ten czas jest już bliżej, niż dalej...)"

No i powiem szczerze, że patrząc na to, co Marvel w tej chwili rzuca na rynek, to nie jestem wcale pewien, że to oznaka desperacji i nadchodzącego upadku rynku spekulacyjnego. Bo popatrzmy na tytuły z nowej linii Marvela, w porównaniu z tytułami z poprzedniego restartu. Wtedy zalano nas seriami o Avengers i X-Men, a komiksów, które nie próbowały się podpiąć pod którąś markę, nawet jeśli miały z nią mało wspólnego, było jak na lekarstwo. Teraz dostajemy serie o zupełnie nowych postaciach, jak nowe wersje Ms. Marvel czy Ghost Ridera, długo oczekiwany powrót street levelowych gwiazd jak Iron Fist czy Moon Knight, przygody Silver Surfera, She-Hulk, Inhumans czy New Warriors, którzy od dawna nie mieli szansy zabłyszczeć, a nawet solowe serie bohaterów, którzy nie kojarzą się z materiałem na solówkę, jak Magneto, Cyclops czy Rocket Racoon. A jednocześnie tytułów o A lub X w nazwie jest niewiele - nie licząc restartów, które w sumie tylko wychodzą na zero, dostajemy tylko dwie serie o Avengers (World i Undercover) oraz jedną o mutantach (X-Force). Od biedy można podliczyć jako pójście na łatwiznę komiksy o postaciach "filmowych", które dostają solówki, by odcinać kupony od popularności MCU jak Black Widow, Iron Patriot czy Loki. Koniec końców Marvel podejmuje spore ryzyko, a to moim zdaniem oznacza, że mogą sobie na to pozwolić. W porównaniu z zeszłym rokiem, który, dalej będę tak twierdził, wydawnictwo spędziło skacząc wokół wielkich marek i pokazując obraźliwe gesty fanom postaci z trzeciego szeregu, to jak zupełnie inne wydawnictwo. Cholera, nawet taki Avengers Undercover jest poprawą na lepsze wobec tego, co zastąpił, bo nie istnieje tylko po to, by wybić wspomnianych trzecioligowców i zrobić więcej miejsca dla Avengers (ableizm pokazywany przez autora to materiał na osobny artykuł i chyba nawet jeden skrobrnę gdzieś w przyszłości). Jasne, pewnie będzie równie okropny, ale rozumiesz co mam na myśli. Może nawet zaryzykuję stwierdzenie, że Marvel zbierał forsę przez zeszły rok grając ostrożnie na znanych markach (chociaż ty znasz lepiej wyniki sprzedaży, popraw mnie jakbym się mylił), a teraz próbuje właściwie być kreatywny, tak dla odmiany.

covercovercovercovercover
Okładki komiksów: Iron Fist: The Living Wapon #1, Moon Knight vol. 7 #1, Ms. Marvel vol. 3 #1, All-New Ghost Rider #2, She-Hulk vol. 3 #1

Undercik: Co do bańki spekulacyjnej - ona rzeczywiście się tworzy, ale byłbym daleki od twierdzenia, że pęknie w najbliższym czasie. Ok, mamy masę alternatywnych okładek, które sztucznie podbijają sprzedaż, ale nie jest to jeszcze taka sytuacja jak z lat '90. Wtedy ludzie kupowali pierwsze numery takich serii jak Spider-Man czy X-Men tylko po to, aby potem na tym zarobić. Problem pojawił się wtedy, kiedy okazało się, że każdy ma w domu pudełko zapełnione kilkoma kopiami tego samego komiksu. W pewnym momencie musiało to pęknąć, bo nie reprezentowało to zainteresowania tytułem, a chęć zarobienia na odsprzedaży komiku w przyszłości, co okazało się błędem.

Teraz, co najważniejsze - kolekcjonerzy są mądrzejsi. Przy częstych restartach Marvela wiadomo, że mało z pierwszych numerów osiągnie niebotyczne kwoty, więc ludzie nie kupują ich już tak na pęczki. Na dobrą sprawę Marvel jak dla mnie wydał w ciągu roku tylko trzy komiksy, których wartość może mocno podskoczyć w przyszłości - Hawkeye vol. 4 #11, Ms. Marvel vol. 3 #1 i od biedy ostatni numer historii "Secret Origin of Tony Stark" na łamach Iron Man vol. 5. Oczywiście jest problem z dużą ilością zamawianych zeszytów ze względu na varianty, ale w przypadku #1 sprawdza się to w ten sposób, że nowa seria ma szansę dotrzeć do większej ilości osób. I tak zamówienia kolejnych numerów dość szybko się redukują do rzeczywistego poziomu. Varianty mogą też być przydatne - to dzięki nim (i debiucie Angeli) Guardians of the Galaxy zbiera duże zamówienia i jest obecny na półkach sklepowych. Marvel daje znać, że chce utrzymać ten tytuł na rynku i zaciekawić nim jak największa ilość czytelników. Z jednej strony aby zachęcić do filmu, z drugiej, aby mieć już zbudowaną solidną komiksową markę. Gdyby nie to i głośne nazwisko scenarzysty, ongoing pewnie teraz wahał by się w strefie 20-30 tysięcy zamówień.

Co do nowych i odważnych tytułów - to raczej nie jest dowód na brak istnienia bańki spekulacyjnej. Myślę, że Marvel szuka postaci, które mogą dołączyć do pierwszej ligi. Po prostu potrzeba kolejnej stabilnej serii. To co Dom Pomysłów robi z All-New Marvel NOW jest drugą fazą eksperymentu, jakimi były serie m.in. o Morbiusie, Hawkeye'u, czy Superior Foes. Do tego moża założyć, że w wydawnictwie chcą przetestować postaci i zobaczyć, które się przyjmą w kontekście planów filmowych. Co jak co, ale zarówno opinie recenzenckie, jak i reakcja oddanych fanów może zbudować początek pozytywnego szumu wokół premiery filmu z nieznaną szerszej publice personą. Powoli sprawdza się to przy Guardians of the Galaxy, gdzie grupa oddanych fanów runu DnA mówi o kosmicznym gadającym szopie i jego przyjacielu encie. To świetny przykład marketingu szeptanego, który robią fani. Coś w tym jest, bo sam wiem po sobie, że jak dostaje pytania od znajomych na temat filmów Marvel Studios, to wspominam o geniuszu Brubakera w komiksowym "Winter Soldier", mówię pozytywnie o "Amazing Spider-Man" czy "Days of Future Past", ale i tak najbardziej jaram się Strażnikami. Generalnie wygląda to tak: "Nie wiadomo co z Iron Manem 4, póki co pojawi się w "Avengers 2", ale w komiksie ostatnio wystąpił w Guardians of the Galaxy, które zaraz będzie na ekranach kin (i superlatywy o Strażnikach plus wzmianka o Rocketcie i Grootcie", albo "No teraz będzie Captain, Avengers będą za rok, ale i tak najbardziej napompowany jestem na GotG..." i tak można wymieniać różne odmiany tych wypowiedzi. Po trzecie mamy jeszcze Image, którego sukces na pewno mobilizuje Marvela. Przy rosnącej sile trzeciego wydawnictwa w USA, Dom Pomysłów pewnie podłapał, że musi zacząć stawiać na projekty w którym autorzy mogą pozwolić sobie na więcej przestrzeni i rozwoju postaci. W końcu w ostatnim roku nie było jakiegoś wielkiego odejścia z Zagrody, a do wydawnictwa ostatnio wrócił Greg Rucka.

Co do wyników sprzedaży - tak, wzrosły w ostatnim roku, ale to zasługa Marvel NOW, który był dobry dla nowych czytelników, a przede wszystkim to odpowiedź na DC New 52. W końcu udało się nadrobić stratę do głównego konkurenta, jaka wynikła z restartu uniwersum i zwiększenia sprzedaży. To co moim zdaniem Marvel zrobił lepiej to klarowana sytuacja z continuity - wszystko zostaje jak było. DC ma ten problem, że część postaci jest pisane kompletnie od nowa, a u części zostaje wszystko, do tego upchnięte w pięć lat. Ogólnie to duży plus dla Domu Pomysłów, bo podłapał dobry plan od rywala i go udoskonalił. Oczywiście przyniosło to sukces, ale nadal twierdzę, że Marvel nie korzysta wymiernie na polu komiksowym z sukcesu filmowych adaptacji, ale o tym w dalszej części tekstu. Zresztą później wrócę też do kwestii masy pozycji o X-Men i Avengers, ponieważ już za bardzo się rozpisuje i odjeżdżam od omawianej kwestii.


Demogorgon: Wspomniałeś o filmach, a od tego prosta droga do patrona Marvela, jakim jest Disney. O którym wspomina też S_O, aczkolwiek muszę przyznać, że jest to jeden z mniej jasnych fragmentów jego wypowiedzi:

"Przy czym zaznaczam – jasne, nie będzie tak, jak niektórzy się obawiali, gdy po raz pierwszy pojawiły się wieści o zakupie – Miki nie przyjdzie do biur Marvela i nie zacznie wprowadzać własnych porządków. A to dlatego, że Disneya niespecjalnie obchodzą komiksy same w sobie: najważniejszym powodem, dla którego w ogóle zakupił Marvela (i Gwiezdne Wojny) jest Mojczendajzing. Tym niemniej jednak, może przyjść czas, gdy, widząc, że zyski z komiksów są jeszcze niższe, niż zwykle (albo i, nie daj Boże, ujemne), ktoś może zajrzeć na West 50th Street z jakże celnym pytaniem: "Hey guys, WTF?" A kto ogląda South Park, ten wie, że z Myszą się nie dyskutuje."

Najpierw kot mówi, że nie będzie tak, że Miki z Donaldem nie wezmą Marvela za mordy, a potem stwierdza, że...Miki z Donaldem wezmą Marvela za mordy. W sumie, to wcale mi się nie widzi sytuacja, w której Disney zaczyna ingerować w komiksy wydawnictwa. Już prędzej, w wypadku pęknięcia spekulacyjnej bańki, gotów tę część Marvela zamknąć, a ich samych rzucić na pożarcie ich własnemu dziecku, Marvel Studios, tworząc firmę skupiającą się na przekształcaniu góry komiksowych marek w filmy, seriale i kreskówki. Jak sam S_O wspomina, Mikiego komiksy obchodzą najmniej, czemu więc miałby je ratować?


Undercik: Powód jest bardzo prosty - po to aby nie tracić na Marvelu i aby ten nie bankrutował. Pal licho jak jeszcze będą wychodzić na zero, ale w obliczu pęknięcia bańki, może to słono kosztować. W latach '90 przecież Marvel zbankrutował. Olbrzymie zadłużenie generowane przez przepłacanie twórców komiksowych takich jak Jim Lee i Rob Liefeld (już po powstaniu Image Comics), do tego masa okładek specjalnych i nie mówię tu o zwykłych variantach a okładkach błyszczących, świecących czy w 3D jak ostatnio robi to DC (i  już wiadomo, że powtórzy je w tym roku), a także wiele innych czynników. Niby Marvel jest teraz mądrzejszy niż wtedy, ale pęknięcie bańki spekulacyjnej może mieć potworne efekty, przez które Disney będzie musiał wykładać kupę kasy, aby ratować najmniej interesującą część marki Domu Pomysłów. No bo nie oszukujmy się - bez komiksów cały merchandising powoli będzie słabnąć i sprawiać to, że ciężej będzie wypromować nieznaną publice postać, chociażby przez marketing szeptany. Komiksy są potrzebne Disney’owi, ale wiadomo, że nikt nie będzie chciał do nich dowoził pieniędzy na taczkach, byle utrzymać je na rynku. Wtedy też można oczekiwać większej ingerencji. Póki co jest bezpiecznie i na czas obecny Marvel stoi w lepszym miejscu niż rok czy dwa lata temu, aczkolwiek nie jest to jakiś zatrwarzający sukces, jaki chciałby widzieć S_O w swoich rozważaniach i tu się z nim zgadzam, bo rynek ma jeszcze spory potencjał do wykorzystania, ale do tego potrzeba zmian.


Demogorgon: Dla S_O wiele z tych zmian sprowadza się do rozwiązania współpracy z Diamondem, albo przynajmniej drastycznej zmiany jej obrazu. I tu niestety muszę wskazać na problem, chociaż jest to jeden z natury tych, co to "bo kolega sąsiadki ciotecznej babci powiedział" - z tego, co ja słyszałem i dowiadywałem się w rozmowach z innymi fanami, Diamond trzyma wydawnictwa za gardło. Oni rządzą rynkiem i oni decydują o wszystkim, a ich działania są w pierwszej kolejności skierowane na utrzymaniu tej hegemonii. Z wypowiedzi ludzi, fanów i pracownikó comics shopów, są oni gotowi wypowiedzieć współpracę każdemu sklepowi, który próbuje znaleźć alternatywne metody dostawania komiksów, a jeśli odmówi rozpowszechnianei czyiś komiksów, ten wydawca zwyczajnie nie istnieje. Ktoś nawet kiedyś wprost nazwał ich praktyki gangsterskimi. Nie jestem pewien, czy Marvel, nawet z prawnikami gryzonia za plecami, jest w stanie stanąć do walki z takim przeciwnikiem. Nie wiem, czy jedynym rozwiązaniem nie byłoby zwyczajnie wykupienie Diamonda przez Disneya. Tyle, że sytuacja w której ta sama firma jest właścicielem producenta produktu oraz jego dystrybutora, prowadzi do nadużyć. Przykładem może być Hollywood, gdzie studia filmowe rozprowadzają swoje filmy przez dystrybutorów, którzy należą do tej samej korporacji. To pozwala dystrybutorom wpisać dowolną kwotę jako cenę dystrybucji filmu, a studiu zapłacić ją, jakkolwiek niebotyczna by nie była - bo tak naprawdę niczego nie płacą ani nie zarabiają. Pieniądze "wydane" przez studio dystrybutor zwraca firmie matce, która przekazuje je z powrotem studiu. Przez to ceny dystrybucji filmów są oficjalnie tak ogromne, że żaden film, nieważne ile by nie zarobił, nie ma szans ich pokryć. W rzeczywistości korporacje bogacą się na nowych hitach, ale na papierze filmy na siebie nie zarabiają, co oznacza brak wypłat dla drugorzędnych członków ekipy. Aktor, który w "Powrocie Jedi" łaził w kostiumie Dartha Vadera, wciąż nie zobaczył złamanego grosza za rolę, bo oficjalnie film na siebie nie zarobił. Disney pożerający Diamonda rozwiązałby problem Marvela z dystrybutorem, ale mógłby doprowadzić do podobnej sytuacji, gdzie koloryści czy inkerzy zostają na lodzie, bo oficjalnie komiks na siebie nie zarobił. No i czy Mysz to naprawdę taki dobry tatuś (albo, patrząc na to inaczej, czy Marvel to taki dobry podopieczny), by Dom Pomysłów dostał całą firmę na gwiazdkę?


Undercik: Po pierwsze - Diamond to monopolista, a jak wiadomo w tym układzie to on najlepiej wychodzi na tym wszystkim. Owszem rynek w tym modelu ekonomicznym też ma wpływ na wygląd cen, jednak pozycja monopolisty pozwala na maksymalizacje zysku przedsiębiorstwa dzięki czemu odpowiednio wykorzystuje krzywe popytu i podaży, aby osiągnąć jak największy zysk, co różni się od modelu doskonałej konkurencji gdzie sytuacja jest lepsza dla konsumentów, czyli w tym wypadku sprzedawców/wydawnictw/klientów. Te praktyki mogą się wydawać gangsterskie, ale to normalne prawa rynku na którym panuje monopol. To Diamond jest panem sytuacji i znakomicie jest tego świadomy, więc dziwne aby chciał działać na własną szkodę. A skoro może stawiać warunki to dlaczego ma tego nie robić? To normalne praktyki biznesowe, które niestety szkodzą rynkowi komiksowemu. Oczywiście, obecna sytuacja mimo wszystko jest dobra, ale jej poprawienie wymaga nowych kanałów dystrybucji. Tylko w ten sposób można znaleźć dużą grupę nowych czytelników i liczyć na rozwój tego sektora. Zostanie w obecnej sytuacji to zwykłe zachowanie status quo, które co najwyżej może skutkować powolnym rozwojem branży. Ta jednak potrzebuje kolejnego oddechu powietrza, bo widać potencjał w ekranizacjach - o czym najlepiej świadczą wyniki wydań zbiorczych The Walking Dead. Tylko aby trafić do widzów produkcji, trzeba wyjść poza comic shopy, a to oznacza podpisanie umowy z kimś innym. Tylko na dobrą sprawę nie wiemy jak skonstruowana jest umowa na linii Marvel-Diamond i czy jest to łatwe do zrobienia. S_O dobrze zauważył, że można to rozegrać powołując się na prawa antymonopolowe, dzięki czemu można uciec od Diamonda. Tylko, że będzie to na pewno spora potyczka, zapewne też sądowa. Przed takim ruchem trzeba dokładnie przeprowadzić analizę sytuacji i wycenić czy jest to opłacalne. Możliwe nawet, że myślą o tym w Marvelu. Chociaż zakładam, że sytuacja jest trudna. Żeby nie było, Dom Pomysłów nie korzysta tylko z tej opcji dystrybucji. Tytuły z linii dla najmłodszych - Marvel Adventures - mają inne kanały dystrybucji o czym często wspominał zajmujący się analizą list sprzedaży do grudnia zeszłego roku Paul O'Brian z The Beat. Domyślam się jednak, że to wszystko na co pozwala Diamond na polu rynku "papierowego". Podobnie sytuacja ma się z rynkiem cyfrowym, gdzie na monopolistę zaczyna wyrastać ComiXology, aczkolwiek Marvel usilnie szuka własnych kanałów. Wspomina o tym Rich Johnston. Dzięki temu w końcu Dom Pomysłów pozwolił sobie na rozwój Digital Comics Unlimited, które teraz dostępne jest także na urządzenia mobilne, pod zmieniona nazwą - Marvel Unlimited (w końcu głupio jak skrót usługi kojarzy się z głównym konkurentem). Do tego jeszcze dochodzą próby nowego sposobu sprzedaży pojedynczych zeszytów, czy całkiem nowa aplikacja w której zeszyty Marvela są udostępniane w kilku wersjach językowych. Oczywiście o polskim możemy pomarzyć, ale fani z Francji, Niemiec czy krajów hiszpańskojęzycznych mogą się cieszyć. Kto wie, może Marvel ma rozpisany plan na to, jak sobie poradzić z Diamondem, tylko jest on za drogi? Albo już powoli go wdrażają? Albo wolą skupić się na rynku cyfrowym, który sprawnie działa przy innych branżach jak filmy/muzyka/książki i w tym widzi potencjał znalezienia nowych czytelników? To ostatnie może być prawdziwe, bo kiedyś znajomy napisał do mnie, że marzy mu się dostęp do jakieś kasy i wykupienie masy komiksów Marvela z jego aplikacji na tablety… Na pewno obecność w Google Play, AppStore, czy sklepie Windows Phone'a pozwala łatwiej dotrzeć do nowych osób, niż sklepy komiksowe, o których zielona osoba nie ma pojęcia. Szczególnie, że są popularne tylko w pewnej grupie krajów, a na pewno Disney, a zarazem Marvel widzi potencjał w rynkach zagranicznych. Już od dłuższego czasu kinowe superprodukcje Disney’a przynoszą większe zyski na rynkach światowych niż na domowym poletku. 


Demogorgon: Zapewne w przyszłości rynek komiksowy przeniesie się, w mniejszym lub większym stopniu, na urządzenia elektroniczne, chociaż ja mam nadzieję, że to nie nastąpi, z prostego powodu - od lata wzbraniam się przed kupnem takiego gadżetu i wcale nie mam ochoty tego zmieniać. Ale nieważne. S_O przedstawia, a moim zdaniem jest to najbardziej kontrowersyjna rzecz w jego wywodzie, nowy model, w jakim przetrwać miałyby komiksy w formie papierowej.

"Mój (i nie tylko) pomysł – let's Shonen Jump that bitch. Całkowicie zrezygnować z zeszytówek i przerzucić się na grubaśne antologie. Jasne, to całkowita rewolucja w mainstreamowym komiksie superhero, ale nie powiedziałbym, że to ewenement – w końcu istnieje coś takiego jak Heavy Metal. I właśnie o coś bardziej rozmiarów HM (około 120 stron, osiem dolców) mi chodzi."

No i właśnie. S_O wspomina o Heavy Metal oraz o Shonen Jump, ale tymczasem kompletnie pomija tytuł, który ma największe szanse na zostanie głównym źródłem inspiracji, gdyby Marvel próbował wprowadzić taki model wydawniczy. Magazyn komiksowy, który otworzył drogę do Stanów Alanowi Moore, Grantowi Morrisonowi, Neilowi Gamanowi, Garthowi Ennisowi, Danowi Abnettowi, Markowi Millarowi, niedawno Alowi Ewingowi czy Simonowi Spurrierowi i prawie każdemu innemu brytyjskiemu scenarzyście, za wyjątkiem Warrena Ellisa. Domu Slaine McRotha, DR i Quincha, Nikolaia Dante, ABC Warriors, Stronium Doga, Zombo, Nemesisa the Warlocka, Rogue Troopera, Halo Jones, a przede wszystkim Judge Dredda. Samozwańczego największego magazynu komiksowego galaktyki, 2000AD. Tworzony przez kosmitę Tharga oraz grupę droidów magazyn od lat osiemdziesiatych trzyma się dobrze na rynku komiksowym. I gdyby Marvel miał wzorować na kimś swój model antologii, nie byłoby to Heavy Metal, ani Shonen Jump, ale właśnie 2000AD. A ten jest różny od tego, co proponuje kot. Przede wszystkim, każdy numer (tak zwany "próg"), ma zaledwie około dwudziestu stron, a zawiera cztery-pięć osobnych historii. Które mają około pięciu, sześciu stron. I nie są to bynajmniej zamknięte opowieści, w stylu przygód Doctora Strange w Strange Tales z lat 60-tych (tych wczesnych, zanim Steve Ditko uraczył nas siedemnastoczęściową sagą o Dormammu). Przyjęty model jest taki, że dana opowieść leci przez 10-11 progów pod rząd, po 5-6 stron w każdym. Magazyn wychodzi raz na tydzień, co oznacza, że potrzebuje dwóch i pół miesiąca, aby opowiedzieć 50-60 stronnicową historię. Nie jest to w sumie takie odmienne od tego, co dostajemy w zeszytach od Marvela i innych Amerykańskich wydawców - 20 stronnicowy miesięcznik również potrzebuje 3 miesięcy, aby dać nam około 60 stron przygód. Tyle tylko, że w następnym miesiącu możemy się spodziewać kolejnego numeru i kolejnej historii. W 2000AD jedyną postacią, której przygody dostajemy co numer, jest Dredd, tymczasem pozostałe tytuły są wymieniane - gdy kończy się jedna opowieść, zastępuje ją inna seria. Przez trzy miesiące możemy czytać, powiedzmy, Nikolaia Dante, po czym zastąpią go ABC Warriors, po których przyjdzie Zombo, sam zastąpiony później przez Stronium Doga,a na jego miejsce przyjdzie Judge Anderson albo Simping Detective. Nie wspominając, że czasami miejsce zabierają jednostrzałówki, jak Future Shocks, albo krótsze historie, jak te zebrane w Thrag's 3rills (zamknięta historia opowiedziana w 3 progach). Gdyby antologie Marvela z wizji S_O miały powstać, zapewne przyjełyby podobny model. Co oznacza, że raczej wyglądałoby to tak.

Avengers Magazine: Ciągle, w każdym numerze, lecą przygody Avengers Jonathana Hickamana, wspierane przez inne pozycje. Powiedzmy, dwie solowe serie jakiejś gwiazdy, oraz dwie o mniej znanych postaciach. Co oznacza, że dostawalibyśmy przygody Captaina America Ricka Reemendera, Thora Jasona Aarona czy Iron Mana Kierona Gillena, naprzemiennie, co kwartał. A do tego zapewne na zmianę Captain Marvel vol. 7, Ms. Marvel vol. 3, Hawkeye'a vol. 4, Avengers Undercover, Secret Avengers vol. 3, Black Widow vol. 3 czy co tam jeszcze podpada pod ten magazyn. Wrócę jeszcze do tego, co by to oznaczało dla storytellingu, ale warto się zastanowić, czy ten model byłby do przyjęcia dla fanów Marvela. I to zarówno tych ze Stanów, jak i z Europy. Bo jednak to, że antologia komiksowa wydaje się istnieć tylko w Wielkiej Brytanii i Japonii ma swoje korzenie kulturalne. Jak to powiedział Warren Ellis, ten format nie przyjął się w większości Europy, bo to społeczeństwo "prywatnych samochodów, a nie transportu publicznego". Joe Typowy woli mieć w ręku swój własny komiks, o tym, o czym chce, a nie dzielić się z czterema innymi Typowymi, dlatego antologie z lat sześćdziesiątych z czasem zastąpiły solowe przygody ich największych gwiazd (Journey Into Mystery - The Mighty Thor, Tales to Astonish - Iron Man, Strange Tales - Doctor Strange i Nick Fury: Agent of S.H.I.E.L.D., Amazing Fantasy - Amazing Spider-Man). Ten format dominuje w Japonii, bo to społeczeństwo mniej nastawione na indywidualną jednostkę, a bardziej na społeczeństwo jako całość, w której każdy osobnik musi pracować i poświecać się dla dobra ogółu. W takich warunkach o wiele łatwiej zaakceptować dzielenie się swoim ulubionym komiksem z piecioma innymi. W zachodniej kulturze antologia komiksowa liczy się tylko w Wielkiej Brytanii, właśnie w postaci 2000AD. A, powtarzając za moim wykładowcą British Cultural Studies, który sam powtarza za Kate Fox, autorką "Watching the English: The Hidden Rules of English Behavior", społeczeństwo brytyjskie pod wieloma względami jest bliższe właśnie Krajowi Kwitnącej Wiśni, niż innych krajów Europejskich. Czy jednak naśladowanie 2000AD ma szansę przetrwać w kraju tak skoncentorwanym na indywidualnym "ja" każdej jednostki, jak Stany Zjednoczone? Nie jestem taki pewien.

2000AD1.jpg2000AD2.jpg2000AD3.jpg2000AD4.jpg2000AD5.jpg
2000AD6.jpg2000AD7.jpg2000AD8.jpg2000AD9.jpg2000AD10.jpg
Przykładowe okładki 2000AD


Undercik: No właśnie. Przyzwyczajenia czytelników. Jak dla mnie pomysł z antologiami jest tutaj chybiony. O ile próba wystawienia komiksów w sklepach jest świetna, tak robienie tego w ten sposób to kiepskie rozwiązanie. 2000AD ukazuje się 37 lat, więc brytyjski fan zdążył przywyknąć do takiego sposobu prezentacji treści. Zrobienie czegoś takiego na rynku amerykańskim to bardzo ryzykowne rozwiązanie.

Najlepiej odpowiedzieć sobie na pytanie, czy by się coś takiego kupowało? Ja zapewne bym odpadł. Na pewno nie nabywałbym drogiego komiksu tylko dla ćwiartki zawartości. Lubię postać X, pisana jest przez dobrego scenarzystę, ale w zamian musiałbym dopłacać za przygody trójki postaci które niekoniecznie muszę lubić, scenariusz może nie być na dobrym poziomie, nie mówiąc już o tym, że w jednym miejscu można mieć potworka i historie absolutnie genialną.

Drugą i chyba ważniejszą sprawą jest sprzedaż. Trzeba by było zmienić sposób sprawdzania dla jakiego segmentu ludzie kupują komiks. Czym się kierować? Wynikami sprzedaży cyfrowych egzemplarzy… nie, bo to inna grupa odbiorców o innych upodobaniach (prawdopodobnie te kupowała by starsza część odbiorców, która ma możliwość płatności internetowych za pomocą kart kredytowych czy przelewów). Ankiety na końcu numerów? Tylko z indywidualnym kodem do wypełnienia ankiety w internecie, aby nie wypełniali tego Ci, co nie kupują. Ale znów, ile osób by to robiło? I jakie odwzorowanie rynku by to było? Recenzje branżowych portali? Nieee, przecież nie przekładają się na sprzedaż. Opinie na forach? Nieeeeeeeeeeee, bo jak wiemy poziom historii często nie równa się poziomowi sprzedaży. Do tego dochodzą osoby, które jadą na pirackich skanach. Rotacja historii i sprawdzanie wahań sprzedaży? Też nie, ponieważ zniknie historia dla której kupujesz i potem ta rotacja może sprawić, że nie zauważysz, że postaćwróciła (to bardziej argument względem casuali). Wymagałoby to bieżącego śledzenia zapowiedzi i newsów w internecie, a tego i tak nie robi obecna grupa klientów. Ot ostatnio na kanale Szafa z Komiksami na YouTubie, autor wymieniał tytuły o Avengers i przez to, że nie śledził uważnie co ostatnio Marvel robił, był zdezorientowany widząc całą masę komiksów o Avengers. Owszem, to inna sprawa niż jedna antologia o Mścicielach, ale pokazuje, że nie każdy musi na bieżąco śledzić wydarzeń w wydawnictwie komiksowym. Dla mnie na przykład oznaczenia przy komiksach w stylu .INH, .NOW to świetny pomysł i wydawało mi się, że jest to dobre posunięcie Marvela. Po krótkiej wymianie maili z Lexem wyszło, że wynika to tylko z tego, że śledzę na bieżąco co się dzieje na rynku. Kilku klientów sklepu narzekało na to, że nie orientują się o co chodzi z tymi literkami po numerze. Nie oszukujmy się, rozwiązanie z antologiami w tym stylu to najsłabszy pomysł S_O. Nie wspominając już o tym, aby były drukowane tylko w czerni i bieli, co dla osoby przyzwyczajonej do kolorowych paneli byłoby szokiem, nie mówiąc o dzieciach, które za takim rozwiązaniem by nie przepadały. One lubią jak jest kolorowo. I z gadżetami. Przynajmniej w Polsce. A ile mogą się różnić najmłodsi w Polsce i w USA? Co do dorosłych, nie trzeba daleko szukać. Sc0agar4k zaznaczył, że wzbrania się przed The Walking Dead właśnie przez brak kolorów. 


Demogorgon: Rozwiązaniem kwestii kolorów mogłoby być, takie połowiczne zagranie, jakie stosuje 2000AD, gdzie regularne tytuły są w kolorze, ale nie wszystkie, a niektóre pozycje, jak Future Shocks, są w czerni i bieli. Ale zahaczyłeś o chyba najważniejszy problem z ideą antologii - takie wymieszanie tytułów dobrych z kiepskimi. Bo postawmy sprawę jasno - gdybym obecnie miał kupować Ms. Marvel vol. 3 w parze z Captainem America vol. 7, to bym wolał jej nie kupować. Tak samo, gdyby do każdego numeru Lokiego dodawali mi Avengers Undercover. A dostawania X-Men: Legacy razem z potworkami, jak oba zeszłoroczne X-Force, nawet nie chcę sobie wyobrażać. To jest dokładnie to, o czym mówiłem - my, społeczeństwo fanów komiksów, mamy mentalność zachodnią, wolimy nie mieć w ogóle, niż podzielić się z innymi. Antologia sprawdza się u Japończyków i Brytyjczyków, bo oni potrafią poświecić się i przetrwać trochę badziewia dla swojej części tortu.

Po za tym, antologia ma ten problem, że obecnie byłaby przeładowana.Gdyby zebrać całą ofertę marvela i podzielić ją jak proponuje S_O, to dostalibyśmy coś takiego:

Avengers Magazine (nazwy moje): Avengers vol. 5, Mighty Avengers vol. 2, New Avengers vol. 3, Secret Avengers vol. 3, Avengers World, Avengers Undercover, Loki: Agent of Asgard, Captain Marvel vol. 7, Ms. Marvel vol. 3, Black Widow vol. 3, Hulk vol. 3, Deadly Hands of Kung Fu, She-Hulk vol. 3, Uncanny Avengers, Iron Patriot, Iron Man vol. 5, Captain America vol. 7, Hawkeye vol. 4, Nova vol. 5, Thor: God of Thunder, All-New Invaders, Winter Soldier.

X-Magazine: X-Men vol. 3, Wolverine & the X-Men vol. 2, Uncanny X-Men vol. 3, Amazing X-Men vol. 2, All-New X-Men, Cyclops vol. 3, Magneto vol. 3, Nightcrawler vol. 4, Wolverine vol. 6, All-New X-Factor, X-Force vol. 4.

Spider-Man And His Amazing Friends: Superior Spider-Man/Amazing Spider-Man vol. 3, Superior Spider-Man Team-Up, Superior Foes of Spider-Man, Daredevil vol. 4, Iron Fist: The Living Weapon, Elektra vol. 3, Moon Knight vol. 7, The Punisher vol. 6, Miles Morales: The Ultimate Spider-Man (wrócę do tego jeszcze), All-New Ultimates, New Warriors vol. 5.

Marvel Comics Presents: Rocket Racoon, Guardians of the Galaxy vol. 3, All-New Ghost Rider, Ultimate FF, Winter Soldier, Inhuman, Fantastic Four vol. 5, Silver Surfer vol. 6.

Nawet w modelu wymieniania co kwartał nie ma szans na to, by obsłużyć wszystkich, a i obecność niektórych tytułów w danym magazynie jest kwestionowalna. Gdzie do diaska ma iść New Warriors? Kaine ciągnie je do Spider-Mana, Nova, Speedball i Justice do Avengers. W takim modelu tak naprawdę nie ma szans na taką eksplozję kreatywności, jaką obserwujemy obecnie. Co gorsza, w tej sytuacji niemożliwe są pewne crossovery, które akurat mają najwięcej sensu - na przykład jedyną serią, która klimatami nadawałaby się teraz na crossover z Superior Foes (a ci, ze swoimi niskimi wynikami sprzedaży, mogą go potrzebować) jest Hawkeye. Ale nawet jakby autorzy byli chętni, to nie mogą, bo tytuły są w różnych magazynach. Co w sumie jest równoznacznie z byciem w osobnych wszechświatach. Nie wiem, czy taki model znacznie by nie ograniczył możliwości korzystania z bycia w shared Universe, z którego Marvel potrafi jednak wiele wyciągnąć.

Chociaż sama idea ograniczenia crossoverów i wielkich eventów byłaby miła, jakkolwiek mało możliwa w obecnym rynku.

Inna kwestia, to problemy z klimatem. No bo, jakkolwiek produkują oni szeroką gamę komiksów, to jednak sięgajac po kolejny prog 2000AD wiem, czego się spodziewać. Judge Dredd, ABC Warriors, Nemesis The Warlock, Stronium Dog, Rogue Trooper, Zombo to podobne klimaty i humor, osadzony mocno w fantasy. Slaine to dalej podobny ton, Nikolai Dante jest nieco inny, ale wciąż ma korzenie w tych samych źródłach, co koledzy. Jeśli spodziewam się zobaczyć superbohaterów, to w dekonstrukcyjnej formie, jak w Zenith albo Ten Seconders. Humor jaki magazyn preferuje jest rozpoznawalny. Tymczasem tutaj mamy sytuacje, gdzie obok siebie znajdowałoby się podniosłe, pompatyczne Avengers, mroczne New Avengers i siedzący bliżej przy ziemi i zwykłym człowieku Hawkeye, albo humorystyczna She-Hulk. Z jednej strony mielibyśmy lekką, humorystyczną i naturalną w swoich rozterkach Ms. Marvel, z drugiej wymuszoną, bezsensowną dramę i jazdę na kontrowersji Hopelessa. Mam wrażenie, że tytuły w antologii walczyłyby ze sobą, zamiast się wspierać. A zwycięzca dyktowałby wizerunek całego magazynu. To mogłoby ograniczać kreatywność twórców i uczynić każdy magazyn bardziej homogenicznym - każdy wykształciłby swój styl, spod którego trudno byłoby się wyrwać. 


Undercik: Akurat S_O chciał przy okazji ograniczyć liczbę tytułów. Dzięki temu nie trzeba by było tyle upychać, bo o Mścicielach byłaby jedna/dwie historie, a reszta to solówki. Tylko, że znów - na Avengers jest popyt. Teraz co prawda Marvel mocno przesadza, ponieważ piąty numer Mighty Avengers vol. 2 zdążył już spaść do poziomu 30 tysięcy zamawianych sztuk? Na pewno pomysł z ograniczeniem liczby pozycji z X-Men i Avengers to dobry plan, bo już teraz rynek napęczniał. Jak na moje zostawiłbym Avengers Hickmana (trzy tytuły), Secret Avengers (chociaż to można by zmienić na S.H.I.E.L.D.) i może Mighty Avengers, ale raczej jako Heroes for Hire, bo bliżej temu właśnie do tego tytułu. U X-Men też spokojnie można by ograniczyć się do 4 tytułów. Dwa Bendisa o grupie Cyclopsa i dwa o grupie Wolverine'a - Amazing i WatX. Tutaj jednak te ciachania będą mniejsze, bo na dobrą sprawę poleciałby tylko tytuł Wooda. Jak już mielibyśmy to wsadzać w antologie (aczkolwiek jestem temu przeciwny), to mielibyśmy Avengers Magazine (z Hickmanem + S.H.I.E.L.D. + Heroes for Hire), Avengers Solo (i tutaj przygody solowe Mścicieli), Cyclops X-Men (Bendis, solówki tej strony) i Wolverine and the X-Men (WatX dla młodych mutantów, Amazing, solówki tej strony). Dałoby radę to ograniczyć liczbę tytułów i sam zamysł jest dobry, tylko, że te antologie mogą się nie sprawdzić.

Dobrze, że wspomniałeś o ograniczeniu crossoverów i eventów, bo sam o tym nie pomyślałem. Teraz Bendis może połączyć GotG i X-Men, aby podpromować kosmos Marvela. W wypadku antologii wszystko zostałoby zamknięte i ciężej byłoby wypromować inne tytuły (bo kto by chciał marnować miejsce, tylko po to, aby kosztem swojej historii promować gorzej sprzedający się magazyn). Owszem zjawisko częstych eventów jest plagą obecnego superhero z pod szyldu DC/Marvel, ale nie dziwię się temu ani o drobinę. To się sprzedaje. Sam Axel Alonso mówił, że oni by chętnie z tego zrezygnowali, ale po co, skoro to się świetnie sprzedaje. Co prawda jest to błędne koło. Wydawnictwo wypuszcza ważna historie -> ludzie kupują by być na bieżąco -> sprzedaż rośnie -> wydawnictwo widzi, że to działa -> wypuszcza kolejny event -> ludzie znów to kupują aby być na bieżąco i kółko się zamyka. Oczywiście nie jest to sytuacja bez wyjścia. Fani mogą się zbuntować i nie kupować, wtedy Marvel nie będzie tego wydawał. Nie oszukujmy się, jak coś się nie sprzeda, to się tego nie będzie produkować czegoś podobnego od razu. Niby jest to zmora dla obecnych czytelników, ale i tak to kupują, czyli mimo wszystko jest na to popyt. Na szczęście dużo wskazuje, że niedługo eventy przestaną przynosić zyski, gdyż pojawiają się coraz częściej i nie wzbudzają już takiego zainteresowania. Takie "Inhumanity", które nie było stricte eventem, przeszło specjalnie bez echa i nie dawało tytułom jakiegoś wielkiego wzrostu sprzedaży. Jak dla mnie jedno wielkie wydarzenie na rok póki co byłoby optymalne, bo to co robi teraz Marvel, ugryzie go w tyłek tak samo jak to co za chwile będzie się dziać z komiksami o Mścicielach.

A wracając jeszcze do antologii. Klimat też ma znaczenie. Wystarczy tylko popatrzeć na forum. Część uwielbia tytuły pokroju Daredevila, Hawkeye'a czy Superior Foes, część lubuje się w bardziej poważnych tonach jak Avengers Hickmana, część lubi to co się dzieje na przykład w Uncanny Avengers. Gdyby to wymieszać, wyszła by trochę katastrofa, bo czytelnik w zakresie jednego wydania dostawałby kilka różnych gatunków, które niekoniecznie muszą mu pasować. Ba, są nawet dwa podejścia do kwestii fabuła/rysunki. Niekórzy większa uwagę zwracają na tą pierwszą inni zaś na to drugie. Ba, dochodzi jeszcze kwestia stylu rysowników. Nie wiem czy zauważyłeś, ale "Art Arena 2" to świetnie pokazała. Była grupa fanów takich osób jak Deodato, Ribic, Opena, a byli tacy, którzy preferowai Aje czy Samneego. To odmienne style, które także inaczej wpływają na odczuwanie historii i jedni wolą sposób A, a inni B. Co prawda antologie w jakiś sposób mogłoby działać, ale:

- Podział musiałby być lepiej obmyślony. Nie tylko rodzina tytułów, ale i podobny klimat.

- Nadal powinna być możliwość crossoverów na przykład w jakiś one-shotach.

- Druk powinien być kolorowy.

Tylko, że nadal - nie wiadomo jaki by to skutek przyniosło, gdyż są to drastyczne zmiany, których efekt ciężko przewidzieć. Szczególnie jeśli wchodziłoby się na nowy rynek. Nie wiem czy to by była gra warta świeczki. Jeśli już trzeba to robić powoli, zaczynając od pojawiania się w ogólnych sklepach tych ważniejszych/popularniejszych tytułów, potem ewentualnego eksperymentu z jedną przemyślaną antologią i dopiero wtedy na podstawie wyników sprzedaży i reakacji rynku planować kolejne kroki. Cóż, zmiany wtedy byłyby powolne, a przy pęknięciu bańki decyzje musza padać szybko aby odwrócić trend. Tylko, że jak zrobimy to szybko, to podwójnie zwiększamy ryzyko. Jeśli już, Marvel powinien to zacząć robić jak najszybciej, tak aby powoli wyrobić się przed ewentualnym pęknięciem bańki spekulacyjnej. A kto wie, może Dom Pomysłow ma już jakiś plan?

covercovercovercovercover
Okładki komiksów: Avengers vol. 5 #1, Secret Avengers vol. 3 #1, All-New X-Men #22, Superior Foes of Spider-Man #1, Amazing X-Men vol. 2 #2


Demogorgon: Secret Avengers vol. 3, podobno, miało nazywać się Agents of S.H.I.E.L.D., ale zmieniono temu nazwę, aby się podpiąć pod sukces filmu. Plotka głosi, że tak samo było z Mighty Avengers vol. 2 i Avengers Arena (odpowiednio: Heroes for Hire i Murderworld). Byłoby w sumie dość ironiczne, jakby przesyt tytułów o Avengers miał zaszkodzić całej linii, pewnie doprowadzajac do zamknięcia tych mniejszych pozycji. W sumie nie wiem, czy bym tego chciał - z jednej strony stracilibyśmy świetne Mighty Avengers vol. 2, z drugiej, uwolniony zostałbym od Avengers Undercover.
Dalej S_O nawiązuje do kwestii spotkań scenarzystów, wspólnych obrad i planwania tytułu:

"O tak, pozmienia się trochę w biurach Marvela. Podoba mi się fakt, że najwyraźniej co jakiś czas odbywają się zjazdy edytorów i autorów, podczas których organizowane są burze mózgów i uzgadniany jest kierunek, w którym ma się udać Uniwersum Marvela. Powiem nawet, że potrzeba tego więcej. A w każdym razie lepszej komunikacji między poszczególnymi autorami. Nie wiem, jak daleko w przyszłość wybiegają plany Marvela na takich wyjazdach, może już tak jest, ale dla mnie odpowiednim byłoby nakreślenie określonego kierunku na następne pięć, dziesięć lat (i wstępne plany sięgające jeszcze dalej). Co więcej, scenarzyści powinni mieć szczegółowe plany swoich historii – wydarzenia, wykorzystywane postacie i tak dalej – na kolejne dwa lata (co najmniej!). A to po to, żeby zwiększyć koordynację między różnymi pismakami."

No i jakoś mi się to nie widzi. Po pierwsze, kot nie bierze zupełnie pod uwagę, że nie wszyscy autorzy mogą od tak co tydzień/miesiąc, jechać sobie do Wielkiego Jabłka. Warren Ellis na przykład mieszka dalej w Wielkiej Brytanii. Po drugie, to dalekosiężne planowanie ma swoje poważne wady. Po pierwsze, ogranicza znacznie spontaniczność i nie zostawia miejsca na margines błędu i wzięcie pod uwagę reakcji fanów. Co jeśli na przykład, ktoś zaplanował sobie wprowadzenie nowej postaci, która ma podbić serca fanów, a ci ją znienawidzą, za to polubią zupełnie inną, będącą tylko tłem? Wielu autorów woli pozostawić sobie możliwość dokonania rewizji i poprawek. Nie wspominając o nieprzewidzianych okolicznościach - ile komiksów musiało zostać zmienione z powodów niezależnych od nikogo nad nimi pracującego? Na przykład, patrząc teraz na DC i Vertigo, mamy słynny incydent z czasów pracy wspomnianego juz Ellisa nad Hellblazerem, kiedy cały zeszyt został usunięty z linii wydawniczej, bo opowiadał o strzelaninie w szkole, a miała miejsce masakra w Columbine. Do tego dochodzi brak spontaniczności oraz trudniejszy dostęp dla nowych scenarzystów. O wiele trudniej będzie wbić się w wielki plan z nowym pomysłem, nową postacią, albo świeżym podejsciem do bohatera, którego dawno nie widzieliśmy. Nie, kiedy wszystko jest zaplanowane ze szczegółami na następne dwa lata. Niewątpliwą zaletą rządów Axela Alonso jest, że on pozostawia scenarzystów samym sobie i pozwala robić, co chcą. I jasne, ktoś mi zaraz powie, że to dzięki takiej polityce takie potworki jak Thunderbolts vol. 2, czy ta nieszczęsna Arena, ujrzały światło dzienne. Ale nie można zapominać, że chłam, jaki dostajemy w tej chwili, to cena, jaką płacimy za dobre historie. A jednak Legacy, Young Avengers vol. 2, Scarlet Spider vol. 2 i Superior Foes wystarczyły, aby zrekompensować mi istnienie Areny, podobnie z jej sequelem i pozycjami, które obecnie kupuję. Gdybym uważał, że jest inaczej, przestałbym czytać Marvela w ogóle.


Undercik: Myślę, że podróż do NY nie byłaby taka częsta. Co ile się trzeba spotykać, jeśli w miesiącu wychodzi jeden lub dwa numery serii? Obecna ilość spotkań jest chyba wystarczająca. Zresztą nie można nic zaplanować dokładnie, bo nikt nie wie czy coś się sprzeda. Mieliśmy już kilka sytuacji, że seria była szybko zmieniana na miniserie, ponieważ liczba zamówień nie była zadowalająca. Niektórych rzeczy nie da się przewidzieć. Z drugiej strony ciężko jest zareagować na reakcje fanów. Scenarzysta zazwyczaj ma w głowie plan na dłuższy okres. Owszem, niektóre są bardziej elastyczne inne mniej, ale nie jest tak, że jak postać stanie się popularna, to już zaraz zmieniamy skrypt przyszłych komiksów. To raczej będą powolne zmiany, na tyle ile pozwalał zamysł i dopiero po pewnym czasie można zrobić drastyczniejsze kroki. Same zapowiedzi są już na 3 miesiące wprzód, więc nawet pomysł z dodatkowym numerem pomiędzy historiami potrzebuje jakiegoś czasu na reakcję. Popatrzmy na takie Young Avengers vol. 2. Abstrahując od poziomu historii widać, że Gillen i McKelvie mieli wymyśloną zamkniętą historię i raczej nie było w niej za dużo miejsca na zmiany. Wiadomo, są ekstremalne sytuacje takie, jak ta o której wspomniałeś czy na przykład powrót Steve'a Gerbera do pisania Kaczora Howarda, ale w większości wszystko musi być wiadome i zaplanowane, żeby chociażby unikać problemów z continuity. Ogólnie szczyty powinny być, ale to co jest na nich ustalane musi być elastyczne i brać poprawkę na różne możliwe sytuacje, jak sprzedaż. Każdy scenarzysta musi wiedzieć w jakim kierunku idzie świat 616, aby nie wyszło, że lina fabularna różnych serii zaczyna się mocno rozjeżdżać, bo nikt tego z nikim nie skonsultował, albo zostawił za dużo miejsca. Myślę, że Marvel w tym jest dobry. Wystarczy by chociaż popatrzeć na "Age of Ultron", które zostało przesunięte w terminarzu, ponieważ zaplanowano Marvel NOW i "Avengers vs X-Men", a także przez standardowe opóźnienia Hitcha. Drugą kwestią jest to, że AvX niestety było kiepskim pomysłem. Całe szczęście, że Marvel NOW odniosło nie tylko sukces komercyjny, ale i twórczy. Niech świadczy o tym All-New Marvel NOW.


Demogorgon: Dalej kot zaczyna mówić o continuity oraz wykorzystywaniu postaci i ponownie znajduję tu kilka rzeczy, które mi się nie podobają.

"Jednym z ważnych aspektów filmów ze stajni Marvela jest fakt, że są ze sobą połączone. Nagle filmy o czterech różnych superbohaterach łączą się w jeden blockbuster - coś, czego nigdy jeszcze nie dokonano (może poza "Freddy vs. Jason", ale serio, z czym do ludzi). I właśnie to uczucie trzeba przywrócić komiksom. "Ale zaraz", powiecie, "przecież komiksy Marvela wyraźnie mają miejsce w tym samym świecie! W końcu Spider-Man i Wolverine są w jednej drużynie z Captainem Americą i innymi Mścicielami!". I tak, to prawda. Ale nie wiem, jak Wy, ale ja już tego nie czuję. Bo jeśli widzę, jak taki Logan walczy z szalonym Icemanem, kosmitami w dwóch odmianach, klanem ninja, swoim nieumarłym synem i samoświadomym wirusem, a do tego ma czas, żeby szukać uciekinierów ze swojej szkoły, to moje zawieszenie niewiary gdzieś ulatuje (a to jest sytuacja z lipca 2013 – nie wierzycie, sprawdźcie zapowiedzi). Nie mamy już do czynienia ze współdzielonym uniwersum, ale z dziesiątkami mikrokosmosów wypełnionych klonami. To znaczy, ja już się do tego przyzwyczaiłem - podobnie pewnie jak i Wy, którzy to czytacie - ale jako nowy czytelnik, Joe Typowy będzie miał prawo czuć się zagubiony. Właśnie dlatego potrzebna jest większa kontrola nad pismakami - trzeba ograniczyć nadmierne wykorzystanie niektórych postaci. Każdy bohater powinien pojawiać się regularnie w jednej serii, ostatecznie w jednej grupie i jednej solówce - a i wtedy powinna istnieć stała współpraca między autorami obu. Co miałoby ten pożytek, że zmuszałoby pozostałych do sięgania po inne, mniej wykorzystywane postacie, które dzięki temu może zyskałyby większy rozgłos i kto wie, może więcej fanów (co przełożyłoby się na większą szansę na występ w filmach, co z kolei uczyniłoby te postacie jeszcze popularniejszymi). Ewentualne występy gościnne też należałoby zmniejszyć do minimum, a i wtedy osoba pisząca takie cameo musiałaby z wyprzedzeniem uprzedzić o takim zamiarze. Marvel to korporacja, nie? Więc pora nim zarządzać jak korporacją."

Chodzi mi o samo ograniczenie wykorzystania bohaterów. W teorii idea wydaje się genialna w swej prostocie, ale w praktyce wcale nie jest tak różowo. Ot na przykład założenie, że jeśli zabronimy wykorzystywać za często popularnych bohaterów, to scenarzyści będą zmuszeni sięgnąć po mniej znane postacie. O ile takie sytuacje się zdarzają, jak na przykład Kieron Gillen, który w odpowiedzi na zakaz użycia Patriota w Young Avengers vol. 2 znalazł inną postać "noszącą flagę na głowie", dając nam świetną Americę Chavez. Ale o wiele częstsze są sytuacje jak z Jamesem Asmusem, który, nie dostawszy pozwolenia na uczynienie partnerką Gambita Black Cat, nie szukał podobnej postaci, tylko stworzył zupełnie nową. I z tego co widzę, to właśnie ma miejsce o wiele częściej, niż co kot uznaje za naturalną kolej rzeczy. Z drugiej strony, wątpię by miała miejsce sytuacja o której mówi później, gdzie wydawca jakoby odradza wykorzystywanie mało znanych postaci, by nie musieć płacić ich autorom tantiemów. Moim zdaniem to jest moment w którym S_O, za przeproszeniem, kompletnie traci kontakt z rzeczywistością. Gdyby taka sytuacja miała miejsce, nie moglibyśmy prowadzić dyskusji o tym, czy to dobrze, czy źle, że Jason Aaron w Wolverine & The X-Men próbuje zrobić bohatera z Quentina Quire. Bo w chwili w której on chciałby tej postaci użyć, spotkałby się z odmową wydawcy, który nie chce płacić tantiemów Grantowi Morrisonowi. Jeśli taka sytuacja byłaby prawdą, to nie spędziłbym zeszłego roku wściekły na udział Nico i Chase'a w "Snuff: The Comics", bo Hopelessowi nie pozwolono by tych postaci użyć, by nie musieć płacić pieniędzy Brianowi Vaughanowi. A Morrison i Vaughan to ważne nazwiska w ich bezpośredniej konkurencji - DC i Image. Jeśli nawet wydawca płaci jakieś kwoty za wykorzystanie tych postaci, to są one niewielkie. Inaczej wydawnictwo nie chciałoby tworzenia nowych bohaterów, tylko trzymało się tych samych jeszcze mocniej, niż już się trzymają.

Dodajmy jeszcze takie sytuacje, jak Kamala Khan, która debiutowała w komiksie pisanym przez G. Willow Wilson i rysowanym przez Adriana Alphonę, ale wcześniej miała cameo w Captain Marvel Kelly Sue DeConnick a tak w ogóle to zaprojektował ją Jamie McKelvie. Komu należy płacić tantiemy w takiej sytuacji i czy Marvel mógłby sobie pozwolić na zadowolenie wszystkich? Napewno nie, jeśli to nie są jakieś groszowe sprawy.

Inna kwestia jest taka, że jeśli scenarzysta chce wykorzystać daną postać, to nie rozumiem, czemu nie można mu na to pozwolić. Jasne, z jednej strony mamy to przedobrzenie, z drugiej chłam, ale, jak to powiedział Tom Brevoort, lepiej, aby scenarzysta pisał o postaci, którą lubi, niż odwalał kiepską robotę z postacią, której nie lubi i o której wcale nie chciał pisać, ale mu kazali. W następnym paragrafie S_O zaczyna się rozwodzić nad tym, że Marvel to korporacja i nie może sobie pozwalać na pielęgnowanie rozdmuchanych ego scenarzystów, ale zapomina o jednym. Jakkolwiek by fani nie kupowali komiksów dla postaci, to jednak wszyscy chcemy, by były one jak najlepiej napisane. A większość scenarzystów jest jednak jak wszyscy pisarze. Najlepsze historie tworzą, jeśli im nikt nie stoi nad głową i nie patrzy na ręce. Jasne, powinny być pewne granice, byśmy nie dostawali badziewia jak Arena czy "Captain America in Dimension Z", ale jednak kreatywność w wydawnictwie jest bezpośrednio zależna od tego czy twórcy mogą pracować w spokoju, a nie być spętanymi przez jeszcze większą ilość zasad, niż w tej chwili. Zarządzanie wydawnictwem tworzącym historie jak korporacją prowadzi wprost do tego, o czym niedawno pisała Gail Simone - do cynicznego podejścia, gdy próbuje się tworzyć komiksy pod konkretną grupę odbiorców, zamiast zwyczajnie tworzyć dobre historie. I w efekcie powstają tytuły fałszywe, które nie trafiają ani od docelowego odbiorcy, ani do nikogo innego. Pisanie to nie jest biznes, przynajmniej nie w stu procentach (bo to, że aspekt finansowy ma znacznie, jest niezaprzeczalne), próba zarządzania pisarzami jak korporacją jest skazana na produkcję śmieci.

covercovercovercovercover
Okładki komiksów: Captain America vol. 7 #2, Wolverine and the X-Men #42, Young Avengers vol. 2 #3, Wolverine vol. 6 #2, Age of Ultron #1

Undercik: Hmmmmm... Nie wiem jak się do tego odnieść. No bo co tu dużo mówić. Wspólne uniwersum to coś co zbudowało potęgę Marvela. Próba ograniczania tego moim zdaniem mija się z celem. Przecież już na samym początku nie wszystko się ze sobą kleiło. No bo jak to jest, że superbohaterowie byli uwielbiani (oprócz Spider-Mana), a X-Men nie. Jak w ogóle ludzie wiedzieli czy niektórzy superbohaterowie to mutanci? Ten problem był już na starcie, a im większe będzie uniwersum tym ciężej będzie uniknąć wpadek. Często postacie gościnne są umieszczane ze względu na chęć poprawienia ilości zamówień komiksów - stąd dar bilokacji u Wolverine'a. Z samym Rosomakiem jest ciekawa sprawa, ponieważ według wyników sprzedaży za zeszły rok, Logan powoli przestaje być magnesem przyciągającym czytelnika. Teraz najlepsze - Marvel to widzi. W Avengers już go nie ma, a w mutanckim światku zmniejsza się jego rola. Według zapowiedzi, ma zaraz odejść z założonej przez siebie szkoły. Dlatego te występy gościnne często podyktowane są chęcią ratunku danej serii. Przecież to właśnie chęć odbudowania Mścicieli w świadomości czytelników sprawiła, że do drużyny dołączyli Spider-Man i Wolverine. 

Co do bonifikat za stworzone postaci - tutaj nie zabiorę głosu. Nigdy o tym nie słyszałem i nawet nie ma pewności czy coś takiego istnieje.


Demogorgon: W kolejnym punkcie S_O porusza kwestię dekompresji. I ponownie jest tu parę kwestii, które można poddać dyskusji

"Po pierwsze: dość z "pisaniem pod trejda". Mam po dziurki w nosie dekompresji w komiksach. Niech czytelnik ma szansę wgryźć się w historię. Moim ulubionym przykładem takiej pełnoprawnej, pożywnej historii jest Fantastic Four #5, pierwsze pojawienie się Dooma. Na dwudziestu kilku stronach Fantastyczni zostali porwani, wysłani w przeszłość, porwani znowu, przejęli kontrolę nad nie jednym, ale dwoma okrętami, wywołali paradoks czasowy, przeżyli sztorm, wrócili do teraźniejszości, rozwalili Doombota, uwolnili się z lochów i spalili zamek. W dzisiejszych czasach niektórzy nie potrafiliby tego zmieścić w sześcioczęściowej historii.

Zamiast rozciągniętych do granic możliwości i zapchanych watą historii, wolałbym, żeby wrócono do takich, które da się zmieścić na tych dwudziestu stronach. Jasne, mogą budować coś większego (nawet powinny!), byleby dany problem został rozwiązany w tym samym numerze. Bóg mi świadkiem, nienawidzę człowieka jak zarazy, ale Fraction w obu swoich Fantastycznych pokazał, że da się to zrobić, a i niektóre wychodzące przy okazji All-New Marvel NOW! serie też działają na tej zasadzie."

W dwóch pierwszych zdaniach kot popełnia błąd, myląc pojęcia - dekompresja w komiksie nie oznacza wcale pisania pod wydanie zbiorcze. To drugie owszem, często tworzy historie zapchane watą, ale też ma swoje pozytywne strony. Przeczytałem historię z Fantastic Four #5 i o ile zgodzę się, że jest ona fajna, to jednak cierpi z tych właśnie powodów, z których cierpi wiele historii zamkniętych w jednym numerze. Po pierwsze, charakteryzacja jest dosyć powierzchowna. I jasne, Lee i Kirby budowali charaktery postaci przez cały ciąg swej stunumerowej sagi, ale jednak w tym konkretnym numerze bohaterowie wypadają płasko. Doctor Doom w swoim pierwszym występie ma osobowość sprowadzającą się do "I'm evil, muhahaha!", bez jakiejkolwiek głębi, a decyzja Thinga o pozostaniu w przeszłości jest nagła i wypada nienaturalnie. Gdyby historia zajęła numer więcej, byłoby miejsce aby te właśnie elementy rozwinąć. Po drugie, dialogi są proste i mało interesujące, bo taki typ komiksu zwyczajnie nie sprzyja pisaniu rozbudowanych, wciągających konwersacji. Czasem trzeba poświecić stronę czy dwie, by bohaterowie brzmieli jak ludzie. Nie chodzi mi tu o to, by obsobaczyć ulubiony komiks S_O (bo, przyznam to szczerze, sam jestem zaskoczony, jakie to było dobre, aż sobie przeczytam najbliższe 50 numerów chyba), ale chcę zwrócic uwagę, że krytykowany przez niego model ma swoje zalety.

Dekompresja to z kolei coś zupełnie innego i jej zadaniem jest zwiększyć wrażenia wizualne. Z jednej strony pozwala lepiej zbudować nastrój sceny, wzmacniając efekt komediowy (taki "beat panel" to pierwsze, co wylatuje z krótszej formy) albo dramatyczny. Z drugiej pozwala na lepszą akcję, bardziej widowiskową scenerię i ogólne imponowanie czytelnikowi. Sceny rozciągnięte na całe strony mogą zapaść w pamięć jak mało które. Po za tym, ten model kładzie większy nacisk na rysownika i zarazem pozwala mu odcisnąć swoje własne, indywidualne, piętno na historii. Co też zwiększa mu szanse na dostanie kolejnego kontraktu, albo nawet własnej pozycji. Komiksy to jednak też wizualne medium, a wydaje mi się, że S_O sprowadza je tylko do scenarzystów.

Te dwa terminy często idą w parze, ale nie oznaczają tego samego. Warren Ellis w Secret Avengers pisał pojedyncze, zamknięte historie, ale robił to w sposób na tyle zdekompresowany, aby każdy artysta mógł się popisać. Jego run miał na celu wypromowanie rysowników, z którymi chciał od dawna współpracować i to mu się udało.

Prawda jest też taka, że historie skompresowane często posługują się skrótami i zamiast nam coś pokazywać, jedynie o tym mówią. Dlatego w dawnym modelu pisania tak popularne były dymki myślowe, które teraz zniknęły - dzięki nim można było łatwo, zamiast pokazać nam jakie emocje przeżywa bohater, jedynie o tym powiedzieć. Obecnie scenarzyści uznają to za tanią sztuczkę i wolą dla odmiany przyłożyć się do rozwoju postaci. Mam wrażenie, że ja i S_O cenimy sobie różne rzeczy w komiksach - podczas gdy mnie obchodzi, aby bohaterowie byli przekonujący, interesujący i łatwi do identyfikowania się z, on wydaje się bliższy szkole "Dukajowskiej", gdzie najważniejsza jest fabuła (przepraszam w tym miejscu fanów Dukaja, to świetny pisarz, ale czasami działa mi na nerwy).

Jest jeszcze jedna kwestia posiadania zacieśnionego continuity, coś, czego nie byłem świadomy do niedawna (inaczej wspomniałbym o tym w rozmowie z Christoffem i Czarnym_Samaelem) - otóż, zaciśnienie bardziej continuity wymusza nie tylko nadanie wszystkiemu podobnego stylu, ale też ogłupienie wszystkiego do poziomu najgorszej serii. Coś takiego miało miejsce z Johnem Constantine, gdy został wprowadzony do New 52. John z Vertigo był zbyt skomplikowany i nie pasował do bardziej prostego, opartego na kliszach, tradycyjnego superhero. W konsekwencji stał się niemalże własną parodią, przeciwieństwem samego siebie - z wiecznego, choć pozbawionego złudzeń buntownika nie ufającego autorytetowi, stał się posłusznym żołnierzem boskiego planu i dowódcą rządowej grupy do zadań specjalnych, który dzielnie broni równowagi sił w magicznym światku, a zarazem status quo. Bo to było łatwiejsze do zrozumienia dla Joe Typowego, niż John "cała frustracja i gniew lat osiemdziesiątych, zapakowane w ludzką postać" Constantine z Vertigo. I czy to jest naprawdę dobre? Sprowadzanie wszystkiego do najniższego wspólnego mianownika?


Undercik: Mam wrażenie, że nie bierzesz pod uwagę kontektsu, w jakim powstawał Fantastic Four. To były inne czasy, inny styl, inny sposób tworzenia komiksu. Sam proces tworzenia F4 wyglądał tak, że wstępnie duet ustalał treść zeszytu, potem Kirby to rysował i prowadził fabułę, a Lee dopisywał tylko dymki, przez to twórcy nie zawsze musieli się dogadywać co do konkretnego celu danego kadru. Co do charakterów postaci - spójrz, że to był już piąty numer. Rysy postaci czytelnik już poznał, a tutaj są podkreślane. Sam Doom też dostaje pewne zalążki osobowości, które widać, lub po prostu mówi o nich Mr. Fantastic - ale znów, komiksy wyglądały kiedyś inaczej. S_O bardziej chodzi o idee i może nie do końca dobrze dobrał w słowa to co chciał przekazać. On po prostu chce, aby czytelnik który sięgnie po dany komiks, mógł bez problemu w niego skoczyć. Porównaj teraz F4 #5 na przykład z większością obecnych #5. Do przygód pierwszej rodziny Marvela dało się wskoczyć bez problemu i bez wielkiej znajomości poprzednich części. Współcześnie jest gorzej, ponieważ numer piąty to zazwyczaj końcówka konkretnej historii. Warto wspomnieć, że Dom Pomysłów powoli wydaje coraz więcej rzeczy w tym stylu. FF i F4 Fractiona to nie wszystko. Hawkeye vol. 4 też ma sporo numerów, które dobrze działają w pojedynkę. Co by nie patrzyć za daleko - nowe ongoinig o Lokim i Black Widow zaczęły się historiami zamkniętymi w jednym numerze. Oczywiście nikt nie mówi o dekompresaji fabuły, bo tą można stosować nawet na przestrzeni jednego wydania i tutaj patrz Black Widow - pierwszy zeszyt za wiele treści nie miał, ale był jako tako zamknięta całością. Sam zresztą wspominasz o Ellisie i Secret Avengers.

Zresztą uważam, że to jeden z tych lepszych pomysłów S_O. Tylko znów - nie dajmy nakazu, aby robić to wszędzie. Pisanie na siłę pod trejda jest tak samo złe jak pisanie na siłę pod jeden numer. Myślę, że dobrym rozwiązaniem byłoby po prostu nastawienie na ten rodzaj tworzenia fabuł i sugerowania go autorom. Tylko nic na siłę. 

Co do Hellblazera. Nigdy mnie nie interesował, więc nie zauważyłem tego o czym mówisz. Tylko weź pod uwagę, że postać była krojona pod Vertigo, jako zwykła seria o podobnych tonacjach do linii wydawniczej, a nie pod świat DC. Stąd zapewne przeniesienie go w inne realia wywołało zmiany. W Marvelu mamy inną sytuację, gdzie poza nielicznymi wyjątkami wszystko zaczynało w 616 i nawet jak pasuje do reszty uniwersum jak pięść do nosa (patrz mutanci o których wspominałem), to od początku było prowadzone w podobny sposób, a wszystko wynika z rozwoju historii. Gdyby słabe rzeczy ciągneły całą resztę w dół, to nie mielibyśmy dobrych komiksów od Domu Pomysłów. W samym Marelu spokojnie możemy odnaleźć całą gamę pozycji. W tym świecie potrafił funkcjonować jednocześnie Eric O'Grady, Doctor Strange, Spider-Man czy Punisher, a ich przygody są utrzymane w różnym klimacie. Wiadomo, że potrzeba zawieszenia niewiary, bez którego w superhero ani rusz. Ale chyba odszedłem już od tematu.


Demogorgon: Ale zauważ, że nie wszyscy z tych bohaterów mają ze sobą interakcje. O'Grady, bohater humorystyczny, działał, bo był z tyłu, na zapleczu Marvel Universe. Punisher działa najlepiej, kiedy operuje samotnie, z boku świata superbohaterów. Przecież ilekroć on trafia do serii o bardziej pozytywnym bohaterze (jak wszystkie chyba jego występy w Daredevilu i Spider-Manie), to kończy jako złoczyńca. A kiedy oni trafiają do jego przygód, to zazwyczaj kończą poniżeni (zwłaszcza, jeśli pisze to Garth Ennis). W jednym świecie jest miejsce na wiele rodzajów historii, opowiedzianych w różnym tonie, o ile zachowany jest pewny dystans. Niektórzy bohaterowie zwyczajnie nie współgrają dobrze ze sobą. I właśnie dlatego czasem lepiej poluzować continuity, aby pozwolić postaciom o różnym tonie trzymać się od siebie z daleka. Pomyśl - czy gdyby X-Men: Legacy vol. 2 włączono do "Battle of the Atom", aby zbudować ściślej związane continuity, to wyszłoby to komukolwiek na dobre? Po za tym, popatrz jak często wciskanie gdzieś bohatera daje takie efekty, jak z Doctorem Strange, który obecnie istnieje w komiksach o Avengers tylko po to, by dostać lanie i pokazać, jak silny jest złoczyńca X. 

Inna jeszcze sprawa do tego punktu jest taka, że S_O wspomina o popularności Marvel Cinematic Universe. I ja wcale nie wiem, czy komiksowy Marvel powinien z niego czerpać. Wszędzie teraz wciskają do komiksów filmowy skład Avengers, ignorując kompletnie inne postacie. Podobnie w Guardians of the Galaxy jest tylko filmowa ekipa, a o Martyr, Moondragon, Bugu, Mantis, Cosmo czy Majorze Victory wszyscy zapomnieli. Na siłę wciskają nam kolejne serie o Black Widow i War Machine, chociaż żadna do tej pory nie przetrwała roku. Cały story arc w Thorze, na który wszyscy narzekają, istnieje tylko po to, by zbić kasę na walce ze złoczyńcą z filmu. Cały cyrk z wprowadzeniem czarnego Nicka Fury do Marvel Universe. No i to przyklejanie do wszystkiego marki Avengers. Dochodzę do wniosku, że, za wyjątkiem młodego Lokiego, to póki co naśladowanie MCU nie dało historiom Marvela niczego dobrego. Czy naprawdę trzeba robić tego więcej? Ja rozumiem, pieniądze, ale są chyba pewne granice, za którymi to się robi bezsensowne. Z takim nastawieniem równie dobrze można by od razu skasować całą linię wydawniczą Marvela i zastąpić komiksami tylko o postaciach z filmów, a tego chyba nie chcemy.

No i osobiście uważam, że film Whedona był głupi.

A jeszcze jedna kwestia - taka, że format antologii wcale nie oznacza, że dostaniemy więcej krótkich historii, rodem z oryginalnych Strange Tales. Bardziej prawdopodobne, jak już wspominałem wyżej, że dostalibyśmy model znany z 2000AD - nie są stare, dobre czasy Steve'a Ditko i Jacka Kirby'ego, ale raczej niektóre historie z X-Men: Legacy vol. 2, Menchester Gods z Journey Into Mystery czy niektórych mini podpiętych do wielkich eventów, jak Secret Invasion: Runaways/Young Avengers. Czasem postacie wyjątkowo popularne dostają dla siebie cały numer, na zakończenie swojej historii, ale póki co zdarzyło się to tylko gwiazdom jak Sinister/Dexter czy Slaine, czyli tym, którzy mogą zrekompensować magazynowi numer bez Dredda.


covercovercovercovercover
Okładki komiksów: Fantastic Four #5, Secret Avengers #16, X-Men: Legacy vol. 2 #14, Journey into Mystery #639, Irredeemable Ant-Man #10

Undercik: O'Grady działała na uboczu uniwersum? Przecież siłą tej serii było to, jak dobrze Kirkman wplatywał ją w różne wydarzenia w Marvelu. Punishera dużo nie czytam, ale jego crossover z Daredevilem i Spider-Manem wypadł świetnie, nie mówiąc już o tym, że ostatnia miniseria Rucki zajęła drugie miejsce w ostatnich Avalonach, a to właśnie w niej Frank miał dużo interakcji z Avengers. Strange też jakoś nie jest chłopcem do bicia w New Avengers vol. 3. Tylko, że to wszystko zależy od scenarzysty, a Waid, Hickman, Rucka i Kirkman to top wśród twórców współczesnych komiksów. Zresztą obecny autor przygód Daredevila w swoim ongoingu wręcz genialnie korzystał z występów gościnnych i jest to jeden z silniejszych punktów jego runu. Co do Legacy - chyba błędnie myślisz o poluzowaniu continuum, ponieważ w jednym świecie mogą spokojnie dziać się przygody Legiona i BotA. Przecież nie muszą wchodzić w interakcje, skoro Ziema 616 jest olbrzymia. Oczywiście mamy Nowy Jork w którym co druga osoba ma supermoce, ale znów - Marvel coraz częściej rozsyła superbohaterów w różne rejony USA (i Kanady). Scarlet Spider, Venom, Daredevil, X-Men Cyclopsa, Punihser, Moon Knight. Samo "Battle of the Atom" angażuje akurat te serie, które potrzeba - drużynowe o X-Men. Więcej nie potrzeba i byłoby to robieniem czegoś na siłę, przez co mnożyłaby się tylko liczba zbędnych wątków.

Wciskanie na siłę movieversum do świata 616 też mi przeszkadza, aczkolwiek chyba nie w takim stopniu jak Tobie. Akurat filmowy skład w GotG mi nie przeszkadza. Przecież to drugie (vol. 1 to co innego) wcielenie zespołu - jakoś w Avengers i X-Men rotacja składu specjalnie nikomu nie przeszkadza, póki nie jest robiona na siłę. Przecież Strażnicy mieli Iron Mana, mają Angele a zaraz dołączą Venom i Captain Marvel. Jakoś mało filmowo. Tylko, że bez takich sztuczek tytuł by sobie nie poradził. Vol. 3 nie sprzedawał się rewelacyjnie, więc Marvel musiał coś zrobić, aby utrzymać żywotność komiksu. Gdyby nie silne promowanie niezliczoną wersją alternatywnych okładek, Angelą czy występami ziemskich superbohaterów, to seria pewnie zbliżała by się ku końcowi, ze względu na sprzedaż. Poza tym, ja lubię to wcielenie grupy. Co prawda nie jest to poziom DnA, ale Bendis ma w sobie coś takiego, że strasznie przyjemnie się go czyta, mimo ewidentnych problemów jakie ma np. "Trial of Jean Grey". A póki komiks dobry, to w sumie średnio mnie obchodzi na ile czerpie z filmów. Takie Battle Scars było strasznie na siłę i to rzeczywiście bolało. Szczególnie, że siłę postaci oryginalnego Fury’ego świetnie pokazywał Brubaker. To rzeczywiście było odcinanie kuponów na siłę. To samo z Avengers Assemble - komiks był słaby, chociaż nie zrównywałbym tego z tym, że bierze się to z decyzji o Whedonowym składzie. Zresztą Marvel fatalnie to rozegrał. W momencie premiery filmu w New Avengers vol. 2 mieliśmy numery o Iron Fistcie, Avengers vol. 4 miało bardzo retro rysunki (Simonson…), Secret też jakoś specjalnie przyjazne dla nowego odbiorcy nie było. I co najgorsze, wszystko było uwiązane w event, przez co nowy czytelnik nie miał się prawa połapać. Zostało tylko Assemble, które sprzedawało się kiepsko i niespecjalnie zgrywało się z resztą uniwersum. To była wielka porażka Domu Pomysłów.

A o antologii już chyba wystarczająco się wypowiedziałem, że to raczej chybiony pomysł. O ile jeszcze jedna/dwie, które lądowałyby w sklepach nie byłoby takim złym rozwiązaniem, to wrzucanie tego rozwiązania dla wszystkich tytułów, jak dla mnie oznaczałoby prawdopodobnie przerzucenie się na Image Comics, a Marvela bym czytał tylko przez Marvel Unlimited.


Demogorgon: W wypadku Erica chodziło mi o to, że on komentował wydarzenia z bardziej typowych serii, ale nie brał w nich tak naprawdę udziału. Ale myślę, że możemy iść dalej. S_O serwuje pokaźny rant na temat tego, do kogo skierowany byłby nowy, ulepszony Marvel:

"Co ważniejsze - dosyć epatowania przemocą. Jak już wspomniałem, mam nadzieję zdobyć rynek dzieci drących mordę w supermarkecie - w końcu już są one celem mojczendajzingu, a poza tym, żeby odbudować fanbazę, trzeba uderzać w jak najmłodszych klientów. Choćby dlatego, że mimo starań JK Rowling, Stephanie Meyer (hey, credit where credit's due, zagoniła nastolatki do książek), George'a RR Martina, tych gości od Eragona, Percy'ego Jacksona, Hunger Games i co tam jeszcze było w ostatnich latach rozchwytywane, młodzież nadal nie lubi czytać. Dlatego trzeba zrobić fanów z tych, którym czytanie jeszcze nie zdążyło się znudzić. A to znaczy, że nie będzie już Sentrych rozrywających Aresy. Nie będzie już gwałtów jako originów postaci. Bardziej chodzi mi tu o chronienie komiksów przed nadwrażliwymi matkami niż dzieciaków przed przemocą - jeśli mamusia zobaczy, jak ktoś tam okłada ofiarę jej własną, urwaną nogą, może przestać kupować nasze wysokiej jakości komiksy, i jeszcze opowie o tym znajomym, a to nie jest dobre dla interesu. CCA mogło być wrzodem na tyłku, ale przynajmniej zmuszało scenarzystów do kreatywności.

PRZY CZYM! Podkreślam dwukrotnie, jedną zwykłą linią i jedną falistą, że "odpowiednie dla dzieci" nie znaczy "słabej jakości" czy "infantylne". W dzisiejszych czasach nie docenia się dzieciaków, one są bardziej domyślne, niż wielu się wydaje. Zajrzyjcie do klasyków z lat sześćdziesiątych. Jasne, spora część skupiała się na walce z super-małpami czy gigantycznymi chrząszczami, ale jeśli przyjmie się je z dobrodziejstwem inwentarza, co odnajdziemy w tych arcydziełach? Spider-Mana dorastającego i stającego się bardziej odpowiedzialnym, Thinga uczącego się akceptować swój własny wygląd i że liczy się to, co człowiek ma w środku... patrzmy dalej – na początku lat 70. Spidey porusza temat narkotyków, pod koniec dekady u Iron Mana Michelinie i Layton borykają się z problemem alkoholizmu (co, jak nadal uważam i jak będę wspominał przy każdej nadarzającej się okazji, nie umywa się nawet do tego, co kilka lat później z tym wątkiem zrobił Dennis O'Neil), już nie wspominając o tym, co u X-Men robił Claremont. W dzisiejszych czasach, poza perełkami takimi, jak X-Men: Legacy Spurriera czy Journey Into Mystery Gillena, większość serii stała się w najlepszym razie Bayplozjami akcji bez większego przesłania, a w najgorszym – niedorzecznymi telenowelami ze sztucznie generowaną dramą (jak X-Men Wooda, z tego, co czytam w komentarzach, czy AvX). A przecież w tych postaciach nadal tkwi taki potencjał! Spider-Man nie opowiada o gościu w piżamie tłukącym się z innymi wariatami, to jest opowieść o dorastaniu i uczeniu się odpowiedzialności (co, swoją drogą, jest podstawowym powodem, dla którego tylu ludzi się obruszyło na OMD, a nie żadne "MUH STATUS QUO!" I jeśli spotkacie kiedyś kogoś, kto twierdzi inaczej, dajcie mu ode mnie w mordę). Fantastic Four opowiada o rodzinie i tym, że nie oznacza ona jedynie więzów krwi. X-Men to po części kolejna opowieść o dorastaniu, a po części o akceptacji odmienności (wszelkiego typu, nie tylko asy czy orientacji seksualnej, jak to się obecnie interpretuje). Iron Man, zwłaszcza po wprowadzeniu wątku uzależnienia, jest o podnoszeniu się po upadku i stawaniu się przez to lepszym człowiekiem. I tak dalej. Kiedyś te postacie inspirowały czytelników. Teraz już rzadko kiedy ma to miejsce.

Już nie wspominając o tym, że czasem zmagania z własnymi niedoskonałościami, czy nawet proste, skupione na postaci historyjki są ciekawsze, niż ratowanie świata po raz n-ty, zwłaszcza, gdy wiszące nad całym światem zagrożenie o niespotykanych dotychczas proporcjach, z którym boryka się heros w serii X nawet nie mignie w serii Y. I znowu wracamy do kwestii "organiczności" dzielonego Wszechświata. But I digress."

Dużo tematów do pokrycia, więc może zacznijmy od tego, gdzie uważam, że S_O się absolutnie myli. Otóż, komiksy Marvela z czasów jego rozkwitu, jak Fantastic Four Lee i Kirby’ego czy Amazing Spider-Man Lee i Ditko, nie były kierowane do dzieci, tylko do nastolatków. Komiksy dla dzieci w tym czasie robiło DC i działało wedle polityki, że nie warto mieć długiego continuity i rozwoju postaci, bo co kilka lat i tak wymieniamy odbiorców na nowe pokolenie, gdy dzieci wchodzą w wiek dojrzewania i bardziej od Supermana interesuje je płeć przeciwna (a to i tak nic przy wydawnictwach, które miały tylko około dwudziestu numerów danej serii komikowej i pędziło z nimi w kółko co dwa lata). Marvel odniósł sukces, bo jego komiksy celowały do tej właśnie grupy, stworzyli komiksy dla osób, które DC uznało za za stare, aby być dłużej częścią grupy docelowej. To w pewien sposób ocaliło wydawnictwo przed potężnym konkurentem. Gdyby DC widziało w młodym Marvelu konkurenta, zmiażdżyłoby go tak, jak zrobiło to z Facewet oraz EC. Ale Marvel nie kradł z ich grupy docelowej, więc dominująca na rynku siła pozwoliła mu żyć. I któregoś dnia włodarze DC obudzili się z ręką w nocniku, gdy mały, niepozorny Marvel, zaczął dyktować warunki gry. Spider-Man to właśnie pierwszy superbohater skierowany do nastolatków, dlatego każda niemal jego adaptacji osadzona jest albo w liceum, albo na progu dorosłości. Chris Sims dokładniej pisze o tym w tym artykule.

Druga sprawa, że w Ameryce pisanie dla dzieci nie oznacza pisania dla dzieci, tylko pisania dla zmartwionych mamusiek, które gotowe są cię zlinczować, gdy tylko spróbujesz wrzucić coś, co mogłyby uznać za groźne dla zdrowia ich pociech. Dobry scenarzysta piszący dla dzieci nie traktuje ich jak idiotów, ale niestety, ich starzy - owszem. Albo raczej chcą usunąć ze świata swoich wszystko, co nie pasuje do ich poglądów. Nie skończyłoby się na pewno na przemocy. Nie stracilibyśmy tylko Sentrych rozrywających Aresów na pół, stracilibyśmy Aresów. Bo te same mamy, które by sięgały po komiksy dla rozwrzeszczanych maluchów, nie pozwoliłyby, aby bohaterowie ich pociech nie byli stuprocentowymi wzorami do naśladowania. To ci sami ludzie, który naciskali, aby z Myszki Miki zrobić nudnego, dobrego i potulnego do szpiku kości domatora, a na każdą próbę jego powrotu do korzeni, jako przebiegłego rozrabiaki, czy to w nowej kreskówce, czy w Epic Mickey, reagują świętym oburzeniem. Wiele postaci cofnęłoby się w rozwoju do swych korzeni, inne zniknęłyby kompletnie. Nigdy więcej Punishera ani Aresa jako cokolwiek innego, niż złoczyńca. Daredevil zredukowany do walczenia z komicznymi bandytami co numer. Nigdy więcej Thunderbolts, przygód Venoma, Deadpoola czy Elektry. Superior Foes i Baron Zemo sprowadzeni do roli przerysowanych złoczyńców, którzy nie mają żadnej głębi, by przypadkiem dzieci ich nie polubiły. Czy tego chcemy? Ja z całą pewnością nie. Bo jestem pewien, że z moich czterech ulubionych postaci z całego Marvela ani jedna by nie przetrwała. Black Tarantula, były latynoski gangster, pewnie byłby skazany na wieczne bycie złoczyńcą. Nico Minoru przestałaby pewnie istnieć, bo nie ma szans, by mamuśki kupowały dzieciom komiks o dziewczynie, która się tnie, buntuje przeciw swoim rodzicom (a mówimy tu o ludziach, którzy potępili Koralinę za to, że sprzeciwiała się Drugiej Matce) i jest gotką. Ares? Nie no, bądźmy poważni. Do widzenia szukający odkupienia i opiekujący się synem maniaku, witaj "Hot hell, I'm evil!". Surge, moja ulubiona postać z całego Marvela, pewnie też by zniknęła, ze względu na swoją przeszłość jako uciekinierka z domu i narkomanka, a do tego jeszcze określiła się kiedyś jako feministka, co by tylko sprowokowało tych ludzi jeszcze bardziej. Pewnie jakieś wersje tych postaci by istniały, ale prócz imienia nie miałby nic wspólnego z moimi ulubieńcami. Komiksów takich, jak X-Men: Legacy Spurriera, Hawkeye Fractiona, czy Journey Into Mystery Gillena, też byśmy nie zobaczyli, bo ani Legion, ani Kid Loki, ani Clint "I’ve only slept with it once, Kate" Barton, nie podpadaliby pod ich definicję "wzoru do naśladowania". A po za tym historie, gdzie bohater doprowadza do katastrofy, a złoczyńca wygrywa, nie są dobrym przykładem dla dzieci. I jasne, S_O może wyciągać przykład słynnego komiksu Stana Lee o narkotykach w Spider-Manie, ale zupełnie zapomina, że CCA nie zgodziło się na wydanie go - Lee postawił się tej organizacji i tylko dzięki temu te dwa numery ujrzały światło dzienne. Całe szerokie pole tematów ze sfer politycznych, seksualnych, religijnych, kryminalnych oraz dotyczących życia codziennego, zwyczajnie znajduje się nagle poza zasięgiem twórców. W najlepszym razie mogą o tym mówić, nie mówiąc o tym, jak w tych wszystkich kreskówkach, gdzie próbuje się zrobić odcinek o tym, jakie złe są narkotyki, ale nikt nie może użyć tego słowa i dzieciaki wiedzą tylko, że coś jest złe i nie należy tego próbować, ale nie wiedzą nawet co. Komiksy nie muszą dziać się w rzeczywistym świecie, aby przemawiać do ludzi. Ale powinny pokrywać cała rangę problemów i tematów, jakie zaprzątają ludzkie myśli. Nie chodzi o to, aby być realistycznym, ale przekonującym, szczerym i prawdziwym. Zakłamując rzeczywistość i udając, że w tym świecie nie istnieją pewne kwestie, jest pisaniem fałszywym, które tylko szkodzi dziełu.

I żeby nie było, że tylko jeżdżę po biedaku, zgadzam się z S_O, że większość materiału Marvela to w tej chwili puste wydmuszki, oparte na tanim szokowaniu oraz eksplozjach i scenach cynicznie wykalkulowanych na to, jakie są fajne. Taki jest każdy ich event od lat, czy to "Age of Ultron", czy to "Infinity", czy to "Fear Itself", czy to "Secret Invasion". Takie są w tej chwili tytuły o Avengers, czy to Uncanny Remendera, czy bezprzymiotnikowi Hickmana. A reszta to tania, wymuszona drama na poziomie reprezentowanym przez opery mydlane i WWE (wspomiane X-Men Wooda, Avengers Undercover). To jednak dalej system oparty na krzywej Gaussa - 10% wszystkiego to badziewie, 10% jest naprawdę dobre, a pozostałe 80% jest tylko boleśnie przeciętne. Zgadzam się jak najbardziej, że to źle, powtarzam to od dawna. Bo S_O ma racje, dla mnie superbohaterowie mają inspirować, nawet, jeśli nie są wzorem cnót (a nawet zwłaszcza wtedy) i powinni zmagać się bardziej z własnymi demonami, niż kolejnymi superzłoczyńcami, bo to o wiele ciekawsze od walenia się po mordach. Za te słowa jestem gotów kota namaścić olejkiem i nosić na rękach, śpiewając "Prince Ali" po hebrajsku.


Undercik: S_O chyba nie do końca chodziło o dzieciaków - dzieciaków, a bardziej dzieciaków - nastolatków. Nie oszukujmy się, średnia wieku wśród czytelników komiksów jest wyższa niż miało to miejsce w przeszłości. Nic w tym dziwnego skoro od lat '90 rynek zamknął się w enklawie specjalistycznych sklepów, przez co trudniej mu dotrzeć do nowego nabywcy. Tylko teraz pytanie. Czy chcemy głównie młodych czytelników, czy starać się zebrać nowe osoby, które na dłużej zwiążą się z branżą. Niestety, stawianie tylko na dzieci/nastolatków wiąże się z ograniczeniami o których wspominałeś. Gdybym miał syna/córkę, nie chciałbym, aby te oglądało Sentry'ego rozrywającego Aresa na kawałki, brutalne pojedynki, sceny o zabarwieniu seksualnym, czy po prostu czytało historie przedstawiające wątpliwą moralność, która może mieć negatywny wpływ dla młodego umysłu. Tylko, że oznacza to także ograniczenie tematów, interesujących starszego odbiorcę. O ile przesadne używanie zabiegów o których wspominałem, przeszkadza i mi, o tyle całkowite wycięcie tego typu rzeczy odejmuje realności tego świata. Pomysł trafienia do dzieci nie jest zły, tylko nie można skupić się na nim w 100%. Niestety wyniki sprzedaży Marvel Adventures (czy jak to tam się teraz nazywa) są praktycznie nieosiągalne, przez co ciężko mi wyrokować, czy Dom Pomysłów powinien rozszerzyć ich ofertę i w jaki sposób. Mimo to chyba warto spróbować i skorzystać z zainteresowania filmami czy kreskówkami ("X-Men TAS", "Spider-Man TAS", czy "X-Men: Evolution" to zresztą moje początki z Marvelem, nawet zaryzykowałbym twierdzeniem, że dla Marvela opłacalne było to, że Cartoon Network nie wyemitował ostatniego sezonu "Evolution", czy to, że pajęczy TAS miał otwarte zakończenie) i rozbudować linię tytułów all age. Tylko zostawmy przy tym komiksy dla starszego czytelnika. Jakoś w czasach o których wspominał Kot, potrafił powstawać psychodeliczny Dr. Strange, który miał grupę docelową wśród studentów, a nie wśród chłopców mijających punkty z prasą po drodze ze szkoły do domu. Chyba mamy takie samo podejście do tego tematu, poza nielicznymi różnicami, wynikającymi z osobistych preferencji.


Demogorgon: Potem S_O pisze o seriach solowych i… i nie za bardzo rozumiem dlaczego to tu trafiło. To obserwacja stanu rzeczy, interesująca, ale nie rozumiem, co ma do czegokolwiek. No, może tyle, że kolejni scenarzyści nie zadają sobie trudu, by przejąć supporting cast od poprzedników. Od tego można wyjść do jego kolejnego punktu, dotyczącego continuity. I o tym nie sądzę, bym miał coś do powiedzenia, bo była o tym ostatnia Naleśnikomania, gdzie chyba ten temat wyczerpaliśmy. Chyba nawet było coś do ideii zespołu specjalistów od continuity, chociaż ten pomysł brzmi mi jak bardzo trudny w wykonaniu. No chyba, że ty oczywiście masz coś do powiedzenia o continuity.


Undercik: Chyba poprzednie Naleśniki wyczerpały ten temat. Gdybym sam chciał się rozwodzić na ten temat, to pewnie zajęłoby mi sporo czasu. W skrócie to zgadzam się co do zespołu specjalistów, który wydaje się być świetnym pomysłem. Myślę, że możemy przejść dalej.

Demogorgon: A dalej S_O przedstawia dwie kolejne zmiany, po drodze wspominając też o trzeciej, której poświęca mniej uwagi. Mamy więc porzucenie iluzji, jakoby świat Marvel Universe był taki sam, jak nasz. Po drugie poważniejsze podejście do śmierci, bez ciągłych zmartwychwstań. I po trzecie, porzucenie comics book time. Każde z nich to dobry pomysł sam w sobie, jednak razem tworzą kombinację, która wcale nie działałby tak, jak chciałby tego kot. Bo mamy już podobne sytuacje we wspomnianym 2000AD. Magazyn ten dumnie ogłasza, że u nich raz zabity bohater do życia nie wróci. Widać nie dotyczy to złoczyńców, ponieważ arcywrogowie Nemesisa the Warlocka i Judge Dredda wracają raz za razem - Torquemada wyrwał się z objęć kostuchy tyle razy, że ludzie zaczęli czcić go jako boga, a Judge Death ma zmartwychwstanie jako swoją supermoc. Z bohaterami sprawa jest inna, a to, jak desperacko magazyn próbuje dalej zarobić na Stronium Dogu, po tym, jak Johnny Alpha kopnął w kalendarz, jest dobrym obrazem tego, co działoby się w Marvelu. Oto bowiem po śmierci głównego bohatera dostaliśmy historię o jego nieudanej próbie wskrzeszenia, a potem absolutny reboot, wedle którego obserwowana przez nas wcześniej historia była legendą, a teraz zobaczymy prawdziwą wersję wydarzeń. Ten ruch nie był dobrze przyjęty, więc 2000AD próbowało inaczej i zaczęło publikować historie osadzone przed śmiercią Johnny'ego. Nie wspominając już o tym, jak często podróże w czasie doprowadzały do gościnnych występów bohatera w Judge Dreddzie. Koniec końców wystartowali z nową serią przygód Alphy i stwierdzili, że jego śmierć nie miała miejsca. Obawiam się, że tak samo by było w sytuacji, jaką nakreśla nam S_O. Okej, czas płynie normalnie i czas, aby Punisher odszedł na emeryturę, a może nawet poległ, wykonując swą ostatnią misję. I założę się, że bardzo szybko dostalibyśmy kilka opowieści z czasów, gdy Frank był wciąż młody. W ogóle to upływ czasu wydaje się być problemem, który w tej sytuacji przestaje mieć znaczenie. Głównym powodem, dla którego ludzie chcą mieć upływ czasu jest właśnie to, że bez niego nie da się utrzymywać iluzji, że to dalej jest nasz świat. Bo niby jak, kiedy banda ludzi działa od 50 lat i uparcie się nie starzeje, a nawet młodnieje (niedawno się dowiedziałem, że w New Warriors vol. 5 Justice i Speedball mają tylko koło 18 lat). W chwili, gdy przestajemy udawać, że ten świat jest taki, jak nasz, nie jest to potrzebne. Możemy spokojnie powiedzieć, że wszystkie historie z tym bohaterem dzieją się w danym przedziale historycznym. Na ten przykład - historie o oryginalnej piątce X-Men to lata 60-te, o All-New All-Different to lata 70-te i 80-te. Generation X - lata 90-te, New X-Men i Generation Hope - 2000 rok do obecnie. Starsze wersje bohaterów mógłby się przewijać w nowych tytułach, jednocześnie mając swoje młodsze przygody. Judge Dredd, który upływ czasu jako jedyny w 2000AD stosuje, tak właśnie robi - przykładem niech będzie tu spin-off Cated Anderson, osadzony w czasach, gdy przyjaciółka Dredda przechodziła szkolenie. Niestety, widzę w takiej wizji dwie dziury. Otóż, po pierwsze, wymagałoby to już wyjaśnienia continuity, jakie ono było do tego momentu i zapewne zretconowania wielu historii. Jeśli przyjmiemy na przykład, że Punisher działał od zakończenia wojny w Wietnamie, do końca lat 90-tych, nagle wylatują jego gościnne występy w Daredevilu, Wolverine, Spider-Manie czy Runaways, oraz run Grega Rucki (przy czym widzę go w zmienionej formie, gdzie podstarzały Frank gra rolę mentora dla Rachel, oficjalnie zajmującej to stanowisko). Problemem drugim jest to, że mamy bohaterów, którzy się nie starzeją, albo starzeją wolniej. Thor, Wolverine czy Doctor Strange, na przykład. Podejrzewam, że gdyby tylko się pozbyć sliding timeline, nagle okazałoby się, że spowolnione starzenie się jest jedną z mocy Spider-Mana, daje je też serum super-żołnierza oraz mutacje Gamma, a Tony Stark przetestował na sobie pigułkę wiecznej młodości. Paradoksalnie, doprowadziłoby to do sytuacji odwrotnej od tego, co S_O mówił o supporting cast. Zamiast kłaść na te postacie większy nacisk, byłby on mniejszy, aby nie musieć radzić sobie z faktem, że gdy Mary Jane i Peppet Potts umrą, Tony Stark i Peter Parker nie postarzeją się fizycznie nawet o dzień. Postacie trzeciej ligii superbohaterów też są zagrożone - starzałyby się w czasie rzeczywistym, by pokazać, że upływa czas, a tymczasem wielkie gwiazdy trwałyby takie same. Byłby to wręcz koniec sidekicków i młodego pokolenia, nie ich rozkwit. No i koniec końców, gdy bohaterowie będą musieli umrzeć, zapewne za jakiś czas czeka nas reboot, a z nim całe ścisłe continuity, którego S_O chce, pójdzie, że tak powiem, kochać się ze zardzewiałym szpadlem.
A pomysł ze sprowadzeniem Milesa do 616 i zdegradowanie go do pomagiera Parkera to już zupełnie inny słój z robakami.


Undercik: Oderwanie 616 od naszego świata, to dla mnie chybiony pomysł. Przez takie zmiany nie mogłem sie odnaleźć w Ultimate, które porzucam po "Cataclysm". Zbieżność marvelowego świata do rzeczywistego to jedna z tych rzeczy, dzięki którym Dom Pomysłów zdobył popularność. Rezygnacja z tego to jak dla mnie krok w tył. Co do kwestii śmierci - rzeczywiście trzeba poważniejszego podejścia, gdzie zgon powinien mieć swoje znaczenie przez dłuższy czas, ale nie uniemożliwiać powrotu. Dobrym przykładem był tu Captain America, a złym Bucky jako Captain America. Śmierć tego pierwszego coś znaczyła, utrzymała się przez pewien okres i dała ciekawe konsekwencje. Winter Soldier natomiast praktycznie od razu został "wskrzeszony" i wydawał się być tylko obowiązkowym kopnięciem w kalendarz w evencie. Jeszcze gorzej wypadł Thor po "Fear Itslef", gdzie poza Fractionem wszyscy raczej olali nieobecność Asgardczyka. Twórcy po prostu muszą rozróżniać, kiedy czyjaś śmierć daje możliwości fabularne. Trzeba do tego po prostu podchodzić z wyczuciem. Za to upływ czasu powinien zostać taki jaki jest. Ja wiem, że S_O chce to ujednolicić z filmami, ale uważam, że mimo wszystko lepszym pomysłem jest stosowanie systemu znanego z Bondów, szczególnie, że mieliśmy już tak z Hulkiem czy War Machine.

Ludzie kupują Marvela dla postaci! To one są siłą Domu Pomysłów. Przeciez świat przedstawiony w komiksach to amerykańska mitologia, a brak upływającego czasu do jeden z jego atutów. Rezygnacja z popularnych postaci wiąże się z jednym - trzeba tworzyć lepsze komiksy, aby się sprzedawały. To dlaczego wolę kupić komiks od Marvela a nie od Image, wynika z tego, że lubię przeczytać dobry komiks z postaciami, które lubię niż po prostu dobry komiks. Poza tym o wiele łatwiej trafić do nowego czytelnika ze Spider-Manem czy Wolverinem, bo prawie każdy kojarzy go choć trochę. Owszem, można postacie zamieniać razem z filmami, ale mija się to z celem, bo musiały by one przechodzić podobną drogę co w filmach, przez co medium komiksowe byłoby ograniczone tym, że nie można dokonać jakiejś zmiany, bo w ekranizacji X będzie co innego. Zresztą wystarczy zobaczyć, ile się wydarzyło w 616 od premiery pierwszego Iron Mana (szalało wtedy "Secret Invasion"), a ile w Cinematic Universe. Już samych najazdów kosmitów było więcej, nie mówiąc o rządach złoczyńców, wojnie między superbohaterami, zamianie ludzi na Manhattanie w pająki, oblężenie Asgardu, czy całą masę wcieleń Avengers. Aż przytoczę zakończenie z "Niezwykłej historii Marvel Comics" Seana Howe'a:

"Lecz w pewnym momencie - choć trudno orzec dokładnie kiedy - ludzki mózg odmówił posłuszeństwa, nie mogąc pomieścić zbieranych przez kilkadziesiąt lat informacji. Dlatego też Uniwersum Marvela raz pędzi do przodu, raz się cofa, a innym razem próbuje objazdów. Adaptacje filmowe korzystają z wielu źródeł i inspiracji szukają w przeróżnych wersjach postaci Marvela, dorzucając co nieco od siebie, żeby dotrzeć do szerokiej publiczności, niejako wyperając "oficjalną" mitologię. Elastyczne i rozciągliwe rzeczywistości równoległe zaludniają kolejne wcielenia Kapitana Ameryki, Spider-Mana i X-Men, które tymczasowi opiekunowie przekazują sobie z rąk do rąk. Ich heroiczne przygody nigdy nie dobiegną końca."

I to właśnie jest dla mnie pięknem Domu Pomysłów. Ta współczesna mitologia, która nigdy się nie skończy. Zgony i powroty, ułuda realnego świata, brak upływu czasu. To wszystko wpływa na wyjątkowość Marvela. Drastyczne pozbycie się którejś z tych cech zabierze uroku. Czy sprawi, że sprzedaż wzrośnie/zmaleje? Nie wiem, ale będzie to inny świat, niż ten który pokochałem. Myślę, że gdyby zapytać ludzi dlaczego czytają Marvela, duża część odpowiedziałaby, że robi to dla postaci, zarówno tych znanych jak Spider-Man jak i mniej znanych jak np. Runaways w Twoim wypadku.

covercovercovercovercover
Okładki komiksów: Siege #2, Ultimate Comics: Spider-Man vol. 2 #1, Spider-Girl #1, New Warriors vol. 5 #1, Hawkeye vol. 4 #8


Demogorgon: No właśnie, to prowadzi do ostatniego już chyba punktu naszej dyskusji. Tego, w którym S_O zaczyna snuć odważne wizje wielopokoleniowego Marvela. I muszę zwrócić uwagę na to, co możecie przeczytać w linkowanym powyżej artykule - jak się zastanowić, to to nie jest zbyt klimatyczne dla Marvela. Ten świat zawsze był o "tu i teraz" - Peter Parker nie był Spider-Manem, on jest Spider-Manem. Wszystkie próby wprowadzenia następców w tym świecie okazywały się mniej lub bardziej tymczasowe. Prawda jest taka, że jednak motyw dziedzictwa o wiele lepiej robi i zawsze robiło DC, Marvel nigdy nie budował podstaw pozwalających tworzyć wielopokoleniowe tradycje. Jedynym chyba wyjątkiem jest Venom, ale nawet tutaj trudno mówić o jakimś przekazywaniu pochodni następnemu pokoleniu, kiedy symbiont trafił z rąk Eddiego Brocka, stworzonego w latach 90-tych, do Maca Gargana oraz Flasha Thompsona, obydwu trzydzieści lat od niego starszych. Poczucie wielkiej historii, tradycji i dziedzictwa to było coś, do czego DC, ze swymi ikonicznymi herosami jak Superman, było lepiej przystosowane i popełnili okropny błąd, pozbywając się tego elementu. Mavel próbujący naśladować DC sprzed "Flashpointu" brzmi zwyczajnie dziwnie. To chyba o czymś świadczy, że tak naprawdę sukcesy jako następcy odnoszą w Marvelu tylko postacie z alternatywnych rzeczywistości - Miguel O'Hara jako Spider-Man 2099, May Parker jako Spider-Girl i Miles Morales jako Ultimate Spider-Man, podczas gdy w DC mieliśmy w głównym continuity kilku Green Lanternów i Flashów oraz masę Robinów i Batgirl, a powroty do "klasycznych" nosicieli tego tytułu wywołały głównie złość czytelników. Wolałbym jednak, aby Marvel robił to, co robi dobrze, bo bezmyślne naśladowanie konkurencji, czy kogokolwiek innego, nikomu nie wyszło na dobre.


Undercik: Hej, cały wątek Bucky'ego jako Captaina America był świetny i gdybyśmy zostawili na stałe status quo, nigdy nie powstało by kilka tych naprawdę dobrych komiksów. Tak, Brubaker planował od początku, że Rogers powróci do świata żywych, ale na dobrą sprawę jego powrót do kostiumu Kapitana wynikał wyłącznie z tego, że miała miejsce premiera filmu, a Winter Soldiera trzeba było przesunąć w cień. Zresztą odzew fanów na te zmiany był raczej pozytywny. Dlatego byłbym przeciwnym całkowitemu kasowaniu dziedzictwa. Owszem, na stałe się to nigdy nie utrzymało, ale takie rzeczy pozwalają na ciekawe historie. Mamy przecież Young Avengers, Captaina America Brubakera czy obecnie Hawkeye'a Fraction. Dobre historie się po prostu obronią, ale i tak będzie to sytuacja tymczasowa. Wystarczy popatrzeć na X-Men, gdzie co 5 lat dostajemy nową generacje przyszłych X-Men, gdzie może jedna/dwie postaci będą mieć większą rolę w przyszłości. Dziedzictwo jest jak najbardziej ok, tylko, że ludzie nie chcą przy tym zniknięcia ich poprzednich ulubieńców. I znów dochodzimy do tego momentu, gdzie po prostu trzeba dobrze planować i przede wszystkim dobrze pisać. Bez tego powstaną takie potworki jak Alpha w Amazing Spider-Man. Tak właściwie wszystko ogranicza się do jednego - Marvel potrzebuje zdolnych twórców. Nie zawsze dobra rzecz się sprzeda, ale to oni zazwyczaj ciągną uniwersum. Ed Brubaker przebił się z tym nawet do kinowego uniwersum.


Demogorgon: Myślę, że w sumie wiele naszej krytyki można sprowadzić do tego, że zmiany tak drastyczne, jak proponuje S_O, mogłyby spowodować wprowadzenie nowych problemów w miejsce starych, często zupełnie innych, albo odwrotnych. Oczywiście, tak jest z każdą zmianą, nie chcę być tym zrzędą, która mówi, że jak teraz jest, to jest dobrze, a co nowego, to musi być złe. Celem tej krytyki jest raczej zwrócenie uwagi na ewentualne problemy, które, mam nadzieję, S_O będzie w stanie rozwiązać. Bo jego wizja, o ile możemy się z wieloma rzeczami nie zgadzać, jest głosem ważnym - głosem wskazującym na problemy Marvela i potrzebę ich naprawy. Mogę się wykłócać, ale wiem, że Dom Pomysłów będzie musiał zajać się tym prędzej, czy później. Głos kota jest głosem ważnym i mam nadzieję, że ta dyskusja będzie kontynuowana.

Z mojej strony to chyba wszystko, nie mam już nic ważnego do dodania. A ty?


Undercik: Zmiany są potrzebne. Co prawda Marvel nie kieruje się w stronę autodestrukcji, ale na pewno nie wykorzystuje 100% możliwości. Niech świadczy o tym to, ile osób po obejrzeniu ekranizacji komiksu Marvela sięga po pierwowzór. Jest ogromny potencjał w postaci widzów Cinematic Universe i w tym kierunki Dom Pomysłów powinien się rozwijać, jak słusznie zauważył S_O. Zresztą nawet jeśli nie zgadzam się z kotem w kilku punktach, nie zmienia to faktu, że to zawsze jakiś plan, który stara się zwiększyć zyski. O tym zawsze warto rozmawiać, ale najważniejsze, aby taką dyskusję odbyto w wydawnictwie. Możemy tu dywagować ile wlezie, ale dopóki ktoś z Marvela tego nie zauważy, to nie przyniesie to żadnych efektów. 

A nawet jeśli nikt z Domu Pomysłów tego nie przeczyta (co jest pewne w co najmniej 99%), to zawsze z takich dyskusji można dowiedzieć się rzeczy o funkcjonowaniu wydawnictwa, które pozwalają spojrzeć na branże z innej perspektywy.


Demogorgon: Myślę, że to dobre miejsce na zakończenie. Dziękuję ci za poświęcony czas.

A teraz co do tej podwyżki…
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.