Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #345 (01.04.2014)

avalonpulse0.png
Wtorek, 1 kwietnia 2014Numer 13/2014 (345)


To był wyjątkowo obfity tydzień, patrząc pod względem ilości wydanych komiksów. Czy zapewniło to również odpowiednią ich jakość? Gdy skończycie czytać ten numer Pulse'a, będziecie znali odpowiedź.

A+X #18
Gil: Nawet ciekawie wyszło to połączenie Kitty z Visionem. Było jakieś uzasadnienie, dzięki czemu nie było to takie przypadkowe, a i przeciwnik do nich pasował. Nawet szkoda, że takie krótkie to było, bo dam 6/10. Części drugiej znów nie czytałem.
jdtennesse: Ta seria powinna już się skończyć. Wprawdzie pierwsza część jest znośna, ale to już nudzi. Kitty i Vision w Murderworldzie trafiają na sztuczną inteligencję, która zyskuje świadomość (ale to już było…). Dają „mu” krótką lekcję człowieczeństwa i tyle. Cap i Cyclops kończą nareszcie swoje przygody i naturalnie wracają do punktu wyjścia. Tym razem nie dochodzi do bójki, ale do kłótni. Fajne, że swoją chwilę ma Tempus, i widać również pewną dokładność w ciągłości – SHIELD już wiedzą o umiejętnościach Evy i są na nie gotowi. Rysunki w obydwu historiach są ok. Ocena jest jaka jest dlatego, że komiks nie przeszkadza, ale też nie porywa. 5/10.

All-New Ghost Rider #1
Gil: Jak dla mnie, pierwszy problem z tym komiksem to okładka. Gdyby nie kusiła jedynką i nową postacią, pewnie nigdy nie zdjąłbym jej z półki. Nowy design twarzoczaszki Ghost Ridera jest paskudny i trudno mi rozróżnić jego elementy. Kostiumowe nawiązanie do oryginału to może miły akcent, ale strasznie kłuje w oczy nieprawdopodobnym zbiegiem okoliczności. Kolejny problem to założenie. Komiks jest najbardziej statycznym z wizualnych mediów, więc nie jest najlepszym pomysłem wykorzystanie w nim wyścigów samochodowych, bo samochody wychodzą jak statyczne bryły. Rysownik ma tu do dyspozycji ograniczony zasób środków – może zasypać kadry speedlinesami, nierealnie powyginać konstrukcję, albo stosować najdziwniejsze punkty widzenia – a i tak w efekcie końcowym nie będzie się czuło realnej dynamiki pojazdu. Tutaj motor miał o tyle przewagi, że odkryta postać jeźdźca ożywiała całość konstrukcji, podczas gdy w samochodzie nawet go nie widać. A jak już widać, to z rękami na kierownicy. No i trzeci zasadniczy problem jest natury merytorycznej: to już nie jest Rhost Rider, tylko Ghost Driver. Czyli, że co? Zło śmierdzące mułem i kupą? O dziwo nie. Komiks ratują niektóre elementy fabuły, które sprawiły, że bardzo przyjemnie mi się go czytało. Jakoś tak szybko polubiłem głównego bohatera i jego brata, a nawet dość łatwo przyszło mi się wczuć w sytuację, choć powinna być dla mnie egzotyczna. To kawałek dobrego i przyjaznego dla czytelnika pisania. Niestety, fabuła nie składa się z samych miodnych momentów, bo chwilami jest również dość przypadkowa. Ale mam ochotę zobaczyć, jak to się dalej rozwinie, więc na początek to już coś. Póki co, dam neutralne 5/10, bo jeszcze nie chcę wydawać werdyktu.avalonpulse0345c%20%5B1600x1200%5D.JPG
Krzycer: ...co? Oprawa graficzna prezentuje styl, który do mnie nie trafia, ale niektóre sekwencje wyglądają tak, jak wyobrażam sobie tripowanie po pejotlu, więc... plus dla artysty? Fabuła - szczątkowa - to w sumie połowa originu, tylko bez słowa wyjaśnienia czemu to wszystko się dzieje... Powiem szczerze, że nie wiem, jak ocenić ten komiks. Wydaje się dość unikalny na tle innych tytułów Marvela, przynajmniej wizualnie, ale coś mi mówi, że to nie jest komiks dla mnie. Do tego stopnia, że chyba nawet nie sięgnę po #2. Ale o tym numerze każdy powinien sobie wyrobić własne zdanie.
Lotar: Fajne rysunki, ale gęby fatalne. Wszystko już widzieliśmy 50 i więcej razy. Historia jak ze scenariusza do filmu, który celuje w Oskary. Koleś grzebał w tym aucie i nigdy nie zajrzał do bagażnika? Fajerwerki? Fajerwerki? Nie wychodzimy na dwór kiedy odpalają fajerwerki? To jest dobre jak opiekujesz się psem, a nie młodszym bratem. Jaki dzieciak chce siedzieć w domu, kiedy ma za oknem pokaz fajerwerków? Kurtkę pożyczył chyba od Bishopa. Przemiana Dana wyszła jakoś fajniej. Ocena: 3/6.
Demogorgon: O rany, to było dobre. To było @#$% dobre. To było super.
Jak, kurcze blade, Robbie to tak interesujący bohater. Bo jasne, są nastolatki z ich problemami, nie? Ale przy życiu Robbiego wydają się one tak strasznie małe. I widać, że on stara się być twardzielem, bo musi, bo nie ma wyboru, bo tylko on został jego bratu na świecie, a żyją w dzielnicy, gdzie rabunki i strzelaniny to codzienność. Ale jest jasne, że w środku skrywa się zagubiony dzieciak, zmuszony do zbyt szybkiej dorosłości. Przypomina mi Chase'a z czasów kiedy tego pisali dobrzy scenarzyści, a chłopaki na 4chanie zauważyli też podobieństwa z postaciami Blue Beetle oraz Vibe z DC (trudno mi to ocenić bo żadnego nie znam). I jest bohaterem, który ma prawo zawalić i to zawalić w poważny sposób, a zdawszy sobie sprawę z poważnych konsekwencji, wziąć i spanikować.
Już mi się podoba styl pisania Smitha, taki bardzo do rzeczy, bez zbędnych ekspozycji, przekazujący informację często tym, o czym nikt nie mówi. Jak rodzice Robbiego i Gabe'a. Kurcze, mam wrażenie, że nauczyłem się czegoś nowego o pisaniu z lektury.
A tak po za tym, napiszę porównanie tego komiksu z Ms. Marvel #1, wydaje mi się, że wyciągnę z tego coś ciekawego. Nie na Avalon, wy poczekacie aż originy obojga się skończą. Jakbym zapomniał, przypomnijcie mi.
A teraz pomówmy o rysunkach. I o rany Julek, jeśli te nie są piękne. Jakie to wszystko płynne, w jakim ruchu, jakie niemalże uciekające z kadru. Sceny wyścigów i sceny jak Robbie walczy z członkami gangu dosłownie żyją w rękach. A transformacja, scena jak jego głowa pali się, najpierw skóra a potem mięso? Prawdziwie, tylko rysownik Strange Talent of Luther Strode mógł nam dać coś tak odrażająco pięknego.
Soundtrack: Uciekaj. Ale na ostatnie strony wrzuciłbym Hollowed
Rodzyn: Kolejny, obok Ms. Marvel, świetny debiut nowego bohatera. Klimat zdecydowanie inny, ale równie interesujący, czego dużą zasługą są rysunki Moore'a, którego uwielbiam od kiedy przeczytałem mini z Lutherem Strode. Scenariusz równie dobry, ale czekam aż zobaczę nowego Ghost Driv... *ekhm* Ridera w akcji, chociaż jego codzienne sprawy wydają się równie intersujące, tak samo jak w przypadku Kamali.

All-New X-Factor #5
Gil: No, wreszcie! Trochę to trwało, ale dotarliśmy w końcu do punktu, w którym drużyna zaczyna pokazywać, że ma swoją chemię i unikalny feeling. To właśnie takie poranki przy kawie sprawiały, że chciało się czytać X-Factor i że znów mi się chce. Bardzo fajne dialogi, bardzo fajny humor sytuacyjny i świetne podejście do Danger. Również po raz pierwszy w tej serii mamy interesujący konflikt i mam nadzieje, że tym razem nie zamknie się on w dwóch numerach, żeby tylko doczepić brakujących członków do teamu. Jesteśmy na dobrej drodze, więc teraz byle ten trend się utrzymał. Na zachętę dam solidne 7/10.
Krzycer: Mógłbym zacząć od tego, że Danger PADa jest jakaś out-of-character, ale PAD dał sobie wymówkę w postaci tego magicznego prania mózgu które przeszła, więc nie bardzo mam podstawę by się czepiać. Poza tym: złośliwości Quicksilvera wciąż mnie bawią, pytania o prawdziwe motywacje Serval Industries wciąż mnie interesują (choć ten numer nie przybliża nas ani o krok do odpowiedzi), no i nadal jest to komiks z jedną z moich ulubionych postaci (Gambit) w rękach jednego z moich ulubionych scenarzystów. Więc nawet, gdy numer niczym się specjalnie nie wyróżnia, ani na plus, ani na minus - tak jak ten - jestem zadowolony.
Rodzyn: Narzekałem przy okazji poprzedniego numeru, że nie podobał mi się sposób w jaki Danger dołączyła do drużyny. Teraz nie ma to już dla mnie znaczenia, bo jej obecność w tym numerz jest największym plusem. Kolejnym są oczywiście interakcje między bohaterami, ale do tego PAD nas przyzwyczaił. Drużyna powoli nabiera ostatecznego kształtu i choć nie znam historii Warlocka i Douga, wydaje się ona interesująca i czekam na to, co ciekawego wyniknie z ich pojawienia się w tej serii.
jdtennesse: Nowa historia, „nowa” postać, nowy wróg. Powiew świeżości, ale nie dzięki tym nowościom, ale przede wszystkim dzięki fajnemu początkowi, gdzie ludzka strona postaci odgrywa pierwsze skrzypce. Zespół zaczyna się ze sobą zgrywać, docierać, tu przede wszystkim słownie, ale i tak dobrze to wypada. Z kolei Danger zaskakuje, a przede wszystkim jej cięty i ironiczny język. Pojawienie się Magusa, Warlocka i Douga na końcu numeru zapowiada nadejście kolejnego członka zespołu. Czy będzie ciekawie zobaczymy, ale podejrzewam, że sprawdzi się korzystanie z wypróbowanych postaci. Rysunki przeszkadzają coraz mniej. 6/10.

Amazing X-Men vol. 2 #5
Gil: Nareszcie skończyli to piratowanie… No i, jak można było się spodziewać, Elf powrócił do żywych. Chociaż, technicznie rzecz biorąc, skoro ma nowe ciało, zrobione z Bamfów i zaprzedał duszę, to czy nadal jest Kurtem? Ale i tak pewnie nikt się dwa razy nad tym nie zastanowi… Najważniejsze, że uporali się z podwalinami tej serii, więc może teraz wydarzy się coś bardziej konkretnego i przyziemnego. Dam więc neutralne 5/10 (bo nie chciało mi się szukać dziur w fabule) i poczekam na drugą odsłonę.
Krzycer: ...i już? Poza tym: serio? To jest ta wielka rewelacja? Przecież Aaron podłożył ten wątek z duszą w sposób tak boleśnie oczywisty te dwa czy trzy numery temu, że... Eh.
Sama scena powrotu Kurta do życia wyszła ładnie (...tylko nie zadawajmy trudnych pytań o ten zlepek plastelinowych bamfów), szkoda, że finałowa walka z Azazelem była bardzo taka sobie. I co się z nim właściwie stało w końcu?
jdtennesse: Niestety, stało się to, czego można się było domyślać, a zarazem czego nie chciałem. Kurt wrócił na dobre. Oczywiście, na pewno będzie zmieniony, można również powiedzieć, że to nie ten sam Kurt – ciało złożone z Bamfów, brak jego duszy… No właśnie, kiedyś Ororo i Kurt byli sercem i duszą X-Men, a teraz… Nie jestem zadowolony z zakończenia tej historii. Ale cóż, teraz może coś zacznie się dziać, to znaczy seria nabierze sensu i celu, miejmy nadzieję, że będzie dokądś zmierzać, skoro mamy już głównego bohatera. A może nie, w końcu kurt rusza z własną serią… Dlaczego nie cieszę się z powrotu Kurta? Bo znowu – nikt w Marvelu nie umiera…na długo. 5/10.

Avengers vol. 5 #27
Gil: To chyba najlepsza jak dotąd część tej historii i to głównie za sprawą dwóch Bannerów. W ich rozmowie było coś bardzo fajnego, co przypomniało mi hickmanowe pogadanki popaprańców z Manhattan Project. Pojedynek między Avengers również okazał się ciekawszy, niż się spodziewałem, aczkolwiek muszę zauważyć, że repulsory Iron Mana chyba nie działają w ten sposób. Ale to chyba można zwalić na rysownika. Nie do końca podobały mi się tylko fragmenty z AIM, bo czegoś mi w nich brakowało, chociaż nie bardzo potrafię dokładnie stwierdzić, czego… W każdym razie, mogę znów dać 7/10, chociaż jeszcze z dolnego zakresu.
Krzycer: Ble. Wciąż dyrdamy o alternatywnych Avengerach, wciąż cała historia służy tylko wprowadzeniu do gry super-super-adaptoidów (...którzy wyewolują w Mapmakerów? To jedyny sens, jaki w tym widzę), wciąż jest to cholernie nudne. Jakby Hickman się przyłożył mógłby to wszystko zrobić w jednym numerze, a tak - marnuje tylko czas. Swój i czytelników.

Avengers Assemble #25
Gil: O, skończyło się. Tak trochę nagle... To znaczy, historia dobiegła końca, owszem, ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że powinna mieć przynajmniej jeden numer. Zabrakło charakterystycznego dla poprzednich części humoru, epilog został ścięty, a finalny pojedynek mocno skrócony. No i mamy dwóch rysowników, co tylko umacnia moją teorię, że dwa numery zostały wciśnięte w jeden. Mimo wszystko, było całkiem nieźle, bo wydarzyło się wszystko, co powinno. Coś z dynamiki poprzednich zeszytów udało się zachować i jakoś to się wszystko klei do kupy. A zmiana rysowników momentami pomagała, a momentami… nie. Za to wierszyk pani Konikowej na koniec był sympatyczny. Spokojnie może być 6/10.
Krzycer: Sympatyczne zakończenie sympatycznej historii. Szkoda, że Kelly Sue nie wpadła na to, by uczynić Anyę centralną postacią na początku swojego runu. Mogłaby ściągać od najlepszych i prezentować Avengers oczyma współpracującej z nimi, młodej bohaterki (tak jak to Claremont robił z Kitty Pryde), wtedy miło wspominałbym cały run, a tak - właściwie z całej serii, wliczając w to pierwsze numery Bendisa, uwagi godna jest tylko ta ostatnia historia.
Rodzyn: Do tego tytułu zajrzałem tylko dlatego, że Ellis dołączył do grupy twórców, chociaż jak sam twierdzi, miał mały wpływ na całą historię. Wydała się ona jednak na tyle interesująca, że szkoda końca serii. Wprowadzenie Spider-Girl do drużyny byłoby niezłym pomysłem, chociaż nie koniecznie w tytule skupiającym się głownie na niej. Końcówka jej team-upu z Avengers nie była już aż tak dobra jak poprzednie numery, może ze względu na brak większych interakcji z poszczególnymi członkami zespołu i mniejszą dawkę humoru. Podsumowując całość: przyjemna lektura i chyba zapoznam się z wcześniejszą historią tej Spider-Girl (warto?), czekając na jej kolejny występ.

Captain America: Homecoming (one-shot)
Gil: Eee… co to miało być? Nie no, serio się pytam! Mam wrażenie, że powinno się znaleźć pod szyldem Marvel Age, ewentualnie jakiegoś filmowego prequela… Chociaż równie dobrze mogłoby być dodatkiem do kubełka w KFC, albo płatków śniadaniowych. Po prostu poziom tego komiksu sięga wybrzuszenia na dywanie. Jakiś cwaniak opanowuje całą dzielnicę i dostajemy wariant sztuczki „ilu clownów zmieści się w maluchu”. No i niestety nic poza tym. Trochę martwi mnie fakt, że pop dłuższej nieobecności, Fred van Lente wrócił z czymś takim, bo miałem nadzieje na wielki powrót. Grummet również poniżej zwyczajowego poziomu. Coś tu zdecydowanie nie wyszło, więc dostanie tylko 2/10.

Deadpool vol. 3 #26
Gil: Zaczyna się od całkiem fajnego nawiązania do sceny z filmu Upadek, a potem robi się już czysto deadpoolowo, co w tym wydaniu oznacza: już tylko gorzej. Co prawda, pomysł z podróżującym w czasie Hitlerem sam w sobie jest fajny, ale spartolili wykonanie i zupełnie mnie nie kupiło to, co zaproponowali. A dałoby się z tego zrobić sto lepszych komiksów. Cóż, przynajmniej zapunktowali tym początkiem, więc zamiast zwyczajowej trói, będzie tym razem 4/10.

Guardians Of The Galaxy vol. 3 #13 (ToJG Part 6)
Gil: Hm… nawet ciekawie się skończył ten cross. Spodziewałem się, że Bendis będzie szukał pretekstu, żeby jak najszybciej podnieść młodą Jean do poziomu Phoenix, więc pozytywnie mnie zaskoczył, obierając inny kierunek i wprowadzając do postaci coś zupełnie nowego. To dość ciekawy pomysł, bo jednocześnie nawiązuje do różnych rzeczy, które już o niej wiemy i oferuje coś innego. Ciekaw jestem, co będzie dalej. Dostajemy też wstęp do solówki Cyclopsa, który już jest mniej fajny, bo ogranicza się właściwie do „to ja idę z nimi, nara”. Sami Guardians nie mieli tu wiele do powiedzenia, poza dostarczaniem comic relief, ale nieźle się sprawdzili w tej roli. No i jeszcze dostaliśmy dość zaskakującą końcówkę z Peterem i Kitty. Fajnie wyszły też rysunki, zwłaszcza twarze. Ostatecznie, na fali pozytywnego zaskoczenia, mogę dać nawet 7/10.
Dzizys: Zakończenie historii wypadało jak dla mnie najlepiej z całości. Jedyne do czego mogę się doczepić i co wydawało mi się mega dziwne, to to cała fuzja zdolności Jean dająca jej niezłego boosta, trochę jest to z d**y wzięte. Także jako, że jestem do tyłu zapowiedziami decyzja Scotta na koniec numeru mnie zaskoczyła. Dobrze też wypada gadka Scotta do Gladiatora, a najbardziej uradowany jestem z chemii miedzy Star Lordem, a Kitty, mam nadzieje że Bendis pociągnie ten wątek. Za numer 7/10, za całość 6/10 i to głownie za relacje między drużynami.
avalonpulse0345d%20%5B1600x1200%5D.JPGKrzycer: No, ostatni numer crossa, czas ruszyć fabułę! Myślałby kto. Nie, czas na jeszcze jedną bijatykę. I trzy strony fabuły.
Power-up który dostaje Jean jest strasznie dziwny (choć końcówka sugeruje, że być może jednak chodzi o Feniksa?) - zarówno w kontekście tego, jaką mocą oryginalnie dysponowała nastoletnia Jean, jak i w ramach tej historii. Bo co, moc pojawiła się, bo Oracle rozmawiała z Jean telepatycznie? Wot?
Trochę dziwne są również jaja Cyclopsa, objawiające się dobre dziesięć lat wcześniej niż u oryginału, ale ja tam zawsze lubiłem Cyclopsa pobrzękującego cojones, więc ta scena mi się podobała.
Dla odmiany, czytając końcówkę - a konkretnie pożegnanie Kitty ze Star-Lordem - dalibóg, czułem się jakbym czytał jakiegoś fanfika. Nie od dziś wiadomo, że Bendis ma fizia na punkcie Kitty, ale... No, dziwnie to wyszło.
Frosty: No i koniec...
Komiks nie wypadł źle, chociaż są sceny, które po prostu mi się nie podobają.
Zacznę od potężniej Jean Grey, która połączyła swoje moce w jedną... No mój boże! "Aż mnie ciarki przeleciały". Zastanawiam się na tym, bo wygląda wręcz to idiotycznie. Prędzej przypomina astralną formę, niż jakiekolwiek wiązania. Niby nie Phoenix, a troszkę nim zalatuje. Decyzja Cyke mnie nie poruszyła, ale złość rudej tak. Lord and Pryde... trochę przesadzone. Wyobrażałem to sobie inaczej. Liczę, że coś z tego wyjdzie. Ocena: 5/10.
Lotar: O mamo, ale to było słabe. Idealne podsumowanie całej historii. Zwijamy się, bo już na nas pora. A ten cały Gladiator wyszedł na straszną pipkę, na którą może się wydrzeć byle glut z Ziemi. Cały ten wyskok Cyclopsa wyszedł strasznie żenująco. Zapomniał dodać "bo cię ugryzę". Czy on w ogóle powinien mieć pojęcie o tych wszystkich rzeczach na które się powoływał? Nawet jeśli tak, to zabrzmiało to wszytko bardzo sztucznie. I jeszcze to przesłanie, że już za minutkę wyskoczy nam Phoenix, a może raczej jakiś gumowy kurak? Aaa, i ten cały wypad z tatuśkiem. Jakie to głupie... Niech te smarki znikną mi już z oczu, albo niech się okaże, że nie są tym za kogo ich mamy. Zaczynam przypuszczać, że Bendis to nieślubne dziecko Leoba. Ocena: 2/6.
Undercik: Bendis zawiódł jeśli chodzi o fabułę, która mogłaby się zmieścić w dwóch zeszytach, a do tego nie porwała. Poza tym Jean w różowym stanie wydaje się słabym pomysłem. Ale te relacje. To prowadzenie postaci. Ta chemia między nimi. To jest genialne. Ten komiks czyta się fenomenalnie i wszystko wygląda naturalnie. Kurdę, czerpię z tego taką przyjemność, że nie jestem w stanie ocenić tego negatywnie, mimo widocznych wad.
 
Hawkeye vol. 4 #18
Gil: Lubię Kate. Nawet więcej – bardzo lubię Kate. Ale nie trawię jej w rękach Fractiona i wkurza mnie, że koniecznie próbuje z niej zrobić przeciwwagę dla Madame Mask. Bardziej drażni mnie chyba tylko ten na poczekaniu sklecony supporting cast. Nigdy nie zrozumiem zachwytów nad tą serią… Dla mnie to jest mech i porosty, a kiedy nie rysuje Aja, to najwyżej 3/10.
Rodzyn: Nie mam zbyt wiele do napisania o tym numerze: jest równie dobry co reszta zawierająca przygody Kate, wciąż brakuje Aji, chociaż Wu jest bardzo dobra, no i czekam na ponowne połączenie sił przez Kate i Clinta.

Indestructible Hulk #20 (Final Issue)
Gil: Aha, okej. Aż do samej końcówki tylko tyle można powiedzieć o tym komiksie. Generyczny złoczyńca próbuje zrobić coś ywil, więc wpada Hulk i go smashuje. No i jeszcze ten jego asystent się plącze w tle. Tylko to zapowiadane bohaterskie poświęcenie chyba gdzieś przegapiłem… Najważniejsze wydarzyło się na ostatniej stronie. Nie powiem, co, ale jest to bardzo skuteczny cliffhanger i właściwie tylko tym kupili dość mojego zainteresowania, żeby sięgnąć po ciąg dalszy. A za ten numer dam najwyżej 5/10 i pewnie szybko zapomnę.
Rodzyn: Ostatni numer serii, ale już nie koniecznie koniec tej historii. Dziwi mnie restart tego tytułu, zwłaszcza, że Waid dalej to będzie pisał. No trudno, napiszę pewnie coś więcej o tym przy okazji nowego #1. Jeżeli chodzi o historię w tym numerze, to podobnie jak przy okazji "Avengers Assemble" zakończenie jest odrobinę rozczarowujące, w porównaniu do poprzednich zeszytów. Patrząc na to co pojawiło się do tej pory, wydaje mi się też, że Waid nie wykorzystał do końca motywu "Hulk niszczy, Banner buduje".Zapowiadało się coś innego, może nowa seria będzie miała oczekiwany wtedy przeze mnie klimat.

Iron Patriot #1
Gil: Jakoś tak im więcej tych nowych jedynek wychodzi, tym słabszy jest ich poziom. Zwłaszcza tam, gdzie są to kolejne wcielenia znanych już postaci. Rhodes nie sprzedał się jako War Machine, ani jako Iron Man 2.0, więc teraz próbują nam go wcisnąć w wersji z gwiazdą na żelaznej piersi. Mi bardziej się podobało jedno z wcześniejszych wcieleń, natomiast tutaj miałem ogromny problem ze znalezieniem czegokolwiek interesującego. Na tyle duży, że chyba sięgnę po następny numer tylko po to, żeby przekonać się, czy czegoś nie przegapiłem, bo nie znalazłem nic. Za dużo jest gadania, a za mało w nim treści. Potem parę przebitek z akcji, z których nic nie wynika. A potem niby jakiś problem, którego nie dostrzegam. Dam mu jeszcze szansę, ale pierwszego wrażenia nie zrobił, więc odstanie najwyżej 4/10.
Krzycer: Niby ma to wszystkie cechy porządnego czytadła - jest bohater, jest obsada drugoplanowa, jest tajemnicze zagrożenie... Ale jakoś mnie to wszystko znudziło. Ten flashforward na początku był kompletnie niepotrzebny, bo do końca numeru nie wyjaśnia się, jak niby miałby się łączyć z tym, co widzimy później, więc marnował tylko miejsce i rozmywał przekaz.
Rodzyn: Na początek - rysunki. Przypominały mi te z obecnego Punishera, ale to jednak nie ten sam artysta. No i trzeba dodać, że tu jest jednak gorzej. Do tego komiks trochę przegadany, a po dobrym pierwszym numerze Secret Avengers, myślałem, że i tu Kot da radę. Ale jakkolwiek by nie było, podoba mi się pomysł Kota na Rhodesa i zostałem zachęcony do sięgnięcia po kolejny numer.

Marvel Knights: X-Men #5
Gil: Zdiagnozowana wcześniej przypadłość serii spod znaku MK objawia się także tutaj. Może i sporo się działo, ale nic się nie stało. Ani same wydarzenia, ani zakończenie nie miały wpływu na nic. Tutaj zaczęło się nieźle, ale bardzo szybko straciłem zainteresowanie i do końca już tylko się ślizgałem. Przez to trochę ciężko mi wystawić rzetelną ocenę, więc dam 4/10, które oznacza, że do mnie nie trafiło.
Krzycer: Ojej. A tyle chwaliłem tę mini przez pierwsze trzy numery. Ostatecznie niby wszystko jest na swoim miejscu, ale w tych dwóch ostatnich numerach autor ogłupił bohaterów, kazał im przeżywać rozterki z lat 80, z którymi dawno temu się uporali, a na dodatek wrzucił wszystkich w chaotyczną bijatykę z fantomami. Kompletnie niepotrzebną, i aż żal, bo wcześniej ładnie zagęścił intrygę, wrzucił sporo wątków... Z których to wątków ostatecznie niewiele wyszło, bo w chaosie chaotycznej bijatyki nie było jak z nich korzystać.
A, no i ostatecznie zdradził się do końca ze swoimi claremontowskimi inspiracjami, tj finał składa się z ogromnych słowotoków.
Ale to wciąż najlepsza z tego rzutu Marvel Knights. Chyba. Hulkowej ostatecznie nie doczytałem (co też o czymś świadczy).

New Avengers vol. 3 #16
Gil: Kolejna ciekawa koncepcja z długiej serii. Aczkolwiek chciałbym wiedzieć, czy akcja przyspieszy trochę w końcu, czy też tytuł będzie coraz bardziej zbaczał w stronę Exiles i skupiał się na obserwowaniu kolejnych alternatywnych światów. To mogłoby być fajne, ale jako jakiś spin-off, bo akurat w tej serii oczekuję czegoś innego. Mam trochę mieszane odczucia wobec Not Justice Society, bo z jednej strony jest to trochę zbyt oczywiste nawiązanie do konkurencyjnego Earth 2, ale z kolei z drugiej strony to trochę całkiem fajna incepcja, bo przez upodobnienie do wyżej wymienionego targa sobie ze Squadronu Supreme, który z kolei targał z Justice League, a ta dziedziczyła po Society. To tak przewrotnie zakręcone, że aż fajne. A jak się jeszcze zaczniemy zastanawiać, czy Sun God to Sentry, a jeśli tak, to kim są pozostali...? Kablam! Brain roseyeahbunny! Nadal jednak czekam na coś solidniejszego i powrót Strange’a. A tymczasem dam mocne 6/10.
Krzycer: Serio? Cały numer na alternatywną Ziemię? Znowu? W dodatku tak alternatywną, że aż miałem wrażenie, jakby Hickman się zapędził i zapodał jakąś wariację na temat superbohaterów DC albo The Authority albo... No, to przestało przypominać jakikolwiek ze znanych mi światów Marvela.
(Ubranie w czerń bohatera imieniem Wayne i wrzucenie go do zespołu z "Sun Godem" pewnie nie pomogło. Po co to wszystko?)
Aaaa, to jest jakiś alternatywny Squadron Supreme? Który sam w sobie był odpowiedzią Marvela na Justice League? Chyba?
New Avengers było dotąd moim ulubionym Hickmanowym tytułem o Avengers, bo autor nie zapominał o postaciach w obliczu całego tego zamętu - i tutaj klamra narracyjna z dogryzającymi sobie Pantherem i Namorem wciąż jest fajna - ale od Infinity coraz bardziej się pogrąża w swoich wizjach. A ja kompletnie tracę zainteresowanie.
Demogorgon: Wiecie, ja lubię kreskówkę Ligi Sprawiedliwych, naprawdę. Ale kiedy czytam komiks New Avengers, to oczekuję komiksu o New Avengers. A nie komiksu o Namorze i T'Challi oglądających Ligę Sprawiedliwych.

Revolutionary War: Omega (one-shot) (RW Part 8)
Gil: I się skończyło. A rewolucji jak nie było, tak nie ma… Ostatecznie okazało się, że potrząsnęli tylko pudełkiem z brytyjskimi herosami, żeby otrząsnąć ich z kurzu, a potem znów odstawić na półkę. Czy rzeczywiście? Gillen już wykorzystał Dark Angel w Iron Manie, więc jest szansa, że czasami gdzieś ich zobaczymy od czasu do czasu, przynajmniej póki komuś będzie na tym zależało. A tak naprawdę, to jedyna ze wspomnianych tu rzeczy, jaką chciałbym zobaczyć, to mini z przygodami dwóch Death’s Headów. Reszta to głównie mech. Historia z Killpowerem wygląda jakoś znajomo, a zakończona zostaje zdecydowanie zbyt szybko, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że nie było tu większego planu. Natomiast w tle znalazłem parę fajnych smaczków, z przypisaniem wszystkich zasług Guardians of the Galaxy na czele. Cóż, nie było rewolucji, ani rewelacji, ale jednak 6/10 mogę dać.

Savage Wolverine #16
Gil: Pas. Richard Isanowe powinien zostać przy swojej robocie, bo pisanie nie jest jego mocną stroną. Nie daje rady zainteresować treścią, więc tylko kumuluje kolejne brutalne sceny, żeby czymś przykuć uwagę. Strona graficzna jest może dobra, ale to za mało. Dam 3/10 i daruję sobie konkluzję tej historii.

Silver Surfer vol. 6 #1
Gil: Zdawało mi się, że wziąłem pierwszy numer nowego Surfera, ale ktoś mi chyba zapakował parodię Doctora Who w wersji z Futuramy. Serio! Zawiązanie fabuły jest zupełnie jak z losowego odcinaka Futuramy: to teraz polecimy tam, żeby coś zrobić i SRU! dowalimy czymś absurdalnym od czapy. Z kolei wprowadzenie towarzyszki to coś prosto z Doktorka i w dodatku zawiera wiele podobieństw do Amy i Clary. Dużą przeszkodą są dla mnie rysunki Allreda, bo to po prostu całkowicie nie mój typ. Nie dość, że ostatnio kojarzą mi się z tragiczną FF, to w dodatku ich specyfika sprawia, że automatycznie włącza mi się tryb odbioru kreskówek. I to chyba tyle, co mogę napisać o otwarciu tej serii. Scharakteryzować mógłbym je tylko starym rodzinym przysłowiem: spłynęło po mnie, jak woda po kaczce. Może niektóre elementy mogłyby z czasem mi się spodobać, ale jakoś brak mi przekonania i ochoty, żeby ten czas poświęcić. Ale, żeby było uczciwie, dam 4/10.
Krzycer: ...niby wiedziałem to już po point one czy gdzie to było, ale musiałem się przekonać na własne oczy. No i się przekonałem - to nie jest seria dla mnie.
I nie wiem, czy to przemożny wpływ Allreda, ale bardziej niż komiksy Slotta przypominało mi to komiksy Fractiona.
Undercik: Wow. Jestem pod wrażeniem. Niesamowitym wrażeniem. To było naprawdę dobre. Może dopiero w pewnym momencie odnalazłem się w tym numerze, ale gdy to nastąpiło, komiks kupił mnie kompletnie. To nie jest standardowy Slott, nie chcę od razu wyrokować, że to zasługa Allreda, ale ten komiks czytało mi się inaczej niż to co zazwyczaj prezentuje Dan. Ba. Inaczej niż każdą pozostałą pozycje z Marvela. To co było wiadome od początku – Surfer czerpie mocno z Doctora Who, jest jak dla mnie ogromnym plusem i niezwykle mi się podoba. Ładna klamra narracyjna, kilka tajemnic i jestem zainteresowany. Czekam na kolejny numer komiksu, który mnie kompletnie nie interesował, a sięgnąłem po niego z rozpędu. To chyba najlepszy pierwszy numer z All-New Marvel NOW i jeśli nic się nie zmieni, to wydanie zbiorcze zamówię od razu.
Rodzyn: Przerywałem czytanie tego numeru chyba trzy razy, bo jakoś nieszczególnie interesowała mnie jego zawartość. Gdy już w końcu dotarłem do końca, muszę stwierdzić, że nie jestem przekonany do tej serii, mimo niesamowitych rysunków Allreda. O wiele ciekawsze wydały mi się fragmenty z dziewczyną, niż te z Surferem, i to dla niej zajrzę do kolejnego numeru, bo sama historia nie zapowiada się na razie na coś ciekawego.

avalonpulse0345e%20%5B1600x1200%5D.JPG Superior Spider-Man #30
Gil: He’s baaaack! Dobra wiadomość dla tych wszystkich, którzy tęsknili za poczciwym, starym Piotrusiem – gorsza dla tych, którzy zdążyli polubić Ottona w tej roli. Trochę ku swojemu zdziwieniu odkryłem, że chyba jednak zaliczam się do tej drugiej grupy, bo jakoś nie przyjąłem tej informacji z entuzjazmem. Może jest trochę prawdy w tym, że kiedy Otto zorientował się, jak jest głęboko ad rectum, tak po prostu się poddał... W końcu nie raz tak robił – rozkręcił jakiś wielki plan, a kiedy zorientował się, że wygrana wymaga zbyt wiele wysiłku, sam sabotował swoje zwycięstwo. No i nawet fajnie to wyszło, gdy w końcu zdał sobie z tego sprawę. Tylko szkoda, że przedstawili to w tak ckliwy sposób. Właściwie obu panom brakuje wyraźnej motywacji i wygląda to trochę tak, jakby wszystko wzięło się z przypadku, bo akurat teraz Piotrek się ogarnął, a Otto miał moment słabości. No, ale przynajmniej taki obrót spraw pozostawia nas z ciekawą sytuacją, bo jest teraz milion interesujących sposobów na rozegranie powrotu jedynie słusznego Pajęczaka (i drugi milion, żeby to skaszanić, ale to już inna sprawa). Do tego, historia z Goblinami również dostaje mały popych w postaci sugestii, że za wszystkie sznurki pociąga Liz Allen. Ech, wszędzie te gendery...:P Ale cóż, i tak byłem blisko. Ogólnie nie jest źle, ale ja bym to rozegrał inaczej. A za całokształt mogę dać nawet 7/10.
Krzycer: O. Ok, takiego powrotu Parker-Pająka nie przewidziałem. To w sumie ładne rozwiązanie, i ciekawsze od ponownego starcia umysłów. Do tego Slott doprowadza do logicznej konkluzji inne wątki, jak burmistrzostwo Jamesona. Zaczynam się łudzić, że wielki finał Ośmiornicopająka przyćmi niedociągnięcia tego runu. Ale jeszcze zobaczymy.
Xavier83: Zamówiłem sobie ten zeszyt w ostatniej chwili i jestem zachwycony ! Jednym słowem: AMAZING. Aż sobie zamówiłem u Lexa poprzednie numery tej historii, bo mnie to wciągnęło. Podobał mi się również tekst Goblina w tunelu, że wariant "z mostem" już przerabiał i pora na odmiane. Zobaczymy co przyniesie finał.
Undercik: Ten numer był zaskakujący. Mieliśmy prawdziwe odkupienie Otto i dopiero teraz poczułem, że rzeczywiście stał się bohaterem. Ba, nawet zapałałem do niego sympatią. Szkoda, że nastąpiło to w momencie, kiedy usunął swoją świadomość z ciała Petera. Slott miał pomysł, ale spieprzył go koncertowo. Szczególnie, że w tym samym czasie Yost pokazał jak pisać Spider-Mana z luźnym podejściem do ”With great power...”. Cóż, przynajmniej Amazing wrócił.
Katet19: A mi się nie podobało. Powrót Amazing Spider-mana wypadł jakoś tak. Ja wiem, że Otto zrobił to dla swojej miłości i było to w pełni in-character ale nie uwierzę, że chociaż się nie starał, nie walczył, tylko tak w pewnym momencie po prostu odpuścił. Powiedział: mam dość tej piaskownicy, bawcie się w niej sami, ja nie dam rady, Parker da, och jaki on lepszy. No nie wiem, nie kupuje tego.
Mam chociaż nadzieje, że tożsamość Goblina mnie zaskoczy. Bo serią Superior jestem zachwycony to po prostu nie kupuje tego numeru i tyle.
jdtennesse: Z ogromną niecierpliwością czekałem na ten numer, ale rozczarowałem się. Dlaczego? Bo Spider-Otto mi odpowiadał. Pomijam, że był zarozumiały, popełniał błędy etc. Nie podoba mi się, że tak szybko Otto się poddał i zrezygnował. A Peter tak nagle, szybko i skutecznie „powrócił”, nawet jeśli chodzi o sferę umysłową. A szkoda. Nie wierzę w tak szybką zmianę, niby jest uzasadnienie, ale czy przekonuje kogoś? Mnie nie. Zobaczymy, co Peter nakręci, na razie jestem sceptyczny. Fajne obrazki. 4/10.

Superior Spider-Man Team-Up #11
Gil: Hehe, Superior Team-Up w stylu Superior Foes? Może trochę... Historyjka o współpracy Ottona z Normanem wypada całkiem fajnie, pokazując, jak bardzo obaj są skrzywieni, ale też, jak bardzo się różnią. Cóż, nie sposób nie sympatyzować tutaj z przyszłym Superiorem, skoro pokazany jest bardziej jako ten skrzywdzony. Jest za to poważny problem z umieszczeniem tego w chronologii, bo różne przebitki wprowadzają zamęt i można rozkminić tylko tyle, że dzieje się to w czasie, kiedy Norman ukrywał się w Europie. Oh, well… jakoś przeżyję bez tej wiedzy. A tutaj dam całkiem przyzwoite 6/10.
Krzycer: Kto by pomyślał, że w tym szalonym świecie tak różni ludzie są w stanie odnaleźć siebie i odkryć, że ten drugi jest tą drugą połówką. Innymi słowy: Otto & Norman, sitting in a tree... Jakie to romantyczne.
I jakie kompletnie niepotrzebne.

Survive (one-shot)
Krzycer: Dżizas. Bendis to na autopilocie pisał, czy co? Kiedyś tak dobrze wyszło mu Requiem, później dobrze sobie poradził z Falloutem... Na ich tle ta kolejna stypa po Ultimate wypada żałośnie. Pomijając już to, że Bendis pisze tego Starka jak Starka z 616 - w ostatnich latach większość scenarzystów zaczęła olewać to, że część postaci z Ultimate miała inny charakter niż oryginały - to cała ta puenta z tym, że Steve byłby dumny z młodych wypada sztucznie, biorąc pod uwagę to, jak długo Steve walczył z Parkerem i Milesem właśnie o to, że są za młodzi.
Poza tym: czemu żegnają Steve'a, a kompletnie olewają stratę Thora?
Poza tym: kiedy właściwie Steve zginął? Cataclysm był koszmarnie napisany i narysowany, zupełnie przegapiłem tę śmierć - i nie ja jeden, recenzent IGNu to samo wypominał.
Z przebitek na losy bohaterów: Monica Chang nie interesuje mnie kompletnie, segment z Sue i Reedem wypada trochę lepiej (ale tylko trochę - Sue pamięta, że Reed chciał ją zabić, ale to, że udało mu się zabić miliony ludzi już poszło w niepamięć), segment z Kitty jest w miarę interesujący, a segment z Pająkami - w porządku.
Ale ogólnie... to nie jest dobry komiks. Ani interesujący. Jego jedyną wartością jest to, że porządkuje świat po evencie i sugeruje kierunek, jaki Ultimate obierze w przyszłości. Czyli spełnia ustawowe minimum tego, czym powinien być.
(Poza tym - kolejna kłamliwa okładka. Sam Wilson na środku, Sue Storm i Storm po bokach - a z całej trójki tylko Sue ma jakąś rolę w tym zeszycie, Falcon jest na 1 kadrze, a Storm w ogóle nie ma.)

Uncanny Avengers #18
Gil: Krótko mówiąc: zremenderowana wersja House of M, z lekkimi naleciałościami Days of Future Past. To i tak lepiej niż się spodziewałem, bo jak zobaczyłem Bloba goniącego za Wasp, to zaraz mi się przypomniało Ultimatum… W każdym razie, od razu wiemy, co wydarzy się dalej, pytanie brzmi tylko: jak? Pojawienie się Kanga zwiastuje kolejną zgraję przestawionych w czasie postaci, co mogłoby być fajne, biorąc pod uwagę ich dobór, ale na ten moment jest do bólu wręcz wtórne. Tyle się tych alternatywnych i pozaczasowych wersji namnożyło, że jest to niewiele więcej ponad „aha, okej, znowu”. Ale może być jeszcze ciekawie – nie mówię, że nie. Jest tylko jeden warunek konieczny – nie może tego rozwlec tak jak poprzednią historię. Jeśli będzie konkretnie, jest nadzieja. No i całkiem nieźle wyszły rysunki, bo rzadko zdarza się oglądać Acuńę na jasnym tle. Ale jednak musi sobie zasłużyć na więcej niż 5/10.
Krzycer: O, to już lata minęły od poprzedniego numeru? Pewnie, czemu nie.
I nie, nie zbywam tego komiksu machnięciem ręki bo "to wszystko zostanie cofnięte". Po pierwsze: i co z tego, to wszystko i tak fikcja. Po drugie: Spurrier w Legacy ładnie ostatnio wyłożył, czemu każda historia ma znaczenie, nawet, jeśli nie ma konsekwencji dla przedstawionego świata.
Nie, zbywam ten komiks machnięciem ręki bo Remender sprawił, że ta historia przestała mnie obchodzić. Nie dlatego, że zostanie cofnięta, tylko dlatego, że skupiała się na tanim szokowaniu, bohaterskim przedstawianiu pupilków scenarzysty, oraz podbijaniu stawki w niewiarygodny sposób. W rezultacie dostajemy coś, co czyta się nie jak historię z shared universe, ani nawet typowy elseworld, tylko fanfik. Oczywiście to nie jest zarzut konkretnie do tego numeru, straciłem jakąkolwiek więź emocjonalną z wydarzeniami parę zeszytów temu, po prostu... Po prostu to kolejny rozdział tej samej historii i już nie bardzo wiem, co jeszcze mogę o niej napisać. Toczy się.
Lotar: Ale to wszystko zostało ślicznie narysowane. Każdy kadr to małe cacuszko. Mógłbym cały dzień oglądać ten komiks. Uwielbiam styl Acuny i uwielbiam kiedy ma czas, żeby dopieścić swoje obrazy. A fabuła? No cóż, wszyscy wiemy, że nie ma za bardzo czym się przejmować. Alternatywna historia jakich wiele. Nie podobało mi się tylko, że Blob tak szybko biega. Czy wspominałem już komiks jest wspaniale zilustrowany? Ocena: 5/6.
Undercik: I wróciliśmy do poziomu ”meh”. O ile ostatnie numeru miały jeszcze fajne walki, teraz wróciliśmy do tego co widzieliśmy wcześniej. Szkoda, bo Acuana w najwyższej formie. Czekam już tylko na Kanga. Mam nadzieje, że chociaż tym Remender mnie nie zawiedzie, bo do tej pory robi to koncertowo.
jdtennesse: Nie. Już od kilku numerów nie podoba mi się ta seria. A to tylko kolejny przykład pełen powodów dlaczego. Wszystko jest zawiłe, supermegaekstra ważne, a potem i tak zostanie cofnięte. I chyba właśnie dlatego mi się to nie podoba. Bo każda historia powinna wnieść coś nowego, nie tylko dostarczyć rozrywki, ale również zapewnić rozwój postaci. A tu…kolejny What if, czy inne cudo. Co więcej, czytałem zachwyty nad Acuną, dla mnie rysunki najwyżej znośne, może ciekawe, niekoniecznie ładne. 3/10.

Wolverine: Origin II #4
Gil: Czwarty numer i wreszcie wydarzyło się coś bardziej konkretnego. I wreszcie Gillen wyciągnął asa z rękawa. A nawet dwa. Ręka do góry, kto myślał, że Clara była dziewczyną Creeda, która Logan zabije przypadkiem, a ten będzie mu za to uprzykrzał życie? Zatem: wrong, wrong i… pewnie tak, ale z innych powodów. Po raz pierwszy od początku serii jestem autentycznie zainteresowany i chętnie dowiem się, co tam jeszcze dla nas przyszykowali. Tymczasem ocena podskoczy do 6/10.
Krzycer: Do przedostatniej strony włącznie byłem gotów sarkać na Gillena - że napisał przewidywalne, przynudzające i boleśnie wtórne komiksidło. Ale ostatnia strona mnie zaintrygowała.
Tylko czemu dopiero teraz? Czemu pierwsza autentycznie interesująca rzecz pojawia się na ostatniej stronie przedostatniego numeru?
Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:
avalonpulse0345a1.jpgAll-New Ghost Rider #1
Autor:
Tradd Moore

Demogorgon: No i to ja rozumiem. Ten ogień, ten dynamizm - to auto zaraz wyjedzie z kartki wprost na czytelnika, plując płomieniami na prawo i lewo. Roumiem już, jaki jest problem z okładkami Tradda Moore. On jest autorem dynamicznym i kiedy każe mu się narysować na okładce pięciu ludzi jak stoją, jego styl się nie sprawdza. Ale kiedy chcesz czegoś szybkiego, pełnego akcji, nie mogłeś lepiej trafić.





Gniot tygodnia:
avalonpulse0345b1.jpgSilver Surfer vol. 6 #1
Autor:
Mike Allred

Demogorgon: Pokazałem tę okładkę moim przyjaciołom i zapytali się mnie, czemu Surfer ucieka przed złą królową biedronek, która chciała mu zrobić makijaż. W sumie to racja, tak to właśnie wygląda.







Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2013.03.26
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.