Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja filmu "Captain America: Zimowy Żołnierz" - Krzycer

Jeżeli myśleliście, że po premierze nowej części przygód Kapitana Ameryki nie doczekacie się kolejnych recenzji, to byliście w błędzie. Tym razem najnowszy film Marvel Studios na tapetę bierze Krzycer.

captain_america_winter_soldier_recenzja1.jpg


 

Kapitanie, mój kapitanie


Film jest iluzją. Magia kina polega na tym, że widz chce zostać oszukany. Przymyka oko na wiele elementów tego oszustwa, nie kwestionując ich, nie dziwiąc się im, czasami nawet nie zauważając ich. Gdyby zabrać do kina Marsjanina, który nie ma pojęcia o ziemskiej kulturze, dziwiłby się co niemiara. Czemu ci Ziemianie dają się zamknąć na trzy godziny w ciemnym pomieszczeniu? Czemu cierpliwie oglądają pół godziny reklam telefonów komórkowych i polis ubezpieczeniowych? Czemu właściwie film ma muzykę, przecież na polu bitwy nie gra żadna orkiestra? Ot, konwencja. Jako widzowie jesteśmy przyzwyczajeni, by nie zadawać pewnych pytań.
Przynajmniej dopóty, dopóki magia kina działa.

"Zimowy żołnierz" to popis magii kina porównywalny z "Mrocznym rycerzem". Pozwólcie, że wyjaśnię, nie wchodząc za głęboko w wady i zalety Nolanowego Batmana: fabuła "Mrocznego rycerza" spisana na papierze i uproszczona do ciągu przyczynowo-skutkowego jest idiotyczna, pełna absurdalnych zbiegów okoliczności i postaci nie zwracających uwagi na rzeczy, który naprawdę, ale to naprawdę powinny rzucać się w oczy. Ale film wciągnął mnie do tego stopnia, że to wszystko nie miało znaczenia - dopiero przy trzecim seansie zaczęło do mnie docierać, jakie to wszystko jest głupie.
"Zimowy żołnierz" pozostawił mnie z przeczuciem, że jest w nim parę głupot, ale nawet teraz, analizując go dzień po seansie, nie jestem pewien, gdzie one właściwie są. No, może ta scena gdy tytułowy żołnierz z jakiegoś powodu odwiedza swojego przełożonego, która służy tylko temu, by dobitnie pokazać, jaki to jego przełożony jest zły. No i są tam absurdalne zbiegi okoliczności, jak to, że Steve Rogers przypadkiem zaprzyjaźnia się z innym weteranem, który przypadkiem okazuje się wojskowym superbohaterem. No i może jeszcze…
Rzecz w tym, że to wszystko kompletnie nie miało znaczenia podczas seansu. Dawno nie miałem okazji by bez ironii przywołać tekst Hitchocka o trzęsieniu ziemi - "Zimowy żołnierz" zaczyna się od bardzo ładnej sekwencji akcji (szturm na opanowany przez piratów Batroca statek, który można było obejrzeć w internecie), by pod koniec pierwszego aktu zdumiewająco podbić stawkę. Od tego momentu napięcie nie opuszcza widza aż do końca. To pierwszy film Marvela o którym mogę to powiedzieć. Poza Kapitanem Ameryką i Black Widow - o których wiemy, że pojawią się w kręconych właśnie "Avengers 2" - naprawdę nie byłem pewien, kto spośród pozytywnych i negatywnych bohaterów dożyje do końca filmu. Jeśli porównamy to z pierwszym "Kapitanem Ameryką", albo "Avengers", gdzie zagrożenie czyhające na bohaterów ani na moment nie jest wiarygodne… Po prostu nie ma porównania.

KapitanKrzycer2.jpg

Kolejną dużą zaletą filmu jest to, że pomimo tego napięcia - i tego, że prowadzi od jednej ładnej sceny akcji do kolejnej - twórcy znaleźli chwilę, by przyjrzeć się bohaterom. Znaleźli miejsce, by rozwinąć charaktery Steve'a Rogersa, Natashy Romanoff i - mimo ograniczonego czasu ekranowego - Nicka Fury'ego. To najważniejszy występ Nicka Fury'ego w filmowym uniwersum. Po raz pierwszy Samuel L. Jackson dostał coś do zagrania - umówmy się, że jego dotychczasowe występy ograniczały się do "Nick Fury to twardy skurczybyk z przepaską na oku". Chris Evans - podobnie jak Chris Hemsworth w "Mrocznym świecie" - za trzecim podejściem wreszcie trafia w cel, znajdując równowagę między super-żołnierzem, harcerzykiem i człowiekiem z przeszłości - trzema stronami postaci Kapitana, na których skupiono się tak w "Zimowym żołnierzu", jak i wcześniej w "Avengers".
Została jeszcze Scarlett Johansson i, szczerze mówiąc, nie jestem przekonany do jej interpretacji Black Widow. Na szczęście dobrze wypada w kilku scenach, które skupiają się na wątpliwościach Natashy i mówią coś więcej o jej charakterze. Z drugiej strony jej luzackie podejście w interakcjach z Rogersem jakoś mnie uwierało - w tych scenach była dla mnie nienaturalna.
Pewien problem mam również z Sebastianem Stanem, choć to również nie jest kwestia jego gry aktorskiej, bardziej - bo ja wiem? - braku reżyserskich wskazówek? Jako zły Zimowy żołnierz, Terminator uniwersum Marvela, wypada bardzo porządnie. Niestety, gdy nękają go wspomnienia… Cóż, pamiętacie, jak James McAvoy odgrywał korzystanie z telepatii w "X-Men: First Class"? Palec do lewej skroni, palec do prawej skroni, jeśli sprawa jest bardzo ważna - palce do obu skroni naraz. No więc: kiedy Zimowego żołnierza nachodzą wspomnienia, Sebastian Stan robi wytrzeszcz oczu. Regularnie. I nic więcej.
To detal, nic, co przeszkadzałoby mi w odbiorze filmu, a jednak ta mina nie dawała mi spokoju.

Dobrze wypadają również postaci na drugim i dalszych planach. Trzecioplanowy Batroc co prawda ważnej roli nie ma, trudno powiedzieć cokolwiek o charakterze tej postaci, ale nadrabia to bardzo ładną sceną akcji, która świetnie oddaje jego komiksowy styl walki. Rumlow - komiksowy Crossbones - też jakiejś specjalnej głębi nie ma, ale gdyby przyznawano Oscary w kategorii "twardy zbir w roli drugoplanowej" to mógłby się załapać na nominację. Cały czas przypominał mi Slade'a Wilsona granego przez Manu Bennetta w "Arrow", a to dla mnie pozytywne skojarzenie. Po drugiej stronie barykady mamy bardzo sympatycznego Falcona - nie oszukujmy się, Sam Wilson jest w tym filmie postacią w najlepszym wypadku drugoplanową - i agentkę Sharon Carter, dla której, niestety, scenarzyści nie przewidzieli żadnej roli. Do tego stopnia, że waham się, czy w ogóle można ją zaliczyć do drugiego planu. Nawet Maria Hill ma więcej czasu ekranowego - niestety, nie zbliża jej to do komiksowego pierwowzoru. Gdybym miał wskazać najsłabsze ogniwo obsady to byłaby to właśnie Cobie Smulders, ale tak naprawdę nie wiem, czy to wina sitcomowej aktorki, czy scenariusza.

Na koniec zostawiłem Roberta Redforda. Przypominał mi Anthony’ego Hopkinsa z "Thorów" - wyglądało na to, że specjalnie mu nie zależy. W przeciwieństwie do Hopkinsa, takie podejście do roli przysłużyło się Redfordowi - jego Alexander Pierce jest wyluzowany i sympatyczny, co w pewien sposób uwiarygadnia jego relację z Furym. Dzięki temu miałem wrażenie, że jego postać jest wielowymiarowa - choć nie wynika to ze scenariusza.

KapitanKrzycer1.jpg

Podsumowując, aktorzy dobrze się sprawili, scenariusz jest porządny, jego ewentualne głupotki przesłania znakomita praca reżyserów, dzięki której nie tylko nie miałem czasu by szukać dziur - nie miałem nawet ochoty ich szukać. Skoro już to wszystko powiedziałem, czas na warstwę techniczną. Muzyka mi się podobała. Żaden kawałek nie zapadł mi w pamięć i niczego nie zanucę, ale dobrze podkreślała to, co działo się na ekranie, więc spełniła swoje zadanie. Byłem pod wrażeniem choreografii walk - ktoś naprawdę przysiadł i pomyślał o tym, co właściwie Kapitan może robić z tą swoją tarczą. Byłem pod wrażeniem efektów specjalnych. Żeby nie pisać o wszystkim, skupię się na jednym - choć Superman po raz pierwszy latał na ekranie w latach '50, kino wciąż ma problemy z przedstawianiem człowieka w locie. Falcon - Falcon! facet co szybuje na skrzydłach! - wyszedł świetnie. (Duży plus dla osoby, która wpadła na pomysł, by oprócz skrzydeł dać mu plecak rakietowy, dzięki czemu można uwierzyć w to jego fruwanie.)

Mógłbym jeszcze długo wymieniać zalety tego filmu, porównując go z innymi odcinkami superbohaterskiego serialu Marvela. (Np. wielokrotnie narzekałem na bitwę o Nowy Jork z "Avengers", bo kosmici nie mają tam żadnego celu - tutaj w finałowej bitwie, zupełnie jak w "Gwiezdnych wojnach", mamy powiedziane: bohaterowie muszą wygrać zanim ci źli osiągną konkretny cel… Jest nawet gwiezdnowojenne odliczanie przed zniszczeniem planety! No, prawie.) Mógłbym doszukiwać się w nim wad - większych (jestem przekonany że ten scenariusz miejscami nie trzyma się kupy, ale… to naprawdę nie miało żadnego znaczenia) i mniejszych (czemu filmowy Zimowy żołnierz ma czerwoną gwiazdę na ramieniu, skoro - w przeciwieństwie do komiksowego - nie był narzędziem Rosjan? Jakim cudem Black Widow mogła być agentką KGB, jeśli urodziła się w 1984?). Mógłbym, ale naprawdę nie mam ochoty, bo znakomicie bawiłem się na seansie, bo ten film mnie wciągnął w swój świat jak żaden inny ze stajni Marvela. Marvel po raz pierwszy od "Iron Mana" podbił poprzeczkę. Dobra robota, czapki z głów, idźcie do kin.

Autor: Krzysiek "Krzycer" Ceran


Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2018 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.