Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja filmu "Captain America: Zimowy Żołnierz" - Kuba G

Jeżeli po recenzji Undercika nadal zastanawiacie się czy iść do kina na "Captain America: Zimowy Żołnierz", to może wasze wątpliwości rozwieje Kuba G. Przed wami druga recenzja najnowszego filmu Marvel Studios.

captain_america_winter_soldier_recenzja1.jpg


 

Dawno nie byłem tak niepewny co do filmu, który mam zobaczyć. Naprawdę dawno. Nie będę ukrywał, że uważam pierwszą część Kapitana Ameryki za najsłabszy film jaki dotychczas wyprodukowało Marvel Studios w swoim filmowym uniwersum (tak, stawiam ten film nawet poniżej pierwszego Thora, który przecież też nic wielkiego sobą nie reprezentował). Z drugiej strony druga część Kapitana bazuje w pewnym stopniu na jednym z moich najulubieńszych komiksów z tą postacią (autorstwa Eda Brubakera). Same te dwa argumenty wystarczą mi, że mogłem spodziewać się po seansie naprawdę wszystkiego, zażenowania lub szczęki przy podłodze. I co lepsze, moja opinia po pokazie prasowym jest bliższa właśnie tego drugiego uczucia.

 

Nie łudźmy się, "Zimowy Żołnierz" to przede wszystkim kino akcji/sensacja, które nie ma zamiaru udawać, że jest czymś innym. Można oczywiście szukać tu elementów thrillera szpiegowskiego, ale to dalej nic co wychodziło by poza komercyjnie akceptowalną konwencję filmowych adaptacji Jasona Bourne'a. Nie dostaniemy tu ułudy poważnego i ambitnego kina ubranego w szaty z gumy i kewlaru. Nie, fani "wielkiej wizji" filmów pokroju "Mroczny Rycerz Powstaje" nie będą usatysfakcjonowani. I dobrze. Nowy Kapitan oferuje przede wszystkim rozrywkę, całkiem rzetelną, która mimo że stara się jakoś komentować pewne społeczne i polityczne fobie towarzyszące nam od dekady, to nie ugina się pod ich ciężarem. Zaznaczam jeszcze raz, z uporem maniaka, to jest klasycznie rozumiany film sensacyjny i będę pewnie powtarzał to jeszcze kilka razy. Powód ku temu jest jeden, naprawdę nie często w ostatnich latach mam przyjemność z oglądania właśnie takiego kina w wykonaniu amerykanów. I jakoś to co nie udało się ostatniej "Szklanej Pułapce" i kilku innym filmom naśladującym zbytnio ową "Szklaną Pułapkę", udało się filmowi o człowieku ubranym w błękit i gwiazdy.

 

BlackWidowWinterSoldier2.jpg

 

I co lepsze. To wcale nie jest tak do końca film o tym człowieku.

 

Nie mam zamiaru opisywać po kolei co scenariuszowo zobaczyć można w kinie. Nie będę spoilerował ani specjalnie nie będę analizował każdego mrugnięcia okiem jakie scenarzyści i reżyser umieścili w filmie. Ale na pewno dokładnie poruszę jedną rzecz, która mnie w tym filmie (i nie boję się tego tak określić) zachwyciła.

 

Black Widow.

 

I nie, nie chodzi mi o to, że mam mokre sny o rudej Scarlett Johanson w czarnym lateksowym stroju. Black Widow skradła ten film. Mimo obecności Roberta Redforda, introdukcji Falcona i Zimowego Żołnierza, to właśnie za nią chciałem podążać w tym filmie. Black Widow nie jest tu dodatkiem, nie jest przerywnikiem, a co najważniejsze, na pewno nie jest postacią wstawioną z parytetu. Momentami mam wrażenie, że film powinien nazywać się "Captain America & Black Widow" bo naprawdę ciężko zignorować fakt, że obydwie postacie okupują praktycznie taką samą ilość czasu ekranowego i niemal po równi dzielą między sobą aktualne wątki (bo co jak co, ale musimy je oddzielić od wątków wychodzących jeszcze z poprzedniego filmu o Kapitanie).

 

Scenarzyści naprawdę dobrze starali się wykorzystać potencjał postaci, uparcie nie dając satysfakcji tej części widowni, która żeńskie postaci widzi tylko jako "damy w opałach". Co więcej, czas, który Black Widow dostała na ekranie pozwolił pokazać tę postać tak, że wszystkie zarzuty, które można było mieć do jej poprzednich występów niemalże wyparowały. To nie epizod w "Iron Man 2" i co więcej, to o wiele bardziej realistycznie pokazana postać niż to co widzieliśmy w "Avengers" (mimo, że wcale nie mam zamiaru krytykować jak ukazano ją u Whedona jak na fakt z iloma bohaterami współdzieliła film). I co ważniejsze scenarzyści przede wszystkim starali się przypomnieć, że Black Widow to super szpieg.

 

BlackWidowWinterSoldier3.jpg

 

"Captain America: Zimowy Żołnierz" był w stanie wymazać z mojej pamięci naprawdę spore rozczarowanie jakim był dla mnie wcześniejszy film. Przede wszystkim dlatego, że Zimowego żołnierza da się oglądać tak jakby wcale nie musiał powstać poprzedni film. Druga część ma swój własny klimat, odpowiednio poważniejszy (choć nie oszukujmy się, Marvel dalej na potęgę wkłada okazyjne żarty i gagi), ze stałym tempem historii ale dalej skonstruowany tak żeby widz dostał każdą informację jaką potrzebuje aby wiedzieć najważniejsze rzeczy po postaciach, które mają za sobą już dwa inne filmy.

 

Więc nie będę rozpisywał się tu o jakości choreografii w scenach walki, to już obecnie standard w wysokobudżetowych produkcjach. Nie będę specjalnie produkował się o naprawdę fajnych zdjęciach, które (co nie zaskakuje) starają się przez większość czasu imitować kręcenie "z ręki". Jak już wspomniałem wcześniej, nie pisnę słowem o mrugnięciach okiem do komiksowego świata, bo na to macie cały seans żeby je wyszukiwać. Bo powinniście pójść na to do kina. Jeżeli ktoś miał obawy o jakość tego filmu to niech ich się pozbędzie. Tak długo jak czujecie potrzebę na odrobinę dobrego kina akcji z postaciami, które są Wam przecież całkiem bliskie, to żalem będzie zignorować ten film. A przecież pisze to z perspektywy osoby, która ani specjalnie fanem filmowego Kapitana nie jest, ani też nie ekscytuje się za bardzo całym tym trendem do przenoszenia komiksowych historii do kina.

 

Autor: Jakub Górecki

 

Recenzja filmu "Captain America: Zimowy Żołnierz" - Undercik 

 

BlackWidowWinterSoldier1.jpg

 

Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2018 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.