Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #343-344 (24.03.2014)

avalonpulse0.png

Poniedziałek, 24 marzec 2014Numer 11-12/2014 (343-344)


Czasami warto zrobić podwójny numer, ponieważ na pewno nie będzie to krótka lektura. A co w środku? Nie ma tygodnia, żeby jakaś nowa seria nie zadebiutowała, ale wcześniej nie było takich kontrowersji jak obecnie. Wystarczył jeden numer i jeden autor. Znany już na tym portalu.

All-New X-Factor #4
Gil: Możliwe, że w innych okolicznościach powiedziałbym, że był to bardzo dobry komiks... Ale ponieważ Peter David nie raz pokazał, że można spodziewać się po nim znacznie więcej, mogę powiedzieć tylko, że był… dobry. To i tak całkiem nieźle, w porównaniu z reprezentacją tego tygodnia, ale i tak nieco poniżej poprzeczki. Bijatyka za bardzo przypomina debiut Danger. Niby ma wielką przewagę, ale jak przychodzi co do czego, to hamuje się… bo tak. Ale przynajmniej starcie z Polaris wypada jak należy, bo starcie robota z (wice)mistrzynią magnetyzmu mogło się skończyć tylko w jeden sposób. Natomiast ich drugie starcie… Tu już ciut gorzej, ale to chyba rysownik nawalił, pokazując Magneto w takiej dziwnej wersji, będącej zlepkiem aktualnej i klasycznej. Rozstrzygnięcie było trochę dziwne, ale nie bardziej niż fakt, że tak po prostu odlecieli z tej wyspy, bez żadnych konsekwencji. Tak więc, momentami było bardzo fajnie, ale innymi momentami trochę zbyt dziwnie. Dlatego dam najwyżej 6/10.
Krzycer: No, to PAD mnie kupił. Na razie głównie co do swojego ujęcia Gambita, ale ponieważ Gambit mnie najbardziej w tej obsadzie interesuje, to mi wystarcza.
Nie jestem pewien wykorzystania schematu "wiem, że gdzieś tam jesteś, przypomnij sobie!" w przypadku maszyny, ale... Marvelowa informatyka + kosmiczna technologia Shi'Ar + magia tworzą mieszankę okoliczności przy której można na to machnąć ręką.
To co, w następnych dwóch numerach rekrutujemy Warlocka i Cyphera, a potem ruszymy z jakąś konkretniejszą historią?
Rysunki wciąż miejscami mi się podobają, ale w tym numerze było dużo wyjątkowo chaotycznych kadrów. No i hologram Magneto był nieogolony.
rodzyn: Przy poprzednim numerze pomyślałem, że trudno będzie dobrze rozwiązać sytuację z Danger i nie myliłem się. Nie wyszło najgorzej, ale wolałbym by w inny sposób dołączyła do drużyny. To ci mnie trzyma przy tej serii to interakcje między postaciami i to jak są on prowadzone, no ale to zawsze wychodziło PADowi najlepiej. Czekam aż drużyna będzie w komplecie i zobaczymy, czy wyjdzie coś z tego dobrego.
Simon: Muszę przyznać, że ta seria już od pierwszego numeru stała się jedną z moich ulubionych rzeczy w obecnym Marvelu. All-New X-Factor jest wg. mnie spokojnie w top 3 aktualnych komiksów o mutantach. Interakcje i prowadzenie akcji w tym numerze są na dobrym poziomie, poniżej którego PAD nie schodzi od początku serii. Mam zastrzeżenia jedynie do zachowania Danger, ja wiem, że chciała się zemścić, ale jej teksty były nieco irytujące i scenarzysta mógł trochę urozmaicić jej groźby. Kupuję rysunki Di Giandomenico. Pasują świetnie do całości i mam nadzieję, że ten artysta zostanie tu jak najdłużej. Tym bardziej, że stworzył świetne stroje dla drużyny, które wyglądają naprawdę dobrze. Do tego Polaris, powoli wyrasta na jedną z moich ulubionych bohaterek. Oby wszystko utrzymało się na tym poziomie, a będę naprawdę happy, tym bardziej, że otrzymaliśmy naprawdę ciekawy i świeży skład, co ostatnio w Marvelu nie jest zbyt częste. Zobaczymy jak wkomponują się Warlock i Cypher.
jdtennesse: To była jedna wielka nawalanka. Do tego z bardzo niezadowalającym finałem. Trudno powiedzieć coś więcej, bo od pierwszej do prawie ostatniej strony jest to walka lub ucieczka przed Danger. Trudno powiedzieć coś o relacjach w drużynie, bo walczą i ratują się nawzajem. Zachowanie Gambita nie jest dla mnie do końca zrozumiałe, niby ma jakieś wspólne przejścia z Danger, ale finałowa scena mnie nie przekonała. I do tego Magento ni stąd ni zowąd? Pojawia się i znika. O co chodzi? To chyba najsłabszy z dotychczasowych numerów. Rysunki oczywiście takie jak zawsze, czyli słabe. 3/10.

All-New X-Men #24 (ToJG part 5)
Gil: Przyznam, że trochę dałem się zaskoczyć. Ingerencja J-Sona zamieszała trochę w – wydawałoby się – bardzo przewidywalnym scenariuszu. Jean się wściekła i jest szansa, że coś ciekawego nam jeszcze pokaże. I to właściwie tyle, jeśli o fabułę chodzi, bo za dużo się nie wydarzyło, a jak zwykle, większość zeszytu wypełnia bendisowe hangin’ ‘round. I chociaż wypada fajnie, jak zawsze, to niewiele wnosi. No dobra – aby oddać sprawiedliwość dodam, że dzieje się to w trakcie przekradania się za linię wroga, więc nie jest tak zupełnie oderwane od wydarzeń. Ale za to skutecznie odwraca uwagę od faktu, że jakoś podejrzanie łatwo im to zakradanie poszło. Przynajmniej fajnie to wygląda, więc nie powiem, że nie było przyjemne. Ale nadal nie wzniesie się ponad poziom przyzwoitego czytadła, czyli takie słabsze 6/10.
Kuba G: Najważniejsza rzecz w numerze - Groot wyprzedający Gladiatorowi zasłużonego cepa w pysk. Nie chcę być źle zrozumiany, nie patrzę na to jak na element humorystyczny, po prostu od lat Gladiator nie należy do moich faworytów w Marvelu i Bendisowi udało się nawet przedstawić go jako jeszcze bardziej antypatyczną postać niż zawsze go widziałem. No, a w bonusie do tego - Groot to zawsze Groot.
I tyle. Nawet jeżeli Gladiator góruje, rzucając nawet Draxem jak marionetką to był całkiem dobry numer, bez ochów i achów, ale dalej dobry. Jak pisałem przy recenzji wcześniejszego numeru tego crossa, "Trial" niby nie różni się niczym emocjonalnie o "Battle For Atom" a jednak wszystko w nim wydaje się naturalniejsze, a kilka dziur logicznych (zasadność procesu) nie razi tak bardzo. Nic genialnego... ale rozrywkę zapewnia.
Wilsonon: Ua! To jest tak nudne, że aż pierwsza strona odrzuciła mnie od czytania. Po prostu przekartkowałem a i tak wiedziałem o co chodzi. Akcja rozwleczona, nie potrzebne bójki, postaci (Gladiator) zachowujące się jak idioci... Ech... Ignorancja Bendisa i stosowanie tych samych zabiegów tak irytują...
Jedyne co ratuje ten zeszyt to Immonen, chociaż jego interpretacja Rocketa mi nie pasuje.
Ocena 2/6 - wszystko za rysunki.
jdtennesse: No dobrze, znowu mam to samo wrażenie, co ostatnio. Proces się zaczął, ale czy wydarzyło się coś naprawdę zdumiewającego? Sensownego? Król J-Son przybył naturalnie, żeby namieszać i udało mu się to – Jean udało się uciec, ale najpierw dowiedziała się o wymordowaniu jej rodziny. Co więcej, kolejni członkowie Straży Imperialnej zaczynają widzieć, że Gladiator jest w błędzie i może go to sporo kosztować. Tymczasem GotG z juniorami w końcu wpadają na Straż, wywiązuje się walka i… No i tego się nie spodziewałem – spoiler – Jean się poddaje i mówi, że jest winna. Więc albo to ściema, i w kolejnym numerze da wszystkim popalić, albo jest to najgłupsze rozwiązanie z możliwych. I wcale mi się nie podoba. 4/10.

Avengers Undercover #1
Gil: Oh boy... zetknięcie z tym komiksem sprawiło, że zacząłem się zastanawiać, jak dobrze oddaje on obraz rzeczywistego społeczeństwa? Innymi słowy (pardon my french): kto jest bardziej pojebany – ci ludkowie w świecie Marvela, czy ci, którzy ten komiks wyprodukowali? Dlaczego? Cóż, najkrócej mówiąc: od takiej dawki debilizmu rozbolała mnie głowa. Ale pewnie chcielibyście, żebym tę myśl rozwinął, co? No dobra... Wszyscy wiemy, co wydarzyło się w Arenie i jej epilogu. A jaka była reakcja szeroko pojętego ogółu na te wydarzenia? Potraktowali to jak program rozrywkowy. Tak, wiem – trudno się dziwić, skoro pan autor mottem swojej epickiej-inaczej opowieści uczynił odwołanie do reality show... Mimo wszystko, zwykła ludzka przyzwoitość kazała się spodziewać nieco bardziej ludzkiej reakcji. No wiecie – innej niż robienie celebrytów z – jak by nie patrzeć - ofiar. W sumie, nie śledzę amerykańskiej telewizji, więc nie wiem, czy rzeczywiście można tam się natknąć na takie farsy, ale wydaje mi się, że nawet tam powinny być jakieś granice. Chyba nikt nie próbuje robić celebrytów z... no nie wiem – chyba nie mam tak spaczonej wyobraźni jak Hopeless. Ale spróbujmy wyobrazić sobie jakiś mniej więcej analogiczny przypadek, w którym jakiś zwyrodnialec uprowadza dzieciaki, trzyma je w komórce i każe walczyć z psami o jedzenie. Czy myślicie, że po tak traumatycznych doświadczeniach, ktokolwiek miałby ochotę szlajać się po talk-showach i opowiadać o tym setki razy, jeszcze próbując być zabawnym? Albo, że normalny, zrównoważony człowiek mógłby oglądać zapisy takich walk ze spokojnym sumieniem, a potem komentować, kto sobie słabo radził? To co będzie dalej? Konkurs SMSowy na najbardziej efektowną egzekucję, czy może gwałt tygodnia? Wybaczcie ten niesmaczny żart, ale właśnie taki obraz społeczeństwa kreuje tutaj Hopeless. Świat, w którym ludzie mają tak małe rozumki, albo tak wyświechtane sumienia, że nie widzą lub nie rozumieją wagi tego, co się wydarzyło. Ale hej, z drugiej strony, dlaczego mamy oczekiwać ludzkiego zachowania po bezimiennych statystach, skoro główni bohaterowie zachowują się jak nie-ludzie. Jedna daje się prowokować przygłupom i prezentuje całkowity brak odpowiedzialności. Następny kreowany jest na idiotę, który sprzedaje się dla minuty sławy. Jeszcze następny dostał świra, co akurat nie byłoby takie dziwne, gdyby nie fakt, że wszystko co robi publikuje w necie i to już jest skrajnie durne. A pozostali, których nadal tu męczą, albo mają wszystko w dupie, albo reagują w niewłaściwy sposób. Ale najwyraźniej i tak postanowili się wymienić telefonami i co jakiś czas spotykać na wspominki, bo w końcu fajnie było, nie? A na końcu jeszcze dorzucili paru łotrzyków, bo tak. I jest to dosyć egzotyczna kombinacja – zwłaszcza Hellfire z wykopalisk. Przynajmniej ulżyło mi, że to nie Hellstorm, bo już Bunn mu dość kuku zrobił. No dobra, czyli jak to ocenię? Pomijając już fakt, że to strata czasu i papieru, dorzucę jeszcze wołającą o pomstę ignorancję i wypaczanie obrazu świata. A tak w ogóle, to najmniejszym z całej listy grzechów tego tytułu jest fakt, że ni cholery nie ma to nic wspólnego z Avengers. Oceną będzie więc wielkie, tłuste zero z wykrzyknikiem. Trzymajcie się od tego z daleka, nie dawajcie się ogłupić i pod żadnym pozorem nie kupujcie, bo jeszcze ci durnie pomyślą, że mają rację.
avalonpulse0343b%20%5B1600x1200%5D.JPGDemogorgon: Porzućcie wszelką nadzieję, wy, który tu wchodzicie. Porzućcie nadzieję na złożone, ciekawe postaci. Porzućcie nadzieję na sensowną fabułę. Porzućcie nadzieję na dobre rysunki. Porzućcie nadzieję na cokolwiek wartego funta kłaków.
Denis Hopeless po raz kolejny udowadnia, że obcy jest mu świat kompleksowych osobowości. Wbrew temu, co się mówi, Chase, Nico i Hazmat, nie przeżyli Areny. Te wielopoziomowe, obdarzone charakterem i własnym głosem postacie umarły w pierwszym numerze i od tego czasu zastąpione są przez jednowymiarowe, płytkie i nieciekawe karykatury, których autor myśli, że jeśli będzie ich pisał jak tylko mało sympatycznie zdoła, to za sprawą jakiejś odwrotnej psychologii, ludzie je polubią. W przypadku zarówno Nico jak i Hazmat, ich osobowości zostały zredukowane do „jest wkurzona”. I to wszystko, nie próbujcie doszukiwać się jakiejkolwiek głębi, bo jej tu nie ma. Jednocześnie chyba tylko w wypadku Nico możemy mówić o czymś, co przypomina objawy PTSD (jest jeszcze Deathlocket, ale jej scena jest tak surrealna, że nie wierzę, że to się stało naprawdę). Jakkolwiek idea, że mogłaby ona na trzy miesiące porzucić swoją rodzinę (a tym są dla niej Runaways) jest tak sprzeczna ze wszystkim, co tylko sobą ona reprezentuje, to jest jednak prawdą, że osoby z PTSD mają tendencje do izolowania się od swoich bliskich, nawet, jeśli wiedzą, że w ten sposób krzywdzą i ich i siebie samych. Niestety, pan Hopeless używa PTSD nie po to, aby eksplorować wpływ, jaki miała na nią, bądź kogokolwiek innego, Arena, ale po to, aby produkować wymuszony i bezsensowny melodramatyzm, który ma zastępować prawdziwe zgłębianie charakteru postaci. Cynicznie wręcz wykorzystuje jej PTSD, aby wypadła gorzej w porównaniu z Chasem, który właśnie robi jedną z najbardziej paskudnych rzeczy, jakie tylko mógł. To, po raz kolejny, problem z zasadą „Show Don’t Tell”, której działania Dennis Hopeless absolutnie nie potrafi ogarnąć. My widzimy, jak Chase wyłazi do telewizji i wyciera sobie gębę całą tą tragedią, zachowując się jak jakiś celebry ta i kompletnie ignorując, że właśnie przechwala się…, czym właściwie? Że zabił swoją najlepszą przyjaciółkę? Wychodzi i wyciąga na światło dzienne wszystkie ciężkie wspomnienia, których zarówno on, jak i reszta powinna chcieć uniknąć. Jeśli Nico widziała jeden z tych wywiadów w telewizji, nie dziwię się, że jest w takim stanie, każda tego typu gadka wrzucała ją głębiej w paskudne wspomnienia, które ja teraz prześladują i nie pozwalają normalnie żyć. Za każdym razem, kiedy Chase wyłaził robić z siebie gwiazdę, wbijał jej nóż w plecy. I to ona w tej sytuacji ma być tą złą? To z nim mamy sympatyzować? Jak bardzo poplątany jest światopogląd Denisa Hopelessa? Czy jego wyraźna i znana nienawiść do kobiet aż tak zniekształca jego obraz rzeczywistości? Że o tym, w jaki sposób to redukuje jej ból i jej cierpienie do motywacji dla jego działań, nie wspomnę. To pakowanie postaci do lodówki w czystej formie - Nico została zredukowana do postaci, która istnieje, by swoją tragedią napędzać ból faceta. Prawdziwie, ten człowiek gra dla patriarchatu i daje z siebie wszystko.
I nie mówcie mi, że ta scena ma jego przedstawić jako dupka, Hopeless nie zdołałby rozegrać czegoś celowo tak subtelnie, bo sam jest subtelny jak worek martwych ryb.
Co gorsza, Chase, jedyny, który wprost określa się, jako osobę z PTSD, jako jedyny nie wykazuje żadnych objawów. Gada jak to jest mieć PTSD, ale nie zachowuje się, jakby je miał, używa tego jako wymówki, by być bucem. Jest to o tyle irytujące, że jest kompletnie sprzeczne z tym, jak powinien się on zachowywać zarówno względem jego zachowania w Runaways, jak i nawet w Arenie. Nagle ktoś, kto żył przeszłością i był już porządnie zamknięty w dawnych tragediach, zachowuje się, jakby nie czuł żadnych wyrzutów sumienia, że kompletnie nie udało mu się ochronić Nico, chociaż to było jego motywacją w poprzedniej serii Hopelessa. Charaktery postaci są dla niego czymś, co można wymieniać, jak mu się żywnie podoba, nie traktuje ich, jako osobowości, ale jako role, do których dopasowuje charaktery, bez dbania o jakikolwiek rozwój postaci, który miałby ich zaprowadzić do tej nowej roli. On arbitralnie deklaruje, że charakter postaci jest taki a taki, bo on tak mówi i mamy się z tym pogodzić. I używa PTSD jako taniego, łatwego wyjaśnienia, czemu nagle pozamieniał wszystkim osobowości, bo nie chce mu się tym zająć tak, jak powinien.
Cammi, Anachronism i Cullen Bloodstone są wciąż nieznośni. Stali się nawet bardziej nieznośni, jak się nad tym zastanowić. Ale te postacie nie miały nigdy wiele osobowości, więc nie zamierzam marnować na nie czasu. Pojawia się jednak jedno, zasadnicze pytanie, dotyczące tych dwóch ostatnich. Dlaczego oni dalej utrzymują kontakty? Czy ktoś może mi wyjaśnić, czemu Aiden miałby się przejmować stanem, czy nawet rozmawiać z facetem, który zamordował jego ukochaną? No, ale, po raz kolejny, można zrzucić to na karb stylu pisania autora, polegającego na przepisaniu każdego elementu osobowości bohaterów, póki nie będzie pasował do jego planów.
A skoro już przy tym jesteśmy, warto pochylić się na chwilę nad fabułą. I muszę przyznać, trudno jest mi się nie śmiać, gdy na pierwszej stronie mamy już dwa, nie jeden, ale dwa, retcony. Nagle okazuje się, że Murderworld był pod ziemią, kto by przypuszczał. Dalej nie jest wcale lepiej, bowiem dostajemy przegląd klisz tak przewidywalnych, że, jakby to powiedziała papuga Yago, z Aladdyna, chyba dostanę ataku serca i umrę z braku zaskoczenia. Oczywiście, że dostajemy scenę, w której karykaturalnie, stereotypowo przedstawiany, jako brzydki grubas, krytyk Areny, zostaje poniżony przez jedną z postaci, w sposób, który nie mówi nam nic o niej, ani nie wnosi niczego, czego byśmy już nie wiedzieli (a jednocześnie jest to jedyna scena z udziałem Hazmat w całym zeszycie). Oczywiście, że dostajemy przesadzoną, wymuszoną melodramę w studiu telewizyjnym. Oczywiście, że dostajemy pokój pełen wykresów wariata, oraz retrospekcje w formie video. Avengers Undercover nie oferuje nic, prócz rzeczy, które widzieliśmy już milion razy, tylko w wydaniu nawet w połowie nie tak dobrym, jak poprzednicy.
Jedyną inną rzeczą, jaką tytuł ma do zaoferowania, jest głupota. Głupota w budowie świata przedstawionego, w którym to, co normalnie byłoby pokazane w mediach jako wielka tragedia, jest traktowane jako reality show, a jej ofiary – jako celebryci. I wygląda na to, że to nie tylko niektóre mendy, jakieś podrzędne tabloidy, ale wszystkie media. I wygląda na to, że wszyscy cywile w tym świecie traktują to jako jakiś reality show. Jest to absolutnie niesmaczne i dowodzi, jak wielkie pokłady cynizmu, niepołączone z jakimkolwiek kontaktem z rzeczywistością, posiada autor. Nie, nie wierzę, że tak zachowywaliby się ludzie i mass media, gdyby do takiej sytuacji doszło w rzeczywistości. Wiem, że nie zachowywały się tak po żadnym incydencie pokroju strzelaniny w liceum. Media, nie zachowywały się w ten sposób po masakrze Columbine, czy mordzie dokonanym przez Andreasa Brevika. Nie taka byłą reakcja ludzi, nikt prócz ostatnich szuj nie zachowywał się, jakby to był jakiś reality show. Sposób, w jaki Dennis Hopeless przedstawia cywili, czy to w scenie z Deathlocket, czy w knajpie, czy w studio, dowodzi, że nie ma on zielonego pojęcia o społeczeństwie, ani ludzkiej naturze, których ciemną stronę chce jakoby eksplorować. Podczas, gdy w swojej głowie wydaje mu się, że dokonuje jakiegoś rodzaju komentarza na współczesne społeczeństwo, tak naprawdę zdradza tylko własną mizantropię.
Głupotą jest też to, że plan Masters of Evil wydaje się sprowadzać do napuszczania muppeta na SHIELD. Głupotą jeszcze większą jest, że najwidoczniej nikt nie wezwie Avengers, aby się tym zajęli, nawet, kiedy mamy całą serię o tym, jak Avengers współpracują z SHIELD. Zapewne Captain America nie interesuje się tym, że Baron Zemo znów dowodzi Masters fo Evil i atakuje SHIELD. Bo czemu miałby, prawda?
Kevin Walker daje nam rysunki absolutnie potworne, istną paradę samefaceów, gdzie niemożliwe byłoby odróżnić Nico od Hazmat ani obie z nich od Cammi. Nowe wizerunki, które daje bohaterom, są obrzydliwe, to prawdopodobnie najgorszy design dla Nico, jaki widziałem, podobnie dla Chase’a. Anachronism zawsze wyglądał okropnie, teraz zmieniło się tyle, że wygrał pas WWE. Cammi i Hazmat wyglądają okropnie. Rysunki wszystkiego innego są koślawe, często też zepsuta jest gra światła i cienia, przez co niewiadomo, co się dzieje na panelu. Całość wygląda jak bardziej kreskówkowa próba narysowania komiksu z lat 90-tych, brakuje tylko wszechobecnych pouchy.
A tak w ogóle, to obydwaj postanowili wyrzucić Staff of One i teraz Nico używa tylko tej durnej rękawicy, której kształt zmienia się co panel. Prawdziwie Denis Hopeless pracuje, aby zniszczyć zupełnie wszystko, co było w niej ciekawe. Zamiast starego artefaktu z rodziny, który dawał moc za pewna cenę i nakładał silne ograniczenia, dostajemy gadżet, który najwidoczniej może robić, co chce (teraz używa go do teleportacji, chociaż wcześniej nie pokazywała, że to potrafi, nawet, gdy były ku temu powody), redukując ją do postaci rodem ze złej fantasy według definicji Stephena Kinga, która ma moc, ale tylko nią wymachuje. To jest jeden z problemów, nie tylko z jego pisaniem, ale co w ogóle robią scenarzyści. Biorą coś ciekawego i interesującego i ogłupiają to, sprowadzają do najniższego wspólnego mianownika, do poziomu czerwonych i niebieskich laserów oraz jednowymiarowych charakterów. Oto, co ma miejsce, gdy ściągasz postacie za blisko Avengers – zmieniają się w nieciekawe kukiełki. Na tym etapie nie wiem, czy nie powinienem sobie odpuścić tego crapu. Przecież ani Nico, ani Hazmat, ani Chase’a, tu nie ma. Są tylko jakieś laleczki na sznurkach, używające ich imion.
Ocena: Ponieważ ten komiks nie jest godny tradycyjnych ocen, a Skala Uformowania Stolca to już zbyt zużyty żart, postanowiłem użyć do oceny Gundamów. Czyli, ile odcinków „Mobile Fighter G Gundam” obejrzałem lubzamierzam obejrzeć, aby zmyć ze swego mózgu obrzydliwy posmak po tym żałosnym spektaklu. Na razie będzie tylko jeden. Znając tego autora, spodziewam się spadku w dół równi pochyłej w tempie, przy którym zdążę skończyć 49-odcinkowy serial, zanim dojdziemy do dwunastu numerów tej potworności.
Soundtrack: To coś nie zasługuje na podkład dźwiękowy. Ale puszczę może piosenkę, której słucham, dla podniesienia się na duchu. Get Through This. If I can get through this! I can get through anything!
Krzycer: Narażając się niebiosom i Demogorgonowi, parę pozytywów bym tu znalazł. Ale nawet wtedy byłyby to wyrwane z kontekstu sceny czy urywki dialogów, które złożone do kupy faktycznie nie bardzo mają sens.
Przy czym tak naprawdę facepalma rzuciłem dopiero na ostatniej stronie, kiedy widzimy Masters of Evil złożonych z Madame Masque, Barona Zemo, Hellstorma i Constrictora. Z których to Masters of Evil Zemo, Hellstorm i Constrictor byli mniej lub bardziej pozytywnymi postaciami, póki w ciągu ostatnich paru lat właściwie bez wyjaśnienia nie przerobiono ich z powrotem na łotrów. (A może Bunn jakoś w końcu wyjaśnił zeźlenie Hellstorma? Przestałem zwracać uwagę.) Ale to akurat nie wina Hopelessa.
 
Black Widow vol. 3 #4
Gil: Widok Rasputina na okładce skusił mnie do jeszcze jednego spojrzenia do środka. Okazało się, że to jednak ściema, a typ, który rzekomo miał być do Rasputina podobny w rzeczywistości przypomina raczej tego przypakowanego klechę, którego Aaron wałkował w Ghost Riderze. Wygląda na to, że wreszcie są to elementy jakiejś większej fabuły… ale chyba sobie ją odpuszczę. Tutaj niby było trochę akcji, ale w sumie niewiele się wydarzyło, bo była strasznie rozciągnięta. A ja nie poczułem się zachęcony. Rysunki nadal niezłe, ale tym razem trochę utonęły pod farbą, więc seria straciła nieco ze swojego największego atutu. Ale mogę nawet ciut podciągnąć ocenę i zatrzymać się na poziomie 4/10.
Kuba G: Czyli akurat w momencie gdy malkontenci porzucili czytanie tej serii Edmondson ruszył z większą historią. Co oczywiście było do przewidzenia. Szkoda tylko, że nie dał żadnego większego punktu zaczepienia dla czytelnika aby zainteresować się nowym enigmatycznym przeciwnikiem.
Wszystko można spisać tu jak tagi na twitterze, szpieg, rosja, ambasada, SHIELD, bomby, religia. Kilka elementów, zero konkretów.
To dalej tylko rzetelna lektura, która niestety nie prezentuje nic wybitnego, czegoś co sprawi, że do postaci zostaną przekonani nowi czytelnicy, że Ci, którzy lata ją ignorowali teraz podkulą ogony i wyplują swoje wcześniejsze kąśliwe uwagi. Edmondsonowi udaje się pokazać superbohaterskie szpiegostwo tak aby było na raz bardziej przekonywujące i dalej pasowało do konwencji Marvela. To jest rzecz, której nie można mu odmówić. Nie można odmówić mu też tego, że ten jednak dość przeciętny komiks o postaci z drugiej ligi komiksowego Avengers czyta mi się lepiej niż aktualne komiksy o Avengers, gdzie Black Widow jest tylko tłem.
Lotar: Doszedłem do wniosku, że gdyby ta seria nie miała dymków z tekstem to dużo bardziej, by mi się podobała. Oglądałbym sobie obrazki i sam tworzył na własne potrzeby jakąś miłą fabułę. Wdówka, która robi dla SHIELD ma jeszcze czas na jakieś akcje na boku? I te egzystencjalne gadki. Ile tak można? To postać, która nie została wymyślona tydzień temu. Od razy przypomniał mi się stary Spawn i jego jęczenie, co druga stronę. No litości. Cała ta postać mnicha zalatuje niezłą groteską i bardziej pasuje do starych Bondów. Plus za brak kota. Miałem spore oczekiwania względem tej serii, ale na chwilę obecną Punisher jest dużo ciekawszy. Gdyby nie Noto pewnie już bym ja olał.

Captain Marvel vol. 7 #1
Gil: Nowy początek dla Karolki... który to już raz? No, ale dobra, tym razem nie będę się pieklił an temat powtarzalności, bo tak naprawdę poprzednia seria została przerwana zupełnie od czapy i ta jest jej naturalną kontynuacją. Tylko po to, żeby na okładce umieścić tłustą jedynkę. Może nawet zabieg ten jest jakoś usprawiedliwiony, bo rzeczywiście mamy tu nowy kurs dla postaci... albo nowe spojrzenie na stary kurs? Bo Carol już była w kosmosie i to sporo czasu, bujając się ze Starjammers jako Binary. A teraz dla odmiany pobuja się koło Guardians of teh Galaxy. Ale czy na pewno? Docelowo pewnie tak (jeśli dobrze pamiętam zapowiedzi), ale póki co, do towarzystwa dostała paru losowo dobranych kosmitów. Na początku coś mi się pomyliło i myślałem, że Tik to Tink z solówki Wisdoma, więc trochę się pocieszyłem na wyrost i lekko rozczarowałem, gdy wyszło szydło z worka. Ale ogólnie jest całkiem fajnie. Scenki z Lieutenant Trouble są jak zwykle przesłodkie, rozmowa z Iron Manem dobra, akcja też całkiem niezła. Tylko autorka zapomniała chyba trochę, o czym była ta duża historia w poprzedniej serii, która podobno wszystko zmieniła, a żadnego jej efektu nie widać. Za to muszę zauważyć, że całkiem nieźle wyszły lopezowe rysunki. Ciut mało dynamiczne – jak zwykle zresztą – ale za to bardziej dokładne. Na pewno poczytam dalej, bo niezmiennie lubię główną bohaterkę, a tymczasem dam 6/10 na zachętę.
Krzycer: Poprzednia seria miała ciekawy klimat, ale fabuła już w połowie zaryła, a potem dobiły ją tie-iny do Infinity. Tym razem zaczyna się o wiele ciekawiej. W sumie zacząłem żałować, że po pierwszej scenie całą resztę spędziliśmy w retrospekcji, bo te kilka stron sprawiło, że poczułem głód kosmosu, którego Bendisowi GotG nie zaspokajają. Mam przeczucie, że to może być ta kosmiczna seria, którą potem będziemy wspominać jak epokę DnA. Oby.
Ale ziemskie pożegnanie Karolki też było całkiem niezłe.
Tylko jak to w końcu jest z tą jej cholerną amnezją, bo już nie ogarniam?
rodzyn: Poprzedniej odsłony serii nie czytałem i zaczynam żałować, bo ten numer świetnie się czyta. Widać, że kilka wątków jest kontynuowanych, chociaż pewnie dość szybko przerwie je podróż Carol w kosmos. A sama wyprawa zapowiada się ciekawie, czego dowodem są pierwsze strony komiksu. Jeżeli chodzi o rysunki, to również mi się podobały. Chyba żadna z nowych serii nie wywołała u mnie równie pozytywnych emocji.

Deadpool vol. 3 #25
Gil: Nadal mnie nie przekonuje i coraz mniej chce mi się to czytać... Jeden fajny moment to majtasy Crossbonesa. Reszta jakoś nie trafia w cel i chyba zacznę odliczanie do rozstania, które może nastąpić po tym wielkim numerze ślubnym. Tymczasem dam tylko 3/10.

Fantastic Four vol. 5 #2
Gil: Upadek Fantastic Four nabiera rozmachu. Całkiem ciekawe jest nawiązanie do świata Heroes Reborn, chociaż wymaga to wyjaśnienia, bo wcześniej przekonywali nas, że on już nie istnieje. Akcja ma spory rozmach, co się chwali, bo jeśli chcą, żeby miało to odpowiednie znaczenie, wymaga to udziału kogoś spoza grupy. A ilość gościnnych występów (choćby w tle) sprawia, że rozwałka nabiera epickich rozmiarów. Serio. No i przy okazji mówi nam coś nie wprost o Uncanny Avengers. Sama akcja jest całkiem fajna… aż do ostatnich stron, kiedy Johnny robi wielkie bum. No i to już mniej mi się podobało. Ale zobaczymy, jak autor poradzi sobie z nim bez mocy. Poprzedni numer zapowiedział coś interesującego, więc oby się udało. W ogóle to mam nadzieje, że jednak seria odbije się od dna, bo po Fractionie bardzo tego potrzebuje. Na razie jest dobrze. I wygląda całkiem nieźle. Niech będzie słabsze 7/10.
rodzyn: Wciąż czekam, aż ta seria czymś mnie do siebie przekona. I nie rozumiem, dlaczego znów musimy dostawać "upadek" FF, skoro w miarę niedawno była historia "Three" (chyba 4 lata temu? to wciąz nie tak dawno).
A nowe kostiumy, będę to powtarzał kiedy tylko nadarzy się okazja, są brzydkie. Nie lubię zmiany dla samej zmiany.

Hawkeye vol. 4 #17
Gil: Eee… to chyba najbardziej spóźniony Krismes Speszyl jaki w życiu widziałem. I tyle czasu zajęło im sklecenie tego w całość? No błagam… Jakby dali to komuś ze szkoły dla komiksiarzy, to by w jeden dzień narysował. No, chyba, że to Fraction tak długo zastanawiał się, co to do cholery jest Kwanza… W każdym razie, do mnie nie trafiło zupełnie. Ale doceniam to, że postarali się uwzględnić wszystkie obyczaje okresu świątecznego, choćby nie wiem, jak abstrakcyjne. Mimo wszystko 4/10 to max.
rodzyn: To był... Fajny przerywnik, ale mogliśmy go dostać zaraz po tamtym numerze, do którym akcja tego nawiązuje. Historia moim zdaniem niepotrzebna, a gościnny artysta również zbytnio mnie nie zachwycił.

Mighty Avengers vol. 2 #8
Gil: Muszę przyznać, że od pewnego czasu, z każdym numerem jest lepiej. Tym razem Ewingowi udało się uchwycić pewien element, którego brakowało trochę w innych wersjach Avengers od dłuższego czasu, a który tę wersję zbliżył nieco charakterem do JLA. Mam na myśli tę wielką, odizolowaną bazę, z której wszystko monitorują i reagują na bieżąco na wydarzenia. Przyznam, że brakowało mi nieco tego abstrakcyjnego oddalenia bohaterów od zwykłych śmiertelników. Równie fajnie wyszło przedstawienie złoczyńcy – trochę z przymrużeniem oka, celowo nawiązując do oldschoolu. Trochę skrzywiłem się, widząc jego prawdziwą tożsamość, ale mogę to przełknąć. Chociaż mogli pociągnąć tajemnicę jeszcze do następnego numeru. Kolejny plus za nawiązania do Young Avengers i Lokiego oraz wykorzystanie łączności między młodymi bohaterami. To coś świeżego, czego ich starsi koledzy nie mieli, a co stwarza masę możliwości. No i na koniec, również niezły dil między White Tiger i jej bóstwem. Raz jeszcze to powiem: jest coraz lepiej. Chemia między postaciami działa sprawniej, przymrużenie oka pomaga w konstrukcji fabuły, no i rysunki również cały czas się poprawiają. Mimo trudnych początków, dałem się przekonać i tym razem już chętnie dam 7/10.
rodzyn: Początkowo byłem sceptyczny co do potrzeby istnienia tej serii, a teraz z numeru na numer podoba mi się ona coraz bardziej. Oby Schiti został jak najdłużej, żeby przynajmniej rysować na zmianę z Landem. Jeżeli chodzi o samą treść: nie znałem wcześniej Blue Marvela, ale wydaje się interesującą postacią i podoba mi się poprowadzony z nim wątek. Z sympatycznych rzeczy mogę wymienić jeszcze nawiązanie do YA Gillena i aktualnej serii Lokiego.
Demogorgon: Okej, pierwszy plus za nawiązanie do Young Avengers, drugi za nawiązanie do Loki: Agent of Asgard. Po za tym, Ewing dalej świetnie sobie radzi z balansowaniem między akcją, a interakcjami bohaterów, rozmowa Luke'a z Blue Marvelem była świetna. Wspaniale wypada też Power Man, a nowy złoczyńca, Dr. Positron, podbił moje serce. To takie połączenie old-schoolowego złoczyńcy z typem bardziej samoświadomym, a jednocześnie ma fajne motywy i dodaje do mitologii Blue Marvela. W mojej głowie brzmi albo jak Chris Latta jako Cobra Commander, albo jako Charlie Adler jako Cobra Commander.
Ale i tak najlepsza jest konfrontacja Avy z Tiger God, ta scena rządzi.

Revolutionary War: Motormouth (one-shot) (RW part 7)
Gil: Kolejna postać z brytyjskiego pakietu, która została odkurzona na potrzeby tego mini-eventu. Akurat Motormouth była moją ulubienicą z całej tej bandy, wiec trochę nietajnie mi się zrobiło, kiedy zobaczyłem jak bardzo się zapuściła. To znaczy, nie żebym miał coś przeciwko rodzinie i dzieciakom, ale to jak strasznie zakopała się w przeszłości, cięgle przeżywa zejście Killpowera i tkwi w obskurnym mieszkanku, gdzie stare sprzęty ma poupychane po pudłach, jakoś mi do niej nie pasuje. Za bardzo depresyjne. Dlatego też ta odsłona rewolucji cierpiała na brak polotu, którego można by po niej oczekiwać i generalnie mi się nie podobała. Dobrze, że zbliżamy się już do końca, bo coraz mniej mnie przekonują te ich nowe pomysły. Tym razem tylko (a może aż) 5/10.

Secret Avengers vol. 3 #1
Gil: I raz jeszcze reset, który nie był specjalnie potrzebny, ale może wyjść serii na dobre. Umówmy się, że jej poprzednia iteracja nie do końca była szczęśliwa, bo strasznie zamotany początek zniechęcił wielu czytelników zanim zrobiło się lepiej. Tutaj zaczynamy od momentu, w którym teoretycznie łatwiej jest wskoczyć z powrotem na tego konia, chociaż ktoś zupełnie nowy mógłby się trochę zdziwić, na przykład obecnością MODOKa. Chociaż mnie bardziej zaskoczyło to, że Fury walczy z Fury. Całkiem fajny injoke, ale trochę niespodziewana konfiguracja. W ogóle odnoszę wrażenie, że ten zeszyt miał za zadanie przekonać nas, że nie będzie już tak strasznie poważnie, jak w poprzedniej wersji. Podejrzewam, że byłoby to skuteczniejsze, gdyby wrzucili serię w MAXa i darowali sobie cenzurę. Ale hej, przynajmniej zawsze mogą się zareklamować, że w tym zeszycie Hawkeye biega nago za Jess i Natashą w ręcznikach. Mam jednak nadzieje, że ta dawka campu to jednak wyjątek i dalej pociągną te wątki, które zdążyły się zrobić interesujące już wcześniej. Najbardziej jednak ucieszył mnie fakt, że grafika w środku nie była taka jak na okładce. Wygląda wprawdzie ciut słabiej niż poprzednio, ale przynajmniej nie jest tak kreskówkowa jak okładka. Tutaj również dam na dobry początek 6/10.
rodzyn: "This is bad. Do I say it too often?" Tym tekstem nawiązujacym do solowej serii Hawkguya Kot mnie kupił. (btw: wydawało mi się, że Hawkeye należał do Secret Avengers wcześniej, a tu mówi, że nic o tej grupie nie wie) Podobały mi się relacje między postaciami i mam nadzieję, że ze współpracy M.O.D.O.K.a i Hill wyniknie coś ciekawego. Szybko się to czytało i czekam na następny numer oraz solową serię Iron Patriota.

Superior Foes Of Spider-Man #9
Gil: Po pierwsze, kamień spadł mi z serca, kiedy okazało sie, że Bullseye to nie Bullseye. Przynajmniej uratowana została spójność serii. To był właściwie jedyny potencjalny minus całości, więc kiedy został usunięty z drogi, wszystko inne wyszło fajne jak zwykle. Fred poczyna sobie w najlepsze i jest debeściak jak Wąski. Do wesołej czeredy dołącza kolejny sfrustrowany łotrzyk, który prawdopodobnie nieźle nam tu namiesza. I tylko troszkę brakowało mi reszty, która pojawia się dopiero w samej końcówce. Co tu dużo gadać? Jest super, jak zawsze. I jak zawsze będzie solidne 7/10.
Demogorgon: Cholera, nie mam co mówić, jeśli nie chcę zacząć rzucać spoilerami. A przecież chcę, aby wszyscy ten komiks przeczytali. To jest główny powód, dla którego recenzje dobrych komiksów zazwyczaj wychodzą mi krótko (plus oczywiście, udowodniony fakt, że o wiele łatwiej jest pisać o tym, co złe, niż o tym, co dobre. Ale spróbujmy.
Nick Spencer i Steve Lieber po raz kolejny dostarczają nam spektaklu, który na długo zostanie zapamiętany. Czarna komedia z Fredem w roli głównej nie zwalnia ani na moment, a an deser dostajemy okruchy życia z Shockerem orz Hydro-Manem. Jak zawsze jest to ten sam niezawodny humor, teraz doprawiony jeszcze takimi smaczkami, jak wygłupy Chameleona, czy Owl gotujący szczura. Śpieszmy się kochać Superior Foes, tak szybko zbliżają się do końca.
Soundtrack: You're Gonna Go Far, Kid.
rodzyn: Ta seria jest świetna! Nie wiem co napisać, bo wszytko jest bardzo dobre: rysunki, postacie, scenariusz itd. Moją szczególną uwagę zwrócił występ Hydro Mana, którego darzę szczególną sympatią. Mam nadzieję, że go jeszcze zobaczymy.

Superior Spider-Man #29
Gil: Powiedziałbym, że był to numer poświęcony na rozciągnięcie i odwrócenie uwagi czytelnika. Trochę się dzieje, ale powiedzmy sobie szczerze, że nie do końca to, czego się spodziewaliśmy. Dostajemy kolejną mocną sugestię, że Goblin to Norman, ale ja nadal nie jestem przekonany. Choćby dlatego, że zachowuje się, jakby nie wiedział, że Parker jest/był Pająkiem. Do akcji wkracza Miguel i przy okazji przynosi kolejną sugestię, że Goblin jest powiązany z Alchemaxem. No cóż, jego współszefową jest Liz Allen, więc nie dziwota... Znów mamy trochę za dużo dystrakcji, ale przynajmniej tym razem darowali nam Kacperka. Za to zafundowali nam jedną z bardziej bezsensownych śmierci. Ciężko mi sobie wyobrazić, jak ten grubas mógłby się poruszyć tak szybko i w dodatku jeszcze zmieścić między Superiora, a jego ramię. Czyli ogólnie, jak już pisałem, jest to numer w stylu „teraz trochę was pozwodzimy, żebyście pomyśleli, że następnym razem dostaniecie to, co chcecie”. Ale przynajmniej nadal dobrze wygląda. Tym razem będzie więc 5/10 z małym plusem.

Wolverine vol. 6 #3
Gil: Aha, więc jednak to jest Superior Wolverine... Nie no, ja sobie odpuszczam. Za dużo rzeczy tutaj powywracali do góry nogami i zwyczajnie mi się to nie podoba. Tylko tyle w tym temacie, bo nawet nie chce mi się oceniać.

X-Force vol. 4 #2
Gil: Powoli zaczyna mi się podobać. No, pomijając stronę graficzną... Ale fabuła ma kilka zasadniczych plusów, których brakowało obu wcześniejszym wersjom X-Force. Albo dobra, skupmy się na wersji Hopelessa, bo ta Humphriesa była w ogole oderwana od wszelkiej rzeczywistości. Otóż po pierwsze, Nemesis znów jest zajebisty. Z tą postacią jest taki problem, że potrzeba świrniętego geniusza, żeby dał radę przedstawić go jako świrniętego geniusza, a najwłaściwszą osobą do tej roboty jest Simon Spurrier właśnie. Inni zwykle pokazują go jako buca, albo wariata, albo duże dziecko, a to przecież nie o to chodzi – jego mózgownica ma działać na wyższych obrotach i właśnie to się tutaj dzieje. Po drugie – współpraca. Cable już nie zachowuje się jak ostatni półgłówek, ale jest w kontakcie ze wszystkimi zainteresowanymi stronami. Tak, nawet tymi ciemnymi. Udziela im tyle informacji, ile uzna za stosowne, ale wystarczająco, by nie ściągać sobie na głowę niepotrzebnych przeszkód w działaniach. To się nazywa strategiczne myślenie. I po trzecie – powrót dobrze znanych elementów. Aż mi się ryj uśmiechnął spontanicznie, jak zobaczyłem stare dobre „bodyslide by one”. Bo po co wymyślać jakieś nowe udziwnienia i naprawiać coś, co nie jest zepsute? Spurrier właśnie w taki sposób działa – łączy dużo znanych elementów i wyciąga z tego połączenia coś nowego. W ten sposób przywrócił Cable’a do normalnego stanu, a jak pokazał ten zeszyt, również z Marrow udało mu się zrobić coś fajnego, co ma solidne podstawy, a jednocześnie dużo nowych możliwości. A przy okazji stworzył też nowe, interesujące postaci: Meme i Fiqh. Czyli jest już zdecydowanie lepiej niż w pierwszym zeszycie i sytuacja zaczyna się klarować. To znaczy, że już mogę zacząć wystawiać 7/10.avalonpulse0343c%20%5B1600x1200%5D.JPG
Krzycer: Uuu, backstory. To już wiemy skąd Marrow ma moce i mniej-więcej co jest nie tak z Hope. A do tego mamy konkretnego przeciwnika: brzuchatego wschodniego bizneso-mafiozę z wąsem.
...X-Force Kyle'a z Yostem walczyli z "the best of" przeciwników mutantów z poprzednich 20 lat i Bastionem, X-Force Remendera - z Jeźdźcami Apocalypse'a i Archangelem... Powiedzmy sobie szczerze, brzuchaty wschodni bizneso-mafiozo z wąsem nie sprawia, że z zapartym tchem czekam na nadchodzącą konfrontację.
Z plusów: miło, że Spurrier postanowił napisać inteligentnego Cable'a, który mówi ludziom, co robi. Jeszcze bardziej miło, że ci ludzie wytykają mu za mnie, że to jest out-of-character.
I w sumie to wszystko - odpowiedzi, przeciwnik, wpisanie X-Force w szerszy kontekst status quo - odbywa się na kilku stronach. Cała reszta to side-quest, zresztą nazwany tak po imieniu. W RPG niektóre side-questy wpadają w pamięć bardziej niż główny wątek, ale to... to chyba nie będzie jeden z nich. Z drugiej strony Spurrier pokazał w Legacy, jak wygląda zabawa klockami w jego wykonaniu, więc coś z tego numeru pewnie za pół roku okaże się bardzo ważne.
Demogorgon: O rany, te rysunki są takie koślawe. Ale po za tym, to było spoko. Cable w swojej nowej polityce jest ciekawy chyba pierwszy raz od czasu Messiah Complex, widać też, że Spurrier ma pewne większe plany, w tym też co do Hope. Jak zawsze, powalają mnie dialogi. Cóż więcej powiedzieć? Nic, bez spoilerowania większego. Podoba mi się.
rodzyn: Wiemy już, dlaczego Cable zebrał drużynę. Dziwne jest w tym to, że mówi o tym wszystkim innym mutantom, co trochę przeczy tajnemu istnieniu grupy. Wiemy już też, o co chodzi z Marrow. Ciekawe rozwiązanie, zobaczymy co z tego wyniknie. A poza tym: teksty wciąż świetne, rysunki w większości tak jakby się rysownikowi nie chciało, a główny zły na takiego nie wygląda.
Wilsonon: Im więcej numerów tej serii tym bardziej przekonuję się do rysownika. Pan Kim... Porozglądam się za jego pracami. Ciekawi mnie czy zaprezentował już gdzieś swoje maksimum. Wkurzają mnie tylko jego "próby" rysowania nóg od kolana w dół. Plus ma tendencję do spoglądania na całą scenę od "d*py strony". W szczególności od tyłka Psylocke, co na razie mi nie przeszkadza.
Miło jest zobaczyć nową wersje Cable'a. Zawsze cele swoich działań, jak i same działania, trzymał w tajemnicy nawet przed swoimi ludźmi, a tu od razu jest transparentny. Najbardziej jednak wkurzająca była część, raczej ostatnie zdanie jego przemowy do wszystkich. To zazwyczaj była wina Cable'a, że ktoś mu się wcinał w plany. Przez: "Powiem wam później.", "Nie czas na tłumaczenia.", "Nie powiedziałem wam, bo...". Niedoinformowanie. Jego wybuch był wg mnie przesadzony. Na szczęście nowy scenarzysta to osoba, w której to pracach króluje logika i Cable nie popełni błędów z przeszłości.
Jezeli chodzi o podwładnych Nathana to cieszą humorystyczne wstawki Fantomexa, lekkie wariactwo Marrow, stonowana Betsy i szalenie inteligentny Nemesis. Jestem podekscytowany późniejszym interakcjami pomiędzy nimi. Ocena: 4/6.
jdtennesse: To może rysunki na początek – nadal mi się podobają i są bardzo charakterystyczne. Dla mnie są wręcz świetne. Tymczasem historia trochę się rozwija. Wiemy, przynajmniej trochę, jaki cel przyświeca drużynie, dowiadujemy się, co się stało z Marrow, wiemy, kto stoi za porwaniami mutantów. Narratorem tego numeru zostaje Cable, czy jest to znak, że za każdym razem ktoś inny będzie nas prowadził po aktualnych wydarzeniach? Trochę dziwi również otwartość Cable’a w stosunkach z innymi członkami jego „plemienia”. Zazwyczaj Cable raczej ukrywał swoje cele i działania… Akcja ma pewien twist, żeby nasi bohaterowie nie dowiedzieli się wszystkiego za szybko, ale trochę wydaje się to przeciąganiem, którego nie lubię. Z drugiej strony, to ma być dłuższa historia, więc pewnie, cytując Cable’a, „cel uświęca środki”. Dostajemy kilka fajnych tekstów, a całość jest przemyślana, widać, że Spurrier ma już pomysł na dłuższą metę. Czworo bohaterów, czyli nie za dużo i nie za mało, ciekawie rozwijają się interakcje, wydaje się również, że zachowują się całkiem „in character” za co plus. Nadzieje cały czas duże. 7/10.

X-Men: Legacy #300
Gil: Przyszła pora pożegnania z Legacy, w której udzielili się trzej najważniejsi twórcy serii. Ale, ale! Czy to tak się podsumowuje 300 numerów serii? (Zwłaszcza, że przyrostek Legacy dostała dopiero w 208...) Cóż, zwykle tak się tego nie robi. Niestety. Nie wiem, który z panów to wymyślił, ale pomysł jest świetny! Inni by pewnie sporo wspominali, albo zapchali zeszyt krótkimi historyjkami o niczym. A tutaj niespodziewanka! Całkiem nowa postać, będąca... całkiem starą postacią? Interesujące... chociaż może nie do końca oryginalne. Była już Mary Zero, była Blindspot i była Cypher 2.0, chociaż można udowadniać, że przedstawiały niedostrzegalność na trochę inne sposoby. Forgetmenot dla odmiany zagrywa trochę a’la Sentry – zawsze tam był, ale nikt go nie dostrzegał i nie pamiętał. Swoją drogą, ciekawe czy teraz zrobią update wszystkich składów wstecz? W każdym razie, jest to pomysł o tyle ciekawy, że można nim wytłumaczyć wszystkie nielogiczne wydarzenia w każdej historii, całe wieki do tyłu. I serio nie miałbym nic przeciwko temu, żeby zafundowali nam jakieś Forgetmenot Chronicles, które pokazałyby z jego perspektywy niektóre wydarzenia. Tymczasem dostajemy fajne jego przedstawienie, szybki skok do Age of X, który pokazuje przykład jego wpływu na wydarzenia, a na koniec Gage wykorzystuje go do załatania dziury w swojej fabule. Swoją drogą, to ciekawe czy Mimic i Omega mają tę jego niedostrzegalność? To by tłumaczyło jak wyparowali... chociaż jeśli ten Mimic również kopiuje zdolność w 50%, to by było trochę bez sensu... A, nieważne – nie będę sobie psuł przyjemności. Generalnie, całość mieści się w zakresie od super do całkiem fajnie, a rysunkowo od dobrze do dostatecznie (szkoda, że Clay Mann nie wziął udziału w tej celebracji), więc może dostać 7/10.
Krzycer: No dobra, mam problem z tym numerem. Właściwie to trzy problemy. Pierwszym jest Gage - segment z Mimiciem i Weapon Omega trąci tradycyjnym gage'owskim łopatologicznym słowotokiem, którym usypiał mnie w swoim runie w Legacy. Drugim jest - ku memu zdziwieniu - Carey, bo segment z Age of X jest mocno rozwleczony, nie ma w nim tyle treści, by uzasadnić taką objętość. Ale rysunki są ładne. A trzecim, do kompletu, jest Spurrier. Bo o ile ta klamra narracyjna opiera się na fajnym, pokręconym pomyśle... To jest to diablo problematyczny pomysł, jeśli się go weźmie całkiem na poważnie, tj. uzna, że faktycznie ten facecik od lat tkwi w Instytucie tuż poza kadrem.
Ale jeśli nie brać go całkiem na poważnie, a bardziej jako metaforę czy nawet jednorazowy dowcip, to całość ładnie nawiązuje do tytułu serii - który miał mniejsze lub większe znaczenie w poszczególnych runach, największe - u Carey'a gdy Xavier był na pierwszym planie i w całym runie Spurriera. A do tego ma jest też metakomentarzem o całej tej pisaninie, trochę jak końcówka runu Spurriera, ale z innej strony.
Ogólnie: dziwne, ale fajne.
rodzyn: Nie czytałem żadnej z odsłon tej serii poprzedzających Legacy Spurriera i ten numer nie zachęca mnie do sięgnięcia po żadną z nich. Dostajemy jedną historię, o której każdy szybko pewnie zapomni, chociaż mam nadzieję, że może kiedyś ten mutant się jeszcze pojawi. Jeżeli chodzi o rysunki, to też nie były jakieś szczególne.
jdtennesse: Jubileuszowy numer serii, której już nie ma przynosi nam dość nietypową historię. Przede wszystkim dostajemy "nowego" bohatera, który zapewne nie pojawi się już nigdy ani nigdzie, ale za to robi niezłe wrażenie. Jak widać, można stworzyć mutanta, który ma bardzo nietypowe moce, ale który nie jest chodzącą krewetką. Co więcej, taki zestaw mocy umożliwił autorom na dużą dowolność w pisaniu ich historii. I dlatego też rzeczona historia jest dziwna, jak cały ten komiks. Niby wszystko trzyma się razem, ale z drugiej strony trochę to naciągane. Dało się wpleść wątki z "Age of X", pojawiają się dwie postaci, które rzadko walczą u boku mutantów. I ma się wrażenie, że trochę to wszystko przypadkowe. Chociaż jest druga strona, ponieważ jest to zaduma nad serią Legacy oraz tym co zawsze wyróżniało mutantów, czyli bycie bohaterem, ale bez poklasku. Zmiany rysowników były widoczne, ale mi akurat nie przeszkadzały w odbiorze komiksu. Podsumowując, jest to dziwny komiks, który próbuje zamknąć pewien rozdział historii, która być może jest dziwnie równa. Tytuł historii, jak i imię nowego mutanta, wyrażają chyba zamysł twórców, nawet jeśli jest to nieco proste i bezpośrednie. Ocena – ja nie zapomnę.

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Gniot tygodnia:


avalonpulse0343a1.jpgSecret Avengers vol. 3 #1
Autor:
Tradd Moore


Demogorgon: Miałem z początku wyróżnić obie okładki do Avngers Undercover #1, z których jedna wygląda jak okładka do albumu jakiegoś rapowo-metalowego zespołu (który sobie nazywam "Zemo and the Bitches"), a drugie jak końcówka openingu do co drugiego anime z lat 90-tych, a autorzy obu nie wiedzą, jak właściwie wygląda połowa postaci. Ale nie mogę tego z czystym sercem zrobić, bo mamy TO paskudztwo. Sam nie rozumiem jak to jest, że Tradd Moore może wyprodukować takie piękne okładki do All-New Ghost Rider, ale ilekroć robi okładkę gościennie, to wychodzi mu potworek. Czyżby wkładał cały wysiłek w projekt, na którym mu zależy? A może jego kreskówkowy styl zwyczajnie nie sprawdza się przy niektórych postaciach, dając nam takie dziwadła, jak tutaj. A może mierzy w taki efekt komiczny, a do mnie tylko ten humor nie trafia?

Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2014.03.12
All-New Invaders #3
Gil: Trochę przegalopowali. Wątek z bronią do kontrolowania bogów mógłby być fajny, ale rozbił się o fakt, że Ikaris wcale bogiem nie jest. Wprowadzenie Aarkusa mogło być fajnym urozmaiceniem, ale nijak ma się do innych jego niedawnych występów. A największy problem polega na tym, że trzej głowni bohaterowie nie mają za grosz chemii i są straszliwie nudni. Chyba pora sobie odpuścić. A na pożegnanie 3/10.

Avengers World #4
Gil: Tak, jak się spodziewałem, zamiast kontynuować cliffhanger z poprzedniego zeszytu, przeskakujemy do wątku, który wcześniej został odsunięty. I to jest chyba jedyny minus tego numeru, ale muszę przyznać, że dosyć wkurzający. Niby nic, ale przy tej częstotliwości ukazywania się kolejnych numerów, strasznie utrudnia śledzenie wątków, bo trzeba wracać do nich pamięcią po trzy miesiące wstecz, a to podświadomie spycha nam na bok pozostałe wątki. Natomiast jeśli chodzi o samą historię, to jest całkiem fajnie. Na pierwszy plan wychodzi w końcu Starbrand, który dotąd zwykł eksplodować jako deus ex machina w najmniej spodziewanych momentach. Teraz przynajmniej czegoś się o nim dowiadujemy, chociaż nie jest to wiele więcej niż już wiemy z originu. Ale za to duży plus postawię za zaangażowanie dwóch nowych postaci: Druida (prosto z Secret Warriors) i Morgan le Fay (którą od dłuższego czasu wysoko sobie cenię w roli przeciwniczki). Samo rozwinięcie motywu martwego miasta wyszło całkiem fajnie i nieźle zbudowało napięcie przed finalną rewelacją. Szkoda, że ciąg dalszy będzie za trzy miesiące... Tymczasem dam mocne 6/10.

Daredevil vol. 4 #1
Gil: Nadal nie podoba mi się pomysł z przeniesieniem Matta do San Francisco. Bo nie i już. Ale musze przyznać, że było w tym zeszycie parę fajnych momentów. Jego występ w roli eksperta na początku wyszedł świetnie, chociaż mam zastrzeżenia co do wyczuwania śladów promieniowania dotykiem. Akcja z małą i pseudogoblinem też całkiem niezła, chociaż zostawia całą masę znaków zapytania. A najbardziej zdziwiła mnie ta fałszywa urna na końcu. Po co? Jeśli teraz Matt chce go w ten sposób chronić, to po co wcześniej się ujawniał? Ot, takie diabły w szczegółach. Ale mimo problemów z detalami, musze przyznać, że całkiem dobrze mi się to czytało. Może nawet wkrótce mi przejdzie i zacznę je ignorować. Ale tymczasem zatrzymam się na 6/10.
Kuba G: Postaram się zignorować fakt, że ten restart jest zbędny. Postaram się zignorować fakt, że wraz z nowym numerem 1 cena zeszytu skoczyła o dolara. To nieważne, nie po takim otwarciu jak to.
W pewnym sensie Waidowi udało się zaskakiwać mnie przez cały zeszyt. Czy to w momencie gdy widzimy Matta po cywilu wykorzystującego swoje zdolności jako jednoosobowe laboratorium policyjne. Tak, Matt Murdock, jednoosobowe CSI: San Fransisco bez kretyńskich dialogów i drewnianych postaci. Drugie zaskoczenie, sposób w jaki Waid rozwiązał kwestię, że Daredevil nie zna San Fransisco tak dobrze jak NYC (ale tu siedzę cicho, po co zabierać ludziom przyjemność z lektury). I trzecie zaskoczenie, tworzące od razu cliffhanger - Foggy.
Nie ma co ukrywać, scenariusz Waida błyszczy dzięki rysunkom Samneego i naprawdę nie rozumiem tych osób, które nie potrafią docenić jego kreski. Od ciemnych pomieszczeń z pierwszych stron historii, po sporą wycieczkę po nowym (słonecznym) mieście pod pretekstem pościgu. Klimatyczne przedstawienie bardziej statycznych scen i jak zwykle świetnie rozrysowane sceny walki. Uwielbiam typa od czasu gdy rysował Siege: Embedded i z radością widzę jak się rozwija.
Więc nawet jeżeli ten #1 na okładce jest zbędny to dalej jest to jeden z najlepszych #1 jaki oferuje nam Marvel. Supremacja duetu Waid/Samnee trwa, przynajmniej w przygodowej odnodze komiksu superhero.
 
Iron Man vol. 5 #23
Gil: Hm… jest szansa, że Gillen jednak zdoła mnie przekonać do Malekhita w roli Saurona, bo w pierwszej odsłonie wyszedł całkiem fajnie. Jeszcze bardziej podobał mi się gościnny występ Dark Angel w roli eksperta od inżynierii magicznej. Sam pomysł jest świetny, a postacie bardzo fajnie ze sobą współgrają. Black magic ops operations to też bardzo chwytliwe hasło, więc teraz czekam na bombowe wykonanie. I jeszcze jedna ciekawostka: Lightning Conductor. Groteskowo zabawne. Zawsze mogło być gorzej – to mógł być Bare Conductor. Jak na razsie akcja rozwija się bardzo szybko i bardzo fajnie, więc może się okazać, że będzie to jedna z lepszych historii w tej serii. W końcu wiemy już, że wszystko, co związane z Asgardem Gillenowi wychodzi. Dodajmy do tego dobre rysunki i mamy mocne 7/10.

Marvel Knights: Hulk #4
Gil: I się skończyło. I właściwie niewiele z tego wynika. Ot, potłukli się z AIM i tyle, a na dokładkę dostaliśmy fałszywą She-Hulk na sterydach. Zaczynam mieć wrażenie, że podobny problem towarzyszy wszystkim seriom MK – mogą być nawet fajne, ale są właściwie o niczym. Dlatego pożegnam ją oceną 4/10.

avalonpulse0344d%20%5B1600x1200%5D.JPG Ms. Marvel vol. 3 #2
Gil: Jest fajnie, nawet bardzo fajnie. Kamala szybko zyskuje w moich oczach, bo chociaż jest nastoletnią bohaterką w każdym calu, ta nastolatkowość nie definiuje charakteru serii. Na przykład w porównaniu z Novą, ta seria wypada znacznie lepiej, bo reprezentuje różne punkty widzenia w równym stopniu, a nie skupia się na udawaniu, że dzieciaki są kól, a wapniaki albo nic nie ogarniają albo na siłę próbują być wyluzowani. Tu przynajmniej rodzinne relacje wyglądają normalnie – nawet jeśli dla naszego kręgu kulturowego nieco egzotycznie. A może wręcz przeciwnie? Może w rzeczywistości jesteśmy bliżej tego modelu, niż amerykańskiego udawanego chilloutu, który wydaje mi się jak koszmarnie nienaturalny? W każdym razie, niezmiernie mi się podobało. Nadal nie jestem do końca przekonany, jeśli chodzi o zestaw zdolności naszej bohaterki, ale jest tu jakieś pole do rozwoju, więc póki nie będą ostatecznie zdefiniowane, nadal jest szansa, że coś jeszcze wyciągnie z rękawa. Póki co, trochę śmieszą mnie te ręce a’la Popeye, ale mimo wszystko, treściowo te fragmenty wypadają na tyle dobrze, że jest możliwe, że wkrótce zacznę to ignorować. Nawet podobały mi się rysunki, bo najwyraźniej Alphona należy do tych osób, które dostosowują poziom grafiki do poziomu scenariusza. Tak więc za całokształt dam mocne 7/10 i tylko zaznaczę (co nie jest minusem), że czekam, aż zacznie się dziać coś bardziej heroicznego.
rodzyn: To mi się podoba! Kamala jest sympatyczną i interesującą postacią, takim nastoletnim bohaterem, jakiego Marvel potrzebuje. Scenarzystka świetnie ukazuje nam jej początki, relacje z rodziną uważam za ciekawe. Warto zapoznać się z tą inną kulturą, która nie aż tak "obca", jakby niektórym się wydawało. Nie mogę się doczekać, aż dostaniemy jakąś większą historię z Kamalą - oby była równie dobra.
Demogorgon: Przede wszystkim, warte pochwały są piękne rysunki Alphony, jak zawsze genialne. Podoba mi się to, że moce Kamali nie są przedstawiane jak typowy shapeshifting, ale są bardziej płynne, niż np u Skrulli.
W kwestii pisanej, podoba mi się, że Kamala pokazuje się jako osoba szybko przebaczająca, nie marnuje nawet chwili na typowe dylematy typu "czy powinnam pomóc osobie, która mnie tak potraktowała?", tylko leci na ratunek. Podobają mi się pewne żarty na temat kostiumów superbohaterów. Wreszcie podoba mi się to, że pogłębione zostają relacje Kamali z rodziną, które wydają się nie tylko bardzo interesujące, ale też naprawdę swojskie. Jest dobrze. Soundtrack: Be careful what you wish for

New Avengers vol. 3 #15
Gil: Całkiem fajny numer, który rzuca trochę więcej światła na postać Black Swan. I nie ukazuje jej przy tym w zbyt korzystnym świetle, co tylko wzmaga towarzyszącą jej tajemniczość. Ale również dokłada kolejne kawałki do multiwersalnej układanki. Dostaliśmy porcję całkiem logicznej science babule, co raczej rzadko się zdarza i jedyne, co mi się w tym kontekście nie podoba, to postawa Starka z jego „jestem inżynierem, więc co mnie obchodzi nauka”. Powinno być wręcz przeciwnie. Dla odmiany, bardzo fajnie wypada tu Maximus. I również rysunki wyszły fajnie. Podoba mi się, jak Bianchi prezentuje Beasta. Tradycyjnie czekam na więcej i wystawiam solidne 7/10.

Nova vol. 5 #15
Gil: No, na szczęście nie zrobili kuku Cosmo. I to chyba najważniejsze, co się tu wydarzyło. Poprzedni numer był fajny, ale ten jest oczywistą zagrywką na rozciągnięcie. Bill prawie się nie pojawia, a zdecydowanie za dużo czasu poświęcamy na szkolne perypetie Sama. Z jednej strony to może bardziej realistycznie wygląda, że musi przerwać przygody, żeby odbębnić swoje w szkole, ale z drugiej to trochę zbyt abstrakcyjne. I jak dla mnie jest argumentem przeciwko tworzeniu superherosów z dzieciaków w wieku szkolnym. No bo wiecie, w realnym świecie żaden złoczyńca nie czekałby na jego powrót, a konsekwencje takich przerw byłyby katastrofalne. Ale przynajmniej rysunki były lepsze niż zwykle i jest szansa, że kolejny zeszyt również będzie lepszy. Tymczasem dam 5/10.

Revolutionary War: Warheads (one-shot) (RW Part 7)
Gil: Może nie był to jeden z najlepszych numerów, ale przynajmniej doprowadził całe przedsięwzięcie do określonego punktu. Z ilości wspominków pod adresem Killpowera można było się domyślić, że odegra tu jeszcze jakąś rolę, więc jego powrót nie jest wielkim zaskoczeniem. Ale rola, w której wrócił już tak. Dowiadujemy się, po co Mys-Tech porywało kolejnych herosów… tylko, że nawet nie wiedzieliśmy, że zostali porwani. W poprzednich odsłonach widzieliśmy tylko uprowadzenie Capa, a co do reszty, nie było nawet sugestii, więc teraz trochę dziwnie to wygląda. No, ale dobra – przed nami ostatnia odsłona, która wszystko wyjaśni, więc dajmy jej szansę. A tymczasem dam 5/10.

Superior Foes Of Spider-Man #10
Gil: Przerywnik, który co prawda był całkiem zabawny, ale nie do końca potrzebny. Trzy krótkie historyjki z naszymi ulubionymi łotrzykami, związane klamrą w osobie Herculesa. Fajne, ale nie wnoszą nic do głównego wątku. Każdy opowiada o tym, jak to we własnym mniemaniu przykozaczył, a cała zabawa polega na tym, że wszyscy ostatecznie wyszli na lózerów. Mam trochę wrażenie, że było to wzorowane na jednym z odcinków animowanego Batmana, gdzie jego łotrzyki urządzili sobie podobne pogaduchy. Mamy tym razem bardziej zróżnicowane rysunki, co czasami jest plusem, ale nie w każdym przypadku. No i całość jest fajnie połączona i spointowana. Mimo wszystko, była to na tyle dobra lektura, że 7/10 może dostać, chociaż trochę słabsze niż zwykle.
Rodzyn: Tydzień po poprzednim numerze dostajemy historię, która wydaje się być nie potrzebna, choć przyjemna. Mimo iż zmienili się chwilowo twórcy, dostajemy równie dobrą dawkę humoru, a rysunki także są nie najgorsze. Na plus zaliczyć trzeba przede wszystkim występ Herculesa, który łączy w pewien sposób opowieści połowy z członków Sinister Six.
Demogorgon: Pomimo krótkiej wymiany twórców, było zabawnie. Każde z trojga naszych bohaterów miało okazję pokazać się jako przezabawne postacie, a humor był całkiem niezły. No i ten Hercules.
Jak zawsze - nie mam jak tego zachwalać, do sklepów kupować.
Soundtrack: Good To Be Bad

Superior Spider-Man Annual #2
Gil: Szkoda, że nie wrzucili logo Goblin Nation na okładkę, bo po samej mordzie z zębami trudno poznać, że mamy tu do czynienia z tie-inem. I to w dodatku z tie-inem, który ma znaczenie dla historii. Ktoś, kto sobie go odpuści, może się potem zdziwić, że Carlie nagle ozdrowiała, Wraith również czuje się lepiej, a za to Robbie jest ranny. Może treściowo nie jest to zbyt fascynująca lektura, bo rozterki Bena w pierwszej części i Gageowanie w drugiej trochę się ciągną, ale za to zawiera parę ważnych dla większej historii momentów, więc jednak warto trochę czasu jej poświęcić, żeby nie mieć uczucia, że coś się przegapiło. Rysunkowo też jest średnio, więc za całokształt dam średnie 5/10.

Thor: God Of Thunder #20
Gil: Kontynuujemy ekologicznie-potworniastą przypowieść z czasów współczesnych i odległej przyszłości. W obu płaszczyznach czyta się fajnie, ale o długość trzonka młotka wygrywa ta przyszłościowa. Po prostu stary Thor w starciu z Galactusem i potyczkach słownych ze swoimi wnuczkami wypada bardziej miodnie. Część współczesna trochę ucierpiała na tym, że przedwcześnie zdradzono minotaurowatość szefa Roxxonu i chociaż scena była świetnie zrobiona, to można było ją łatwo przewidzieć. No i w tej części więcej dzieje się w dialogach niż w akcji, bo ta się jeszcze rozkręca. Fajnie, że Aaron trzyma się swoich innowacji, a przy tym za dużo nie kombinuje z dorzucaniem na siłę coraz więcej nowych rzeczy, dzięki czemu lektura wydaje się jednocześnie świeża i znajoma. Podejście Thora do tematu ekologii w pierwszej chwili wydawało mi się dość radykalne, ale stwierdziłem, że to może być jakiś cwany zabieg, żeby przemycić to właściwe przesłanie pod maską typowo komiksowej rozwałki. Rysunki oczywiście najlepsze, zwłaszcza jeśli mowa o całostronnych panelach. I jeszcze raz będzie solidne 7/10.

Thunderbolts vol. 2 #23
Gil: Na samym początku zapunktowali żartem o Ryanie Reynoldsie, ale na tym skończyło się rumakowanie. Flash stwierdza: weźcie no zabijcie mojego symbionta. Cały numer tłuką się z nim, kiedy oddaje kontrolę Venomowi, a on łoi ich równo. A potem zmienia zdanie. Bo tak. Z logiką właściwą dla całej tej serii. Mały plus mogę dać za pamięć, że Venom wywołuje feedback w karzącym wzroku Ghost Ridera, chociaż można by dyskutować, czy efekt powinien być taki sam, skoro to nie ten sam Rider. Mały plus również za niezłe rysunki. Tylko dlaczego Venom cały czas zachowywał czerwone wzory? Wpadka rysownika? Trochę musiałem się zastanowić, ale ostatecznie mogę dać 4/10.

Uncanny X-Men vol. 3 #19
Gil: Sporo dziwnych elementów było w tym numerze. Zaczynając od faktu, że w poprzednim Summers miał zupełnie inny motyw, żeby rzucać się na SHIELD, poprzez tę dziwną sytuację z Highjackiem, która niby jest oczywista, ale wygląda jakby nikt poza Maryśką o niej nie pomyślał, a skończywszy na Mystique robiącej z Dazzler kopalnię MGH. Wszystko to będzie wymagało sporej ilości wyjaśnień, żeby nabrało sensu. Poszukajmy więc plusów. Akcja w miasteczku wyszła całkiem nieźle, tajemnica Evy jest interesująca, no i dialogi jak zwykle dobre. No, w większości… fragment o robieniu w gacie wyglądał, jakby napisał go ośmiolatek. Rysunki jak dla mnie całkiem niezłe. Więc ile dam za całość? Powiedzmy, że może się załapać na 5/10, ale raczej w dolnych granicach.
jdtennesse: No i poszli na wojnę. Ale dopiero na koniec. Najpierw byliśmy świadkami dziwnej, żeby nie powiedzieć absurdalnej rozmowy Marii Hill z Hijackiem, z której nie wyniknęło praktycznie nic. Przez chwilę miałem wrażenie, że zaraz wpadnie tam Scott i że jest to pułapka, ale okazało się, że Maria albo była w błędzie, albo gra w jakąś grę… Mignęła nam w końcu Dazzler, ale za to z tak krótkiej sceny dowiedzieliśmy się bardzo wiele – a mianowicie skąd bierze się hormon wzrostu dla mutantów. Ostatnim wątkiem była pułapka zastawiona na Scotta i jego drużynę. Po wychwyceniu nowego mutanta przez Cerebro, X-Men udali się na jego poszukiwania. I zostali zaatakowani – duży Sentinel wysłał na nich jakieś nowe roboty/sentinele. Wyglądały inaczej niż zwykłe, miały też wyjątkowe zdolności, z łatwością blokowały moce mutantów, przynajmniej te , które znały. Wszyscy uratowali się dzięki Evie i magicznym mocom Magik. Może nie był to prawdziwy atak, a ktoś dalej sprawdza moce młodych, aby w odpowiedniej chwili móc sobie z nimi poradzić. Sceny walki były tak chaotyczne i niedokładne, że nie wiedziałem co się dzieje. Ogólnie, rysunki są na stałym, niechlujnym poziomie. Podobało mi się zaledwie kilka paneli, szczególnie jeden ze Scottem obserwującym Cerebro. Z historii fajne było to, że w końcu Scott ma zamiar dokonać swojej wielkiej rewolucji, bo jak na razie to raczej tylko wiele mówił… Wkrótce się przekonamy, czy naprawdę poszli na wojnę… 6/10.

Winter Soldier: The Bitter March #2
Gil: No dobra, chyba powinno się to nazywać „Historyjka o dwóch agentach, ganianych przez Winter Soldiera”. Bo jak na postać tytułową, to Bucky niewielką ma tu rolę. Chociaż w sumie można było się tego spodziewać, jeśli się pamięta, że w tamtych latach był bezwolnym cynglem Rusków. W dodatku Remender na siłę wpycha w tło swojego doktora Mindbubble. Jakoś tak szybko straciłem zainteresowanie i szybko zacząłem się prześlizgiwać po tekście, więc chyba ciąg dalszy dobie daruję. Tymczasem dam 4/10.

Wolverine And The X-Men vol. 2 #2
Gil: Rozwijają równocześnie wątek Phoenix Corporation i podejmują drugi, który dotyczy Genesisa, a przy tym pojawia się sugestia, że jedno z drugim jakoś się łączy. O dziwo, nawet trochę mnie to zainteresowało. Zwłaszcza postać brodacza z przyszłości, który powołuje się na Askani. Zastanawiam się, czy to jakaś znana postać, czy ktoś zupełnie nowy. Poza tym, całkiem nieźle wyłożyli to, jak takie duże przedsięwzięcie pojawiło się właściwie znikąd. Jest tylko jeden duży problem: postacie. Do żadnej z nich nie mogę poczuć tutaj choćby odrobiny sympatii, bo wszystkie pisane są strasznie papierowo. No, ale dobra, załóżmy, że autorowi potrzeba trochę więcej czasu, żeby mógł je rozpracować, więc dostanie jeszcze szansę. A tymczasem dostanie 5/10.
Rodzyn: Jest lepiej niż w #1. Mimo iż numer skupia się na Quentinie i przyszłości z BotA, czyta się to nieźle. Ciekawi mnie powiązanie przeciwników z Askani. Chociaż już np. kłótnia między Armor a Idie wydała mi się trochę naciągana. Wciąż czekam, aż coś mnie zatrzyma na stałe przy tej serii, na ten moment daję szanse kolejnemu numerowi.

X-Men vol. 3 #12
Gil: X-Men według Wooda, proszę państwa: kumają się z jednym superzłoczyńcą, innym oferują możliwość ucieczki bez przeszkód, a na innym przeprowadzają egzekucję, strzałem w głowę. Double standards? Nieee… zwykły bullshit! Chociaż wiecie co, jest iskierka nadziei. Sublime był tym cwaniakiem, który przejął już raz kontrolę nad połową szkoły, więc istnieje logiczne wyjaśnienie tego w ten sam sposób. Jeśli kiedyś okaże się, że sukcesywnie przejmował kontrole nad wszystkimi i stąd wzięły się te wszystkie dziwne zachowania, będę mógł powiedzieć, że był to całkiem nieźle rozegrany pomysł. Ale nie spodziewam się tego po tym autorze. Prędzej uwierzę w to, że historia jest pełna dziur logicznych i skrajności, bo jest kiepskim skrybą. Aha, skoro mowa o dziurach logicznych: zauważyliście, że okładka kłamie bezczelnie? Łączy postacie z części pierwszej z przeciwnikami z części drugiej. Tak, wiem – niby Arkea jest punktem wspólnym, ale to, co tam widzimy nadal się nie wydarzyło. Za to znów lepsza okazała się część druga i to znów głównie za sprawą rysunków, bo treściowo jest równie miernie jak w pierwszej. Więcej niż 3/10 nie dam, nawet z plusem za Manna.
jdtennesse: Zakończenie przyszło szybciej niż można się było spodziewać po rozwleczonych dotychczas numerach. Poszło szybko, ale nie dlatego, że drużyna X-kobiet jest taka silna. Nie, nie, nie. Otóż (nie)kwestionowana liderka Storm zdecydowała, że część wrogów można po prostu puścić wolno, teraz musiały zająć się najgorszym wrogiem, czyli Arkeą. Czy do mnie to przemawia? Nie, bo mam wyobraźnię, której brakuje scenarzyście i mogę sobie wyobrazić, co Selene i Maddie mogą wyrządzić w tak zwanym międzyczasie. Jeżeli drugim powodem „podziału” wrogów i pozostawienia części na później była obawa, że nie dadzą im rady, to hmm… Bez komentarza. Oczywiście Storm tylko stoi, rozkazuje i podejmuje decyzje. Taka rola liderki, ale mogłaby też bardziej czynnie wziąć udział w walce, niekoniecznie używając błyskawic, gdyż tymi mogła się posłużyć. Taka moja opinia, Storm posiada o wiele szerszy zakres umiejętności, ale niewielu umie je napisać. A back-up story? Powiem tak – ni to back up, ni to story. Postaci dostają po sekundzie czasu antenowego, a Jubilee pojawia się i wszystko jest ok. Quentin rozwala sentinela, a dwie młode odbywają krótką rozmowę. Rysunki są w porządku, Anka ładnie rysuje, styl jest czysty i wyraźny, ale niestety czasami niedokładny – klika razy brak twarzy w tle. W drugiej historii rysunki są całkiem inne, ale też fajne. Za całość – 5/10, neutralnie.
Demogorgon: Olałem główną historię i przeszedłem do backupu. A tam całkiem nieźle, co prawda nie rozumiem jak niby Quentin rozwalił Sentinela, ani dlaczego musiał to być Quentin właśnie, kiedy jest tyle innych, lepszych postaci. Ale hej, wreszcie się coś wyjaśniło na linii Bling!-Mercury. Tylko zaraz widzę tu parę problemów. A) Wood nie odrobił lekcji, Bling! jest biseksualna, nie jest lesbijką, to zupełnie co innego (a taka zmiana orientacji z biseksualnej na homoseksualną byłaby oznaką wymazywania i marginalizowania, jakiego doznają osoby biseksualne w społeczeństwie LGBT b) W końcu nie za bardzo rozumiem jaka jest w tej sytuacji orientacja Mercury, o ile w ogóle fakt, że zgodziła się umówić z Bling! coś oznacza. c)Bling! jest w całym tym subplocie wychodzi bardzo creepy i to w niefortunnie pokazujący osoby biseksualne sposób a co dostaje za swoje zachowanie? Randkę ze swoim crushem.
Ale hej, Julian był bardzo sexy, zawsze coś.
Soundtrack: Sexy Boy
Undercik: Whaaaaaaaaaaaaaaaat? Say Whaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaat? Storm puszcza sobie od tak Selene i Madelyne Pryor. Bo akurat przyszły po innego wroga. To jest tak głupie, że aż witki mi opadły. Serio? Superbohaterka puszcza wolno osobę która wysysa energię życiową z ludzi, która ostatnio stworzyła sobie drużynę oddanych zabójców i nawet udało jej się zostać boginią śmierci, ale imprezę popsuł Warpath z magicznym nożykiem. Darujmy już tą Madelyne Pryor, bo o tym co zrobiła można było przecież zapomnieć. No bo najazd demonów, czy próba bezczeszczenia zwłok Jean Grey to takie tam zabawy w złoczyńcę. Nic poważnego. Niech sobie pójdą bo jeszcze oberwą rykoszetem i coś im się stanie. Potem się nimi zajmą. Tak między drugim śniadaniem a obiadem. Następnie przerwa i po kolacji może Mr. Sinister na dobranoc? Chyba zacznę kibicować przeciwnikom, aby X-Men zapłaciły za swoją głupotę. Przydałby się Cyclops, aby je trochę podregulować.

Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2014.03.19

AgentsOfShieldBanner.jpg

Agents of S.H.I.E.L.D. - 1x15 "Yes Man"


MaciekR94: Naprawdę dobry odcinek. Potwierdzają się domysły dot. Kree, Enchartness w "Thorze 3" oraz wg mnie Sitwella jako agenta HYDRY (podejrzane dla mnie wydało się pytanie "How was Tahiti").
Krzycer: Obawiałem się, że nigdy nie dane mi będzie tego napisać, ale... Agenci robią się interesujący. Drugi porządny odcinek z rzędu to chyba rekord. Skye wciąż mnie irytuje, Ward wciąż jest drewniany, a scenariusz wciąż chadza na łatwiznę (...na litość boską, WIEDZĄ że Lorelei dominuje mężczyzn, i co? Dają się złapać ze spuszczonymi gaciami przy policjantach, a potem Ward daje jej gadać i gadać zamiast strzelić do niej z usypiającego pistoletu który trzyma w ręku przez całą scenę). Ale poza tym to był przyjemny odcinek.

Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie Agents of S.H.I.E.L.D. - 01x15 "Yes Men"
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.