Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #341 (03.03.2014)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 3 marzec 2014Numer 9/2014 (341)


Pierwszy marcowy Pulse zaczynamy od zwiększania objętości. Rozpisaliście się, a bo i powody były. A to seria się skończyła, inna znów zaczęła. Kogoś sądzą, inni giną. Oj działo się, działo.

Avengers Assemble #24
Gil: Wyczuwam wyraźny wpływ Ellisa w tym fragmencie, gdzie Antek uczy Anyę, jak skonstruować swój system plików. Jest trochę abstrakcyjny, ale całkowicie awesome! Cała reszta numeru też taka jest, dzięki niesamowitej miodności dialogów. Jedyny problem mam z tą mocą polegającą na niewidzialności dla maszyn, bo niby jak to ma działać i na które dokładnie maszyny? No bo wiecie, definicja maszyny jest bardzo szeroka… Gdyby ta niewidzialność oznaczała całkowity brak reakcji ze strony wszelkiego rodzaju maszyn, to by znaczyło, że facet nie mógłby na przykład otworzyć drzwi, włączyć telewizora, albo… zostać zbadany w szpitalu, tak jak w tym numerze. Nawet gdyby sprecyzować tę zdolność jako niewidoczność dla czujników cyfrowych, to nie rozwiązałoby wszystkich problemów, w tym tego szpitalnego. Zwłaszcza, że nadal w użyciu jest sporo urządzeń analogowych. Może się czepiam, ale jak się chce wymyślić nową kól zdolność, to trzeba ją przemyśleć. Na szczęście, historia jako całość nadrabia to niedociągnięcie i nadal jest dobrym czytadłem. Plus mały punkt za „reverse mohawk”. Rysunki trochę nierówne, ale nie przeszkadzają. Będzie więc solidne 6/10.
Krzycer: W dalszym ciągu przyjemne i fajnie się czyta. Fajnie też ogląda się Anyę w tej sytuacji. I wreszcie fajnie przeczytać interakcję starszej gwardii z młodszą, w której ta starsza nie wychodzi na buców, jak to ostatnio nagminnie się zdarza w komiksach na "A" lub "X". Ale... Ale sama historia trochę się już dłuży.

Cataclysm: Ultimates Last Stand #5
tig3000: Ogólnie rzecz ujmując Cataclysm podobał mi się. Ale czytany jako całość, przy jednym, góra dwóch podejściach. Mieliśmy napięcie, pytanie: "co będzie dalej?", fajne dialogi, akcję... Czego chcieć więcej?
Ostatni numer jednak był średni. Fajna była Kitty Pryde walcząca z Galactusem a pomysł zamknięcia tego ostatniego w Strefie Negatywnej był nawet nawet... Szkoda, że Thor wleciał tam razem z Galactusem, ale w tym wypadku jestem ciekaw, co z tego wyniknie. Jednak wszystko stało się zbyt szybko. Może to lepiej, bo nie było dłużyzn. Może gorzej, bo cała miniseria zostawiła po sobie dobre wrażenie i chciałoby się więcej.
Teraz czekać na Survive i (kolejny) nowy start serii ze świata Ultimate!!!
Krzycer: Um. Kiedy niby zginął Kapitan Ameryka? Niby wtedy, gdy wrąbał się myśliwcem w Galactusa? Jakoś zupełnie to przegapiłem. Osobiście winię o to Bagley'a, bo ogólnie daje ciała w tej mini.
Dał ciała i w tym numerze - kompletnie zgubił skalę starcia Kitty z Galactusem, zupełnie nie widać, że to para górujących nad miastem gigantów.
Co do scenariusza: no, koniec. Mniej więcej tak, jak to wywróżyłem. Wot, wystarczyło nacisnąć guzik żeby jakieś magiczne urządzenie wessało Galactusa. Finisz raczej rozczarowujący, czekam na konsekwencje. Czyli w sumie tak jak zwykle po evencie Marvela.

Deadpool vol. 3 #24
Gil: Hej, patrzcie! wreszcie doprowadzili do końca te wątki, które ciągnęły się od początku serii! NOT! No, dobra, co nieco udało im się domknąć, ale z kolei inne elementy rozciągnęły się jeszcze bardziej. Niemniej, mamy to pewnego rodzaju podsumowanie, które daje nadzieje, że wreszcie wydarzy się coś nowego i przestaną już tak smęcić. Było nawet parę fajnych scen w pokręconej galerii umysłu ‘Poola. Nie zmienia to jednak faktu, że nadal nie łapię tej serii i ciężko mi się w nią wczuć. Chyba po prostu czegoś innego oczekuję od Deadpoola. Dlatego dam neutralne 5/10, bo rozumiem, że innym może się spodobać.

Fantastic Four vol. 5 #1
Gil: Jeśli miałbym opisać jednym słowem, jak odebrałem pierwszy numer nowej serii Fantastycznych, to słowo brzmiałoby... obco. Nie czułem się przy tym, jakbym czytał kolejną historię o dobrze znanych postaciach, nawet mimo faktu, że sytuacyjnie stara się nawiązać do ich debiutu. Chodzi o to, że na dzień dobry rzucają nam przebitkę z jakiejś niedalekiej przyszłości, w której wszystko się popaprało, a potem przechodzą do prezentowania, jak do tego doszło i to od samego początku. I tutaj pojawia się problem, bo juz na początku wygląda to tak, jakby coś wcześniej się zmieniło. Ot, choćby taka drobnostka jak kostiumy lub większa sprawa, czyli nieobecność Val. Mam też wrażenie, że bohaterowie zachowują się dziwnie, bo autor ich nie czuje. Czytam i myślę sobie np. „Sue przecież nigdy by tak nie powiedziała”. Nie wiem, może to kwestia przyzwyczajenia...? Na pewno będę czytał dalej, bo zainteresowało mnie to, co zapowiadają i chętnie się dowiem, czy autorzy będą mieli coś na poparcie swoich odważnych zapędów. Póki co, wygląda to trochę jak dłubanie przy sprawnym mechanizmie, żeby zobaczyć, czy da się go rozkręcić i złożyć z powrotem tak, żeby nadal działał. I to się jeszcze okaże. Na razie dam neutralne 5/10.
rodzyn: Fantastic Four Hickmana było świetne. Fantastic Four Fractiona odpuściłem chyba w połowie(podobnie FF, które zostawiłem nie ze względu na historię tylko dlatego, że odpuściłem bliźniaczy tytuł), bo było średnie. Kolejny już restart numeracji pierwszej rodziny Marvela wiązał się więc u mnie z mieszanymi uczuciami. I nie zniknęły one po przeczytaniu pierwszego numeru. Są dobre momenty, ale nie widzę, żeby całość po tym pierwszym numerze prowadziła do czegoś nowego. Rysunki też są jedynie poprawne. Mam nadzieję, że w kolejnych numerach Robinson pokaże coś więcej.
A do nowych kostiumów chyba się nie przyzwyczaję.
Krzycer: Czwórka w czerwonych kostiumach? Wiem, że Johnny kiedyś w takim biegał, ale i tak - nie pasują mi w takim wydaniu.
Poza tym to chyba moja ostatnia przygoda z tą serią, bo ogólnie FF mi wisi, i czytam ją tylko, gdy scenarzysta mnie czymś zainteresuje. Tutaj niczego takiego nie ma.
Ale za to Kirk odzyskał formę (którą zgubił w X-Factorze). Pierwsza rozkładówka z Fin Fang Foomem jest fenomenalna. Kolorysta też się świetnie spisał, może to nawet bardziej jego zasługa...

Guardians Of The Galaxy vol. 3 #12 (ToJG Part 4)
Gil: To już czwarty numer tej historii, więc wypadałoby w końcu zająć się tym tytułowym procesem, nie? No, to się zajmiemy. Na ostatnich stronach. Ale trzeba uczciwie przyznać, że i wcześniej parę powiązanych z tym scen ma miejsce. I w ogóle czyta się ten wątek nie najgorzej, nawet mimo świadomości, że jest całkiem bez sensu. A może niepotrzebnie się łudzę, że Gladiator próbuje rozegrać w ten sposób jakiś inny plan? Większa część numeru to ponownie interakcje między obiema grupami, które standardowo dostarczają niezłej rozrywki, chociaż tym razem wygłupy musiały zejść na plan dalszy, ustępując ojcowsko-synowskim uściskom. Hm... ktoś mógłby powiedzieć, że całość opiera się na dwóch wątkach, które Bendis żywcem kopiuje od Claremonta. Czy aby na pewno nie przerzuciło nas przypadkiem do Marvel Age? Cóż, można drwić i przygadywać, ale nie da się zaprzeczyć, że to całkiem przyjemne czytadło było. I wyglądało też dobrze. Corsair jakby odmłodniał po zmartwychwstaniu, ale ciężko powiedzieć, czy to wynika ze skryptu czy samej grafiki, więc nie będę rzucał kamieniem w konkretną osobę. Za to mogę dać takie lekkie 6/10.
Kuba G: Poszczególne elementy składowe tego komiksu podobają mi się, niezależnie do tego jak się trzymają continuity. Relacja ojciec - syn, całkiem ok. Relacja Jean - Oracle, super. Bo tak wygląda ten numer, dostajemy te interakcje z małym przerywnikiem na to aby przypomnieć czytelnikowi kto jest teoretycznie głównym antagonistom tej serii (Quill senior). I tyle. Tempo poprzednich numerów utrzymane... niestety. Bo o ile nie oczekuję wielkich walk, to jednak ten numer już trochę nuży jeżeli patrzę z perspektywy całości crossa. Tym bardziej, że ciągle nie dostajemy wyjaśnienia dlaczego Gladiator zachowuje się jak idiota, mimo, że każdy czytelnik, jak i 3/4 obsady serii zdaje sobie sprawę z braku logiki jego działań.
avalonpulse0341a%20%5B1600x1200%5D.JPGKminek: Nie wiem, jak chcą zamknąć ten crossover w 6 częściach, skoro właśnie mamy czwartą i jeszcze nic się tak naprawdę nie zadziało.
Nie wiadomo, jakim cudem Corsair żyje, nie wiadomo, co planuje Gladiator (nawet sam Gladiator tego nie wie, jeśli wierzyć słowom Oracle). Może wkroczenie do gry J-sona coś zmieni, ale czy w ciągu 2 numerów rzeczywiście będzie miało to sens?
Interakcje pomiędzy X drużyną i Guardians of the Galaxy nadal wypadają w porządku, może jakiś zaczątek romansu wisi w powietrzu, ale… nic poza tym.
Nawet duet Rocket, Quill oraz ich problemy z dzieciństwa nie ratują numeru.
I czy mi się zdaje, czy w trakcie "Infinity" nie zginął czasem Titan?
jdtennesse: Część czwarta sądu nad Jean. I wydawałoby się, że w końcu zacznie się coś dziać. Jest trochę fajnych scen – (ponowne) przypomnienie wydarzeń z przeszłości Scotta i jego rodziców, chwile z jego ojcem, ba- nawet chwile z Laurą. Niestety, jest też trochę tych, które ewidentnie potwierdzają, że cała ta historia jest naciągana. Pomijam sceny z udziałem króla Spartax-u, ale rozmowa Oracle z Gladiatorem jasno daje do zrozumienia, że nic tu się nie klei. A z kolei dobre rady udzielane przez Oracle Jean są sprzeczne z ludzką naturą, o czym Straż Imperialna mogła się przekonać jakiś czas temu w walce o życie Jean/Phoenix. Nie być emocjonalnym, nie słuchać serca, być odważnym i silnym. Odwaga i siła wynikają z emocji i serca. To chyba jest wewnętrznie sprzeczne… W końcu dochodzi do rozprawy, nawet jeśli zajmuje ona zaledwie kilka stron. I gdyby pominąć fakt, że historia jest tworem sztucznym, nieuzasadnionym, to można powiedzieć, że komiks nie jest zły. Tylko że nie łatwo to uczynić. Rysunki są fajne, dobrze się na to patrzy, nie ma się co czepiać. 5/10.

Hawkeye vol. 4 #15
Gil: Takie przerwy były między kolejnymi numerami, że już zdążyłem zapomnieć, o co chodziło. I mam wrażenie, że nie ja jeden. Pogadajmy więc o tym, co tu widzę. Rysunki znów są najmocniejszym punktem numeru, ale to akurat żadna nowość, skoro do ołówka wrócił Aja. Historia dla odmiany jest dość chaotyczna. Zaczynamy w punkcie, który później okazuje się być w środku akcji i zanim do niego dotrzemy, musimy przebrnąć przez sporo na pozór przypadkowych sytuacji. Dopiero potem wszystko nabiera nieco sensu. Aczkolwiek nie za wiele, bo to jednak Fraction i większości musimy się domyślić. A potem przychodzi wielki szok: Kazik załatwił obu Bartonów. Oh, really? Nie takie cliffhangery już widziałem, więc jakoś ciężko mi się zapowietrzyć nad tą sceną. Za trzy miesiące (czy na kiedy tam zaplanowali następny zeszyt) pewnie okaże się, że cośtam i oczywiście nic im nie jest. Innymi słowy, jeśli pominąć rysunki, nadal nie rozumiem zachwytów nad tym tytułem, bo do mnie on w ogóle nie przemawia. Ale ponieważ grafika rekompensuje mi niedociągnięcia w treści, mogę z czystym sumieniem dać średnie 5/10.
rodzyn: Przy okazji Avalonów narzekałem na to, że od kilku numerów akcja Hawkguy'a zatrzymała się w miejscu (nie licząc numerów z Kate). A teraz Fraction przyspieszył. I to mi się podoba. Jest akcja, jest humor.
I jedyne co mnie martwi, to to, że jeżeli Fraction już nie zwolni, to wkrótce doczekamy się końca serii (licząc numery z Kate, to może razem będzie jeszcze co najwyżej 10 numerów). Już od dawno było widać, że będzie to spójna historia i wydaje mi się, że dalej, z jakimś nowym wątkiem, Fraction tego nie będzie ciągnął. Obym się mylił i wciąż dostawał równie dobre numery Hawkguy'a.
Prawie bym zapomniał... Aja wciąż świetny.

Indestructible Hulk #19 (Inhumanity Tie-In)
Gil: Trochę tutaj namieszali... Nie do końca rozumiem, w jaki sposób bomba Bannera sprawiła, że ten jego asystent stał się Inhuman-Hulkiem, żerującym na emocjach. Z jednej strony terrigeneza jest nieodwracalna, a z drugiej tak jak Hulk może zmieniać swoją postać. Trochę mi to nie gra. W dodatku dostajemy trochę znikąd przeciwników, którzy z jakiś nie całkiem jasnych, ale na pewno nie dobrych powodów, interesują się kokonami. Jedyna nadzieja w tym, że coś z tego się wyjaśni w finale historii. A oprócz tego, mamy w tym zeszycie jeszcze jedną dziwną sytuację – strasznie dużo rysowników nad nim pracowało. Przez to mam wrażenie, że zawartość numeru była kilkakrotnie zmieniana i właśnie dlatego się rozlazła w szwach. Cóż, zobaczymy… Tymczasem przejdźmy nad tym zeszytem do porządku dziennego i zostawmy go z neutralnym 5/10.

Mighty Avengers vol. 2 #7
Gil: Nie przypominam sobie, żeby którykolwiek z wcześniejszych White Tigerów był aż tak potężny… Z drugiej strony, nikt wcześniej nie zwracał za bardzo uwagi na tego tygrysiego ducha, którego jest awatarem. Jak tak dalej pójdzie, to jeszcze połączą ją z jednym z Agamotto. W sumie, byłoby to całkiem fajnie, gdyby udało im się tak apgrejdować postać z trzeciego szeregu, tylko jeszcze muszą popracować trochę nad jej osobowością, bo jak na razie nie dostrzegam żadnej i właściwie nic nie wiem o tej bohaterce. Ale całkiem fajnie było popatrzeć, jak radzi sobie z teoretycznie silniejszymi postaciami. A po drugiej stronie mamy łotrzyka również z trzeciego szeregu, który też rośnie w oczach. Przyznam nawet, że odkąd ta grupa znalazła swoje miejsce, czyta się ja coraz lepiej. Debiut w ramach Infinity nie był udany, ale na street levelu te historie wydają się dużo lepsze. Jest jeszcze nadzieja. No i coraz bardziej podobają mi się rysunki. Może nie będzie to mój ulubiony tytuł, ale przyzwyczajam się do niego jako przyzwoitego czytadła. Znów dam całkiem niezłe 6/10.
Kuba G: Fajne jest w tej serii, że oprócz bycia krzyżówką Heroes For Hire z oryginalnym New Avengers, to jeszcze do tego ideowo kontynuuje drogę postaci z Shadowland: Power Man and Iron Fist. Fajnie, że scenarzysta odrobił pracę domową co do postaci nad którymi pracuje i pozwala każdej z nich dostać chwilę do zaprezentowania siebie. Szkoda tylko, że gdy White Tiger dostaje w końcu naprawdę możliwość zaprezentowania się jako postać... to jednak historia nie kupuje mnie aż tak bardzo z punktu widzenia intrygi stojącej za nią. Mam nadzieję, że z następnym numerem bardziej się wkręcę. Ale i tak Mighty Avengers dalej na plus.
Demogorgon: Jak to jest, że jedyny dobry komiks o Avengers to komiks bez jakiejkolwiek z wielkich gwiazd tej franczyzny, jak Captain America, Hulk, Thor czy Iron Man? Znaczy, pomijając fakt, że ci czterej ssą mocniej od odpływu wody na basenie?
Ewing daje nam bardzo interesującą, chociaż prostą, historię. Tiger God przełazi po prawie wszystkich członkach ekipy, ale, w przeciwieństwie do takiej Apex, mogę mu to wybaczyć. Bo, wiecie, to jest bóstwo, od takich postaci oczekuję, że przejdą po największych twardzielach i przetną nieprzecinalne. No i koniec końców kosa trafia na kamień.
Rysunki są świetne, tylko nie rozumiem czemu skorumpowany prawnik wygląda jak Stephen Colbert.
A, Power Man będzie miał kłopoty z pozbieraniem się po tym ciosie. Po obydwu.
Soundtrack: Animal I Have Become
Krzycer: Ava kozaczy. I cały numer o tym? Hm. Niby coś się z Macem dzieje, niby są głosy o tajemniczym mocodawcy, ale na razie nic z tego nie wynika.
Choć zastanawiam się, czy tajemniczy mocodawca ma coś wspólnego z mistycznymi mocodawcami na których poluje "wcale-nie-Blade".

Miracleman #3
Gil: Hm, chyba nie ma sensu dalej tego recenzować, bo musiałbym ciągle powtarzać dwie rzeczy: że grafika wygląda lepiej niż w oryginale oraz że różni się to nieco od wydani zbiorczego sprzed lat, które udało mi się wyhaczyć na aukcji. O historii nie ma co mówić, bo wszyscy wiemy, że jest dobra i rewolucyjna, a nawet perspektywa czasu nie ma na to wpływu. Powiem tylko tyle: czytać, czytać, czytać! Warto!

Revolutionary War: Supersoldiers (one-shot) (RW Part 5)
Gil: Ostatnio orzekłem, że numer z Death’s Headem był najlepszy z tych rewolucyjnych, więc tym razem chyba postanowili wyhamować nasz entuzjazm i rzucić na pożarcie numer najgorszy. Rysunki są słabe, scenariusz również, a bohaterowie są najmniej interesujący z całej brytyjskiej puli. Ot, tak zbieranina militarnych dziwadeł. Jedynym plusem jest to, że tutaj wreszcie pokazali jakieś aktywne działania ze strony Mys-Tech, więc może to sprawi, że kolejne odsłony będą ciekawsze. Ta nie jest i zdecydowanie odradzam kontakt z nią, wystawiając 3/10.
Krzycer: Czemu w zasadzie ten "event" o brytyjskich bohaterach nosi nazwę, którą Usanie określają swoją wojnę o niepodległość? Dyrdam tak sobie na tematy niezwiązane z komiksem, bo spłynął po mnie jak woda po kaczce. Nie znam tych ludzi. Nie interesują mnie. Ten komiks ani trochę nie zmienił mojego zdania o nich. Do tego miał słabe rysunki.

Secret Avengers vol. 2 #16
Gil: Hm... sporo luźnych wątków tu zostało... Ale i tak nie jest źle. Wygląda na to, że nastąpiły dwa ważne rozłamy – jeden w AIM, a drugi w samych Secret Avengers. Teraz stoimy przed szansą stworzenia dużo ciekawszej historii, jeśli twórcy zdecydują się wziąć tą bardziej sekretną grupę i skonfrontować ją z tymi przeciwnikami, którzy naprawdę coś robią. No, bo wiecie – AIM nabiło sporo piany, ale w trakcie całej tej serii nie zrobili prawie nic, tylko chomikowali różnych sojuszników i sprzęty. Najwyższa pora zrobić z tego użytek. Z drugiej strony, równie interesująca może być współpraca SHIELD z MODOKiem, albo wzajemna konfrontacja wszystkich czterech frakcji, pod warunkiem, że niektóre z nich w końcu się obudzą. Poza tym mamy dobre wiadomości dla fanów Taskmastera, bo nie zabili go na śmierć (jak zresztą przewidywałem od początku). No i coś całkiem interesującego dzieje się z Mentallo. I nadal wygląda to bardzo fajnie, więc mam nadzieje, że zapowiedź okładki debiutu nowej serii nie przełoży się na jakość rysunków wewnątrz. No to dam kolejne 6/10.

Superior Spider-Man #28
Gil: To trochę dziwne, że nagle Carlie staje się najciekawszą postacią całego numeru... Chociaż nawet dziwniejsze jest to, że przez większą jego część z zaangażowaniem sieje rozpierduchę na Spider Island, aby potem nagle stwierdzić, że robi to tylko po to, by nie wzbudzać podejrzeń Goblina. Spore poświęcenie... albo bardzo podwójna moralność. Reszta motywów jest przyzwoita, choć bez rewelacji. Superior trochę się mota, Kacperek pływa we wspomnieniach (co jest nawet niezłym odwróceniem sytuacji sprzed roku i może przynieść coś ciekawego), miasto próbuje walczyć z Goblinami, a MJ próbuje się bawić w bohaterkę. Ale nie da się nie zauważyć, że wielkimi nieobecnymi są tutaj inni bohaterowie, którzy powinni zareagować na konflikt o tej skali. Tymczasem reagują tylko ci z lokalnego podwórka, co jest wyraźnie sztucznym ograniczeniem. Nadal jest jednak szansa, że rozwinie się to w coś ciekawszego, skoro zapowiada się, że dołączy Miguel i jest szansa, że druga połówka (pun intended) Superiora stanie się jego prywatną Gwen Stacy. No i rysunki są całkiem fajne – zwłaszcza design Goblinów bardzo mi się podoba. Dzisiaj dam słabsze 7/10.

Thunderbolts vol. 2 #22
Gil: Mam ochotę sam sobie przywalić za naiwność. Nie wiem, dlaczego łudziłem się, że będzie z tego coś więcej, skoro z doświadczenia powinienem wiedzieć lepiej... Trzy strony – tyle zajął pojedynek między Hell Lordem Guido a Rulkiem, nim ten pierwszy się poddał po otrzymaniu ciosa z kokosa. Już nawet nie będę wspominał o tym, jak to zamiotło pod dywan cały wielki arc Petera Davida, bo akurat takie rzeczy zdarzają się w komiksach na porządku dziennym, ale jeszcze w tym samym zeszycie Guido rozwodzi się nad tym, jak to bardzo mu zależy, żeby coś na piekielnym tronie osiągnąć i zmienić. A potem się poddaje. Ot, tak po prostu. Ciąg dalszy jest jeszcze dziwniejszy, bo zupełnie nie łapię, skąd Deadpool wytrzasnął tę niebiańską armię, ani tym bardziej, dlaczego Mephisto sam mu ten portal dostarczył. Za to całkiem nieźle wypadł motyw z umową i jej wyegzekwowaniem, więc przynajmniej jakiś pozytywny akcent się znalazł. I oczywiście na koniec Ghost Rider dołącza do bandy... zmieniając swój płomień na czerwony. No już bez przesady... Czego więc uczą nas Thunderboltsy? Tego, żeby nigdy nie spodziewać się po nich nic dobrego i nie dać się nabrać na przebłyski. No ale dobra, za te parę pozytywnych akcentów jeszcze mogę dać 4/10.

avalonpulse0341b%20%5B1600x1200%5D.JPGUncanny Avengers #17
Gil: I już wiemy, że można tę remenderiadę między bajki włożyć... I całe szczęście! Pojedynki są całkiem niezłe, to mogę przyznać. Akurat te elementy zawsze nieźle mu wychodzą (o ile nie skaszani ich rysownik z antytalentem). Niestety istnieje jeden zasadniczy problem z historiami tego pana – ma tak zwany wiżyn. Zwykle to dobrze, że autor ma jakąś wizję tego, co chce stworzyć – problem zaczyna się wtedy, kiedy tak bardzo się tą swoją wizją zachwyci, że nabiera przekonania o własnej wielkości i z tej pozycji olewa sikiem koszącym wszystko i wszystkich dookoła. Dali facetowi dwie serie, które teoretycznie stoją w centrum uniwersum, a co on z nimi robi? Wywala je na margines. Nie dziwię się, że nikt nie próbuje nawiązywać do tego, co Remender tu kombinuje, bo to jest w ogóle odizolowane od wszystkiego i to on sam się odizolował w przekonaniu o własnym geniuszu. I o ile jakoś to się mogło sprawdzać w Uncanny X-Force, gdzie grupa była mocno zakonspirowana, tak tutaj zupełnie nie działa. Grupa, która miała być na sztandarach, zagrzebała się w niekończącym się arcu, który zabrnął do jakiegoś kieszonkowego wszechświata. I tutaj dochodzimy do zasadniczego problemu: ani trochę nie obchodzi mnie, co tu się wydarzy i w żaden sposób nie zaskakują, ani nie szokują mnie wydarzenia tutaj, bo cokolwiek się wydarzy wiem, że jest to tylko wiżyn fanfikowca. Nie ma sensu krzyczeć „Jezusicku! Rozwalili ziemię!” skoro mamy milion procent pewności, że to wszystko zostanie wycofane pod koniec historii, więc właściwie się nie wydarzyło. Wiem, że było już parę historii podobnego rodzaju, ale w nich przynajmniej autorzy od początku grali w otwarte karty, a nie próbowali zwodzić czytelnika. Gdyby wrzucili to do jakiejś miniserii albo what-ifa, może nawet miałoby u mnie szanse, ale w tej postaci jestem na nie. No i jeszcze mamy parę pomniejszych problemów, jak na przykład to, że trzy-czwarte postaci wyparowało, a dwie-trzecie wątków dynda gdzieś w próżni, podczas gdy już któryś numer z rzędu akcja skupia się na dwóch pojedynkach, które w ostatecznym rozrachunku większego znaczenia nie mają. Muszę się głęboko zastanowić, czy poświęcę czas na ciąg dalszy tego pitolenia. Tymczasem uwzględnię swoje pozytywne wrażenia z pojedynków i zakończę oceną 3/10.
Undercik: Wydarzyło się. W momencie śmierci Capa z 99% stało się 99,9%, a z końcówką numeru - 100%. Wszystko co miało miejsce w tej historii nie ma znaczenia bo i tak to cofną.
O ile poprzednie numery mnie nużyły to ostatnie dwa dały radę. Tylko, że Rick pokazał na co go stać w momencie kiedy już mógł zrobić wszystko, skoro i tak wiemy, że zostanie to wymazane. Z całej historii zapamiętam chyba tylko pojedynek Thora z jednym z Apocalypse Twins i to, że już w połowie było wiadomo, że wszystko strzeli i będą to cofać. Co tu dużo mówić. Niech świadczy to o nijakości całej serii. Nijakości będącej ogromnym rozczarowaniem. Flagowa seria Marvel NOW, podczas której działy się rzeczy, które i tak zostaną wymazane. Takie Age of Ultron tylko gorsze i na odwrót. Tam początek był klimatyczny a potem było nudniej i przewidywalnie, tak tutaj z początku było nudne, a dopiero pod koniec wzbudzono moje zainteresowanie czymś dobrym, a i tak koniec był do przewidzenia.
Z plusów:
- O, Iron Fist.
- Nareszcie Remender przystopował z brutalnością i umiejętnie schował śmierć Capa.
- W końcu McNiven daje radę.
Xavier83: Oj Marvel, Marvel. Patrząc całościowo historia świetna i wciągająca. Ziemia zniszczona i koniec herosów. Idealny moment na restart komiksów Marvela. Od podstaw. Jednak wszyscy wiemy, że nic z tego nie będzie i cofną większą część tego co tu się stało. Nie zmienia to faktu, że dostałem od scenarzysty to czego chciałem od komiksów Marvela od paru lat, z którymi kończę na tym właśnie komiksie. 10/10.
jdtennesse: Niestety to, czego obawiałem się od początku, staje się rzeczywistością. I nie chodzi o to, co się dzieje, ale o to, co się wydarzy. Starania bohaterów nie odniosły skutku i ziemia została zniszczona. Wydaje mi się, że nie ma sensu pisać o innych wydarzeniach, gdyż to jedno mówi wszystko. Wszystko, co do tej pory zobaczyliśmy i przeczytaliśmy, zostanie wyzerowane. Nic nie miało żadnej wartości, żadna śmierć, żadna walka, żadne poświęcenie. Jak na flagowy (a właściwie pseudo-flagowy) tytuł, to słabo. Skoro wszystkie te wydarzenia nie będą miały żadnych konsekwencji, a nawet zostaną uznane za niebyłe, to po co w ogóle było je tworzyć? Tego typu historie bywają ciekawe, ale nie mają racji bytu w regularnych seriach, należących do głównego uniwersum. Ta historia powinna się była ukazać jako What If albo innego rodzaju stand alone. Co więcej, z drużyny składającej się z mutantów i Mścicieli ostatnio pojawiają się tylko ci ostatni, co czyni tą serię kolejną o Avengers. Jestem mocno rozczarowany, nie podoba mi się takie rozwiązanie i nieważne, jak to wszystko wytłumaczą w kolejnych numerach, nic nie zniweluje tego gorzkiego posmaku. 2/10.
Krzycer: Jebudut! Trzeba przyznać, że Remender z wykopem przeszedł od tańczenia na linie do skoku na główkę do beczki z napisem "elseworld". Albo "imminent retcon in 3... 2... 1..."
I dalej jest jak było: walki fajne, historia rozlazła. Kompletnie zgubiła impet. Po drodze były chyba jakieś opóźnienia, które też nie pomogły. Myślę, że może będzie robiła dużo lepsze wrażenie czytana w opasłych trejdach, ale chwilowo? Nie mogę się doczekać końca. A zapowiedzi mówią, że do końca jeszcze daleko.

Wolverine And The X-Men #42 (Final Issue)
Gil: Pożegnanie Jasona Aarona z tą serią jest... równie dziwne jak wszystkie jego numery. Sporą część zajmuje pokręcona wizja przyszłości ze starym Loganem, która oczywiście nigdy nie dojdzie do skutku, bo ktoś w końcu przywróci mu czynnik regeneracyjny. Wygląda na to, że jest ona jakoś powiązana z tą przyszłością, którą pokazali w BoA, czyli chyba tą najbardziej irytującą. W teraźniejszości dla odmiany mamy dzień rozdania dyplomów w szkole. I to jest równie dziwne, bo przez cały czas sprawiali wrażenie, że wszyscy uczą się wspólnie, a tu nagle okazuje się, że są jakieś bardziej zaawansowane klasy, które właśnie kończą edukację. Teoretycznie ma to więcej sensu, ale jak by się tak przyjrzeć, to dobór postaci jest całkowicie przypadkowy. Tak samo jak i kierunki, które im tu niby nadano, bo nie wydaje mi się, żeby ktoś się miał tym przejąć. W sumie fajnie, że położyli nacisk na postać Quentina, bo oddaje całą abstrakcję tej sytuacji. Można go lubić albo nie, ale trzeba przyznać, że jest niezłym barometrem w tej sytuacji. I znów mamy tutaj całą paradę rysowników – jednych lepszych, a innych gorszych – chociaż jest to teoretycznie lepiej uzasadnione przeskokami w czasie. Nawet jeśli się z nimi nie pokrywają. Chyba najbardziej sprawiedliwą oceną za ten numer, jak i całą serię będzie 5/10.
Kminek: Podsumowanie serii, ostatni numer...
Podobało mi się. Nie wiem, może czuję jakiś sentyment, ale, mimo słabszych momentów, ta seria sprawiała mi sporo frajdy. Ostatni numer nie rozczarował. Podoba mi się zachowanie jednolitego kontinuum – przyszłość w WatXM jest taka sama, jaką znamy z kart nieszczęsnego "Battle of the Atom".
Może nieco oklepane, ale w tym wypadku sprawdzające się, było skonstruowanie tego numeru na zasadzie nostalgicznej wędrówki dyrektora. Pozwoliło to scenarzyście w spójny i w miarę logiczny sposób zamknąć całość.
Oczywiście, oprócz dawki melancholii, nie zabrakło też lekkiego, niewymuszonego humoru. Po raz pierwszy od dłuższego czasu naprawdę się uśmiałem – niektóre przemyślenia Quentina oraz dialog pomiędzy Fantomexem i Abigail Brand świetnie oddaje groteskę zawartą w serii – i ucieszyłem – okazuje się, że Idie przestanie myśleć o sobie w kategorii szatańskiego dziecięcia.
Jason Aaron zadbał także o los kilku uczniów szkoły Logana – Anole’a raczej nie ujrzymy już na kartach serii, Pixie rusza w teren, a co do reszty… Nie będę więcej zdradzał.
W przeciwieństwie do ostatniego numeru BotA, stworzenie ostatniego zeszytu tej serii wyszło świetnie. Bardzo podoba mi się pomysł, by wszyscy twórcy biorący udział w tym projekcie, mogli przyłożyć rękę do ostatniego numeru.
To wszystko oraz ciepły, pozytywny, zabawny nastrój finału powoduje, że daję temu numerowi mocne 8/10.
avalonpulse0341c%20%5B1600x1200%5D.JPGDemogorgon: Wiecie, Jason Aaron powiedział w wywiadzie do CBR, że ten numer będzie skupiał się na dzieciakach z New X-Men. Pamietam to, bo wrzuciłem do tematu o newsach linka do piosenki Hell Yeah, zespołu Rev Theory, by wyrazić swoją radość.
Jak miło wiec, że to były najzwyklejsze w świecie kłamstwa. Bo ten numer spędzamy skupiając się na Quentinie Quire. Postacie, które nam obiecano pojawiają się na dwóch stronach..a nie, przepraszam, Pixie się pojawia, by zdać. Czyli zapewne wszyscy zdali, by Jason Aaron mógł ich na pożegnanie wykopać ze swojej pięknej szkoły. Teraz zamiast być tapetą będą absolutnie niczym i będą występować absolutnie nigdzie.
Nie lubię, kiedy się mnie okłamuje. Nie lubię, kiedy robi się ze mnie durnia. Nie lubię, kiedy sprawia się, że nakłaniam znajomych do kupna komiksu, w nadziei, że dzięki emu moje ulubione postacie dostaną szybciej nowe przygody, a potem moi kumple są na mnie źli, że kazałem im wywalić pieniądze w błoto. Jason Aaron właśnie zagwarantował sobie dożywotnie miejsce na mojej czarnej liście, w życiu nie zamierzam przeczytać czegokolwiek jego autorstwa. Szkoda, Thor wyglądał naprawdę interesująco. Ale mam gdzieś jak dobry by nie był, nie będę czytał komiksów kogoś, kto kłamie mi w żywe oczy, byle dostać moja forsę. Mam swoją godność. Soundtrack: Chcecie muzyczki? @#$%ć ten komiks! Tu macie swoją muzyczkę.
jdtennesse: Koniec. I początek zarazem. Nie wypadło to tak źle, jak można było przypuszczać. Śledzimy wydarzenia na dwóch płaszczyznach czasowych – w teraźniejszości i w przyszłości spod znaku BotA. Jeśli chodzi o wydarzenia bieżące, to ukończenie szkoły przez część uczniów wydaje się normalnym etapem, jednak uzasadnienie którzy uczniowie akurat otrzymują dyplomy, to już całkiem inna kwestia. W sumie jest to innego rodzaju szkoła, więc nie zajęcia, egzaminy czy klasa decydują tu zapewne o ukończeniu, więc może jest to jakieś uzasadnienie. Quentin jest postacią pierwszoplanową i jednym z absolwentów. Nie dziwi to zbytnio, ponieważ przeszedł długą drogę od czasów Morrisona. Zapewne czeka go jeszcze wiele przygód i nie do końca „odpokutował” za swoje wcześniejsze czyny, ale przecież właśnie dlatego znalazł się w tej szkole. Natomiast nie wiem, czy one night stand Storm i Logana są w jakikolwiek sposób uzasadnione albo potrzebne. I to ona wyszła z inicjatywą… Uznałbym również za zbędne sceny końcowe z udziałem Doopa, mi się akurat nie podobały. Z kolei wydarzenia w przyszłości są ciekawe, a momentami bardzo zabawne. Dowiadujemy się, jaka możliwa przyszłość czeka niektórych bohaterów (i znów jakieś dziwne niedopowiedzenie w przypadku Storm…). Logan naturalnie nie zamyka szkoły, a działania byłych uczniów świadczą jednoznacznie o zasadności i skuteczności działania jego szkoły. Jako że to jest to jedna z możliwych wersji przyszłości, nie przywiązuję do niej dużej wagi, ot po prostu odpowiedź na pytanie „co by było, gdyby…?”. Kwestia zmiany rysownika co kilka stron nie podobała mi się, nawet jeśli taki zabieg czasami jest uzasadniony, na przykład, kiedy w jednym numerze mamy kilka różnych krótkich historii, czyli tzw. antologię. Tu, z powodu ciągłości wydarzeń, zmiany rysowników były nieco męczące, na przykład na jednej stronie Logan jest starym, skurczonym dziadkiem, a na następnej wysokim wyprostowanym, nieco podstarzałym facetem. Ogólnie za całość: 7/10.
Krzycer: Numer jak cała seria. Parę miłych scen, dużo głupotek i zastanawiania się, czy autor choć przez chwilę pomyślał, co pisze.
I jeszcze słowo na koniec: nie lubię zeszytów rysowanych na zasadzie "artist jam". Chyba, że jest to jakoś uzasadnione scenariuszem (z ostatnio wydanych rzeczy przychodzi mi na myśl Harley Quinn #0).

Wolverine vol. 6 #2
Gil: Chwila, chwila... czy oni próbują nam tu sprzedać jakąś wersję Superior Wolverine’a? Wygląda to właśnie tak, jeśli weźmie się pod uwagę, że Logan właśnie u Superiora szuka inspiracji w tym zeszycie. No więc, nie. Nie kupuję tego. Za dużo akrobacji fabularnych tutaj wyczyniają, na przykład próbując ustawić Sabretootha w centrum wydarzeń, żeby to wszystko usprawiedliwić. Jeszcze zrozumiałbym jego obecność w pewnych kręgach, ale tutaj wyraźnie wkręcają nam, że to on stoi za poczynaniami Goblina, a to już lekka przesada. W dodatku nijak nie pasuje to do kierunku, w którym prowadzony jest Logan we wszystkich innych tytułach. Tam staje się coraz bardziej ludzki i podatny, a tutaj skręca w stronę ekstremum. Wolę opcję pierwszą, tym bardziej, że jest zdecydowanie lepiej uzasadniona. Tutaj wszystko jest z czapki wyjęte i nadal nie składa się w spójną całość. W dodatku Kitty w swojej przebitce zachowuje się jak ostatnia świnia, a to do niej zupełnie nie pasuje. A rysunków Stegmana nie lubię. Muszę się zastanowić, czy mam ochotę dalej się z tym męczyć, bo tylko mi ciśnienie podnosi. Tymczasem konsekwentnie dam 2/10.

Wolverine: Origin II #3
Gil: Nadal niewiele się dzieje. Tak jak się spodziewałem, motyw z cyrkiem właściwie do niczego nie prowadził, bo pewnie Essex i tak prędzej czy później wpadłby na ślad Logana. Creed i panna Jakjejtam plączą sie pod nogami, ale w końcu do czegoś się przydają. Teraz tylko czekać, aż ona zginie z winy Logana, a Victor się wku...rzy. Właściwie jedyny fajny fragment tego zeszytu, to ten w laboratorium Essexa, kiedy bez krępacji eksperymentuje sobie na naszym bohaterze, wycinając z niego kawałeczki na pamiątkę. Ta część jest odpowiednio psychotyczna i pasuje do mojego wyobrażenia o wczesnej konfrontacji obu panów. Z rysunkami też różnie bywa, ale generalnie są lepsze niż gorsze. Nadal nie będzie to więcej niż średnio-słabe 6/10.

Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2013.02.26
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.