Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #340 (24.02.2014)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 24 luty 2014Numer 8/2014 (340)


W minionym tygodniu pożegnaliśmy się z przygodami Daredevila, za to poznaliśmy nowy skład New Warriors. Dużo działo się u mutantów, trochę mniej u reszty.

A+X #17
Gil: Coraz dziwniejsze kombinacje tutaj wyczyniają i coraz mniej mi się chce to czytać. Tym razem znów skupiłem się na pierwszej historyjce i chociaż nie była ona najgorsza, a nawet miała ze dwa zabawne momenty, to i tak nie postawię jej nad kreską. Dlaczego? A dlatego, że jest boleśnie schematyczna. Połączenie z kapelusza, na początku się nie lubią, potem łubudubu i kończą jako nowi najlepsi kumple. Oczywiście bez żadnych konsekwencji. Będzie więc 4/10. Na część drugą tylko rzuciłem okiem i już na pierwszej stronie dostałem oczopląsu. W ogóle nie chcę się zastanawiać, o co tam chodzi.
Krzycer: Stark i Broo to sympatyczny team-up. Tylko czy Stark się do niego nie przekonał już w trakcie AvX? Mam wrażenie, że się cofnęliśmy przy tej historyjce.
Drugiej połowy nie ma co oceniać, bo niczego ciekawego tam nie ma.
jdtennesse: Zbędne czy nie, czasem warto bez większych zobowiązań przeczytać jakiś komiks z ciekawymi bohaterami. I tak w pierwszej części mamy Broo i Starka. Duet wypada ciekawie, bo Broo zachowuje się jak typowy kujon/nerd. Ale, o czym Stark może się kilkakrotnie przekonać, jest to cecha wysoce pożądana. Broo wykazuje się inteligencją i szybkością w działaniu. A że złoczyńcy, których pomaga Starkowi pokonać, są nieco żałośni, cóż… Rysunki są całkiem spoko. A druga część? Śledzimy dalsze losy Capa i Cyke’a. Załatwiają Dooma i jego rezydencję, uwalniając jednocześnie jakiegoś sztucznie stworzonego technoorganiczengo Skrulla (tak to sobie wymyśliłem…). Może być, jak już musi. Ogólnie 4/10.

Amazing X-Men vol. 2 #4
Gil: No dobra, przyznam, że jak na razie był to najlepszy numer serii. Ale od razu podkreślę, że nie jest to jakieś szczególne wyróżnienie. Po prostu pojawiło się parę fajnych momentów i wyjaśnione zostały pewne elementy, co jest plusem samo w sobie w tym bałaganie. Wspomniane momenty to przede wszystkim spotkania starych przyjaciół, które jednocześnie są radosne, a przy tym mają ten element pewności powrotu, który stał się już właściwy dla marvelowego świata. „Hej, ty żyjesz! Co tak długo ci to zeszło?” Druga rzecz to Bamfy – coś, co od dłuższego czasu wymagało wyjaśnienia. Dobrze, że się pojawiło, ale nie powiem, żeby było jakieś szczególnie fajne. Jak dla mnie, następnym krokiem może być zamiecenie ich pod dywan. Ale mimo wszystko, dobrze mieć to już za sobą. Czyli co? Fajnie było? Nie, nie do końca... Zastanawiam się na przykład, jakim cudem oni się poznajdywali, skoro są porozrzucani po całych zaświatach, a nie mają ze sobą ani telepaty, ani innego trackera? Albo na przykład, dlaczego Firestar krzyczy w myślach? I dlaczego jej wybuch nie zaszkodził Icemanowi, skoro się topił w niższej temperaturze? A w ogóle, to czemu nie wrócił do ludzkiej postaci, żeby tego uniknąć? No i jak ta dzikość Beasta przeszła tak samo nagle jak się pojawiła... A rysunki nadal są nie z mojej bajki, więc wyżej niż 4/10 się nie wzniesie.
Krzycer: ...ta historia wciąż nie ma sensu i nadal nie pasuje do jakichkolwiek przedstawień zaświatów Marvela (nie ma nic wspólnego również z piekłem, które Aaron wykorzystywał w "Wolverine Goes to Hell".
Poza tym odczuwam pewien dysonans poznawczy, bo z jednej strony Kurt mówi, jakie to wszystko jest straszne i wiekopomne, a z drugiej strony... zdecydowanie zbyt dobrze się przy tym wszystkim bawi.
Mimo wszystko ja też się dobrze przy tym bawię. To głupi komiks dla dziesięciolatków, ale... brakowało mi Nightcrawlera. Ot i tyle.
jdtennesse: Dalej czyta się to jak bajkę dla dzieci, gdzie mutanci walczą (będą walczyć) z piratami. Kurt w końcu zbiera wszystkich rozproszonych X-Men do kupy i wyrusza na ostateczną walkę z Azazelem. Czy to wszystko ma sens, czy jest potrzebne? Marvelowi tak. Czytelnikom? Może. Kurt uparcie powtarza, że nadal jest martwy, więc nie wiemy, czy to tylko chwilowy powrót, czy na stałe. Ratuje Beasta z pomocą Storm – wystarczyło wyjąć miecz czy co to tam było z jego pleców. Trochę to banalne – wyjmij zadrę z łapy bestii, a złagodnieje… To było po prostu głupie. Dalej dostajemy kilka kolejnych wspominków z przeszłości Kurta i osobnych towarzyszy – tym razem kolej na Beasta i Logana. I w końcu dostajemy wyjaśnienie kim są Bamfy… a może jednak nie do końca? Kto chce wiedzieć – niech przeczyta, bo nie będę pisał o larwach… (właśnie napisałem). Rysunki takie jak zawsze, zależy od gustu. Muszę jednak zaznaczyć, że chwilami rysownik przykłada wagę do szczegółów – oczy Ororo, czy Kurt ukrywający twarz pod czapką, kiedy siedzi w barze, co wskazuje na dość daleką przeszłość. 5/10.

Avengers World #3
Gil: Jak chyba wszyscy się spodziewali, pojedynek między Shang Chi i Gorgonem okazał się dobry i widowiskowy. Nie wiem, jak bardzo ma sens ten fragment o czerpaniu z doświadczeń przodków, bo aż tak dobrze nie znam postaci, ale nie przypominam sobie, żebym widział go, robiącego podobne sztuczki. Co nie znaczy oczywiście, że to się nie wydarzyło i jest bez sensu, a jedynie, że bardziej kojarzy mi się z czymś, co mógłby zrobić Iron Fist. No, ale zgódźmy się czymś trzeba było urozmaicić ten numer, bo inaczej byłby w nim tylko ten pojedynek, a to trochę mało. Ale jak już wspomniałem, to w zupełności wystarcza, bo dostajemy kawałek dobrej narracji w stylu filmów kung fu oraz równie dobre rysunki. Tylko trochę zaczyna mnie drażnić to, że wątki są przeplatane, a nie prowadzone równolegle i teraz przeskoczymy do kolejnego, zamiast od razu kontynuować. Może to trochę za mało na siódemkę, ale spokojnie mogę dać solidne 6/10.
Demogorgon: Dziwni mnie, że to mówię, ale fajne. Wiele razy słyszałem głosy, że ludzie chcieliby zobaczyć w komiksie porządną walkę w bardziej mangowym stylu, rozciągniętą na cały numer, a nie bezsensowne nawalanie się na paru stronach. I to jest taka walka, z użyciem doświadczenia i umiejętności oraz sprytu. To dobra, porządna rzecz. No i jeszcze jedno - wszyscy wiemy, że Shang nie zginie bo dostaje własną mini. Ale gdyby miał zginąć? Gdyby to miała być jego śmierć? Jasne, nie ma sprawy. To była porządna, bohaterska śmierć w walce, która pokazała umierającego jako super twardziela, który zszedł z godnością. TAK chcę by umierali superbohaterowie. A nie jak w Avengers Arena. I jeśli ktoś uważa, że śmierć Nico była taka, to oficjalnie mam go za skończonego kretyna.
Może dam tej serii drugą szansę.
Soundtrack: Yu Yan captures Aang

Captain America vol. 7 #17
Gil: Ech, dopiero teraz zauważyłem, że Doctor Mindbuble ma crack-pipe wyrastającą z czoła... Really, Rick Remender? Jest cienka granica między skutecznym absurdem a groteską, a pan scenarzysta przekroczył ją o mili... tfu! – o milę! To mógłby być ciekawy przeciwnik, gdyby pozostawić mu zdolności mieszania w głowie, ale darować sobie przegięcia z designem. Nawet ten origin mógłby zostać, gdyby trochę go wyklepać. Niestety, woleli pójść w kreskówkowe bańki, puszczane z czoła przez faję do dragów... A na drugim końcu tego paradoksu mamy Capa, który wygląda jakby całkiem na poważnie zadawał sobie pytanie „a może Punisher ma rację?” Nosz, *&^$@! Jeszcze jakiś czas temu osobiście obił mu mordę i postawił do pionu tak, że Franek wychwalał go jako swój ideał, a teraz nagle taka odmiana? I dlaczego? Nah... a tak sobie. Żeby było mroczniej. Ciekawe jaki będzie efekt? Czarny kostium z mrocznego okresu lat ’80, skrzyżowany ze zbroją hardcorowego okresu lat ’90? Już się boję... Jeśli któraś seria rozpaczliwie potrzebuje szybkiego i radykalnego resetu, to właśnie ta. Kolejny raz 2/10.
avalonpulse0340b%20%5B1600x1200%5D.JPG
Daredevil vol. 3 #36 (Final Issue)
Gil: Okay, I’m not buying it. Spoiler poleci, więc jak komuś zależy, to lepiej niech nie czyta. Matt postanowił wyspowiadać się publicznie z bycia Daredevilem. Dlaczego? A dlatego, żeby Wężowi nie mieli na niego haka. To trochę jakby obciąć sobie stopę, żeby cię buty nie obcierały... Tym bardziej, że próbują nam tu wmówić, że robi to dokładnie z tych samych powodów, dla których wcześniej tak walczył o ukrycie swojej podwójnej tożsamości. I w dodatku ze szczegółami opisuje wszystkie swoje zdolności i umiejętności. No wiecie, żeby wszyscy przeciwnicy mogli usłyszeć. A potem postanawia wyjechać z Hell’s Kitchen. Sorry, ale to tak jakby Batman nagle stwierdził: „pieprzyć Gotham, przenoszę się na Florydę”. Daredevil był diabłem stróżem Hell’s Hitchen, a ta dzielnica była całym jego życiem. Poprzedni scenarzyści uczynili z nich nierozerwalną całość, więc nie kupuję tego, że wypiął się na swoje terytorium tylko dlatego, że jakiś misiu mu pogroził paluszkiem. I kolejna wpadka: absolutny brak konsekwencji. No dobra – jedna konsekwencja: odebranie licencji adwokata. A co z nielegalną działalnością poza prawem, niszczeniem własności prywatnej i publicznej, bla, bla, bla... Kiedy ujawnili go poprzednio, lista zarzutów była długa jak rolka papieru Mola, a tym razem nic? Bo sam się przyznał, to mu darujemy? No, kurde, bez jaj! Ten sam świat, ta sama sytuacja, a tak różne konsekwencje? I tylko dlatego, że scenarzysta postanowił spuścić z tonu? Bo innego wyjaśnienia nie ma. A co się stało z tym całym Wężowatym spiskiem? Niby wszyscy widzieli, że dwie ważne figury w mieście są członkami tajnej organizacji przestępczej, a nie ma na to żadnej reakcji. Wszyscy jakby stwierdzili: „Aha, okej. Ale cała reszta to fajne chłopaki są.” Dlaczego ujawnienie Daredevila trafia na pierwsze strony gazet, a nie korupcja na wysokich szczeblach? Ech... Wiecie co? Waid po prostu całkowicie chybił. Wyskubał rodzynki, a sernik zostawił wronom. Ta historia mogła być lepsza iż Murdock Papers, ale na wstępie została pozbawiona wszystkich plusów. Teraz to już nie Daredevil, ale Ally McBeall. Jestem mocno na nie! I przywalę oceną 2/10.
Kuba G: Nie wiem czy to dobrze, że ten numer nie jest ostatnim numerem runu Waida. Jestem naprawdę fanem tego rozwiązania, że Bendis zostawiając tytuł Brubakerowi zrobił to w najbardziej zagmatwanym okresie życia postaci. Podobnie Brubaker przekazał postać Diggle'owi. I w pewnym sensie podobnie Waid przejął serię od Diggle'a gdy już naprawdę nie dało się popchnąć tej postaci dalej w kierunku, którym go prowadzono. Więc gdy Waid sam doszedł do podobnego miejsca... mógł podłożyć taką "świnię" innemu scenarzyście i dać postaci zwyczajowo pójść w innym kierunku z innymi twórcami. W końcu Waid stworzył swoją, oryginalną interpretację postaci, która jednak dalej pasowała do okresy gdy tworzyli go najlepsi (Gery Conway, Roger McKenzie, Frank Miller, Ann Nocenti, Bendis i Brubaker). Jednak Waid nie chce oddawać swoich zabawek. Nie wiem czy naprawdę ma taki plan jak kiedyś gdy pisał The Flash (jeżeli tak to dobrze), czy po prostu to głównie Marvel nie chce wypuszczać z rąk kury znoszącej złote jajka. Ważne, że Waid zamknął następny okres życia Matta.
Czy podobał mi się ten numer? A czy narzekałem na wcześniejsze numery Waida? Jest dobrze, mimo, że zawsze byłem fanem tej umęczonej, cięższej wersji przygód Daredevila, to jednak kupiła mnie ta nowa interpretacja. Nie oczekiwałem tego, ale nie ignoruję dobrego komiksu gdy stoją za nim tacy twórcy i moje przywiązanie do postaci. Więc nie mam co krytykować. Nawet jeżeli uznaje, że są w tym numerze (jak i całej serii) lekko naciągane rozwiązania, to i tak broni się to w konwencji jaką obecnie ma ta seria. Jest rozrywka i dużo liberalnego (tak, liberalnego, nie lewicowego durnie) przekazu, który ta seria zatraciła jeszcze za czasów końcówki pierwszego vol. postaci (czyli przed przejściem do Marvel Knights).
Kupuję ideę Matta tracącego swoja prawniczą karierę aby ratować innych, ba, aby ratować system sądowniczy, któremu służył (choć z perspektywy polskiego czytelnika jest to dla mnie trochę trudniejsze do zrozumienia). Nie raz widzieliśmy Matta tracącego licencję, tym razem ma to jednak sens i czujemy, że może utrzymać się to na dłużej, a nie być odwrócone tylko dla jakiegoś widzimisię następnego scenarzysty (choć głupsze rzeczy już widzieliśmy przecież). Oczywiście będę miał problem z Mattem poza NYC ale... tym razem nie chodzi przecież o Hell's Kitchen, tym razem chodzi tylko o Foggiego. Innymi słowy. To był dobry numer, który zamknął dobry run, mniejsza o to, że nadchodząca zmiana jest czysto kosmetyczna.

Iron Man vol. 5 Annual #1
Gil: To było całkiem niezłe. Już wstępna narracja i podział na rozdziały ma pewien swój urok. Najlepsza jest część pierwsza, która bardzo fajnie łączy wydarzenia z regularnej serii z cyfrową mini Fatal Frontier. W dodatku zawiera pewien element psychodelicznej abstrakcji, z którego Remender mógłby się uczyć. No i sama postać Udarnika zasługuje na uwagę. Centralną postacią drugiego rozdziału jest Arno, który zaskakująco dobrze poczyna sobie samodzielnie w spotkaniu z... kim właściwie? Przyznam się, że nie kojarzę. I dodam, że wyglądało to ciut podejrzanie. Nie bardziej jednak, niż wątek z rozdziału trzeciego. Skrócona wersja romasu Pepper z Markiem tylko sprawia, że patrzę na niego bardziej podejrzliwie i jestem przekonany, że coś knuje. Stawiam piątaka, że pociąga za sznurki afery pierścionkowej. A na koniec dodam jeszcze, że pierwszy i trzeci rozdział najlepiej prezentowały się graficznie. Znów może to trochę za mało na siódemkę, ale mocne 6/10 może dostać.

Marvel Knights: Hulk #3
Gil: No dobra, sytuacja trochę sie wyklarowała. Co prawda, większość zeszytu to retrospektywna wariacja na temat originu Hulka, ale jest to jakoś uzasadnione i tuż przed finałem nadaje jakiś w miarę wyraźniejszy kierunek. Ale czy coś dobrego z tego wyniknie, to się jeszcze okaże. Póki co, ta seria jest chyba najbardziej stabilna ze wszystkich Knights i już samo to świadczy na jej korzyść. No i coraz bardziej podobają mi się rysunki naszego krajana. Zobaczymy więc do końca, a tymczasem podtrzymam przyzwoite 6/10.

New Warriors vol. 5 #1
Gil: Chyba seria powinna się nazywać The Yost Warriors, bo widzę, że skumulowały się tu postacie stworzone i prowadzone przez tego scenarzystę. Pomijając weteranów tytułu Speedballa i Justice’a oraz skojarzonego z nim przez osmozę Novy, cała reszta to pieszczochy pana Y. Nawet przeciwnicy. Miejmy więc nadzieje, że okaże się to korzystne dla serii. Chociaż tak prawdę mówiąc, to trochę dziwna mi się wydaje ta zbieranina. Kaine ze swoim antyheroizmem i wiekiem wyraźnie odstaje, ale to oczywiste, że trzymać go tu będzie Aracely. Sun Girl przywędrowała prosto z superiorowego team-upu i chyba najbardziej pasuje do roli New Warriora, ponieważ ma pewne doświadczenie, ale wciąż jest świeża w tym fachu. Nowa Namora wzięła się właściwie znikąd, żeby wypełnić pustkę po Namoricie. Nova jest chyba najmłodszy w całej tej bandzie, więc z kolei odstaje w drugą stronę. No i będzie jeszcze jakiś nowy ludek. W dodatku jest jeszcze jeden dość zaskakujący element: wszyscy są rozsiani właściwie po całej Ameryce, a nie widzę tutaj teleportera, więc trochę ciężko będzie utrzymać ten stan i jednocześnie zrobić z nich drużynę. No ale dobra, pora na plusy, a tych na szczęście też parę jest. Wątek Evolutionaries współpracujących z High Evolutionary jest całkiem interesujący i stanowi dość poważne wyzwanie. Plusem jest też fakt, że wszyscy nie zostają wrzuceni od razu do jednego wora, ale konflikt jest budowany i napięcie stopniowane. Wstępy są całkiem nieźle rozpisane, a dialogi dobre. Rysunki też niezłe. Jest szansa, że będzie z tego całkiem dobra lektura, jak już się rozkręci. Na zachętę mogę dać 6/10.
Krzycer: Wciąż mam z tyłu głowy, że Evolutionaries to jakieś szympansy w zbrojach, przez co trudno jest mi brać ich na poważnie. Do tego dochodzi mały zgrzyt, bo najwyraźniej Evoszympansy robią powtórkę z masakry Morlocków - i ok, na Manhattanie zostało trochę byłych mutantów ze zmianami fizycznymi, więc może to na nich polują - tylko ktoś postanowił umieścić na rysunku Marrow, nijak nie pasującą do obecnej Marrow z X-Force. Ot, continuity.
Ale poza tym? Poza tym to jest przyjemny numer, w którym dużo się dzieje, Yost prezentuje prawie cały zespół (jeszcze nie zespół) i sieje wątki, które doprowadzą do ich spotkania. Jakbym miał sobie czegoś życzyć, to chciałbym, żeby więcej miejsca poświęcił nowej postaci, zamiast przypominać co robią Kaine i Aracely oraz Justice i Speedball.
A, no i miło by było, gdyby przestano rysować Speedballa jak szesnastolatka. Ale najwyraźniej ktoś w redakcji postanowił, że go trzeba odmłodzić, żeby czytelnicy mogli się z nim utożsamiać, a że nie miał żony do zamiecenia pod dywan...
Demogorgon: Zacznijmy od tego, że podoba mi się idea Salem's Seven i muszę o nich nieco więcej poszukać. Zainteresowali mnie nawet bardziej niż Justice i Speedball. Zwłaszcza ten drugi, działa mi na nerwy.
Fragment z Novą krótki i właściwie niewiele wnosi, ale jest nieszkodliwy.
Fragmenty z Sun Girl jak na razie najlepsze, tylko, jak zwrócił uwagę Krzycer, co tam robi Marrow, wyglądając zupełnie inaczej, niż w X-Force? Zwalę to na Earth Alpha.
Nie podoba mi się, że fragmenty z Kainem i Aracely to rozbudowanie tego, co widzieliśmy w ostatnim numerze Scarlet Spidera. Ale dzięki temu dostaliśmy scenę jak Kaine wrzeszczy na turystów, miłe przypomnienie jego początków w tamtej serii. No i dołącza do nich, poszukująca bohaterów (czekam na reakcję Kaine'a), nowa bohaterka, Snake Girl, wojowniczka z Atlantydy...ubrana w seksowny gorset i krótkie spodenki, jedno i drugi wygląda na wykonane z czarnej skóry. Ssssserio?
Soundtrack: Gunyuu Aiutsu

Night Of The Living Deadpool #3
Gil: Hm... nawet ciekawy twist nam tu Bunn zafundował. Już myślałem, że nic się tu nie wydarzy, a okazało się, że dało się w to jakoś wmieszać AIM, czyli postawić te zombie dość solidnie w uniwersum Marvela. No i sprytnie powiązano to z samym Poolem. Niestety, kiedy już zacząłem się spodziewać, że jest to zakamuflowany origin Zombiepoola, lepiej znanego jako Headpool i da radę się wpasować w continuity, okazało się, że jednak nie. Cóż, trudno. I tak ta chwila zainteresowania to więcej niż spodziewałem się, że ta seria może ze mnie wyciągnąć. I za to mogę dać 4/10.

Nova vol. 5 #13
Gil: Nova i Beta Ray Bill to całkiem niezłe połączenie. Szkoda tylko, że w tym komiksie pod Billa podszywa się jakiś pies-zombie. Nie raz już narzekałem na rysownika tej serii, ale tutaj już przegiął. Scenarzysta przynajmniej próbuje coś z tego pomysłu wycisnąć i pierwsze spotkanie obu... hm... panów, wychodzi całkiem fajnie. Większość ich wzajemnych interakcji też nie jest zła, chociaż niektóre trochę blade. Za to będę udawał, że wzmianki o One Direction nie widziałem. Chociaż mógłby z tego wyjść niezły mem. Mogę zobaczyć, jak to się dalej rozwinie, bo może coś z tego jeszcze będzie. Dałbym nawet czwórę, ale za marną kreskę obniżę do 3/10.

Savage Wolverine #15
Gil: Ta historia miała być nowym otwarciem dla serii, a tymczasem coraz bardziej sprawia, że mam ochotę się z nią rozstać. Owszem, wygląda dobrze, ale czyta się okropnie. Dużo wody w dialogach sprawia, że nie mam ochoty się przez nie przebijać, a przez to nie łapię wątków, które rozłażą się na boki. Może po prostu to nie mój styl i temat, więc nie ma tego czegoś, co by wymusiło zainteresowanie. Chyba tylko prześlizgnę się do końca, czekając na coś ciekawszego. Tymczasem dałbym tróję, ale należy się dodatkowy punkt za grafikę, więc skończymy na 4/10.

Superior Spider-Man Team-Up #10
Gil: Hm... to znaczy, że minionki Superiora wcale nie były tymi złymi? Że w momencie jak cała banda podszywaczy od Goblina zajmowała pojawiła się znikąd i zajmowała im zbrojownie, nawet tego nie zauważyli? Że kiedy Trykotowe Trio tłukło się z nimi na bomby i rakiety, to domniemane wsparcie siedziało sobie na pięterku i nie reagowało? Cóż, tak wynika ze słów Ottona: są na górze, wystarczy ich wezwać. Pewnie słysząc te odgłosy pomyśleli, że szefu przerzucił się na dubstep... Trochę zabawne jest to, że dokładnie w momencie kiedy ci źli odpalają wielkiego robota, Punisher trafia na swoją zabawkę i rakiety, które mogą go zniszczyć. Jeszcze bardziej zabawne jest to, że Daredevil sugeruje utopienie napastników. Niby mówią, że zmyło ich do oceanu, ale każdy, kto wie mniej więcej jak działa tsunami, powinien wiedzieć, że już stamtąd nie wypłyną. Ale nawet bardziej zabawne jest to, jak Superior męczy się z tą cholerną wajchą... Po co montował na wypadek awarii coś, czego prawie nie może ruszyć? I na koniec najważniejsze pytanie: jak to się wszystko ma do historii Goblin Nation? Bo jeśli dzieje się wcześniej, to tamta jest bez sensu, a jeśli później, to z kolei ta jest bez sensu... Fajnie to wyglądało i nawet nieźle się czytało, ale po chwili zastanowienia okazało się, że w szczegółach tkwi nie jeden diabeł. No cóż, trochę nadrabia miodnością, więc naciągnę do niższych rejonów 5/10.

The Punisher vol. 6 #2
Gil: To zaskakujące, że Punisher w wykonaniu Edmonsona jest lepiej zakotwiczony w uniwersum niż jego Black Widow. Ona jest częścią Avengers, a jedyny team-up ma z kotem, a on łazi w koszulce a’la Hawkeye i trafia na Electro. Czy to dobrze? Uh… nie dla mnie. Bo znów włącza mi się logic alert i widzę, że nie powinien wyjść żywy z tego spotkania (ani właściwie z żadnego innego spotkania z supervillainem). I zaraz przypomina mi się Frankencastle. To chyba najlepszy moment, żeby sobie ten tytuł odpuścić. I zostawię go z oceną 3/10.
Kuba G: Momentami trochę obawiam się, że moja miłość do street levelu w wydaniu Marvela zaburza mi osąd. Że jestem w stanie bardziej pozytywnie ocenić historie, które gdyby działy się w innej konwencji pewnie bym zjechał... ale nie są w innej konwencji, to po pierwsze. Po drugie podobną miłością darze historie szpiegowskie i tu już dla Marvela nie byłem nigdy tak delikatny, np. dość szybko skreślając Secret Avengers już po odejściu Ellisa, czy nawet po odejściu człowieka kochającego kobiece wnętrzności aka Remendera. Ale odchodzę w inne tematy, faktem jest, że po prostu chcę aby nowe street levelowe tytuły z All-New Marvel Now mi się podobały.
Dlatego może zbyt pozytywnie oceniłem poprzedni numer i dlatego starałem się do tego podejść bardziej krytycznie. Nie udało się, dalej uważam, że to dobry komiks, którego jedyną wadą jest brak Grega Rucki jako scenarzysty.
Dalej mam lekki problem z policjantką, która ewidentnie nie widziała listów gończych za typem, który jest już raczej w każdej bazie jako terrorysta (chyba, że w domyśle mamy uważać, że jest w tym jakaś zasługa generała Rossa, że tak nie jest, póki Edmondson nam tego nie wyjaśni, tak długo będziemy widzieć to jako mocno naciągane). Dalej dziwnie czyta mi się Franka, który jest dość gadatliwy i nie mruczy pod nosem. Ale z drugiej strony podoba mi się ten ideowy powrót do Punishera z czasów świetności serii Punisher: War Zone. Pełna, podróżnicza wersja Franka Castle, pokazująca jak żołnierz jest w stanie dopasować się do otaczających go warunków. Co dalej mi się podoba? Kartele. Kartele, które znów w stanach są widmem prawie tak wielkim jak terroryzm (a właściwie większym). Kartele, które znów wracają do obecności w każdym medium (TV, filmy). Więc wracają też do komiksów, w tym do tytułu, który najbardziej do tego pasuje.
Drugą rzeczą jest dla mnie fantastyczny wygląd serii. Od małych mrugnięć okiem (koszulka Hawkeye na cywilnej wersji Franka), po całkiem logiczne zmiany w wyglądzie stroju Punishera (maska, która może za bardzo kojarzyć się z Crossbonem obecnie, ale to Frank jest człowiekiem od białej czaszki w Marvelu). Sam wygląd lokacji też jest bez zarzutu.
Na koniec. Podoba mi się, że Edmondson zaznacza różnice w miejscu, różnice w podejściu Franka i tworzy mu przeciwników z... starych postaci podanych nowej interpretacji. To dopiero drugi numer i na ten moment raczej zostanę z serią aż do zakończenie pierwszej sagi. Nie jestem rozczarowany, mimo, że ciągle tęsknię za Gregiem Rucką.

Uncanny X-Men vol. 3 #17
Gil: Bendis poczuł chyba, że dostaje lepsze opinie, kiedy w centrum uwagi umieszcza nowych rekrutów, więc postanowił to powtórzyć w większej sile. I tym razem prawie mu się udało. Relacje między nimi są całkiem fajnie pokazane i dialogi standardowo niezłe. Problem polega na tym, że jeśli to pominąć, to właściwie reszta komiksu jest o niczym. Ot, rzucili ich w środek Tabula Rasy (jeśli dobrze pamiętam, jak ten rejon nazwali) i zostawili na pastwę losu. I właściwie nie wydarzyło się tu nic nowego, o czym nie pisałby wcześniej Gillen w odniesieniach do tego miejsca. Jedyny ciekawy motyw to, co zrobiła Eva, bo najwyraźniej spędziła sporo czasu w innym czasie, skoro włosy jej urosły. Inna sprawa, że Cyclops postanowił wywalić jedyną osobę, która zachowała się w miarę logicznie, zamiast improwizować. Ale spoko, Goldballsa też już wywalał i zaraz potem go przytulili, więc pewnie tutaj będzie tak samo. Poza tym, ta cała tyrada o ujawnianiu zestawy swoich zdolności brzmi trochę dziwnie, gdy wychodzi od faceta, który całkiem niedawno pochwalił się, że swoje nie całkiem kontroluje. Czyli wyszło tak trochę fajnie, ale nie do końca. Rysunki Bachalo za to całkiem fajnie wpasowały się w dziwne środowisko. Dam lekko zwyżkujące 5/10.
Krzycer: Młodzi w lesie. Standard. Ostatnio Aaron to robił w WatXM, tylko rozwlekł to chyba na trzy numery, więc pod tym względem ("musimy wziąć się w garść bo zginiemy") Bendisowi wychodzi to szybciej i zgrabniej. I nie miałbym żadnych zastrzeżeń do scenariusza, gdyby nie ostatnie strony. Serio? Dopiero co wywalaliśmy Goldballsa z zespołu, teraz powtórka z innym bohaterem?
(Poza tym wątek Evy przywołuje na myśl jakieś niefortunne implikacje, no ale zobaczymy, co się z tym będzie działo.)
Tymczasem fajnie, że ktoś znowu wykorzystał Remenderową.... yyy... Terra Incognita? Carte Blanche? Tabula Rasa! O! Szkoda tylko, że Bachalo się tak strasznie nie postarał. Na pierwszym planie plastusiowi ludzie, a tła tak zalane jednolitymi kolorami, że wszystkie szczegóły się gubią.
Chciałem napisać, że kolorysta strasznie skrzywdził te Bachalowe tła, ale właśnie doczytałem, że Chris sam sobie te kolory położył. Ups.
jdtennesse: Bardzo fajnie się czytało ten numer. Przede wszystkim dlatego, że pierwsze skrzypce grali młodzi mutanci, a nie stara drużyna. Uczniowie zostają rzuceni – praktycznie dosłownie – w środek jakiejś dziczy i mają sobie poradzić. I w sumie, powoli, ale sobie radzą. Do momentu, kiedy jeden z nich łamie reguły gry, używa telefonu i zostaje namierzony przez S.H.I.E.L.D. W ostatniej chwili zostają odtransportowani, przez Magik, z powrotem do szkoły. A Hijack ponosi konsekwencje i zostaje wyrzucony za narażanie bezpieczeństwa pozostałych członków drużyny. Stanowcza postawa Cyclopsa budzi szacunek. W całej historii każdy z młodych dostaje swoje pięć minut. Każdy ćwiczy używanie swoich mocy, z różnym skutkiem. Najciekawsze jest to, co stało się z Evą, która znika na chwilę, po czym wraca poobijana, w zniszczonym kostiumie i z… długimi włosami. Pytanie nie tylko „gdzie’, ale również „jak długo”. Prawdopodobnie jest to zapowiedź jakieś historii, której możemy się wkrótce spodziewać. Ogólnie bardzo fajny numer. Niestety, rysunków pana Bachalo już nie polubię, tak jak on nie zacznie się bardziej starać. 6/10.

X-Men vol. 3 #11
Gil: To jakiś nowy trend, żeby dzielić numer na dwie części z innymi rysownikami? Cóż, jeśli obie części dzieją się równolegle – a wszystko na to wskazuje – to ktoś tu dał ciała, abo Quire opanował zdolność bilokacji. Obstawiam opcję pierwszą. Inna zabawna sprawa: myślałem, że w drugiej części występuje Idie, a okazało się, że ty Cypher 2.0, o której nikt już chyba nie chce pamiętać. Niby wypadałoby Wooda pochwalić za sięganie po młode pokolenie, ale jednak ma sporo ciekawszych postaci do wyboru. Cała reszta numeru to właściwie meh. Nadal ostentacyjnie ignorują fakt, że Sublime jest masowym zbrodniarzem, a scena ta byłaby bardziej awkward tylko gdyby rozmowa odbywała się przy kawie i ciasteczku. Zamiast poświęcić miejsce na coś pożytecznego, gadają o zmianie kostiumu Rachel. Przeciwniczka dostaje bonusowe authoritah points, kiedy klęka przed nią Selene. Czyli innymi słowy, nadal w części pierwszej jest sporo bicia piany, a mało wydarzeń. W drugiej próbują to zrekompensować nieproporcjonalnie większą rozbierduchą, w której dla odmiany nie ma wiele sensu. Ale przynajmniej świetnie wygląda i to chyba jedyny plus tego zeszytu. Ale nawet z nim nie sięgnie powyżej 3/10.
avalonpulse0340c%20%5B1600x1200%5D.JPGKrzycer: Wskrzeszanie Seleny wychodzi ładnie (plus dla Wooda za pamiętanie o Necroshy). Potem X-Manki się trochę kłócą, a trochę gonią w piętkę, czyli standard, ale przynajmniej Wood zaczyna jakoś wyraźniej zaznaczać ich charaktery, więc czyta się to lepiej niż ostatnio. Poza tym złośliwa M zawsze jest fajna.
A potem mamy pokazywanie, jaka to Arkea jest wielka i wspaniała... poprzez podporządkowanie jej Seleny. Czyli postać z historią i dokonaniami pada do stóp przed nową postacią, która niczego szczególnie szczególnego dotąd nie pokazała, żeby czytelnik się przekonał, jaka ta nowa postać jest wielka i wspaniała. Czyli to, o co Demo tak się ładnie pieklił co drugi numer Areny. Muszę przyznać, że Woodowi wyszło to równie żałośnie.
Przyspieszając, potem mamy jeszcze trochę dyrdania, fajną scenę z Quentinem i Sublime'em (...i znowu to machanie rączką na ofiary Sublime'a), a na końcu wraca Ana Cortez, od której to wszystko się zaczęło. I choć ta scena też mnie nie przekonała, to przynajmniej nie mogę się do niej jakoś konkretnie przyczepić. Może coś ciekawego się z tego urodzi.
I wreszcie dochodzimy do ostatnich stron tego zeszytu, które są chyba największym kuriozum. Z jakiegoś powodu kontynuacja starcia z Sentinelami Arkei - która poprzednim razem była częścią historii, jeśli dobrze pamiętam - została zepchnięta do roli back-up feature. Ma to o tyle sens, że te sekwencje rysuje (cudownie!) Mann. Z drugiej strony poprzednim razem tak nie było... A żeby dodać do tego kociokwiku, zaczynamy od wielkiego napisu "Tymczasem". Czyli, że rzecz dzieje się równolegle z resztą numeru. Resztą numeru w której również występują Karima i Quentin. Czyżbyśmy mieli nowy rekord mutanciej bilokacji?
Jeśli chodzi o scenariusz: no, walczą. Walczą i nic nie mogą wskórać, bo Wood pamięta o mocach postaci tylko, kiedy jest mu to wygodne. I tak na przykład Hellion nawala zielonymi freesbee, choć na dobrą sprawę powinien móc własnoręcznie wepchnąć te roboty z powrotem do morza. Ale to w sumie standard w scenach zbiorowych, niestety.
Jeśli chodzi o rysunki: Mann jest rewelacyjny. Młodzi mutanci mu świetnie wychodzą. I dawno nie widziałem klasycznych Sentineli, które wyglądałyby tak groźnie. Mann potrafi.
jdtennesse: Trudno oceniać komiks, w którym nie dzieje się prawie nic, a akcja zaczyna się na ostatnich stronach, które wyglądają jakby pochodziły z innego komiksu… Nowe Sisterhood werbuje kolejne członkinie – najpierw uwalniając Selene z banku, gdzie znajduje się uwięziona „w powietrzu”, a następnie zapatrując się na Madelyne. X-Girls rozmawiają sobie na statku, debatując nad tym, gdzie są i co robią ich wrogowie. Brakuje drinków z parasolkami. Jest chwila w szkole, gdzie Sublime zasiewa jakieś ziarenko, pewnie dotyczące kolejnej historii albo zwykłego red herringa. A tymczasem Yuriko/Ana próbuje wyzwolić się spod władzy Arkei. No i bonus, w którym młodzi X-Men z Jubes (hehe) walczą z sentinelami. I szczerze mówiąc, mimo iż nie czyta się tego tragicznie, to boli trochę całe to przeciąganie. Długie przygotowania, potem walka, pewnie krótka, najpierw przegrana dobrych, a potem złych. I schemat będzie zachowany. A może nie. Oby nie. Mam nadzieję, że jeszcze wydarzy się coś interesującego. Rysunki są całkiem fajne, może styl jest nieco kreskówkowy, sporo prostych/gładkich linii, ale przynajmniej jest dokładnie i ładnie. 4/10.
Demogorgon: Okej, skupmy się na backupie - świetnie rysunki, fajnie zobaczyć wreszcie z powrotem w akcji Pixie, Mercury i Helliona. Czemu te dzieciaki nie mają swojej serii, a Quentin Quire, który, przypominam, jest mutancią wersją ludzi dokonujących school shootings, jest wielką gwiazdą? Robiąc z niego bohatera, mam wrażenie, w jakiś sposób wybielamy i stawiamy na piedestale ludzi, którzy zamordowali dzieciaki w prawdziwym życiu.
Dobra, dosyć dygresji - bijatyka z Sentinelami jest fajna.
Za to główna historia - nawet pomijam bilokację Quentina (i ktoś się dziwi, że mam go za Creator's Pet? Zaraził się od Logana jedną z typowych cech tych abominacji) i zamiatanie pod dywan zbrodni Sublime'a...to chyba jakiś theme u Wooda, tak apropo, wybielanie zbrodniarzy. Tak apropo, śmieszy mnie, że córka Storm z przyszłości już w swoim drugim występie robi za tapetę. Ta postać jest taka fajna i tak potrzebna....
Sceny z Sisterhood...może zacznijmy od końca. Dziewczyna, która stała się nową Lady Deathstrike to idiotka. Serio, chciałaś zostać superprzestępczynią, by poderwać Cyclopsa albo inne ciacho? Ja...no...jak można być tak głupim? Czy teraz każda superprzestępczyni oparta na technologii będzie tępa jak wół? Czy Apex zapoczątkowała nowy trend?
Apropo Apex, mamy tu Akreę, która powoli wyrasta na nową Mary Sue, by zapełnić pustkę po Katy. A robi to przez to, że zamiast pokazać nam, jaka jest fajna czy potężna, gdyby na przykład pokonała Selene w walce i podporządkowała sobie wbrew woli tejże (przy czym dumna, przekonana o własnej boskości Selene byłaby dobrym materiałem na drużynowego Starscreama), on daje nam scenę jak Selene z przerażeniem klęka przed Akreą i dosłownie czci grunt, po którym ta chodzi. Nie czytałem wiele o Selene, chyba nic poza Necroshą i numerami X-Force oraz New X-Men z nią, ale odnoszę wrażenie, że bardziej out of character być już nie mogła. Jak powiedział Krzycer, wypada to równie żałośnie, jak w Arenie.
Soundtrack:
Główna historia: Nowy theme song Akrei - Too Cool
Backup: Jak to zawsze przy Sentinelach - Collective Conciousness Instrumental

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Gniot tygodnia:

avalonpulse0340a1.jpgNew Warriors vol. 5 #1
Autor: J. Scott Campbell

Demogorgon: J. Scott Campbell robi to, co J. Scott Campbell robi najlepiej - udowadnia, że nie ma pojęcia o anatomii. Kto?! Kto ci to zrobił Speedball?! Cóż za złoczyńca zmasakrował twoją rękę i wykręcił cię jak ręcznik?! Czemu?! Za jakie grzechy?! Czyż nie wycierpiał się już dość?
Z drugiej strony, twoje moce są zasilane bólem, wiec teraz powinieneś być potężniejszy niż kiedykolwiek.





Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2013.02.19
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.