Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #339 (17.02.2014)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 17 luty 2014Numer 7/2014 (339)


Kolejny tydzień, kolejne debiuty. Tak, wiem, że już tak pisałem. Ale w najbliższym czasie to się jeszcze kilka razy powtórzy. Jennifer Walters powraca ze swoją solową serią, X-Force tym razem jako jedna drużyna oraz przygody Winter Soldiera, to nowości. Do tego dużo innych, ciekawych rzeczy.

All-New X-Factor #3
Gil: Gambit is a crazy cat lady! Yeah, figures… Zaskakująco szybko natomiast zaczyna się odkrywanie niecnych zamiarów Servala. Jak już pisałem przy okazji numeru pierwszego, cały ten pomysł z daleka śmierdział rybą, ale spodziewałem się, że będą próbowali utrzymywać pozory jak najdłużej. Tymczasem już teraz wypływa całkiem sporo brudów. Kolejną niespodzianką ma być fakt, że Quicksilver jest szpiegiem Havoka. To jest dość spore zaskoczenie, zważywszy, że nawet nie jest w jego grupie i nigdy nie widziałem go nawet w pobliżu Uncanny Avengers. Ale dobra już, dość tych niespodzianek – pora przelecieć się na wyspę Gambita. Jeśli ktoś przegapił jego solową miniserię, to była ona tie-inem do niedawnego eventu pod tytułem Everybody Gets an Island. Tutaj mamy błyskawiczną akcję, która doprowadza nas do jakże spodziewanej niespodzianki, czyli Danger. Bo kto widział wcześniejsze grafiki i przeczytał o włamaniu do komputera, na pewno szybko połączył kropki. Teraz przed nami bijatyka, która mam nadzieje nie będzie za dużo czerpała z Dangerous. Ale cierpliwości – leci dość szybko, więc jest szansa, że skompletujemy skład w kilku krótkich historiach do numeru szóstego. Przynajmniej mogę powiedzieć, że dynamika grupy zaczyna się kształtować i idzie to w dobrym kierunku. W przeciwieństwie do rysunków. Powoli wspinamy się wyżej, a na razie jesteśmy na etapie 6/10.
Krzycer: W życiu bym nie podejrzewał, że PAD będzie aż tyle czerpał z gambitowego ongoinga. Z jednej strony miło, gdy ktoś dba o continuity, z drugiej... większość wątków z Gildią Złodziei jest głupia i niepotrzebnie skomplikowana, więc zamiecenie akurat tego pod dywan by mnie nie zmartwiło. Ale zobaczymy, co PAD z tym zrobi.
Tymczasem dostajemy małe koty, fajne dialogi, więcej małych kotów, problemy Polaris, małe koty ganiające za laserem i kolejny wgląd w działania Serval Industries. Oraz małe koty.
I teraz zastanawiam się, czy Harrison Snow jest kolejnym złym CEO jakich w Marvelu pełno, czy też może dla odmiany będzie po prostu pragmatycznym biznesmenem. Zobaczymy. PAD kiedyś w X-Factorze zaskakiwał niemal w każdym numerze. Może nie pod koniec poprzedniego runu, ale i tak... no, zobaczymy.
Wracając do tego numeru: rysunki są takie, jakie były. I dalej czasami mi się podobają, czasami nie. (Koty były super.) Poważny problem mam z kolorami. Są w porządku, gdy dominuje w nich jedna barwa, podkreślająca odmienność przestrzeni w której rozgrywa się jakaś scena (np żółta serwerownia czy fioletowa cela), natomiast kiepsko wypadają gdy mają być naturalne - tak jak w barze czy na Ukradzionej Wyspie.
jdtennesse: Myślę, że można powiedzieć, że “coś” zaczęło się dziać, chociaż niekoniecznie z sensem. Mówiąc coś, mam na myśli ujawnianie tajemnic firmy Serval, a także tajemnic niektórych członków zespołu. I tak Quicksilver rzeczywiście jest donosicielem u Avengers – no bo jeśli dobrze pamiętam, to Havok jest szefem Uncanny Avengers. Poza tym zaczynają się pojawiać trupy w szafie przedsiębiorstwa, od początku można się było domyślać, że wszystko jest zbyt doskonałe i cukierkowe, żeby było prawdziwe. Dodatkowo Lorna przypomniała (i potwierdziła słowa swojego „byłego” „chłopaka”), że ma nierówno pod sufitem, co czyni ją urodzonym liderem. No i pojawia się przyszły członek nowego zespołu – Danger, która, tak dla odmiany, znowu jest uwięziona (i to wcale nie znowu przez innego mutanta) i która na początku (naturalnie) będzie szukać zemsty i szaleć, aby po chwili już należeć do zespołu. Tak to się załatwia. Trochę to wtórne, a trochę niemądre. Chyba spodziewałem się czegoś więcej po PADzie. No i wszczepienie komuś czegoś do oka podczas snu (nawet jeśli jest co coś tak małego, jak nanobot)? I ona tego nie poczuła? Po pierwsze – to jest głupie. Bardzo. A po drugie – to już było (Psylocke, anyone?) Ale podobały mi się kotki oraz ich imiona (żeby nie było, że tylko marudzę). 3/10.

All-New X-Men #23 (ToJG Part 3)
Gil: Trochę przedwcześnie zaspoilerowali największą niespodziankę tego numeru. Co prawda, mówili w tej zapowiedzi o zakończeniu historii, ale szybko się domyśliłem, że jeśli info poszło w tym tygodniu, to Corsair zmartwychwstanie raczej szybko. I oczywiście stało się to bez wyjaśnienia. Tak samo jak powrót Hep, którą ostatnio widziano na Ziemi, gdzie była zamiatana pod dywan przez scenarzystów nie chcących jej widzieć w X-Men. Ale pomijając to, możemy zaliczyć numer do udanych. Fajnie wypadają relacje między X-Men a Guardians, całkiem dobrze wychodzi też przesłuchanie i więzienie Jean. Nawet bitwa statków kosmicznych ma niezłą dynamikę, co w komiksie raczej rzadko się udaje. Tylko trochę za małe są proporcje treści do waty, nawet jeśli jest to wata cukrowa. Dam mocne 6/10, ale może być nawet więcej, jeśli trochę bardziej się skupią na meritum historii.
avalonpulse0339a%20%5B1600x1200%5D.JPGKuba G: Wygląda na to, że może dzięki obecnemu crossowi Bendisa wybaczę mu jego wkład w "Battle Of Atom". Mimo, że dalej głównie gadamy, mimo, że dalej akcja jest zdawkowa i niespecjalnie zaskakująca, to czytam komiks z z chyba 20 postaciami, które mają swoje pięć minut i pewien polot (nawet jeżeli każda to 100% Bendis talk). Bez rozpisywania, chyba w końcu znów jakiś komiks o X-Men wyląduje na mojej półce po dłuższej przerwie, nawet jeżeli Bendis nie wytłumaczy jak Summers Senior żyje (w końcu ciągle nie wytłumaczył jak Guardians wrócili do życia). PS: W jaki sposób wcześniej nie zauważyłem obecności X-23 w tej historii?
Lotar: Z przykrością stwierdzam, że całkiem miło się to czytało. Nie zmienia to faktu, że cały czas uważam koncepcję serii oraz crossa za debilną. Z jakiej paki chcą ją sądzić skoro jeszcze nie popełniła przestępstwa, już była za niego sądzona i co najważniejsze, to nie ona je popełniła, bo była wtedy w bańce. Cały Bendis.
Krzycer: Aj waj. Niby wiadomo, że Bendis olewa continuity, ale i tak w tym numerze przekroczył masę krytyczną. Żywy Corsair, na dodatek zakumplowany z Guardianami, z Hepzibah na pokładzie... Smasher w Imperialnej Gwardii, który zdecydowanie nie jest Smasherką... a do tego problem leżący u podstaw tej historii, czyli sąd nad niewłaściwą Jean Grey zebrany pomimo tego, że Shi'Ar już raz osądzili właściwą Jean Grey... Moja głowa, moja biedna próbująca to ogarnąć głowa.
Poza tym X-23 w kosmosie mi strasznie nie pasuje. Ale za to rysunki są super (poza Hepzibah, która jakoś strollowaciała.)
jdtennesse: Średnio mi się podobało z jednego prostego powodu – cała historia jest zbyt naciągana. W ogóle trochę mało się dzieje pod względem merytorycznym – walczą, strzelają, żartują, ale o co chodzi…? Jean ma ponieść karę za czyny, których nie popełniła. A które (może) popełni. Ale które już kiedyś zostały popełnione, ale nie przez (tę) nią. Czy to ma sens? Nie. Tak jak cała historia. Co więcej, w rozmowie z Jean, Oracle widzi, że dziewczyna nie ma wspomnień czynów, o które ją oskarżają. I co? I nic. No i na koniec bonus – pojawia się Corsair, jakby nie dość było zamieszania dookoła. Nie, dziękuję. 3/10.

Avengers vol. 5 #26
Gil: It’s the evil Avengers from another world versus evil fake Avengers from the AIM labs! Zawartość Avengers w tym zeszycie jest prawie tak wielka, jak zawartość cukru w cukrze. Aż normalnie zęby próchnieją. No dobra, pora chyba przyznać, że póki co ta historia jest słaba. Drugi numer z rzędu jedziemy na retrospekcjach, podczas gdy prawdziwi Avengers niewiele robią poza samą końcówką. Adaptoidy to nic nowego i nawet z podobnym zestawem mocy już je widzieliśmy. Larrocę też trudno zaliczyć do atrakcji, więc chyba jedynym plusem jest to, że wreszcie można zobaczyć jakąś śmierć Avengera mając pewność, że nie wróci zaraz. Tylko, że to i tak podróbka. Nie jestem zadowolony, bo sporo tu wtórności, ale wiem, że nawet najlepszym zdarzają się słabsze historie, więc po prostu przeczekajmy to. Tym bardziej, że słabsza wcale nie oznacza czegoś bardzo złego. Jest tak na 6/10.
Krzycer: Ta historia Hickmanowi nie wychodzi. I tyle. Służy temu, żeby wprowadzić do gry Super-Super-Adaptoidy, oraz po raz kolejny przedstawić AIM jako poważnych graczy - więc widzę, że jej wydanie ma jakiś sens w ramach Wielkiego Planu Hickmana - ale poza tym nie ma żadnych zalet. Jest wtórna i pozbawiona... treści, charakteru, czegokolwiek godnego zapamiętania.

Deadpool vol. 3 #23
Gil: Potrzebna jest jakaś zmiana, bo zwyczajnie straciłem zainteresowanie Deadpoolem w tej wersji. Wałkuje cięgle te same wątki i już mnie męczy. Prześlizgnąłem się wzrokiem po dialogach, nie znajdując nic ciekawego i nie dostrzegłem też, żeby zmierzało to do jakiegoś finału, więc zapowiada się więcej męczenia tego samego tematu. To nie jest Deadpool, jakiego chciałbym czytać. I nie wygląda najlepiej, poza interesującą okładką. Dam 3/10 i od razu zapomnę.
Krzycer: Ojejku. Okładka nie kłamie - jest metaforyczna, ale nie kłamie - w środku jest mnóstwo nawiązań do Aliena. Całkiem przyjemnych. Do tego mnóstwo sieczki, przynajmniej uzasadnionej - Wade musi się wyładować po wizycie w Korei. Przyjemna lektura. I jak mówiłem to już wielokrotnie: lubię, gdy Deadpool jest podbudowany poważną nutką, więc podoba mi się obecne podejście twórców. Jestem autentycznie ciekaw tego ślubu który zapowiadano jakiś czas temu.

Marvel Knights: X-Men #4
Gil: Zaczęło się nieźle, ale gdzieś po drodze straciłem zainteresowanie. Odkąd przerodziło się to w chaotyczną bijatykę. Zdaje się, że to wspólny problem całego tego rzutu serii spod znaku Marvel Knights – jeśli nie mają interesujących rysunków, które załatwią połowę roboty, szybko zaczynają męczyć. W tej chwili już nie bardzo interesuje mnie, jak to się skończy i czytam tylko po to, żeby dobrnąć do końca. Coś tam niby się dzieje i jest jakaś konsekwencja, ale ogólnie zrobiło się już mocno meh. 4/10 to max, ile mogę tu wystawić.
Krzycer: ...hm. Trochę chaotycznie zrobiło się w poprzednim numerze. Tutaj przynajmniej kawałki układanki wskoczyły na swoje miejsca, wyjaśniając pewne rzeczy (przy okazji, nawet nie podejrzewałem istnienia układanki - wyjaśnienie działań Naćpanych Sekciarzy mnie zaskoczyło).
Pisałem o tej mini, że przypomina mi klasyczne historie Claremonta, i trzymam się tej tezy. Niestety, nie jestem pewien, czy w odniesieniu do tego numeru to w dalszym ciągu zaleta, ponieważ konfrontacja Rogue z Wolverine'em - choć obiektywnie całkiem niezła - opiera się na wątpliwościach i wątkach, które nie tylko już Claremont wykorzystywał, ale chyba nawet jeszcze Claremont je rozwiązał. Czy naprawdę obecną Rogue powinny tak boleć słowa widmowej Carol Danvers?
Ten aspekt można wybronić na dwa sposoby. Po pierwsze można powiedzieć: to "Marvel Knights" a nie obowiązująca continuity... tyle tylko, że ten rzut miniserii był zapowiadany jako in-continuity, co zresztą podkreślały dialogi i w pierwszym numerze, odnoszące się do Schizmy i grupy Cyclopsa (przy okazji pojawia się kolejny drobny problem, tzn Rogue dysponuje tu standardowym zestawem mocy a'la Ms Marvel, ale tu można machnąć ręką i przyjąć, że pożyczyła je od kogoś przed wyjazdem).
Po drugie można przyjąć, że pod wpływem mocy Krystal i Darli mutanci są trochę ogłupieni i podatni na sugestie... i tego będę się trzymał. Bo mimo wszystko ta mini mi się podoba.
(...mając okazję, by skorzystać ze swoich mocy, Rogue całuje Wolverine'a? Serio? Czy Brahm Revel ukradł Claremontowi jakiś skrypt z dna szafy?)
jdtennesse: Chyba za dużo już teraz się wydarzyło. Niby wszystko nam wyjaśniają i otrzymujemy wiele odpowiedzi, ale osobiście czuję się…zagubiony? Mam wrażenie, że chaos to słowo najlepiej opisujące to, co się tam dzieje. Rysunki na stałym słabym poziomie, a historia trochę niby idzie do przodu, ale znowu się zagęszcza… Początkowe zeszyty zdecydowanie bardziej mi się podobały, tu mocno uderzają przydługie teksty, trochę męczące i opóźniające akcję. Pewnie przeczytam ostatni numer, ale już raczej z obowiązku niż przyjemności. 3.5/10.

Revolutionary War: Death's Head II (one-shot) (RW Part 4)
Gil: Wiem, że to samo pisałem poprzednim razem, ale pora na update: to jest najlepszy jak dotąd numer spod szyldu Revolutionary War (chociaż wciąż nie widać ani rewolucji, ani wojny, ale co tam...). Klasyczny Death’s Head jest świetny, wersja II nie ustępuje oryginałowi, chociaż widać, że powstała w latach ‘90. Co więc może być lepszego? Konfrontacja Pierwszego z Drugim? Owszem... Ale może być lepiej! Kiedy Pierwszy z Drugim ramię w ramię młucą wersję 3.0! Jest to o tyle faniejsze, że Trójka to jakaś amerykańska podróba, którą ledwo kojarzę, więc zasługuje na łomot z rąk oryginałów. I jest jeszcze jeden fajny motyw w postaci doktor Necker, którą być może niektórzy z Was pamiętają z Novy, również pisanego przez Lanninga. A dla tych wszystkich, którzy nie znają naszych bohaterów, jest również odpowiednia retrospekcja, która wystarcza, jako dobry punkt startowy. A wszystko to jest całkiem nieźle narysowane – kreską, która zdecydowanie służy bijatyce. Aż mnie zaskoczyło, ile plusów nałapał ten zeszyt, więc chyba wypadałoby dać mu 7/10.

Secret Avengers vol. 2 #15
Gil: W porównaniu z poprzednimi numerami, nie dzieje się tu zbyt dużo, bo ten zeszyt to przede wszystkim akcja. Paradoks? No, w sumie tak, bo cała siła tej historii kryła się w umiejętnym łączeniu elementów poprzez dialogi i retrospekcje, więc teraz, kiedy przyszło do finałowego starcia, jest to po prostu bijatyka. Mimo wszystko, jest to całkiem niezła bijatyka. A w tle nadal dzieje się parę fajnych rzeczy: MODOK zawiera układ z SHIELD, Mentallo się buntuje, a ministrowie najwyraźniej zamierzają uskutecznić jakiś większy plan. No i wygląda to całkiem dobrze, pomimo mocno zniechęcającej okładki. Chyba możemy to potraktować, jako rozciągnięcie przed finałem i poczekać, co wydarzy się dalej. Tymczasem dam 6/10.

She-Hulk vol. 3 #1
Gil: Pierwsza strona wystarczyła i wiedziałem, że mi się nie spodoba. Ale na przekor instynktowi, poszedłem dalej, bo bardzo chciałem, żeby trafiła nam się seria na miarę Shulkie Slotta. Ale nie. Rzeczywistość musiała brutalnie zweryfikować moje nadzieje. Ten numer był tak strasznie nijaki, że nawet nie bardzo wiem, co o nim napisać. Chyba tylko tyle, że musiałby się wydarzyć cud, żeby serii udało się dłużej przetrwać. Shulkie to jedna z moich ulubionych postaci Marvela, ale mimo to, nie mam ochoty sięgnąć po numer drugi, bo zwyczajnie nie chcę na to patrzeć. No dobra, może patrzenie to jedna rzecz, bo rysunki są paskudne. Ale nie chce mi się też tego czytać, bo bohaterka nie ma osobowości, a pierwsza historyjka jest zupełnie o niczym. Całe szczęście, że poznawszy nazwisko autora, z góry nastawiłem się na kaszankę, bo inaczej przeczytalibyście tu serię bluzgów. A tak to z pełnym spokojem wystawię 2/10.
Kuba G: Pominę kwestię rysunków w tym numerze, bo może to wywołać następną zbędną dyskusję o tym co kto lubi, a co wywołuje u niego odruchy wymiotne. Javier Pulido rysuje jak rysuje, więc przejdziemy do scenariusza... który dla mnie dał radę. Pasuje mi takie podejście do postaci, które jest na wpół satyryczne, bez potrzeby wpadania w abstrakcję jaką dawał kiedyś Howard The Duck. Historii nie muszę opowiadać, bo nie ma sensu, ale po cichu liczę, że She Hulk będzie następną "niby życiową" solową serią, która da mi tyle przyjemności z lektury co Daredevil Waida i Hawkeye Fractiona. Po pierwszym numerze są spore nadzieje na to.
Krzycer: Sympatyczne. Zwariowane jak She-Hulk Slotta, ale inaczej. I to już kolejna seria w All-New Marvel NOW!, która debiutuje pojedynczym numerem z zamkniętą historią, bez żadnego głównego złego, ani właściwie jakiegokolwiek złego. Czy to tylko kwestia tego, że nowi twórcy nie robili w marvelowym kieracie, kiedy wszyscy musieli pisać pod trade'y, czy też odgórna, odredaktorska decyzja? Co by za tym nie stało, cieszę się. Nie tak dawno temu narzekałem, że Marvel nie produkuje niemal nic poza seryjnym chłamem, a teraz dostajemy coraz więcej unikalnych tytułów. (Plus tuzin serii okołoavengerowych i dwa tuziny okołoxmenowych, ale tutaj i biblijny potop nie pomoże. Głowę dam, że w tydzień po atomowej zagładzie karaluchy znajdą w swoim najbliższym sklepie komiksowym nowy numer "Amazing Avengers".)

Superior Spider-Man #27
Gil: No dobra, uchwycili moją uwagę. Chociaż nie obyło się bez kilku „ale”. Najfajniejszym momentem numeru jest rozmowa Goblina z Superiorem, w której ten pierwszy wykłada karty na stół, a ten drugi okazuje się jednak sprytniejszy. Naprawdę dobry kawałek. Wstęp, kiedy Pająk orientuje się nagle, że coś przegapił, również wyszedł fajnie. Trochę jest średniawki, więc lepiej pomówmy o szczegółach, w których czają się diabełki. Nadal nie przekonali mnie, że Goblin to stary dobry Norman, bo za bardzo chcą, żebyśmy w to uwierzyli. A jednym z motywów, dla których tego nie kupuję jest to, że byłoby to cofnięcie postaci w rozwoju. Dalej: w bandzie Goblina jest paru łotrzyków, których widzieliśmy niedawno w całkiem innej formie, ale akurat to mogę przełknąć, skoro są licencjonowani. Ale dlaczego mieliby atakować Spider Island, skoro z Team-Upu wiemy, że mają tam silną obsadę swoich ludzi? Wystarczyłoby rozwalić od środka. No i na koniec wątki poboczne – jest ich zdecydowanie za dużo. Z czubka głowy wymienię 6, które zajmują prawie pół zeszytu, a nie mają prawie nic wspólnego z główną historią. Ale mimo wszystko czytało się to fajnie i jest zachęcającym wstępem do większej historii, która sporo obiecuje. Oby tylko umiała dotrzymać tych obietnic. Na razie dam 6/10 i zobaczę, co dalej.
Krzycer: O, przeskok w czasie i lądujemy w środku konfliktu. I dobrze. Do tego fajna konfrontacja Goblina z Ottonem. Szkoda tylko, że Casper-Parker znowu zajmuje tyle miejsca. A każde jego pojawienie się sprawia, że zaczynam obawiać się jego powrotu. Zwłaszcza, że zapowiada się jakaś selektywna amnezja... Po co?

Thor: God Of Thunder #19
Gil: Taka mała poradka dla osób odpowiedzialnych za ten zeszyt: jeśli chcieliście utrzymać dłużej w tajemnicy fakt, że nowego szefa Roxxonu łączy z prawdziwym Minotaurem coś więcej niż tylko ksywka, trzeba było nie przedstawiać go w rogatej postaci na okładce i zostawić czytelnikowi miejsce na domysły. Ale poza tym jest całkiem fajnie. Ekologiczne przesłanie jest dosadne, ale nie nachalne. Sama akcja dobrze napisana. Dialogi dobrze poprowadzone. Interesujący jest motyw sprowadzania wody z Europy, chociaż musiałbym sprawdzić czy skład chemiczny tamtejszego lodu rzeczywiście pozwalałby pozyskiwać z niego wodę pitną. A przebitka z przyszłości skutecznie podnosi poprzeczkę i pozwala znów pocieszyć się obecnością postaci znanych z Godbomb. Jest nadzieja, że będzie z tego równie epicka historia, a przynajmniej równie dobra lektura. No i oczywiście świetnie to wygląda. Na początek dam solidne 7/10 i mam nadzieje, że sięgnie po wyższe oceny.
Krzycer: Eeeh. Nie lubię Roxxon, nie kojarzę żadnych ciekawych wątków z tą korporacją, a i ta historia nie zapowiada się ciekawie.
We współczesności. Bo w przyszłości Ribić będzie rysował Galactusa, którego być może będzie okładał młotem King Thor i tego nie mogę się doczekać.
A przy okazji Aaron wpycha tu Melitę Garner, bo Slott jej nie chciał Spider-Manie, a przecież miała pracować w Bugle.

Winter Soldier: The Bitter March #1
Gil: Po wyczynach Remendera w Captain America spodziewałem się czegoś znacznie gorszego, ale okazało się, że nie jest tak źle. Co prawda widać ewidentnie, że seria robiona jest pod zbliżającą się premierę Winter Soldiera (nawet kostium jest wzorowany na filmowym), ale przynajmniej jest w tym jakiś mały haczyk, łapiący uwagę. Przynajmniej póki nie okaże się, że ta tajemnicza formuła to tylko token i pretekst do podpalania mackowatych kobitek. Szkoda, że tak mało było głównego bohatera, ale zważywszy na jego stan w tych czasach, to nawet jest na miejscu. Szkoda też, że nie ma Black Widow, ale może wszystko przed nami? Tymczasem było tak trochę bondowsko i ogólnie dało się czytać, ale rewelacji nie ma. Powiedziałbym, że to wyższe rejony 5/10.

Wolverine And The X-Men #41
Gil: Cały zeszyt służy właściwie domknięciu jednego wątku, który ciągnął się w tle i nie zwracał na siebie większej uwagi, czyli niby-romans Toada i Paige. Wyciągnięcie go nagle na wierzch nie sprawia, że nagle staje się interesujący, a wręcz przeciwnie – trochę irytuje. Przy okazji swoje 5 minut dostaje też Hellfire Kindergarten, czyli najbardziej irytujące postacie z całej tej zbieraniny. Jest parę zabawniejszych momentów, ale całość raczej przynudza. Za to nawet podobały mi się rysunki, przynajmniej momentami. Mogę dać 5/10, ale tak po prawdzie, to równie dobrze mogli sobie darować ten zeszyt.
Krzycer: ...nie mogę się doczekać, gdy za pięć lat przeczytam komiks, w którym jakiś autor będzie próbował zebrać do kupy wydarzenia z ostatnich lat, i jakaś postać będzie wypominać X-Manom jak to jedną ręką przygarniali Sublime'a, a drugą wywalali Toada z Instytutu...
Szkoda Toada, i szkoda całkiem fajnego wątku, zamiecionego pod dywan amnezją Paige. Z drugiej strony, skoro w tym tygodniu wyciągam continuity przy każdej okazji, Toad powinien inaczej wyglądać niż wyglądał przez cały czas pojawiając się w tej serii. A poza tym już kiedyś miał okazję zaprezentować się z bardziej heroicznej strony, jakoś tak niezbyt długo po M-Day, i ktokolwiek pisał go później też to zignorował...
jdtennesse: Trochę dziwny, bo wydaje się zbędny ten numer – z naprawdę ważnych rzeczy to ucieczka Piekielnych Gówniarzy i odejście Toada. Przy czym pytanie – dlaczego uciekli akurat teraz? I gdzie udał się Toad z Piekielnym Młodym? Pytanie jak pytanie. Ważniejsze jest chyba jednak odejście Toada ze szkoły. Zaczynając od początku – to nie wiem kiedy jego postać została tak mocno zmieniona, szczególnie pod względem fizycznym i czy te zmiany były uzasadnione. W każdym razie mamy rozwiązanie wątku „miłości” Toada i Page, która również jest dla mnie zagadką. Kiedy zwariowała i skąd ma takie wybuchowe moce? Przegapiłem dużo historii, tylko zastanawia mnie czy to w ogóle było gdzieś wyjaśnione czy ot tak sobie się stało? Po przeczytaniu tej historii chyba ma nam być przykro z powodu odejścia Toada i rzeczywiście, wielu innym „złym” dawano nie jedną, ale dwie i więcej szans, a jego wyrzucają dość szybko. W ogóle wstyd pomyśleć, że nauczyciele w szkole nie słuchają co się do nich mówi – przecież odchodząc Mortimer jasno podał im wskazówki odnośnie pewnych sztuczek nazwijmy to sanitarnych… Ogólnie nie jest źle, ale trochę dziwnie… Rysunki za to są bardzo fajne, nie mogę się czepiać. W sumie – 5/10 .

X-Force vol. 4 #1
Gil: Pierwsze spotkanie z nowym X-Force, jakże wyczekiwane… I jakże mało satysfakcjonujące, niestety. Pierwsze, co mi się nie spodobało, to rysunki. Skrzyżowanie koreańskiej manghi z oprawą w stylu Granova jakoś dziwnie kłuje mnie w oczy. Moim zdaniem, jedno do drugiego absolutnie nie pasuje i w efekcie tworzy wrażenie, jakby każda postać była odlana z cyny i pociągnięta aerografem. Zaczynam mieć wrażenie, że Spurrier ma pecha do rysowników... A co z treścią? Może za wysoko zawiesiłem poprzeczkę, ale mam wrażenie, że niewiele się tu wydarzyło. Brakuje mi ciągłości między końcem poprzednich serii, a początkiem tej, bo spora grupa postaci wyparowała gdzieś off-panel, pojawiły się nowe i wygląda to, jakbyśmy zostali wrzuceni w środek czegoś, co już trwało, a nie dopiero się zaczyna. W dodatku poprzedni twórcy zrobili kuku prawie każdej z obecnych tu postaci, więc sam już nie wiem, czy lepszym rozwiązaniem byłoby to zupełnie zignorować, czy próbować naprawiać. Póki co, mam wrażenie, że utknęliśmy pośrodku. Nie wiem, może tak jak w przypadku Legacy, seria potrzebuje trochę czasu, żeby ukazać swój pełny potencjał, ale chyba tutaj będzie to wymagało większego nakładu pracy, bo nie widzę na wstępie potencjalnych haczyków. Myślałem, że będzie nim Marrow, ale jej występ tutaj niezbyt mnie przekonał. No, może poza sceną z Nemesisem. Tak, przynajmniej Nemesis wyszedł tu dobrze jak zawsze. Czyli jednak jest jakiś plus. Mimo wszystko, narazie potrzymam tytuł na neutralnym 5/10, żeby się przekonać do niego.
Simon: Przejrzałem nowe X-Force, te rysunki są koszmarne... Postacie jakoś sztucznie doklejane do tła, blur i inne słabo zrobione efekty, dziwne że logo Photoshopa się nie uchowało gdzieś w rogu... Nie wiem nic o historii ale czekam na zmianę rysownika... no i Cable wygląda marnie...
Lotar: Trochę przesadziłem z oczekiwaniami i wyszedł mały falstart. Fabuła na razie nie porywa. Gdzie jest Hope, Domino? Jak sformowano ekipę? Dlaczego jest tu Fantomex, a wiem, bo jest Betsy. Wnerwia mnie ta cała Marrow. Już po kilku stronach chciałem, żeby dostała kulkę. Czy ona jest Azjatką? W tym komiksie tak wygląda. Rysunki nawet fajne. Zobaczymy jak gościu wytrzyma tempo wydawnicze. Fajowo wyglądały kadry z tym czymś chińskim.
avalonpulse0339b%20%5B1600x1200%5D.JPGKrzycer: Marrow i Fantomex dostali od Spurriera nowe głosy. Marrow jest jeszcze bardziej psychopatyczna niż w swoich najlepszych czasach (circa about 1996), a do tego odziedziczyła niektóre manieryzmy językowe po Legionie, a Fantomex przebija Gambita swoją francuskością.
...co powiedziawszy, nie mam problemu ani z jedną, ani z drugą zmianą. Ogólny pomysł na serię ("naród mutantów potrzebuje swojego wywiadu") miałby więcej sensu w czasach Utopii, ale mniejsza o to. Trudno przewidywać, jaka fabuła ma trzymać ten komiks w kupie, na razie dostaliśmy przede wszystkim akcję, ale było to przyjemna akcja. Spurrier zaczyna zdecydowanie lepiej niż Humphries i Hopeless - nie, żebym choć przez chwilę w to wątpił - ale jeszcze zobaczymy, czy dobije do Kyle'a, Yosta i/lub Remendera.
Na razie nie jestem pewien, co właściwie myślę o rysunkach. Wyglądają trochę tak, jakby Rock-He Kim próbował pożenić Adiego Granova z Claytonem Crainem (to może być bardziej kwestia kolorów niż samej kreski), ale ostateczny rezultat... Hm... Nie przekonuje mnie.
jdtennesse: Jak każdej nowej/restartowanej serii, tak i tej towarzyszyły mieszane uczucia. Pierwsze pytanie brzmiało – po co? Ledwo co pozbyliśmy się dwóch bardzo przeciętnych, a właściwie słabych serii, a tu już pojawia się ich następca. I niby w pewnym momencie Cbale odpowiadając na pytanie Betsy, odpowiada również na moje, ale… Po drugie – co się stało między tym, a poprzednimi tytułami X-Force? Dlaczego skład jest taki a nie inny i co z resztą postaci? Gdzie poszli, co robią, czy Peter i Neena gdzieś się…podziewają? Nawet po przeczytaniu, nie ma odpowiedzi na wiele pytań. No i te rysunki… Kiedy widziałem pierwsze kadry, pokazane kilka tygodni przed premierą, to tylko jeszcze bardziej mnie zniechęciły. Ale… Po przeczytaniu stwierdzam, że nie jest tak źle. Po pierwsze – nie ma tuszu, więc jest to 100% roboty rysownika, plus nakładanie kolorów. Wygląda to trochę jak robota dziecka (nie w złym znaczeniu) i jego kolorowanki, ale w porównaniu w dziełem niektórych „uznanych” rysowników, to jest to pewna nowość i świeżość. Przyzwyczaiłem się i nawet zaczęły mi się podobać. Nie są doskonałe, jest parę „perełek”, ale ogólnie może być (i bywa gdzieniegdzie) gorzej. Wracając do postaci – dobór przypadkowy, ale już Marrow pasuje mi jak pięść do nosa. I mimo, że sama wspomina, że ostatnio była pozbawiona mocy, to ma na głowie inhibitor, a jej moce działają (i to, muszę przyznać, całkiem ciekawie; czytałem tylko kilka numerów z nią, ale nie wiem, czy ktoś tak pomysłowo wykorzystał jej moce). No i jawnie zbzikowała. I jest narratorem historii. I tryska humorem. Jest Hope, w stanie bliżej określonym jako „teoretycznie żywa”. I pod koniec okazuje się, że Cable miał chyba więcej powodów podjęcia się nowej akcji. Nowa broń, którą chciał przejąć, okazuje się nowym mutantem. Sumując, podobało mi się. Było zabawnie, starałem się nie pytać „co?” ani „dlaczego?”, tylko dobrze się bawić. I to mi się udało. A co tam – 6/10.
Demogorgon: Nie jest jakos odkrywczo, ale to nie problem - chociaż fabułą jest jak z filmu akcji, to bohaterowie i ich dialogi (a prawie wszystkie wypowiedzi każdej postaci, za wyjątkiem Cable'a, są złote) sprawiają, że jestem kupiony. Bo jak na taki poważny komiks, o poważnej tematyce, to widać, że traktuje siebie z dystansem i humorem, jakiego wielu pozycjom tego typu brakuje. Mnie to kupuje.
Soundtrack: Rules of nature Instrumental

X-Men: Legacy vol. 2 #24
Gil: Kurde! Nie wiem, czy się wściec, czy się zachwycić…? Z jednej strony to był tradycyjnie świetny numer, ale z drugiej – rozwiązanie jest na tyle radykalne, że nie ma widoków na ciag dalszy, a ja wciąż chcę więcej Legiona. Prawdę mówiąc, przypomina mi to trochę finał Kłamcy Ćwieka, bo w obu metoda wybrnięcia z sytuacji jest podobna. I po obu miałem podobnie mieszane odczucia. No cóż, nie zawsze zamierzenia autora pokrywają się z oczekiwaniami czytelników, ale też powinniśmy być w stanie spojrzeć na nie obiektywnie i przyznać, kiedy są dobre. Tutaj z czystym sumieniem przyznaję, że jest dobrze. Zaskoczenie jest ogromne, ale chyba nawet bardziej zaskakujące jest to, jak idealnie ostateczna sytuacja wpasowuje się we wszystko, co wiedzieliśmy o Blindfold przed rozpoczęciem serii. Nie da się zaprzeczyć, że historia zmieniająca przeszłość jest wykonana idealnie, jeśli nawet wydarzenia napisane lata wcześniej przez innych ludzi pasują do jej wyniku. Jakby wszystko od początku miało do tego prowadzić i samo powstało w wyniku jakiejś podróży w czasie. Ktoś mógłby pomarudzić może na dość proste rozwiązanie, które przebudziło Davida, albo na cofnięcie większości krytycznych punktów z numeru poprzedniego, ale akurat mnie to zupełnie nie przeszkadza. Czasami te proste rozwiązania sią najlepsze, bo po prostu trafiają w cel i nie pozostawiają wątpliwości. Zwłaszcza w kontraście do całej komplikacji sytuacji tutaj. No i jest jeszcze ta zajebista okładka, która jest równie wymowna, jak cały zeszyt. Nie, no... nie mogę się na to wkurzać, bo za dobre było. Ale też nie dam dychy, bo nie jestem całkowicie zadowolony. Za to może być zasłużone 9/10.
Krzycer: Nie spodziewałem się tego. Nawet nie wspominając o kłamliwej, kłamliwej - choć i tak świetnej - okładce, sugerującej zupełnie inne rozwiązanie. Ale przeczytawszy ten zeszyt po raz drugi dochodzę do wniosku, że to nie mogło się skończyć inaczej.
Innymi słowy: Spurrier ustał lądowanie. Złoty medal.
Teraz nie pozostaje nic innego, jak czekać piętnaście lat aż ktoś w Marvelu postanowi znowu "$%#^%$* timeline" i odwrócić to wszystko.
jdtennesse: A więc to naprawdę koniec. Szkoda. Wprawdzie nie podoba mi się zakończenie (w sensie odejście…”wymazanie” Davida, choć nie wiadomo na jak długo, ale tego wolę na razie nie roztrząsać), ale i tak uważam, że komiks jest świetny. Od pierwszych stron mamy zapowiedź tego, co nadchodzi, ale niekoniecznie się tego domyślamy (anyone?). Opowieść. Pamięć. Znaczenie. Perspektywa/czas. To, co zostaje z nami na zawsze, to to co dobiegło końca. Te słowa przewijają się przez ten komiks. I nie można się z nimi nie zgodzić. Wiem już, że po lekturze tej serii, będą wspominał ją bardzo długo. I przede wszystkim bardzo dobrze. Wszystkie strony tego komiksu wypełnione są bardzo głębokimi, psychologicznymi przemyśleniami. Wszystko opiera się i zawsze się opierało, na problemach Davida z ojcem i przystosowaniem. Tu wszystkie te konflikty w końcu zostają ostatecznie zażegnane. Życie to partia w grze w karty, gramy tymi, które nam rozdano, nieważne jak kiepskie by były, ale gramy. I, co dla niektórych może być zbyt patetyczne, kiedy rodzic wyraża dumę ze swojego dziecka, to chyba można w końcu odetchnąć, odpuścić sobie, poczuć radość. Wszystko to, i wiele więcej zapełnia karty tego komiksu. Długo mógłbym się nim zachwycać, ale nie chcę popadać w przesadną egzaltację. Wracając tylko na chwilę do zakończenia – nie wiem, jak inni pisarze będą respektować tutejsze wydarzenia, ale uważam, że powinny one mieć niemały odzew w całym MU (jest naturalnie furtka, David w umyśle Ruth, ale…). Jak będzie – zobaczymy, czas oceni. Dla mnie kandydat do numeru roku. (Już przeczytałem dwa razy…) Po prostu – 10/10.
Demogorgon: Nie powiem wiele. Simon Spurrier prosił, by nie spoilerować. Powiem tylko tyle. Wzruszyłem się. Kiedy nastąpiła ta scena z chmurami. Kiedy nastąpiła ta scena z Tkaczem. Wzruszyłem się. Było mi smutno, kiedy nastąpił finał. A potem, na końcu, znów się wzruszyłem. To chyba dobrze, nie? No, ostatnim razem takie emocje, takie porządne, oczyszczajace katharsis, wywołał u mnie finał Journey Into Mystery.
Bywaj, David. Bywaj, Ruth. Będzie mi brakowało waszych zwariowanych perypetii.
Soundtrack: The Way It Ends

Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2014.02.12
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.