Avalon » Publicystyka » Artykuł

Living Tribunal #209 - Avengers Arena vol. 3 - Boss Level TPB

lt209
Avengers Arena vol. 3 - Boss Level TPB
Scenariusz: Dennis Hopeless, Christos N. Gage
Rysunki: Kevin Walker, Karl Moline
Liczba stron: 136
Cena: 15.99$
Zawiera: Avengers Arena #13-18

Demogorgon: Ktoś mi zarzucił, że czytając dalej Arenę, jestem masochistą. Pozwolę się nie zgodzić. Masochista z zadawanego mu bólu czerpie przyjemność. Tego o mnie nie można powiedzieć. Każda kolejna strona tej serii jest tak zła, że na pewnym etapie zacząłem się przez nią czuć fizycznie chorym, ale przysięgam, nie miałem z tego żadnej przyjemności. Czemu więc to robię? Bo ktoś musi. Bo jeśli ktoś nie stanie i nie zadeklaruje sprzeciwu wobec obrazy dla wszystkiego, co cenię w komiksach, jaką jest Dennis Hopeless, to dalej będzie on kontynuował niszczenie jednej z nielicznych części Marvel Universe, które są mi drogie. A jego fani będą wmawiać ludziom, że pisze wielkie dzieła, wciskając im jego puste, pozbawione jakiejkolwiek wartości wydmuszki. Podczas, gdy mogliby oni czytać coś naprawdę wartościowego.

Co dobrego można powiedzieć o Avengers Arena to, że się skończyła. Nawet lepiej, zakończyła się przed czasem – Dennis Hopeless chciał napisać historię w czterech aktach, która została skrócona do trzech. Oczywiście, były plany i szumne zapowiedzi sezonu drugiego, ale i one zostały niedługo porzucone, na rzecz swego rodzaju sequela, Avengers Undercover. Jest to zabawne, bo seria sprzedawała się (w formie papierowej, bo nie mamy dostępu do wyników sprzedaży elektronicznej) jak przeciętnie tytuły o nastoletnich superbohaterach z Marvela – różnica była w tym, jak szybko traci czytelników, w porównaniu z Runaways vol. 2, Avengers Academy czy X-23 vol. 2 (a warto tu nadmienić, że na pewnym etapie wszystkie trzy pobiły ją w rankingach). Oczywiście, jest jeszcze Young Avengers vol. 2, które sprzedawało się na podobnym poziomie i wcale nie radziło sobie lepiej z zatrzymaniem odpływu fanów, jednak jest tu kilka różnic – po pierwsze, Young Avengers vol. 2 sprzedawało się na tyle dobrze w wydaniach zbiorczych, aby trafić na listę bestsellerów New York Timesa. Po drugie, seria podlegała pod tego samego edytora, co inne pozycje, z Avengers w nazwie, co oznacza, że była pewna konsolidacja – część zysków ze sprzedaży takich pozycji jak Avengers vol. 5 szło na zapewnienie Young Avengers vol. 2 pewnego bufora. Arena stała sama, co dowodzi jak bardzo wiele wiary Marvel musiał mieć w ten projekt – to miał być ich wielki hit, ich nowa kura znosząca złote jaja. A zamiast tego ledwo potrafiło utrzymać się na rynku. Ludzie woleli kupować nawet beznadziejne Infinity: The Hunt od tego (dwa pierwsze numery pobiły Arene w sprzedaży detalicznej). Tytuł nastawiony na komercyjny sukces na fali popularności "Igrzysk Śmierci", wspierający się zebraniem wielu najpopularniejszych postaci nastoletniej sceny, nie przeżył dłużej od X-Men: Legacy vol. 2, seria o samotnych przygodach gościa, którego kojarzą tylko naprawdę hardkorowi fani, a i pewnie nieszczególnie go lubili, nim wyszedł pierwszy numer. Mam tylko szczerą nadzieję, że odbije się to negatywnie na karierze Dennisa Hopelessa, zasłużył sobie. Bo co jeszcze o Arenie można powiedzieć dobrego to, że zawsze utrzymuje stały poziom. Szkoda tylko, że ten jest grubo poniżej dna.

To wydanie zbiorcze zaczyna się od numeru pisanego przez Christosa Gage'a, który wyjaśnia, jakim cudem Arcade zdołał więzić szesnaścioro dzieciaków przez miesiąc i nikt mu w tym nie przeszkodził. Coś, co powinno zostać wyjaśnione w pierwszych numerach, nie, gdy seria zmierza ku końcowi. Z początku nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego pan Gage zgodził się na napisanie komiksu usprawiedliwiającego istnienie serii, która na dzień dobry zabiła jego największy wkład w świat Marvela. Z czasem jednak zrozumiałem, że dokonał tu ukrytej parodii całego pomysłu. Plan Arcade'a odnosi sukces tylko, ponieważ wszyscy, którzy mogliby mu przeciwdziałać, nałykali się głupich pastylek i naiwnie wierzą w grubymi nićmi szyte oszustwo. Arcade udaje, że wszystkie porwane dzieciaki z jakiegoś powodu odeszły same z siebie i utrzymuje to kłamstwa za pomocą manipulacji mediami socjalnymi. Wystarczyłoby namierzyć którykolwiek z fałszywych telefonów albo wiadomości od zaginionych, coś, co może spokojnie zrobić zwykła policja, a co dopiero Avengers, aby wykryć oszustwo. Ale nikomu nie przychodzi to do głowy, nawet Henry'emu Pymowi. Nikomu prócz Molly Hayes nie wydaje się dziwne, że Chase i Nico nagle się w sobie zakochali i postanowi spędzić trochę czasu sami, nie pożegnawszy się nawet z najbliższymi przyjaciółmi. Wolverine nie mógłby się zniknięciem X-23 mniej przejąć. Ale chyba najbardziej wytarzany w błocie został Captain Britain. Arcade udaje, że jego uczniowie udali się na gigant i teraz rozbijają się po Wielkiej Brytanii, robiąc z siebie idiotów gdzie tylko się da i umieszczając fotki na facebooku. I dyrektor szkoły, w której powinni teraz być, zamiast podjąć wszelkie środki, aby zaciągnąć ich z powrotem do klasy, nie robi z tym fantem absolutnie nic. Jedyny powód, dla którego plan Arcade'a nie runął jak domek z kart jest taki, że Brian Braddock odmawia wykonywania swoich obowiązków. Podobnie nagle zgłupiała Maria Hill, która nie chce udzielić Pymowi ważnych informacji, bo to Henry Pym. Jasne, facet stworzył Ultrona, ale wykaz gdzie i kiedy ktoś się ostatnio teleportował to nie są kody do wyrzutni jądrowych. Wreszcie sam Pym popełnia wiele podstawowych błędów i w pewnym momencie zwyczajnie daje się oszukać w wyjątkowo naciągany sposób i olewa dalsze śledztwo, chociaż ma wyraźny dowód, że coś tu dalej jest nie tak (ślady po teleportacji) pod samym nosem. Ta groteska kulminacyjny moment osiąga, gdy jeden z robotów pyta się Arcade'a, jak on niby zamierza uniknąć zostania zamordowanym przez wściekłych superbohaterów, gdy już upowszechni nagrania z Murderworldu. A Arcade nie potrafi mu odpowiedzieć, dowodząc, że jest zwyczajnym durniem, który nie przemyślał dobrze tego planu.

Nie przemyślał dobrze niczego również Denis Hopeless. I nie mam na myśli tylko tego, że był zbyt leniwy, aby samemu napisać, na jakich fundamentach zbudowana jest ta historia. Gdzieś w finale pogubił się i chaotycznie próbuje pozamykać wszystkie wątki, ale mu to w żadnym razie nie wychodzi. Znowu skaczemy z czasem, nagle przenosząc się z przedostatniego dnia gry w ostatni. Chociaż nie było nocy. W międzyczasie postacie zachowują się jak kretyni, bo muszą się znaleźć tam, gdzie autor im kazał. Hazmat i X-23 od tak odłączają się od grupy i nikt ich nie zatrzymuje, bo ta pierwsza musi zostać spryskana trigger scent,. Reptil od tak odłącza się od grupy, bo ktoś musi sprowadzić Nico i Chase'a a trzeba się go pozbyć, gdy Laura zacznie szaleć, bo inaczej pewnie mógłby ją powstrzymać. A wtedy Cullen Bloodstone nie mógłby przetransformować się w Godzillę i samemu stać się większym zagrożeniem.

Pierwszą połowę swojej historii Hopeless spędza na tym właśnie, serwując nam skondensowaną w dwóch numerach powtórkę z poprzedniego tomu – Cullen traci kontrolę nad swoim wewnętrznym demonem i po kolei pokonuje każdą postać. X-23, Reptil, Dawkhawk i Nico są absolutnie bezradni. Gorzej, każde z nich nie może nic zrobić tylko z powodu swojej kompletnej niekompetencji. Laura, której przypominam, że Hopeless dał zdolność analizy otoczenia w celu znalezienia najlepszej metody zabicia każdego celu, nie wie jak zabić coś, co swój słaby punkt nosi na plecach jak wieli, czerwony guzik samozniszczenia. Reptil zmienia się w dinozaura, który polował na ryby i ma wyjątkowo słabe szczęki, zamiast w groźniejszego drapieżnika, jak alozaur albo stary, dobry, t-rex. Chase w tej swojej zbroi Darkhawka nie robi nic, tylko lata wokół jak mucha. Najgorzej ma się sprawa z Nico, która, prócz jednej próby, ogranicza się do strzelania w potwora pociskami. Wiecie, muszę wam coś powiedzieć. Jestem fanem fantasy. Ten gatunek pełen jest wszelkiej maści czarodziejów i każdy autor podchodzi do tego tematu inaczej. Dysponująca ograniczoną mocą Jenny Waynest ze "Zguby Smoków" czy, walczący na planie astralnym, Dziewięciu z "Sagi Drenajów" Davida Gemmela to nie to samo, co wybitni iluzjoniści, Goblin i Jednooki, z "Kronik Czarnej Kompanii", którym daleko do mistrza przeciwzaklęć, Kedrigerna. On z kolei blednie przy Jonathanie "to ja teleportuję całe miasto na inny kontynent" Strange'u z "Jonathan Strange i Pan Norell" Susanny Clarke. Magia to potencjał, który można wykorzystywać na setki sposobów. Tymczasem w komiksach czarodzieje są nagminnie redukowani do strzelania jakąś kolorową energią i dostawania lania, by pokazać, jaki silny jest antagonista. Ten problem dotyczy nie tylko Nico u Hopelessa, ale też Doctora Strange, jednak nie o Stephenie teraz rozmawiamy. Mam serdecznie dosyć tego, że magowie są redukowani do roli worków do bicia, by ktoś inny mógł wypaść lepiej. Rada dla wszystkich aspirujących pisarzy - jeśli tylko tak potrafisz tych postaci używać, to nie nadajesz się do ich pisania i nie powinieneś był się do nich zbliżać.

Oczywiście problemy z wykorzystaniem Nico się tutaj nie kończą. Pan Hopeless postanowił w drugiej części historii strasznie ją ogłupić, aby móc wywołać sztuczny i bezsensowny konflikt z Cammi. Nico postanawia zabić Cullena, nim ten znowu straci kontrolę nad swoim wewnętrznym muppetem. I chociaż przedstawia ku temu sensowny powód, mianowicie, że on może ich wszystkich pozabijać, mamy uważać to za wielką zbrodnię i akt zdrady, mamy wierzyć, że Arcade ją złamał i teraz jej akcje są równie godne potępiania, co Apex w poprzednim tomie. Ale to zupełnie nie działa, bo w tej sytuacji naprawdę nie mogę nie stanąć po stronie Nico. Bo jej rozumowanie ma sens, szczególnie w świetle tego, że gdy ostatnio oszczędzili kogoś w podobnych okolicznościach, skończyło się to śmiercią jej i Justona. Jest gotowa podjąć trudną decyzję w obliczu zagrożenia, dla dobra grupy. Cammi tymczasem dźga Chase'a w pierś by wyrwać mu amulet (co powinno ją zabić, ale, jak wiemy, Hopeless ma gdzieś wszystko, co związane z Darkhawkiem), skazując go na pewną śmierć od zakażenia, tylko po to, by mogła powstrzymać Nico i rzucać moralitetami, jak to bohaterowie nie mogą zabijać (jasne, Chase przeżył, ale wciąż, hipokryzja to hipokryzja). Nico podejmuje decyzję powodowana altruizmem, chociaż jest to dla niej ciężki wybór i żałuje, że musi go podjąć. Cammi naraża ludzi na śmierć i zranienie bez odrobiny poczucia winy, po to tylko, aby postawić na swoim. Bo jej ego nie zniosłoby, gdyby musiała przyznać się do błędu. I to tej drugiej mam kibicować?

Skoro już przy tym jesteśmy, to gdybym miał wyznaczyć główne punkty skupienia, w których większość problemów z tym tytułem łączy się, aby uformować masę krytyczną, wskazałbym trzy postacie – Arcade, Apex oraz Cammi. O ile do tej pory to tych dwoje pierwszych było głównym powodem, dla którego wszystko leciało łeb na szyję, o tyle teraz waga Cammi, jako czynnika posysającego znacznie wzrosła. Stało się, przed czym ostrzegałem w poprzednim tomie – Hopeless nie zdołał zapanować nad swoim uwielbieniem dla bohaterki i odbiło się to negatywnie na wszystkim dookoła. Cammi stałą się chodzącą doskonałością, której nie wolno nawet krytykować – każdy, kto występuje przeciw niej, albo podejmuje decyzje wbrew jej rozkazom, to szaleniec albo głupiec. Nawet Cullen Bloodstone, podobno ulubiona postać autora (i do tej pory jeden z jego wyraźnych pupili), jest pokazany, jako przeżywający załamanie nerwowe, gdy jedynie zwraca uwagę, jak niekompetentną przywódczynią jest ta smarkula. Ona nie potrafi utrzymać swojej grupy pięć minut w całości, ale to on musi zrozumieć swój błąd. Problem też w tym, że jak na wspaniałą, twardą kosmiczną piratkę, na jaką jest pozowana, przez całą historię dziewczyna nie pokazała niczego, by udowodnić, że zasługuje na tę reputację i nadaje się na przywódcę grupy. A mimo to mamy rzucać się jej do stóp, jak pozostali bohaterowie. 
Oczywiście nagły wzrost siły ssącej Cammi nie oznacza, że Apex uległa jakiejkolwiek poprawie. W finale historii po raz kolejny postanowiła udowodnić, że nikt nie wspiął się na takie wyżyny czystej głupoty, jak ona. Jak na osobę zdolną zrobić z kosmicznej technologii Darkhawka swoją marionetkę, jakoś nie potrafi poradzić sobie z zabezpieczeniami komputerów Arcade'a. Co więcej, chociaż jakoby jest na tyle mądra, by przewidzieć, że ten spróbuje uciec, nie robi niczego, aby go powstrzymać. A później popełnia chyba największy idiotyzm, gdy Arcade oferuje jej współpracę – ona pomoże mu pozabijać wszystkich, a on zmodyfikuje taśmy tak, aby wyszła na bohaterkę i jedyną ocalałą. Co jest o tyle głupie, że zupełnie niepotrzebne – Arcade uciekł, zostawił wszystkich własnemu losowi, zdolnych do wezwania pomocy, w dużej mierze właśnie dzięki działaniom jej i Deathlocket. Spokojnie mogłaby przedstawić fakt, że to ona wszystkich uratowała, jako okoliczności łagodzące. Zwłaszcza, że nie ma żadnej pewności, czy Arcade dotrzyma słowa. Ale nie, Katy Bashir z radością zgadza się powciskać guziczki i zesłać na ocalałych siedem plag egipskich, z sadystycznym uśmieszkiem na ustach. I jeszcze ma czelność dalej twierdzić, że stara się tylko przetrwać. Dennis Hopeless udowadnia tą idiotką, że nie potrafi pisać postaci, których moralność ma być dyskusyjna, w których zaciera się granica miedzy dobrem, a złem – nie wie jak rozsądnie uzasadnić ich motywacje i wychodzą mu skończeni kretyni. To nie wróży dobrze Avengers Undercover, które ma silnie ten wątek poruszać, tak na marginesie.

No i jest jeszcze Arcade. Myślę, że to, co najważniejsze, powiedział o nim Gil, w tegorocznych Zvalonach. Pozwolę sobie zacytować: "został zmieniony w karykaturę samego siebie i na końcu był już po prostu obrzydliwy. Po pierwsze, został przekozaczony i w żaden, najgłupszy choćby sposób, tego nie wyjaśniono. Po drugie, robił rzeczy niezgodne z charakterem, bo chociaż wcześniej był wariatem, nigdy nie był zimnokrwistym mordercą. I po trzecie - sugestia, że masturbuje się patrząc jak dzieciaki się zabijają, jest skrajnie obrzydliwa. Właściwie to nie chcę go więcej widzieć, bo już zawsze będzie mi się z tym kojarzył.". Sam nie ująłbym tego lepiej.

W wykonaniu pana Hopelessa każdy bohater staje się karykaturą samego siebie. Nawet jego własne postacie wypadają okropnie, szczególnie, gdy próbuje nam wmówić, że przechodzą jakiś rozwój charakteru. Nara, po spędzeniu dwóch tomów zachowując się jak typowy wamp, trzymający się silnego mężczyzny, aby przetrwać, nagle oświadcza nam, że kocha Aidena. Chociaż nic nigdy nie wskazywało, że w jakikolwiek sposób rodzi się w niej uczucie głębsze niż pociąg seksualny. Każde jej zachowanie do tej pory wyglądało w najlepszym razie na uwodzenie z premedytacją. Podobnie, gdy Cammi nagle stwierdza, że Nico uczyniła ją lepszą osobą. Byłem tak zaskoczony tą deklaracją, że musiałem pójść do obrońców tej abominacji i zapytać się, kiedy niby to miało miejsce. Jak ci ludzie twierdzą, Cammi zmieniła się z osoby myślącej tylko o sobie w altruistkę dbającą o dobro grupy. Ale ja wcale tego nie widzę. Jak mówiłem wcześniej, przez cała historię motywuje ją tylko jej własne ego. Jasne, w pierwszym tomie mamy scenę, jak przegania Deathlocket, ale potem nie unika współpracy z Darkhawkiem, a gdy dołącza do Chase'a i Nico, może robi to, bo uratowali jej życie, ale nie jest nam pokazane, by miała przeciw temu jakiekolwiek opory. Wręcz przeciwnie, ochoczo sama wychodzi z tym pomysłem. Podobnie, gdy w następnym tomie postanawia wrócić po Nico. Nic nigdy nie wskazywało nam, że te zachowania są wbrew jej pierwotnemu charakterowi, że ta Cammi jest w jakiś sposób inna od tej z początku serii. Rzucając tymi słowami pan Hopeless próbuje zjeść ciastko i mieć ciastko - jednocześnie uciszyć głosy, jakoby nie miała ona wad, jednocześnie żadnych jej nie dając. Zamiast pokazać nam jak postać się zmienia przez jej czyni, on nam mówi, że zmiana zaszła i oczekuje, że przyjmiemy to za oczywisty fakt.

A zresztą, nawet gdyby przyjąć, że Cammi się zmieniła, to nigdy nie uwierzę, że stało się to za sprawą Nico. Nie, kiedy one nigdy bezpośrednio słowa nie zamieniły ze sobą przez ostatnie dwa tomy. Nie, kiedy Cammi rozmowy w cztery oczy odbywała tylko z Cullenem. Nie, kiedy ilekroć była okazja, Nico zachowywała się ulegle wobec Cammi, godząc na wszystko, z czym ta wyskoczyła.

Nie wiem nawet czy warto wspominać o tym, jak często autor popełnia błędy początkującego. W pewnej chwili, Arcade staje się jego megafonem, aby tłumaczyć, czemu krytycy się mylą i ustalenie czasu gry na trzydzieści dni to był dobry pomysł (swoja drogą, kolejny przykład łamania zasady "show, don't tell"). W międzyczasie wszyscy zaczynają się ze sobą bić bez żadnego ładu i składu, bo fabuła tak mówi. Autora nie stać nawet na odrobinie lekcji i sprawdzenie, że topienie się jest potwornie bolesne i wcale nie jest to sposób na spokojną, łagodną śmierć. Albo na wyszukanie w google, co oznaczają frazy z internetowego żargonu, które próbuje upchnąć tu i tam, jak "waifu". Pod koniec zostajemy uraczeni pretensjonalnym i zupełnie w podanym kontekście bezsensownym cytatem ze "Sztuki Wojny" Sun Tzu. To wszystko są rzeczy, jakich spodziewałbym się po początkującym autorze fanfików. Ja popełniałem takie błędy mając trzynaście lat i pisząc jakieś pożal się Panie badziewia na forach Yu-Gi-Oh!. Ten człowiek ma trzydzieści i pracuje dla jednego z dwóch największych wydawnictw komiksowych w kraju. On powinien prezentować lepszy poziom.

Rysunki są paskudne. Porównajcie sobie prace Kevina Walkera z tej historii z jego Secret Avengers. Albo nawet z pierwszymi numerami Areny. Trudno uwierzyć, że to dzieło tego samego człowieka. Sam nie wiem, co się mu stało, chociaż podejrzewam, że zdał sobie sprawę, jaką skazą na życiorysie będzie ten komiks i zwyczajnie przestał się starać. Jak inaczej wyjaśnić, że nie potrafi narysować magicznej protezy Nico dwa razy tak samo, czasami zapomina jej dać do ręki jej laskę, a oddychającej pod wodą Narze każe nurkować w masce tlenowej? Może tylko problemami z komunikacją miedzy nim a panem Hopelessem. To o czymś świadczy, kiedy miejscami nie mogłem go odróżnić od Karla Moline, który odpowiada za ilustracje do zeszytów #13 i #16. Jakim cudem ktoś, kto potrzebuje zastępstwa co dwa numery, dalej oddaje tak potwornie koślawe i szkaradne partactwo? Rozumiałbym, gdyby przerwy były wywołane chęcią zachowania stałej jakości, ale każdy kolejny zeszyt, strona, a nawet panel w wykonaniu pana Walkera to coraz niżej na równi pochyłej aż do samego dna.

Nie wiem, co jeszcze mogę powiedzieć o tym komiksie. Napawa mnie obrzydzeniem. Popełnia każdy błąd, jaki tylko mogę sobie wyobrazić. Umiejętności autora stoją na poziomie kiepskiego fanfika. Nawet nie chcę wspominać jak łatwo można odczytać w nim podteksty o wydźwięku seksistowskim a nawet rasistowskim, a wszystko przepełnia cynizm i mizantropia typowe dla uprzywilejowanego białego faceta z klasy średniej, który nigdy nie miał w życiu żadnych problemów i myśli, że ma prawo osądzać społeczeństwo. A mimo to, nikt nic z tym nie zrobił. Nikt nie przeczytał scenariusza, nie zwinął go w rolkę i nie zbił tego niekompetentnego łobuza jak psa, krzycząc "Zły Hopeless, zły!". I za to mam żal do Marvela. Że ten człowiek przyszedł i zniszczył coś pięknego i nikt z nich nawet nie zwrócił na to uwagi. Gorzej, pozwolili mu napisać ciąg dalszy. Ten komiks zrujnował dla mnie rok 2013, o mało nie sprawił, że porzuciłem całe medium, nie tylko superbohaterów, ale historie z obrazkami w ogóle. Dlatego ocenię go należycie. Tak, jak poprzedni tom – zero na dziesięć. Chcecie historii o nastolatkach w mroczniejszym klimacie? Przeczytajcie sobie jakaś mangę, na przykład Narutaru albo Akirę. Tu nie znajdziecie nic wartościowego.


lt_0pts.png
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.