Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #338 (10.02.2014)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 10 luty 2014Numer 6/2014 (338)


W poprzednim tygodniu zadebiutowały cztery nowe pozycje. Czy sprostały oczekiwaniom? I jak na ich tle wypadły komiksy, które na rynku ukazują się już od pewnego czasu? Zapraszam do lektury.

All-New Invaders #2
Gil: Zaczynam żałować, że pierwsza fala Marvel.NOW okazała się dość dobra i odniosła sukces, bo teraz wydawnictwo koniecznie próbuje wycisnąć z tego jak najwięcej, nie zwracając uwagi na to, że do zainwestowania zostały im już głównie dolary Zimbabwe. Teraz wystrzelają się na beznadziejne serie, które zaraz popadają, a oberwie się i tak tym lepszym, bo przecież nie przyznają się do błędu. A z drugiej strony pewnie będą machać jak sztandarem tymi dwoma tytułami, które odniosą jakiś sukces i rozwodzić się wszędzie nad tym, jaki to mieli wspaniały pomysł. Ech… no dobra, dlaczego piszę o tym? Dlatego, że nie chcę pisać o tej tragedii, której tytuł widnieje nieco powyżej. Komiks jest o niczym i niepotrzebnie zmarnowano na niego papier… czy tam bajty… Nawet gdyby był ze śmieci, nazwałbym to marnotrawstwem. Nie zamierzam więc więcej tracić na to czasu i szybko się z tym tytułem pożegnam, żeby nie skończyło się jak z Thunderboltsami, że będę się nim katował z poczucia obowiązku. Dam mu na dowidzenia 2/10, bo przynajmniej nie był bardzo brzydki.

Avengers A.I. #9
Gil: Wow... Doprawdy – WOW! Nie sądziłem, że może być jeszcze gorzej, a jednak udało im się do tego doprowadzić. Uwaga, bo abstrakcyjność i głupota tego stwierdzenia może być bolesna: w tym numerze Avengers łączą się w Megazorda. Tak. Własnie tak. Nawet nie wiem, jak to skomentować… Ciężko mi nawet rozszyfrować ciąg wydarzeń, który doprowadził do tego dziwnego momentu. To wszystko wygląda jak zły trip. Humphries nie powinien brać dragów od Aarona. A ja chyba nie powinienem dalej tego czytać, bo boli mnie głowa. Zobaczę jeszcze, co teraz zrobią z Victorem, ale jeśli nie będzie to coś zaskakująco rewelacyjnego, to daruję sobie ciąg dalszy. Tymczasem dam 2/10.

Black Widow vol. 3 #3
Gil: Do trzech razy sztuka? Nope. Jednak nie. Jeśli trzy razy z rzędu serwują mi tego samego kotleta, to ja dziękuję. Zwłaszcza, że ten kotlet jest odgrzewany i zimny, bo był sześć razy mrożony. Już nawet nie ogrzewa go grafika, bo poza wstępem i końcówką rozkładają ją kolory. Po raz kolejny Black Widow wykonuje zadanie A w regionie B, załatwiając osobnika C. Równie dobrze mógłby to być kolejny odcinek CSI Sandomierz, albo innego Malanowskiego. Generyczność historii jest okropna i nic dobrego o niej powiedzieć nie mogę poza tym, że wygląda znajomo. Przynajmniej w poprzednim podejściu do tej serii próbowali jakiegoś nowego punktu widzenia, ale tutaj nawet tego nie ma. Jest tylko wtórność. No dobra – jeszcze jedną szansę dam, ale to już będzie ostatnia. A dzisiaj 3/10.
Krzycer: Edmonson po raz pierwszy. Z tego numeru dowiadujemy się, że Black Widow potrafi ogłupić owczarka niemieckiego, mówiąc do niego w 3 językach. Pewnie, czemu nie? Znaczy, chodzi o to, że - jak powszechnie wiadomo - wszystkie owczarki niemieckie szkoli się po niemiecku, nawet w Argentynie czy gdzie to było?
Numer w zasadzie taki, jak dwa poprzednie. Jakieś nowe nuty w narracji się pojawiły, ale na razie donikąd nie prowadzą. Cała sprawa z klientem który coś przemilczał jest trochę grubymi nićmi szyta (jak i wyjaśnienie, że Wdowa przegapiła coś istotnego, bo "była rozkojarzona"), ale w sumie był to... poprawny numer. Trudno mu coś zarzucić.
Kuba G: Po raz kolejny utwierdzam się w przekonaniu, że to co lubię ja nie licuje z resztą czytelników tutaj. Trzeci zeszyt nowej Black Widow to znów narzekanie od czytelników na odgrzewanego kotleta, na brak emocji i wtórność. Nie rozumiem tego. Znam każdą serię z Black Widow z ostatnich 15 lat (?) i jakoś mogę wymienić tylko dwa momenty tytułu gdy seria radziła sobie lepiej niż te trzy zeszyty Edmondsona i jeden, który trzymał podobny poziom, czyli kolejno serie Grayson i Rucki, oraz mini od Majorne Liu. Reszta odsłon to grafomaństwo, tania sensacja i brak jakiegokolwiek wyczucia postaci. Czyli coś czego na pewno nie zarzucę obecnej serii. Ta seria jest nieśpieszna, nie celuje w shock factor, ani następny numer to "nie double the action, triplle the exciment". I całe szczęście. Nie wiem jak innych, ale mnie zaczynają interesować te momenty, w których Natasza wykonując swoje codzienne zadania, walczy głównie z tym aby nie rozpraszał jej świat w około i życie innych ludzi, którzy się z nią stykają. Podoba mi się ukazanie, że dla agentów/najemników zadania nie są wyjątkowe, są codziennością, którą muszą wykonać dobrze, ale nie różni się jednak to swoją cyklicznością od pracy księgowego. Podoba mi się wczuta w głowę Black Widow analizującą swoje kroki i działania podczas misji, mimo, że to tylko Marvel wypada to całkiem sensownie i logicznie... i w tym momencie zastanawiam się, gdzie pokazano dotychczas to lepiej żeby ta seria zasłużyła na taką krytykę, na odgrzewanego kotleta. Jest różnica między krytyką złych produktów, a produktów, które ocenia się jako złe tylko dlatego, że nie są skrojone pod oczekiwania krytyka. Tak właśnie widzę BW. To nie jest w żaden sposób zły komiks, ale parę osób powinno go sobie darować bo to nie lektura dla nich. Aha, jestem ciekaw co dalej, skoro dopiero po trzech numerach pokazuje się S.H.I.E.L.D..

Captain America vol. 7 #16
Gil: O, jak fajnie! Cały numer poświęcony postaci, którą uznałem za najgorszy debiut roku. Patrzcie jak walę głowa w sufit, podskakując z radości… I w dodatku Remender wcisnął tu swoją wersję Red Skulla i jego przydupasów. Ah, the humanity! Strasznie ciężko było mi przebrnąć przez ten zeszyt, pełen klisz i oczywistych oczywistości. Ale na szczęście trochę pomogły rysunki, które były znacznie lepsze niż we wszystkich poprzednich numerach. Do tego stopnia, że nawet podniosę ocenę o jeden punkt. To znaczy, że sięgnie aż do 3/10.

Iron Man vol. 5 #21
Gil: Poznajemy trzeciego członka Fellowship of the Bling i… to właściwie wszystko. W dodatku, mimo teoretycznie największej mocy, wydaje się on najbardziej bezbarwną postacią. Taki trochę Kingpin, tylko że azjatycki i w zbroi stylizowanej na Luthora. A dodatkowym problemem jest to, że nie bardzo wiem, jak udało mu się skrzyżować ścieżki z Exilem. No, chyba że zrobił taką samą sztuczkę jak pani Ognista. Drugi wątek numeru to obaj Starkowie próbujący się ogarnąć i przejąć kontrolę nad sytuacją, ale raczej sporo się przy tym miotają, więc niezbyt fajnie się to czyta. Może sytuacja się ożywi teraz, skoro już doszło do konfrontacji, ale niestety, ten zeszyt jest tylko przejściówką i ma wszystkie jej negatywne cechy. Oby do lepszego, ale tym razem dam tylko 5/10.
Krzycer: Zupełnie mnie nie rusza ta historia. Niby wszystko jest na swoim miejscu, ale żadnych emocji w tym dla mnie nie ma. Ot, kolejny poprawny zeszyt z Iron Manem. Po Gillenie przywykłem spodziewać się dużo więcej... ale nie w tym tytule.

avalonpulse0338a%20%5B1600x1200%5D.JPG Loki: Agent Of Asgard #1
Gil: W tym tygodniu to był pierwszy komiks, po który sięgnąłem i muszę przyznać, że mimo obaw, jestem pozytywnie zaskoczony. A przynajmniej byłem, aż do ostatniej strony. Otwarcie było całkiem niezłe, w podobnym stylu do zajawki z PointOne. Czytało się lekko, było zabawnie i luźno, ale jednocześnie interesująco. Mam wrażenie, że Ewing zdecydowanie lepiej poczuł postacie tutaj, niż w Majtach. Zachowanie Thora od początku wydawało mi się dziwne, ale okazało się, że to część fabuły, więc nie będę się czepiał, o ile się to nie powtórzy. I jak mówiłem, przez prawie cały zeszyt jest fajnie. A potem przychodzi ta ostatnia strona i jakby ktoś pociągnął za hamulec bezpieczeństwa. Nie chcę się wyrywać z hejtami, ale na pierwszy rzut oka wygląda to trochę jak środkowy palec, wyprostowany nagle w kierunki Gillena i wszystkiego, co stworzył. Jednak jeszcze powstrzymam się z wieszaniem psów na autorze, bo po cichu żywię nadzieję, że jest to prowokacja i element fabuły, który ma nas zaintrygować, a z czasem okaże się, że to idzie w zupełnie innym kierunku. No wiecie - że wątek z Thorem to taki hint. I oby tak było, bo się mocno pogniewamy. Tymczasem jednak skupię się na pozytywach i do listy tychże dorzucę jeszcze rysunki. Na razie dam więc 6/10, z możliwością zwyżki lub szybkiego spadku.
Krzycer: Rewelacja. Jest śmiesznie, jest zaskakująco, od razu dostajemy intrygujące podwaliny pod dalsze historie (i przy okazji pytanie, na ile to będzie pasowało do gillenowskiej wersji wydarzeń - a może w jakiś sposób ją zakwestionuje?).
Szykuje się fajna jazda, a Ewing zarobił na duży kredyt zaufania.
Poza tym: historia otwierająca serię zamyka się w jednym numerze? W komiksie Marvela? To się nie zdarza!
Demogorgon: Pierwszy z debiutów tego tygodnia. I jest...dobrze. Tylko dobrze, ale mogło być gorzej. Dostajemy zamkniętą historię, w której pokazane jest, jaka ta seria będzie. Lekka, przygodowa, z dobrym poczuciem humoru, paroma nawiązaniami do filmów i continuity Marvela...ogólnie, standard, ale ze smakiem. Da się zrobić przewidywalną historię, a jednocześnie tchnąć w nią coś nowego? A da się. Mamy tu Lokiego w nowej roli i to jego osoba sprawia, że czytamy dalej. No i tak jak Loki jest tricksterem, tak jest też nim Al Ewing, który przez cały numer wodzi nas za nos i udaje, że pisze postać out of character, a potem uderza w nas zaskakującym wyjaśnieniem.
Warto też wspomnieć o tym, jak fajnie pogrywa sobie ta opowieść z metafikcyjnym elementem Lokiego oraz ze znaczeniem historii, całkiem sprytnie wieszając (hanging) wielki abażur (lampshade) na obsesji Marvel Universe ze status quo.
No i ta końcówka - jak to powiedział ktoś na 4chanie "Why didn't I see that keikaku?".
Soundtrack: Trust Me

Marvel Knights: Spider-Man vol. 2 #5
Gil: Dla wszystkich podobnych do mnie naiwniaków, którzy myśleli, że w ostatnim numerze to wszystko nabierze sensu, mam taką oto wiadomość: ale my durni jesteśmy! Przerost formy nad treścią to mało powiedziane. Wiecie, co to było? To pokolorowane bazgroły z notatnika jakiegoś znudzonego acz utalentowanego studenta, do których ktoś równie znudzony dopisał dialogi. Niby zawierają jakieś usprawiedliwienie dla popełnienia tej serii, ale o satysfakcji nie ma mowy. Popatrzeć może i przyjemnie, ale to zdecydowanie za mało. Powiedzmy, że dam 4/10 za estetykę.

Mighty Avengers vol. 2 #6
Gil: Okay, mogę przyznać, że był to jak dotychczas najlepszy numer tej serii. Już na pierwszy rzut oka cieszy brak Landa, a Schittiego w zamian. Rysunki zdecydowanie na tym zyskały. Druga rzecz, to trochę wolniejsze tempo. Mniej akcji przekłada się na lepsze prowadzenie postaci, a i dialogi wydają się bardziej przemyślanie, kiedy dotyczą spraw bardziej przyziemnych. Rozmowy między bohaterami są zdecydowanie lepsze niż wykrzykiwanie ekspozycji. A i tematyka fajna, bo wnosi co nieco do samych postaci i buduje relacje między nimi. Gdyby jeszcze nie wspominali o tej nieszczęsnej Arenie… No, a w tle mamy początek kolejnego wątku heroicznego, który najwyraźniej skupi się wokół White Tiger. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Póki co, jestem skłonny podnieść ocenę do 6/10, bo po raz pierwszy więcej widzę plusów, niż minusów.
Krzycer: Drugi Ewing w tym tygodniu. Tu już zaskoczeń wielu nie ma, w szóstym numerze dostajemy to samo, co w kilku poprzednich - głównie pogawędki i interakcje między postaciami. Taki tam typowy avengerowy downtime, który kiedyś fajnie wychodził Bendisowi, zanim jego scenariuszy rozlały się w papkę.
Poza tym fajnie jest mieć konflikt w drużynie, którego podstawą jest jakaś istotna kwestia, a nie potrzeba napędzenia dramatu.
Przy okazji, tutaj też Ewing w paru miejscach jest bardzo zabawny. No i pożegnaliśmy Landa, z czego bardzo się cieszę. I w ogóle nie miałbym z tego powodu żadnych zmartwień, gdyby nie to, że nowy rysownik rysuje jakąś lalkę Barbie zamiast Jessici Jones. Jessica ni cholery nie przypomina tu samej siebie.
Demogorgon: Nie ma Landa i seria wreszcie stanęła na nogi. Strasznie podobały mi się interakcje miedzy tą drużyną. Rozmowa Jessici z Adamem, Adama z Lukiem, Spectrum i She-Hulk z Power Manem, wszystkie sceny z Avą - każda z nich miała mocny wydźwięk. I chociaż cieszy mnie, że ktoś wreszcie postanowił się zajać negatywnym wpływem Areny na środowisko nastoletnich bohaterów i może wyjdzie z tego ciekawy story arc dla White Tiger, to jednak mistrzostwem jest konfrontacja między Lukiem a Blue Marvelem, która zaczyna naturalnie budować konflikt - obaj mają prawo mieć do siebie nawzajem pewne ale i chcę zobaczyć jak się to rozwinie.
Plus, pierwszy raz ktoś zrobić coś ciekawego, nawet trochę strasznego, z Falconem.
Soundtrack: Tragedy nad Fate
Kuba G: W tym numerze Mighty Wu Tang Luke Cage próbuje zaprezentować nam następną rozmowę, która będzie równie pamiętana jak jego rozmowa z Loganem w Avengers Tower w czasie "Civil War", jego teksty gdy przejął New Avengers po "Civil War", czy jego werbalna walka z Murdockiem po upublicznieniu tożsamości DD w mediach. To się chwali, ewidentnie scenarzysta chce pokazać, że może konsekwentnie rozwijać postaci, że zna je i nie będzie przeinterpretowywał ich nie patrząc na ostatnie lata publikacji. To co Cage rzuca w rozmowie z Blue Marvelem to w wielu wypadkach nawiązania do tego co pojawiło się w przytoczonych wcześniej przeze mnie rozmowach. To naprawdę spory wyczyn gdy dziś scenarzysta zwraca uwagę na takie rzeczy. Nie ma co pisać więcej o tym numerze, jest spokojniej, jest niemalże jak u Bendisa w jego rodzinnych numerach, z tym, że Ewing jednak potrafi zrobić to po swojemu. Napiszę tylko, że to dobry numer i fajnie, że Land przestał rysować.

Ms. Marvel vol. 3 #1
Gil: Chyba najbardziej wyczekiwana premiera tego tygodnia okazała się być... warta oczekiwania. Przezornie, zanim zabrałem się do czytania, sprawdziłem w wiki informacje o autorce, bo chciałem wiedzieć, czy ma jakikolwiek background, by pisać o postaciach z innego kręgu kulturowego, czy mam się spodziewać typowo amerykańskiego podejścia do tematu. Uspokoiła mnie informacja, że pani Wilson jest dobrze obeznana z tematem, więc mogłem skupić się na historii, zamiast na szukaniu dziur w niej. Umówmy się, że origin postaci nie jest szczególnie oryginalny, zwłaszcza w kontekście Inhumanity, ale cała otoczka nadrabia z nawiązką. Główna bohaterka jest przede wszystkim postacią wiarygodną i to największy jej plus. Poza tym, jest całkiem fajna i szybko można ją polubić. Supporting cast jest dość zróżnicowany i interesujący, więc jednocześnie zapewnia dobrą zabawę i bezpieczny bufor, który ochroni serię przed oskarżeniami o tendencyjność. Widać, że starają się przedstawić obiektywnie różne nisze środowiska muzułmańskiego w USA i nawet im to wiarygodnie wychodzi. Właściwie, jedyna rzecz, z jaką mam problem w tej serii to rysunki. Alphona jak chce, to potrafi. Niestety, zbyt często sobie odpuszcza i jeśli w sekwencjach snów jeszcze jakoś można to tolerować, to poza nimi szybko te uproszczenia zaczynają drażnić. Na dzień dobry wystawię jednak solidne 7/10 za pierwsze wrażenie, bo zdecydowanie poczułem się zachęcony.
Krzycer: ...takiego komiksu w Marvelu dawno nie było. Na początku sensu dostajemy mniej więcej tyle, co w komiksach Kathryn Immonen (a może to tylko hipnotyczna sekwencja z Kapitanami Ameryką i Marvel oraz Iron Manem śpiewającymi w Urdu mi się kojarzy z przeciętnym komiksem Immonenowej) i ogólnie nie wiadomo o co chodzi, ale przy okazji mamy zarysowany charakter Kamali i od razu tuzin postaci z obsady drugoplanowej (no dobra, pół tuzina) i choć w sumie niewiele się tu dzieje, to treści jest sporo. Jestem zaintrygowany - dużo bardziej, niż po zajawce z Point One.
Demogorgon: Drugi z debiutów tego tygodnia. Rysunki Adriana Alphony są absolutnie przepiękne. Z tymi kolorami do tego oraz klimatem, jaki nadają...delicje. Warstwa graficzna to pyszna czekoladka z pomarańczowym nadzieniem, którą chcesz schrupać.
A sama historia? Bardzo ciekawa - G. Willow Willson świetnie nakreśla osobowości zarówno głównej bohaterki, jak i postaci pobocznych, a chociaż niektóre wpadają w stereotypy (popularna blond zołza) to mnie najbardziej interesuje w jaki sposób zaczyna budować za ich pomocom, mam wrażenie, motyw przewodni serii. Od samego początku mamy tu bohaterów, nie tylko Kamalę, ale i innych członków tej społeczności, rozdartych między dwiema kulturami. Z jednej strony korzenie, tradycja i dziedzictwo kultury pakistańskiej oraz religii, z drugiej pokusa asymilacji w amerykańską kulturę, łatwego, prostego życia. Jest więc przyjaciółka naszej bohaterki, której wierność tradycji najwidoczniej stawiają w opozycji do zasymilowanego ojca. Jest jej własny ojciec, który musi iść na pewne kompromisy, nawet za cenę nadszarpnięcia relacji z pobożnym synem. No i jest Kamala, która sama nie wie, kim tak naprawdę jest, a wschód i zachód mieszają się w niej, dzięki czemu dostajemy takie rzeczy, jak wizje Avengers karcących ją za sprzeniewierzenie się rodzicom dla akceptacji rówieśników. Na swój sposób z Kamalą mogą utożsamiać się nie tylko muzułmanie, ale też wszyscy imigranci i ich potomkowie, członkowie jednej kultury, wrzuceni w inną. Ta rozmowa jej ojca i brata? Jestem pewien, że gdzieś w Stanach jakiś Polak ma, lub miał, podobną konwersację z pobożnym krewnym. Jestem pewien, że znajdzie się kilkoro imigrantów z innych krajów, którzy żyją teraz w Polsce, którzy ją mieli. Zobaczymy jak będzie dalej, ale na razie wrażenie mam bardzo pozytywne.
Soundtrack:Standing At The Crossoroads

New Avengers vol. 3 #14
Gil: Tak jak się spodziewałem, najciekawszy był tutaj wątek Stephena, udającego się w podróż, by zaprzedać duszę w zamian za potęgę. Szkoda tylko, że właściwie ustąpił miejsca drugiemu wątkowi, który był tutaj dominujący, ale właściwie powtarzał elementy z poprzedniego numeru, tylko że z trochę innym zestawem postaci. Gdyby zamienić proporcje, z pewnością byłaby to przyjemniejsza lektura, bo Hickman dał radę uchwycić magiczny zakątek w interesujący sposób i chciałbym zobaczyć go więcej. No, ale wtedy trzeba by trochę przesunąć cliffhanger... Ale żeby nie było - oba wątki są dobre. Nawet mimo wtórności wydarzeń na drugiej ziemi, dobór postaci i przeciwników sprawił, że był to kawałek dobrej akcji. Szkoda, że Bianchi ma ostatnio jakąś kiepską fazę, bo byłoby ciekawiej. Ale i tak znajdziemy się w granicach oceny 7/10.
Krzycer: Ojej. Ile jeszcze alternatywnych wersji Illuminati będziemy musieli obejrzeć? Jedna w poprzednim numerze naprawdę by wystarczyła. Tym bardziej, że każda kolejna grupa, która skończy jako szkieleciki, może przyłożyć się do rozczarowania, gdy "nasi" Illuminati staną przed Mapmakerami i z jakiegoś wyciągniętego z tyłka powodu nie zostaną zamienieni w szkieleciki.
Na szczęście mamy w tym numerze również drugi wątek - pan Doktor wybiera się na zakupy, i choć mistycznych targowisk w fikcji było już wiele, to Hickman i Bianchi bardzo ładnie przedstawiają swoją wersję. Zresztą rysowanie różnych koziogłowych demonów Bianchiemu wychodzi dużo lepiej, niż reszta numeru. Ten wątek zdecydowanie pociągnął dla mnie cały komiks.

Superior Carnage Annual #1
Gil: Jak można zrobić annuala z serii, która nie jest ongoingiem? Czyżby to był jakiś recycling tego Homecoming, co to kiedyś zapowiedzieli, a potem słuch o nim zaginął? No, tematycznie może i dałoby się podciągnąć… Nawet bym się nie zdziwił, gdyby okazało się, że były to cztery numery miniserii, skondensowane w jeden zeszyt, bo jak na dzieło Bunna, zawierało zaskakująco dużo treści, a mało wody. Ale to chyba wszystko, co można o nim dobrego powiedzieć, bo było także bardzo skrótowe. Kilku przeskoków Symbionta w ogóle nie zauważyłem, więc niektóre sytuacje były trochę znikąd. Właściwie to w tej chwili cała ta sytuacja z Carnagem jest strasznie pokomplikowana i już zupełnie nie wiem, czy on jest człowiekiem, hybrydą, cyborgiem, czy dżemem truskawkowym, zmieszanym z LSD. Dopóki ktoś tego wszystkiego nie wyprostuje, żadnej historii z nim nie dam więcej niż 4/10.

Superior Foes Of Spider-Man #8
Gil: Jeśli czytaliście poprzednie opinie w Pulsie, to wiecie, że naprawdę lubię tę serię... a skoro zaczynam w ten sposób, to pewnie już się domyślacie, że pojawiło się jakieś ALE. Owszem - nawet dwa. Nadal dobrze mi się czytało perypetie naszych popaprańców - zwłaszcza wynurzenia Freda przed oblubienicą i jego dziwne sny. Jednak odkąd pojawił się Shocker z głową Silvermane'a, moją uwagę zaczęła odwracać uporczywie jedna myśl: o ile jeszcze fakt, że obcięta głowa może mówić jakoś przełknąłem, bo ma cybernetyczne elementy, to nie mogłem przetrawić (my irony-sense is tingling) tego, jak i po co domaga się jedzenia. Wiem, niby to głupie, ale właśnie w takich szczegółach tkwi diabeł. A potem pojawiło się to drugie ALE w postaci Bullseye'a. Niedawno Waid pokazał go w zupełnie innej roli i zdecydowanie gorszej formie, więc nagłe pojawienie się tutaj mogę porównać tylko z końcówką Lokiego. No nic - trzeba będzie poczekać i się przekonać, dokąd to zmierza, ale póki co, zostałem z wielkim znakiem zapytania nad głową i trochę mieszanymi uczuciami. Chyba do wyjaśnienia dam 6/10.
Krzycer: Zabawny. Z fajnymi rysunkami, z różnymi detalami w tle. Najlepszy komiks, jaki Spencer napisał dla Marvela. Ósmy raz z rzędu to samo. To naprawdę jest już nudne.
Demogorgon: I jak zwykle przezabawnie. Żaden komiks w tym tygodniu tak mnie nie ubawił, czy to przez sny Boomeranga, czy jego dalsze pokazy cwaniactwa, czy wreszcie to, że on ciągle fantazjuje o Dromammu z jakiegoś powodu. Że o paru fajnych scenach z resztą grupy oraz Shockerem nie wspomnę. Szkoda, że tak dobrej serii grozi zakończenie na numerze 15. Idźcie do sklepów i kupcie numer, już!
Soundtrack: The Weasel Chase

The Punisher vol. 6 #1
Gil: Czytaliście opinię o Black Widow powyżej? No to już wiecie, co myślę o tym komiksie. Bo to w zasadzie ten sam komiks i ta sama historia, tylko postać w centrum się zmieniła. Chociaż nie – to nie jest dobre określenie. Mogłaby się zmienić, gdyby miała jakiś unikalny charakter. To jest po prostu wariant scenariusza z bohaterem męskim. A może nawet i nie…? W sumie, wszystko to jest takie bezbarwne, że równie dobrze można by podmienić dialogi w obu seriach i nie zauważyłbym różnicy. To otwarcie ma jednak pecha z dwóch powodów: nie ma dobrej grafiki, która cokolwiek by poratowała, a ja nie lubię Karzącego Franka. Chociaż w sumie nie wiem, czy można tego osobnika tutaj tak nazwać, bo parę razy widziałem tę postać z jakimś charakterem, a ta tutaj w ogóle Franka nie przypomina. Well, whatever… i tak nie zamierzam tego czytać dalej, a spojrzałem tylko, żeby się upewnić. Miałem nie oceniać, ale jednak postawię to 2/10 dla tych, którym nie chciało się czytać całości.avalonpulse0338b%20%5B1600x1200%5D.JPG
Krzycer: Edmonson po raz drugi. Nie jest Gregiem Rucką. Poza tym to poprawny Punisher, ale... ale ja Punishera w zasadzie nie lubię, więc skoro autor nie jest Gregiem Rucką, to chyba w tym miejscu kończy się moja przygoda z tą serią.
Demogorgon: Trzecia z nowości tego tygodnia. Do trzech razy sztuka, jak widać, bo wielkie rozczarowanie. Powiedzmy sobie wprost - czy myśmy już tego nie widzieli? Wszystko to już było, to standardowa historia o Franku, jak każda inna. O, jest policjantka, która lubi Castle'a ale nie wie, że on jest Punisherem, chociaż powinny być na posterunku jego listy gończe porozwieszane. I mamy jakiś oddział twardzieli, który ma dopaść Punishera. Jedno i drugie było. Wiele razy. Ta sama cykliczność powrotów do tego samego, przewijania w kółko tych samych pomysłów, z których nagrywa się Loki, w przygodach Franka znajduje swe apogeum. Zdecydowanie nie, nie czytam dalej.
Ale narrację Franka jak to topienie się to taka bolesna rzecz chyba sobie zachowam i będę pokazywał fanom Denisa "utopienie to szybka i bzbolesna śmierć" Hopelessa, ilekroć będą twierdzić, że ten robi research.
Soundtrack: Ale to już byłooo
Kuba G: Z tym numerem mam problem. Czy czytało mi się to dobrze? Tak. Ale jednak zgrzyty zrobiły swoje. Punisher rzucający żarty mi nie przeszkadza, bo nie raz pozwalano mu na odrobinę rozluźnienia. Podobnie kwestia kontaktów z otoczeniem, też nie raz widzieliśmy jak Frank buduje relacje z ludźmi, mimo, że tak bardzo się przed tym bronił... ale policjantka jest dla mnie logicznym problemem. Postać jest fajnie napisana, interakcje są ok, ale zgrzyt pozostaje, czy serio możemy uwierzyć, że na drugim wybrzeżu nie wiedzą jak wygląda Frank Castle? Tego nie kupuję. Ale to chyba największy zgrzyt jaki mam, tak, że inne mogę zignorować... bo niestety największą wadą tego komiksu jest to czego obawiałem się od dawna. To nie Greg Rucka. Poprzedni Punisher ustawił mi poprzeczkę tak wysoko, że powrót do głowy Franka, powrót do akcji przedstawianej prawie w 100% z jego perspektywy są ciężkie. Niestety brak mi postaci pobocznych z poprzedniej serii i tajemnicy w okół Franka. Nie znaczy to, że olewam aktualną serię, bo czytało mi się to dobrze, po prostu minie chwila gdy znów przyzwyczaję się do takiej narracji w tym tytule. Tak czy inaczej, dla mnie to całkiem dobry debiut dla tej postaci pod nowym scenarzystą. Nie liczę na nic wybitnego, ale konkretną serię jak za czasów scenariuszy Chucka Dixona. Poza tym, jak mam nie czekać na następny numer skoro Edmondson dla odmiany w tej serii dał nam szczątkowy cliffganger z nową wersją postaci, których powrotu to raczej nie spodziewałem się.
 
Wolverine vol. 6 #1
Gil: Oj nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie... To było okropne! Jak Punisher zostający aniołem. Jak techno-Daredevil. Jak Ghost Rider z cyckami... Serie z Wolverinem są trochę jak te z Batmanem - mają swój określony współczynnik powtarzalności, w ramach którego różne rzeczy mogą się wydarzyć, ale zawsze jest to historia pewnego określonego typu, po której wiadomo czego się spodziewać. Niestety, czasami ktoś wpadnie na "genialny" pomysł, żeby wyłamać się z tego cyklu i zrobić coś szalonego. W 99% przypadków wynika z tego trochę gadania, parę hejtów i szybki powrót do oryginalnego status quo z westchnieniem ulgi. A po paru latach wspomina się o tym w sekcji "Do you remember when...? And other weird comic stories." To jest właśnie jedna z tych sytuacji. W dodatku z daleka zalatująca latami 90-tymi. A z wielu rzeczy, których mógłbym się przyczepić w tym komiksie, jedna wysuwa się na czoło: skoro Wolviek jest kierownikiem szkoły i ma tylu młodocianych podopiecznych, po co wymyślać mu nowych przydupasów, kiedy tamci się marnują na ósmym planie? Nawet już ta głupia zbroja i sztuczne pazury mniej mnie wkurzają, chociaż nie wiem, czemu mają służyć... A najbardziej zawiedziony jestem tym, że na okładce jest nazwisko Cornella. Damn it, man! I trusted you! Teraz w ramach protestu przywalę mu oceną 2/10.
Krzycer: O. Przeskok w czasie. I - wydawałoby się - rzeczywistości, bo wszystko zmieniło się nie do poznania. Jest to jakiś pomysł... choć, umówmy się, grubymi nićmi szyty. Ale parę rzeczy mnie zaintrygowało.
(Tylko ta Loganowa zbroja jest paskudna.)

X-Men vol. 3 #10
Gil: Wreszcie ktoś wspomniał o tym, że Sublime wymordował od czorta mutantów... Właściwie to nawet sam o tym wspomniał... a X-Menki to olały. Widocznie za bardzo były zajęte kłótniami między sobą o pierdoły, albo rozmowami o rzeczach oczywistych. I tak właściwie mija ten numer... dobre babeczki lecą w tę stronę, a złe w tamtą i sobie gadają po drodze o planach. Dopiero na samym końcu atakują zombie-Sentinels i straszą nas tytułowymi duchami, a raczej większą ilością zombiech. Nic właściwie się nie dzieje. I co więcej, nie wygląda to dobrze. Chris Anka może nieźle radzi sobie z okładkami, ale wnętrza w jego wykonaniu nie podobają mi się ani trochę. Tym większą ulgą dla oczu jest przejęcie ołówka przez Manna w końcówce. Szkoda, że tak późno, ale i tak dobrze. Cóż, potraktuję to jak każdy inny komiks o niczym, czyli dam 3/10.
Krzycer: Z jednej strony: wreszcie ktoś przypomniał, że Sublime jest masowym mordercą, na co czekałem od początku serii.
Z drugiej strony: to sam Sublime przypomniał. I w tym samym dymku dorzucił, że to było dawno i nieprawda, i że jest teraz innym, lepszym człowiekiem, a ja zamiast się uspokoić, że Wood jednak zna jego przeszłość, wkurzam się jeszcze bardziej, bo kiedy niby on się zreformował i zadośćuczynił i no żeż kurka wodna, Wood mnie wkurza.
Poza tym: niewiele. Siostry sobie dyrdają o tym, jak to fajnie/niefajnie jest być służkami Arkei, X-Manki robią... cośtam... i ogólnie gdyby nie to, że Wood wykorzystuje młodych mutantów, to nic by mnie w tym numerze nie zadowoliło. A tak przynajmniej New X-Men i Quentin mają coś do roboty.
A żeby tutaj nie było za różowo, trzeba powiedzieć, że Wood spektakularnie nie łapie Rockslide'a, którego pisze jak jakąś kopię Colossusa.
Ale przynajmniej Clay Mann znowu rysuje Pixie, a to zawsze miło.
Demogorgon: Pixie! Rockslide! Mercury! Hellion! Jak ja za wami tęskniłem! Szkoda, że znowu jest z wami ten @#$% Quentin Quire, a sama historia nie jest taka fajna. Niewiele się dzieje w sumie - Arkea szuka nowych członków Sisterhood i może się przeliczyć tak, jak Deathstrike z nią, a John Submile jest wybielany jak to on jest nowym człowiekiem i znalazł odkupienie, a ja tego za grosz nie kupuję. Nie, po prostu nie.
Ale i tak, kogo to obchodzi, ważne, że dzieciaki znowu są w akcji. W ogóle to robią więcej niż bohaterki tej serii. Chyba sobie kupię ten numer, dla nich specjalnie.
Soundtrack: We Are Young

Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2014.02.05
AgentsOfShieldBanner.jpg

Agents of S.H.I.E.L.D. - 1x13 "T.R.A.C.K.S."


ecko09: Świetny odcinek, serial robi się coraz lepszy i jest coraz większa nadzieja, że ten serial już niedługo może stać się bardzo dobry. Scena, gdy Coulson i Ward próbują użyć tego holoprojektora czy co to tam jest, genialna. I to jak zrobili nogę Deathlokowi, świetne. Ciekawe czy twarz i łapy też mu naprawią.

Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie Agents of S.H.I.E.L.D. - 01x13 "T.R.A.C.K.S."
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.