Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #334 (14.01.2014)

avalonpulse0.png
Wtorek, 14 styczeń 2014Numer 2/2014 (334)


To był naprawdę obfity tydzień. Jedne serie się kończyły, inne zaczynały. Inicjatywa All-New Marvel Now! ruszyła. W związku z tym ilość numerów znacznie wzrosła w porównaniu do dwóch ostatnich tygodni 2013 roku. Co za tym idzie, i opinii więcej i czytanie dłuższe. Zapraszam.

A+X #16
Gil: No to chyba seria osiągnęła dno. Nic w tym numerze mnie nie zainteresowało. Sięganie do przeszłych konfrontacji wydaje się być komunikatem wprost, że autorom brakuje świeżych pomysłów. I jest to tym wyraźniejsze, że historia była właściwie o niczym. Spidey wpada na Psylocke, ona zostaje ranne, chwile trzyma ją za rękę i koniec, bo wpadają X-Men, żeby ją zabrać. Drugiej części znów nie czytałem, bo już dawno mnie do siebie zniechęciła. Tym razem to będzie 2/10.
Krzycer: Spider-Man i Psylocke: Co... co... co to było? Ja wiem, że wymogi dla historyjek z tej antologii są bardzo, bardzo, bardzo niewielkie, ale co to kurczę było? Kompletne zero treści, zero sensu... Gdyby chociaż pociągnąć wątek "freaking x-men", pokazać, że nikt nie lubi ich nie dlatego, że są mutantami, tylko dlatego, że zachowują się jak buce, ale to jest na dwóch kadrach... ...co to było?
Cap i Cyc: Łojezu. Gdyby to nie było tak strasznie rozciągnięte, to byłoby całkiem znośne. A i mikro-team-up Avengers i X-Men Cyclopsa z Cadre K zapowiada się w miarę ciekawie. Tylko czemu to jest takie okrutnie rozciągnięte?
jdtennesse: Spider-Man i Psylocke. Tragedia. Peter leci na zakupy i próbuje zapamiętać kilka produktów, słyszy odgłosy walki, znajduje Betsy otoczoną zbirami, pomaga jej ich pokonać. Po czym ona, po wybuchu granatu, „umiera” nadziana na jakąś rurę. Wpadają X-Men i ją zabierają, a Peter leci dalej na zakupy i zapomina o maśle ze swojej listy… Wszystko dzieje się w czasach drużyn Gold i Blue X-Men. Jeśli ta historia nie zasługuje na główną nagrodę w konkursie na zapychadło roku, to nie wiem co. Jest zbędna, pozbawiona sensu, przypadkowa, zbędna, a to już było… Zabrakło mi słów.
Cap i Cyke. Najpierw Cyke z Capem i swoimi X-Men walczą ze Skrullami, a potem wysłuchujemy niewiarygodnej historii o chorobie skrullowych krów, a kończy się wszystko wspólnym zdjęciem X-Men (sztuk 5), Avengers (sztuk 2) i Cadre K (sztuk najwięcej)… No i pojawia się zapowiedź pojawienia się Dooma. Żałuję czasu straconego na czytanie zarówno tej historii, jak i całego komiksu. 1/10.

avalonpulse0334a%20%28Kopiowanie%29.jpg All-New Marvel Now! Point One (one-shot)
Gil: Reklamówka nadchodzących serii w formie antologii krótkich historyjek, czyli właściwie standard dla tego typu publikacji. Zajawki połączone są przeplatanką z udziałem Lokiego, w poszukiwaniu pięciu kluczy. Z rezerwą podchodziłem do tej jego solówki, ale teraz poczułem się zachęcony, bo wyszło całkiem fajnie. Nawet rysunki fajnie emulowały styl Coipela z Thora (chociaż nie pamiętam, czy to ma być ten sam rysownik, więc może cieszę się na wyrost). Pierwsze wrażenie z historyjki z Surferem: zrzynamy z Doctora Who, panie Slott? I od kiedy to Norrin potrafi tak na zawołanie się odsrebrzać? Nie przypominam sobie takiego motywu. Było trochę zabawnie, więc mogę dać szansę. Ale rysownik się nie wysilił z pomysłami na kosmitów. Fragment z Ms. Marvel dla odmiany trochę wyhamował mój zapał. Po pierwsze przez rysunki Alphony, a po drugie przez skojarzenie z PlasticManem. Miałem nadzieje, że nowa Marvelka będzie miała pałer odpowiedni do tego imienia, więc jestem rozczarowany. Ale poza tym napisane jest całkiem fajnie, więc na pewno poczytam. Fragment z Black Widow okazał się nawet lepszy od tego, co miał do zaoferowania pierwszy numer serii. Z jednej strony fajnie, ale z drugiej mam nadzieje, że nie będzie tak również w pozostałych przypadkach. Avengers World dla odmiany tutaj nie zachęca, a numer pierwszy wypadł dużo lepiej, więc trochę kamień z serca. No i na koniec Invaders – na razie wielka niewiadoma, bo ten teaser zawiera zarówno parę elementów fajnych, jak i wyjątkowo kliszowatych. Chyba wyjdzie w praniu. Mam nadzieje, że nie zapomniałem o niczym? Za to muszę zauważyć, że czegoś tu zabrakło. Choćby nowego Ghost Ridera, do którego potrzebuję solidnej zachęty. Albo X-Factor, którego nigdy za wiele. Ale tak patrząc ogólnie, to jest całkiem nieźle. Mam ochotę przynajmniej zerknąć na wszystkie propozycje, a do niektórych już się przekonałem. Nie znalazłem jakiegoś wyraźnego słabego punktu, za to kilka plusów wymieniłem. Dlatego dam solidne 6/10.
Demogorgon: Przeczytałem historie Surfera i Ms. Marvel. Druga była w sumie zabawna, w taki uroczy, niewinny sposób, a rysunki były absolutnie przepiękne. Jak mówią głosy ludzi ze społeczności muzułmańskich w USA, jest ona całkiem realistycznie przedstawiona, a autorka odrobiła swoje zadanie domowe. Kamala jest bardzo miła i przekonującą nastolatką, a chociaż jej perypetie mogą się wydawać kliszowate, to właśnie ten styl, który go sprzedaje. A Alphona nie rysował chyba lepiej nawet w Runaways. Chcę więcej.
Surfer niestety nie zauroczył mnie rysunkami a jego relacja z nastolatką jest jakaś niepokojąco romantyczna. Znaczy, okej, Dawn jest niewinną, miła dziewczyną i jako taka jest urocza, a łatwo mogłaby być irytująca, ale kurcze, czemu ona i Norrin, który jest bóg wie jak stary, zachowują się jakby byli na randce? Czułem się trochę jakbym oglądał Doctor Who, tylko nikt nie robił głównemu bohaterowi dobrze cały czas.
Kuba G: Będzie na szybko. Historie z Ms. Marvel, Silver Surferem i Black Widow przeczytałem i naprawdę mi się podobały. Naprawdę. I wiem, że właśnie pochwaliłem Dana Slota, ale on na ogół dobrze pisze tak długo gdy postacią, którą prowadzi nie jest Spider-man. Może i faktycznie jego Surfer to wariacja nad Doctorem Who, ale nawet jeśli to widzę dla tego miejsce. Resztę historii kartkowałem bez żadnego zainteresowania, zero zdziwienia.
Krzycer: Um. Zazwyczaj w tych dorocznych point-one rozstrzelona po całym zeszycie historia robi za jakąś klamrę narracyjną, ale tutaj wycieczki Lokiego nie mają żadnego związku z zawartością.
Co nie zmienia tego, że czytało mi się je bardzo przyjemnie i pozytywnie nastawiły mnie do ewingowego Lokiego. Jak i samego konceptu Loki AoA.
Historyjka Surfera - meh. Za bardzo aaronowy ten kosmos wg Slotta. Rekiny-piraci i takie tam. W Sadze to lubię, w Marvelu - nie bardzo.
Historyjka Kree (czyt. All-New Invaders) - laboga, nie. Wołami mnie do lektury tej serii nie zaciągną.
Historyjka Nataszy - "dude, seriously" jakoś mi zupełnie nie brzmi jak Natasza. Poza tym nie przepadam za komiksami z tak przegadaną narracją pierwszoosobową... Zwłaszcza, gdy bohater tak naprawdę nie ma nic do powiedzenia.
Historyjka Kamali - iiiisz. Ładne toto i Kamala wydaje się fajna, ale chyba powoli wyrastam z historii o nastoletnich superbohaterach mierzących się z licealnymi problemami dorastania. Nie, żebym nie sięgnął po #1, ale chyba nie zostanę fanem.
Historyjka z Avengers - no, Avengers. Ramię w ramię z SHIELD. Łał, nowość. To naprawdę cały koncept stojący za "Avengers World"? W gruncie rzeczy kolejna seria team-upowa, tylko wszystkie team-upy są montowane z obrzydliwie rozdętej obsady Avengers?

All-New X-Factor #1
Gil: Chciałem się jarać tą serią. Bob Marley mi świadkiem, że chciałem. Ale coś mi nie dawało i nadal nie daje. Tylko nie wiem co... Na pewno w dużej części fakt, że nadal mam w pamięci genialny początek poprzedniego wcielenia X-Factor, który po prostu z miejsca chwytał za gardło i nie puszczał. To otwarcie nie ma z nim wiele wspólnego. Jeśli robi wrażenie, to może raczej podobieństwem do wersji jeszcze wcześniejszej. Tam grupa była sponsorowana przez rząd, tutaj przez korporację, jest sporo podobnych elementów (np. wejście Quicksilvera), więc mamy ogóle przesłanie: O, tempora! O, mores! Niby wszystko gra, ale na razie trochę cichutko. Od razu mam wrażenie, że na pozór idealna korporacja zaraz pokaże swoje szatańskie rogi. A jeśli nawet tego nie zrobi, to wcale nie będę sie czuł pocieszony, bo to będzie oznaczało, że naprawdę są tacy obrzydliwie słodcy. Normalnie, Kobayashi-Maru. Relacji nie będę sie czepiał, bo jeszcze muszą się rozkręcić. Przyznam za to, że zestaw postaci nie kręci mnie zbytnio. Chociaż Gambit jest nieźle pisany i przynajmniej ktoś zwrócił uwagę na jego continuity. Jest nadzieja, że lepiej się to skomponuje, jak dojdą kolejne postacie i seria wypracuje własną dynamikę. Ale chyba najbardziej nie pasują mi rysunki. Nie lubię stylu tego pana, ale dałbym mu szansę, gdyby przez cały zeszyt starał się tak jak na początku. Ale nie – nic z tego. Twarze się wydłużają, oczy chowają... A już zupełnie wkurzają mnie te głupie okulary z niewidzialnymi oprawkami. To chyba jedyne wytłumaczenie, bo inaczej trzymałyby się tylko za sprawą siły woli, jak kostiumy Emmy Frost. Na szczęście fabuła nie jest zła, chociaż nie porywa z miejsca. Myślałem, że tajemniczą ofiarą naukowców będzie ktoś lepiej znany, ale może być i tak – o ile nie dołączą jej zaraz do składu. Jest parę fajnych momentów i dialogów, tylko brakuje ogólnej miodności. Na razie. Na początek dam więc 6/10, jako wyraz powściągliwej nadziej.
Demogorgon: Okej, więc jest trochę nawiązań do solowej serii Gambita. Jest tu trochę humoru. I... w ogóle mnie to nie wciąga. To taki słaby, nudny początek. Brak temu ikry. Nie wiem, może zwyczajnie interakcje między tą trójką bohaterów mnie zupełnie nie wciągają, ale jakoś tym razem czary PADa na mnie nie działają.
Krzycer: Moja najbardziej wyczekiwana premiera stycznia. I jest... tylko ok. Wot, poznajemy koncept serii i rdzeń obsady, zostajemy z paroma pytaniami nt. szczerości intencji Serval Industries i Harrisona Snowa (...brata Elijaha Snowa?) i tyle, czas na rozróbę.
I to jest ok. Tylko ok. Taki, żeby daleko nie szukać (tylko parę lat wstecz), #1 poprzedniego X-Factor PADa to jednak była zupełnie inna klasa.
Ale jak zwykle podoba mi się ujęcie postaci w wykonaniu PADa, jestem bardzo ciekaw tego, co zrobi z Gambitem - i czy utrzyma go w roli głównego narratora serii, czy za moment przekaże pałeczkę komu innemu. Do tego rysunki są całkiem ciekawe - nie wszystko mi w nich pasuje, ale Di Giandomenico ma swój styl, ładnie uzupełniony kolorami Loughridge'a.
Spójrzmy prawdzie w oczy: to PAD, PADa będę czytał, póki nie zjedzie poniżej poziomu współczesnego Loeba. Liczę, że do końca pierwszej historii się kompletnie wkręcę. Na razie jest to porządne czytadło.
jdtennesse: Gdy poprzednia seria się kończyła, byłem zadowolony, bo pod koniec nie była już sobą. Oczywiste było, że wkrótce pojawi się następca. Byłem pełen nadziei i obaw. Po lekturze? Nadal jestem pełen nadziei i obaw. Początki zawsze są trudne. Wstęp z Gambitem był trochę niepotrzebny, ale z drugiej strony dowiedzieliśmy się, że Remy chyba trochę zardzewiał albo nie zrobił dobrego rekonesansu odpowiednio wcześniej. Scena w barze fajna, czuć pisanie PAD-a. Lorna werbująca Remy’ego jest trochę tajemnicza, co nie dziwi, ale też jakby trochę spokojniejsza – pstryk i pocisk znikł. Takiego podejścia (u niej) bym się nie spodziewał. Ale może to dobrze, może wróci znowu do równowagi psychicznej na jakiś czas. No i pojawia się Qiucksilver, co może wprowadzić ciekawą dynamikę do drużyny. A Serval Industries rzeczywiście wygląda na korporację, bardzo pro-społeczną, do tego stopnia, że zaczynamy szukać podstępu i ukrytych trupów w szafie… Te pewnie wkrótce się pojawią. No i wydaje mi się, że już mieliśmy podobną drużynę, to znaczy X-Factor od początku był na usługach rządu, teraz prywatna korporacja, ale jeszcze było X-Corps i X-Corporation… Myślę o podobieństwie drużyny „na usługach”, tym razem na usługach firmy „pomagającej ludziom”. Pierwsze zadanie – uratować porwanego mutanta przed eksperymentami prowadzonymi przez jakiegoś doktorka. Na razie jest nieźle, mamy postaci na wyłączność (przynajmniej na razie i poza Loganem), tworzenie się drużyny, początkowe interakcje i problem do rozwiązania. Piękna okładka niestety nie świadczy o jakości wnętrza, rysunki są nierówne, chwilami całkiem znośne, chwilami oczy bolą. Póki co, nadzieje są trochę wiesze od obaw. 6/10.

Avengers A.I. #8
Gil: Po raz kolejny założenie historii rozbija się o to samo błędne założenie: jeśli w Diamondzie czas płynie o wiele szybciej, to wszelkie próby uratowania Victora od razu się rozbijają o ten fakt. Każda sekunda tutaj jest niby całą erą tam, a jednak jakimś cudem tyle samo czasu potrzeba Avengersom tutaj na zorganizowanie się, co Victorowi i jego kumplowi na podróż z jednego miejsca w inne. Bum! Strzał w stopę. Ta historia nie mogła być dobra przy takiej niedbałości. I nie jest. Jedynym plusem, jaki mogę wskazać jest współpraca z inną grupą Avengers. Chociaż i tutaj nie rozumiem, dlaczego wybrali akurat Rogue. Czyżby tylko dla żartu o kapturach? Cała reszta nie ma wiele sensu i nie jest interesująca. Po prostu za dużo kombinowania, żeby zainicjować coś, co i tak już było przygotowane i oczywiste. No i nie podoba mi się pomysł, że tak łatwo można przepisać ludzką świadomość do komputera. Ani to, jak szybko zbyli całą kwestię tego czy AI powinno się uznać za istoty żyjące, równe ludziom. Mam wrażenie, że autor ordynarnie zlewa te tematy i skupia się na pierdołach. I za to dostanie 2/10.
Undercik: A mnie PAD kupił tym numerem. Bardzo fajny i luźny komiks, a sam wątek korporacji intrygujący. Do tego ładnie wypada budowanie z Serval czegoś na kształt Google. Całego składu jeszcze nie dostaliśmy, ale póki co postacie dają radę. Za to rysunki są tak przeciętne jak tylko mogły być. Czas zamówić kolejne numery.

Avengers World #1
Gil: Czy potrzeba nam jeszcze jednej serii z Avengers? Mógłbym powiedzieć, że wezmę każdą, którą narysuje Stefano Caselli, ale nie o to chodzi. Czy naprawdę potrzeba nam kolejnej serii z tymi samymi postaciami, które widujemy już w sześciu innych oraz podstawą fabularną, która również jest powtórką od dawna znanego schematu? Jest milion powodów, dla których odpowiedź powinna brzmieć: nie. Bo przesycenie rynku, bo ceny, bo wtórność, bo continuity, bo z-listerzy, bo inne dzikie węże... Jest jednak pewien konkretny argument in plus. Taki mianowicie, że podobało mi się to i dobrze się bawiłem. Może nie jest to porażająca historia, ale przejmuje pewne wątki z głównej serii, kiedy ta przechodzi do kolejnego rozdziału, a przy okazji daje nadzieje, że jednak za słowem „world” stoi coś więcej. Na razie akcja rozsiana jest po świecie, a inne, lokalne grupy są tylko wspomniane, ale jest szansa, że z czasem to one przejmą pałeczkę. Chyba, że to podpucha – wtedy się pogniewamy. No, chyba, że historie będą na tyle dobre, że nie. Jak na razie jest ciekawie i chcę zobaczyć ciąg dalszy, żeby zobaczyć, jak to wszystko się ze sobą łączy. Poza tym, warto tu zajrzeć, żeby poobcować z postaciami z drugiego szeregu. No i oczywiście dla rysunków. Poza naprawdę drobnymi błędami tu i tam, Caselli spisuje się świetnie. I właśnie ten bonus za rysunki pomoże pierwszemu numerowi załapać się na 7/10.
Demogorgon: Z przykrością donoszę, że więcej w tym komiksie Hickmana niż Spencera. Co oznacza, że mamy standard - wielkie, epickie zagrożenie na wielkim epickim zagrożeniu na mieście umarłych, za to kosztem charakteru niemalże wszystkich bohaterów - tylko Maria Hill i Bruce Banner pokazują tutaj trochę osobowości, a to zapewne zasługa Spencera - oboje byli w jego Secret Avengers, prawda? Resztę niestety mógłbym zastąpić dowolną inną postacią i nic by to nie zmieniło. No, może, może jeszcze Shang Chi. Jeśli miałem jakieś nadzieje co do tej serii, to umarły. Z poczucia obowiązku dam jej jeszcze szansę, do tego numeru, gdzie Shang-Chi walczy z Gorgonem. Ale sądzę, że rezygnacji z tego tytułu żałował nie będę.
Krzycer: Na razie wygląda mi to na "Avengers Team-up", jak już pisałem przy okazji tegotygodniowego Point One. Wciąż się cieszę, że Marvel próbuje przerobić AIM na autentyczne zagrożenie - w Secret Avengers wyszło to średnio (czyt. przestałem czytać), może Hickmanowi się powiedzie.
Poza tym - średniawka, jest ryzyko, że rzucę to po paru numerach, jeśli się nie poprawi.

avalonpulse0334b%20%28Kopiowanie%29.jpg Black Widow vol. 3 #1
Gil: Zdążyłem już wspomnieć przy okazji pointłana, że umieszczona tam krótka zajawka tej serii zrobiła na mnie większe wrażenie niż ten zeszyt. Myślę, że tutaj jest właściwe miejsce, by wyjaśnić ten fenomen. Otóż tam na kilku stronach dostaliśmy więcej akcji i konkretów niż tutaj na dwudziestu-kilku. Pierwsza rzecz, jaka mnie od razu wybiła z rytmu, to retrospekcja do wydarzeń, których nie było. Takich rzeczy się nie robi, bo tylko wprowadzają zamęt. Zwłaszcza w pierwszym numerze serii, który może być czyimś pierwszym kontaktem z postacią. A zważywszy już zagmatwaną historię Natashy, to niezły strzał w stopę. Kolejna rzecz, to ciągłe gadanie o zadość uczynieniu. Za co? Jak? Od lat siedzi w Avengers i w tym czasie nie raz pomogła uratować nawet i cały cholerny wszechświat, będąc przy tym uosobieniem chłodnego profesjonalizmu, więc czemu teraz nagle coś jej się przestawiło i postanowiła za pieniądze sprzątać bałagan drobnych oprychów? I ostatnia rzecz: overkill! Bo nie ma to jak napierd...zielać z rakietnicy do snajpera w oknie budynku – hotelu lub biurowca – w centrum miasta. Hej! Wait! Właśnie zrozumiałem, za co ona chce zadośćuczynić. Za własną głupotę! I już wiem, że nie będzie to moja ulubiona nowa seria. Trochę szkoda, bo całkiem podobały mi się rysunki. Fabularnie niestety nie odbiega to od innych solówek Black Widow, bo ile razy można odgrzewać tego samego kotleta? Nawet dodam, że początek poprzedniej serii – chyba autorstwa Marjorie Liu – był znacznie bardziej chwytliwy. Tutaj haczyka zupełnie zabrakło, a za to skaczemy od nudy do przesady. Nawet ze sporym bonusem za wygląd, będzie tylko 3/10.
Demogorgon: Nuda. Po tekście kuby o Black Widow w Marvel Knights spodziewałem się czegoś więcej po tej serii. A dostałem dobrze narysowaną bijatykę na poziomie filmu akcji, do tego jeszcze z kliszą o starej pannie z kotem oraz jęczenie Natashy, jak to nigdy sobie nie wybaczy swojej przeszłości. Weź przykład z Songbird i przestań się nad sobą użalać, co? To się robi nudne. Jak się spodziewałem, ta seria mnie nudzi tak samo, jak główna bohaterka.
Kuba G: Muszę przyznać, że nie spodziewałem się, że Edmondson zacznie ten komiks bez fajerwerków. Nie zrozumcie mnie źle, uważam, że to dobry pomysł wystartować serię od pokazania jaki jej będzie ton, co będzie jej głównym przesłaniem i bez ukazywania z miejsca przeciwników aby pokazać, że w tej serii nie będzie jednego głównego antagonisty. Ale może to też być wadą dla nowych czytelników, nie zżytych specjalnie z postacią, dla których te fajerwerki na samym początku mogły by być jakimś większym wabikiem. Nie spodziewałem się, że Edmondson nie ulegnie tej pokusie, nie uległ, nie poszedł po najmniejszej linii oporu i dobrze, niech pisze te serię jakby naprawdę miał szansę pisać ją lata. Szkoda tylko trochę, że już widzimy jak rezygnuje z pisania bardziej realistycznych historii o byciu najemnikiem na rzecz tej nonszalancji, którą oferuje świat Marvela. Takie małe elementy jak porzucanie swojego stroju gdzie popadnie, tylko po to aby stworzyć bardziej filmowy kadr. Te przecinanie szyb w wieżowcach, które istnieje tylko w fikcji. Mimo, że Edmondson umie pisać to realistycznie tu stwierdził, że będzie łączył to z całym inwentarzem Marvela, ok, poradzę sobie z tym choć spodziewałem się, że będzie odważniejszy. Bo może w cale nie chodzi mu tu o działania najemnika, może naprawdę najważniejsze są ostatnie strony i próba pokazania nam Nataszy jako pełnowartościowej postaci (nawet jeżeli ma się to odbyć za pomocą tej narracji gdzie nie jesteśmy pewni czy Natasza mówi do siebie czy do czytelnika, bo niestety nie potrafię zdecydować, cy te zagranie mi się podoba czy nie). Podsumowując, to dla mnie dobry numer, fajne otwarcie serii, ale na razie na tyle subtelne (mimo już pokazania akcji i sporej ilości informacji), że można tylko dywagować co spotka nas dalej.
Undercik: Eeeeeeeeeeeeeeeeeeee. Nie wiem co przeczytałem. Toż to nawet nie był żaden "pilot" jak w serialu. Miałem dziwne wrażenie, że wskoczyłem w środku akcji. Do tego ten komiks równie dobrze mógł być kolejnym przeciętnym one-shotem. Jakiś potencjał widać, a sam komiks czytało się luźno, przyjemnie, ale za wiele o fabule tego numeru nie jestem w stanie powiedzieć. Dam szansę kolejnemu numerowi za rysunki. Strona graficzna wypadła fantastycznie. Szkoda, że scenariusz jakoś nie mógł doskoczyć do tego poziomu. Cóż. Poczekamy, zobaczymy.

Cable And X-Force #18 (Vendetta Part 1)
Gil: Aha, więc teraz te wizje Cable są nadawane... w kablówce? Genialne! Można nagrać i przeglądać do woli. Albo na youtube wrzucić, gify porobić… Swoją drogą, ciekawe, czy odbierają to tylko w tej ich tajnej bazie , czy też w całej okolicy? A teraz drugie kółko różańcowe: w tym dla odmiany wszyscy traktują fakt, że cytuje: „z rąk Bishopa zginęły miliardy ludzi” jak przesolenie zupy. „Oj tam, oj tam… Głodny nie jesteś sobą.” Tak więc, teraz Hope i Bishop wychodzą się przewietrzyć i po chwili próbują się pozabijać. Czy tam, ona próbuje zabić jego? Jeden pies. Wtedy zza krzaka wyskakuje Stryfe i ich porywa, bo najwyraźniej mu się nudziło. Przy okazji spuszcza łomot Kabelkowi, który przybywa z pomocą (w zabójstwie, żeby nie było). Potem nagle pojawiają się ci drudzy i gdy już się wydaje, że dla odmiany szybko się dogadają… oczywiście zaczynają się tłuc. Czyli krótko mówiąc: this crossover is hopeless from the beginning. Ale przynajmniej na razie wygląda całkiem przyzwoicie, więc za to mogę trochę ocenę podnieść i zatrzymać się na 3/10.
jdtennesse: Crossover, który jest początkiem końca obydwu serii w końcu się rozpoczął. Czy dużo się wydarzyło? Trochę. Czy coś logicznego? Trochę mniej. Hope ma koszmary z Bishopem w roli głównej, budzi się w nocy, spotyka Boomer – ma sens. Boomer tańczy w nocy i ogląda w TV transmisję wizji z głowy Cable’a – nie ma sensu. Hope widzi wizję z Bishopem spacerującym w Californii w naszych (ich) czasach i decyduje się zaatakować go – ma sens (dla niej). A z drugiej strony mamy kłótnię Bishopa ze Storm, która próbując mu pomóc wyrządziła mu krzywdę moralną (jego słowa, nie moje, poniekąd przynajmniej) – nie ma sensu(?). Psylocke musi mu wytłumaczyć, dlaczego zrobili to, co zrobili. A Spiral miksuje muzę, no bo przecież tak ważne wydarzenia muszą mieć odpowiedni podkład – ma sens, bo każda postać musi coś robić, nie można tak sobie siedzieć... Bishop wychodzi (żeby wizja Cable’a mogła się sprawdzić), więc Hope przystępuje do ataku. A Storm gra w karty ze Spiral i ma focha. Przecież to wszystko jest głupie, nieprzemyślane, postaci zachowują się nie jak one… W kulminacyjnym momencie (a przynajmniej mamy tak myśleć), gdy Hope przykłada Bishopowi pistolet do skroni, pojawia się Stryfe i ich porywa. Wtedy pojawia się drużyna Storm i obwinia Cable’a o zniknięcie Bishopa. Na ostatniej stronie Storm ni stąd ni zowąd wali piorunami i pokazuje jakie to ma fajne moce. Nie zdzierżę bezmiaru tej głupoty. Kto to pisze? Niech zlikwidują te miliony serii o mutantach, dokonają konkretnego podziału postaci i skupią się na pisaniu czegoś co znają. Szala goryczy się przebrała. Na szczęście niedługo koniec…a potem nowy początek, kolejne serie, kolejne głupoty… Tylko dzięki znośnym rysunkom ocena 2/10.
Krzycer: No żeż! Od lat superbohaterowie nie robią nic, tylko biją się po mordach. I kiedy raz - raz! - zdarza się, że faktycznie jest to dobrze uzasadnione przeszłymi wydarzeniami... w sam środek bijatyki Hope i Bishopa zostaje wrzucony Stryfe.
To chyba tyle, jeśli chodzi o rozliczenie Bishopa z jego grzechów. A tak na to czekałem.

Cataclysm: Ultimate Spider-Man #3
Krzycer: Śliczne rysunki. Szkoda, że konkluzji zabrakło. Ale za to zobaczyliśmy w działaniu tę młodą gwardię, co to po Kataklizmie ma grać pierwsze skrzypce w świecie Ultimate.
Nie, żebyśmy nie widzieli tego samego w ostatnim numerze USM...

Deadpool vol. 3 #22
Gil: Kontynuacja starcie Deadpoola z SHIELD przynosi nam sporo bieganiny, a zdecydowanie za mało zabawy. Ten wątek dawno już mnie zmęczył, więc zwyczajnie nie jestem zainteresowany, jak się skończy. Byle się skończył. Tak więc, przeczytałem i zapomniałem natychmiast. Nic mnie nie rozśmieszyło, więc nawet na tym polu historia zawiodła. Bo co to za Deadpool, który nawet nie śmieszy? Taki na 3/10.
Krzycer: Um. "Agent Coulson, legenda SHIELD"? Tak to jest, jak próbuje się zgrać komiksy z filmami... A przynajmniej - tak to jest, kiedy zaczyna się od czegoś tak nieporadnego, jak "Battle Scars".
A czemu tak się czepiłem jednego zdania wyrwanego z kontekstu? Bo poza tym nie bardzo mam co o tym komiksie napisać. Nijaki był.

Fantomex: MAX #4
Gil: Im dalej w las, tym dalej od oryginału. Zakończenie nie przypominało już w ogóle Fantomexa, którego znamy z głównego uniwersum. Oczywiście dostaliśmy finałową konfrontację z panem złym, która w prawdzie pasowała do całości i była całkiem logicznie poprowadzona, ale jakoś brakowało w niej tego czegoś interesującego. Po prostu standardowa bitka z potworkiem. Potem próba zaskoczenia zdradą, którą jednak dało się przewidzieć, pamiętając początek historii. I na koniec furtka dla ciągu dalszego. Tylko, że nie wiem, czy chciałbym go zobaczyć, bo to jednak nie jest ta sama postać, którą znam i lubię, a właśnie tutaj przedstawiono na to ostateczny dowód. Ale nadal wyglądało to całkiem oryginalnie i tutaj można wskazać jakąś zachętę. Dam 4/10, bo było to trochę obok oczekiwań.

Infinity: Heist #4 (Infinity Tie-In)
Gil: Oj, to nie było dobre zakończenie. Zamiast porządnie podomykać wątki, zrobili wielką rozpierduchę i zakończyli to w najprostszy możliwy sposób. Właściwego zakończenia tak naprawdę nie ma, bo widzimy tylko to, co zapodali jako iluzję Blizzardowi. Nic z tego nie wynika i nic nie wiadomo na pewno. Możemy się co najwyżej domyślać, że wszystkich zapuszkowali, więc tym bardziej do niczego to nie prowadzi. I tym mniej sensu ma działanie Kree, skoro mieli być w tej wojnie sojusznikami (dopiero potem zaczęto ich przedstawiać inaczej). Poza tym, widoczna zmiana rysownika sugeruje, że jakieś elementy były przepisywane i chyba poprawiane na ostatnią chwilę. No i nie wyjaśnili tego, co interesowało mnie najbardziej – zmiany u Unicorna. Tak więc, moje przewidywania były słuszne i Tieri popełnił klona Gamma Corps. Ostatecznie wyszła kaszanka, więc dostanie 3/10.

Inhumanity: The Awakening #2 (Inhumanity Tie-In)
Gil: Ból. Tym jednym słowem mogę opisać swoje odczucia po zetknięciu z tym czymś. Wszystko, co było złe w numerze pierwszym jest jeszcze gorsze tutaj. Chociaż przynajmniej trochę mniej jest tego tweeterowego storytellingu. Chociaż wciąż te pierdoły wypełniają sporą część zeszytu, a ja odpuściłem sobie ich czytanie już na wstępie. Właściwa historia dla odmiany tylko bardziej zagłębia się w mule. Brat pierzastej dziewuchy, gdy tylko odkrywa swoje nowe moce, wykorzystuje je, by rozwalić chatę ośmiolatkom, którzy powyrywali jej pióra. Czym ściąga na siebie wszelkie kłopoty. Więc nasi „bohaterowie” ruszają z pomocą, która okazuje się subtelna jak wyrywanie zęba holownikiem. Ale oczywiście wszystko kończy się dobrze. O ile można tak nazwać wypuszczenie chłopaka do szkoły w Latverii. Ten pomysł jest tak durny, że w ogóle nie mogę go przełknąć. Facet powszechnie uznawany za międzynarodowego terrorystę zakłada sobie szkołę, w której trenuje przyszłych minionów, a oni jeszcze podrzucają mu rekrutów? I potem się dziwią, że mają z nim problemy… A wiecie, co jest najgorsze? To, że po wszystkich tych perypetiach, młodzi wracają do punktu wyjścia, a tam wciąż inni odgruzowują Attilan. Chociaż minęły co najmniej dwa dni (a pewnie więcej, skoro dzieciaki są już w swoich szkołach). I nikt nie zauważył ich nieobecności. Po raz kolejny dam za to tylko 1/10.
Demogorgon: Był problem i nie ma problemu. Strasznie kijowo wyszło to, zwłaszcza ten początek z wyjaśnieniem motywacji braciszka pierzastej dziewczyny, tylko po to, aby potem mógł wyjaśnić je jeszcze raz Finesse. W ogóle to jest numer w którym ona coś robi a reszta jest bezużyteczna. Znaczy się, Quentin niby dostaje coś do roboty, ale nie za bardzo załapałem co takiego. Prócz tego, że znowu zostaje narratorem na zakończenie, by na szybko uprzątnąć wszystkie wątki mówiąc nam co się stało. Słabizna.
I czemu właściwie wszystkie te szkoły współpracują z Latverią? Czemu ktoś przy zdrowych zmysłach wysyła młodych ludzi z supermocami do szkoły prowadzonej przez superzłoczyńcę pod patronatem Doktora Dooma?
No i oczywiście musieli mnie wnerwić ostatnią stroną, z reklamą kandydata na najgorszy komiks 2014.

Iron Man vol. 5 #20 (Inhumanity Tie-In)
Gil: Brotherhood of the Bling attacks! I niespodzianka: paniusia o nazwisku Burns płonie żywym ogniem. Któż by się spodziewał? Ale mimo wszystko przyznam, że czytało się to całkiem fajnie. Po ostatnich numerach przeznaczonych na stawianie podwalin, przydał się numer oparty na akcji. A ta była całkiem fajna, chociaż pierścień Mandarina zachowywał się trochę za bardzo jak pierścień Green Lanterna. I tak chętnie zobaczę, kogo tam jeszcze zrekrutują do tej bandy, bo Red Peril (czyżby mrugnięcie w stronę czasów, gdy głównymi wrogami Iron Mana byli komuniści?) okazała się ciekawą postacią. Dostrzegam też pewien przekaz podprogowy w coraz bardziej dominującym zachowaniu Arno, ale to się jeszcze okaże. Tymczasem wyglądało fajnie i czytało się fajnie, więc spokojnie mogę dać 6/10.
Krzycer: Um. Bling Mandarina ma świadomość, tak? I działa z własnej potrzeby i w ogóle, co widzimy w tym numerze, gdy jeden pierścień kryje pozostałe, tak? To po cholerę im nosiciele?
Ale poza tym to było całkiem przyjemne. Choć po Gillenie spodziewałbym się dużo więcej... i jakoś od 20 numerów nie mogę tego dostać. (To już 20 numerów?!)

Marvel Knights: Spider-Man vol. 2 #4
Gil: Nadal nie wiem, o co chodzi, ale nadal wygląda całkiem fajnie. Cóż, przynajmniej popatrzeć można i nacieszyć oko oryginalnym kadrowaniem. A fabuła? Jest sobie. Gdzieś… Może nabierze sensu w ostatnim numerze? Tymczasem za same wrażenia wizualne dam 4/10.

Revolutionary War: Alpha (one-shot) (RW Part 1)
Gil: W pewnym sensie jest to jedna z najbardziej egzotycznych publikacji od lat. Brytyjski zakątek uniwersum od dłuższego czasu leżał pod gruzami tamtejszego oddziału Marvela, a wszystko, co wiązało się z bohaterami innymi niż przytuleni przez amerykańskiego wujka objęto zmową milczenia. Szczerze przyznam, że ani specjalnie mnie to nie dziwi, ani tęskno mi do nich nie było, bo w znacznej większości kojarzą mi się z tym, co było kiepskie w latach 90-tych. Ale ponieważ wierzę, że nie ma złych postaci, teraz chętnie odnowię tę znajomość i zobaczę, co mają do zaoferowania w rękach połowy złotego duetu, który doskonale odświeżył kosmiczny fragment uniwersum. Wszystko zaczyna się co prawda od udowadniania, że choć wszystko jest brytyjskie, to jednocześnie historia jest american friendly. Nie potrzebne to, ale można przełknąć, jeśli nie jest się Brytyjczykiem. Dalej wszystko toczy się już żwawo i całkiem fajnie. Punktem wyjścia jest chyba największa rozpierducha z czasów Marvel UK, która zostaje na nowo wpisana w continuity i oswojona. Podana w skróconej formie jako retrospekcja wydaje się zdecydowanie ciekawsza niż kiedy zmierzyłem się z nią parę lat temu w oryginale. Przeniesienie do czasów współczesnych ma sens, a punkt zaczepienia jest jednocześnie dobrym haczykiem na czytelnika, bo od najlepiej znanych postaci przechodzi do tych mniej popularnych. Ogólnie mówiąc, zaczyna się całkiem fajnie i nawet jeśli nie zaskoczy czymś oryginalnym, to przynajmniej będzie dobrym czytadłem. I wygląda również całkiem dobrze. Jedyny minus, o jakim mogę pomyśleć jest taki, że Lanningowi nie dokooptowali Cornella, bo to byłby brytyjski ultimate team-up. Fajnie się bawiłem, więc dam 7/10.
Demogorgon: Kolejny nieciekawy początek. Znaczy się, jest lepiej niż Avengers czy w X-Factor, ale dalej brakuje mi tu tego czegoś. Pewnie porównuję to podświadomie do początków obu Annihilacji, które zaczynały się przecież trzęsieniem ziemi każda. Tu mamy tylko mały wstrząs, który nie zrzuci wam bibelotów z telewizora. Dalej czytał będę, ale chyba muszę obniżyć swoje oczekiwania.
Krzycer: No i super.
Tylko czemu nikt nie pomyślał, żeby przedstawić to wszystko w formie przystępnej dla współczesnego czytelnika? Bo wielkich spluw i naramienników oraz - niestety - sensu jest tu właśnie tyle, co w latach 90.
Po Lanningu spodziewałem się dużo więcej.

Savage Wolverine #14
Gil:
Niby punkt zwrotny serii, ale właściwie nie wiem, co to ma oznaczać? Chyba, że odejście od przymiotnika savage, bo tutaj historia znacznie się cofnęła w czasie i wylądowała tam, gdzie bardziej liczyły się maniery. Co oczywiście nie przeszkodziło autorowi wcisnąć tam jakąś francuską mafię i zrobić trochę rozpierduchy, ale to nastąpiło już po przydługim i przynudzającym wstępie. W dodatku ciężko mi powiedzieć, czy do czegoś prowadzi. Ale za to muszę przyznać, że dzięki rysunkom ma sporo charakteru i unikalności. Właściwie, to głównie dzięki nim chciało mi się dotrwać do końca i mam zamiar sięgnąć po ciąg dalszy. Ale dla tego zeszytu nie wycisnę z oceny więcej niż 4/10.

Wolverine vol. 5 #13 (Final Issue)
Gil:
Here goes nothing... Konfrontacja z Sabretoothem była okropna. Nie dość, że na rysunkach Davisa wyglądał kiepsko, to w dodatku nic nie zrobił. Zamiast wypełniać cztery ostatnie numery bieganiną, można by to upchnąć w jednej scenie, gdzie Creed wpycha Loganowi do ucha ośliniony palec i krzyczy „say uncle!” Ale przynajmniej domknęli jakoś motyw z wirusem. Ciężko to jednak uznać za plus zważywszy, że wątek był zepchnięty na margines, a teraz nagle wyskoczył jak diabeł z pudełka. I znów czeka nas restart serii tylko po to, żeby była jedynka na okładce. Brawo Marvel! Ale przynajmniej Cornellowi udało się mnie zaskoczyć w końcówce, bo już zacząłem się spodziewać, że Wolviek jednak skorzysta z propozycji. I za to dam 4/10, a nie coś gorszego.
Krzycer:
Z jednej strony te 13 numerów było koszmarnie nieporadne, a wątek Złego Wirusa z Mikrowersum służył tylko temu, by Logan został w tym numerze wystawiony na pokuszenie.
Z drugiej strony Cornell ustami Sabretootha wypomina Wolverine'owi całą hipokryzję, która nagromadziła się wokół tej postaci w ostatnich latach, i dobija go tą brutalną prawdą. I wiecie co? Jeśli przynajmniej u Cornella Logan jest gotów spojrzeć prawdzie w oczy, zaakceptować ją i naprawić błędy ostatnich lat, to mi to wystarczy. Nie liczę, że odbije się to echem w innych tytułach, wiadomo, jak Marvelowi idzie z utrzymaniem ładu w swojej zagrodzie. Ale wystarczy mi, że Cornell będzie to naprawiał. Na razie strącił Logana na dno. Został mu już tylko jeden kierunek.

Young Avengers vol. 2 #15 (Final Issue)
Gil:
No i koniec tej serii. Była dobra – nawet bardzo dobra – i chciałoby się więcej, ale jednak rozpaczać nie będę. Dlaczego? Bo jestem pewien ciągu dalszego. Może nie od razu, ale jak dadzą nam się trochę stęsknić, to na pewno ciąg dalszy nastąpi. Tym bardziej, że Gillen pozostawił bardzo wyraźne zapowiedzi, co tam się może wydarzyć. A tymczasem dostaliśmy fajne symboliczne domknięcie tego rozdziału, w którym wiele wątków połączyło się dokładne tak, jak powinno. I oczywiście, jak zwykle nic więcej nie można powiedzieć, bo zdradzi się za dużo. Niestety, znów musze trochę pomarudzić na rysunki, bo przez tę mozaikę twórców nieco ucierpiał charakter historii. Ale nadal będzie 7/10, jak za całokształt zresztą.
avalonpulse0334c%20%28Kopiowanie%29.jpgDemogorgon: W sumie, całkiem miła końcówka. Noh-Varr akceptuje swoje błędy, Prodigy ma przyjemne sceny z Lokim oraz Fake Patriotem. Za to co mi się nie podobało to nagłe wyciąganie na światło dzienne, że nikt w tej grupie nie jest hetero. Nie zrozumcie mnie źle - jestem jak najbardziej za tym, by w komiksach było wiecej psotaci homoseksualnych, biseksualnych i panseksualnych, ale ... No bądźmy szczerz. Gillen miał na to czternaście numerów, wyskakując z tym teraz sprawia, że wygląda to tak, jakby chciał jeszcze zatrząść status quo na do widzenia. Rewelacje o Kate, Noh-Varrze i Americe (bo o Lokim wiedzieliśmy wcześniej) wychodzą tylko dlatego, aby być - mam wrażenie, że gdyby Gillena naprawdę to interesowało, to by zajął się tym wcześniej i jakoś ten wątek eksplorował. A tak postacie polecą do limbo, a wyciągnie je pewnie jakaś pała jak Hopeless, aby pozabijać i te pełne potencjału wątki pozostaną nie ruszone.
Kuba G: Dopiero przy tym numerze zrozumiałem zarzuty jakie mieli niektórzy wobec tej serii, przede wszystkim, że ten komiks to jakby wydać oficjalnie fan-fiction. Oczywiście kwestią inną pozostaje czy oceniamy to jako wadę czy zaletę. Mi cała seria się podobała, podobało mi się jak Gillen stworzył serię, którą można czytać jeżeli uwielbiało się jego Journey Into Mistery, ale jednocześnie stworzył coś zupełnie innego. Zastanawia mnie tylko dlaczego aż tak popłynął z kwestią orientacji seksualnych w zespole... bo o ile rozumiem i popieram to, że wątki seksualne w historii o nastolatkach są jak najbardziej zasadne to jednak rewelacje z ostatnich stron (w tym uwiązanie w to Kate) jakoś trochę widzę jak naciągane. No chyba, że Kate i sugestia America Chavez spełnia tu rolę jak pocałunek w "Cruel Intentions"?
Krzycer: I się skończyło. I fajne były sceny z Lokim, i Noh-Varr coś sobie uświadomił, i ogólnie to było miłe.
I w sumie to wszystko, co o tym numerze można napisać. Fajnie było, ale się skończyło. Myślałem, że będę tęsknił za YA Gillena, ale szczerze mówiąc... zmęczyła mnie ta Mother. Relacje między postaciami były super, szkoda, że nie mieli do roboty niczego poza międzywymiarowym, przynudzającym Złem.
Gamer2002: Ostatni zeszyt, wypada podsumować. Jeżeli chodzi o rozwinięcie wiadomego zakończenia JiM i dalszych losów Lokiego, było zadowalające. Mimo wszystko, YA nie było dla Lokiego tym czym AvX: Consequences było (a raczej powinno być...) dla Cyclopsa, może dlatego bo AvX:C było bardziej skondensowane. Ponadto, tak jak w UXM, mieliśmy monozłoczyńcę, ale Mother ma się nijak do Essexa (a X-men Gillena mieli jeszcze Unita i Phoenix Force...).
Na moje gusta za bardzo było o spojrzeniu Gillena na nastolatki. Choć w końcu zapowiadał że to miało być jego ostatnie słowo w tym temacie, no to się na nim skupił. Nie powiem że nie było sympatycznie z dobrymi momentami, rysunki też były pomysłowe w scenach walki, ale ostatecznie daję serii 7/10. Spodziewałem się więcej, nie wiem czego, ale jednak więcej.

Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2014.01.08

Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.