Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #331 (23.12.2013)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 23 grudzień 2013Numer 51/2013 (331)


W natłoku świątecznych przygotowań warto na chwilę się zatrzymać, usiąść i coś poczytać, by odpocząć od tego szaleństwa. Proponuję najnowszy numer Pulse'a.

W imieniu swoim, jak i całej redakcji, pragnę złożyć wszystkim czytelnikom życzenia zdrowych i spokojnych Świąt. Nie przejedzcie się, pijcie z umiarem, by wam sił starczyło na lekturę jakiegoś trade'a, którego może akurat znajdziecie pod choinką. A jeżeli nie, to sięgnijcie po klasykę z własnej kolekcji. W końcu to wyjątkowy czas, to i spędzać trzeba go wyjątkowo. Najlepszego!

avalonpulse0331a%20%28Kopiowanie%29.jpgAll-New X-Men #20
Gil: Uff... na szczęście okładka była tylko podpuchą. Chociaż młodszy Summers wyraźnie zainteresował się Laurą. Czyżby miał ochotę odpocząć trochę od Jean? A może to jakieś podświadome zainteresowanie Wolverinem? W każdym razie, jej integracja z grupą wyszła całkiem fajnie. Chociaż pierwsza połowa numeru to jeden długi dialog, padły wszystkie potrzebne pytania i udzielono odpowiednich wyjaśnień, nawet jeśli niektóre z nich zamieciono pod „powie nam, kiedy będzie gotowa”. Przynajmniej ani słowem nie wspomniano o Arenie. Zaskakująca wydaje się tylko nagła nieobecność pozostałych mieszkańców kompleksu. Druga część numeru, czyli starcie z Purifires również wypada dobrze. Kolejny raz okazuje się, że ich przywódca nie jest zwykłym człowiekiem, więc przynajmniej mamy dobry haczyk w cliffhangerze, który podnosi ciekawość przed następnym numerem. Rysunki nadal na stałym, dobrym poziomie, więc umieszczę ten zeszyt w niższych rejonach 7/10.
Krzycer: Narzekałem ostatnie miesiące, że Gage w Academy cofnął Laurę w rozwoju do poziomu mięsnego automatu co to nie wie czym są emocje, i że Hopeless to kontynuował.
No, to teraz mam przechył w drugą bańkę i dostałem Laurę zasuwającą potoczystym bendisspeakiem, niemal nieodróżnialną od całej reszty jego nastoletnich bohaterów.
Z dwojga złego, wolę tę interpretację. O Laurze jako bezmyślnej maszynce do zabijania było już dużo, już ze dwa razy nauczyła się żyć z rówieśnikami, więc niech w końcu z nimi żyje. Przyjmuję to jako dalszy krok w rozwoju postaci i przymykam oko na to, jak drastyczna jest to zmiana w porównaniu z jej poprzednim występem.
A co poza tym? Poza tym niewiele. Laura się aklimatyzuje (i nie przytula publicznie <to było ładne>), Bendis nie odpuszcza ciężkawego dowcipu o tym, co Cyclops czuje do Wolverine'a (no, klona Wolverine'a), a potem zaczyna się bitka. A na końcu wielki twist. Wielki, wyświechtany twist. Tak czy inaczej - było dużo lepiej, niż w chaotycznym i dość idiotycznym poprzednim numerze.
A, tylko Bendis jak zwykle umieszcza swój komiks w alternatywnej rzeczywistości, bo Laury mówi o tym, jaki koszmarny był dla niej ostatni rok... Chyba, że w Akademii Avengers męczyła się jeszcze bardziej, niż ja, czytając tamten komiks.
Demogorgon: W którym Jean Grey recenzuje Avengers Arena i dochodzi do tych samych wniosków, co ja. Po za tym - X-23, pisana tak dziwnie, że aż mnie to wnerwia, a jednocześnie dalej lepiej, niż u Hopelessa, zostaje przytulona prze Scotta Summera, a Hank McCoy wystawia temu pięć na pięć. Mnie tam numer znudził i przerwałem czytanie. Ale cieszy mnie, że wygląda na to, iż "magnum opus" Hopelessa już jet spychane na margines, ku zapomnieniu. Gdzie jego miejsce.
jdtennesse: W większości numer poświęcony powrocie Laury. Nie śledziłem jej dotychczasowych przygód i niewiele o niej wiem, ale wydaje mi się, że wiem jak działa czynnik samo gojący – w którym momencie włosy wiedzą, że mają przestać rosnąć? Pewnie jest więcej bzdur, ale znudził mnie ten komiks i nawet akcja z Purifiers mnie nie zainteresowała. Ani ostateczna scena, gdzie okazuje się, że (naturalnie) „jeden z nich jest jednym z nas”. Bomba. A rysunki takie jak ostatnio – nierówne. 3/10.

Amazing Spider-Man #700.4
Gil: No dobra, kiedy brak już elementu zaskoczenia, fabuła okazuje się niezbyt ekscytująca. Co nie znaczy, że jest kiepska. Po prostu wiadomo już, że Piotrek się wyliże i zwieje stamtąd, a można było również domyślić się łatwo, że wszystko wyleci w powietrze lub w inny sposób tajny szpital zostanie zniszczony. Bo to standard. Za to bardzo łatwo mógłbym się przyczepić tego, jak zarządca szpitala próbuje sobie poradzić z zagrożeniem. Mając Pająka na widelcu (brr… niezbyt przyjemna perspektywa kulinarna), wystarczyło trochę poudawać, zapodać mu po cichu jakiegoś usypiacza i usunąć, a nie angażować wszystkich do masowej rozwałki, która po prostu nie mogła się dobrze skończyć. Nie było to najlepsze rozwiązanie, ale przynajmniej przyniosło parę zabawnych momentów, które podniosą ocenę. A oceną ta będzie tym razem 4/10, bo jednak trochę zjechało to z torów.

Amazing Spider-Man #700.5
Gil: Brian Reed, how I’ve missed you! Nie wiem, gdzie przepadł ten scenarzysta i jak Marvel mógł pozwolić mu przepaść, bo gdy tylko zobaczyłem nazwisko na okładce, już wiedziałem, że to będzie dobra lektura. I była. Reed ma niezwykły dar prowadzenia Pająka na luzie, który pasuje w sam raz do tego pojedynczego zeszytu, również obracającego się całkowicie wokół żartu. Akcje były świetne, chociaż Johnny czasami zachowywał się jak… cóż, właściwie to jak Johnny. Rozbroił mnie tekst: „w przyszłości wszyscy mamy brody” i finałowa scenka, ale naprawdę cały zeszyt pełen był równie dobrych momentów. Zdecydowanie był najlepszym z całej tej kropkowej inicjatywy. No i w dodatku, był całkiem dobrze narysowany. Zaledwie na kilku panelach coś nie do końca zagrało. Mogę śmiało dać mu uśmiechnięte 7/10.

Avengers Assemble #22.INH (Inhumanity Tie-In)
Gil: Nadal jest dobrze. Dynamika tego team-upu jest świetna i całość wychodzi bardzo zabawnie. Pani Konik uchwyciła aspekt feromonicznych zdolności Jess, który gdzieś mi umknął i dzięki temu dostarczyła nam przezabawną scenę. Ale najbardziej cieszy mnie chyba fakt, że postać June Convincton została pchnięta w nowym kierunku, który pasuje do niej i wreszcie daje szansę rozwinięcia w poważne zagrożenie. Jest też bardzo fajna scena z negocjacjami w wykonaniu Bannera. A jedyny minus jest taki, że mimo sporej ilości fajnych momentów, mam wrażenie, że jednak niewiele się wydarzyło. Rysownik generalnie daje radę, ale Hulk wyjątkowo mu nie wyszedł. Trochę się wahałem, ale co tam – niech ma 6/10.

Daredevil vol. 3 #34
Gil: Wow… to się nazywa długi przekaz społeczny… Całe szczęście, że jest w nim sens i można go odnieść do większego obrazka, bo inaczej waliłbym głową w ścianę, zanim dobiegł końca. Ale ponieważ zgodzę się z nim w większości, to nawet doczytałem, kiwając potakująco. Mimo wszystko, gotów jestem się założyć, że po tym wszystkim spróbują nas zaszokować odkryciem, że ona również jest wężowata i to wszystko było zagrywką na zdobycie zaufania. Bo wiecie – szykują dla nas jakiś szok na koniec serii. I nie sądzę, żeby wykończyli Foggy’ego. Generalnie, można powiedzieć, że po tym nie do końca szczęśliwym przerywniku, seria wróciła do domu i od razu jej się poprawiło. Może spokojnie dostać swoje 6/10.
kuba g: Napisałem kiedyś, że run Marka Waida w DD to trybut dla 380 numerów Vol. 1 i z numeru na numer coraz bardziej utwierdzam się w tej opinii. Tak, ostatnia historia skacząca między luźnymi motywami nadprzyrodzonymi, a dość konkretnym politycznym przekazem jakoś tak po ciuchu skręciła w czasy gdy Ann Nocenti wraz Romitą młodszym zawarli dość konkretny (i w sumie to lewicowy) przekaz na stronach Daredevila, przerywając to bardziej uduchowionymi motywami z drugiej strony. Muszę przyznać, że nie spodziewałem się takiego numeru po Waidzie (w sensie, że bardziej politycznego niż początek tej sagi i motyw z procesem). Jestem zadowolony z lektury i czekam na to co jeszcze Waid wsadzi w dwa najbliższe numery przed zamknięciem tego Vol.

Deadpool vol. 3 #21
Gil: Właśnie uświadomiłem sobie, że minęło już 21 numerów, a oni praktycznie cały czas wałkują ten sam temat. Nawet jeśli pominąć wszystkie numery przerywnikowe i jedną historię, która od tego tematu odeszła, to wciąż jest zdecydowanie za długo. Dwoje We Mnie można było znosić przez godzinę z hakiem, kiedy grał w nim Steve Martin, ale przez rok, z udziałem Deadpoola i jakjejtam, stało się to nieludzko męczące. Mam tylko nadzieje, że ta historia będzie końcem męczarni, bo więcej nie zdzierżę. Tym razem dam 3/10, bo zaśmiałem się tylko na widok minionków w głowie Poola.

Fantastic Four vol. 4 #15
Gil: Dzizas! Doom The Annihilating Conqueror ma najgłupszy dresik, jaki w życiu widziałem! Ostatnio, jak trafiłem na człowieka ubranego w zieleń i fiolet, to próbował mi sprzedać sandały marki Pumba na bazarze. A tak w ogóle, to cała ta historia jest przerażająco zamotana i nie próbowałem nawet wysilić się, żeby ją rozplątać. Zupełnie, jakby Fraction nie bardzo wiedział, co chce zrobić i naopowiadał bzdur swojemu zastępcy, a ten i tak nic z tego nie zrozumiał, więc kazał rysownikowi zrobić cokolwiek i dopisał dialogi. Swoją drogą, to akurat rysownik spisuje się tutaj najlepiej, dlatego zakładam, że on jeden cokolwiek zrozumiał. Dobrze, że już koniec się zbliża! Tymczasem 3/10.

Indestructible Hulk #17.INH (Inhumanity Tie-In)
Gil: Jeśli kojarzycie ten odcinek Pingwinów z Madagaskaru, w którym Szefu zarządził zabawę w łapaj bombę, to ten zeszyt jest mniej więcej o tym samym. Na początku Banner postanawia udowodnić Starkowi i Pymowi, że może sam znaleźć rozwiązanie problemu masowej terrigenezy. Robi więc to, co potrafi najlepiej, czyli buduje bombę. A ponieważ kumple z Avengers zachowują się wyjątkowo bucowato i podnoszą mu ciśnienie, zaczyna się łapaj bombę. I tak się ganiają, aż do wielkiego bum! Natomiast na skutki musimy poczekać do następnego numeru. Tymczasem dowiadujemy się również, że ktoś z asystentów Bannera mógł zostać zinhumanizowany. Treściowo nie jest najgorzej, chociaż przewija się tu sporo klisz. Wizualnie na tomiast… Clay Mann – czy muszę mówić więcej? No to powiem tyle, że wygląda świetnie! Od jakiegoś czasu uwielbiam Manna i wszystko, co spod jego ręki wychodzi, więc może tu zostać tak długo, jak zechce. Trochę tylko skonfudowała mnie ta numeracja z .INH, bo już sam nie wiem, czy liczyć to normalnie, czy to dodatkowe numery. Mam wrażenie, że poprzedni numer był o czymś innym i ten przerwał zaczętą tam fabułę. Ale i tak dam 7/10, podnosząc ocenę za rysunki.
kuba g: Bez bicia przyznaję się, że trochę zacząłem zlewać tę serię przez zakończenie sagi z "Agent of TIME". Tamta historia zupełnie nie wykorzystała swojego potencjału "sprzątania" i rozbudziła na nowo całą moją niechęć do komiksów o podróżach w czasie (choć temu współwinny jest też Bendis, który za bardzo eksplorował motyw, którego nie rozumie, cóż, obejrzenie dwa razy Terminatora i trzy razy Back To The Future nie czyni z nikogo Siergiej Krikalowa). Ale cieszę się, że nie skreśliłem tej serii jeszcze i tego co Waid z nią wyprawia. Waid przez większość czasu potrafił pisać serie tak jakby pode mnie. Inaczej mówiąc, nie interesuje mnie Hulk i próby wmówienia mi, że jest ciekawą swoistą postacią. Nie, ciekawą postacią jest Banner, Hulk jest tylko konsekwencją jego czynów, jego błędów, czasem też świadomym porządanym efektem i tylko jako coś takiego mnie interesuje. Czytam ten komiks dla Bannera... i z tym numerem czytam go (na razie) jako jedyny interesujący mnie aspekt Inhumanity. Jeżeli urodziło się coś dobrego z Infinity i aktualnego Inhumanity to tym czymś jest ten numer Hulka. Świetne interakcje między postaciami, które doceniam nie cierpiąc połowy z nich (na czele ze Starkiem). Wysunięcie stażystów Bannera znów na czoło. Dobre udawanie naukowego języka gdy faktycznie postacie gadają o niemożliwych bzdurach (ciekawe czy Ellis doceni czy zjedzie?). Dobry numer, Waid, nie spieprz tego bo chcę tak samo cieszyć się z lektury za miesiąc.

Longshot Saves The Marvel Universe #4
Gil: No i ostatecznie, Longshot robi to, co zapowiadał tytuł. Jak to robi? Eee… cholera go wie. Tak namotali z tymi Cosmic Cubes, demonami, alternatywnymi whatifami i In-Betweenerami, że po paru stronach wiedziałem już tylko, że jakoś to się ze sobą łączy. A potem Longshot zrobił coś i się ponaprawiało. I jeszcze In-Betweener mu za to podziękował, bo się okazało, że to nie on był zagrożeniem, którego szukał. Krótko mówiąc, to była jedna z dziwniejszych i bardziej zamotanych historii, jakie ostatnio czytałem. Może miałaby więcej sensu, gdybym bardziej się skupił, ale to z kolei sama mi uniemożliwiała mnogością postaci i zdarzeń. Myślę, że spokojnie można tytuł odfajkować i zapomnieć o nim, bo raczej nie ma co liczyć na konsekwencje. Najgorsze, co może się wydarzyć, to przeniknięcie tej paskudnej fryzury do innych jego występów, ale i tych bym się za wiele nie spodziewał. Dam 4/10, ponieważ było to zbyt chaotyczne i właściwie obok wszystkiego.

Scarlet Spider vol. 2 #25 (Last Issue)
Gil: To już jest koniec i nie ma już nic... I tak seria pociągnęła dwa razy dłużej, niż na jej początku przewidywałem, a w swoim publikacyjnym życiu miała parę niezłych momentów. Zakończenie jednak nie należało do nich. Kaine jak zwykle się umartwia i przeżywa to, co wydarzyło się w Houston, podczas gdy my dowiadujemy się, co właściwie się stało z serii retrospekcji. Wszystko to jest poskładane dosyć chaotycznie i ciężko powiedzieć, jaki okres czasu obejmuje. Ot, szlajają się z Aracely od miejsca do miejsca i smęcą. Dużo smęcą. A ciężko przyswoić sobie podsumowanie w stylu „zawiodłem jako bohater”, gdy już wiemy, że wkrótce znów będzie hasał w trykotach w nowej wersji New Warriors. Ale czego się spodziewać, kiedy zakończenie jest po prostu wymuszone zamknięciem serii? Za całość dałbym mocniejsze 4/10, ocierające się nawet o piątaka, ale za ten zeszyt to najwyżej 3/10.
Demogorgon: Aj, skończyło się słabiutko. Znaczy się, nie jest to poziom zakończenia, jakie dało nam na ten przykład Avengers Arena, ale dobrze też nie jest. No bo to takie chaotyczne demolowanie wszystkiego. Jasne, nikt nie ginie (ajk ktokolwiek przeżył ten wybuch to inna sprawa), ale życie Kaine'a, jakie obserwowaliśmy przez całą serię kończy się bezpowrotnie i to przez antagonistkę, o której wcześniej nie było ani słowa, a którą nagle, bez jakiegokolwiek wyjaśnienia, wskrzesili po wyraźnej śmierci w runie JMSa w Amazing Spider-Man. A i tak, parę razy można odnieść wrażenie, że edytor w ogóle nie dotknął tego komiksu - mylą się imiona postaci, a na paru panelach Arcerly wygląda jak Anabelle.
Nie znaczy to że jest kompletnie źle jest całkiem sporo niezłych momentów. Ogólnie jednak słabe zakończenie. Ale hej, może New Warrios będą lepsi. Ja wiem, że czekam na nich z wytęsknieniem.
A tymczasem, chciałbym skorzystać z okazji i życzyć wam wszystkim wesołych Świąt. I szczęśliwego nowego roku.
Soundtrack: A może dajmy piosenkę, która w pełni oddaję całą tę serię. Skillet -Monster

Secret Avengers vol. 2 #13
Gil: Odkąd scenarzysta postanowił dać se siana z pokręconym storytellingiem, jaki prezentował na początku, da się tę serię czytać normalnie. I nawet okazuje się, że można w niej znaleźć przyzwoite elementy. Akcja nabrała rumieńców, gdy okazało się, że istnieje kilka zwalczających się frakcji AIM, a sam motyw współpracy MODOKa z SHIELD jest dość intrygujący. Choćby z tego względu, że można się tu wszystkiego spodziewać i to właśnie pokazuje ten numer. Mockingbird wreszcie zajmuje pozycję godną umieszczenia jej w tytule i robi się dość ciekawie, chociaż nie da się nie zauważyć pewnych dziur w tym pomyśle. Choćby sam fakt, że jej zaprogramowanie przez AIM było zaplanowane mocno na wyrost zwłaszcza, że nie wiadomo, kiedy się odbyło. Są też inne słabe strony: AIM zgromadziło wielu potężnych nadludzi, którzy właściwie nic nie robią, podobnie jak i bohaterowie zresztą. Często zdarzają się niezwykłe zbiegi okoliczności, wprowadzają niepotrzebnie nowe postacie, zapominając o wcześniejszych. No i śmierci Taskmastera nie kupuję ani przez chwilę. Ale przynajmniej nadal wygląda to dobrze. Tym razem dam 5/10.

Superior Spider-Man #24
Gil: Aaa... now I get it... Końcówka poprzedniego numeru była mocno niejasna, ale tutaj wszystko nabiera sensu, włącznie z tytułem. To dosyć sprytne rozwiązanie, muszę przyznać. Teraz w razie problemów, Superior będzie mógł zwalić wszystko na Venoma i udawać, że wątpliwości co do jego zachowania właśnie stąd wynikały. Oczywiście, ma to też wielką słabą stronę: Venom, czyli Flash, cały czas był aktywny. Ale znając powszechną gapowatość postaci w świecie Marvela, akurat tego mogli nie zauważyć… powiedzmy. W każdym razie, całkiem nieźle wypada ten Superior podniesiony do extremum. Widzę jednak pewien niewykorzystany potencjał, bo jest tutaj miejsce na ukazanie, jak świadomość Ottona próbuje zapanować nad Venomem. Gdy pomyślę o numerze z psychicznym starciem między Octaviusem i Parkerem, mam wrażenie, że to mogłoby wyjść jeszcze lepiej. Na razie mamy tu sporo kozaczenia, ale jako wstęp do zapowiadanego starcia z Avengers, wychodzi to całkiem nieźle. Trochę niepotrzebnie rozwadnia całość wątek z Hobgoblinem, kiedy wolałbym zobaczyć na przykład więcej Zielonego. No, ale dobra – na to przyjdzie pora. Tymczasem mogę dać średnie 6/10.
jdtennesse: To się porobiło. Mamy teraz Superior-Spider-Venoma… I już mu odbija, bo tylko Flash i narkotyki…eee…leki trzymały go w ryzach. Szaleństwo nadchodzące wraz z symbiontem nie jest szczególnie oryginalnym pomysłem, co więcej, tylko się dokłada do ogólnego szaleństwa ogarniającego PeterOcka, MJ, May, chyba nie ma już wielu osób, które by nie zauważyły jego dziwnego zachowania (no, może poza jego nową kobietą). Rysunki Ramosa albo się lubi, albo nie, ja akurat lubię, ale mimo tego widzę, że jest tu kilka szczególnie szkaradnych kadrów. 5/10.

Superior Spider-Man Team-Up #8
Gil: Pora zmierzyć się z konsekwencjami porażki, jaką odniósł Superior w poprzedniej historii. Z jednej strony, dobrze wiedzieć, że stać go jednak na jakieś wątpliwości i dzięki temu może liczyć na trochę sympatii ze strony czytelnika. Z drugiej jednak, jakoś nie bardzo współgra to z jego przesadną arogancją, prezentowaną gdzie indziej. A skoro mowa o arogancji, to na scenę wkracza Namor. Albo raczej wpada, bo akurat dostaje solidne lanie od specjalnego oddziału wakandyjskich assasynów. To kolejne fajne nawiązanie do wątków z zewnątrz, które dobrze świadczy o orientacji w terenie autora. Team-up w tym przypadku spełnia też rolę terapii dla Superiora, który znów może odczuć swoją wyższość i smak zwycięstwa, a to pomaga mu zwalczyć wątpliwości. Cóż, szybko to poszło. Ale też wszyscy wiemy, że niewiele mu potrzeba. Ostatecznie wyszedł z tego całkiem dobry numer, a jedynym jego minusem była zmiana rysownika. Fajnie się czytało, więc i ocenię na fajne 7/10.

Thor: God Of Thunder #16
Gil: Aby wypełnić czymś jeszcze jeden numer, zanim ta i tak już za długa bieganina dotrze do końca, Aaron sięga po wypróbowany w podobnych sytuacjach motyw: mamy w drużynie zdrajcę. No i zaczyna się festiwal podejrzeń, w wyniku którego troll traci głowę w dość widowiskowy sposób. Potem akcja przenosi się na ziemię i robi się aaronowo-dziwnie, a w końcu dochodzimy do jakiegoś rozstrzygnięcia i poznajemy prawdziwego zdrajcę. I znów robi się dziwnie. A najbardziej zaskakujące jest to, że Malekith, będąc chronionym w krainie Lodowych Olbrzymów, wyłazi z niej sam, żeby dostać nieuniknione bęcki. Cóż, pozostaje przyjąć, że dążenie do autodestrukcji jest dla tych typów normalne. I nadal wygląda to trochę zbyt pastelowo, jak dla mnie. Tym razem będzie więc 5/10.

Thunderbolts vol. 2 Annual #1
Gil: Jeszcze trochę, a team (Bl)Acker zasłuży sobie na porównanie z teamem DNA. Właściwie, to zdecydowałem się zajrzeć tutaj tylko dlatego, że zobaczyłem nazwiska autorów na okładce, bo obiecałem sobie nie zawracać zadu tą wersją Thunderboltsów. Na początku myślałem, że popełniłem wielki błąd, bo zaczynało się jak typowy numer tej serii, ale w miarę rozwoju tematu okazało się, że nie jest źle, a potem zrobiło się całkiem zabawnie. Autorzy potraktowali numer z przymrużeniem oka i dzięki temu wybrnęli z zadania obronną ręką. Nie da się zaprzeczyć, że było to trochę głupawe, ale w ten zabawny sposób. Takie bardziej goofy niż stupid. Jak wspomniałem, najtrudniej było przebrnąć przez początek, w którym Strange biegał w samych gaciach i nic nie było jasne. Poszukiwanie artefaktów odwróciło trochę uwagę od tego dziwactwa, a finał i wyjaśnienie były już całkiem awesome. Oczywiście, wymagało to i od czytelnika przymknięcia oka na parę elementów, ale ostatecznie się opłaciło. Można więc powiedzieć, że to kolejny dowód na to, że nie ma złych postaci, albo raczej grup, tylko potrzeba właściwego pomysłu. Swoją drogą, ciekawe czy już wcześniej gdzieś pojawili się agenci WAND, bo coś nie kojarzę, a pomysł jest niezły. A jeśli dodać do tego rysunki milion razy lepsze niż w regularnej serii, to nawet na 6/10 się załapie.

Uncanny Avengers #15
Gil: Boo! Boooo!!! You had one job, Remender... Miałeś idealną okazję, żeby odwrócić równię pochyłą, po której zjeżdżają mutanci od lat i zamiast skorzystać z niej, odwalasz kolejną fuszerkę. Przy okazji poprzedniego numeru, rozpisałem się trochę o tym, jak tę sytuację można by wykorzystać i wiecie, co? Oczywiście chybiłem o milę. Scenarzyście nie w głowie dokonywanie wielkich rzeczy. On jest jak Kim czy inny Łukaszenko – nie ważne, że siedzi po uszy w kupie, ważne że rządzi tą kupą. Dlatego w momencie, gdy zaczynało się robić ciekawie, wcisnął przycisk stop i zdjął ze sceny wszystkich mutantów, żeby móc zacząć robić dobrze Avengers. Bo mimo szumnych zapowiedzi, że tytuł ten miał pokazać zjednoczenie X-Men i Avengers, to cały czas wyraźnie widać, kto jest tu stroną faworyzowaną, ukazywaną zawsze jako bardziej stabilna, rozsądna, wiarygodna, waleczna, bla, bla, bla… I tak samo jest w tym zeszycie: mutanci wyparowują, a Avengers kozaczą. Właściwie te cztery słowa i łącznik mogą wystarczyć za całą recenzję. Mimo, że Remender sili się na epickość i wielką apokalipsę, to z góry wiadomo, że cokolwiek wymyśli i tak będzie musiał to odkręcić, bo jeszcze się tak nie zdarzyło, żeby marginalny tytuł mógł zatrząść całym uniwersum. Poza tym trudno brać to na poważnie, gdy z jednej strony pół numeru wypełniają cytaty z Biblii, a z drugiej wala po oczach scenami klasy gore, które wypadają komicznie (patrz: Sentry obierający swój mózg z resztek głowy). Już starożytni wiedzieli o zachowaniu równowagi formy i treści, a Remender… on chyba wie tylko, gdzie znaleźć dilera. I to takiego, co dosypuje mu tłuczonego szkła do koksu. Jest to tytuł, który sprawił mi największy zawód w tym roku, a ten numer był największym rozczarowaniem miesiąca. Moje zawiedzione nadzieje mówią, żeby wystawić 2/10.
Krzycer: Scena z czerwiem piaskowym jest śmieszna, ale co to niby za problem dla Sentry'ego? Rozumiem zwycięstwo przez "battlefield removal", wałkowaliśmy to w Pojedynkach wielokrotnie, ale żeby ten BFR chociaż sens miał...
Poza tym to był fajny numer. Przeżyłbym bez podtykania czytelnikowi szkieletu Rogue - tak, Rick, zabiłeś ją definitywnie, rozumiemy - ale poza podobał mi się zdecydowanie bardziej od poprzedniego. Również dlatego, że Remender wyłożył karty na stół, i całkiem fajnie to wygląda (a przy okazji upewnia mnie, że to wszystko zostanie cofnięte i nie muszę się przejmować, że ubili jedną z moich ulubionych postaci).
Z detali - body horror w wykonaniu Sentry'ego wyszedł fajnie.
czarny_samael: Przede wszystkim cieszę się, że jest jasne, że Apoc Twins od początku wiedzieli, że Wanda ich zdradzi, bo było to cokolwiek naciągane. Świetnie wypadają jeźdźcy, którzy nie są ślepo posłuszni AT i każdy ma swój cel. Numer kradnie Sentry i jego akcja w której pokazuje, że Void stworzył nieodrodnego "syna" i Sentry jest tak samo stuknięty jak Robert Reynolds. Myśli autodestrukcyjne Sentry'ego i wyraźne popadnięcie w zamknięte koło umierania i reformowania się a także wykorzystanie potencjału manipulacji materią jest świetne. No i obaj: Cap i Logan dostają po pysku. Do tego ktoś pamięta, że Thor nie tylko nawala się co chwilę, ale ma pewną wiedzę o kosmosie. To czy Exitar walnie i trzeba będzie to cofnąć, czy Thor przyniesie mu swój topór na tacy i odda bliźniaki za Ziemię, ma mniejsze znaczenie. Numer czytało się szybko, postacie są przekonujące, każdy - a jest ich trochę - ma swoje 5 minut, a ci którzy byli zapomniani (Sentry i GR) po prostu błyszczą. 8/10 to i tak delikatna ocena z mojej strony. Jeśli miałem wątpliwości, to się ich pozbyłem - seria roku.

Uncanny X-Force vol. 2 #15
Gil: No, tu przynajmniej rozczarowania nie było, bo od początku wiadomo było, że nie skończy się to dobrze. I tak jak się spodziewałem, zrobili jakieś hejkum-kejkum i wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Niby-Cassandra z przyszłości została wrzucona do portalu, który zabrał ją tam, gdzie jej miejsce, a potworności rozpłynęły się w niebycie. Przy okazji zamietli też pod dywan DemoMiśka, a Spiral odzyskała koleżankę, więc znaleźliśmy się we właściwym punkcie do zakończenia serii. Jeszcze tylko czeka nas ten cross między dwiema X-Force, który rozwiąże kwestię Bishopa i będzie z głowy. Nie chciało mi się wyszukiwać dziur fabularnych, bo numer był tak strasznie nijaki, że tylko prześlizgiwałem się po dialogach, byle do końca. I w ten sposób dotarłem do typowej dla tej serii oceny: 3/10.
jdtennesse: Od samego najbardziej męczyło przeplatanie dwóch, bardzo różnych rysowników, i tu akurat nie miało to żadnego celu typu jeden rysownik jedna historia/wątek. Pewnie jeden nie wyrabiał się z robotą. A historia? W końcu dobiegła końca i jak zawsze w takich wypadkach nie jest zadowalająca. Żeby nie powiedzieć głupia. Ze wszystkim naturalnie poradziła sobie Betsy, no bo przecież jest telepatą. I wszystko się tak ładnie ułożyło, że Ginny została uratowana, a Cassandra zyskała ciało upiora/Betsy, przez co mogła zostać zabita, a będąc jednocześnie telepatą powstrzymała wielkie zepsucie (hah). Wiem, jak to brzmi i właśnie takie jest. Ocena podwyższona za kilka ładnych rysunków. 3/10.

X-Men vol. 3 #8
Gil: Okej, przynajmniej znalazłem tutaj jeden plus: nowe Sisterhood nie ma nic wspólnego ze starym. Poza tym niestety same – jak by to rzekł pewien były prezydent – plusy ujemne. Po raz kolejny okazuje się, że szkoła nie ma żadnej skutecznej obrony przed infiltracją. Typhoid Mary włazi sobie tak po prostu, kradnie „mocno chroniony, straszliwie niebezpieczny artefakt” bez najmniejszego problemu i dopiero potem zwraca na siebie uwagę. Wysyłają więc za nią Psylocke, która dla odmiany bez problemu i całkowicie niezauważona przemierza za nią pół świata i dociera wprost do Niby-Deathstrike. I to wszystko w czasie rozmowy między Rachel a Sublimem, który też jest w tym samym miejscu – w Kolumbii. Doprawdy niezwykła jest technologia w tym świecie, skoro udało im się dotrzeć z Nowego Jorku do Kolumbii w ciągu kilku minut. Sublime oczywiście gra na dwa fronty. To akurat mnie specjalnie nie dziwi, bo tylko XX-Menki są na tyle głupie, by nie zauważać lub nie pamiętać, kim on jest. Nawet gdy znajdują go w siedzibie wroga, zupełnie to ignorują. A potem łubudu i okazuje się, że to wszystko było niepotrzebne – zwykła pogoń z MacGuffinem. Na koniec wkręcamy w to wszystko Enchantress, właściwie zupełnie od czapy, bo po prostu jest w pobliżu. I jako bonus dostajemy mały progres w wątku Bling, który niestety znów stawia w centrum Jubilee. To wszystko jest tak strasznie naciągnięte, że tylko plot convenience trzyma to w kupie. Aha, na okładce jest Monet, która w środku pojawia się chyba na jednym panelu. Nie lepiej było zamienić tę okładkę z poprzednią? Chyba, że to symbol braku spójności… Tym razem również 3/10.
avalonpulse0331b%20%28Kopiowanie%29.jpgKrzycer: No żeż! Przecież Wood jest uznanym, chyba nawet nagradzanym scenarzystą... Czemu superhero mu tak strasznie nie wychodzi?! Przecież nie dalej jak cztery numery temu zrobił wielką szopkę z telekinezy Psylocke przy okazji ratowania samolotu - gdzie kurde była ta telekineza w tym numerze?! Ja wiem, że scenariusz wymaga, żeby kradzież z Instytutu się powiodła, ale czy nie można choć odrobinę ruszyć mózgownicą?
I CZEMU SUBLIME JEST NA WOLNOŚCI? Czy Wood wie cokolwiek o Sublimie, czy tylko przeczytał pierwsze zdanie z jakiegoś handbooka?! Ja p#*$%ę.
Najgorsze jest to, że poza tymi przypadkami żenującej niekompetencji, to jest całkiem przyjemny komiks - gdyby reszta była zła, te rzeczy by tak bardzo nie bolały. A tak... Ojejku, ależ mnie to wkurza.
Demogorgon: Jedyne co mnie interesowało to wątek Bling! i Mercury, z którego, jak wspomniał Krzycer, zrobił się wątek Jubilee i Bling!, w którym Mercury robi za tapetę i nawet nie dane jest jej powiedzieć słowa, gdy Bling! ją obgaduje. Nie, nie podoba mi się to ani joty.
A i tak, są tu jeszce jakieś głupoty z Johnem Submile i Sisterhood, nic ciekawego.
jdtennesse: Rozwija się historia Lady Deathstrike i jej bractwa (jest wersja sióstr…?). Kradzież jest tak głupia, że szkoda gadać, co więcej okazuje się bezcelowa, ponieważ próbka Arkei jest „martwa”. Więc nie wiadomo po co cała ta szopka z kradzieżą – żeby wprowadzić znowu Sublime’a, czy żeby pokazać jak nieudolni są doświadczeni X-Men w utrzymaniu szkoły w bezpieczeństwie przed chociażby kradzieżą. Następnie Lady i Mary werbują kolejną siostrę w poszukiwaniu meteorytów z (być może) kawałkiem „żywej” Arkei. Zastanawiam się, dlaczego w ogóle czytam te wszystkie serie, skoro kiedy o nich piszę (a również kiedy je czytam) to wydają mi się takie głupie? Słabość do mutantów? Zapewne. Rysunki są typowe dla Dodsona, a co do fabuły, to może jeszcze coś się z tego uratuje. 5/10.

Young Avengers vol. 2 #14
Gil: Oczywiście, znów sięgnąłem po ten tytuł jako pierwszy. I znów to, co w środku zastałem jest bardzo fajne. Chociaż przyznam od razu, że nie wygląda już tak fajnie, bo ściągnęli kilku rysowników, a żaden z tych gościnnych nie nadąża za regularnym dostawcą najlepszych wrażeń graficznych. Fabuła to – jak sama nazwa wskazuje – podsumowanie i wielki epilog, który skupia się na tym, jakie efekty na naszych bohaterów miały pokręcone wydarzenia poprzednich numerów. I właściwie nie mam zastrzeżeń. Niektóre fragmenty wyglądają mniej atrakcyjnie, ale wszystkie napisane są porządnie i wypadają ciekawie. Cieszy też ogrom gościnnych występów, które przeciągnęły się z poprzedniego numeru i jeszcze trochę potrwają. W ogóle wszystko jest kól. No, co tu będę dużo gadał? Kolejne solidne 7/10.
Krzycer: Całkiem ładny numer. Zdecydowanie na plus wypadły sceny z Davidem/Billym, Americą/Kate i Kate/Noh-Varrem. Reszta była tylko ok. Ale choć Gillen sam ośmiesza swoje rozwiązanie wątku Speeda, to dla mnie to za mało, by takie rozwiązanie łyknąć. Został jeszcze jeden numer. Liczę na coś więcej w tym temacie.
Demogorgon: Okej, to był miły numer. Miły, spokojny, fajny numer. I w sumie tyle można powiedzieć - było trochę fajnych pogawędek, głównie z udziałem Kate, chociaż ta na inii David/Bily też była okej. No i jest ta końcówka i za bardzo nie wiem co się stało, ale pewnie po to będzie kolejny numer.
A i tak, wielki plus za tańczącego Skaara.
Soundtracku nie będzie, bo Gillen umieścił na swoim tumblru cała playlistę.

Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2013.12.18
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.