Avalon » Publicystyka » Artykuł

Jak rozwiązać problem mutantów? - Krzycer

Jestem fanem mutantów, odkąd kilkanaście lat temu trafiłem w telewizji na pierwsze odcinki "X-Men: TAS". Dlatego smuci mnie to, że ten zakątek komiksowego uniwersum Marvela od kilku lat jest pogrążony w koszmarnym bałaganie. Na szczęście wiem, jak temu zaradzić. Nie, żeby ktoś z Marvela miał to przeczytać...
Obecne problemy mutantów zaczęły się wiele lat temu. Żeby było śmieszniej, w 2005 roku Joe Quesada, ówczesny redaktor naczelny Marvela, był o włos od ich rozwiązania. Niestety, spektakularnie skopał sprawę. Z początku nie było to oczywiste – okres 2006-2008 był bardzo udany, czytelnicy mogli się cieszyć świetnymi seriami, takimi jak X-Men (Legacy) Mike'a Carey'a, New X-Men vol. 2 Craiga Kyle'a i Chrisa Yosta czy X-Factor vol. 3 Petera Davida (które było wtedy, nie ukrywajmy, innym - lepszym - komiksem niż X-Factor Petera Davida, który zakończył się w tym roku) i historiami takimi, jak "Messiah Complex". Dopiero z dzisiejszej perspektywy widać, że był to łabędzi śpiew mutantów.

cover cover cover cover
Okładki: X-Men: Legacy #223, New X-Men vol. 2 #1, X-Factor vol. 3 #1, X-Men: Messiah CompleX

Sedno problemu tkwi w tym, że X-Men jest zbyt wielu. "Co zrobimy z 13 X-Manami?" pytał jeden z bohaterów na koniec Giant-Size X-Men #1 w 1975. Obecnie pierwsze pytanie powinno brzmieć: "ilu właściwie jest X-Manów?" (poprawne odpowiedzi: "cholera wie", "zależy kogo liczymy jako X-Mana" i "sześćdziesięciu… z hakiem?"), a dopiero następne: "co z nimi zrobimy?". Na to ostatnie, niestety, od lat nie potrafią odpowiedzieć redaktorzy Marvela.

Ten problem ma wiele źródeł. Jednym z nich jest umiłowanie historii. Odwołując się do kreskówki "X-Men: TAS" - nawet tam czuć, że X-Men to grupa z historią. Tak, oglądamy przygody obecnego zespołu, ale gdzieś, kiedyś, była pierwsza piątka. Problemy pojawiły się w momencie, gdy na kartach komiksu zespół przestał ewoluować (jedni przychodzili, inni odchodzili), a zaczął akumulować. Kiedy ostatnio ktoś opuścił szeregi X-Men? Wydaje mi się, że Beast przed "Second Coming" (już wrócił) i X-23 jakoś przed "Schizmą" (najwyraźniej właśnie wróciła). Wszyscy inni zmieniają tylko tytuły, w których się pojawiają.
W tym momencie pragnę podziękować Brianowi Bendisowi, dzięki któremu pisząc o obsesji scenarzystów na punkcie historii, mogę wytknąć palec tzw. Oryginalną Piątkę, która biega wesoło po teraźniejszości w serii All-New X-Men.

cover cover cover cover
Okładki: All-New X-Men #1, Uncanny X-Men #519, X-23 vol. 3 #21, X-Men: Schism #5

Innym źródłem problemu jest - niestety - komercyjny sukces, jaki X-Men odnieśli przed laty. To przez niego dostaliśmy tyle bliźniaczych i siostrzanych serii komiksowych - wszystkie Excalibury, X-Factory, X-Force, New Mutants i inne - które trzeba było zapełnić kolejnymi bohaterami. Teraz, zgodnie ze strategią marketingową Marvela z ostatnich lat, prawie wszystkie te tytuły noszą różne wariacje nazwy "X-Men" i opowiadają o X-Men.

W 2005 roku Joe Quesada miał wizję lepszego, posprzątanego uniwersum Marvela. Wiedział, że jego komiksy mają problem. Niestety, zdefiniował ten problem jako "zbyt wielu mutantów", a nie "zbyt wielu X-Men". "House of M" i "Decimation", zarządzone odgórnie historie, w których Scarlet Witch wypowiada zaklęcie "no more mutants", zamiast rozwiązać sprawę, doprowadziły do katastrofy.
Zacznijmy od rzeczy oczywistych. 99% mutantów traci moce. Takie było założenie. W praktyce to było 99% mutantów na świecie, a w Westchester, w stanie Nowy Jork - może 3%. (Z głowy: Chamber, Jubilee, Magneto, Mirage, Polaris, Quicksilver, Rictor, Xavier i kilkunastu uczniów; poza uczniami, Jubilee i Mirage, wszyscy odzyskali moce). W rezultacie niemal wszyscy mutanci, którzy pozostali na świecie, należeli do X-Men. W ciągu paru następnych lat myśl "wszyscy mutanci to X-Men" przyświecała zresztą niektórym scenarzystom, i w tę stronę rozwijały się wydarzenia (patrz: San Francisco jako azyl dla mutantów, potem Utopia).

cover cover cover cover cover
Okładki: Excalibur #1, X-Factor #1, X-Force #7, New Mutants #1, House of M #1

Dlaczego był to strzał w stopę? Po pierwsze, przekreślał dokonania Granta Morrisona i paru innych autorów, którzy przenieśli metaforę mutantów jako nietolerowanej mniejszości w XXI wiek, prezentując mutantów jako autentyczną mniejszość - żyjącą w gettach, mającą własną kulturę, itp. Po drugie, pozbawił X-Men sensu swojego istnienia. Grupa, która miała walczyć o koegzystencję, przez następne lata walczyła wyłącznie o własne przetrwanie. Wyszło z tego parę dobrych historii, ale metafora prysła. X-Men nie walczyli w obronie słabszych, walczyli w obronie własnej - a do tego co jakiś czas ratowali świat. Na dobrą sprawę niewiele różnili się od Avengers, którzy też zajmują się głównie przesiadywaniem we własnej rezydencji, bronieniem jej, gdy zostaną zaatakowani, i - od czasu do czasu - ratowaniem świata.

Tyle o problemie. Mamy zbyt wielu X-Manów. Jak można by go rozwiązać? Pożyczając nomenklaturę od ludzi, z którymi X-Men muszą walczyć, rozwiązania widzę dwa: segregację i eliminację.

Eliminacja


Eliminacja jest nierealna, choć mogłaby odnieść najlepszy rezultat. Polegała by na ograniczeniu linii wydawniczej do (idealnie) jednej, najwyżej (odrobinę realistycznie) 2-3 serii, opowiadających o losach najwyżej kilkunastu postaci. Byłoby jasne - chcesz śledzić losy X-Men i "ważne wydarzenia w ich życiu" - znajdziesz je właśnie tam. Nie byłoby problemów z bilokacją postaci czy diametralnie odmiennym przedstawianiem ich charakterów, bo nie byłoby na to miejsca, a cała linii wydawnicza zyskałaby konkretny kierunek. Obecnie jest to rozlazłe nie wiadomo co. Kto właściwie narzuca kierunek wszystkim tytułom o mutantach? Jason Aaron czy Brian Bendis? Czy w ogóle mają one jakiś kierunek, czy do czegoś dążą, czy też po prostu trwają?

cover cover cover cover
Okładki: Uncanny X-Men vol. 3 #1, Wolverine and the X-Men #1, Avengers vs. X-Men #12, Avengers #503

Jak można by wyjaśnić takie ograniczenie linii fabularnie? Dosłowna eliminacja - przegrana przez mutantów bitwa, albo brutalne polowanie urządzone przez Sentinele, pozostawiające przy życiu garstkę X-Men - raczej by nie przeszła. Po pierwsze, fani by oszaleli. Po drugie, śmierć w komiksach się zużyła. Nie przebrzmiałby jeszcze odgłos ostatniego padającego ciała, a mielibyśmy już pierwsze zmartwychwstanie.
Rozsądniejsze byłoby rozwiązanie X-Men. Jeszcze parę lat temu dumałem, że mogłoby do tego dojść po śmierci Xaviera, ale śmierć Xaviera też zdążyła stać się wyświechtanym chwytem. Obecnie widziałbym rozwiązanie X-Men jako postępujący proces. Mutanci mogliby zniechęcić się do przeciągającego się konfliktu Cyclopsa i Wolverine'a. Obaj kompletnie zużywają się jako przywódcy i zostają opuszczeni przez swoich sojuszników. Może pośród mutantów mogłoby szerzyć się przekonanie, że X-Men wygrali tyle, ile mogli wygrać, a dalszą walkę o koegzystencję trzeba prowadzić innymi środkami. Ostatecznie mała grupka, zarówno mutantów od Wolverine'a jak i Cyclopsa, dogadałaby się w sprawie dalszej współpracy i to oni kontynuowaliby działalność jako X-Men.
Może brzmi to sztucznie i niewiarygodnie, może trzeba by nagiąć charaktery postaci, by zmusić ich do porzucenia swoich kostiumów z iksami, ale uważam, że na dłuższą metę przysłużyłoby się to komiksom o mutantach.
Innymi słowy, marzy mi się "X-Men: Disassembled". Tylko lepsze i przeprowadzone z większą konsekwencją.

Segregacja


Segregacja jest o wiele prostsza. Co więcej, mam wrażenie - a może nadzieję - że któryś z obecnych redaktorów od mutantów myśli podobnie i dąży w tym kierunku.
Jak można pisać przygody kilkudziesięciu bohaterów, by fani każdej postaci byli zadowoleni? Nie da się. Zwłaszcza, gdy kilkunastu bohaterów gra pierwsze skrzypce niemal we wszystkich seriach, a reszta zostaje relegowana do roli ruchomego tła.
Segregacja polegałaby na ograniczeniu występów postaci do pojedynczych serii. Przydałoby się również ogólne ograniczenie liczby serii, a przynajmniej eliminacja tytułów niepotrzebnych, których istnienia nie da się uzasadnić.
Tak, jak to widzę, obecnie można uzasadnić: czemu grupa Cyclopsa ma Uncanny vol. 3, a Wolverine'a - Wolverine and the X-Men; czemu Cable ma swoje Cable and X-Force, a Legion - X-Men: Legacy vol. 2, a także czemu Oryginalna Piątka ma All-New X-Men (choć teraz, gdy dołączyli do Cyclopsa, będzie to trudniejsze).
Natomiast istnienie X-Men vol. 3, Amazing X-Men vol. 2 i Uncanny X-Force vol. 2 (a do niedawna również Astonishing X-Men vol. 3) według mnie nie daje się obronić. Te same postaci, robiące "to, co X-Men zwykle robią", z jakiegoś powodu potrzebują do tego aż tylu serii. Na szczęście oba X-Force zostaną wkrótce zastąpione jedną serią (i to pisaną przez lepszego scenarzystę). Zobaczymy, czy Amazing X-Men vol. 2 zastąpią Wolverine and the X-Men, czy też ta druga seria będzie miała tylko resetowaną numerację.

Podzielenie X-Men pomiędzy różne serie uprościłoby sytuację. Nawet, gdyby na serie te nie było innego pomysłu, niż "ta opowiada o drużynie Złotej, ta o Niebieskiej, a ta o Seledynowej", przynajmniej fan każdej postaci wiedziałby, gdzie ma jej szukać. Oczywiście, gdyby na każdą serię był konkretny pomysł - gdyby X-Men zostali de facto podzieleni na kilka grup, z których każda zajmowałaby się czym innym - byłoby jeszcze lepiej.

cover cover cover cover cover
Okładki: Amazing X-Men vol. 2 #1, X-Men: Legacy vol. 2 #1, X-Men vol. 3 #1, Uncanny X-Force vol. 2 #1, Cable and X-Force #1

Wtedy pozostawałby tylko jeden problem - w porównaniu ze wszystkimi innymi, naprawdę niewielki. Taki podział jest sztuczny i trudny do wyjaśnienia, dopóki wszyscy mutanci siedzą w Westchester. Grant Morrison i Joss Whedon w New X-Men i Astonishing X-Men vol. 3 robili - każdy na swój sposób - znakomite rzeczy, pisząc o bardzo nielicznej grupce mutantów (w gruncie rzeczy tych samych).
Obsesyjni fani mieli powód, by się przyczepić. Wszystko fajnie, tylko gdzie jest pozostałych dwudziestu X-Manów, którzy przecież mieszkają w tym samym budynku?

I tu mam proste rozwiązanie. Banalne wręcz, i biorące się z komiksów sprzed lat. X-Corporation - fajny pomysł, z którego nie wyciśnięto nawet ułamka jego potencjału. Gdzieś, kiedyś, Charles Xavier założył biura X-Corporation w różnych zakątkach globu, by mutanci z całego świata mieli w miarę blisko do najbliższego punktu pomocy. Widzieliśmy biura w Paryżu, Hong Kongu i Bombaju, wiadomo było, że jest ich więcej. Niestety, służyły wyłącznie za przechowalnie dla postaci, z których nikt akurat nie korzystał (prawie cała Generation X, postaci z X-Force, itd). W gruncie rzeczy chodzi mi o to samo - rozesłanie drugo- i trzecioplanowych postaci po całym świecie. Tylko tym razem każdej grupie towarzyszyłoby parę postaci pierwszoplanowych. X-Men zaczęliby wreszcie (w sumie to: "znowu") działać na skalę globalną. A każda grupa mutantów miałaby sens istnienia, pełne ręce roboty i konkretny teren działania.
I wreszcie fani mieliby odpowiedź na pytanie "czemu nie wezwą całej reszty na pomoc?" Cała reszta byłaby na innych kontynentach. I byłaby równie zajęta.

Krzycer
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.