Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #329 (09.12.2013)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 9 grudzień 2013Numer 49/2013 (329)


Pierwszy z trzech grudniowych wydań Pulse'a, w których zdecydowanie królować będzie ilość. Jakość? Z nią to różnie bywa, ale aż tak źle być nie może.

Amazing Spider-Man #700.1
Gil: Zwykle, gdy ktoś mi mówił, że Peter Parker był nudziarzem, myślałem sobie "e, tam gadasz... nie jest wcale taki ostatni". Po lekturze tego zeszytu coś sprawiło jednak, że sam siebie zapytałem: czy on zawsze był taki nudny? A potem przyjrzałem się uważniej i stwierdziłem, że z pewnością nie jest to typowy numer Amazing Spider-Mana. Bo jakoś tak zwykle nie przesiadywał w domu, zmęczony i przeziębiony, gdy na zewnątrz szaleje zamieć śnieżna. Co więcej, nie sposób powiedzieć, kiedy to się właściwie dzieje, bo szczegóły nie współgrają. Chyba najbardziej przypomina sytuację Parkera z lat siedemdziesiątych, albo osiemdziesiątych, kiedy jeszcze nie był żonaty. Tylko dlaczego wcisnęli to w chronologię po numerze 700? Zupełnie brak w tym sensu. No i na koniec grafika, czyli jakiś zupełnie nieznany rysownik, imitujący styl Romity Juniora. Ta, bo właśnie tego nam potrzeba - podróbki miernoty. Nic z tego nie przemówiło do mnie i mam wrażenie, jakbym czytał jakiś wyciągnięty z szuflady edytora relikt. Nie dam za to więcej niż słabe 4/10.

Amazing X-Men vol. 2 #2
Gil: To chyba nie jest dobry tydzień dla komiksów, które aspirują do miana amazing. Ten, po w miarę bezbolesnym otwarciu, bardzo szybko odleciał do krainy whiskey i LSD płynącej, gdzie słowo "absurd" mylone jest z logiką. To jest Aaron jakiego nie trawię i nie kupuję. Coś sobie ubzdura i próbuje wszystkich przekonać, jakie to jest fajne, podczas gdy jest chyba jedyną osobą, która się tym jara. Okay, komiks nie musi być poważny - nawet nie powinien być śmiertelnie poważny, skoro nazwę swoją wywodzi od komedii (chociaż z drugiej strony, komedia u swego antycznego źródła wcale nie musiała być śmieszna). Ale niech to kurde opowiada jakąś konkretną historię z sensem! Kiedy inne tytuły próbują nadać światu mutantów jakiś jednolity kierunek, który jest dosyć poważny, pojawia się takie coś, co zupełnie do tej linii nie pasuje i błądzi po jakiś bezdrożach kreskówkowego slapsticku. Tak więc, z przyzwyczajenia do pewnego poziomu historii, zwyczajnie nie kupuję historyjki, w której ci sami bohaterowie ot tak wybierają się do nieba i piekła, by ganiać bandę demonów, bawiących się w piratów. To po prostu… karykaturalne. I w dodatku brzydkie. Chyba jeszcze nie widziałem tak paskudnej Storm, a i reszta wygląda, delikatnie mówiąc – nieciekawie. Jedynie fragmenty dialogów zdołały choć trochę mnie rozbawić, ale całości dam najwyżej 3/10. I pomyśleć, że miał to być godny następca nieodżałowanej pamięci Astonishingaavalonpulse0329a%20%5B1600x1200%5D.JPG
jdtennesse: Odsłona numer dwa nowego tytułu o mutantach. To tyle dobrego. Delikatne wrażenie, które pojawiło się poprzednio, dziś wybuchło pełnią sił. To komiks dla dzieci. Ale tak konkretnie. Niebo i piekło. Dwie najprostsze, najsilniej przemawiające do ludzi przeciwstawne. Dobro i zło. I pomiędzy tym wszystkim Kurt, który uciekł z nieba. Logan trafia do nieba, a Storm czy Iceman do piekła. To żart, czy ma to jakieś głębsze znaczenie poza płytką ironią? Narracja Kurta, rodem z taniego blockbustera, męczy przesadnym dramatyzmem. Rysunki są chwilami bardzo dziwne, raz brzydkie, raz aż nadto dziecinne - niebieskie Bamfy wyglądają jak pluszaki (kto pamięta śmierć Illyany w polskim X-Men, gdzie Jubes płakała przytulona do identycznej maskotki?). Nielogiczne zachowanie Bobby'ego (tudzież scenarzysty) - raz się topi, za chwilę jest lodowym gigantem, by po chwili stracić przytomność po zamrożeniu piekła… Dosłowność uderza po twarzy. I jedno co trochę mi się podobało to Storm "pozbawiona" mocy i walcząca wręcz - fajne, szczególnie po tym, że wszędzie gdzie się pojawia tylko wygłasza górnolotne przemowy albo wali piorunami, gdy tymczasem jej moce mają o wiele szerszą gamę zastosowań. 3/10.
Krzycer: Póki co Aaron ma u mnie plusa za fajne prowadzenie Nightcrawlera. Tzn. plus jest za poprzedni numer, bo w tym numerze Kurta nie ma. Choć zapewnia narrację. Kompletnie niepotrzebną, ale co poradzisz?
W zamian za to dostajemy... więcej piracenia w Zaświatach. Przy okazji wychodzi, że Azazel jest bez mała admirałem i ma całą flotę latających okrętów.
Głupie? Jak but. Ale całkiem fajne.
Z głupotek bardziej przeszkadza mi Iceman w piekle, który przez pięć stron narzeka, że się rozpuszcza (...czemu ten baran nie wrócił do ludzkiej postaci, jeśli miał z tym taki problem?) by potem znikąd wyczarować mnóstwo lodu, gdy sytuacja tego wymagała. Bo tak jest w scenariuszu i pal licho sens.
Poza tym Northstar bawi się w Piotrusia Pana, Wolverine wyjątkowo wolno kojarzy, a poza tym widzimy kolejnego zmarłego znajomego i ojejku, to może być ten jeden grzyb w barszczu zbyt wiele, ale na razie wstrzymam się z oceną.
Tak, to jest niczym nieskrępowana, miejscami głupia zabawa, ale... mój wewnętrzny ośmiolatek dobrze się przy tym bawi. Dopóki Aaron nie przekroczy pewnego poziomu głupoty, będę miał z tej serii frajdę.
 
Avengers vol. 5 Annual #1
Gil: O ile bardzo lubię twórczość pani Kasi Immonen, tak bez ogródek przyznam, że czasami bywa dziwna. I to jest właśnie jeden z tych czasów. Zaczyna się całkiem fajnie, od uchwycenia ducha świąt, miejscami prezentuje też bardzo dużo zrozumienia dla różnych sytuacji różnych ludzi i słusznie poświęca czas osobom, spędzającym ten czas samotnie. Ale kiedy pojawia się główna bohaterka tej historii… hoo, boy! Pojechało się pani Kasi, oj pojechało… a my poznaliśmy rysunkowe oblicze szaleństwa. Jest tutaj bardzo dużo słów, w których jest bardzo mało treści, a jeszcze mniej sensu. Ostateczny wniosek jest taki, że w tym szaleństwie jest metoda i mam wrażenie, że jest to metafora przedświątecznej gorączki, posuniętej do ekstremum, ale żeby do tego dojść, trzeba przedrzeć się przez całą masę dia… nie, właściwie to monologów oraz dziewięć kręgów szaleństwa. Nawet jak na christmasowy speszyl, to było wyjątkowo dziwne. No i wyglądało tak sobie. Lafuente może i ma swoje momenty, ale do tego potrzebuje wsparcia obróbki graficznej, które dobrze je uchwyci. Tutaj się nie udało i całość wyszła raczej pokracznie. Ale jednak nie można temu zeszytowi odmówić istnienia tej lepszej części i to ona sprawi, że załapie się na 5/10. Cokolwiek dziwne.
Krzycer: Za ten komiks odpowiadają Kathryn Immonen i David Lafuente. I wszystko powinno być jasne. Dzieje się dużo, energetycznie i frenetycznie, co znakomicie podkreśla kreskówkowa kreska. W sumie nie wiadomo o co dokładnie chodzi, działanie mocy bohaterki powodującej całe zamieszanie są, jak by to ująć, cokolwiek niesprecyzowane, ale ostatecznie chodzi o Święta i o to, że w Święta warto być razem. I jest to całkiem sympatyczne.

Daredevil: Dark Nights #7
Gil: The generic latino crime cartel story continues... Można by z tego zrobić jakąś drinking game. Szalony lokalny watażka? Check! Aryjscy ochroniarze przytakujący we wszystkim? Check! Wystraszone skąpo odziane kobitki? Check! Eksplozje? Check! Wzięta do niewoli bohaterka staje się obiektem zalotów bossa? Check! Nawet nie trzeba tego czytać, żeby wiedzieć, co się dzieje i jak to się skończy. Ale przynajmniej w swej generyczności nie jest to jakieś bardzo złe, więc może dostać 4/10.
kuba g: Pisanie o następnych odsłonach tej historii tak numer po numerze trochę mija się z celem. Moje odczucia są identyczne jak po poprzednim odcinku. Absolutnie głupia i nieskomplikowana rozwałka, która i tak czyta mi się całkiem dobrze (no może oprócz naciąganego cliffhangera, który nie podoba mi się przez sposób w jaki po macoszemu traktuje taką postać jak Misty Knight).

Deadpool vol 3 #20
Gil: Wow! Deadpool taki Kirby. Takie dinozaury. Szorty Fin Fang Fooma, wow! Tyle Kirby-dotsów! Wow! Wow! Wszędzie opary energii. Woooz! Badabadabadaboom! Wielcy bogowie z kwadratowymi głowami. Wow! Deadpool prawie jak z lat sześćdziesiątych! Wow! I’m not buying it! No! No! No! Tylko 3/10.

Fantomex: MAX #3
Gil: No dobra, to wiemy już z całą pewnością, że nie jest to prawdziwy Fantomex. A raczej nie ten z uniwersum #616. Wiem, że to nie pierwszyzna, jeśli o MAXowe tytuły chodzi, ale jednak tutaj koncepcja odbiegła trochę zbyt daleko od oryginału, który lubię. Początek był niezły, ale im dalej, tym mniej mi się podoba. A to częściowo dlatego, że coraz mniej w tym głównego bohatera. Autor skupił się na własnym pomyśle na Evę oraz historii tajemniczych przeciwników, przez co sam Fantomex wylądował w tle. Pierwszy z tych wątków nie podoba mi się, bo niepotrzebnie przebudowuje podstawy postaci, a drugi… również mi się nie podoba, bo jest zwyczajnie słaby. I przesadnie stara się wpasować w konwencję "dla dorosłych", dostarczając nam nieco obrzydliwości i za dużo informacji. Poza tym, radosna masakra stworów rozbija się o fakty biologiczne: insekty i głowonogi nie mają mózgów, które można im odstrzelić. Wypadałoby zweryfikować mój żarcik z nazwiska autora i przyznać, że ostatecznie to foolish Hope. Tym razem dam jeszcze 5/10, ale ta ocena może szybko polecieć.

Fearless Defenders #12 (Final Issue)
Gil: I skończyło się... rumakowanie? Nie, ono się nigdy nie zaczęło. Co najwyżej bujanie na biegunach i udawanie konika. I to nawet nie do pani Konikowej piję, chociaż może ona zdołałaby coś wyciągnąć z tej serii, która była trochę jak tajski ladyboy - z pozoru kobieca, ale potem i tak wychodzi… jak nie wiecie, to sobie wygóglajcie. W każdym razie, zmarnowali kupę naszego i swojego czasu, papieru i farby, żeby na sam koniec powiedzieć: "widzicie, w tym momencie mogłoby się zacząć robić ciekawie, ale teraz drogie dzieci, pocałujcie misia w dupę." Jest to tym bardziej wkurzające, że ten numer był nawet ciekawy (tak, czasami się to zdarzało w tej serii - każdemu może się zdarzyć) i pod koniec chciałem zobaczyć następny, żeby przekonać się, jaki Bunn ma pomysł na Morgan Le Fay w czasach współczesnych. No i co? No i to, co sobie wygóglaliście. Akurat w tym momencie musięli wyciągnąć wtyczkę. Trzeba było w ogóle nie zaczynać, to oszczędziliby mi nerwów i zawodów. Ale cóż, przynajmniej okładki ta seria miała wybitne, więc coś dobrego można o niej powiedzieć. Za ten numer dałbym nawet i 4/10, ale za całość najwyżej 3.

Guardians Of The Galaxy vol. 3 #9 (Infinity Tie-In)
Gil: Nie był to może najgorszy z tie-inów do "Infinity", ani najmniej potrzebny, ale też wywołał u mnie najmniej jakichkolwiek emocji, czy to pozytywnych, czy negatywnych. Właściwie, to o pozytywnych nie bardzo mogę mówić, bo jedynie parę fragmentów dialogów mi przypasowało. Negatywne związane są głównie z grafiką, która jest jedną z najbardziej nijakich, jakie w ostatnim czasie widziałem. I te okropne kolory… Cała reszta to jeden wielki meh. W sporej części nie ma nawet dialogów i rozumiem zamysł, ale też widzę bardzo wyraźnie, że rozbił się o rysunki. Tam, gdzie dialogi są, często nic z nich nie wynika i tylko w niektórych momentach bywają zabawne. Tak więc najbardziej pozytywne odczucie z tym związane, pochodzi z faktu, że wreszcie się skończyło. A oceną będzie 3/10.
Krzycer: Przypomnijcie mi, bo głowy już nie dam, ale... u Hickmana w Infinity #6 na pokładzie Peak siedzieli Shang-Chi, Black Widow, reszta ulicznych Avengers oraz Koronowane Głowy Rady Galaktycznej, prawda?
Tak skopać continuity w tydzień PO zakończeniu eventu... Bendis potrafi. Bendis mistrz! Made my day.
kuba g: Niestety z tego odcinka wyniosłem tylko tyle, że wiązanie Guardians w ten event było totalnie zbędne. Zbędne bo postaci, które powinny w nim grać pierwsze skrzypce były zupełnie w nim pominięte i zbędne dla samej serii GotG bo zupełnie nic nie wnosi dla postaci i ich historii od numeru 0.1.

Indestructible Hulk Annual #1
Gil: Jak to z annualami bywa, oczekiwań starałem się nie mieć, żeby się nie łudzić. Już po pierwszych paru kadrach wiedziałem, że przeciwnikiem będzie pan podstarzały ekscentryczny naukowiec. Zaskoczenia nie było, ale też historia rozwinęła się całkiem chyżo oczekiwanym torem. Pomysł z "mówili, że mogę być czym chcę, więc zostałem wyspą" jest oczywiście mocno naciągany, ale w swojej serowatości nawet pasuje do tego wszystkiego. Najlepiej zaś wyszły relacje między Bannerem i Starkiem. I to nie tylko wtedy, kiedy sobie gawędzą, ale też kiedy walczą. Naprawdę podobało mi się to, jak Iron Man starał się pokierować Hulkiem, żeby nie uwikłać się w bezsensowną bójkę z nim. Przynajmniej do momentu, póki nie było mu to na rękę. Ale akurat tego momentu nie zaliczę na plus, bo był trochę zbyt kliszowaty. Grafika może nie była rewelacyjna, ale swoje zrobiła i nawet parę lepszych momentów miała. Tak więc, mogę postawić tego annuala nad kreską z oceną 6/10.

Inhumanity #1
Gil: Z założenia jest to kamień milowy przed najnowszym status quo w Marvelu, czyli początek inhumanizacji na masową skalę. Problem polega na tym, że chociaż Inhumans są obecni na scenie od dawna, to zwykle upchnięci są na zapleczu chóru i słabo kojarzeni. Zwłaszcza przez czytelników, którzy nie angażują się za bardzo w całe uniwersum, albo zainteresowali się nim dopiero po kontakcie z filmami. Trzeba więc uświadomić takich czytelników, albo odświeżyć im pamięć. I w ten właśnie sposób dotarliśmy do tego komiksu, który jest wielką pigułą informacji na temat Inhumans i przeglądem ostatnich wydarzeń lub po prostu podpowiedzią na pytanie "aleosochozzi?" Ma też rozstawić pionki przed rozpoczęciem kolejnych serii z "Inhumanity" związanych. A przy okazji udowadnia też bardzo szybko, że powierzenie tego przedsięwzięcia Fractionowi było błędem. Dlaczego? Ano dlatego, że nie odrobił zadania domowego i nie zadał sobie trudu, by sprawdzić, że Lockjaw nie jest cholernym psem i nikt z Inhumans, a zwłaszcza Medusa, nie nazwałby go tak. Poza tym, umieścił w jednym pokoju regularnych Avengers i Illuminati, chociaż cały sens istnienia tych ostatnich jest taki, że nikt o nim nie wie. Oczywiście, czysto teoretycznie mogli znaleźć się razem w pokoju z zupełnie innego powodu, ale nie tak to wygląda. Przyznam jednak, że zagadka Karnaka jest dosyć intrygująca. I dlatego właśnie się boję, bo Fantastic Four od Fractiona też z początku zapowiadała się ciekawie. Można mieć nadzieje, że coś pójdzie dobrze, ale doświadczenie uczy nas, że nie wolno opuszczać gardy. A ostatnimi czasy uczyło nas tego wyjątkowo intensywnie. No, ale przynajmniej Coipel utrzymał swój poziom i wyglądało to całkiem nieźle. Trochę na kredyt mogę dać 5/10, bo póki co to więcej powtórek niż nowego materiału.
Krzycer: Pomijając pewne niezręczności - jakieś dziwne fractionowe naleciałości w dialogach, kwestia "trującej atmosfery" czy niewytłumaczalna obecność wszystkich członków Illuminati w Avengers Tower przy świadkach - Fraction mnie na razie kupił. Pomysł ma potencjał i ten numer ładnie to pokazuje, choć w połowie składa się z ekspozycji i powtarzania rzeczy, które starsi stażem czytelnicy dobrze wiedzą.
Oczywiście, nie od dziś wiadomo, że Fraction pomysły miewa dobre, ale wykłada się na realizacji. Zobaczymy, jak będzie tym razem.
A, no i wciąż nie jestem stuprocentowo pewien, czym Inhumans będą na dłuższą metę różnić się od mutantów.
kuba g: Ja rozumiem potrzebę wprowadzenia nowego czytelnika w dość rozległy świat Inhumans, problemem jest to, że ja nie potrzebowałem tego aż tak bardzo, zwłaszcza gdy połączono to ze streszczeniem "Infinity". Połowa komiksu do wywalenia. Ale jeżeli popatrzę na pozostałość, czyli szaleństwo Karnaka i błąd w wielkim planie to już zaczyna być lepiej. Ale dobrze będzie jeżeli Fraction zawalczy o to aby mimo pewnych podobieństw unikać możliwie jak najbardziej robienia z Inhumans kosmicznych X-Men. Pewnie tego nie unikniemy, ale nadzieję będę miał. Nie zniosę po prostu jeszcze więcej schematów ze świata X.

Iron Man vol. 5 #19
Gil: Na pierwszy rzut oka spodobało mi się logo Iron Metropolitan w stylu art-deco. A w środku też całkiem fajnie. Najlepszy był moment spotkania Pepper z PEPPER, ale i to z Arno przebiegło fajnie. Widać, że ostatnie rewelacje mają negatywny wpływ na Antka, a cały ten pomysł z budową miasta jest próbą kompensacji. Pytanie brzmi więc: w którym momencie ugryzie go to w zad? Generalnie, pierwszą połowę numeru czyta się bardzo fajnie, nabierając ochoty na więcej. W części drugiej niestety wrażenie słabnie trochę. Mandariny nowe muszą mnie jeszcze do siebie przekonać, za to postaci Marca z miejsca nie lubię i na podstawie samego wyglądu podejrzewam o najgorsze. Nadal jednak jestem zainteresowany i chętnie poczytam dalej, a na razie dam taki fajne 6/10.

Longshot Saves The Marvel Universe #3
Gil: Iiiiii… wylądował. To chyba najłagodniejsze określenie z powiedzonek Siary, którego mogę użyć pod adresem tego zeszytu. Nawet biorąc pod uwagę syndrom trzeciego numeru, wszystko to jest wyjątkowo pozbawione sensu. Wielka bijatyka między postaciami ze starych What Ifów wzięła się znikąd i prowadzi donikąd, wypełniając strony przypadkowymi zdarzeniami. Nawet nie specjalnie chciało mi się je śledzić, więc starałem się tylko wyłowić elementy istotne dla fabuły i wiecie, co to za elementy? Zapowiedź, że cokolwiek istotnego wydarzy się w dopiero w następnym numerze. Chociaż tak po prawdzie, to coraz mniej spodziewam się, że cokolwiek się wydarzy. Oczywiście poza odkręceniem wszystkiego. Zrobiło się z tego takie wielkie yeah, whatever. Takie na 3/10.

Marvel Knights: Spider-Man vol. 2 #3
Gil: Wciąż wygląda nieźle, ale za fabułą już nawet nie próbuję nadążyć. Za bardzo to wszystko pokręcone, za dużo postaci nawrzucanych bez ładu i składu. Komiks jest medium wizualnym, ale to się sprawdza tylko wtedy, jeśli za wizualizacją stoi jakiś jasny przekaz, a jeśli ciężko jest wychwycić sens tego wszystkiego, to jest to tylko zbiorowisko obrazków. Fajnych obrazków, owszem, ale to za mało. A strzałom niecelnym daję 4/10.

Marvel Knights: X-Men #2
Gil: Ciasteczko dla tego z nas, kto obstawiał, że Sabretooth jest iluzją. Nie jedyną w tym numerze zresztą, bo ten wybieg prowadził do nowej postaci, której zdolności polegają na wizualizacji wspomnień. I to zwykle tych nieprzyjemnych. Fajny pomysł, chociaż wydaje mi się, że nie całkiem nowy. Ale przynajmniej nieźle rozegrany i wnosi coś do głównego wątku serii. Chociaż, o ile pamięć mnie nie zwodzi, powinien się tu czaić jeszcze jeden mutant, który pewnie za wszystkim stoi. Cóż, jak na razie jest to zdecydowanie lepsza z propozycji Marvel Knights i dostanie ode mnie 6/10.
jdtennesse: Mam wrażenie, że fajny klimat z pierwszego numeru gdzieś się zapodział. Mamy drugiego mutanta, który (prawdopodobnie) wynosi wspomnienia z pamięci do rzeczywistości. Stąd też bierze się większa część fabuły tego odcinka. Dziewczyna nie chce pomocy X-Men, więc trochę ich spowalnia, rzucając postaci z ich przeszłości. Pojawiają się (?) narkotyki, jest też wątek wykorzystywania mutantów przez kogoś do czegoś. Czyli generalnie jest tajemnica do rozwiązania. I dużo pytań – np. czemu młoda mutantka z poprzedniego numeru częstuje nową koleżankę prochami? Najgorsze jest chyba siedzenie przy stoliku i dyskutowanie - co teraz? To chyba najsłabszy punkt programu. No i tak słabego zakończenia się nie spodziewałem - kto wierzy, że sentinele są prawdziwe? Nikt? Tak myślałem. Rysunki zaczęły przeszkadzać, gdy historia zaczęła kuleć. 4/10.
Krzycer: Największy grzech tego komiksu jest również jego największą zaletą. To recykling jednego z najbardziej klasycznych iksmeńskich schematów. Młody mutant w małym miasteczku. Nieprzychylni mieszkańcy. X-Men, którzy wdepnęli w niepewną sytuację i muszą się przekonać, co się dookoła dzieje. Widzieliśmy to? Tak. Ale.
Po pierwsze, jest to znakomicie podane. Dobre tempo, dobrze poprowadzeni bohaterowie, żywe dialogi. Świetna kreska, odbiegająca od "standardowego superhero", ale bardzo pasująca do tej historii.
Po drugie, nie widzieliśmy tego od dobrych paru lat, a ja ostatnio tęsknię za takimi mięsistymi historiami. X-Men od zbyt dawna zajmują się obijaniem mord innym mutantom lub sobie nawzajem.
Mniejszym grzechem tego komiksu, niestety dość istotnym - zwłaszcza, gdy mowa o miniserii - jest to, że zakończenie tego numeru jest identyczne, jak zakończenie poprzedniego. Tyle tylko, że tym razem wiemy już, o co w całej sprawie chodzi. Co więcej, nasi bohaterowie też wiedzą, a mimo to reagują tym samym zdumieniem, co wcześniej.
Więc ostatnia strona autorowi słabo wyszła. Mam wrażenie, że jest jaka jest, "bo cliffhanger musi być".

Secret Avengers vol. 2 #12
Gil: Miałem sobie dać spokój, ale ostatnie dwa numery kazały mi się zastanowić, czy nie oceniałem serii zbyt surowo i czy po tym przerywniku nie spojrzę na nią inaczej. No więc… nie. A przynajmniej nie do końca. Początek nowej historii przy okazji porządkuje kilka drobiazgów, ale też mam wrażenie, że szybko znów się wykolei, bo na scenę wkracza nowy gracz. Wielką tajemnicą tego numeru okazał się MODOK. Bo jak historia tyczy się AIM, to MODOK jest ostatnią rzeczą, jaką się spodziewacie, rajt? Rajt??? No niestety, ma to wiele znamion powrotu na życzenie i podejrzewam, że przyniesie tylko więcej chaosu. Aha, zapytacie pewnie, co z występującą w tytule Mockingbird? Niewiele… Wpadła w tarapaty i tyle. Przynajmniej rysunki Guice’a nadal wynagradzają mi niedociągnięcia fabuły. Tym razem może być 4/10.

Superior Spider-Man #23
Gil: Ale że co, że jak, że kiedy, że gdzie?!? W jednej sekundzie zdejmują Venoma z Flasha, a w następnej już mają jakiegoś superiora, chociaż nie ma miejsca na jakąkolwiek konfrontacją z innym nosicielem. Że tak zacytuję naczelnego Daleka: Ex-plain! Ex-plain! EX-PLAIN!!! Poza tym, piętrzą nam się tu całe sterty nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności i sytuacji, które nawet gdyby były możliwe, to ich zajście w tym samym czasie graniczy z cudem. Widzę, że bardzo próbują nas przekonać, że Superiorowi zaczyna się palić grunt pod nogami, ale trochę z tym przesadzają, bo wiele z tych wątków nie rusza z miejsca. Doceniam za to fakt sięgnięcia po najwcześniejsze projekty Spider-Slayerów Jamesona. No i znów Ramos rysował, więc nie moja bajka. Tym razem również 5/10.
zedicus: Ostatnio nadrobiłem Superior SM i strasznie mi się podoba Otto jako Spider. Na początku był lepszym zarówno Spiederem, jak i Peter Parkerem. Ale od jakiegoś czasu jego arogancja i socjopacja bierze górę i niedługo przegnie i poleci w dół jak nic. Ten numer jest świetnym przykładem tego jak Otto powoli traci kontrole i jak nie wiele mu brakuje by wszystkich pozabijać. Dodatkowo dostaliśmy rewelacyjnego Venoma. "Dyskusja" Flasha z symbiontem to perełka numeru, jak dla mnie i byłoby super gdyby Slott dostał jakąś serie/miniserie z Venomem do pisania. Dodatkowo styl Ramosa strasznie mi pasuje do Spider-man'a. Jedyne co mnie irytuje w tym numerze, jak i serii to wszystko musi być Superior. Superior Spider-Man, Superior Carnage, Superior Six, Superior Venom... no ileż można.
Krzycer: Z jednej strony rodzinne spotkanie "Petera" jest najlepszą sceną w tym komiksie. Trochę śmieszne, trochę straszne uprzedzenia May, żywa i autentyczna reakcja "Petera"... Podobało mi się.
Z drugiej strony to wciąż jest "Peter", a wątki tego, jak podszywa się pod Parkera i obcuje z bliskimi Parkera czytam a to z zażenowaniem, a to z niesmakiem...
Poza tym numer numer jest w porządku - aż do durnowatej końcówki. Bo cliffhanger musi być. Hej, jeśli pod koniec następnego numeru symbiont wróci do Flasha - a wróci na 99%, bo status quo tak nakazuje - czy Flash nie powinien poznać prawdziwej tożsamości "Petera"? Mam wrażenie, że tak to dotąd z symbiontami - a zwłaszcza z Venomem - bywało.

Superior Spider-Man Team-Up #7
Gil: Ladies and Gentlemen: Sun Girl saves the day! Nie spodziewałem się, że problem Superior Six zostanie tak łatwo rozwiązany i okazało się to sporym rozczarowaniem. Mieli go na widelcu, ale nie wykorzystali tego, bo... właściwie "bo nie" jest jedyną sensowną odpowiedzią, gdyż wyraźnego powodu brak. Wszyscy pozostali uczestnicy bitki z poprzedniego numeru, poza Lightmasterem, wyparowali całkowicie w przerwie między zeszytami. Członkowie Szóstki, chociaż tacy superior, zachowują się jak amatorzy – albo nie robią nic, albo trwonią swoją energię, albo zmieniają zdanie bez ładu i składu. Jedyny pozytyw, jaki z tej fabuły może wyniknąć, to ciekawa sytuacja, jak kiedyś wyda się, że to Otton pociągał za wszystkie sznurki. Czy pogratulują mu przebiegłości, czy skopią zad? Na szczęście większy plus mamy obok fabuły, czyli w grafice. Chechetto znów się postarał i bardzo mi się jego rysunki podobały. Całość jednak ocenię najwyżej na 5/10.

X-Men: Legacy vol. 2 #21
Gil: Dlaczego zawsze Legacy wychodzi w tym samym tygodniu co Young Avengers vol. 2? To trochę niesprawiedliwe, że dwie pozycje, które mają tak wiele wspólnego, muszą ze sobą konkurować o czyjąś tygodniówkę. Tym razem Legacy proponuje nam ciekawe podejście do tematu hive-mindu i kolektywnej świadomości, nie tylko w osobie Legiona. Fajnym pomysłem jest przeniesienie tej teorii na sieć telepatów oraz odniesienie do teorii memów. Zwłaszcza, że David sam w sobie jest w pewnym sensie społeczeństwem. Spurrier nie przestaje mnie zadziwiać nie tylko swoimi zdolnościami tworzenia zaskakujących fabuł, ale również za każdym razem imponuje mi nadzwyczajną gracją w łączeniu abstrakcyjnych, wyimaginowanych i jak najbardziej realnych elementów w całość. Jego konstrukcje są co prawda bardzo wymagające wobec czytelnika, ale jak dla mnie to duży plus. Zbyt często mamy do czynienia z łopatologią lub przesadną prostotą, więc kiedy trafiam na lekturę, która wymaga trochę zastanowienia, aż mózg mi się cieszy. A oczy cieszą się również, bo tym razem trafił nam się lepszy rysownik. Może nie najlepszy, ale przynajmniej na tyle dobry, żeby dać nam parę fajnych paneli i nic strasznie nie skaszanić. Jak zwykle chciałbym napisać coś więcej, ale byłoby to ze stratą dla samego komiksu, więc chyba musicie mi zaufać na słowo. A poprę je mocnym 7/10.
avalonpulse0329b%20%5B1600x1200%5D.JPGjdtennesse: Z przykrością muszę stwierdzić, że ten numer był wyjątkowo nudny i dużo słabszy od poprzednich. Nie wiem dlaczego, może jest po prostu zbyt rozwleczony? No bo w końcu dochodzi do walki ze "złym Xavierem", ale jest za dużo gadania, a David za mało robi. Zbiera różne osobowości do pomocy, ale jakoś ta pomoc nie nadchodzi/jest niewystarczająca. Relacje z Ruth jeszcze mogę znieść, w końcu to rozwój ich związku etc… To, że oddala ją od siebie też - wiadomo, chroni ją. A początkowy wykład o hive mind, póki co, wydaje się zbędny. Być może w kolejnym numerze pojedyncze wątki z obecnego zostaną ułożone w logiczną całość. Niestety, czegoś mi dzisiaj brakuje. Zmiana rysownika nie robi na mnie szczególnego wrażenia, szczerze mówiąc przywykłem do poprzedniego stylu i uważam, że jedna historia powinna mieć jednego rysownika, wydaje mi się wtedy bardziej spójna. W pewnym momencie zacząłem podejrzewać, że w wywodach evil-Xaviera kryje się sposób jego pokonania - powtarzał, że jest częścią Davida, więc może po prostu zostanie "wchłonięty" albo innym cudem rozproszony przez jego umysł? Ale nie wiem. Znając autora, zaskoczenie będzie duże. Tymczasem – 5/10.
Demogorgon: W którym Charlie pokochał bombę.
Wzruszyłem się na tych scenach z Davidem i Ruth. Tak jak na początku mi ten związek nie leżał, tak Spurrier mnie przekonał i teraz kibicuję tym dwojgu z całego serca. A po za tym, świetna walka między Legionem a Evil Xavierem i nieco świetnych tekstów od tego drugiego - facet jest świetnym antagonistą i tylko staje się coraz lepszy. X-Men: Legacy vol. 2 pozostaje perłą wśród tegorocznych komiksów. Jaka szkoda, że zmierza do końca.
Soundtrack: Bo do tanga trzeba dwooojga...
Krzycer: Ten numer pozostawił mnie z dwoma myślami. Po pierwsze, jaki jest plan Legiona i jaką rolę odegra w nim Blindfold? Ale to standardowa myśl przy lekturze Legacy Spurriera.
Drugą było: o. Tyle narzekałem na Tang Eng Huata, a teraz zaczyna mi go brakować. Bo jednak wolę dziwaczne twarze Huata od napompowanych, nieprzestrzegających praw anatomii ani fizyki sylwetek Phama.
Poza tym - to X-Men: Legacy vol. 2 Spurriera. Powtarzanie wszystkich zachwytów powoli mija się z celem, to jest jakość sama w sobie, najlepszy obecnie ukazujący się x-tytuł i tak dalej i tym podobne.

Young Avengers vol. 2 #13
Gil: No dobra, umówmy się, że nie było to najbardziej nowatorskie z zakończeń. Jak tak mu się przyjrzeć, to można sprowadzić morał do prostych przesłanek: prawda popłaca, a miłość zwycięża. Ale co tam morały - ważne ile mieliśmy przy tym radochy! Już od pierwszych stron radosnej bijatyki (America rządzi, a "dwa małe, owłosione satelity" to chyba tekst roku), przez całą solidną porcję niespodzianek, aż do finału z fajerwerkami. Oczywiście mam tu na myśli fajerwerki kreatywności, bo samo rozstrzygnięcie poszło dość gładko od pewnego momentu. McKelvie jak zwykle przesunął granicę swoich szczytowych osiągnięć tymi scenami z Wiccanem w końcówce (chociaż muszę zauważyć, że podobną scenę już widziałem gdzieś u Morrisona, chyba w The Filth). Co ciekawe, bardzo interesująco przeplata się tutaj wrażenie, że przeczytało się coś wielkiego z wrażeniem, że niewiele się jednak wydarzyło. Można to różnie odbierać, ale myślę, że ta niepewność jest właśnie świetnym wyznacznikiem tego o czym historia traktowała: nic nie jest takie, jak się wydaje. Kolejny świetny numer i kolejne mocne 7/10.
Demogorgon: W którym Miss America jest magical girl.
No i jest tak, jak się spodziewałem - końcówka nieco rozczarowuje. Ale tylko nieco - nie zobaczyliśmy wiele z ogromnej bitwy, ale ja tam się cieszę, bo wyłapałem na jednym panelu Surge. Za to co mamy, to zakończenie większości wątków. Loki wreszcie robi coś bohaterskiego...na swój sposób. Bily też robi swoje. I w sumie cały numer jest o tych dwóch, co w sumie można powiedzieć o całej serii. Ale mamy też jedno zerwanie i jedno pogodzenie się, by reszta członków dostała swoje pięć minut. I w sumie to pierwsze mi się bardzo podoba. tak na marginesie, cieszy mnie też jak domknięto kwestie zeźlenia exów naszych bohaterów, to satysfakcjonujące rozwiązanie. Zostały jeszcze wątki Davida i Miss America, więc dwa numery na które wyczekuję od tak dawna będą pewnie o tym. A tak w ogóle, jak sparować Fake Patriota z Davidem to wychodzi przekomiczny duet.
Soundtrack: Lord of Nightmare
Krzycer: I... jestem zawiedziony. Wolałbym inne rozwiązanie wątku Lokiego, Leah i eksów. Ale może przy powtórnej lekturze moje nastawienie się zmieni.
Co poza tym? Poza tym moc gejowskiej miłości ratuje wszechświat, co Gillen serwuje w sposób dostatecznie... yyy... (jak się ładnie tłumaczy tongue-in-cheek? - zapytał tłumacz), że wypada to całkiem znośnie. Do tego bardzo fajnie wychodzą wątki Lokiego i Chavez oraz - przede wszystkim - Kate i Noh-Varra. Mam tylko nadzieję, że przed końcem runu Gillen rzuci nieco światła na Patri-nota.
Słówko o rysunkach. McKelvie jak zwykle - bywa świetny, a najlepszy jest, gdy bawi się schematami, ale czasami obdarza bohaterów tak dziwną mimiką... Np. przy "this is all my fault" Lokiego - kompletnie mi ta mina wściekłego psa tu nie pasuje.
Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2013.12.04

Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.