Avalon » Publicystyka » Artykuł

Living Tribunal Special #2(00)

lt%20200a%20%5B1600x1200%5D.jpgGladstone's School For World Conquerors
Scenariusz: Mark Andrew Smith
Rysunki: Armand Villavert
Zawiera: Gladstone's School For World Conquerors #1-6
Wydawnictwo: Image Comics

Demogorgon: Avengers Academy, New X-Men, Magellan, Wolverine & The X-Men, Will Supervillains Be On Finals?, Avengers: The Initiative, PS238, Generation X. Historii o szkole dla nastoletnich superbohaterów jest już tyle, że można wyodrębnić z nich własny, jakby to ujął Andrzej Sapkowski, "subgatunek subgatunku" komiksów o superbohaterach. Ciekawym zagraniem wydaje się więc postawienie koncepcji na głowie - jeśli bowiem superbohaterowie mogą wysyłać swoje dzieci do szkoły, czemu nie mieliby tego robić super złoczyńcy? Witajcie w Szkole dla Zdobywców Świata Imienia Gladstone'a - nazwanej na część założyciela, nieudanego czarodzieja-kryminalisty, który zasłynął tym, że zalazł za skórę lokalnemu odpowiednikowi Doctora Domma - Ironsides, bo tak mu było, zamienił nieszczęśnika w kamień i mianował się dyrektorem szkoły. Tę zadziwiającą placówkę obejrzymy oczyma grupki uczniów - Kid Nefarious, Mummy Girl, Martian Johnes, Ghost Girl oraz Skull Brothers to nowe pokolenie, które marzy o tym, by móc miażdżyć superbohaterów pod swoim butem i być na tyle bogatymi, by podarowywać sobie drobne podarki, jak, powiedzmy, Australię. Ich życie to nauka czarów, tworzenia machin zagłady, testy z zarządzania minionami oraz ćwiczenia ze złowieszczych przemów. No i oglądanie, jak ich idole walczą z tymi paskudnymi obrońcami sprawiedliwości, zawsze pozostając o włos od zwycięstwa. Jest jednak coś, czego nie wiedzą. A mianowicie, że ten cyrk jest ustawiony - obie strony zawarły porozumienie, a obecnie udają, by dostarczyć rozrywki gawiedzi i czerpać z tego spore zyski. Jest jednak pewna frakcja w społeczności super złoczyńców, która chce powrotu do starych, dobrych czasów, gdy wszystko to działo się naprawdę, a dobro i zło były w stanie otwartej wojny.

Zaskakujące jest to, ile energii, jak na tak lekki tytuł, poświęcono budowie świata przedstawionego. Widać, że dopiero zaczęliśmy w tych sześciu numerach oglądać zaledwie wierzchołek góry lodowej i jest wiele sekretów, które skrywa ten setting. Niewielkie urywki ze społeczeństwa super złoczyńców są fascynujące, a fakt, że jest on pełen interesujących postaci drugiego planu, jak szurnięta mamusia Skull Brothers, Greensleeves, złoczyńca w stylu Poison Ivy, obecnie na emeryturze, albo moi ulubieńcy, rodzice Kid Nefariusa, tylko dodaje temu smaku. Oczywiście główna obsada też nie jest niczego sobie. Czuć, że pomimo swojego uwielbienia dla złoczyńców, to dalej dzieciaki, które zwyczajnie idealizują swoich rodziców i co ci sobą reprezentują. W sumie spotkałem się z krytyką, że ta banda jest zwyczajnie zbyt miła, aby być super złoczyńcami, ale to pasuje - motywem przewodnim tej serii jest niewinność i dziecięcy idealizm w starciu ze skomplikowanym światem dorosłych. Widać to nawet w drobnych detalach. Choćby to, jak różne postacie walczą - dorośli robią to w zwyczajnym, super bohaterskim stylu, niektórzy z nich, bardziej inspirowani pracami Jacka Kirby'ego, mają nawet typowe dla prac króla wizualne efekty. Młodzież z kolei robi to bardziej w stylu mangowym, wykrzykując wymyślne nazwy ataków, coś co z dorosłych robi tylko lokalna podróbka Supermana, w nawiązaniu do tendencji tegoż do wyciągania supermocy z miejsca, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę. I są Skull Brothers, którzy nie nazywają swoich ataków (chyba, że robią go wspólnie z innymi), a jak się im przyjrzeć, bardzo odstają od reszty. To widać w innych, tak drobnych szczegółach - ot na przykład, gdy dzieciaki wymykają się w nocy, każde z nich jakoś wyprowadza w pole swoich rodziców. Skull Brothers zwyczajnie wychodzą z domu i wsiadają na motocykl. Jak się nad tym zastanowić, to te drobne wskazówki prowadzą do wniosku, że to dlatego, że ich dzieciństwo się skończyło. Mogą udawać, że są jak inni, ale brak w nich tej samej niewinności i radości, jaka cechuje powiedzmy Kid Nefariusa czy Mummy Girl. Nie, żeby tamtych dwoje nie było świetnymi postaciami w swojej własnej klasie.

Warstwa graficzna jest prosta i przerysowana, nadaje wszystkiemu taki styl i klimat, że na myśl przychodzą kreskówki dla dzieci. I w sumie, nie miałbym nic przeciwko obejrzeniu kreskówki na bazie tego komiksu. Zdecydowanie ma ku temu potencjał. Wielka szkoda, że z powodu niskich wyników sprzedaży seria została zawieszona a Kickstarter drugiego sezonu udał się donikąd. To nieodżałowany klejnot komiksów dla dzieci i młodzieży, coś, z czego główny nurt powinien brać przykład. I dlatego dostanie ode mnie czterech przyszłych zdobywców świata na pięć.

lt_4pts.png



lt%20200b%20%5B1600x1200%5D.jpgGreat Pacific vol. 01 - Trashed TP
Scenariusz: Joe Harris
Rysunki: Martin Morazzo
Okładka: Martin Morazzo
Data wydania: 01.05.2013
Liczba stron: 168
Cena: 9.99$
Zawiera: Great Pacific #1-6
Wydawnictwo: Image Comics

Undercik: Czy wiecie, że na Pacyfiku pływa wielka wyspa śmieci? Serio, nie zmyślam. Poczytajcie sobie na przykład na Wikipedii. Czemu o tym wspominam pytacie? To wszystko dlatego, że Joe Harris postanowił, że o tym napisze. Następnie Lex zachęcił mnie do kupna i tak zaczęła się moja przygoda z Chasem Worthingtonem, który postanowił na niej zbudować właśnie państwo. Ok, w tym momencie nie przekazuje wam wiadomości ze świata, a piszę o czym jest komiks.

Co można pomyśleć, kiedy pierwszy raz usłyszy się zarys fabuły? Eee, kolejny ekologiczny bełkot, który ma przypomnieć tobie, abyś odłączył zasilacz twojego laptopa od kontaktu. Co się stwierdza po lekturze? Że ekologia to tylko punkt wyjścia dla dosyć ciekawie poprowadzonej fabuły. Z tą ciekawą to może trochę przesadzam, ponieważ pierwsza połowa nie jest specjalnie intrygująca (poza wstępem, którym jest pierwszy numer). Na szczęście kiedy to przetrwacie, dostaniecie wyśmienite rozstawienie pionków i doprawdy wybuchowy finał. A to wszystko w sześcioczęściowej historii "Trashed". Ale co ciekawego jest w zakładaniu państwa na wyspie zbudowanej ze śmieci? Hmmm... Ogromna ośmiornica? Zmutowane mewy? Piraci? Tubylcy? Tak, tubylcy. No przynajmniej będący na dryfującym wysypisku dłużej od głównego bohatera. Już wyspa ze śmieci wydaje się absurdalna (a jest prawdziwa), a co dopiero kiedy twórca zacznie wymyślać tam rzeczy. Na pewno nie jest wtórnie.

Do tego Martin Morazzo prezentuje dobrą oprawę graficzną. Co prawda postacie ludzie wychodzą mu co najwyżej przeciętnie, za to plenery wypadają wręcz rewelacyjnie. Szczególnie, kiedy będziemy patrzeć na tony śmieci, które otaczają Chase'a. Dzięki temu rysownik pokazuje, że jest coś, w czym jest uzdolniony.

Zatem czy warto sięgać po tą pozycję? Myślę, że tak. Dziesięć dolarów to nie jest szczególnie dużo, a historia zawarta w tym wydaniu zbiorczym jest naprawdę dobra. Do tego ten finał. Dla samego finału powinniście kupić ten komiks. Szczególnie, że historia jest w pewien sposób zamknięta, przez co spokojnie obejdziecie się bez śledzenia dalszej części (chociaż kilka wątków do tego zachęca). W środę w USA wyszedł dwunasty numer serii, czyli ostatni, który ma wejść w skład drugiego wydania zbiorczego pod tytułem "Nation Building". Póki co seria notuje tendencję spadkową i jeżeli ten zeszyt nie będzie równie dobry co szósty, to spokojnie będziecie mogli sobie darować kontynuację.

Tak więc 9,99$ za ciekawy komiks wygląda interesująco. Szczególnie, że do docenienia, nie ma potrzeby sięgania po kontynuację. Jak dla mnie można się tym zainteresować. Tymczasem lecę wynieść trzy i pół worka na śmieci do kontenera naprzeciwko mojej klatki.

lt_35pts.png



lt%20200c%20%5B1600x1200%5D.jpgHaunt vol. 1 TPB
Scenariusz: Robert Kirkman
Rysunki: Ryan Ottley, Greg Capullo
Okładka: Todd McFarlane, Fco Plascencia
Cena: 9.99$
Zawiera: Haunt #1-5
Wydawnictwo: Image Comics

GrayFox: Nigdy nie uważałem i nie mam zamiaru uważać się za skomplikowanego odbiorcę masowych mediów, do jakich niewątpliwie zalicza się komiks superbohaterski i by zwrócić moją uwagę nie trzeba dużo. Moja uwaga została więc skupiona na komiksie Haunt zanim zobaczyłem jakie tuzy nad nim pracują, a podstawową przyczyną był design głównego bohatera - wybełtaj Venoma ze Spawnem i wyjdzie mniej więcej coś takiego jak Haunt. Dla mnie, na pierwszy rzut oka, idealna kombinacja, która ostatecznie zachęciła mnie do sięgnięcia po pierwszy tomik. Jak już mówiłem, by zwrócić na siebie moją uwagę komiks nie potrzebuje dużo. Czy równie łatwo tę uwagę utrzymać, to już troszkę inna historia.

Mamy więc historię dwóch braci, ojca Daniela Kilgore'a, oraz jego brata Kurta, będącego czymś w rodzaju tajnego agenta. Obaj znajdują się o lata świetlne od bycia przykładnymi obywatelami, tym bardziej, że bardzo widoczna jest ich wzajemna niechęć. Wszystko ma się zmienić pewnego słonecznego dnia, kiedy to Kurt przychodzi wyspowiadać się bratu i odchodzi nie otrzymawszy rozgrzeszenia. To co się dzieje później, powoduje narodziny istoty zwanej Haunt - połączenia ciała jednej osoby, z duchem drugiej.

Pora na kolejną porcję szczerości - nigdy nie czytałem czegokolwiek, do czego swoją rękę przyłożyłby Kirkman, obce jest mi Invincible, obce jest mi komiksowe wydanie Żywych Trupów, nie czuję się więc kompetentny by porównać Haunt z innymi jego dziełami. Historia zawarta w omawianym komiksie jest dość standardowa, antybohater z niepożądaną mocą, który mimowolnie pakuje się w jakąś szerszą kabałę. Do postaci Haunta nie poczułem ani sympatii, ani antypatii, prysła mi gdzieś także magia jego projektu. W komiksie superbohaterskim zwracam szczególną uwagę na złoczyńcę, z którym musi się zmierzyć protagonista i na tym polu Haunt to kompletna porażka. Hurg jest miejscami żenujący, a Cobra absolutnie nie budzi respektu. Pochwalić za to muszę miejscami bardzo fajną relację między braćmi, są dwa takie szczególne momenty, gdzie emocje między tą dwójką były bardzo namacalne i to mi się podobało.

Rysunki są... okropne. Nie znam prac Ryana Ottley'a, a widząc mnóstwo zachwytów pod jego adresem podejrzewam, że stać go na znacznie, znacznie więcej. Tutaj jest absolutnie fatalny, te same postaci często potrafią wyglądać inaczej na różnych kadrach, ich anatomia się drastycznie zmienia, same potworne rzeczy. Podobno gdzieś tam łapę położył Greg Capullo, a że widziałem sporo jego prac, to wiem, że i jego stać na znacznie, znacznie więcej.

Co to dużo mówić, miałem jakieś nadzieje względem tegoż tytułu. Haunt nie zaprezentował nic bym go znienawidził, i nic, bym go pokochał. To natomiast, co ten tytuł ma do zaoferowania równoważy się, a następnie miesza wspólnie w misce nijakości w wyniku czego otrzymujemy produkt, który mnie już osobiście w ogóle nie obchodzi. Za zniweczone nadzieje i zmasakrowane rysunki pociągnę ocenę w dół i przylepię znaczek, że moim zdaniem nie warto poświęcać na ten album czasu i pieniędzy. 1.5/5.

lt_15pts.png



lt%20200d%20%5B1600x1200%5D.jpgLazarus vol. 1 - Family TP
Scenariusz: Greg Rucka
Rysunki: Michael Lark, Brian Level, Stefano Gaudiano
Okładka: Michael Lark
Cena: 9.99$
Zawiera: Lazarus #1-4, Lazarus Prequel
Wydawnictwo: Image Comics

GrayFox: Nie ma czego przed wami ukrywać - u mnie sprawa z komiksami wygląda tak, że jeśli już czytam, to ograniczam się do Marvela. Dlaczego? To już nieco zamierzchła historia TM-Semic, kreskówki Spider-Mana i tak dalej. Od niedawna jednak próbuję to w jakiś sposób zmienić i wskoczyć w inne komiksowe uniwersa za pośrednictwem tytułów, które niejednokrotnie spotykają się z bardzo pochlebną opinią, a ja w swoim nieokrzesaniu jakoś konsekwentnie je omijałem. Swą nową przygodę, rozpoczętą dzięki forumowej braci oraz niniejszemu wydaniu Living Tribunala postanowiłem rozpocząć od czegoś nowego, czegoś świeżego. Padło na Lazarus, autorski projekt Grega Rucki i Michaela Larka dla wydawnictwa Image Comics.

Wyobraźcie sobie świat, w którym podstawowym elementem, na podstawie którego dzielone jest społeczeństwo jest bogactwo. Na szczycie nowej piramidy społecznej stoją Rodziny, które troszczą się o nielicznych, którzy są dla nich w szczególny sposób użyteczni. Cała reszta to tak zwane Nieużytki. Jednak każda Rodzina posiada w swoich szeregach osobę, której zapewnia najlepsze wsparcie medyczne i technologiczne na jakie tylko może sobie pozwolić, czyniąc z tej osoby niezwyciężonego, nieskończenie lojalnego strażnika - Lazarusa. Historia pełna zdrady, poświęcenia, knowania, miłości i krwi, która jest zawarta w omawianym tomie jest przedstawiona oczami Lazarusa rodziny Carlyle, kobiety o imieniu Forever.

Historia stworzona pod piórem Rucki jest bardzo emocjonująca, bardzo dobrze poprowadzona, każdy z zeszytów wchodzących w skład tego skromnego tomiku jest bardzo dobrze zbalansowany, wciągający i intrygujący. Dialogi tylko potęgują to doznanie, są bardzo naturalne i mówią coś o postaciach, z którymi mamy aktualnie do czynienia. Jego Forever po prostu nie da się nie lubić, tak samo jak Joacqiuma, mimo iż pojawia się na niewielkiej ilości kadrów. Sama koncepcja świata jest dla mnie małym majstersztykiem, bo to coś osiągniętego bardzo prostymi środkami, a jednak na swój sposób unikalnego i autentycznego.

Za rysunki odpowiada przede wszystkim nie kto inny jak wyśmienity Michael Lark, znany wam, fanom Domu Pomysłów choćby z ilustrowania przygód Daredevila, pisanym wówczas przez Eda Brubakera. Ilustracje są mroczne, surowe, kiedy trzeba bardzo dynamiczne. Moje ulubione rysunki z omawianego tomu to te otwierające Lazarus #1. Małe arcydzieło. Bardzo podoba mi się też samo przedstawienie przez Larka postaci Forever. Jest kobietą, i to jak na bohaterkę komiksową przystało, bardzo ładną kobietą, ale nie jest typową seksbombą, biegającą wokół w obcisłym wdzianku. Jest wysoka, potężna, praktyczna - nie jest kobietą idealną, tylko idealnym żołnierzem. I o to chodzi. Chciałbym zwrócić też uwagę na jedną rzecz - w trzecim i czwartym numerze Larkowi pomaga dwóch innych rysowników, i konia z rzędem temu, który mi wskaże który z nich odpowiadał za poszczególne elementy komiksu, bo ja naprawdę nie wiem. Brak takiego dysonansu to coś, co zawsze pochwalam w podobnych sytuacjach.

Miałem się na koniec przyczepić do długości albumu, ale po namyśle stwierdziłem, że to nie jest wada. Cztery numery to bardzo dobrze skompresowana, stojąca na wysokim poziomie historia, okraszona bardzo ładnymi ilustracjami, przedstawiająca interesujący świat i pozostawiająca z gorącym pragnieniem dalszej lektury. Dlaczego miałbym nie wystawić temu komiksowi maksymalnej możliwej oceny, skoro to wspaniale spędzony czas? No właśnie, ja też nie widzę przeciwwskazań. 5/5.

lt_5pts.png



lt%20200e%20%5B1600x1200%5D.jpgMorning Glories vol. 1 - For A Better Future
Scenariusz: Nick Spencer
Rysunki: Joe Esima
Okładka: Rodin Esquejo
Data wydania: 03.2011
Cena: 9.99 $
Zawiera: Morning Glories #1-6
Wydawnictwo: Image Comics

Rodzyn: Kilkakrotnie zabierałem się za rozpoczęcie przygody z Morning Glories. Od 2010 roku, kiedy seria zaczęła być wydawana nieustannie spotykałem się z pozytywnymi ocenami tego autorskiego dzieła Nicka Spencera. W końcu w ostatnie wakacje trafiło w moje ręce dwadzieścia pierwszych numerów tej serii, które przeczytałem w ciągu jednego dnia. Czy było warto? Skupmy się tym razem na pierwszym tomie.

Historia opowiada o szóstce nastolatków, którzy dostają się do tytułowej szkoły dla szczególnie uzdolnionych - Morning Glory Academy. Jest ona jedną z najbardziej renomowanych na świecie, a jej absolwenci są światowej sławy naukowcami. Do grupy głównych bohaterów należą: Cassey - piękna i inteligentna blondynka, córka byłego żołnierza; Zoe - brunetka, której początkowo jedynym celem w nowej szkole wydaje się być zdobycie popularności i jak największej ilości chłopaków; Hunter - miłośnik popkultury, wychowywany samotnie przez ojca, mający pewne problemy z punktualnością; Ike - pochodzący z bogatej rodziny, oskarżany o zabójstwo ojca, manipulujący innymi i dbający tylko o własne interesy; Jun - tajemniczy chłopak z Japonii i Jade - emo dziewczyna, która po dotarciu do akademii załamuje się, gdy po tym jak dzwoni do ojca, ten twierdzi, że nie ma córki i jej nie zna. Cała szóstka bohaterów szybko orientuje się, że szkoła i jej personel nie należą do najnormalniejszych, a śmierć może ich spotkać na każdym kroku. Ich życie szczególnie uprzykrza im Pani Daramount, nauczycielka i córka dyrektora. Głównym celem nastolatków staje się więc ucieczka ze szkoły. Nie jest to jednak łatwe zadanie, zwłaszcza, że niektórzy z nich nie działają fair, a każdy ukrywa jakąś tajemnicę.

Pierwszy tom Morning Glories okazuje się godną polecenia lekturą. Historia rozwija się w ciekawym kierunku, a wraz z odkrywanie kolejnych tajemnic pojawiają się nowe. Bohaterzy stworzeni przez Nicka Spencera nie są jednowymiarowi, przez co z niemałym zainteresowanie śledzi się ich pierwsze przygody w nowej szkole. Kolejne zeszyty składające się na ten tom pełne są także humoru, a ich ponowne przeczytanie po sięgnięciu po następne tomy może nas nieraz zaskoczyć i rzucić nowe światło na dalsze losy postaci. Zaskakujące w tym komiksie są także rysunki. Ostre i charakterystyczne kadry w wykonaniu Joego Esimy, to również duży plus tego albumu. Wątpię, by mroczniejsza stylistyka, mimo takiej historii, sprawiłaby się równie dobrze. Warto też pochwalić okładki tworzone przez Rodina Esquejo, będące ciekawym dopełnieniem strony wizualnej.

Morning Glories: For A Better Future jest więc, jak już napisałem, komiksem godnym polecenia. Zarówno scenariusz jak i rysunki są dużym atutem tego albumu, a sam komiks jest jednym z lepszych ongoingów wydawanych teraz przez Image Comics. Cieszy więc, że Nick Spencer znalazł pracę w Marvelu i mam nadzieję, że oprócz Superior Foes of Spider-Man stworzy inne bardzo dobre historie, dorównujące poziomem do recenzowanego tu albumu. 4/5.

lt_4pts.png



lt%20200f%20%5B1600x1200%5D.jpgPhonogram: Rue Britania
Scenariusz: Kieron Gillen
Rysunki: Jamie McKelvie
Cena: 14,99$
Zawiera: Phonogram #1-6
Wydawnictwo: Image Comics

Kuba G: Wyobraźcie sobie, że Hellblazer zamiast być politycznym komentarzem pod przykrywką okultyzmu jest dialogiem z popkulturą w konwencji modern fantasy. Wyobraźcie sobie, że John Constantine do magii używa utworów Blur i walczy nie z sektami czczącymi Nergala, a z bandą magów, którzy chcą przywrócić do życia zmarłą przed niespełna dwiema dekadami boginię britpopu. Innymi słowy (a właściwie parafrazując tekst z tylu okładki wydania zbiorczego), wyobraźcie sobie świat, w którym muzyka jest magią, a piosenki mogą ratować życie lub zabić. Trudno sobie to wyobrazić? To jeszcze lepiej, jeszcze jeden powód by przeczytać ten komiks.

Phonogram dorwałem kiedyś tylko dlatego, że zachęciła mnie notka wydawcy i bardzo dobre opinie od Warrena Ellisa. Kupiła mnie idea świata, w którym muzyka jest mistyczną siłą w miejsce systemów religijnych, a popkultura jest filozofią. Co fajniejsze, nie wiedziałem wtedy jeszcze kim był autor komiksu, a rysownika kojarzyłem tylko z lekkiej miniserii Suburban Glamour. Z czasem ten nieznany jeszcze scenarzysta - Kieron Gillen, stał się jednym z ważniejszych młodych twórców komiksowych, a rysownik Jamie McKelvie opanował światek indie ilustrując coraz więcej tytułów, ozdabiając grafiką albumy i plakaty tras koncertowych. Innymi słowy, to Phonogram zaczął na poważnie karierę tych dwóch całkiem popularnych obecnie typów.

Nie wiem czy da się spoilerować ten komiks. 3/4 zabawy przy lekturze to wyszukiwanie cytatów i nawiązań do brytyjskiej muzyki popularnej, które w wypadku tego komiksu wcale nie ograniczają się tylko do pierwszej polowy lat '90. Oczywiście może to być momentami trudne dla ludzi, którzy przespali te lata, zupełnie zignorowali, lub po prostu ich wiek nie pozwala im cokolwiek kojarzyć z brytyjskiego popu i rocka tamtych lat (ale też nie powinno to tak łatwo zniechęcać). Ten komiks to list miłosny do muzyki (ogólnie) i młodości ubrany w konwencje modern fantasty. A dlaczego młodości też? Tu ciekawostka, Gillen wzoruje obsadę na samym sobie i ludziach, których znał (Gillen jest tu pierwowzorem protagonisty serii Dave'a Kohla).

Image zaoferowało nam jeden (w mojej opinii) jeden z najoryginalniejszych komiksów ostatnich lat, historia phomonacerów (tak nazywają się magowie używający muzyki) i ich osobistych dramatów, które w tym świecie przybierają rozmiary intryg mogących doprowadzić do końca świata. 5/5.

lt_5pts.png



lt%20200g%20%5B1600x1200%5D.jpgRavine vol. 1 TP
Scenariusz: Stjepan Sejic, Ron Martz
Rysunki: Stjepan Sejic
Okładka: Stjepan Sejic
Data wydania: 20.02.2013
Liczba stron: 160
Cena: 14.99$
Wydawnictwo: Image Comics, Top Cow

Sc0agar4k: Nim przejdę do konkretów, chciałbym byście odpowiedzieli sobie, drodzy czytelnicy, na kilka pytań. Czy lubicie szeroko pojęte fantasy? Czy przeżywaliście historię Aragorna i jego towarzyszy? Ich podróże i przygody? Czy śledziliście z zapartym tchem walkę o tron w Westeros? Zdrady, knowania i intrygi? Nie wyobrażacie sobie fantasy bez smoków? I najważniejsze pytanie: jesteście wielkimi fanami komiksów? Jeżeli na większość pytań odpowiedzieliście twierdząco, to mam dla was coś specjalnego.

Tytułem, o którym myślę, to Ravine, autorstwa Stjepana Sejica i Rona Martza. Moim zdaniem najlepsza powieść graficzna jaka powstała w tym roku. Jest to bezapelacyjnie zasługa rysunków Sejica, ale również fabuła, którą napisał wraz z Martzem wiele jej nie ustępuje.

Akcja rozgrywa się w świecie z mroczną historią, wypełnionym magicznymi przedmiotami i pełnym niespotykanych wcześniej nacji. Autorzy już od samego początku wrzucają nas w wir wydarzeń. Poznajemy losy Steina Phaisa i Lynn de Luctes. Oboje są zupełnie z różnych światów, mają zupełnie inne cele i oczekiwania. Ich losy niespodziewanie się splotą i okaże się, że łączy ich więcej niż myśleli. Oczywiście przez całą powieść postaci pojawia się więcej, poruszonych wątków jest bardzo wiele. Ci uznani za zmarłych powracają do żywych, spiski i tajemnice są na porządku dziennym. A gdyby tego było mało, to są jeszcze smoki. Nigdy nie należy zapominać o smokach. One odgrywają jedną z ważniejszych roli w tej historii. A ta naprawdę wciąga mocno i z każdą kolejną przeczytaną stroną chciałem więcej.

Jeżeli porównać fabułę Ravine do naszego ulubionego ciasta, to oprawa graficzna jest polewą, która pokrywa je całe i sprawia, że ten smak pamiętamy jeszcze bardzo długo po ostatnim kawałku. Nie pamiętam już czy widziałem prace Sejica wcześniej czy Artifacts było pierwszym komiksem, w którym zobaczyłem jego prace. Jedno jest natomiast pewne. Zakochałem się w tych rysunkach. Są bardzo wyraziste, szczegółowe. Zapierają dech swoją dynamiką. Patrzysz na nie i nie możesz oderwać od nich wzroku.

Od bardzo dawna jestem wielkim fanem fantasy. Przeczytałem niezliczoną ilość książek w tym gatunku (niektóre po kilka/naście razy), zagrywałem się w gry w tym klimacie czy też oglądałem film za filmem. Sejic swoim dziełem chwycił mnie za serce. Gdyby ten artysta tworzył coś dla Marvela, miałbym kogo forsować do zwycięstwa. Jest to bezwzględnie mój ulubiony artysta. Dzięki niemu sięgnąłem po coś nowego i jak wspominałem swego czasu na forum, Ravine jest moją pierwszą pozycją spoza Marvela, która pojawiła się w mojej kolekcji i mam nadzieję, że vol. 2 trafi do mnie jeszcze w tym roku (niestety szanse marne, bo premiera przesunięta (again!) na koniec stycznia). Co tu dodać więcej? Słowa nie oddadzą tego. Trzeba to po prostu zobaczyć na własne oczy. Zachęcam do sięgnięcia po tę pozycję. Jeżeli kochacie dobre fantasy, nie zawiedziecie się ani przez chwilę. Pięć Grimlasów dla pięciu Wandererów.

lt_5pts.png



lt%20200h%20%5B1600x1200%5D.jpgSaga vol. 1
Scenariusz: Brian K. Vaughan
Rysunki: Fiona Staples
Data wydania: 10 października 2012
Cena: 9,99 $
Zawiera: Saga #1-6
Wydawnictwo: Image Comics

Rodzyn: Saga to laureat trzech Nagród Eisnera. To chyba coś znaczy, prawda? Mimo bardzo dobrego przyjęcia tego komiksu przez krytyków, budzi on jednak wiele kontrowersji. Głównie ze względu na obecność nagości, wulgarności, seksu i pewnie paru innych podobnych elementów. Ale czy to właśnie one powinny zaważyć na ocenie albumu?

Komiks rozpoczyna się sceną narodzin córki Alany i Marco. Ona - porywcza kobieta pochodząca z planety zamieszkałej przez ludzi związanych z nauką i technologią. On - pacyfista z księżyca będącego satelitą tej planety, zamieszkałego przez ludzi posługujących się magią. W ich związku nie byłoby nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ich rodacy toczą ze sobą od wielu lat wojnę. W związku z tym oboje stają się osobami poszukiwanymi przez władze obu stron konfliktu. W pościg za nimi rusza m. in. para łowców głów - The Will i The Stalk. Pierwszy z nich to człowiek, któremu w podróżach towarzyszy Lying Cat, kot potrafiący rozpoznawać kłamstwa. Jest to też mężczyzna, który mimo wykonywanego zawodu, stara się postępować zgodnie z kilkoma zasadami moralnymi. Drugi to kobieta o wyglądzie przypominającym pająka. Oboje mają za zadanie zabić Alanę i Marco oraz przechwycić ich córkę. Oboje także dość dobrze się znają, a ich dawne relacje wpływają na podejmowane decyzje. Para kochanków jest także celem Prince Robot IV, który dopiero co wracając z frontu, zostaje wysłany na tę misję. Jest on przedstawicielem humanoidalnej rasy o głowach będących odbiornikami telewizyjnymi. Na swojej drodze Alana i Marco natrafiają nie tylko na ich poszukiwaczy, ale także na inne istoty zamieszkujący to uniwersum. Poznają np. będącą duchem Izabel oferująca im pomoc w ucieczce z planety, na której razem są uwięzieni.

Historia Alany, Marco i ich córki Hazel zawarta w pierwszym zbiorczym tomie rozpoczyna zapewne wielotomową opowieść z pogranicza fantasy i science-fiction. Oba te gatunki mieszają się tu na każdym kroku dając nieoczekiwane efekty. Scenariusz Vaughana jest zaskakujący. Pokazuje on nam bogate uniwersum, z wieloma interesującymi gatunkami jak np. ten, którego przedstawicielem jest Prince Robot IV czy też zadziwiającymi planetami np. odwiedzany przez The Will Sextillion, którego mieszkańcy oferują wszelakie usługi seksualne. Ciekawym zabiegiem okazuje się wybranie na narratora nowonarodzonej Hazel, która opowiada te historię z perspektywy kilkunastu/kilkudziesięciu lat. Atutem komiksu są oczywiście także rysunki. Fiona Staples wdarła się dzięki Sadze do pierwszej ligi współczesnych artystów komiksowych. Jej lekka kreska sprawdza się zarówno w scenach statycznych, gdy możemy skupić się na rozwoju relacji Alany i Marco, jak i w dynamicznych scenach walki. Podobają mi się też projekty postaci. Część strojów jakby nie pasująca do bohaterów, a jednak ciekawie kontrastująca np. Prince Robot IV mimo iż jest istotą roboto podobną nosi stroje znane nam z oświecenia.

Wróćmy jednak do postawionego na początku pytania. Moim zdaniem, te elementy są integralną częścią historii i ich brak byłby pewną niekorzystną stratą. Czy mogą one bulwersować? Pewnie tak. Uważam jednak, że Vaughan niczego nie umieszcza bez potrzeby. Nie przeważają też one nad historią, z którą każdy, mimo swoich uprzedzań, powinien się zapoznać. Dla mnie jest to historia warta pięciu Lying Cats na pięć.

lt_5pts.png



lt%20200i%20%5B1600x1200%5D.jpgThe Sleeper Omnibus
Scenriusz: Ed Brubaker
Rysunki: Sean Philips
Zawiera: Point Blank #1-5, The Sleeper #1-12, Coup d'Etat: The Sleeper #1, Coup d'Etat Aftermatch: The Sleeper, The Sleeper vol. 2 #1-12
Wydawnictwo: DC/Wildstorm

Demogorgon: W nadchodzącym roku wiele uwagi już przykuwa zapowiadany przez Marvel komiks Avengers Undercover, w którym ocalali z katastrofy, jaką był poprzedni komiks autora, Avengers Arena, młodzi superbohaterowie wyruszają zinfiltrować Masters of Evil i muszą zmierzyć się z pokusą przejścia na stronę zła. I ja już wiem, że to będzie ssało, ponieważ scenarzysta popełnił ten sam błąd, jaki zgubił go przy Avengers Arena - postawił sobie poprzeczkę za wysoko. Tak jak w tamtym komisie spróbował stworzyć Marvelowy odpowiednik Battle Royale i zadanie go przerosło, tak w tym tytule ponownie chce zrobić swoją wersję kultowego tytułu, tylko z postaciami ze świata Marvela. I ponownie mu się nie uda. Bo za cel wyznaczył sobie serię The Sleeper, autorstwa, znanego z Incognito oraz Criminal, duetu Ed Brubaker i Stean Phillips. A komiksowi tego kalibru ktoś taki jak on nigdy nie podoła.

Podzielony na dwa sezony, Sleeper opowiada historię Holdena Carvera, agenta służb specjalnych, który na jednej z misji miał pecha zostać odmienionym przez artefakt z innego wymiaru. Jego przełożony, John Lynch, wykorzystał okazję oraz niefortunną śmierć towarzyszy Carvera i nakłonił go do udziału w specjalnej misji. Wydarzenia z tego dnia zostały sfałszowane, oficjalna wersja głosi, że Holden zabił towarzyszy i uciekł z artefaktem. Wszystko po to, aby mógł zinfiltrować syndykat super złoczyńców, na którego czele stoi TAO - sztuczny człowiek i super geniusz, obdarzony hipnotycznym głosem. Jego sekret znał tylko Lynch. Sprawa skomplikowała się więc, kiedy ten został postrzelony i zapadł w śpiączkę. Pozbawiony wszelkich kontaktów, naznaczony jako zdrajca przez własną organizację i wciąż wzbudzający podejrzenia w syndykacie, Holden będzie potrzebował całego swego sprytu i bezwzględności, aby przeżyć. Co jednak, jeśli życie poza prawem zacznie go pociągać?

Chociaż osadzony w świecie Wildstorm, Sleeper istnieje gdzieś na poboczu, robi spokojnie swoje, nie przejmując się wiele tym, co porabiają inni bohaterowie tego świata. Nie oznacza to, że nie uświadczymy tu pewnych gościnnych występów. Niemałą rolę, zwłaszcza w prequelu do serii, mini serii Point Blank, odgrywa znany z Wild C.A.T.S. Grifter, a na pewnym etapie TAO wywołuje crossover "Coup d’Etat", gdy jego manipulacje doprowadzają do konfliktu między rządem USA, a grupą The Authority. Jednak przez większość czasu skupiamy się na losach Holdena i jego zbrodniczych kompanów, z okazjonalnym zajrzeniem za scenę gier prowadzonych przez TAO oraz inne frakcje. Brubaker buduje fascynujący i wielopoziomowy obraz przestępczego półświatka, pełen intrygujących postaci. Całość ma dziwny klimat, który można porównać do hybrydy filmu noir, thrillera szpiegowskiego oraz cyberpunku. Jest pięknym przykładem na to, jak pojemny jest gatunek komiksów superbohaterskich, gdzie koło siebie mogą swobodnie koegzystować elementy z tak odmiennych źródeł. Sporo jest smaczków, które sprawiają, że życie super złoczyńców staje się bogatsze i bardziej trójwymiarowe. Sama idea opowiadania sobie origin stories jest interesująca.

Postacie drugiego planu często wpisują się w schematy - krwiożerczy, ale w sumie nie taki zły mięśniak, piękna femme fatale, wspaniały manipulator, zmęczony życiem detektyw alkoholik, podejrzliwy i okrutny pomagier szefa, bezwzględny dyrektor tajnych służb - jednak to nie przeszkadza bo, mimo wszystko, Brubaker dba, aby były to postacie z krwi i kości, z sensownymi motywacjami i charakterami. Nie są niczym nowym, ale w swojej krasie są wspaniałymi przykładami dobrze wykonanej roboty. Oczywiście jest też Carver, nasz protagonista i narrator, którego poznajemy najlepiej. To interesujący bohater – przebiegły i nie pozbawiony skrupułów, cynik, któremu dalej pozostało trochę ideałów, wierzący w dobro, jednak kuszony przez ciemną stronę - oglądanie jak kombinuje, miota się, waha i przemyka w grze potęg jest samą przyjemnością.

Rysunki Seana Phillipsa to klasa sama w sobie, podobnie jak w Incognito oraz Criminal, stanął on na wysokości zadania – oprawa graficzna pomaga tworzyć dokładnie taką mroczną, ponurą atmosferę, jakiej ta seria potrzebuje. Kto lubi jego prace w tamtych tytułach, pokocha je tutaj.

Jeśli ktoś z was zastanawia się nad kupnem Avengers Undercover, niech raczej kupi sobie ten Omnibus, lub jedno z mniejszych wydań zbiorczych Sleepera. Rozrywka na poziomie, na który Hopeless i Walker nigdy nie zdołają się wzbić, choćby mieli latający samochód. Bo zwyczajnie nie mają tej samej klasy co Brubaker i Phillipis. I chociaż jest kilka słabszych momentów, ode mnie pięć originów super złoczyńców na pięć.

lt_5pts.png



lt%20200j%20%5B1600x1200%5D.jpgTransmetropolitan vol. 1: Back On The Street
Scenariusz: Warren Ellis
Rysunki: Darrick Robertson
Zawiera: Transmetropolitan #1-6
Wydawnictwo: DC/Vertigo

Demogorgon: Spider Jerusalem. Skończony cham ze skłonnością do przemocy, szaleniec o ostrym języku, ćpun pozbawiony szacunku dla jakichkolwiek świętości, szuja uzbrojona w urządzenie zakłócające pracę zwieraczy. Jak ja kocham tego gościa. Jest dla mnie swego rodzaju idolem, co wyjaśnia pewnie niekiedy moje zachowanie. Żyjący w futurystycznym świecie wytwór kombinacji Huntera S. Thompsona z niesfornym Id Warrena Ellisa, Spider jest dziennikarzem, który kilka lat temu napisał książkę o wyborach prezydenckich. Książkę tak dobrą, że do tej pory na prezydenta wszyscy mówią Bestia. Zyskana sława przeraziła Jerusalema, który uciekł i zaszył się w górach. Gdy jednak jego wydawca domaga się kolejnych dwóch książek, do których zobowiązuje kontrakt, Spider nie ma wyboru i musi wrócić na ulice cyberpunkowej metropolii, znanej tylko jako Miasto. W tym fascynującym świecie przyszłości, tak dziwnym i odmiennym od naszego, że wydaje się groteskowy, ludzkość posunęła się daleko do przodu, jednak nie była to zmiana ani na lepsze, ani na gorsze. Z jednej strony mamy akceptację nie tylko dla rzeczy, które dzisiaj mogą prowadzić do wyalienowania, jak homo, bi- oraz transseksualizm czy wszelkiego rodzaju piercing i tatuaże na ciele, ale też dla innych rodzajów "odstępstw od normy", które je zastąpiły. Z drugiej, pojawiają się nowe sposoby życia, które są uważane za dziwactwa, jak na przykład Transientyzm, czyli wszczepianie sobie DNA obcych. Ludzkość zrobiła ogromny krok naprzód, jednak dalej pozostała sobą. Dalej szerzy się korupcja, biedni dalej są biedni, bogaci dalej są bogaci, sex dalej jest traktowany jako biznes, media i komercjalizacja wbijają się w ludzkie życie, a religie wszelkiej maści (a w pry złości czci się nawet Gartha Ennisa) zniewalają masy. Jednak ludzie dalej chcą wieść spokojne życie, kochać się, bawić, śmiać, spełniać zawodowo, podążać za ambicjami, zażywać zwykłych przyjemności. Silnie stojąc obydwoma nogami w nurcie post-cyberpunku, Ellis prezentuje nam świat przyszłości, jakiego pewnie nie chcemy, ale też jakiego się nie obawiamy. I zapewne taki, jaki dostaniemy. W tym środowisku Spider czuje się jak ryba w wodzie i zabiera nas na dziką przejażdżkę. Jest fascynującą postacią, bo od pierwszej chwili jest jasne, że mamy go nie lubić, ale z czasem dostrzegamy, że w całym swoim szaleństwie on jednak czyni świat lepszym miejscem. Jego definiującym momentem nie jest kiedy wydzwania do programów telewizyjnych i terroryzuje gości, ani kiedy demoluje konwent wszelkiego rodzaju religii. To ta chwila w której on się zamyka, przestaje szaleć i zaczyna opowiadać o cudzych zbrodniach i tragediach. Wtedy widzimy, że chociaż socjalnie to najgorszy robak na Ziemi, to moralne jest prawdopodobnie jednym z bardziej prawych bohaterów, jakich dał nam Warren Ellis. Całość jest przedstawiona w pięknych rysunkach Darricka Robertsona, który zaskakuje bogactwem detali zarówno ludzi, jak i scenerii - ten świat żyje i oddycha pełną piersią. To wszystko sprawia, że Transmetropolitan to jeden z najlepszych komisów, jakie w życiu czytałem. Ode mnie - pięć kolumn w The Word na pięć.

lt_5pts.png



lt%20200k%20%5B1600x1200%5D.jpgZot! Book 1
Scenariusz: Scott McLoud, Kurt Busiek (konsultant)
Rysunki: Scott McLoud
Zawiera: Zot! #1-10
Wydawnictwo: Kitchen Sink Press

Demogorgon: Życie Jenny, normalnej nastolatki, zmienia się na zawsze, gdy wkracza w nie Zachary - przystojny, czarujący młodzieniec z innego świata, gdzie jest znany jako Zot. W jego stronach Ziemia w roku 1965 jest o wiele bardziej zaawansowana niż w naszym w latach osiemdziesiątych, czy nawet obecnie. Ta utopia stawia czoła kryzysowi w postaci wrogich zapędów sąsiedniej planety, Syriusza. Ktoś wykradł najświętszy relikt militarnego sąsiada - klucz do drzwi na końcu Wszechświata. Gdy klucz wpada w ręce Jenny, ona i jej brat, Butch, udają się za Zotem do tej alternatywnej rzeczywistości. Jednak wszystko komplikuje się, gdy klucz zostaje ponownie skradziony, a Butch zamieniony w małpę.

Scott McLoud jest obecnie najbardziej znany z dwóch książek w formie komiksu - Understanding Comics oraz Making Comics, wspaniałych przewodników dla każdego, kto chce sam tworzyć komiksy albo przynajmniej lepiej je rozumieć. Zanim jednak pokazał nam ten świat od podszewki, sam spędził trochę czasu poznając go. Zost! jest zapewne najlepiej znanym z owoców jego pracy z tamtego okresu. Z jednej strony jest to wyraz sprzeciwu wobec komiksów o superbohateach głównego nurtu, które stawały się coraz bardziej ponure i brutalne. Z drugiej jednak jest też trybutem złożonym wszystkim wizjom przyszłości, jakie się nie ziściły - czy to na utopijnej, futurystycznej Ziemi, czy dystopicznej policyjnej planecie, jaką jest Syriusz, McLoud skład raz za razem hołd klasykom science-fiction. Jego styl pisania i rysunku nadaje jego światu życia i bogactwa, a sposób w jaki łączy inspiracje zachodnimi oraz wschodnimi (jedną z pozycji, które miały wpływ na autora był w końcu Astro Boy Osamu Tezuki) pozycjami daje efekt wyjątkowo Europejski - w czasie lektury przypomniał mi się rodzimy Kosmiczny Detektyw, co obudziło piękne wspomnienia z dzieciństwa. W tym wszystkim jest poczucie przygody, która czeka za każdym zakrętem, co nie oznacza, że ścieżka naszych bohaterów będzie usłana różami - wręcz przeciwnie, czeka ich wiele smutku i trudności. Jednak mimo tego, komiks zawsze ma swoja sympatyczną atmosferę i poczucie, że na końcu drogi czeka szczęśliwe zakończenie. Trzeba na nie tylko zapracować. W wyniku tego to piękny klejnot, sympatyczna opowieść rozrywkowa dla fanów w każdym wieku. Tylko z powodu paru słabszych stron dostanie trzech i pół ludzi zamienionych w małpy na pięciu. Polecam gorąco.

lt_35pts.png
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.