Avalon » Publicystyka » Artykuł

Marvel Knights #1

Niby wszyscy siedzący na tej stronie mamy jedną wspólną zajawkę, komiks, ale w obrębie tego każdy ma swoje mniej lub bardziej sprecyzowane preferencje. I tak w obrębie tego tygla amerykańskiego komiksu superbohaterskiego obserwuję tarcia między ludźmi, dla których nie powstało nic ponad X-Men, tych, którzy woleli wybrać komiksowy kosmos (i jeszcze tych, którzy chcieli by ten kosmos najlepiej nie miał nic wspólnego z postaciami ziemskimi). Ludzie, którzy śledzą każdy komiks z nastoletnimi postaciami, które po czasie zaczynają funkcjonować na zasadzie "redshirts" (KMWTW), lub Ci, którzy twardo od lat szczenięcych śledzą w kółko te same postaci głusi na to ile nowych rzeczy ich mija. Między tymi ludźmi są też tacy jak ja, którzy wśród trykociarstwa wybrali sobie przystań zwaną "street level".
mkhead


a

Niby wszyscy siedzący na tej stronie mamy jedną wspólną zajawkę, komiks, ale w obrębie tego każdy ma swoje mniej lub bardziej sprecyzowane preferencje. I tak w obrębie tego tygla amerykańskiego komiksu superbohaterskiego obserwuję tarcia między ludźmi, dla których nie powstało nic ponad X-Men, tych, którzy woleli wybrać komiksowy kosmos (i jeszcze tych, którzy chcieli by ten kosmos najlepiej nie miał nic wspólnego z postaciami ziemskimi). Ludzie, którzy śledzą każdy komiks z nastoletnimi postaciami, które po czasie zaczynają funkcjonować na zasadzie "redshirts" (KMWTW), lub Ci, którzy twardo od lat szczenięcych śledzą w kółko te same postaci głusi na to ile nowych rzeczy ich mija. Między tymi ludźmi są też tacy jak ja, którzy wśród trykociarstwa wybrali sobie przystań zwaną "street level".

Nie wiem ilu z Was miało w życiu sytuację, że wraz z osiąganiem następnych szczebli wtajemniczenia w byciu tępym nastolatkiem, odcinaliście się od rzeczy, które były dla Was zbyt dziecinne. Jedną z ofiar takich przemian u mnie o mały włos nie były komiksy. Uniknąłem tego tylko dzięki dwóm komiksom. Pierwszym był wychodzący od 1999 roku polski Produkt, drugim był wydany u nas jakoś w 2004 Daredevil: Diabeł stróż ("Guardian Devil" oryginalnie wydany w 1998 roku). O ile dzięki "Produkt" utrzymałem swoje zainteresowanie komiksem jako medium (nie tylko dzięki ich komiksom, ale głównie dzięki publicystyce sto razy bardziej przystępnej niż to co dostaliśmy min. w "Świecie komiksu"), to wydany przez Egmont Daredevil wkręcił mnie ponownie w superhero tak jak 10 lat wcześniej zrobił to Spider-Man z TM-Semic. Egmont wydał wtedy jeszcze dwa komiksy, których nie mogę zignorować, Inhumans i Black Widow, obydwa pochodziły z imprintu Marvela, któremu ta rubryka zawdzięcza nazwę.

Reszta jest już historią choroby. Choroby, która rozwijała się wraz z Alias i Daredevilem od Bendisa, wkręceniem się w Heroes For Hire i w konsekwencji Immortal Iron Fist od Brubakera i Fractiona... i oczywiście skłamał bym gdybym nie docenił w tym też komiksów od konkurencji, np. "No Man's Land" dziejące się w Batmanie, revival pulpowych postaci, które serwowało nam np. Dynamite, czy kryminały od Vertigo, Image czy Oni Press, które pozbawione tych trykotów rozwijały moją miłość do tego klimatu opowieści w komiksie.

Jeżeli jesteście gotowi na bardzo monotematyczną rubrykę, skupiającą się głównie praktycznie tylko na ulicznych superbohaterach z Marvela i osiągnięciach imrintu Marvel Knights (gdzie nie tylko uliczne historie prezentowano) to zapraszam.


Czy jest możliwy Daredevil po Marku Waidzie?

b

Powiem szczerze, że gdy ogłoszono, że Mark Waid kończy swój run w Daredevilu starałem się być głuchy na głosy sugerujące, że to tylko zabieg kosmetyczny mający na celu zaserwować nam zbędny numer jeden, podwyżkę ceny i nic wiecej. Moja naiwność kopnęła mnie w zad i Mark wraz z Chrisem Samnee wraca do Daredevila z nowa przygodą wysyłając postać w miejsce, gdzie funkcjonował ostatnio gdzieś tak w pierwszej połowie lat 70. Nie zrozumcie mnie źle, uwielbiam Daredevila od Waida i wcale nie spieszy mi się usunięcie go ze stołka scenarzysty, ale... tak samo uwielbiam kreatywne zmiany na pozycji scenarzysty w tym tytule, bo prawie zawsze w ciągu ostatnich 15 lat szło za tym coś niezwykłego.

Ale czy serio Marvel jest w stanie znaleźć zastępstwo dla Waida na pozycji scenarzysty. Tak aby zaspokoić oczekiwania fanów postaci, którzy nauczyli się w tym temacie być już snobami i jednocześnie nie powielać zbytnio dróg twórczych, które ta postać przeszła wcześniej.

Daredevil vol. 3 jest specyficznym eksperymentem (i pewnie vol. 4 to utrzyma), który pozwala dzisiejszemu czytelnikowi poczuć klimat tej postaci z czasów sprzed zmian, które wprowadził Joe Quesada. Ludzie często porównują Waidowego DD do historii od Stana Lee, z czym ja akurat się nie zgodzę, bardziej porównałbym to do zabiegu, który Grant Morrison przeprowadził w swoim Batmanie, zlał 60 lat postaci w jeden tytuł. I właśnie podobny zabieg stosuje Mark, czytając jego vol. 3 mam wrażenie, że równie mocno inspiruje się scenariuszami Steve'a Gerbera i Gerry'ego Connoway'a (co na bank zobaczymy jeszcze nie raz skoro podobnie jak oni zacznie pisać DD w San Francisco), co Stanem Lee i... Frankiem Millerem. Tak, Frankiem Millerem. Zanim zaczniecie kiwać głowami, gdzie u Waida klimat neo noir, przypominam, że to nie była jedyna twarz tego tytułu, gdy pisał go Miller. Jakby nie patrzeć to Miller miał niesamowity talent do pokazywania Matta w szczęśliwej relacji z miastem (ktoś pamięta scenę z joggerem i Mattem biegnącym po rusztowaniu mostu?) i dokładnie to samo możemy zobaczyć przez cały okres DD od Waida. Kwestie tego, że obecny DD to nie tylko powrót do wesołka, też chyba mogę pominąć w sytuacji, w której pamiętamy motyw Matta i choroby Foggy'ego (czy też sugestie o ponownym załamaniu nerwowym Matta jeszcze w sumie z samego początku runu). Tak, tak właśnie widzę vol. 3, jak 380 numerów pierwszej serii Daredevila w pigułce.

Tylko to dalej nie odpowiada nam, jaki ma być ten Daredevil po Waidzie.

Vol. 2 był serią (ignorując historie "Playing To The Camera"), która powoli zakopywała Matta w mrok jego własnej psychiki, czerpiąc inspiracje głównie z "Born Again", mocno reinterpretując wiele przeszłych motywów tak aby pasowały do nowej, bardzo dramatycznej odsłony serii. To co było silną stroną tej serii (początkowy realizm, inspiracje z proceduralnych dramatów policyjnych, czy właśnie taplanie się w klimacie noir) stało się tez gwoździem do trumny. Zagłębiając się przez 10 lat w historię o upadku postaci, gdzieś trzeba było się podnieść, a po naprawdę poważnych konsekwencjach historii "Shadowland" (która notabene dla odmiany też jest mocno zakorzeniona w historiach jeszcze z czasów vol. 1) wyjścia były dwa: albo kategorycznie odciąć się albo zastąpić bohatera inną jego interpretacją.

Co zabawniejsze podjęto obydwie decyzje. Tak najpierw protektorem Hell's Kitchen został Black Panther, a seria ciągnęła znajomy klimat (choć jednak nie aż tak mroczny), by pozwolić po czasie wrócić postaci w jaśniejszych odcieniach, właśnie dzięki Waidowi.

I to jest problem. Nikt nie liczy na to, że ktokolwiek, kto kiedyś przejmie serię po Waidzie, będzie kontynuował ten klimat. A nawet jeśli to mam problem ze znalezieniem kogoś, kto byłby w stanie zrobić to, zachowując jednocześnie swój styl. Fakt, przez chwile obawiałem się, że osobą, która przejmie serię będzie Matt Fracion, przez sukces swojego Hawkeye'a, ale właśnie profil obydwu serii raczej wyklucza sens prowadzenia przez jednego scenarzystę, dwóch tak podobnych klimatycznie tytułów. Powrót do Daredevila w klimacie Bendis/Brubaker też nie jest rozwiązaniem. Pozwolenie, aby seria tkwiła w takiej sinusoidzie nie jest żadnym rozwiązaniem. Poza tym, czy obecny mainstream oferuje nam scenarzystę, który potrafił by uderzyć w ten klimat (nie licząc Gregga Rucki, ale on tez już swoje 3 grosze w Daredevilu powiedział). Edmondson? Za wcześnie, poza tym dostał szanse w Punisherze i Black Widow. Garth Ennis? Proszę nie. Warren Ellis? Życzył bym sobie tego gdyby nie to, że dostał właśnie szanse na przywrócenie świetności Moon Knighta.

Sytuacje widzę tak, że jedyna szansa na powrót Matta w klimat noir jest znalezienie scenarzysty z doświadczeniem w kryminałach (jak David Liss, który pisał Black Panthera, gdy on przejął obowiązki Daredevila), który jednak potrafił by przenieść powagę opowieści bardziej na otoczenie postaci niż koniecznie na nią samą.

Czy wyjściem jest tu powierzenie historii np. Denise Minie, która po serii kryminałów próbowała sił w komiksie pisząc min. Hellblazera, jak i komiksową adaptację "Dziewczyny z tatuażem"? Tak, ale nie. Taki zabieg bardziej widział bym w miniserii, ot, coś jak Daredevil: Redemption, które dzięki temu, że nie było aż tak powiązane z głównym tytułem nie musiało obawiać się zabiegów cenzorskich (a sama historia była inspirowana autentyczną sprawą w USA).

Moim największym problemem jest to, że scenarzyści, których najchętniej widziałbym w tej serii, mieli już szanse pisać DD, albo kluczyli wokół postaci (jak Liss z Black Panther: The Man Without Fear, czy Anthony Johnston, który wspierał Andego Diggle'a przy końcówce jego runu w DD). I niestety pierwsze nazwisko, które uparcie wraca do mnie, gdy myślę o scenarzyście godnym przejęcia tytułu i zrobienia go po swojemu to wcześniej wspomniany Warren Ellis... Może w tej wyliczance znajdzie się jeszcze Peter Milligan, jeżeli uda mu się wrócić do swojego poziomu, co mam nadzieję udowodni w Shadowman z Valiant, którego właśnie przejął. Na tym pomysły mi się kończą.

Powiem Wam szczerze, że naprawdę nie widzę, kto miałby przejąć Daredevila po Marku Waidzie, dlatego tym bardziej będę z ciekawością czekał na to, komu zostanie powierzony tytuł... kiedyś, bo na razie raczej na dłużej zostajemy z Markiem Waidem, Chrisem Samnee i... San Francisco.


W obronie "Moon Knight by Bendis and Maleev".

c

Dwa razy padło tu nazwisko Warren Ellisa, scenarzysty, specyficznego, diabelnie inteligentnego, oryginalnego i co ważniejsze autora nadchodzącej nowej serii Moon Knight. I tak przy okazji rozmyślań jaki będzie nowy MK i co będzie się działo w głowie Marca Spectora postanowiłem cofnąć się do ostatniej odsłony serii.

Moon Knight vol. 3 pisany przez Bendisa i rysowany przez Maleeva miał być hitem, miał ku temu wszelkie predyspozycje. Hitem nie był, seria została zdjęta po 12 numerach, co by zakończyć pierwsza sagę, która miała pośrednio prowadzić ku eventowi "Age Of Ultron".

Ale czy naprawdę to był tak kiepski komiks? Czy naprawdę twórcom zabrakło magii, którą mieli, gdy pisali niegdyś Daredevila?

Nie. Przynajmniej nie w moich oczach. Seria utknęła przez rozbieżne oczekiwania czytelników i jeden dość kontrowersyjny dla czytelników zabieg wprowadzony przez Bendisa.

Czym były te oczekiwania? Po pierwsze, widząc na okładce nazwiska tych twórców w historii o ewidentnie street levelowym profilu można spodziewać się, że zostaną powtórzone zabiegi znane nam z Daredevila, gdy Bendis i Maleev prowadzili serię (zwłaszcza, że serie promowano też jako prezentacje nieznanego "Kingpina LA"). Można się spodziewać, ale nie powinno. Moon Knight to nie Daredevil, LA to nie Nowy York. Nie można oczekiwać powtórzeń, gdy postacią jest były najemnik z zaburzeniami osobowości w miejsce umęczonego życiem adwokata o wielkim sercu. Podobnie nie można oczekiwać, że postać, której praktycznie cała obsada drugoplanowa została wybita w pień w ciągu lat pisania. Moon Knight nie będzie korzystać z nowych postaci, czy takich, które wyciąga się z zupełnie innego zakątka uniwersum Marvela... a to też dla wielu był nie lada problem w nowej serii.

Tak w skrócie wyglądały problemy ludzi, którzy po MK sięgnęli z nadzieja powtórki z Daredevil: Kingpin Of Hell's Kitchen. Druga stronę stanowili czytelnicy oczekujący Moon Knighta, którego znaliśmy z serii Charliego Hustona. Mrocznego, brutalnego do przesady, niemalże psychopaty. Tego tym bardziej nie dostaliśmy w nowej odsłonie komiksu. Bendis inaczej postanowił uszanować dziedzictwo postaci – umożliwiając mu następna zmianę osobowości, niż naturalnie kontynuować watki poprzedniej sagi.

O ile z perspektywy zmian jakie postać przeszła od czasu debiutu w Warewolf by Night jest to logiczne, to dla nowszych fanów Moon Knight vol. 4, czy Vengeance Of The Moon Knight była to za duża zmiana. Zmiana, która oprócz swojej oryginalności, była też dość ordynarnym rzutem na pieniądze przez wprowadzenie jakby tylnymi drzwiami wizerunków kilku pierwszoligowych postaci Marvela... ale tego nie będę rozwijał, może ktoś nie czytał Bendisowego MK, więc pozwolę sobie na pisanie bez większych spoilerów.

Kiedyś trafiłem na dobra analizę MK, bodajże na CBR. Największym problemem tego komiksu jest to, że 3/4 czytelników traktowało ten komiks podobnie jak każdy inny superbohaterski komiks pisany przez Bendisa w tamtym czasie. I to był błąd. Oczywiście to Bendis, więc dostaniemy tu całą tonę monologów postaci i paradokumentalnych wywodów niby do kamery, które są jego flagowym zagraniem, a część wątków powstanie tylko po to, aby Bendis mógł zamienić go później w żart sytuacyjny (ale przynajmniej unika swojego porzucania wątków, na które braknie mu czasu jak to nagminnie robił w swoich zespołowych komiksach). Ale trzeba pamiętać, że tu cała forma historii jest stworzona po to, aby pokazać, że śledzimy losy niezrównoważonej psychicznie postaci, która zupełnie świetnie czuje się ze swoją popsutą głową (i co ważniejsze... nie jest cholernym Deadpoolem). A wszystko to ma działać w intrydze, która małymi krokami prowadzi do największego eventu planowanego przez Bendisa obok "Secret Invasion" (i podobnie pełny wad event) przy zachowaniu konwencji miejskiego mściciela.

Ten komiks bardziej niż do Daredevila należy przyrównywać do Bendisowej Spider-Woman (też rysowanej przez Maleeva), gdzie konwencja bardziej noir przygód solowej postaci ma przeplatać sie z konsekwencjami dużo większych wydarzeń, a połowa historii to problemy postaci ze swoim aktualnym niestabilnym stanem psychicznym. Tak, oczywiście to samo w pewnym sensie czytaliśmy w Daredevilu, ale jednak pamiętajmy, że mitologia DD, a Moon Knighta i Spider-Woman jest trochę innych rozmiarów. Pisząc Moon Knighta czy Spider-Woman o wiele łatwiej jest ustanowić swoja wizje w opozycji do wcześniejszych odsłon postaci, ignorować przeszłość w celu stworzenia swojej nowej jakości w tytule. Innymi słowy, Bendis pisząc MK nie musiał patrzeć na swój komiks przez pryzmat kamieni milowych pokroju "Born Again" jak miał przy DD.

I gdy patrze z tej perspektywy na te 12 numerów Moon Knighta nie widzę nigdzie porażki.

Dostałem jedna z ciekawszych street levelowych historii w 2010/2011, gdzie tylko Punisher Rucki okazał się lepszy (tak, tak, uważam, że ta historia jest ciekawsza od sagi z "Trybunałem Sów" w Batmanie). Przypadkowo też najciekawszym elementem eventu "Age Of Ultron" okazał się ten pozornie nieistotny prolog właśnie w Moon Knightcie.

I jako ciekawostkę dodam, że w MK pojawiła się drugoplanowa postać, która gdy obecnie czytam ten komiks jakoś za bardzo wygląda jak inspiracja dla niejakiego Johnna Diggle'a w "Arrow" bazującym na komiksie konkurencji. Ale może to widzę już trochę na siłę.



W najbliższej przyszłości:
- Historia Marvel Knights w częściach, czyli jak Marvel potrafił stworzyć nową markę, aby uratować swoje stare marki... a następnie zarzyna kurę znoszącą złote jaja. Czyli kreatywność, korporacyjna Ameryka, niesamowite talenty, które potrafią szybko się wypalić i Joe Quesada.
- Dlaczego Shang Chi zasługuje na historię na poziomie Immortal Iron Fist? Dlaczego ciągle nie może dostać takiej historii? I przykłady z ostatnich lat, że są ludzie, którzy chcieli by wypromować dziś tego jakże ignorowanego komiksowego klona Bruce'a Lee.
- Największym bohaterem Marvela od wielu lat nie jest ani Kapitan od flagi, ani ścianołaz, ani tym bardziej żaden typ czy typiara z genem X. Największym bohaterem jest pewien reporter w wiecznie pomiętej marynarce.
- I pewnie inne rzeczy, które zbytnio będą zaprzątać głowę mą.

Kuba G
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.