Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #327-328 (02.12.2013)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 2 grudzień 2013Numer 47-48/2013 (327-328)


Ponieważ w poprzednim tygodniu ktoś przespał termin oddania numeru do druku, w tym tygodniu Pulse w wydaniu podwójnym. A że Marvel ostatnio wydawał wiele, to i czytania sporo. Zapraszam.
A+X #14
Gil: Zaczyna mnie to już męczyć, bo coraz bardziej widać, że wyczerpują im się pomysły. Pierwsza historyjka jest właściwie o niczym. Kolejna bitka, którą słusznie porównano ze starą platformówką, gdzie wystarczyło przejść parę poziomów, ostukując identycznie wyglądających łotrzyków. Ale przynajmniej mogę dać małego plusa za starcie z bossem tej planszy, bo Mags fajnie sponiewierał MODOKa. Niestety, postacie niezbyt się zgrały, chociaż był tu spory potencjał. Opowiastka druga to ciąg dalszy przypadkowych perypetii Billa i Teda, które biorą się znikąd i prowadzą donikąd. Chyba przy następnej okazji odpuszczę sobie tę część, bo jest dla mnie mierna. Za całokształt dam więc 3/10.
Krzycer: Chyba przegapiłem poprzedni numer. Nie mam poczucia, żebym bardzo wiele stracił, jeśli o historię Capa z Cycem chodzi. Nic ciekawego się tutaj nie wydarzyło.
Team-up Superiora z Magneto wypadł dziwnie. To znaczy - Magneto wypadł dziwnie, jakoś te przemowy mi się kompletnie z jego charakterem nie zgadzały. Ale MODOKa urządził na fest i te trzy kadry wynagrodziły mi niedociągnięcia całej reszty.
Te trzy kadry oraz morderczy centaur-nosorożec.
jdtennesse: Part 1 – kolejna zbędna historyjka. Mogę zrozumieć dlaczego Magento atakuje Modoka, to bardziej niż oczywiste. Ale po co mu Spider-Man? Skoro i tak praktycznie sam pokonuje wszystkie przeszkody blokujące przejście kolejnych poziomów w jakiejś naprędce skleconej gierce? To było beznadziejne. Najlepsze jest zakończenie, kiedy uratowany dzieciak mutant ucieka poprzysięgając zemstę na…mutantach. Rysunki takie sobie. 2/10.
Part 2 – hmm. Nie jest najgorzej, ale dobrze też nie. Scott na chwilę ucieka, Cap go znajduje, teraz cię potrzebuję, ale potem cię aresztuję… Mam wrażenie, że jest to zbyt dosłowne. Dalej jest trochę lepiej, atak na Latverię w poszukiwaniu Skrulla jest nawet nawet, w końcu i tak zjawia się sam Doom (czy ktoś by tego nie przewidział?) i niby pozwala im zabrać swoją nagrodę…ale za pewną cenę. Rysunki są chwilami bardzo ciekawe, a chwilami wręcz brzydkie. 4/10.
Średnia – 3/10.

Avengers A. I. #6
Gil: To, że Humphries nie ma pojęcia jak działa dwubiegunowe zaburzenie osobowości już ustaliliśmy. W tym zeszycie próbuje się ratować, dorzucając kilka objawów, by przekonać nas, że Pym przechodzi epizod o charakterze maniakalnym, ale trafia sobie w stopę. Bo chociaż gadają o tym, to nie jest to wiarygodnie odzwierciedlone i przez to wygląda bardziej jakby Pym się czegoś naćpał i próbował wyjaśnić swoje dziwne zachowanie chorobą. Ale spoko, na pewno poczuje się lepiej, jak ta śmieszna drużyna zostanie w końcu oficjalnie usankcjonowana. Bo do tego właśnie zmierzamy. A błogosławieństwo ze strony SHIELD ma dość kuriozalną formę. „Patrzcie jakie z nas kozaki! Potrafimy ustrzelić z satelity zupełnie niegroźnego robota, który łazi sobie po parku. Ale tym groźnym, co wysadza szpitale to już wy się zajmijcie.” Pomijam tutaj kwestię moralną, czy należy uznać samodzielne AI za istotę żyjącą na prawach równych z człowiekiem i czy było to zwykłe morderstwo. Chociaż właściwie tym powinna zajmować się ta seria. Mam wrażenie, że byłaby o niebo lepsza, gdyby stosowała podejście do tematu w rodzaju Ghost In The Shell, zamiast aktualnego ripu z Reboota. Niestety, zapowiada się, że zostaniemy przy tym drugim, bo tak właśnie wygląda kolejne starcie Visiona z Dimitriosem. Jest głupawe, ale przynajmniej Schiti mógł sobie trochę pofolgować z wizualizacją i graficznie wyszło to całkiem fajnie. Inny plus jaki mogę wskazać, to nadal zabawne scenki z Doombotem, który nie jest kompatybilny z uściskami. Natomiast zupełnie nie ruszyła mnie rewelacja z ostatniej strony, bo była do przewidzenia... właściwie od początku, ale od pojawienia się innych avatarów szóstki w poprzednim numerze, było właściwie pewne. Okay, podsumujmy: graficznie jest całkiem nieźle i są lepsze momenty, ale nadal całość jest przewidywalna, a szczegóły się rozłażą. Przynajmniej tym razem nie było nic, co by mnie szczególnie wkurzyło, więc dam 4/10.
Demogorgon: Będzie krótko - mam dosyć tego, że Vision dalej ma kompletnie gdzieś śmierć Victora,do tego stopnia, że ma czelność się czepiać innych, że myślą inaczej. Jedyna dobra scena to była ta, w której Victor daje znać Pymowi, że żyje. Mam dość tego badziewia, zawołajcie mnie jak Victor wróci z tego głupiego Diamentu abo dostanie większą rolę niż bycie tłem dla swojego samolubnego brata i bandy kretyńskich postaci jak Alexis,Dimitrius i Monica Chang. Albo jak wyjaśnią czemu nie jest z Runaways. O ile w ogóle.

Avengers vol. 4 #23 (Infinity Tie-In)
Gil: Trochę nam osłabł impet tego eventu, odkąd jego elementy pojawiają się rzadziej. Muszę jednak zauważyć, że to rozciągnięcie w pewien sposób oddaje to, co dzieje się na kartkach komiksu, a jak się spojrzy na schemacik, to nawet wygląda, jakby było zgodne z planem. Chyba pierwszy raz w historii eventów. Sam zeszyt natomiast przenosi akcję z oddalonych rejonów Wszechświata w bliższe nam okolice i pokazuje początek bitwy o Ziemię. Znalazło się miejsce na wpisanie w harmonogram tie-inu z Guardians, chociaż mam wrażenie, że coś się zmieniło w planie, by go uwzględnić. Sama bitwa jest całkiem niezła, najfajniejsze jest jednak to, że kontynuuje trend, o którym pisałem szerzej poprzednio. Wcześniej nasi bohaterowie walczyli z Annihillusem, Ronanem czy Super-Skrullem, później walczyli ramię w ramię, walczyli dla nich, a teraz to oni walczą dla nas. I o ile nie jestem zwolennikiem oswajania dawnych wrogów, kiedy brakuje porządnych nowych przeciwników, tak w tym przypadku jestem za. A to dlatego, że wciąż mam przed oczami cel: zwiększenie roli ziemian na arenie kosmicznej, aby w przyszłości odwrócić proporcje i otworzyć drogę dla historii, w których właśnie ta zwiększająca się rola jest postrzegana jako zagrożenie. A tymczasem możemy wczuć się w nieźle przedstawioną kosmiczną bijatykę z całkiem dobrymi rysunkami. Przyznam, że nie wszystko wyszło ładnie, ale Karolka panu Yu wychodzi świetnie. Nadal wystawiam 7/10.
avalonpulse0327a%20%5B1600x1200%5D.JPGkuba g: To mógł byc bardzo dobry numer... który wyszedł tak jakoś miałko. Mogliśmy w końcu dostać prawdziwą, dobrze pokazaną walkę w kosmosie, niestety, dziury logiczne, zero emocji i dużo kolorów. Nie licząc momentu z gadką Superskrulla, czy fajnej kwestii Shang Chi, (choć trochę w złej sytuacji bo widzę, że Hickman bardzo lubi tę postać i cieszy mnie to, ale wystawiać go przeciw czemuś co wygląda jak ziomek Hulka?), można uznać, że cały numer był wyprany z emocji i jedyne co osiągnął to wygenerował następnych 20 kilka stron wbudowane w event.
Demogorgon: I oto moje nadzieje,że kosmiczni bohaterowie odegrają jakąś ważną rolę w ocalenu Ziemie zostały pogrzebane, bo poprzetali na Black Dwarfie (który nagle potrafi jak równy walczyć z Super-Skrullem, Ronanem, Gladiatorem i Annihilusem na raz, a przedtem pobił go am Black Panther) by AVENGERS mogli zgarnąć palmę pierwszeństwa. Niech to badziewie się wreszcie skończy.
Xavier83: To jest bardzo dobra lektura. Nie nuży i pokazuje po co są herosi. Czy to kosmiczni, czy ziemscy. Podwładni Thanosa mają dość szeroką wiedzę o tym kto jest kim na "kosmicznej mapie" Marvela. Trochę zawiedli mnie GotG, ale pewnie tie-in wyjaśni ich niepowodzenie. Widać, że pionki są rozstawiane na szachownicy do ostatecznego starcia. Już nie mogę się doczekać następnego tygodnia. Płynna lektura, która rozwija relacje przedstawicieli różnych kosmicznych nacji. Z czystym sumieniem 8/10.
czarny_samael: Ten komiks, uzupełnia błędy poprzedniego i proponuje sytuację, która nie miała jak zaistnieć.
1.Dlaczego nie teleportowali się od razu do środka stacji i nie wyteleportowali Black Dwarfa w środek słońca? Przecież Manifold już to robił.
2.Dlaczego - wiedząc że główne starcie będzie miało miejsce na stacji - armie kosmosu posłały swoich na rzeź?
3.Jakim cudem jakaś orbitalna stacja kosmiczna Ziemian, ma możliwości większe niż najpotężniejsze rasy kosmiczne? I jeśli takie ma, to dlaczego nie użyto podobnej technologii, by wyprodukować chociaż ze trzy takie statki do obrony Ziemi przed najeźdźcami?
4.Jakim cudem Shi'Ar i Kree mający w swojej dyspozycji m.in. Nega Bombs, nie użyli takich o mniejszej sile rażenia by przebić się przez barierę? Ktoś chce mi wmówić, że Ziemia ma źródło energii, które pozwala obronić się jej przed takim atakiem, ale nie jest w stanie zabezpieczyć stacji przed przejęciem jej przez grupę kosmicznych piratów?
5.Black Dwarf. Raz nie może pokonać chrzanionego street levela, by za chwilę mieć siłę by rzucić Gladiatorem? I ten sam koleś pada przed zwykłym ciosem Ronana? Już w Annihilators lepiej takie rzeczy tłumaczyli, a niby nie był to komiks najwyższych lotów.
6.Dlaczego Super Skrull, Gladiator, Ronan i Annihilus (WTF?) wzięli się do walki, a nie kiedy atakowali ich Builderzy? Dlaczego Kallark sam nie rozpieprzył statków Builderów? Żenująca niekonsekwencja.
7.Po co bohaterowie na poziomie 100t lecą na osłoniętą stację od zewnątrz? Dlaczego oni, a nie Starbrand, Cap Universe, Gladiator, Thor i Hyperion? Żeby sobie zjawiskowo poumierać? I niby komu to miało służyć w jakikolwiek sposób? No i znów Falcon na pierwszym planie...
8.Black Widow. Ja rozumiem, że ona jest ninja i w ogóle, ale jakim cudem ona i jakiś karateka pokonali grupę uzbrojonych po zęby kosmitów, których prowadzi "przekozak" Black Dwarf? No i jeszcze ten kadr gdzie wali on maczugą Natashę przez łeb, a ona wstaje jak gdyby nigdy nic. To jest tak durne, że myślałem, że porzygam się podczas oglądania tego kadru.
0/10. Kpina i żarty. Ten komiks z uwagi na skalę (event roku) jest moim faworytem do miana Zvalona roku (czy jak to się nie będzie nazywało). Zastanawiam się czy AvX miało tak zły numer.
Krzycer: Ależ ten Peak ma absurdalną siłę ognia. Przypomnijcie mi, jak flota Thanosa mogła zaparkować na naszej orbicie?
Przy okazji: przypomnijcie mi o tym następnym razem, gdy Ziemię zaatakują dwa statki kosmiczne na krzyż albo inny Galactus...
Innymi słowy: kupy się to nie trzyma. Skoczny poziom mocy Black Dwarfa też nie.
 
Cable And X-Force #16
Gil: Ostatnio kilka razy zmieniali nam się rysownicy w tej serii i chyba wreszcie udało im się trafić na takiego, który odpowiednio oddał klimat megarozpierduchy. Rysunki Sandovala (nie, nie tego – imię sie nie zgadza) umieściłbym gdzieś pomiędzy stylami Ramosa i Bachalo, z przesunięciem ku temu drugiemu. To znaczy, że zdecydowanie nie są realistyczne, ale też nie można ich nazwać ani kreskówkowymi, ani mangastycznymi. To dość ciekawa mieszanka wybuchowa, która zrobiła na mnie wrażenie. Bo po raz pierwszy od dawna Cable wygląda jak badass! Hell yeah! Całkiem nieźle, choć trochę karykaturalnie wyszedł przepakowany Colossus i maszyny. To tyle o rysunkach, natomiast jeśli chodzi o fabułę... tu już nie mam się czym zachwycać. Mamy trzy płaszczyzny, z których dwie to zwykłe nawalanki, a ostatnia to typowe dla Hopelessa wykrzywianie postaci. W tym przypadku oberwał Adversary, którego scenarzysta pomylił chyba z Mr. Mxyzptlkiem, bo ze starożytnego demona zmienił go w... imprezującego nastolatka? Nie wiem, co autor miał na myśli, ale tak to wygląda. Pocieszam się myślą, że już wkrótce koniec tej męczarni, a tymczasem będzie to 3/10 (z wliczonym bonusem za grafikę).
jdtennesse: Spodziewałem się trochę więcej po powrocie Adversary. Niestety, jestem trochę rozczarowany. Szczególnie rozczarowany głupimi pomysłami, jakie nam serwują – wróg tak potężny jak on, a jedyne co może wymyślić to „uwięzienie” Boomer w pseudo-dyskotece oraz tworzenie jakichś potworków ze szczątek Reaversów? Albo pomysł, że Cable stracił swoje poprzednie moce, czyli telekinezę, a Hope przypadkiem jeszcze zachowała imprint jego mocy sprzed tygodni? Czy tylko mi się wydaje, że to ściema, i tatuś pozwala córusi trochę się pobawić? Przekonamy się pewnie wkrótce. A Domino i Peter zwalają Sentinela z nóg. No i jeszcze gdzieś wśród tego wszystkiego jest Forge uwięziony w swoim umyśle, który już nie jest jego umysłem, z ciałem opanowanym przez Adversary. Jakies to wszystko niezorganizowane, chaotyczne, częściowo również głupie. Rysunki nie byłyby najgorsze, gdyby nie rzucane co parę stron perły typu Hope o talii węższej niż szerokość jej głowy. Ocena chyba tylko z przyzwyczajenia i z myślą o zbliżającym się końcu… 4/10.

Cataclysm: Ultimates #1
Gil: Na okładce spluwa jak z mokrego snu Lifelda, a w środku... zupełnie nie wiem, co się dzieje. Chyba zbyt długo nie tykałem Ultimates, bo zupełnie inny zestaw postaci kojarzy mi się z tą nazwą. Teraz wydało mi się to wszystko strasznie abstrakcyjne. W dodatku przerabiamy tu standardowy motyw dziwnego apokaliptycznego kultu. I mają szaty z wielkim G na plecach. To kolejny pierwszy numer, który mówi mi, że powinienem sobie dać spokój z Kataklizmem.
Spartan: Po raz kolejny Fialkov plus Di Giandomenico równa się dla mnie dobry komiks. Co prawda widać że to Tie-In i Ultimates tu raczej nie uświadczymy, ale mamy Nicka Fury i Howling Commandos, a to naprawdę interesująca ekipa. Bardzo podoba mi się to że Fialkov nawiązuje do wydarzeń z trylogii Ultimate Gah-Lak-Thus i z mini serii Ultimate Vision. Dzięki temu widać że nie olano wydarzeń z przeszłości. Trochę denerwuje że ciągle najlepszym rozwiązaniem na problemy przez Fury' ego jest zrzucenie Hulka. Ale nie wkurza mnie to tak bardzo jak mogłoby. No i rysunki są bardzo dobre. Czekam na ciąg dalszy i polecam.
Krzycer: O, już żegnamy Ultimate Brand? We barely knew her. No, really, we barely knew her.
Coś te wszystkie tie-iny wypadają na jedno, nudne kopyto. Przynajmniej nie ma mowy, by reszta eventu mogła być rozczarowaniem po tak miernym początku.

Daredevil vol. 3 #33
Gil: Uhm... Daredevil i magia jakoś mi nie leżą. Ciężko mi sobie wyobrazić, jak mogą działać na niego zaklęcia, opierające się na iluzjach, skoro postrzega świat swoim unikalnym radarowym zmysłem. Nie sądzę, żeby ktoś, tworząc zasady czarnej lub jakiejkolwiek innej magii, wpadł na to, żeby wziąć poprawkę na możliwość alternatywnego postrzegania rzeczywistości przez osobnika żyjącego kilka tysiącleci później... Wydaje mi się też dziwne, że inne wyczulone zmysły Murdocka nie zaczęły wariować w obecności tak dziwnego zbiorowiska osobliwości jak Legion Monsterów. Niemniej dziwne wydaje mi się nagłe przekierowanie Sons of Serpent na kult biblijnego węża z raju, skoro nie tylko do ich profilu, ale również Darkholdu i całej historii Marvela lepiej pasuje Set. A na koniec jest jeszcze ta dziwna akcja, w której Matt wszystko puścił z dymem i zwiał z kilkoma kartkami z księgi. Mam wrażenie, że stwory magiczne powinny być w stanie wyczuć ich obecność, ale mogę się mylić. Za to na pewno okaże się, że dziwnym zbiegiem okoliczności są to akurat te kartki, które będą mu potrzebne. Niestety, była to chyba najsłabsza i najbardziej naciągana historia z całego runu Waida. 4/10 to max co mogę dać.
kuba g: Ten komiks ma wady i zalety. Te wady są trochę na siłę i wynikają z tych zalet... dziwnie to brzmi ale spróbuję wyjaśnić. To przyjemna historyjka, która luźno skacze z nieskrępowanych awanturniczych motywów na bardziej poważne tematy rasizmu i czegoś co dość nieszczęśliwie można nazwać nietolerancją. Pamiętacie Intergang i Books of Blood z The Question/Batwoman pisanego przez Ruckę? Jeżeli tak to właśnie to przypomina obecna historia z Daredevila, tylko, że na luźno. I to jest właśnie ta wada wynikająca z zalet. Nieważne jak bardzo jaram się scenariuszami Waida w Daredevilu, niestety zawsze będę tęsknił trochę do mrocznego/poważnego wcielenia tej postaci i tych bardziej noir historii. I gdy myślę o tym jak wyglądała by ta historia gdyby była pisana z perspektywy mroczniejszego okresu tej postaci i gdy widzę jak bardzo w założeniach przypomina mi to wspomnianą wcześniej historię z Intergangiem... zaczynam mieć problem z wybraniem co dało by mi większą przyjemność z czytania, czy jednak nie chciał bym zobaczyć tego bardziej na poważnie. Tylko nie zmienia to faktu, że 33 numer runu Waida to bardzo dobry kawałek komiksu.

Fantastic Four vol. 4 #14
Gil: No proszę... Usunąć Fractiona i od razu dialogi stają się bardziej znośne. Usunąć Bagleya i od razu całość jest bardziej przejrzysta. Teraz byle tylko dociągnąć do końca tę śmieszną historyjkę i zacząć od nowa. Może czytanie tego już tak nie boli, ale jednak wątki Fractiona ciągną się niemiłosiernie, a fabuła pełna jest powtórzeń i zapożyczeń z odległej przeszłości. Na samym początku zapowiadali coś zupełnie innego, a ostatecznie wszystko, co fajne było w tym pomyśle poszło w krzaki. Skończyliśmy z kolejną alternatywną rzeczywistością i kolejnym starciem z Doomem, chociaż tym razem z bonusowym Kangiem. Chociaż i ten sojusz już był. Jak rzekłem: byle do końca. A tymczasem 3/10, bo za grafikę trochę podciągnę.

Indestructible Hulk #15
Gil: Paradoks goni paradoks, przez co łatwo się w tym pogubić. Czasoprzestrzenna czkawka odbija mi się nadal, chociaż w parę godzi po przeczytaniu ciężko mi wyróżnić jakiekolwiek szczegóły, na których mógłbym się skupić. Zapamiętałem tylko Hulka w wersji Super Saiyan, który hasał sobie w tle. To jedna z tych historii o podróżach w czasie, gdzie najpierw autor namiesza ile tylko się da, żeby na koniec pstryknąć palcami i wszystko odkręcić, każąc nam się zastanawiać, czy aby na pewno. Spoilers: tak, na pewno. Wcisnęli tylko jakiś mały retcon, który wylezie w następnej historyjce, żebyśmy nie mówili, że nie było konsekwencji, ale to wszystko. Szkoda, bo zaczynało się fajnie. Skończyło się jednak na 4/10.

Longshot Saves The Marvel Universe #2
Gil: No dobra, to mamy potwierdzenie, że przeciwnikiem jest In-Betweener. Called it. Sytuacja jest o tyle ciekawa, że został rozdzielony na dwa aspekty i prezentacja ich jest całkiem fajna: fragment reprezentujący porządek jako szef SHIELD i osobowość chaotyczna jako jakiś rodzaj szamana. Zdecydowanie lepsze wrażenie robi ta druga. Nie zmienia to jednak faktu, że istnieją już w Marvelu manifestacje Porządku i Chaosu, więc komplikowanie sytuacji nie było potrzebne. Tym bardziej, że fabuła mocno się pokręciła i ciężko powiedzieć, czy to jakaś alternatywna rzeczywistość, czkawka prawdopodobieństwa, czy jeszcze jakaś inna wariacja. Do tego dochodzi jeszcze dość przypadkowa zbieranina sojuszników. O ile rozumiem Strange’a i Wandę, a nawet Ghost Ridera mogę zaakceptować, to już Deadpool zupełnie mi tu nie pasuje. Szkoda, że jego obecność traktują jak gwarantowane +10 do komediowości. A ja powiem szczerze, że jakoś nie czuję tego tematu. I nie pierwszy to raz, kiedy moje poczucie humoru rozmija się z marvelowym. Ale hej, przynajmniej okładka fajna. A za całość dam 4/10.
Krzycer: Wciąż jest to fajne i całkiem zabawne, 100% rozrywki i niewiele pomyślunku. Wciąż mam wrażenie, że jest paru autorów, którzy mogliby z tego zrobić prawdziwą perełką. Jest tylko: w porządku.

Secret Avengers vol. 2 #11 (Infinity Tie-In)
Gil: Kontynuujemy przerywnik z nową bohaterką w roli głównej. Przy okazji części pierwszej mocno go skomplementowałem i sporą część z tej opinii podtrzymam. Rysunki są bardzo dobre, klimat historii również, a nowa postać jest interesująca. Tym razem zmieniamy nieco przeciwnika, dzięki czemu lądujemy w obszarze moralnej niejednoznaczności – sytuacji, z którą każdy początkujący hiroł musi się zmierzyć. Została ona przedstawiona całkiem wiarygodnie, z odpowiednią równowagą między racjami stron i podkreśleniem odczuć postaci. Niestety, nie mogę pozbyć się uczucia, że w związku z Inhumanity nowe postacie będą wyrastały jak grzyby po deszczu i równie szybko będą zamiatane pod dywan. Obym się mylił, bo polubiłem Sarah. Myślę, że ten zeszyt zasługuje na solidne 6/10.

Superior Spider-Man Annual #1
Gil: Kiedyś zaryzykowałem stwierdzenie, że Gage nieźle radzi sobie z annualami, ale teraz będę musiał je zweryfikować: nie ze wszystkimi. Ten na przykład był kiepski. Rozumiem, że próbował zyskać na postawieniu Pajęczaka przed przeciwnikiem z poza jego zwyczajowej puli, ale przeliczył się, bo wyszło to bardzo mało wiarygodnie. Blackout postanawia dopaść Parkera, bo tak. Coś mamrocze o swojej motywacji, ale generalnie zawiera się ona w „bo tak”. Porywa więc May (of course!) i szantażuje Pottera, żeby zasabotował Spidera. Naiwność tej sytuacji jest wprost porażająca. Gorszy pozostaje tylko brak wyczucia postaci, który prezentuje autor. Przez większość numeru nie widzę różnicy między starym, a nowym Pająkiem i dopiero na końcu, ni stąd ni z owąd, wyłazi Superior z worka i zaczyna torturować pokonanego przeciwnika. Strasznie randomowe to było i w kontraście z poprzednimi wydarzeniami, znacznie przesadzone. No i całość nie wyglądała imponująco. Jedyne, co mogę zaliczyć na plus to fakt, że mimo naiwności, jakoś się to trzyma kupy i dlatego dam 4/10, a nie coś gorszego.
Krzycer: Całkiem mi się to podobało. Znaczy, nie mam pojęcia, kim jest Blackout i czemu chce zrobić kuku Spider-manowi, ale poza tym postaci były tu lepiej poprowadzone niż się to Gage'owi ostatnio zdarzało, a i tradycyjną gage'ową łopatą toto nie waliło.
Tylko jak on mógł się tak pomylić, by polskiemu(?) dresiarzowi rodem z "Hawkeye'a" włożyć w dymek "dude" zamiast "bro"?
jdtennesse: Lubię czasem przeczytać komiks który sam w sobie jest zamkniętą całością, jak na Annuale przystało. I nie ma tu żadnej zmyślnej historyjki, która zmieni świat etc itd itp. Zmieni za to, a właściwie obiecuje zmienić, życie Petera. Przedostatnia strona sugeruje, że się udało, tylko na jak długo…? Ostatnia z kolei strona sugeruje, że raczej na krótko. Pojawia się nowy (stary?) wróg, który czyha na bliskich ludzi, którzy współpracują z Spiderem. I to oni stają się jego celem. May zostaje porwana i dość szybko uwolniona, a PeterOtto po raz kolejny pokazuje, że jest w stanie outsmart każdego. Świetnie sobie radzi, a na końcu wypuszcza w świat przestępców ostrzeżenie zakazujące choćby prób ataku na Parkera i jego bliskich. Bardzo ciekawie wypada pokazanie nowego Spidera jako bardzo brutalnego, praktycznie pozbawionego skrupułów (anty)bohatera. Bo to w końcu Otto, a nie Peter. Od początku poradził sobie z wrogiem, rekonesans i przygotowanie w każdym calu. Trochę słabe, że kiedy mijał wroga, to pajęczy zmysł go nie ostrzegł. Rysunki nie zachwycają, ale też w najmniejszym stopniu nie przeszkadzają w odbiorze komiksu. 6/10.

Superior Spider-Man Team-Up #6
Gil: Ręka do góry, kto się spodziewał, że ostatecznie Superior Six wymknie się spod kontroli? Już sobie wyobrażam ten las rąk. No tak – rzecz oczywista w końcu się stała i to na szczęście prędzej niż później, bo prowadzące do niej wydarzenia już zaczęły gonić własny ogon. Superior ze swoimi minionami, Masters of Evil pod wodzą Lightmastera i Sun Girl ganiają za McGuffinem tej historii tylko po to, żeby dotrzeć do punktu zwrotnego. W nim dowiadujemy się, że Sun Girl jest córką Lightmastera (zagrajcie dramatyczną muzykę!). Paradoksalnie, egzekucja tego momentu okazała się dość zabawna, bo tak spojrzeli na siebie i wydali głupawe „Tatuś?” i „Tyś to, córuś?”. Mam wrażenie, że nie do końca tak mieliśmy to odebrać. Aha, no i oczywiście cliffhanger, czyli wspomniana już oczywista oczywistość. Czyli w następnym numerze bitka. Istnieje jednak szansa, że okaże się ona całkiem interesująca, bo Szóstka jest mocno zmotywowana i nie wiadomo, jak zachowają się pozostali uwikłani w sprawę łotrzykowie. Jeszcze może się okazać, że będzie to Team-Up Superiora z Masters. Na szczęście, zeszyt ma jeden duży plus w postaci rysunków. Checchetto robi ogromne postępy i coraz bardziej podobają mi się jego prace, więc i lektura była przyjemniejsza. Nawet jestem gotów podciągnąć ocenę i daś zwyżkujące 5/10.
Krzycer: Zaskoczeń brak - może poza przypadkowym odkryciem pokrewieństwa Light... jakmutam... Lightmastera... z Sun-Girl. Które było dla mnie odkryciem o tyle, że nie kojarzę tego Lightmastera znikąd, nie wiem kto zacz, ani nic. A ta Sun-Girl to chyba też nowa postać?

Thunderbolts vol. 2 #18 (Infinity Tie-In)
Gil: Nie czytam tego więcej. Najwyżej zerknę z ciekawości, jak pojawi się Ghost Rider, ale o ile nie będzie to drastyczna zwyżka formy, nie sądzą, by mogło mnie to skłonić do powrotu do tej serii. Jest durna, jest brzydka, nie zasługuje by istnieć na rynku.

Uncanny X-Men vol. 3 #14
Gil: Po całym tym użeraniu się z bezsensownym crossem, odebrałem ten zeszyt jako chwilę rozluźnienia, która była nam potrzebna. Skupiamy się na... tym kolesiu, którego imienia nadal nie zapamiętałem... i jego rozwoju od lózera do prawie bohatera. Okazało się, że Bendis ma całkiem interesujący pomysł na tę postać: idealny szpieg, który wykorzystuje chemię i zmienność ciała, by manipulować ludźmi i skłaniać ich do większej spolegliwości. Coś z tego może być. Oczywiście pod warunkiem, że postać pozostanie za linią wroga, a nie będzie siłą wypychana na front, gdzie nie na wiele się zda. Tymczasem, trening pod okiem Emmy dostarcza nam paru fajnych momentów i przybliża nam postać. Chociaż nie zdaje egzaminu w 100%, skoro nadal nie zapamiętałem jego imienia. A znając bendisowski model przydzielania ksywek („hehe, bardzo zabawne...” –> „nie nazywajcie mnie tak” – >„no dobra, niech już zostanie, skoro i tak wszyscy tak mówią” –> „mam durną ksywę i jestem z tego dumny”), pewnie już zostanie Morphem. Całkiem nieźle spisał się również Bachalo. Nie wiem dlaczego, ale jakoś szczególnie zwróciłem uwagę na stroje Emmy i to na niej skupiałem uwagę. Ale też fajnie wyszły przemiany Morpha, włączając w to samą okładkę. Jak już wspomniałem, może pozytywne wrażenia wzmocniło poczucie chwili wytchnienia po ostatnich przejściach i ono również wpłynie na ocenę, którą będzie 6/10.avalonpulse0327b%20%5B1600x1200%5D.JPG
Krzycer: Za moment znowu będę na niego narzekał albo i wieszał psy, ale w tym tygodniu Bendis jest bogiem. Nie sądziłem, że aż tak mi brakuje, by ktoś pochylił się nad młodym mutantem, by ktoś spośród doświadczonych X-Men poświęcił trzy minuty, by pokazać, że faktycznie zależy mu na młodym pokoleniu i naprawdę rozwija ich umiejętności.
Niby Jason Aaron ma serię, która o tym jest, ale tutaj Bendis jednym numerem zrobił w tym temacie więcej, niż Aaron w całym WatXM.
Dodatkowe punkty za odniesienie do Scotta Pilgrima i nawiązanie do X-Men TAS, które jakimś cudem nie przyszło mi dotąd do głowy. Go figure.
(A żeby nie było, że jest kompletnie cukierkowo - Bachalo nie przyłożył się do kilku stron, a Bendis jak zwykle musiał się zapędzić w przedstawianiu swoich bohaterów jako kompletnie skołowanych i zdezorientowanych, bo Ben nie wie kim jest Galactus. SERIO?!
A, i jeszcze raz ponarzekam na nową stylizację Emmy Frost. Do jej kostiumu pomału zacząłem się przyzwyczajać <ale kto wpadł na to, żeby White Queen ubrać na czarno?!>, ale ten jej cywilny strój... łojezu. Pas z ćwiekami i sprzączką w kształcie czaszki? Koszulka Punishera? Co ten Bachalo jej robi?)
wolvie111: Jestem pozytywnie zaskoczony lekturą. Benjamin wydawał się jak na tę chwilę najnudniejsza postacią spośród nowych rekrutów Cyclopsa, ale ten numer rzuca całkiem inne, bardzo ciekawe światło na te postać. Podobało mi się to, że wreszcie zajęto się problemem jego mocy, która faktycznie może wydawać się czasem nieprzydatna (nadal nie wiem jak on przeżył przygodę w piekle) i że zajęła się tym właśnie sama Emma. Ciekawy jest pomysł na jego moc, która sprawia, że przybiera on postać osoby, przy której czujemy się najlepiej. Pomysł trochę się skiepścił, gdy scenarzysta poszedł na łatwiznę i po prostu dla każdej osoby tworzył po prostu jego wierną kopię (rozumiem, że czarni czują się dobrze tylko w towarzystwie czarnych, a starsza pani tylko w towarzystwie starszego i równie siwego gentelmena). Ale tak czy siak pomysł na postać mi się podoba jak i nowa rola, którą Morph mógłby w drużynie sprawować, czyli tajne misje ala Mistique. Co do Emmy, to jest to chyba pierwszy raz od kiedy znowu przeszła na czarny kolor, gdzie faktycznie spodobał mi się jej nowy wizerunek. Jak zawsze troche wulgarnie, ale wpisuje się to w klimat drużyny.
Ogólnie numer zaliczam na plu, a i Bachalo mnie nie denerwował. Daję 7/10.
Wilsonon: Mam nadzieję, że ten zeszyt jest zapowiedzią kierunku jaki obejmie ta seria. Że skupią się na postaciach i delikatnie będzie prowadzona historia. Nikomu się nie śpieszy. Na horyzoncie nie widac żadnego dennego eventu.
Popieram Krzycera. Mi też brakowało czegos takiego.
Bachalo średnio to narysował. Nie przeszkadzało, ale i nie zachwycało.
jdtennesse: Bardzo fajny numer. W pełni poświęcony postaciom, a nie walce, bijatykom i głupiemu gadaniu. Kolejny z młodych mutantów dostaje swoje pięć minut, miejmy nadzieje, że to nie jest jednorazowy akcent, a potem autor lub jego zastępca zapomni o jego istnieniu i dokonanej tu ewolucji. Fajne interakcje, Scott pełni swoją rolę dupkowatego przywódcy, który w każdym działaniu ma na celu szeroko pojęto dobro swojego gatunku. Emma i Illyana w duecie? Czemu nie – obie mają sporo za uszami. Znalazło się parę celnych uwag – każdy marzy o tym, żeby uderzyć Cyclopsa. Akcja w siedzibie Shield udana, akurat tego się nie domyśliłem. Mam nadzieję, że rozwój postaci nie zakończy się na posiadaniu „łomu” do banków i innych miejsc, bo moce tego mutanta zostały bardzo ciekawie przedstawione i rozwinięte. Rysunki, niestety, na stałym poziomie Bachalo, czyli oczy bolą i tylko chwilami przestają łzawić. 6/10.
 
X-Men vol. 3 #7
Gil: Przez krótką chwilę miałem nadzieje, że jeszcze coś z tego będzie, bo na pierwszy rzut oka odniosłem wrażenie, że rysunki Dodsonów dawno nie wyglądały tak dobrze. Ale była to jednak tylko ulotna chwila, która prysła, gdy tylko pojawiły się elementy tak zwanej fabuły. Mogłoby się zdawać, że odświeżenie postaci Lady Deathstrike to niezły pomysł, ale okazało się, że niestety nie. Dlaczego? A choćby dlatego, że podstawą dobrego złoczyńcy jest motywacja, a tutaj zupełnie jej nie ma. Jakaś obrzydliwie bogata kobitka ot tak sobie postanowiła: „a, wmontuje se w kark port USB i zgram do mózgu osobowość superłotrzycy z pendrive’a, żeby biegać w przebraniu z meksykańskiego halloween i zmutować sobie superdługie paznokcie”. Nie tylko jest to głupie, ale i kulturowo sprzeczne z postacią Yuriko, bo jeśli ma być osobowością dominującą, to raczej powinna narzucać swoje wzorce. A wszyscy wiemy, jak mocno tkwiła w japońskim poczuciu honoru i odpowiedzialności. To wszystko jednak jest dopiero czubkiem góry lodowej. Dalej mamy wątek Jubilee i dzieciaka, wciąż siłą wpychany nam do gardeł. Już nawet nie będę pytał, jak dzieciak japońskiego pochodzenia znalazł się w węgierskim sierocińcu. Nieprawdopodobne jest natomiast to, że ktokolwiek przyznał prawo do opieki nad nielegalnie wywiezionym z kraju dzieckiem osobie niepełnoletniej i samotnej, która prawdopodobnie ma również kartotekę policyjną i całą masę dziwnych koneksji. I call massive bullshit here! Ale pójdźmy dalej i przywitajmy Monet, która najwyraźniej przed wejściem zostawiła nie tylko swoją osobowość, ale także wiedzę, jak korzystać z własnych umiejętności. Za to od pierwszego wejrzenia zakumplowała się z Karimą. Tak, ta sama Monet, która zawsze zachowywała dystans, teraz postanowiła zmienić podejście na „właśnie przyjechałam, zostańmy psiapsiółkami”. To lobotomia charakteru godna Hopelessów i Bunnów. W dodatku i ona, i podkreślająca na każdym kroku swoją policyjną przeszłość Karima, zachowują się jak kompletne amatorki. Idą sobie pobiegać i zupełnie ignorują stojące na poboczu trzy czarne hummery. To przecież nic podejrzanego w okolicach szkoły, która jest celem ataków średnio cztery razy w tygodniu, prawda? A jak już dochodzi do walki, to Monet zapomina, że potrafi latać, a zamiast tego robi... coś dziwnego z rękami. Nie do końca wiem, co to było, ale jestem prawie pewien, że nie powinna tego robić. No i oczywiście ci źli zdołali uciec, bo nikt z zawiadomionych przez M kompanów nie zareagował. Widać mieli za blisko, albo byli zbyt zajęci warczeniem na siebie, że nie są drużyną i Storm tu nie dowodzi. Cóż, przynajmniej nieźle to wyglądało przez większą część, więc za to mogę podciągnąć do 3/10.
Demogorgon: Gil wymienił większośc problemów z tym, ja jeszcze wspomnę tylko, że Wood narobił niezłego stracha fanom Mercury, bo wygląda tu na to, że chce z niej zrobić homofobkę. Ale pytałem się go (fuck yeah twitter) i powiedział, bym się nie martwił, bo to jeszcze nie koniec tego wątku. I chyba zostanę tu tylko tak długo, jak długo ten wątek będzie kontynuowany, bo ię boję co on właściwie chce zrobić z Cessily. A potem wychodzę.
Krzycer: W tym tygodniu Szkoła Jean Grey zostaje zaatakowana przez okrutne zbiegi okoliczności i jakieś apopleksje, przez które postaci mówią bzdury. Wood pisał Monet naście lat temu przez parę numerów Generation X i pewnie teraz bez mrugnięcia okiem zaczął pisać tę samą Monet. Przynajmniej wie, że jej się niedawno zmarło było, więc najwyraźniej ktoś mu powiedział o X-Factor PADa.
Co poza tym... Beast zapewnia Karimę, że może wyjąć jej wszczepy. Um. Jak? Ja wiem, że to cytat z innej bajki (choć to też Disney), ale... she's more machine now than a woman. I to zdecydowanie. Tak samo dziwne wydaje się zapewnienie, że jest "w sumie w 100% organiczna" - mówimy o postaci, która od przemiany w Omega Sentinelkę była rysowana z mechanicznymi kończynami... Blah. Marvel science.
Co poza tym... señorita Deathstrike. Ręce opadają. Choć był kiedyś taki trend, by każdą postać japońszczyć, jest to jakieś odwrócenie schematu... Głupie, bo głupie, ale...
Aj waj. A pamiętam, że czekałem na tę serię, i nadzieje sobie robiłem, i w ogóle...
jdtennesse: Niezły początek, chociaż obawy równie duże. Przede wszystkim ilość postaci, uważam, że spokojnie można by ograniczyć zespół żeński do 4-5 osób, a nie co kilka numerów dorzucać postaci, których serie się zakończyły (tak, tak, Monet). Jeśli chodzi o antagonistów, to Lady Deathstrike była bardzo ciekawym wrogiem, nie wiem, czy takie przywrócenie jej do życia jest zbyt logiczne, a z drugiej strony co z świecie mutantów jest logiczne… Przynajmniej jakoś to nam wytłumaczono. No i muszę przyznać, że jej nowy design jest bardzo ciekawy – wywołuje silne skojarzenia, niekoniecznie pozytywne. Ciągle denerwuje mnie wciskanie Jubilee i jej dziecka. Jakoś odkąd jest wampirem, to za dużo z nią wydziwiania. A historia, a właściwie jej zarys, zapowiada się nieźle, chociaż rzeczywiście atak frontalny na szkołę X-Men jest kuriozalny. Rysunki również są niezłe, chociaż chwilami bardzo niedokładne. Ogólnie wszystko jest niezłe, ale jeszcze jakby trochę nijakie. Najbardziej jednak podoba mi się Lady Deathstrike. 5/10.
grzgrzegorz: Bardzo solidny numer. Od razu zauważyłem wzrost formy scenariusza (po BotA to chyba nie problem), historia jest solidna, ładnie narysowana (zwłaszcza dziewczyny [Karima!]). Zawsze lubiłem Lady Deathstrike, więc pojawienie się jej jako głównej antagonistki bardzo mnie cieszy. Czekam na więcej i trzymam kciuki za Wood-a żeby tego nie schrzanił.

X-Men: Legacy vol. 2 #20
Gil: Nie mam pojęcia, jak Spurrier to robi, ale zawsze udaje mu się sprawić, że w pewnym momencie spadają mi kapcie z wrażenia. Zawsze, ale to zawsze, udaje mu się mnie zaskoczyć, chociaż nabrałem już nawyku, żeby przy czytaniu Legacy mocno się skupiać i szukać wszędzie drugiego, trzeciego i siódmego dna. Skubaniec odwraca moją uwagę nawiązaniami do popkultury, a kiedy się nimi cieszę, to przemyca kanałem przerzutowym istotne elementy, żeby użyć ich w najmniej oczekiwanym momencie. Tym razem świetnie udało mu się zamaskować prawdziwą naturę Shadow Phoenix i odwrócić znaczenie całej sytuacji. Jak zwykle zresztą, bo na tym polega cały urok historii pana S. Nothing’s what it seems. Tym razem jestem jednak nie tylko przyjemni zaskoczony, ale również niezwykle (czytaj: nawet bardziej niż zwykle) zainteresowany ciągiem dalszym. Legion przeszedł kolejny przełom, ale co to oznacza? Odseparowanie tych wszystkich osobowości miało go chronić przed utratą kontroli, więc czy rzeczywiście ponowne scalenie oznacza początek końca? Aż nie mogę się doczekać! Z pewnością seria ta będzie moim murowanym kandydatem do nagród rocznych, a tymczasem zeszyt dostanie tytuł komiksu tygodnia i ocenę 8/10.
avalonpulse0327c%20%5B1600x1200%5D.JPGDemogorgon: Ha, Spurrier nas przerobił. Jestem pod wrażeniem, takiego obrotu sprawy się nie spodziewałem.A przecież, jak się zastanowić, podstawy ku temu były. Jestem pod wielkim wrażeniem jaki rozwój przechodzi David, to kolejny wielki krok na drodze, jaką prowadzi go scenarzysta od początku. A i reszta postaci wypadła świetnie. W sumie, przeczytałbym serię o S.W.O.R.D. od Spurriera.
I fajnie się ten numer komponuje z poprzednim. #19 było o tym jak występki Legiona zwracają się przeciwko niemu, #20 o tym, jak ratuje go dobro, które uczynił.
Więcej bym mógł powiedzieć,ale nie powiem - idźcie przeczytać ten komiks. A najlepiej go kupcie, jest wart każdych pieniędzy jakie chcecie zmarnować na kolejny śmieć o Wolverinie.
Soundtrack: Fight as One
Wilsonon: Nie pamiętam serii, która by mnie tak czesto zaskakiwała. Co histrorię autor nie wykłada wszystkiego na tacy i robi coś czego nie przewidziałem. gdy Spurrier zrobił to po raz trzeci twierdziłem, że już dalej nie pociągnie, że nie uda mu sie mnie wrobić kolejny raz. A ja co historię cieszę się, że byłem w błędzie i dziękuję mu z całego serca za to.
Jedyną osobą, która ma podobne zdolności do scenarzysty Legacy to Gillen.
Ocena to 5/6. Rysunki mogłyby byc lepsze.
Krzycer: Spurrier mistrzem jest. Howgh. Mam nadzieję, że w "X-Force" będzie się mógł pobawić dłużej, niż 25 numerów. Choć jak na ongoing o Legionie to i tak dobry wynik.
jdtennesse: No to jestem zaskoczony. Nie wiem, czy ktoś się tego spodziewał, ale akcja z Shadow Phoenixem i zniszczeniem zainfekowanych ludzi była ściemą, również zwana sprawdzianem lub lekcją. Kolejny świetny numer. O rysunkach już nawet nie wspomnę, bo się przyzwyczaiłem. Natomiast historia, wszystkie elementy układanki, które pojawiały się w kolejnych historiach, zostają powoli ułożone w całość. I zostajemy przygotowani do wielkiego finału. Ten numer jest jak (praktycznie) każdy poprzedni. Przemyślany, logiczny, zaskakujący, dobry. Po prostu bardzo dobry. Myślę, że nie potrzeba zbyt wielu słów, historia broni się sama. 8/10.
grzgrzegorz: Jak już nieraz pisałem - uwielbiam ten komiks, jestem wielbicielem Legiona, a obecny numer utwierdza mnie w dalszym uwielbieniu do tej postaci. Poza tym mam nadzieję, że obecna historia doprowadzi do jakiegoś bardziej trwałego kolabo z agentką Brand i S.W.O.R.D. Poza tym cliffhanger walnął mnie w potylicę i nadal nie mogę przestać się nim zachwycać. Dzięki ci Marvelu za takie perełki!

Young Avengers vol. 2 #12
Gil: No, to mamy całkiem zacne wsparcie w postaci reprezentacji młodocianych bohaterów. I cieszę się tym bardziej, że w tej ekipie znalazła się większość postaci, które chciałem zobaczyć. Tylko trochę szkoda, że nie odgrywają większej roli, a jedynie służą za dywersję. Mimo wszystko, zawsze miło ich widzieć w dobrych rękach i można mieć nadzieje, że ktoś z nich zostanie na dłużej. Zasadnicza część akcji również skacze naprzód, przynosząc wyczekiwaną konfrontację i kolejne rewelacje, które przemilczę, by wszystkiego nie zdradzić. Jest intensywnie, jest ciekawie i nadal świetnie to wszystko wygląda. Chciałoby się napisać więcej, ale w przypadku tego komiksu to trochę jak opisywanie słowami muzyki – można próbować, ale nie da się oddać istoty rzeczy. Powiem za to, że jest to drugi najlepszy komiks tygodnia i wystawię mocne 7/10.
Krzycer: O. Drugie odniesienie do Scotta Pilgrima w tym tygodniu. Młodzi ruszają do walki i... kiepsko to wyszło. Tym razem zabawa McKelviego z kadrami tylko zaciemnia obraz sytuacji. W tym wypadku wolałbym dostać scenę akcji, w której mógłbym się przyjrzeć, co postaci robią, z kim walczą i jak im to idzie - zwłaszcza, że widzimy tę bandę młodych bohaterów, której długo nie widzieliśmy (a tak dużego ich zgrupowania - chyba nigdy).
No i w sumie niemal ich nie widzimy.
Przy okazji: albo Gillen/McKelvie znają run Gage'a w Legacy i zapamiętali, że Rockslide nauczył się rosnąć do rozmiarów giganta, albo McKelvie nie ma pojęcia, jakich rozmiarów jest Rockslide. Zobaczymy, jak będzie wyglądał na imprezie za te kilka numerów.
Z rzeczy, które mi się jednak podobały: Leah odkrywająca karty przed Lokim (...co przy okazji znowu czyni końcówkę runu Gillena w JIM niejednoznaczną) oraz... eee...
Szit. Znaczy, dialogi nie schodzą poniżej pewnego poziomu i w ogóle, ale... słaby był ten numer.
wolvie111: Szkoda, że ta seria niedługo już się kończy, bo bardzo ją polubiłem, a i ten numer był świetny. Wreszcie drużyna staje do walki z Matką i swoimi ex. Mamy tu tradycyjnie świetne dialogi, bardzo dobrze przedstawione relacje między członkami i parę zabawnych momentów, na przykład mnie rozbawił Kapitan Ameryka. Graficznie jest świetnie. Twórcy wykraczają poza pewne granice i ten specyficzny styl bardzo mi odpowiada. Ogólnie to dawno nie spotkałem się z zespołem, gdzie każda postać była tak barwna, indywidualna i interesująca... nie ma do kogo się przyczepić. A i jeszcze tak jak dorosła wersja Lei jest świetna, to o tyle dorosły Loki już nie tak pasuje mi tak bardzo.
Oceniam wysoko jak zdecydowanie większość numerów tej serii. 8/10.
Demogorgon: Trochę jestem zawiedziony tym, że póki co wielka bitwa się zawarła w jednej stronie, na której na dodatek niewiele widać. Nieco równoważy to fakt, że dostaliśmy sporo momentów bardziej osobistych. Przyjemne interakcje na liniach America-Loki oraz Kate-Noh-Varr, a nawet Meere i Annie - Exterminatrix. No i chociaż scena wielkiej bitwy byłą rozczarowująca, to już walka Young Avengers z Ex-Men była przyjemna dla oka. No i to zakończenie na ostatniej stronie - tego się nie spodziewałem.
Miejmy nadzieję, że w następnym numerze dostaniemy więcej wielkiej bitwy. Miejmy też nadzieję, że komiksy, które przyjdą po tym będą równie dobre. Jak to mówią, Hope is all we have.
Even through she couldn't make it.
Soundtrack: final Boss
grzgrzegorz: Jedyna wadą jaka potrafię przedstawić w tym komiksie jest umieszczenie potwornie brzydkiego cosplaju dziewczyny(?) przebranej za Leah umieszczonego na końcu komiksu. Największy plus? Chyba Young Avengers Assemble ze środka numeru. Poza tym niezaprzeczalnym plusem tej serii są relacje Leah i Lokiego, które być może(?) rzucają nowe światło na zakończenie JiM. Po prostu komiks idealny.
Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2013.11.20

All-New X-Men #19
Gil: Dawno nie widziałem Petersona rysującego normalny komiks, a nie jakieś wydziwione okładki z przerostem efektów wizualnych. Niestety, jego styl również ewoluował w niewłaściwym kierunki i chociaż część rysunków wygląda całkiem fajnie, to niektóre całkiem mu nie wyszły. Zwłaszcza twarze przez nadmiar kresek sprawiają wrażenie, że wszyscy są starzy i pomarszczeni. Za to przyznam mu, że fajnie w telepatycznej scenie wykorzystał prace innych rysowników. I to tyle o rysunkach, bo warto pomówić o fabule. Bendis po raz pierwszy sięga po Purifires i wychodzi mu to zadziwiająco dobrze. To dość ciężki temat, a jemu akurat z ciężkimi tematami idzie lepiej niż z lżejszymi, bo potrafi właściwie położyć nacisk na odpowiednie elementy. Dzięki temu, pierwsze spotkanie młodych X-Men z religijnymi fanatykami wypada wiarygodnie i jestem w stanie uwierzyć, jak bardzo było to dla nich szokujące doświadczenie. Ale żeby nie było tak różowo, to w innym miejscu coś musiało się skaszanić. I tu mam na myśli sposób wprowadzenia Laury. Wygląda to prawie dokładnie tak samo, jak u Claremonta – znów biega gdzieś jak dzika, pozbawiona pamięci i trzeba będzie ją oswajać. Mam nadzieje, że nie spróbują tego wytłumaczyć przejściami w Arenie, bo tę kwestię lepiej byłoby przemilczeć. No, ale przynajmniej z góry mamy jakieś wytłumaczenie dziwnej sytuacji na następnej okładce. She’s gone wacko! W każdym razie, cały numer mogę ocenić na solidne 6/10, blisko siódemki.
Demogorgon: Jedyna dobra rzecz w tym komiksie to nawiązanie do New X-Men na jednym panelu. a po za tym mamy nudną, chaotyczną, a zarazem przewidywalną bijatykę z bandą płaskich, nudnych frajerów bez osobowości. Plus X-23 straciła pamięć. Widać arena ssała aż tak bardzo, że wyparła z siebie wszystko.
Ocena: I am the bone of my fail.
jdtennesse: Najłatwiej będzie zacząć od rysunków. Spodziewałem się, że będzie dobrze – pamiętam Petersona i jego charakterystyczny styl, który się lubi albo nie. Tu kładł tusz na własne rysunki. No i nie jest źle, ale rewelacji tez nie ma. Ogólnie w większości w miarę to wygląda, ale są takie momenty, że oczy bolą (atak Jean, a właściwie jej ogromnego pośladka wielkości jej pleców). Mam też wrażenie, że juniorzy wyglądają bardzo staro. Na poziomie narracji mamy w sumie dwa wątki – pogoń za Laurą, która jak się później okaże straciła pamięć i włosy oraz bezsensowną rozpierduchę z fanatykami religijnymi prezentującymi sporą dawkę nienawiści bez głębszego podłoża argumentacyjnego. W zasadzie, to tak trochę numer o niczym. Przerwa między eventami/crossoverami, a także lekcja poglądowa dla młodych, że ludzie ich nienawidzą. Tym razem autorstwa Magik, z ogromną pomocą fanatyków religijnych. 4/10.

avalonpulse0328a%20%5B1600x1200%5D.JPGAvengers Arena #18 (Final Issue)
Gil: Hahahahahahahaha! I to tyle? Seriously? 18 zeszytów, tyle straconego czasu, tyle rantów, dyskusji, kłótni, zszarganych nerwów, przelanych łez na całym świecie i wszystko dla takiej kupy, która praktycznie nie miała nic do powiedzenia? Pewnie bym się wkurzył, gdyby nie to, że od dłuższego czasu bardziej interesowały mnie reakcje na tę serię, niż ona sama. Ale tutaj oceniamy komiks, więc skupmy sie na nim. Najkrócej mówiąc, zakończenie jest skrajnie durne. Tłuką się, tłuką i nagle już się nie tłuką, bo Lockówka wyciągnęła wtyczkę. Dla okraszenia sztucznym dramatyzmem dorzucili jeszcze parę głupawych scenek, które równie dobrze mogłyby się nie zdarzyć w ogóle, jak i zostać wciśnięte w dowolnym innym momencie (i może miałyby jakiś sens, gdyby pojawiły się wcześniej). Ot, ukryty bliźniak Apex postanawia dać się zabić. I ją przy okazji. Takie trochę, „kończ waść, wstydu oszczędź”, tylko znacznie spóźnione. A gdy już jest po wszystkim, co robią bohaterowie? Oczywiście, najgłupszą rzecz, jaką mogliby zrobić: postanawiają kłamać. No dobra, mogę zrozumieć, że są jeszcze młodzi i obawiają sie reakcji innych, ale też z drugiej strony mają już dość doświadczenia, żeby wiedzieć, jak działa heroiczne środowisko i móc zrozumieć, że to w ogóle nie jest potrzebne. Tym bardziej, że kiedy garstka z nich się namawia, kilka innych osób nie bierze w tym udziału. Natomiast jest wśród nich Deathlokówka, która powinna pamiętać o groźbach Arcade’a i wiedzieć, że planuje wypuścić swoje nagrania, więc to wszystko jest bez sensu. No, chyba, że mamy tu do czynienia z zagrywką typu: „nie pokazaliśmy trupa, więc chcemy, żebyście wierzyli, że Apex nie zginęła i nadal ją kontroluje, dlatego nic nie powiedziała.” Co i tak jest głupie, bo musielibyśmy się sami tego domyślić. A przecież wszystko, co musieliby zrobić młodzi, żeby ustawić się w bezpiecznej pozycji, to powiedzieć prawdę. Sam fakt, że byli w łapach Arcade’a by wystarczył, bo nawet patrząc na nagrania, nikt nie mógłby z całą pewnością powiedzieć, czy działali w pełni świadomie, czy byli jakoś kontrolowani. Prosta sprawa, bez zbędnych kombinacji. Stało się, co się stało, ale przecież podobne rzeczy już miały miejsce i każdy doświadczony hiroł o tym wie. A w dodatku, jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności, sprawa zostaje nagłośniona w mediach. Jak? Dlaczego? Gdyby pojawił się choćby hint, że to sprawka Arcade’a, to bym się nie czepiał, ale on wchodzi dopiero później, jak już jest po ptokach. Ktoś inny zareklamował jego akcję i dał mu pole do popisu z tajnymi nagraniami. Jeśli zrobili to sami bohaterowie, świadczy to tylko o ich skrajnej głupocie. „Tak, prowadzimy szkołę dla młodych nadludzi, ale nie upilnowaliśmy ich i jakiś złoczyńca wywiózł ich na bezludną wyspę, gdzie ich torturował i mordował. Ufajcie nam i przysyłajcie więcej dzieci.” Bardzo to mądre. Ale wiecie, co jest najgorsze? To, że w podsumowaniu tego wszystkiego, Hopeless nie odnosi się do jakiegoś poważnego morału (na przykład Władcy Much, do którego moglibyśmy prześledzić źródła i Battle Royalle, i Hunger Games), ale odwołuje się do innej durnoty, jaką jest Survivor. Nie wiem, czy to sam autor jest na tyle nierozgarnięty, że nie stać go na więcej, czy zrobił to, biorąc poprawkę na statystycznego amerykańskiego nastolatka, który czegoś ambitniejszego nie zrozumie, ale generalnie jest to bardzo złe posunięcie, bo całkowicie redukuje wartość wydarzeń. Porównanie rozmiaru traumy, jaką przeżyliby bohaterowie w tej sytuacji z reakcją bohatera reality show na – powiedzmy - spotkanie z pająkiem jest nie tylko deprecjonujące, ale wręcz obraźliwe. Aha, a czy wspomniałem już, że niektóre postacie w ogóle nie mają czynnego udziału w tej końcówce? Tak więc, podsumujmy: to wszystko prowadziło absolutnie donikąd, skończyła się głupio, część postaci i większość wątków zignorowano, a na koniec autor świadomie zredukował wartość tego wszystkiego do poziomu pierdnięcia. I na koniec miał jeszcze czelność napisać, że wcale nie chciał tego wszystkiego robić, by pod przykrywką podziękowań, zwalić winę na edytorów. Well done! Cóż, jedyną adekwatną do tego wszystkiego oceną jest 1/10.
Demogorgon: Chase, Nico, Chris, X-23, Deathlocket, Anachronism, Culen, Cammi i Hazmat przeżyli. Reptil i Apex nie żyją. On zginął ratując Hazmat, która jest teraz uleczona bo...plot. A tak apropo, to jestem pewien, że eksplozja nuklearna nie powinna tak działać. Deathlocket zabiła Apex. Dzieciaki zawarły pakt, że nikomu nie powiedzą co się tu stało. Arcade wrzucił to do sieci. Implikacja jest, że się do tego masturbuje. Dennis Hopeless w podziękowania zapewnia, że nie chciał tego komiksu pisać oraz, że jest fanem Runaways i obraża Battle Royale, bo widać ten Harvey Award mu uderzył do głowy. Proszę, nie musicie tego czytać.
Wiecie jak to mówią - it didn't ended with a bang, but with a whimper.
To było słabe i głupie, tak jak cały ten komiks. Cieszę się, że to to koniec. Ten komiks zabił moją miłość do Marvela i mój optymizm. Mam nadzieję, że oferma, która za niego odpowiada zobaczy, jak jej następny projekt upada i straci pracę.
Najgorszy komiks, jaki w życiu czytałem. I nie, to nie jest przenośnia, to nie jest hiperbola - wolałbym czytać Ultimatum zamiast tego. Wolałbym czytać Unfunnies zamiast tego.
Ocena: Stupidity is my body and failure is my blood.
Krzycer: Spróbujmy nowatorskiej formuły: spisywałem uwagi i przemyślenia na bieżąco, podczas lektury. Może coś z tego wyjdzie.
1) Zaczynamy wyjątkowo źle - Apex mówi Deathlocket (a także nam, czytelnikom), jak to Arcade błyskotliwie rozegrał uczestników Areny i jak mu to świetnie wyszło.
Aha. Nie.
Napisanie takiego tekstu nie zmienia tego, że Arcade'owi (i Hopelessowi) to wcale świetnie nie wyszło. Z wyjątkiem Anachronisma, który faktycznie wpadł w berserk, to mu w ogóle nie wyszło. I naginanie charakterów postaci, by zaczęły się mordować, tego nie zmienia.
2) Jak Reptil-krokodyl może mówić, trzymając Hazmat w pysku?
3) "I'm afraid it's the only way." Laboga. Pierwsze primo: klisza. Drugie primo: marnie wykonana. Trzecie primo: ...jaki nastolatek by tak powiedział?
4) "Sure. Totally Won. But why don't we keep our guards up just for fun?" - ok, to mi się podobało.
5) Kto by się spodziewał, że trafienie z działa laserowego/plazmowego powoduje takie fontanny krwi, by skąpać całą Deathlocket w czerwieni? No ale dobra, może poza kadrem musiała poprawić tasakiem.
6) Hazmat wraca, a niezniszczalna bielizna z niestabilnych molekuł odnosi kolejny tryumf.
7) Zwycięstwo nad Arcade'em przez niemówienie o Arenie - to całkiem fajny pomysł.
8 ) Tak sobie myślę, że skoro Wolverine już raz zabił Pyma w Age of Ultron, to teraz powinno mu to przyjść z łatwością. Znaczy, Pyma może nie obchodzić los jego uczniów, ale Logan zazwyczaj się wkurzał, gdy ktoś pozwalał skrzywdzić Laurę. A w tym wypadku Pym dał ciała jak mało kto.
9) Zapas kondomów w pokoju Arcade'a. Wisienka na torcie.
10) Uwaga ogólna: liczba "yo" w dymkach Chase'a może się równać tylko licznym "bro" w Hawkguy'u.
11) Odezwa Hopelessa do czytelników. O tyle intrygujące, że cała Arena - w której było parę fajnych pomysłów - moim zdaniem sprawdziłaby się lepiej właśnie jako sześcio-, może ośmioodcinkowy arc serii - i to nie pierwszy, tylko właśnie któryś z kolei, tak, by pierwsze historie położyły fundamenty, pozwoliły przywiązać się do nowych postaci (i starych w nowym wykonaniu). Głupio, że wyszło, jak wyszło.
Słowem podsumowania: to była seria z potencjałem. I tak jak po dziś dzień bronię 2, może 3 odcinków "Wiedźmina", tak i tutaj będę się upierał, że kilka chwytów Hopelessowi wyszło, parę razy pozytywnie zaskoczył i w ogóle. Ale to - parafrazując wyświechtaną metaforę - łyżki słodziku w beczce szajsu. Ostatni arc był beznadziejnie skopany, co rzutuje na całą serię. Było źle, jest ryzyko, że będzie gorzej - zobaczymy, co Hopeless zrobi z takimi niegdyś fajnymi postaciami, jak Zemo i Constrictor, w Avengers Undercover.
 
Avengers Assemble #21 (Inhumanity Tie-In)
Gil: Nie wiem, czy ktokolwiek pamięta jeszcze zakończenie ostatniej serii Dark Avengers, ale jego przekaz był dość jasny: po wizycie w alternatywnej rzeczywistości, członkowie tej zbieraniny mieli pozostać grupą i kontynuować swoją heroiczną działalność. Potem ktoś pociągnął za spłuczkę i tyle ich widzieli. A teraz, pani Konikowa postanowiła wcisnąć reset na postaci doktor Covincton (będę o niej mówił w ten sposób, bo nie cierpię jej głupiej złoczyńskiej ksywki). I w sumie, wyszło jej to na dobre (znaczy się June), bo znalazła się we właściwym środowisku i dostała nowe ciuszki, które lepiej do niej pasują. Na plus zaliczę też wprowadzenie Spider-Girl i styl, w jakim się odbyło oraz efekt, czyli powstanie Spider-Ladies Teamu. Już wcześniej wspominałem, że autorka fajnie prowadzi Jessicę, a tym razem pokazała, że nieźle radzi sobie również z Natashą i Anyą. Szkoda, że prowadząc Carol podcina gałąź, na której sama siedzi. Bo olała własny wątek z utratą wspomnień i zamiast w kontakcie z Anyą pokazać to samo ciepło, które wcześniej z Karolki wydobywała, zrobiła z niej jakąś wredotę. A skoro już mowa o nienajlepszych posunięciach, to doceniam, że próbuje scalać różne wątki ze światka Avengers, ale ma bardzo kiepski gust, jeśli chodzi o ich wybór. Akurat pomysły Bunna sklejone z AIM Spencera to ostatnie, co chciałbym oglądać. Mam nadzieje, że to tylko chwilowe. A do tego słodko-gorzkiego zestawienia dorzucę jeszcze rysunki, które również do tej definicji pasują. Miejscami są całkiem fajne, ale czasami… dziwne. Jednak całość na szczęście była bardziej słodka niż gorzka i dlatego dam 6/10.
Krzycer: O, to już się sypią tie-iny do Inhumanity? Osom.
Tymczasem Anya-nie-Araña wychodzi autorce sympatycznie. Co nie wynagradza tego, że cała reszta jest tak strasznie niemiłosiernie sztampowa. Poza tym jakoś nie kojarzę, by u innych scenarzystów Spider-Woman była taką... jak by to ująć... TV Tropes określa to jako "cloudcuckoolander"... ale w sumie lubię takie jej ujęcie, więc mniejsza o to.
To nadal komiks kompletnie do zapomnienia i zadawania sobie pytań w rodzaju "po cholerę ja to czytam?"
Demogorgon: Holy hell, Spider-Girl w tym jest świetna. Sama fabuła moe trochę nie imponująca, ale za interakcje między zespołem Lady Spider należy się wielki kciuk w górę. Chyba nawet sięgnę po następny numer.

Cataclysm: X-Men #1
Krzycer: Kiedy zadebiutowała Ultimate Pixie, bo kompletnie to przegapiłem? Ultimate Strong Guy'a też. Chyba lunatykuję przy UXM Wooda.
Poza tym: jaki wspaniały tie-in się zapowiada. To jeden z tych, gdzie kiedy dzieje się coś bardzo ważnego na świecie, ktoś wpada na pomysł, że to świetna okazja, by przerzucić bohaterów do innego wymiaru i opowiedzieć o czymś zupełnie innym. Gdzie ja to ostatnio widziałem...? ("Rogue Carter of Mars" w X-Men Legacy przy okazji AvX). Tutaj przynajmniej pojawia się Rick Jones, więc może będzie to miało jakieś znaczenie, ale... jakoś wątpię.
Jezusićku. Ten "event" jeszcze się na dobre nie zaczął, a już wszystkie #1 sprawiają, że człowiek ma dość. Unglaublich.

Deadpool vol. 3 Annual #1
Gil: Heh… to było nawet całkiem zabawne. Duet Acker & Blacker zdołał zaproponować coś oryginalnego i z pomysłem, co jednocześnie ma sens i pasuje do przedstawionych wcześniej wydarzeń. I nawet udało im się posprzątać większy kawał bałaganu, który stworzył Way. No, a przynajmniej mamy na co zwalić całe to popapraństwo. Przyznam się, że miałem własny pomysł, związany z dwukolorowymi boxami narracyjnymi, który pod pewnymi względami był dość bliski temu, dlatego tym większą przyjemność sprawiła mi lektura. Poza tym, historia sama w sobie jest całkiem zabawna i ma sporo elementów dobrej parodii klasy Nagiej Broni. Nie wygląda może rewelacyjnie, ale też nie jest najgorzej i grafika pasuje do całości. Będzie to kolejne 6/10 w tym tygodniu.

Hawkeye vol. 4 #14
Gil: Tradycyjnie, gdy nie rysuje David Aja, numer nie może liczyć na dobre wyjście z progu. Grafika usiłuje naśladować ten styl, ale zbliża się do niego jak chińska podróbka. Chociaż muszę docenić fakt, że wzięli rysowniczkę do numeru poświęconego bohaterce. Głównym problemem jest jednak Fraction, który wypiął się całkowicie na wszystko, co dzieje się lub działo z Kate poza jego serią. Ani słowa o Young Avengers, jakaś nagła skleroza związana z jej pochodzeniem i statusem majątkowym. Za to nie omieszkał uparcie wałkować wątku z Madame Masque i jej wymuszonym grudgem. No i coraz dłuższe przerwy między kolejnymi zeszytami, w których i tak fabuły nie ma za wiele. Wciąż tego nie kupuję i tym razem dam 3/10.
kuba g: Jak ja się cieszę, że ta seria wychodzi i wygląda na to, że ciągle się sprzedaje. Niech Hawkeye lata w kosmosie w niedorzecznym stroju odsłaniającym klatę piersiową, niech będzie popychadłem w każdym klonowanym tytule z wielkim A w tytule. Mi wystarczy ta seria, nawet jeżeli będzie to odcinek taki jak ten, gdzie nie pojawi się ani na chwile bo trzeba nareszcie dać więcej stron dla Kate. Nie mam co opisywać wydarzeń z tego numeru szerzej. Wracamy do Kate w Kaliforni i jej życia ex-banana teraz bez grosza przy duszy. Tyle wystarczy i grunt, że tak długo jak będzie wychodził min. Hawkeye Fractiona będę oddawał swoje pieniądze Marvelowi.

Indestructible Hulk #16 (Inhumanity Tie-In)
Gil: Pierwsza rzecz, jaka przykuła moją uwagę, to bardzo fajnie zrobione logo serii. Reszta okładki niestety nie idzie tą drogą i wpasowuje się w schemat graficzny całego komiksu, który jest co najwyżej średni. Fabuła zaczyna się trochę z boku, by zaraz przeskoczyć przez kilka zabawnych scenek pod wspólnym hasłem „rzeczy, które wkurzają Bannera”. I chodzi właściwie o to, co zawsze, czyli o fakt, że koledzy naukowcy ciągle go wyprzedzają. Niemniej, co całkiem zabawne scenki. A potem zaczyna się wielkie bulbotanie, którego głównymi bohaterami są: jeden z asystentów Bannera i kolejna złowroga światynia Majów. Nad jednym trzeba się porozczulać, a drugie rozwalić. Jedynym interesującym elementem w tym wszystkim jest pytanie: o co chodzi z tą gumą? Z jednej strony retrospekcje sugerują, że to coś zupełnie niewinnego, ale z drugiej wygląda, że gościu coś kombinuje. Przekonamy się pewnie w następnym numerze, a z narracji już wiemy, że i tak pańcio tego nie przeżyje. Tylko pewnie będzie to wyglądało inaczej, niż nam sie teraz wydaje. Szczerze mówiąc, nie specjalnie mnie to ciekawi. Już od jakiegoś czasu seria wytraca początkowy rozpęd i czuć zmęczenie materiału. Potrzebowałbym jakiegoś porządnego impulsu, żeby znów się w nią wkręcić, a narazie brakuje mi tego, dlatego zatrzymam się na poziomie 5/10.

Infinity #6
Gil: Kolejne z wielu zakończeń w tym tygodniu, a ponieważ dotyczyło flagowego eventu tego roku, z pewnością wielu czytelników spodziewało się fajerwerków. A fajerwerków nie było. I wiecie, co? Jestem z tego zadowolony. To, co było tu najważniejsze, już się wydarzyło: pojawienie się Builderów, globalna terrigeneza, przearanżowanie roli Avengers i Ziemi na szerszej arenie kosmicznej. Zauważcie, że pierwszy element wiąże się ściśle z wydarzeniami w New Avengers, ostatni z Avengers, a środkowy daje początek Inhumanity. Tak naprawdę więc, elementem zamykającym się ściśle w ramach eventu jest wątek Thanosa i on zostaje zamknięty w tym numerze. Reszta kontynuowana jest w swoich macieżystych seriach. Dlatego ten event dość mocno odbiega od schematu, do którego zostaliśmy przyzwyczajeni: szoker na początku, trochę memłania w środku i szoker na końcu, gdzie obowiązkowo ktoś musi odwalić kitę. Tutaj najważniejsze wydarzenia zostały umieszczone w centrum, a całość przeplatana jest wątkiem łączącym, który wcale nie jest najważniejszy, ale zostaje spięty klamrą. Dlatego powiedziałbym, że Infinity pełni raczej rolę wzmacniacza dla serii z Avengers, podkreślając to, co jest w nich najciekawszego i tylko przy okazji podając wątek Thanosa jako klamrę. No więc, co z tą klamrą? Nie jest zła... Ma parę fajnych momentów, jak śmierć Corvusa, wejście Maximusa, czy właściwie nawet cały pojedynek. Jej słabą stroną jest Thane i finałowe rozwiązanie – czy raczej zatrzymanie akcji. Rzuca się w oczy fakt, że takie a nie inne rozwiązanie zostało w jakiś sposób wymuszone przez fakt, że Thanosa nie można było zabić i było to od początku oczywiste. Dlatego, że ledwo co wrócił, że będzie potrzebny ze względu na wydarzenia w filmowych uniwersum, że jego status i tak jest mocno skomplikowany i właściwie umrzeć nie może... Na szczęście umieszczenie go pod kuratelą Illuminati pozostawia nadzieje, że to zatrzymanie zaowocuje jeszcze czymś dobrym. Natomiast sam Thane... po prostu mi nie leży. „Moja lewa ręka to zabójcza broń. A prawej to sam się boję!” Ewentualnie można mieć nadzieje, że coś z niego będzie, skoro przyczepił się do niego Maw. Za to rozumiem, że Marvel nie miał problemu z ujawnieniem tej postaci wcześniej, bo zystał tym skutecznego czerwonego śledzia i podtrzymał zainteresowanie do końca, gdy czytelnicy spodziewali się jej w roli deus ex machina, czym zresztą w pewnym sensie był. Trochę zabawne wydało mi się to, jak zmiana stylu rysunków oddała zmianę klimatu. Wszystko się rozjaśniło, pojawiło się mniej szczegółów - wróciliśmy bradziej do stylistyki Avengers sprzed Infinity, co jest trochę symboliczne. Ale jak wspomniałem, wciąż wiele scen wyszło fajnie. Trochę się musiałem zastanowić nad oceną i doszedłem do wniosku, że nadal może to być 7/10, ale raczej przy jej dolnej granicy.
kuba g: A jednak. Tradycji stało się zadość i ostatni numer eventu rozczarował. Niby wszystko było tak jak wcześniej. Niby było gęsto, istotnie, a tak naprawdę dostałem jakąś tam walkę i informację, że połowa wątków w komiksie była tylko po to aby przejść do następnego eventu. Co jest zaletą? To, że Ebony Maw żyje i może będzie jakąś w miarę istotną postacią kiedyś, choć pewnie nie będzie. Czy jest więcej zalet? No tyle, że naprawdę lubię Black Bolta i w sumie podoba mi się to, że to on jest największym wygranym, nawet jeżeli mówimy o historii, której konsekwencje są prawie identyczne jak w Avengers Vs X-Men, namnożyliśmy znów postaci, które były zagrożone wymarciem i niby definitywnie zamknęliśmy kwestię gigantycznego złoczyńcy. Ech, a tak dobrze się zapowiadało to (no chyba, że rozpoczęte Inhumanity okaże się przypadkowo prowodyrem kilku ciekawych sytuacji jak to było z Dark Reign).
avalonpulse0328b%20%5B1600x1200%5D.JPGKrzycer: Pff, mam za swoje. Człowiek widzi Abigail Brand na alternatywnej okładce i spodziewa się nie wiadomo czego. O, biedni naiwni...
Niby to wielki finał, ale jakoś tego nie czuć. Tak, chodzi o oswobodzenie Ziemi i w ogóle, ale... ale... ale Starbrand pstryka palcami i Ziemia jest oswobodzona. Znowu. I znowu pojawia się pytanie: to na czym polegał problem, czemu Starbrand nie pstryknął palcami w pierwszym numerze, by oszczędzić nam tego wszystkiego?
Pozostaje pozamiatać Thanosem. Tu już nie jest tak łatwo... aż do momentu, gdy Thane pstryka palcami. No żeż. Dwa razy w jednym komiksie?!
Żeby nie było, że ciągle jestem tak na "nie", w komiksie są i pozytywy. Corvus i Proxima Midnight ładnie się prezentują aż do końca. Thanos prowokujący Thora wypada świetnie. Maksio i Lockjaw wbijają się do mojego top10 najfajniejszych marvelowych duetów. Przy okazji, zbiegiem okoliczności - zakładam, że to zbieg okoliczności - kadry z teleportacją Lockjawa wyszły fenomenalnie... na skanie. Może w oficjalnym cyfrowym wydaniu też tak płynnie przechodzą jeden w drugi, ale biorąc pod uwagę ich umieszczenie na stronach, w klasycznym, drukowanym komiksie tego efektu nie będzie.
A żeby nie było, że rysunki są takie fajne, sameface Cheunga robi z Proximy wyjątkowo brzydkiego transwestytę w paru miejscach.
Słowem podsumowania o całym evencie: średnio wyszedł. Zaczął się z przytupem, a i po drodze były bardzo fajne momenty, ale ogólnie jestem rozczarowany tym, że ostatecznie wątki Builderów i Thanosa nie miały ze sobą nic wspólnego. Każdy z nich z osobna byłby dobrym tematem na event - gdyby je rozbudować. Kosmiczny event o wojnie z Builderami na miarę Annihilation - proszę bardzo. Klasyczny event wszyscy na Thanosa (swoją drogą, czy to aby na pewno "klasyczny" event? Od lat bohaterowie w eventach głównie okładają się po mordach) - też, czemu nie, rozbudować role Cull Obsidian, może wprowadzić jakieś niesnaski między nimi, żeby było ciekawiej, przedstawić Thane'a jako pełnoprawną postać, a nie MacGuffin - mogłoby być ciekawie.
Ale nie. Hickman zrobił event z dwóch niezwiązanych ze sobą tematów, i oba na tym tracą, a przez to traci event. I czytelnik.
Demogorgon: Cały event skondensowany w jeden numer. Captain America swoją amerykańskością przekracza granice sensu - przeżywa nietknięty atak, który załatwił Hyperiona i Captain Marvel, jego tarcza jest nie draśnięta przez ostrze, które tnie atomy i odbija promień lasera o 180 stopni bo tak. Postacie pojawiają się na kilku panelach, a ich dokonania mają miejsce off-panel - patrz Shang-Chi. Star-Brand niszczy cała flotę jednym ruchem. Postać, która dostałą zero charakteryzacji pokonuje głównego złego jednym ruchem. Thanos nie jest pisany jak Thanos, tylko jak Darkseid. Thor wali kogoś bardzo mocno młotkiem (co jest w ogóle oznaką w Marvelu, że event się kończy). By zrozumieć co się dzieje trzeba przeczytać informacje dodatkowe, bo autorowi nie chciało się umieścić ich w komiksie - jeśli nie doczytaliście, że Corvus nie może umrzeć jak długo jego broń jest nietknięta, to ostatnie słowa Proximy do niego są be sensu. Postacie robią rzeczy bo tak i właśnie dlatego - bo czemu Thane nagle się słucha Ebony Maw to ja naprawdę nie rozumiem. Postacie ze street levelu pchają się do kosmicznych bitee - Hawkeye strzela do statków kosmicznych z łuku, do jasnej @#$%^&*. Doctor Strange dostaje lanie. Black Bolt jest chodzącym plot device. Maximus mówi coś śmiesznego. To badziewie.. Nie, serio, tego nie odpuszczę - mamy cała PUSTĄ stronę, którą można by było poświęcić na ważne wydarzenia, jak choćby pokazanie tych scen z końca na czymś więcej, niż jednym panelu, lae nie, ważniejsze, by była jedna strona NICZEGO. Gdyby usunąć te wszystkie przerywniki z historii i zastąpić rozbudowanymi scenami, event byłby o wiele lepszy. I jedyne, do czego to się sprowadza to zareklamowanie paru nowych rzeczy. Ta, może by mnie ekscytowało, że Annihilus ma teraz wejście swobodne do tego wymiaru i cały przyczółek, że Super-Skrull został imperatorem odrodzonego imperium Skrulli (chociaż to tylko ogranicza jego występy tak, jak Gladiatora, a do tego nie rozumiem czemu właściwie to imperium się odrodziło i z czego, skoro ni podbili żadnych planet), Kree szykują się do podboju, a w tle jext Ebony Maw z jego nowym uczniem...gdybym nie patrzył, jak Hickman zarznął potencjał na świetną historię, a zamiast tego dał nam Infinity. Ja się z twórczością tego pana pożegnam, po następne komiksy nie sięgnę. Bo ten komiks jest jak Arena - wszystko, co najgorsze w Marvelu, skondensowane w jedną, obrzydliwą mieszankę. Żałosne.
Ocena: Unknown to success, nor known to fun.
Undercik: Zakończenie jest tak przeciętne, jak tylko przeciętny potrafi być komiks. Szkoda, bo do tej pory było dobrze. Póki co najlepszy Marvelowy event od czasu Siege (które tez było dobre, ale w ostatnim numerze się wyłożyło).
Xavier83: A dla mnie to była solidna lektura kończąca dobrą opowieść. W porównaniu z tym co wyczyniał Marvel ostatnio w podobnych opowieściach, to czułem ogromną przyjemność z lektury. To, że Annihilus ma teraz planetę we władaniu poza Negative Zone jest zapowiedzią ciekawych możliwości. 8/10.
Wilsonon: Walka po ch#u. Chaotyczna. Bez ładu. Wkurza Rogers wpieprzający się w tę walkę ze swoja tarczą. Co on tam robi? Z tego zeszytu licza się praktycznie tylko konsekwencje. Ostatnie Avengers i ten numer Infinity miały strasznie słabe pojedynki. Dziwię sie że hickman do tego dopuścił. Brak logiki to rzadko spotykane w jego pisarstwie. Strona graficzna ma dobre elementy, ale, nie wiem dlaczego, za mocno nie zachwyca. Najgorszy numer eventu.
Ocena: 2/6.

Infinity: Heist #3
Gil: Ten tie-in do Infinity jeszcze się nie kończy, ale coraz bardziej chciałbym, żeby już się skończyła. Trochę to zabawne, bo swego czasu Tieri napisał tie-in do World War Hulk pod tytułem Gamma Corps, który teraz wydaje mi się dość podobny pod jednym względem: zaczynał się całkiem nieźle, a skończył się tragicznie i nikt nie chce o nim pamiętać. Ale czy naprawde jest aż tak źle? Cóż, właściwie wszystko, co wydarzyło się wcześniej traci sens na początku tego zeszytu, gdy konflikt zostaje odwrócony i to Blizzard z Whirlwindem (oraz Firebrand) przejmują kontrolę nad sytuacją. Spymaster i kilku jego ludków zwiewają do tajemniczego klienta, kradnąc kilka zbroi (co zabawne, do ich identyfikacji używają oficjalnych marvelowych termonów, zupełnie jakby posługiwali się handbookiem), a pozostali szybko dają wycisk... no właśnie – komu, *(&#@?!? Rozumiem jeszcze, że w magazynie Starka można spotkać Rhodesa jako Iron Patriota, ale kim są pozostali dwaj? Czy to ma być Jim Hammond? O ile się nie mylę, Remender zostawił do w kawałkach. A ten wielki Murzyn z białym tygrysem na łańcuchu to już zupełnie nie wiem, skąd się wziął, bo nie pamiętam, żebym kiedykolwiek wcześniej go widział. Ale, kim by nie byli, dostają bęcki błyskawicznie, bo służą tylko za przerywnik. A na koniec już w ogóle wszystko staje na głowie, bo się okazuje, że Titanium Man to tak naprawdę Captain Atlas – marginalny złoczyńca z rasy Kree. Włączcie neon z wielkim WTF, bo zupełnie nie rozumiem, po to wszystko? Historia zaczęłą się w zupełnie innym punkcie, obiecała coś zupełnie innego, później skręciłą w stronę Inhumanity, co właściwie nie ma znaczenia, a teraz w ogóle odrywa się od wszystkiego i wali po głowie cliffhangerem wyjętym z dupy. Gamma Corps deja vu all the way! I dlatego dostanie 2/10.

Infinity: The Hunt #4
Gil: Skoro mamy koniec Infinity i koniec Avengers Areny, to całkiem fajnie się złożyło, że końca dobiegł również ten koszmarek, który był wypadkową obu powyższych. Właściwie, to zdecydowanie bliżej mu do AA, bo z Infinity zaczerpnął tylko pretekst. I tak samo jak w Arenie, również tutaj mamy puste zakończenie, które prowadzi donikąd. Przypadkowa zbieranina postaci skacze z miejsca na miejsce, tłukąc potworki, a gdy potworki się kończą, kończy się również seria i właściwie nie ma tu ani słowa jakiegokolwiek podsumowania. Jest za to cała masa innych głupot. Już na samym początku, zastajemy dzieciaki w brzuchu wieloryba, gdzie dziewczę z Atlantydy wyświetla na jego wnętrznościach obrazki ze swojej przeszłości. I już zaczyna mnie boleć głowa. Potem okazuje się, że ona wcale nie jest z Atlantydy, a to nie jest wieloryb, tylko jakieś mackowate popłuczyny po kaszalocie. A dalej robi się jeszcze dziwniej i jeszcze głupiej. Skaczemy do Wakandy i tam aż do końca przyglądamy się tłuczeniu jakiś trolli z kosmosu, którymi powinien się zająć Generał Daimos. Przez cały czas towarzyszy nam różowa narracja Quentina, która gryzie w oczy i nic poza tym nie robi, ale to akurat nic nowego, bo tutaj praktycznie nie ma treści. A potem ciach! I koniec. Właściwie bez słowa. Najzabawniejsze jest jednak to, że potrzebowali aż trzech rysowników, żeby to ogarnąć. I tu mogę wskazać jeden mały plus, bo drugi z nich podnosi jakość bitki o 300%. Szkoda tylko, że pozostali nic ciekawego nie pokazali. W dodatku mam wrażenie, że jedna z postaci w trakcie przeszła mutację z Azjatki w Afrykankę. I teraz najgorsze: to będzie kontynuowane w tie-inie do Inhumanity. Teraz, gdy już wiem, czego się spodziewać, nie wiem czy się skuszę. A póki co, żegnam to paskudztwo, wystawiajac 1/10.
Demogorgon: Mam wrażenie, że to są jakieś popłuczyny po oryginalnym pomyśle na Arenę. najstraszniejsze jest to, że w dalszym ciągu są lepsze od samej Areny. dostajemy więcej postaci, więcej bijatyki, jako-tako zarysowanie romantycznych relacji między bohaterami...ale to wszystko strasznie nudne i bez polotu. Jedyną zaletą jest, że pozbawiony osobowości Quire nie działa mi na nerwy.
A przy okazji - czemu nagle dwie zabite postacie żyją? Hopeless się poskarżył Rosemannowi, że Knidt się wyżywa na jego szkole dla Mary Sue?
Ocena: Have withstood pain to create many comics. Yet thoe hand will never hold a good one.

New Avengers vol. 3 #12 (Infinity Tie-In)
Gil: Ta seria to chyba najwłaściwsze miejsce na epilog dla Infinity, więc tym lepiej, że tutaj właśnie się znalazł. I co ciekawe, ten epilog jest nawet ciekawszy niż finał. A to dlatego, że właśnie tutaj potwierdzone zostają nasze domysły na temat Builderów i położenia tych wydarzeń na większym obrazku. Tutaj też dostajemy pewne obietnice, związane z dalszym losem Thanosa, ale również Black Bolta i Strange’a, którzy zostali tutaj mocno doświadczeni. Łagodnie wracamy również do wątków odstawionych chwilowo na boczny tor – Black Swann pomaga nam umieścić wydarzenia w kontekście, a Black Panther i Namor wracają do tematu swego niełatwego sojuszu. Oczywiście, z tego wszystkiego najbardziej interesuje mnie ten większy obrazek i cel, do którego zmierza autor z tym wszystkim. Jak już wspomniałem, całe Infinity traktuję jako wzmacniacz i wskaźnik tych wątków, które należy obserwować, więc tutaj całkiem fajnie zostało to wszystko ujęte w całość. Aczkolwiek, nie będę ukrywał, że cieszę się także z faktu, że event dobiegł końca i możemy wrócić do poprzednich wątków. No i nadal wszystko wygląda całkiem ładnie, więc tutaj wystawię silniejsze 7/10.
Krzycer: Tak, jak nie potrafię się zachwycać Fantastic Four Hickmana, tak zachwycam się New Avengers. Absurdalna skala wydarzeń, ale zaprezentowana tak, że naprawdę można się przejąć (w przeciwieństwie do - przykład pierwszy z brzegu - absurdalnego i niepoważnego zagrożenia w Thor: The Dark World). Mocno zarysowani bohaterowie i fantastyczne, krwiste konflikty między nimi. Jeśli coś można by tu jeszcze poprawić, to dodać trochę kobiet do obsady, bo to straszny sausage fest na razie. I dać ciekawszą rolę Black Swan, bo ona w zasadzie od swojego debiutu służy tylko temu, by co numer przypominać bohaterom "szykujcie się, mrok idzie".
I przywrócić Eptinga na stołek rysownika. Deodato jest tu lepszy, niż był przez ostatnich parę lat (zwłaszcza Namor mu fajnie wychodzi), ale ten jego Beast jest straszny. (Tu wracamy do tradycyjnego już motywu pt. "kto zaprojektował nowy wygląd Beasta i czemu i za jakie grzechy i oranyboskiejakmożnabyłomutozrobić".)
Um. Właśnie się zorientowałem, że tak się zachwycam tą serią, że żadnych konkretów o tym numerze nie napisałem. Em. Wciąż jest świetnie?
Demogorgon: Byo dobrze tak do momentu w którym komiks zmienił się w reklamowanie jakie to "wielkie i wspaniałe rzeczy" mają nadejść i jakie to "wielkie i straszne zagrożenia" czają się na horyzoncie. Jak mówiłem wyżej - mam to gdzieś. Hickman miał szansę dać nam dobrą historię i zawalił. Czemu mam wierzyć, że ci cali Mapmakers, Ivory King albo Black Priest (chociaż nie wiem czemu miałbym się bać tego) nie okażą się jeszcze większą porażką od Builderów? Nie wierzę.
Ocena: So, as I pray - Unlimited Fail Works!
Xavier83: Bardzo fajnie wypadła rozmowa najpierw dwóch Black Panther a potem jak T'Challa z Namorem rozmawiał. Strange kradnie dla mnie ten zeszyt. Blood Bible ? już to mi się o oczy gdzieś obiło chyba...A końcówka z przedstawieniem kolejnych zagrożeń zachęcająca. 8.5/10.
Wilsonon: Świetne rozmowy. Ciekawi mnie co wykombinował doktorek. Mam nadzieję, że nastepny numer skupi się na nim. Numer jest całkiem odmienny od eventowego i avenegersowego. Trzyma w napieciu i wciąga. Zapowiedź przyszłych wydarzeń dorzuca zwątpienie i strach i naprawde można to poczuć.
Deodato daje radę. Strony ze Strangem i te z zapowiedziami strasznie mi sie podobały.
Jako, że nie ma w tym tygodniu Legacy, numer tygodnia wędruje własnie do tego zeszytu.
Ocena: 5/6.

Nova vol. 5 #10
Gil: To chyba najlepszy jak dotąd numer Wellsa w tej serii. Początkowe fantazjowanie i kulminacja numeru, zawierająca wspomnienia o Richardzie wypadły bardzo fajnie. Całkiem nieźle wyszła też rozmowa z Generic Emo Girlfriend, a problem mam nadal przede wszystkim z New Warriors. Tym razem rysownik wysilił się trochę, żeby ich postarzyć, ale za to sny Baldwina mnie przeraziły. A ponieważ numer podłącza się pod matematyczny jubileusz Novy, mamy też drugą historyjkę, która… w większości jest o niczym, ale na końcu wali szokerem jak z wenezuelskiej telenoweli: Sam oślepł! Teraz tylko czekać, aż jego mamuśka straci pamięć, żeby nie mogli się znaleźć przez 200 kolejnych odcinków. No i mamy parę innych dodatków, w tym oczywiście galerię okładek. Właściwie to dosyć skromny był ten jubileusz… A ponieważ tylko jedna składowa trochę się wybiła, to za całość dam 5/10.

Savage Wolverine #12
Gil: Po raz kolejny w tej serii mamy sytuację, w której rysownik dostał szansę by równocześnie być scenarzystą. Tym razem padło na Phila Jimeneza, który postanowił opowiedzieć nam o nielegalnych safari w Afryce i czarnym rynku artykułów pochodzących od zabitych w ten sposób zwierząt. I w sumie muszę przyznać, że seria z Wolverinem jest dość trafnym wyborem dla tego typu historii. Mam jednak wrażenie, że już coś bardzo podobnego widziałem. Tym razem jednak, nie tylko o polowania chodzi, ale również o handel, więc tutaj wchodzi nam dobrze znane Madripoor, czyli światowa stolica wszystkich czarnych rynków. A tam okazuje się, że nie wszystko jest takie, jak by się zdawało. Może nie jest to historia szczególnie porywająca, ale napisana jest przyzwoicie i kupuje sobie dodatkowy kredyt faktem, że autor ma coś konkretnego do powiedzenia. Nawet jeśli trochę momentami przesadza z dramatyzmem sytuacji, to można mu wybaczyć i usprawiedliwić to chęcią przemówienia do wyobraźni czytelnika. A skoro autor jest również rysownikiem, to znaczy, że miał całkowitą kontrolę nad wyglądem tego i powinno być szczególnie udane. I pod tym względem jest blisko, chociaż tuszowanie trochę napaćkało. Za całość mogę więc dać przyzwoite 6/10.

Scarlet Spider vol. 2 #24
Gil: Here we go again… „Jestem Kaine. Jestem potworem. Ugabugabuga! Krzywdzę wszystkich dookoła. Nawet mój dresik jest zły, bo nie chce się spalić, gdy próbuję na nim wyładować swoje frustracje. Ale w całym tym poczuciu winy i tak prześpię się z tą kobitką, którą tak bardzo skrzywdziłem, bo jestem potworem i nie zmieni to niczego, jak dorzucę jej jeszcze trochę emocjonalnej traumy. Ale chcę być dobry, dlatego poddam się policjantowi, którego też skrzywdziłem. O, patrzcie – kobitka z którą się przespałem jest jakimś zmiennokształtnym czymś i to ona mnie wykorzystała. Pieprzyć poczucie winy – muszę jej nastukać!” I pomyśleć, że pozwoliłem sobie mieć nadzieje, że ta seria wreszcie wylezie ze swojego zaklętego kręgu i pójdzie naprzód… Ech… To pewnie efekt decyzji o jej zamknięciu, przez co scenarzysta postanowił rzucić w diabły cały progres i jak najszybciej domknąć, co się da. Yeah, whatever. 4/10.
Demogorgon: Chaotyczne to. Nagle pojawia się nowa-stara antagonistką, którą ostatnio widzieliśmy w czasach, gdy JMS pisał Spider-Mana, w ekipie Kaine'a dochodzi do rozłamu, powraca dawna znajoma, Arcerly ma wizje, a potem wszystko eksploduje. I mimo tego jestem ciekaw, jak Yost z tego wybrnie. Nie wiem, może to przez kontrast w tym tygodniu - to zdecydowanie najgorszy numer Scarlet Spidera, ale zanosi się na to, że to najlepszy komiks, jaki przeczytam w tym tygodniu. Smutne to trochę.

Superior Carnage #5
Gil: Kolejny finał i kolejne rozczarowanie. Może nie tak wielkie, jak w przypadkach opisanych powyżej, ale jednak efekt rozminął się z oczekiwaniem. Krótko mówiąc: nie ma żadnego Superior Carnage’a. Przez chwilę był, ale się zmył. Ostatecznie, seria stała się pretekstem do tego, by odkręcić parę niewygodnych zmian i nareperować trochę status quo. Cóż, trudno oczekiwać, żeby Marvel zaciukał kurę, która wciąż znosi jajka, chociaż już dawno przestały być złote. I przy okazji Wizarda też trochę naprawili, tworząc dość ciekawą sytuację, w której nie mamy do końca pewności, czy zapamiętał, że Spider-Manem jest teraz Otton. To właściwie jedyna interesująca nowość, jaka z tego wynikła. Jest w tym wszystkim jednak pewien element, który włączył mi zdecydowany sprzeciw i jest to monolog narracyjny Klawa. Mój wewnętrzny mały fizyk krzyczy: bullshit! Nie może istnieć coś takiego jak „kosmiczna ściana dźwięku”, bo oczywiście w kosmosie nie istnieje dźwięk. Nie ma tam całkowitej próżni, ale też nie ma ośrodka, w którym fale dźwiękowe mogłyby się rozchodzić, więc całe to bulbotanie można między bajki włożyć. I chociaż do bajek w jakimś sensie można to zaliczyć, to nadal mnie irytuje. Ale powiedzmy, że całość nie jest taka zła, bo możemy jeszcze skorzystać zarówno na tej małej nowince, jak i na naprawionym status quo. I czytało się to całkiem dobrze, więc 6/10 może dostać.

Superior Spider-Man #22
Gil: Jak na “czarną godzinę”, to zaczyna się to dosyć sielankowo. Mamy wielkie otwarcie Parker Industries, trochę optymistycznych rodzinnych sytuacji, kiełkujący romans... co mogłoby pójść nie tak? Cóż, pewnie wszystko. Tylko na razie jakoś tego nie czuć. Drugi wątek, ten z Venomem, jest póki co bardzo mało interesujący i służy jedynie za reintrodukcję Flasha w tej roli dla tych czytelników, którzy nie śledzili jego solowych przygód. Możemy też na podstawie niusów i zapowiedzi założyć z góry, że cokolwiek się wydarzy, nie będzie miało na niego większego wpływu. Po co więc ta cała szopka? Pozostaje nam mieć nadzieje, że w kolejnych częściach wypłynie jeszcze coś, co nada temu więcej sensu. Może jakiś wątek z Wraith? Może J.J.J. coś wykombinuje, żeby pozbyć się szantażysty? Tego niestety na razie nie wiemy i brakuje skutecznego haczyka, żeby podtrzymać u czytelnika zainteresowanie. Po przeczytaniu tego numeru miałem tylko jedno odczucie: meh. Tym bardziej, że rysomnik nie należy do moich ulubieńców. I dlatego tym razem dam 5/10.

Uncanny Avengers #14
Gil: Musiałem włączyć wszystkie swoje hamulce, żeby w tym momencie nie popaść w gniewny rant. Zdobyłem się na to jednak, a zrobiłem to dlatego, że ocenić poprawnie wydarzenia w tym numerze będziemy mogli dopiero z perspektywy. Remender wykonuje tutaj parę radykalnych posunięć, każąc nam wierzyć, że ubił Rogue i Wandę, a może nawet Wonder Mana. Jeśli rzeczywiście się na to poważył, to będę pierwszym, który rzuci w niego kamieniem. Ale mimo wszystko, ja mu nie wierzę. Mam wrażenie, że to zagranie na shock value, które ma na chwilę skupić uwagę na historii, a potem zostać odkręcone. A to choćby tym, że ostatnie słowa Wandy brzmiały „rise mutants”. Nie „come” czy „arrive”, ale „rise”, które zwykle odnosi się do wskrzeszania. Teraz pytanie brzmi, czy powinniśmy się wściekać teraz o to, że potencjalnie zginęły dwie postacie, czy poczekać, bo może za chwilę spróbują nam wskrzesić wszystkich martwych mutantów? Przypomnę, że w samej tylko Genoshy było ich 16 minionów. A właściwie to dlaczego tylko mutantów? Przecież zdolności Wandy nie ograniczają się tylko do mutantów, a to, że ApoBliźniaki tak jej kazały, nie znaczy, że miała się słuchać. No dobra, ale to zostawmy na moment, kiedy będziemy już wiedzieli, na czym stoimy. A co jeszcze się wydarzyło? Niewiele... Na początku spoko miejsca poświęcono na Kanga skaczącego po alternatywnych rzeczywistościach i zbierającego z nich co bardziej znane postacie. Because fanservice. Część zaczętych wątków wypadło na boczny tor i w ogóle o nich nie wspominają. A resztę wypełnia raczej bezsensowna bitka, w której Wolverine zabrania zabijać Jeźdźców... którzy technicznie i tak są już martwi. Go figure... A jeśli teoria o zaklęciu wskrzeszającym jest właściwa, to i tak byłoby bez znaczenia. Jest natomiast jedna ciekawostka, która zwróciła moją uwagę: panel z korytarzem, w którym są posągi przywódców Akkaby i widać poprzedników En Sabah Nura. To mógłby być wątek, którym warto podążyć. No i na koniec dwa słowa o zmianie rysownika. Ta historia ciągnie się już tak długo, że rysownicy wiele razy się zmieniali. McNiven jest może najbardziej utytułowanym z nich, ale czy na pewno najlepszym? Zawsze jest to jakaś odmiana, ale też spora zmiana klimatu, po dość mrocznych obrazach Acuny. Jakby taki żarcik twórców: „teraz jak zaczną się zabijać, to będzie kolorowo i jasno”. No właśnie – niechcący po raz kolejny wywołałem do tablicy podstawową wadę tej historii: jest zdecydowanie za długa! Jeśli kiedyś wrócę do tego zeszytu, ocena może się mocno zmienić, ale w tej chwili zachowawczo dam 4/10.avalonpulse0328c%20%5B1600x1200%5D.JPG
czarny_samuel: No, no, no... Aż nie wiem czy brać to na serio. 3 znaczące trupy? Nie chce mi się w to wierzyć. Remendera jak zwykle czyta mi się szybko, mocno i mam rzeczywiste wrażenie, że czytam komiks z Marvel Universe. Mówiąc dokładniej: wiem, że to co czytam będzie miało wpływ na świat Marvela. Inne komiksy tego nie mają, a tu widzę spójność z komiksami o mutantach, serii Thora, czy dawnych Secret Avengers i X-Force. To jest ciągłość, której mi brak w innych komiksach. Czekam z niecierpliwością na kolejny numer i daję 8/10 za ten.
jdtennesse: O motyla noga! Jestem pod wrażeniem. I w ogromnym szoku. W jednym numerze zginęło trzech pierwszoplanowych mutantów??? Jeżeli tego nie cofną w taki czy inny sposób już w kolejnym, to uznam ten komiks za jeden z lepszych. Nie tylko z powodu tych śmierci. Mamy nawet jakieś uzasadnienie. Rogue i jej argumentacja jest boleśnie prawdziwa i nigdy nie lubiłem Wandy, ale tym razem jest to sytuacja tragiczna, bo ona chce pomóc mutantom. Tym razem wierzę w jej pobudki. Czy jej wysiłek pójdzie na marne? To są największe obawy, żeby w kolejnym numerze nie zniszczono tego, co zostało tu osiągnięte. Simon poświęcił się dla sprawy w którą uwierzył, ale również dla Wandy. Nie znam za bardzo ich historii, więc nie mogę ocenić autentyczności ich uczuć, ale mam wrażenie, że są szczere. Tylko skąd Logan się tam wziął? Nie wiem. No i nie wiem, w jakim celu podróż przez te różne alternatywne przyszłości… Po co ta zbiórka? Te zabawy czasem źle wróżą dla dzisiejszych wydarzeń. Czy Rogue postąpiła dobrze? Trudno ocenić taki czyn. I chyba się od tego powstrzymam. A z drugiej strony – osąd i karę też mamy już za sobą. Rysunki są na tyle fajnie, że nawet bliźniaki Apo lepiej mi dziś pasowały. 8/10.
Undercik: O, w końcu było ciekawiej, ale i tak meh. Nie wierze w to, że Remender ubił zarazem Rogue i Scarlet Witch. Pierwsza pewnie wymiga się tym, że ma czynnik regeneracyjny od Wolverine'a (pazury), a druga zrobi jakieś hokus pokus prawdopodobieństwem, albo to jakiś trick. I jeszcze Wonder Man znika i Daken obrywa mocno. To nie możliwe, aby w jednym numerze był większy licznik śmierci niż w Avengers Arena (znaczy nie czytałem w końcu Areny, ale chyba nie wybili w jakimś numerze więcej postaci), komiksie w którym mają się zabijać. Jedyna rzecz która mnie zainteresowała to Kang, ale jego machinacje pewnie nie prędko się wyjaśnią.
Krzycer: Na omówienie zgonów będzie pora, gdy ta historia się zakończy, i zobaczymy, kto zginął-zginął, a kto wróci za dwa numery. No bo tak:
- Wonder Man jak tylko się skupi, to wróci.
- Wanda równie dobrze może się obudzić na następnej stronie.
- Rogue... o ile nie wskrzesi jej Uriel, to faktycznie czarno to widać, bo śmierć widowiskowa, mało co z niej zostało. Nawet Wolverine ze szkieletu się nie odrodził (...gdy już przestał być oficjalnie nieśmiertelny u Guggenheima)
Tymczasem... cóż, ten numer był pełny. Dużo się działo. Tylko czy to zaleta? Starcie/nieporozumienie Rogue i Wandy można kupić, o ile przez poprzednie 13 numerów kupowało się to, jak Remender buduje konflikty w drużynie, a ja, szczerze mówiąc, ciągle mam z tym problem.
Mam też problem z realizacją. Bo jak by to ująć... Aż się uśmiechnąłem, odkrywszy, że komiksowa klisza "bohater/bohaterka przebita mieczem od tyłu" trzyma się tak mocno, że Grim Reaperowi ta sztuka wyszła, choć atakował od przodu. A poza tym dwie strony wcześniej tan sam Grim Reaper dostał wciry, więc skąd ten jego nagły sukces?
Ogólnie rzecz biorąc: gdyby to miał być zgon-zgon, to jako fan postaci jestem średnio usatysfakcjonowany.
Ale skomlący o litość Wolverine - i odpowiedź GR - wyszedł dość przejmująco, to się chwali.
Xavier83: Odebrałem ten komiks wczoraj późną nocą, ale normalnie przeczytałem jednym tchem. Tak powinno robić się dobre historie odciskające piętno na całym Marvel Universe. Rogue i Scarlet Witch to było spore zaskoczenie. Choć trzeba przyznać, że od pierwszego numeru serii spodziewałem się "rozwiązania". Wonder Man i jego poświęcenie aby dopełnić zaklęcie wypadło świetnie. Jak sam powiedział " Wanda...I came back from the dead to be with You...there's nothing here for me without You. No goodbyes.Trust me, Wanda. This is not the end". Ostatnim tchnieniem Wandy powstaje Planet X i szykujemy się na świetną konfrontację. Największym przegranym Wolverine, który w końcu uświadamia sobie do czego doprowadził. Rysunki na najwyższym poziomie. Jeżeli w następnym zeszycie nie odkręcą tak dobrze poprowadzonej historii to według mnie jest to numer roku ! 10/10.

Uncanny X-Force vol. 2 #14
Gil: Okay, nie obchodzi mnie, co próbują nam tu wmówić – Revenant Queen to nie Cassandra Nova. Może jakiś klon, albo jej revenantowa kopia, ale na pewno nie oryginał, bo ani trochę nie przypomina oryginału. Jej zachowanie, metody, zdolności – nic z tego nie przypomina Cassandry. Zamiast tego dostajemy jakiś tajwański rip-off z Królowej Potępionych czy innego badziewia o glamour wampirach, ze wszystkimi właściwymi mu kliszami. Patetyczne przemowy, kuszenie bohatera, pozowanie na największe zagrożenie w historii, tanie sztuczki… W dodatku całość popada w autoparodię, gdy stwory zaczynają biegać po ulicach, jak Gremliny. I nadal to wszystko nie ma zupełnie sensu, z tych samych powodów, które wypunktowałem przy okazji poprzedniego numeru. Dobrze, że wkrótce się ta seria skończy. A tymczasem konsekwentnie daję 3/10.
jdtennesse: To co mi się podobało – rysunki oraz próba przekupstwa Psylocke jej “pierwotną” wersją. Jedno tęskne spojrzenie rzucone w stronę Betsy. Ogólnie rozpierducha, walki w tle, pojawia się jakiś potwór spod ziemi, który niesie złych jak na ołtarzu, no i Storm ma „jakiś” plam, ale na razie zachowajmy go w tajemnicy, będzie o czym pisać. W końcu Psylocke i Puck po nieudanej ucieczce i tak trafiają na „drugą stronę”. Trochę to się wszystko przedłuża, nie czuję tego potężnego zagrożenia, niestety. Niby szybka akcja, ale trochę nudne. 4/10.

Wolverine And The X-Men #38
Gil: To jeden z tych numerów, w których Aaron odkłada na bok ser i pisze coś z sensem. Wprowadzenie nowych postaci do szkoły pozwala trochę uporządkować panujący tu bałagan podczas oprowadzania z pokazówką, a równolegle dostajemy domknięcie paru wątków luźno zwisających po zakończeniu Battle of the Atom. Całkiem fajnie czytało mi się debatę między X-Men a Marią Hill, bo znalazły się w niej prawidłowe i logiczne argumenty. Szkoda tylko, że z pewnością doprowadzą do czegoś gorszego, bo już zapowiedziano, że będzie więcej punching and stabbing. Nowi uczniowie dostarczają nam dla odmiany trochę zabawnych sytuacji… aż do finału, kiedy okazuje się, że są jakimiś szpiegami Mystique, którzy opili się eliksiru wielosokowego i tylko udają mutantów (czy coś w ten deseń). Tak więc, zaczęło się nieźle, ale scenarzysta i tak ostatecznie wyprowadził całość w krzaki. Mogłem się tego spodziewać. Ale tym razem mogę dać 5/10 ze wskazaniem w górę.
jdtennesse: Jako że czytałem to dwa dni temu, starałem przypomnieć sobie, o czym to było. I jedyne co pamiętałem, to fakt, że brnąłem przez grzęzawisko dialogów, i każda strona bolała bardziej od poprzedniej. Nauczyciele pogadali sobie z panią Hill, a Dazzstique wprowadziła do szkoły dwa krety – para młodych mutantów na usługach jej szpiegowskiej mości. I mimo, że wielu uczniów dostaje swoje pięć minut, bo w końcu o szkole jest ta seria, to nie wystarczy to, aby było ciekawie (szczególnie w świetle hałd dialogów wylewających się z ich ust). Rysunki nie zapadają w pamięć, ani nie rażą brzydotą. 3/10.

Wolverine And The X-Men Annual #1 (Infinity Tie-In)
Gil: Podwójna dawka WATXM w jednym tygodniu to jednak zbyt wiele. Gdy jedna odsłona okazała się względnie przyzwoita, druga musiała nadrobić okropnością. Tym razem Aaron wykorzystał pretekst w postaci lekko spóźnionego tie-ina do Infinity, żeby uraczyć nas przygodami Kid Gladiatora, czyli najbardziej wkurzającej postaci, jaką kiedykolwiek wymyślił. Seriously! Jak widzę tego gnojka, to mam ochotę przytulić Quentina Quire. Mamy więc cały zeszyt wypełniony jego arogancją i durnymi sytuacjami, pod nią przygotowanymi, podczas gdy scenarzysta próbuje nas przekonać, że on wcale nie jest taki zły i pasuje do X-Men, bo jego własne środowisko go odrzuca. W innej sytuacji może i bym to kupił, ale nie tutaj, bo mimo całej tej otoczni nadal na wierz wypływa jedna prawda: on po prostu jest wkurzającym dupkiem. End of story. W dodatku nie wygląda to wszystko za dobrze, a okładka jest wręcz paskudna. Tym razem wracamy więc do poziomu 3/10.

Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2013.11.27
AgentsOfShieldBanner.jpg

Agents of S.H.I.E.L.D. - 1x08 "The Well"

Koona: Nareszcie S.H.I.E.L.D. ma jakiś związek z Drugą Fazą! Myślałam, że się nie doczekam.
ecko09: Chyba 3 odcinek, gdzie nie muszę sobie wmawiać, że mi się podobał, bo był naprawdę fajny. A te związki z The dark World to bullshit, to są bardziej ogólne nawiązania do Thora i Asgardu. Równie dobrze ten odcinek mógłby sobie lecieć za jakiś miesiąc.
Volf: First of all - wbrew moim obawom odcinek nie zespoilerował mi zakończenia Thora 2, za to duży plus.
No i to pierwszy odcinek, o którym mogę bez większych zastrzeżeń (bo jakieś tam mniejsze nadal są) powiedzieć, że w klasie "serialu rozrywkowego bez ambicji" był okej. Intryga była w porządku, może pomijając to, że trochę kijowo mieć broń która dotknięta przez przeciwnika momentalnie daje mu insta-powerupa, relacje między postaciami, a ściślej Ward-Skye i Wars-Cavalry wyszły fajnie, nawet efekty specjalne choć raz mnie nie raziły. No i więcej Coulsono-Visiona. Pozytywne zaskoczenie.
Krzycer: Co za rollercoaster. Poprzedni odcinek był - dla mnie - straszny. Ten, dla odmiany, był naprawdę fajny. I jest to pierwszy odcinek, o którym mogę to napisać.
Poza tym Petera MacNicola lubię jeszcze z czasów, gdy "Ally McBeal" latała na Polsacie, więc miło było go zobaczyć. A że dobrze wywiązał się ze swojego zadania - tym lepiej.
A końcówka... Wreszcie coś dobrego wynikło z "Dollhouse'a".
- Did I fall asleep?
- For a little while.

I wszystko jasne.

Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie Agents of S.H.I.E.L.D. - 01x08 "The Well"
Agents of S.H.I.E.L.D. - 1x09 "Repairs"

strz1: Podobało mi się. Świetnie nie było, ale złe też nie i chociaż jakieś relacje między postaciami były rozwijane. Sam przeciwnik słaby jak cholera, ale cóż.. i tak naprawdę 2 ostatnie odcinki były na plus.
Krzycer: Śmiszne. Myślałby kto, że taki odcinek puszczą koło Halloween...
Zastanawia mnie to ciągłe tłumaczenie wszystkiego nauką. Znaczy, ok, akurat w serialu mamy bohaterów, którzy myślą tymi kategoriami. Stylizacja na sci-fi w Thorze mi nie do końca pasuje. Tylko co się stanie, jak już nakręcą film o Strange'u? Też będą go tłumaczyć technobełkotem?

Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie Agents of S.H.I.E.L.D. - 01x09 "Repairs"

Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.